"Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję (...). Miłość nigdy nie ustaje. Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy; lecz z nich największa jest miłość".- św. Paweł z Tarsu, 1. List do Koryntian
I - WIARA
#1
Angelo Badalamenti - Audrey Dance/
The Singing Nun - Dominique
Długie, nużące, szpitalne dni przemieniłyby się bez
wątpienia w życiową udrękę osoby tak energicznej jak Tony Walker. Brak magii,
mdłe jedzenie, przygnębiająca, mugolska muzyka, a przede wszystkim całkowita
alienacja i brak wiadomości o obecnych poczynaniach Isaaka i Jo – te wszystkie
czynniki nie tylko uniemożliwiłyby Tony’emu rekonwalescencję, ale wręcz
pogłębiałyby obłęd w normalnych okolicznościach. Jego pobyt w Maudsleyu był
bowiem absurdem, irytującym nonsensem, który doprowadziłby go do ostateczności,
gdyby tylko nie został czymś urozmaicony.
Wiele lat temu, jeszcze jako dziecko, Tony Walker każdą
wolną chwilę spędzał w wodzie. Elves Close, magiczna ulica Brighton, tak jak i
całe miasto, obejmowała tereny plażowe i przybrzeżne. Przed pożarem dom babci
Tony’ego, Delili, przypominał marynarską chatkę wzniesioną nieopodal przystani
morskiej. Składał się on z białych, solidnych drewnianych desek, takich, z
jakich buduje się statki. Drzwi ozdobiono malunkiem niebieskiej kotwicy, z
framug wystawały czerwone drzazgi, a na tarasie stała figura pięknej latarni.
Co najważniejsze – dom wychodził bezpośrednio na dziką plażę, wciśnięty w
szczelinę pomiędzy dwoma skalistymi klifami. Tony codziennie rano wspinał się
na jeden z klifów i budził poprzez skok na główkę do lodowatej wody kanału La
Manche. Pamiętał ostre dno, skalistą
plażę i nieładny, szarawy odcień tafli. Pamiętał też, że nigdy nie kąpał się
sam – zawsze towarzyszył mu Dean albo Isaac.
W jego wizjach brightońska plaża była biała – piasek
przypominał drobny, chłodny śnieg, woda lśniła jak białe kryształy, a kamienie,
które sporadycznie wyrzucała – najprawdziwsze perły. Za nim znajdował się dom –
pokaźny, marmurowy, wspaniały niczym grecka świątynia. Szczyty klifów sięgały
chmur, puszystych i nieprzynoszących deszczu. Woda pieniła się, uderzając o
klify, a rozpryskująca się woda przypominała kolorem krople mleka. Ta biel
przenosiła go myślami do lodowej twierdzy Durmstrangu.