"Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystko pokłada nadzieję (...). Miłość nigdy nie ustaje. Teraz więc pozostaje wiara, nadzieja, miłość, te trzy; lecz z nich największa jest miłość"
- Paweł z Tarsu, 1. List do Koryntian
IX – WIARA
Minęły niespełna dwie doby od pełni, a Remus Lupin,
nastoletni wilkołak, opuścił skrzydło szpitalne i wybrał się na spokojną,
zimową przechadzkę po błoniach. Dzień był słoneczny, ale mroźny. Śnieg prószył
przez całą noc i ustał gwałtownie nad ranem, jakoby spóźniony scenograf, który
przygotowywał baśniową scenerię na świętego Walentego. Szron okrył pnie drzew i
wyrysował finezyjne wzory na oknach zamku. Gałązki ogołoconych drzew dostojnie
kołysały się, otrzepując z białego puchu, a ptaki wylatujące z sowiarni,
zrzucały z parapetów i rynien kryształowe sopelki lodu. Był to jeden z tych
dni, kiedy Hogwart wydawał się raczej wytworem wyobraźni niżeli rzeczywistą
placówką.
Remus uśmiechnął się w stronę swojej towarzyszki. Colette
Angelo, w swoim drogim futrze w biało-czarne cętki sięgającym jej do stóp,
razem z jej szaroplatynowymi włosami i zaróżowioną cerą, idealnie pasowała do
tej śnieżnej, wyśnionej odsłony Hogwartu. Obydwoje spacerowali w milczeniu już
od kilkunastu minut. Lupin miał w głowie całkowity mętlik, a nawet coś na
kształt niepokoju, kiedy zobaczył swoją koleżankę kilkanaście minut temu w Sali
Wejściowej, jednakże w tej chwili, w miarę spędzania z nią kolejnych minut,
całe to napięcie uleciało z jego duszy, a on poczuł błogi spokój, taki, jaki
czuje się podczas zasypiania. Było tyle rzeczy, o które chciał wtedy
zapytać!
— Ty wiesz – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do
dziewczyny.
— Tak.
Bree była bardzo domyślna, jak zawsze zresztą, kiedy z nim
rozmawiała.
— Od razu wiedziałam, kim jesteś – od pierwszej chwili,
kiedy zobaczyłam cię na sylwestrze u Potterów. Był w moim życiu moment, kiedy
ojciec bardzo obawiał się, że zaatakuje mnie Fenrir Greyback. Wtedy bardzo
uczulił mnie na cechy wilcze. Dzięki temu…mam teraz pewną intuicję, tak
sądzę.