28 lipca 2017

29.4. Furia

INFO
Kochani! Czwarta Furia jest już naprawdę ostatnią Furią, w której powinny znaleźć się odpowiedzi na WSZYSTKIE najważniejsze pytania, które padły przez całe to opo, wyjąwszy tylko sprawę Phila van Weerta, bo jak już wspominałam - to będzie wątek trzeciej części. Furia zbudowana jest tak, że zawiera trzy długie fragmenty narracji poprzeplatane cytatami z poprzednich rozdziałów (adnotacje na dole). Na samym dole zamieściłam też rozliczenie ze wszystkich tajemnic w formie krótkich pytań i odpowiedzi. Jeśli jednak ktoś z was znajdzie cokolwiek, co będzie głupie/dziwne/mętne/bez sensu, w jakimkolwiek rozdziale, jaki tutaj został publiknięty, to zapraszam go serdecznie na jedyne takie Q and A. Pod tym rozdziałem, ale tylko pod tym (spoilery, spoilery, spoilery bolą), będę odpowiadała na każde pytanie nie w mój rozmemłany sposób, ale w prosty, krótki i jasny (tak jak zbudowane jest rozliczenie na dole rozdziału). Karty idą na stół, kochani, a ezoteryczne tajemnice stają się publiczne c:. Miłej lektury!

Furia – rzymski odpowiednik greckiej bogini zemsty, erynii. Wysłuchiwała skarg wnoszonych przez śmiertelników na zabójców i wymierzała sprawiedliwość tam, gdzie nie wymierzyła jej rodzinna wendetta. Ponieważ nie należało wymawiać jej imienia, nazywano ją również Łaskawą.”


#24
Pełnia, dzień po ROZPRAWIE

Marlena nigdy nie była fanką kiczowatych historii miłosnych z niegrzecznymi chłopcami w roli głównej. W przeciwieństwie do wielu swoich rówieśniczek nie lubiła zaznajamiać się z ich treścią, ani o niej słyszeć, ani też się nad nią zastanawiać – jednak należało pamiętać, że przez znaczną część życia przyjaźniła się z Emmeliną – a więc podobne rozrywki znalazły się poniekąd razem z nią w pakiecie.
Emmelina zapewne sprzeczałaby się z Marley w tej kwestii, ale w romansach wszystkie wydarzenia przebiegały według jednolitego, utartego schematu. Był sobie niegrzeczny chłopak, noszący kurtkę ze smoczej skóry, obcięty na rekruta i będący absolutnie nie do wytrzymania, i była pruderyjna dziewczyna, która w miarę kolejnych stron gubiła pruderię, zdrowy rozsądek i własną osobowość. I chociaż nic nie wskazywało na to, ażeby Marley przypominała w czymkolwiek ową bohaterkę, czuła się, jakby na siłę ktoś umieścił ją w podobnej powieści – a przynajmniej wyrwał żywcem z jej kart Aleka.

Alexander Mason, jak na prawdziwego niegrzecznego chłopca przystało, przypominał zarazem Casanovę i Supermana, George’a Wickhama, Jima Starka i młodego Voldemorta – niesamowitość, rycerskość i podłość ścierały się w nim w dziwnych proporcjach. Był szarmancki i pewny siebie, zdemoralizowany i fascynujący, niebezpieczny i bardzo seksowny. I zapewne, gdyby Marlena odrobiła lekcję z czytywania romansów, i gdyby jej młody duch zapłonął uwielbieniem do podobnego modelu partnera, przepadłaby bez reszty, tak jak zrobiłoby większość znanych jej dziewczyn. Marlena jednak, jak już zostało powiedziane, nigdy nie było fanką tych kiczowatych historii – dlatego też urok Aleka zupełnie się od niej odbił, jego promieniująca aura zatrzymała się, jakby przechodząc przed ołowianą płytę, i w ostateczności jedyne, co dotarło do głębi jej serca, to strach i niepokój. Obcowanie z Alekiem dręczyło ją i wprawiało w dyskomfort, odczuwała jedynie czyste zagrożenie i obawy, bez najmniejszego ułamka ekscytacji i podniecenia. A nadto wszystko, Marlena nie mogła tak łatwo dać się zdemaskować – nawet jeśli nie potrafiła grać i udawać, musiała sprawiać wrażenie dziewczyny zachwyconej buntowniczą naturą swojego nowego narzeczonego, musiała uśpić jego czujność i wmówić mu, że jest nieporadna i głupiutka, i bardzo naiwna. Tylko wtedy istniała szansa, że przyszłość ulegnie zmianie.
— Czy Alec ci się spodobał, Leno? – zapytała ją Bree, na chwilę odrywając miękką szczotkę od skołtunionych włosów Marley.
Dziewczęta siedziały w dormitorium Colette i Natashy. Był wczesny wieczór, za oknem mrok powoli gęstniał, a parawan ciemnych, ściśniętych chmur przykrywał srebrzystą, pełną lunę. Marlena odczuwała dyskomfort, kiedy raz po raz zerkała na niebo i widziała coraz więcej błyskających gwiazd. W uszach dudniło jej wyobrażone wycie wilka, a nadto czuła, jak pewna dziwna, nieokreślona siła wewnętrzna napiera na czuły środek jej czoła. Tej pełni nie myślała jednak o Remusie.
— Pewnie boisz się waszego spotkania, co? – kontynuowała Bree, nie czekając na odpowiedź. Marlena skrzywiła się, czując jak jej kuzynka niedelikatnie stara się rozplątać kołtun w jej włosach. – Pewnie boisz się też dzisiejszej pełni.
— Nie tak łatwo mnie wystraszyć – powiedziała tylko, choć nie zabrzmiało to przekonująco. – A Alec jest… intrygujący. Jestem pewna, że i tym razem się nie myli.
Bree zamruczała pod nosem coś, co nie brzmiało na zgodę.
— Wszystko się ułoży, zobaczysz – odpowiedziała z wyczuwalną nutą fałszu. Marley mimowolnie przeszedł dreszcz.  – Alec ma plan na wszystko, a znak Jules niedługo wyblaknie.
Nie podoba mi się jego plan, pomyślała, ale odpowiedziała jedynie dosyć sztucznym uśmiechem. Zerknęła niemrawo na Bree. Wiedziała, że nie należy jej ufać, a jednak czuła silne przeczucie, że tym razem obydwie grają w tej samej drużynie – że Bree też skrycie deklarowała się jako przeciwniczka Aleka i jego wariactw.
— Wiem, że jesteśmy na wojnie – powiedziała cicho. Bree na chwilę przestała czesać jej włosy. – I wiem, że dla Isaaka nie ma już ratunku, ale… - wzruszyła niewinnie ramionami. – Jest mi ich wciąż trochę szkoda.
Bree pokręciła głową i oddała jej szczotkę. Wyciągnęła swoje dość krótkie nogi na wykładzinie.
— Alec nie chciał, żeby tak wyszło… przecież wiesz.
Czyżby?
To pytanie zawisło w powietrzu przez jakiś czas, zanim odpowiedź Bree zepchnęło je w dal:
— Gdyby sytuacja się odwróciła, oni zrobiliby nam to samo – oświadczyła, krzyżując nogi po turecku. – Miałam przyjemność poznać Isaaka, i Jo, i Walkerów. Wiem, jacy są. Czy ty ich znasz, Leno?
Przez moment przed oczami błysnęła jej doskonała sylwetka Jo, smukła, wysoka i dumna, niczym wyciosana w marmurze, jej błyszczące, czarne włosy i ta aura, którą roztaczała, zupełnie jakby w jej kroku i chodzie kryło się pewne ostrzeżenie. Wspomniała też Isaaka, jego wiecznie zamglone oczy i głęboki głos, który zdawał się przenikać przez całą bibliotekę, wtedy, kiedy w zeszłym semestrze razem tak przesiadywali.
— Przykro mi, że nie potrafię ci pomóc – powiedział jej pewnego wieczora kilka tygodni temu. – Przerosło to mnie i moje zrozumienie. Mam nadzieję, że kiedyś spotkasz kogoś, kto rozwiążę twoje problemy, Marley.
Marlena znalazła – już kilka tygodni temu. I wbrew słowom Bree dostrzegała zbyt wiele podobieństw pomiędzy Isaakiem i Alekiem, z tą jedną różnicą, że ten pierwszy nigdy nie mydlił jej oczu, a ten drugi niemalże rozpoczął ich znajomość od obiecanek bez pokrycia.
Nie – skłamała niepewnie. – Oczywiście, że ich nie znam. Masz rację, Colette.
Bree odetchnęła, nerwowo poprawiając swoje platynowe włosy.
— Nie powinnam zatrzymywać cię tak długo… to trudna noc dla nas wszystkich. Myślę, że powinnam zajść jeszcze w kilka miejsc.
Marley uśmiechnęła się pod nosem. Doskonale wiedziała, co chodzi po głowie Colette.
— Remus Lupin jest pewnie jeszcze w skrzydle – powiedziała szorstko. Bree potaknęła. – Chociaż to kwestia minut…. zanim stamtąd wyjdzie.
— Kilkunastu minut – uzupełniła Colette.
Jakaś ty doinformowana, Bree, pomyślała z przekąsem Lena, ale natychmiast pozbyła się z twarzy skwaszonej miny. Nie podobało jej się, do jakiego stopnia Remus i Colette się zaprzyjaźnili – oszukiwałaby samą siebie, gdyby twierdziła inaczej. Musiała jednak przyznać, że w obecnej sytuacji – kiedy to została narzeczoną Aleka Masona – nie jej przyszło decydować, z kim powinien spędzać czas jej były chłopak. Jakby się nad tym dłużej zastanowić, to generalnie znalazła się pod ścianą, w tak niedogodnym położeniu, że utraciła moc działania w jakiejkolwiek sprawie. Kiedy jednak nie ma się ani narzędzi, ani środków, ani mocy, by zadziałać, trzeba zadowolić się jedynie własnym rozumem.
— Nie mogę powiedzieć ci zbyt wiele, Bree – zaczęła. Choć nie należała do uzdolnionych aktorek, jej rozdarty ton głosu zabrzmiał całkiem autentycznie. – Ale jestem pewna, że uświadomiłaś sobie, jakie… dolegliwości… spotkały Remusa.
Bree wlepiła wzrok w podłogę.
Dobrze, że przynajmniej tego nie utrudnia, pokrzepiła się Lena.
— Wiem, że powinnam załatwić to z nim osobiście, ale wolałabym nie dostarczać Hogartowi tematów do plotek… szczególnie teraz, kiedy Alec jest w Hogwarcie, i kiedy sprawa posagowa jest taka świeża… rozumiesz?
— Nie jesteś z nim chyba dalej… - przerwała Bree, w dalszy ciągu unikając jej wzroku - …w związku? Nie prosisz mnie o…
Lena roześmiała się fałszywie.
— Oczywiście, że nie, głuptasie. Aż tak źle o mnie myślisz? – udała oburzenie. – Po prostu Remus za bardzo wszystko przeżywa i chyba wciąż obwinia siebie o… moją przypadłość. Chciałabym wyjaśnić mu, że jestem z Alekiem... i że Alec z powrotem przywraca moje życie do normalności. Żeby… po prostu żeby wreszcie przestał się zadręczać.
Bree w dalszym ciągu wyglądała na podejrzliwą, ale wyraz jej twarzy nieco złagodniał.
Chyba ją udobruchałam, ucieszyła się Lena, i zanim zdołała się rozmyślić, już wyciągała przed kuzynką szczelnie zaklejoną kopertę.
— Możesz przekazać mu ten list? – spytała. – Są tam wyjaśnienia…  Wolę, żeby usłyszał o mnie i o Aleku, zanim ta plotka obiegnie Hogwart. Jestem mu to winna.
Oczywiście – zgodziła się Colette nieco cieplejszym tonem. Najwyraźniej poczuła się ważnym ogniwem pośrednim pomiędzy światem a Remusem, co mile łechtało jej ego.
Lenny i Bree przez kilka chwil utrzymywały niezręczny kontakt wzrokowy, kiwając głowami i uśmiechając się aż do bólu policzków, aż w końcu pierwsza z nich zamrugała i podniosła się z podłogi. Resztę włosów ostentacyjnie zaczęła rozczesywać palcami.
— Też wychodzisz… prawda?
Bree uśmiechnęła się zagadkowo.
— Muszę przebrać mundurek w coś wygodniejszego. Raczej nie wrócę już do zamku.
— To… to ja też się przebiorę – mruknęła, wskazując na drzwi dormitorium. – W takim razie… do zobaczenia na zebraniu.
— Pamiętaj o masce!
Lena wzniosła oczy ku niebu, ale Bree już tego nie wiedziała. Drzwi zaskrzypiały, a potem wydały głuchy łoskot. Głośne, niezgrabne kroki potoczyły się echem po klatce schodowej dziewcząt, aż zupełnie nie ucichły, a Marley nie znalazła się z powrotem w sypialni numer cztery.
Colette stanęła na równe nogi i wyciągnęła ręce jak kotka przygotowująca się do skoku. Ostentacyjnie zmieniła wyraz swojej twarzy – z nienaturalnego, szerokiego uśmiechu do nieco niełaskawej miny pokerzysty. Odwróciła się na pięcie. Sięgnęła palcami do pierwszego guzika swojej polówki.
— Możesz już wyjść, Travers – rzuciła głośno. Palcami wystukała ścieżkę w dół, do drugiego guzika. – Dobrze wiem, że tu jesteś!
Stłumiony śmiech rozległ się znikąd. Kilka chwil później wysoki, wysportowany chłopak o jasnych włosach odrzucił swoją pelerynę niewidkę na jedno z łóżek współlokatorek Bree.
Dziewczyna odpięła trzeci guzik, skrzyżowała ręce na piersi i spiorunowała go nieprzechylnym spojrzeniem. Alec tylko się uśmiechnął.
— Szpiegujesz mnie?
— Przyjaźnisz się z moją narzeczoną?
Colette parsknęła.
— Myślisz, że mam jakiś wybór? Wolno mi przyjaźnić się tylko z rodziną. Ciotka Flora postanowiła uznać z powrotem jej matkę i przepisać całą fortunę wujka Nicka na McKinnonów. Marlena jest oficjalnie jedną z nas. Jest McDonaldem. Jest Rowle’em.
— Wciąż niezbyt przypomina mi słodką Alicję – westchnął teatralnie. – Ani Mary. Ani nawet ciebie.
— A ja myślę – zripostowała jadowitym tonem. – Że  nawet nie odczujesz zmiany, przeskakując z Alicji na nią. Mają co nieco wspólnego. Na przykład Lena tez cię zdradza.
Alec wydawał się szczerze zaciekawiony – a przynajmniej bardziej niż przez całą tę beznamiętną wymianę zdań. Bree schyliła się i pochwyciła kopertę, który przed kilkoma minutami został jej powierzony. Łokciem prawej ręki przytrzymała na wpół rozpiętą koszulę, a palcami lewej rozdarła kopertę i rzuciła papeterię w kierunku Traversa. Chłopak pochwycił ją z refleksem szukającego.
List, wbrew słowom Marley, wcale nie zawierał w sobie wyjaśnień, usprawiedliwień ani żadnych innych słów, które sugerowałyby, że Marlena zmieniła swój stan matrymonialny i chciała zakomunikować to swojemu byłemu ukochanemu. Wręcz przeciwnie:

R-
Musimy pogadać.
Spotkajmy się w Walentynki na Wieży Astronomicznej – mam nadzieję, że uda ci się wymknąć ze Skrzydła.
~M.

Alec westchnął dramatycznie, udając zranionego amanta.
— To potworne, Angelo – odpowiedział rozbawionym tonem. – A przecież to ty masz coś do Remusa Lupina, czyż nie? Co teraz będzie?
Bree zachowała niewzruszony wyraz twarzy, odbierając Alekowi papeterię i sama wczytując się w list. Kręciła głową i parskała podczas całej tej krótkiej lektury.
— Remus Lupin jest likantropem – zauważyła chłodno, ciskając list na ziemię. Niezbyt subtelnie przycisnęła go do ziemi swoim obcasem.
— To jeszcze lepiej! – uradował się Alec. – Przecież kochasz mieszańców. Będziesz mogła zbuntować się przeciwko tacie.
— Nie rozpatruję go w tych kategoriach – powtórzyła. Obcas jeszcze mocniej przygniótł papeterię, aż przekuwając w niej dziurę na wylot. – To raczej obiekt eksperymentalny, tak jak kiedyś ty, nasz aniołku – uśmiechnęła się fałszywie. – Remusa możemy wyleczyć z obecnym stanem wiedzy Sekty Lycan, a poza tym z łatwością uda się pozyskać go do naszego planu. Alec, on  nienawidzi Greybacka tak jak ty.
— Nie mów mi, że zaraziłaś się tą idiotyczną ideą, Colette – roześmiał się niemal szczerze. – Na likantropię nie ma lekarstwa! Nikt z waszego cholernego, fanatycznego stowarzyszonka nigdy go nie odnajdzie. Tak naprawdę nie zależy wam na niesieniu pomocy – chcecie po prostu postrzelać trochę do osób, którym okazjonalnie wyrastają ogony.
— Skoro jesteś taki błyskotliwy i wiesz wszystko najlepiej, to dlaczego jeszcze z nami współpracujesz? – zasyczała, wyglądając w tamtym momencie jak bazyliszek zbudzony z wieloletniego snu.
Travers wskazał palcem na Bree, a potem na drzwi, za którymi kilka chwil wcześniej zniknęła Marlena.
— Wisicie mi fortunę.
Papeteria głośno zaszeleściła, rozdzierając się na pół pod obcasem Bree. Dziewczyna zacisnęła ręce w pięści tak mocno, że chyba złamała sobie jakiś paznokieć. Alec przeczesał włosy.
— To rozkosz, łupić kogoś w tak prosty sposób – uśmiechnął się do siebie. – Chętnie spotkam się z Leną tak późnym wieczorem. Jestem czarujący, a na niebie jest wiele gwiazd. Może zostać ze mną dłużej, po zebraniu.
— Nie boisz się zemsty Mary McDonald? Że ona wszystko przerwie, póki jeszcze nikt nie zamknął jej ust?

— Mary ma teraz o wiele większe problemy, przyjaciółko. Sądzę, że niedługo nikt już nie będzie się nią kłopotał – Bree zmarszczyła brwi. Lekceważenie Mary McDonald było czymś nowym u Traversa. Chłopak nachylił się znacznie i wyszeptał jej do ucha słowa takim głosem, że dreszcz przeszedł ją wzdłuż każdego kręgu aż do ostatnich kości palców u stóp: „Dzisiaj jest dzień naszego triumfu. Przygotuj się, Colette.”

#25
24 godziny wcześniej.
Piątek, dzień rozprawy Isaaka. Hogsmeade.
Emmelinie zdawało się, że dotknęła właśnie tej niewidzialnej, nieoznaczonej precyzyjnie granicy zażenowania, nieszczęścia i pecha, tej granicy, którą idealnie ujmuje sformułowanie o śmierci ze wstydu. Siedziała z obrzydliwie napuszonymi, mokrymi i śliskimi włosami w szykownej restauracji, obok jej eleganckiego ojca, którego nie widziała od wielu miesięcy, jego jędzowatej nowej żony, zaskakująco sympatycznej przyszywanej córki – i centralnie naprzeciwko Paula Vance’a.
To zaskakujące, jak dobrze go zapamiętała. Każdy centymetr twarzy, każdy ostry kontur szczęki, każda zmarszczka subtelna jak rysa na marmurowym piedestale, odcisnęły się głęboko w jej pamięci. Pamiętała oczy Paula, choć wcale nie były ładne i charakterystyczne, pamiętała, jak błyszczały, kiedy nalewał jej drinki. Pamiętała też brzmienie jego głosu i wiedziała, jaki przybierze ton, jezcze zanim Paul się odezwał. A przede wszytkim – pamiętała jego usta, od których teraz nie mogła odwrócić wzroku, choć zmuszała się do tego całą siłą woli.
 A przecież miała z nim tak krótką styczność na wagarach w zeszłym tygodniu, styczność zupełnie przypadkową, kiedy w dodatku działała w silnych emocjach! Zachowywała się przecież tak grubiańsko i nieromantycznie, zupełnie nie w swoim stylu, że powinna równie bezuczuciowo zapomnieć o tej swojej przygodzie i w ogóle jej w tej chwili nie rozpoznać! Paul na pewno uznał ją za rozwiązłą dziewczynę podobną do Mary, która potrafi tylko czarować włosami, upijać się w barach i rzucać na przypadkowych czarodziejów.
Czy mogło być jeszcze gorzej?
Paul uścisnął jej rękę i wcisnął się na wolne siedzenie pomiędzy nią a Mishą. Emma niechętnie zauważyła, że pobieżny dotyk jego nogi również wydawał się przerażająco znajomy.
—Paul, podaj mi serwetkę – poprosił go Michael Titanic. Emmelina przyglądała się, jak zwinne, wprawione w chwytaniu cienkich powierzchni po tak częstym przeliczaniu pieniędzy w kasynie, palce Paula ujmują rąbek bufiastej serwetki w kolorze przypalonego masła.
Czy oni wszyscy zdawali sobie sprawę, kim jest człowiek, któremu Allison oddała serce? Emmelina znała swojego ojca dostatecznie, żeby wiedzieć, iż on nigdy nie pobłogosławiłby związku swojej córki – nawet pasierbicy – z hazardzistą i cwaniaczkiem podrywającym dziewczyny za ladą swojego baru. Nie, to szaleństwo. To jakiś koszmar. Emma pewnie zaraz obudzi się w swoim dormitorium i zejdzie na śniadanie, a potem weźmie udział w krótkich, kameralnych zajęciach, na których nie będzie prawie nikogo z jej znajomych z powodu rozprawy w Wizengamocie.
Dziewczyna ścisnęła mocno nogi, wyciągając je przez siebie, tak, aby nie stykać się w ani jednym miejscu z nogami Paula. Z irytacją zauważyła, że rozsiadł się on na siedzeniu tak, jak większość znanych jej facetów – z nogami rozwartymi, jakby wietrzył sobie gacie.
— To była nagonka – powiedział nie patrząc na Micheala, kiedy podawał mu serwetkę. Ally zmarszczyła brwi. Emmelina ukradkiem zerkała na jego profil, starając się odnaleźć choć cień zaskoczenia na jej widok, i choć trochę skruchy czy dyskomfortu.
Nie znalazła go tam.
– Byłem na auli dzięki identyfikatorowi Aurora. W całym Wizengamocie jest teraz remont i czyszczenie akt, więc przesłuchanie odbyło się na najniższym poziomie.
W tym właśnie momencie do ich stolika podeszła miło wyglądająca kelnerka w liberii, która puściła oczko do Ally i sympatycznie spytała, kto zamawiał zupę cebulową.
Emma poczuła ogień na swojej twarzy. Co jej przyszło do głowy, kiedy zdobyła się na podobną nonszalancję? Będzie teraz pluskać łyżką w cuchnącej cebulą zupie i rozpryskiwać ją na twarz Paula Vance’a? Czy chociaż wtedy zauważy, że Emma wygląda znajomo?
— Emm…. to dla mnie – wydukała, odbierając pośpiesznie półmisek od kelnerki i nie dając jej okazji do ostawienia go na stół. – Dziękuję.
Paul nawet nie zerknął na jej zupę, przyglądając się oddalającej kelnerce. Czy on gapił się na jej tyłek?
— Mów dalej, Paul – jęknęła Ally, niemalże drapiąc paznokciami o stół ze zniecierpliwienia. Emmelina nie sięgnęła po łyżkę, którą podała jej wspaniałomyślnie Misha. – Co  z Isaakiem?
Paul podrapał się po głowie.
— Właściwie to nie za dobrze, Ally – westchnął dramatycznie. Misha odchrząknęła i siłą wepchnęła łyżkę w pięść Emmeliny. Nikt nie zwrócił na to uwagi. – Skazali go na śmierć. Dwa tygodnie po pocałunku dementora.
Ally wybałuszyła na niego oczy. Michael wydawał się być szczerze poruszonym, natomiast Misha tylko marszczyła nos. Emmelina, której łatwo udzielały się silne emocje, ze stresu wzięła pierwszą łyżkę zupy. Wcale nie śmierdziała tak bardzo.
— Nick McDonald może i był zbyt pobłażliwy jak na czasy wojny, ale to, co robi Crouch, to przesada w drugą stronę. Wielu Magów Wizengamotu jest oburzonych. Kilkoro obrońców, w tym Hughes, odeszli z Departamentu… - wziął głęboki oddech. – A poza tym Di prosiła, żeby się z tobą skontaktować.
— Di? – powtórzyła Emmelina. Łyżka wpadła z głośnym pluskiem z powrotem do zupy. Paul po raz pierwszy od swojego wtargnięcia na kolację odwrócił głowę – i naprawdę spojrzał na Emmelinę. W jego oczach coś błysnęło. Dziewczyna zapowietrzyła się, wyczuwając nosem niezłą aferkę.
— To ty – rzekł zagadkowo. Michel Titanic skrzyżował ręce na piersi. Emma przysięgała, że brakowało jej sekundy do napadu histerii. – No jasne, że to ty! Jak mogłem cię nie poznać! – roześmiał się lekko. – To ty jesteś małą siostrą Diany.
Emma pokiwała lekko głową, wciąż z rozdziawionymi ustami. Przymknęła oczy, kiedy usłyszała znajomy plusk – z wrażenia włożyła łokieć do zupy. Jak ona tego nie znosiła! Nieważne, jak wiele się zmieniło, wszyscy starsi od niej chłopcy zawsze kojarzyli ją tylko z czasu, kiedy „mała siostra boskiej Diany” była jeszcze kulką z dziurami w zębach.
Dlaczego Paul zgrywał tę komedię? Czy naprawdę nie wiedział do tej pory, z kim się całował w barze? I dlaczego, w imię wszystkiego, co magiczne, Emma w ogóle go nie kojarzyła, pomimo tego, że najwyraźniej dobrze znał się z Dianą?
I dlaczego cholerna Diana, skoro już o niej mowa, wydawała polecenia Paulowi zamiast przyjechać tutaj z nim, przekazać wszystko Allison osobiście i przy okazji wesprzeć ją, Emmelinę, w tak trudnych dla niej chwilach?!
— Szalone, nie? –uśmiechnęła się lekko Ally. – Ja też na początku jej nie poznałam. Ale, na garbate gargulce, Paul, zacznij wreszcie gadać! Nierzadko Diana wysyła do mnie jakiekolwiek wiadomości, a co dopiero przez takich pośredników.
Emma przyjęła od Mishy serwetkę, którą wytarła swój zamoczony w zupie łokieć. Momentalnie straciła cały apetyt. Może i wyglądała inaczej niż Stara Emma, ale dlaczego cały czas wdeptywała w takie miny?!
— Diana twierdzi, że razem z tym nowym gościem u kryminologów, Alekiem, zdobyła jakieś informacje, które mogą odciążyć nieco Isaaka. Nowego świadka czy coś takiego. Di twierdzi, że skoro Jazon Hughes odszedł z Departamentu, to ty powinnaś przejąć tę sprawę z powrotem.
Ally oblizała wargi nerwowo. Gumowe ucho Emmy wyłapało kilka słów z marudzenia Mishy, ale była zbyt zażenowana, żeby skupiać uwagę. Ograniczyła swoją uwagę do Paula, i zadającej mu pytania Allison.
— Uważam, że Isaac to wcale nie taki zły chłopak – oświadczyła zainteresowana. – Może nie od razu Kawaler Orderu Merlina Pierwszej Klasy, ale jest wiele takich, co robili gorsze rzeczy w jego wieku i nawet nie powąchali więziennej celi, a dementora to widzieli ewentualnie w podręczniku. Pomyśleć, że jeszcze kilka tygodni temu mogliśmy ugrać wyrok w zawieszeniu – pokręciła głową. – Słodka Morgano… i Di sądzi, że oni mają zamiar się teraz odwoływać?
Paul wzruszył ramionami.
— Powiedziałem jej to samo. Wyrok zapadł, i jest nieodwołalny. Crouch nie ośmieszy siebie tak,  jak zrobiłby Nick McDonald, i nie zmieni decyzji pod wpływem jednego świadka. A jak nie do niego, to kto wyżej niego postawiony ma go osądzić? Minister?
Ally wypuściła powietrze i spojrzała w sufit.
— Bo ja wiem? Powinna istnieć zasada instancyjności. Może trzeba zwrócić się do Czarodziejskiego Trybunału Międzynarodowego?
— Jest sparaliżowana na czas wojny.
— Może warto spróbować?
— Wierzysz w to, Ally?
Allison uśmiechnęła się smutno i pokręciła głową. Najwyraźniej nie było w niej ani krztyny fałszu i zdolności do kłamania. Ciekawego znalazła sobie narzeczonego, pomyślała złośliwie Emmelina, ale nie zabrała głosu.
 — On sam jest sobie trochę winny – ciągnął Paul zaskakująco dojrzałym i poważnym tonem. Emma lekko parsknęła. – Nie przyjął ugody, udowodniono mu prawie wszystko, o co został oskarżony, a on do końca się zapierał. Świadkowie zeznawali pod fałszoskopem przeciwko jemu, a on tylko się śmiał pod nosem!
— Może zarządzić przebadanie przez magomedyków? – zasugerował Michael, który wydawał się być gotowym już w tej chwili na wydanie sfałszowanej recepty. – Mogą przyjechać z zakładu florenckiego od czarodziejskich chorób psychicznych. Lepiej zostać zamkniętym w szpitalu niż obcować… tak blisko z dementorami.
Wszystko jest lepsze od tego – mruknęła Emma. Paul potaknął miło, ale nie obdarzył ją spojrzeniem. Jaka szkoda.
Fakt, ale Isaac został przebadany jeszcze za kadencji McDonalda. Nawet on nie ośmielił się fingować wyników.
— Nie słyszałem, żeby na pocałunek skazali kogokolwiek, kto nie był jeszcze w Azkabanie – nie mógł nadziwić się pan Titanic. – I w dodatku kogoś tak młodego. To… niestosowne.
— Czy według prawa na pocałunek można skazać jedynie zbiega z Azkabanu? – spytała córki Misha, chcąc usłyszeć opinię znawcy prawa. – O ile rzecz jasna, w ogóle możemy mówić o ucieczce z Azkabanu.
Ally wzruszyła ramionami.
— Na czas wojny prawo ustanawia minister. Minchum znacznie je zaostrzył. A Crouch bardzo wiernie je egzekwuje. Obecnie najsurowiej karana jest zdrada stanu, bo karą śmierci. Pocałunek dementora orzeka się, jeśli uznano, że oskarżony dopuścił się czegoś gorszego niż zdrady stanu.
— Albo po prostu sędzia chce wszystkich nastraszyć. Wiecie chyba, co się teraz dzieje… Jak wiele młodzieży, świeżo po szkołach, odchodzi do Sami-Wiecie-Kogo. To dzieciaki, które nie rozumieją nawet do końca, dla kogo pracują, są obecnie jego najliczniejszym legionem. Młodzi, bezkarni fanatycy to prawdziwe nieoszlifowane diamenty. Są na tyle młodzi, że wzbudzają litość Magów Wizengamotu i nie trafiają do więzienia; na tyle niedojrzali, że oddają swoje życie w imię oszukańczej idei; i na tyle naiwni, żeby wierzyć w każde kłamstwo swojego Pana.  Nie boją się Wizengamotu ani aurorów, więc nic nie krępuje ich ruchów. Są bezwzględni i nie znają żadnych zahamowań, nie posiadają ani wiedzy ani doświadczenia, które mogłyby nieco ostudzić ich zapędy. A potrafią postawić wszystko na jeden cel.
Paul rozgadał się teraz na dobre, odrzucając sprawę Isaaka Monroe’a na drugi plan. Emma rozchmurzyła się nieco i z ożywieniem przysłuchiwała się jego rewelacjom, posłyszanym w Biurze Aurorów. Diana nigdy nie zdradzała żadnych szczegółów z pracy, a Emma prócz siostry, Paula i profesora Argenta, nie znała nikogo innego z tego fachu. Nie rozmawiała też zbytnio z Jamesem, Dorianem czy Mary, których rodzice angażowali się w wojnę, i którzy z ich opowieści dużo wiedzieli o kolejnych utarczkach z szeregami Voldemorta.
Jedynym źródłem wiedzy, jaki pozostał Emmie, był Prorok Codzienny, dający niestety bardzo subiektywny i wąski wgląd na ostatnie wydarzenia. A ją, jak zresztą przystało na Gryfonkę, bardzo ciekawiło, jak wyglądała całościowa ofensywa Ministerstwa i jak bronili się oni przed dobrze zaplanowanymi atakami śmierciożerców. Pragnęła poznać wszystkie szczegóły i otrzymać wyczerpujące sprawozdanie, tak, aby jej ogląd na wojnę stał się jak najbardziej kompletny.
Voldemort rozpoczął walkę sześć lat temu, z zaledwie garstką popleczników. Większość z nich znał od dawna i razem z nimi budował swoją potęgę, byli to więc ludzie zaufani, obyci z czarną magią, światowi i przygotowani. Ich bunt i powstanie przeciwko ówczesnemu porządkowi zawierał w sobie więcej pewności siebie i finezji niżeli szaleństwa i fanatyzmu. Z czasem, kiedy wojna nabrała statut międzynarodowy i kiedy w konflikt aktywnie włączyło się Ministerstwo, rozrastające się oddziały musiały się przegrupować. Pojawił się też etap, kiedy armia Czarnego Pana wyszczupliła się i przestała się tak dynamicznie rozrastać. Po gwałtownym wzlocie, nastąpił stateczny upadek. Brakowało kolejnych, przyłączających się czarnoksiężników, brakowało znawców czarnej magii, rycerzy śmierci od razu gotowych do swoich bitew. Zagrożony ze strony zjednoczonych sił międzynarodowych, Voldemort nie mógł spocząć na laurach i musiał przegrupować swoje oddziały, a także rozejrzeć się za innym rodzajem zwolenników.
Najlepsi wojownicy, wyćwiczeni w pojedynkach i klątwach, musieli stawić czoło batalionom złożonym z równie dobrze wyszkolonych stróżów pokoju. Reszta, która przygnała do Czarnego Pana bardziej dla łatwego zysku niżeli idei, która nie pojmowała istoty wojny w pełnym obrazie, i która w końcu nie zdawała się na nic w starciu z Ministerstwem, musiała podjąć się innych zajęć.
— Sami-Wiecie-Kto oprócz śmierciożerców pozyskał do armii tak zwanych „popleczników bez Znaku”. Jest ich obecnie zdecydowanie najwięcej i z ich strony czyha na nas największe zagrożenie. To przede wszystkim fanatyczna młodzież, zwabiona do jego szeregów oszustwem, kłamstwem, szantażem lub strachem. Oni nigdy nie stają do walki z Aurorami, bo nie mieliby z nimi szans. Czarny Pan nie wystawił ich jako mięso pierwszych szeregów, nie skazał wszystkich na śmierć bądź więzienie. Wiedział, że dużo rozlanej krwi jego popleczników, nieważne, jak bezużyteczni by nie byli, podniesie morale aurorów i zniechęci wielu czarodziejów do dostąpienia w jego szeregi. Znaczna część czarodziejów bez Znaku jest bowiem po jego stronie z tego względu, że spodziewa się swego rodzaju opieki. Mogą nienawidzić Sami-Wiecie-Kogo, ale czują się bezpiecznie, wiedząc, że żaden śmierciożerca nie zapuka pewnego dnia do ich drzwi i nie zabije wszystkich domowników. Nikt nie może być w obecnych czasach bezpieczny, nawet jeśli jest apolityczny i bierny. Podczas gdy Voldemort razem ze swoimi starszymi poplecznikami, obdarzonymi Znakami, podbija Ministerstwo i walczy z Aurorami, oddziały jego ucznia, Szakala, sieją terror wśród cywilów.
Paul podał przykład pewnej dziewczyny, zatrzymanej kilka dni temu przez Aurorów. Kryminologom do tej pory nie udało się ustalić jej tożsamości, dlatego zostanie ona postawiona przed Wizengmotem pod pseudonimem: Mojra. Zgłoszono ją do Kwatery Głównej po tym, jak zaatakowała ona grupę czarodziejów z Hospicjum Ptolemeusza nożycami ogrodowymi, tłumacząc się, że zirytowały ją ich łysiejące włosy. Nie nosiła przy sobie różdżki. Twierdziła, że nigdy nie spotkała się sam na sam z Panem, i że w jego imieniu wypełnia rozkazy Szakala, ukochanego ucznia Mistrza. 
Sam Szakal stanowił dla kryminologów zagadkę od kilku ładnych miesięcy. Niemal wszyscy zatrzymani niedawno młodzi recydywiści, sprawdzani, czy nie posiadają Mrocznego Znaku, powtarzali, że nie są godni dopuszczenia przed oblicze Pana, że działają tylko dla jego ucznia, Szakala. Z ich opisów wynikało jasno, że każdy miał na myśli jedną i tą samą osobę, niezwykle przystojnego młodego mężczyznę, który zabijał każdego, kogo spotkał na ulicy.
—  Najwięcej o Szakalu dowiedzieliśmy się od syna tego znanego Aurora, Roberta Chamberlaina. Widziałem, jak Shafiq go przesłuchiwał. To smutne, ale za zdradzenie nam wielu informacji, ludzie Szakala niedawno zamordowali go z wyjątkowym okrucieństwem.
Emmelina zmrużyła oczy natychmiast po tym, jak usłyszała nazwisko Chamberlain. Chociaż zdecydowanie nie znała tej rodziny tak dobrze jak James, Mary, Syriusz czy nawet Lily, to jednak posiadała podstawowe rozeznanie chociażby ze słów i opowieści każdego z tej czwórki. Emmelina mogła więc nie znać osobiście ani Doriana, ani tym bardziej jego starszego brata (garbate gargulce, jak o tym teraz pomyślała, to właściwie rozmawiała jedynie z dziką Caitlin Chamberlain w ten dzień, kiedy „podmieniła” się wizerunkami z Gretą Catchlove), a mimo to wiedziała, że ich ojciec jest wysoko postawionym Aurorem, że w domu jest ich ósemka – i że pierworodny syn zmarł tydzień temu.
Finn.
Finn Chamberlain był człowiekiem Szakala?! Został zamordowany nie dlatego, że – jak brzmiała oficjalna wersja – stał się swoistym męczennikiem walki o mugolaków i równość w świecie magicznym. On po prostu zapłacił cenę za to, że zdradził grupę agresorów, do której sam należał. O tym nikt nie pokwapił się wspomnieć – ani redaktorzy nekrologów w Proroku, ani tym bardziej Mary i James.
— Nigdy nie słyszałem podobnych bredni – pokręcił głową Paul. – Finn twierdził, że utrzymywał z tą grupą kontakty przez kilka ładnych miesięcy. Odbiło się to na nim nieźle, bo brzmiał jak fanatyk. Ponoć w ich hierarchii wspiął się dość wysoko i dopuszczono go przed oblicze Mistrza. Chłopak zgłosił się do Biura Aurorów osobiście, poprosił tylko, żeby nie przesłuchiwał go ani ojciec, ani pan Potter, bo nie jest w stanie spojrzeć im w oczy. Zdał sobie sprawę, jak bardzo pobłądził dopiero, kiedy zdemaskowała go matka. Ponoć długo zabierał się do tej rozmowy i przez pewien czas węszył w swoim szemranym towarzystwie, żeby przekazać ministerstwu informacje jak najbardziej kompletne.
Finn najbardziej żałował tego, że nigdy nie zobaczył twarzy Szakala. Ponoć ten facet zwołuje zebrania, na których wszyscy mają maski – nie robią tego nawet Śmierciożercy, którzy chociaż chodzą zamaskowani za dnia, w swoim towarzystwie niczego nie ukrywają. O Szakalu wiedział tylko tyle, że ma obcy akcent, że Sami-Wiecie-Kto powierzył mu misję o wiele istotniejszą niż szkolenie młodzików, i że jest on całkowicie niezrównoważony. Co więcej, jest na tyle charyzmatyczny, że swoją skrzywioną, chorobliwą wizją świata zaraża każdego, kto wda się z nim w jakieś dysputy.
Wszyscy ludzie Szakala są więc pewni, że postępują słusznie. Wierzą, że wybijając mugolaków oczyszczą czarodziejów z chorób. Wierzą, że jeśli zemszczą się za zdrajców krwi, to podzielą ich złoto pomiędzy wszystkich czarodziejów. Wierzą nawet, że jeśli nie zatrzymają mieszania się czarodziejów z mugolami, to za kilka pokoleń nasza społeczność całkowicie zaniknie, a ci z nas, którzy zachowają magię, staną się Obskurodzicielami. Wykreowali w głowach utopię. Czystokrwistą utopię. Uważają się za bohaterów. Są przekonani, że przyszłe pokolenia będą się o nich uczyć na historii magii. Składają przysięgi na Slytherina, a jeśli znajdzie się wśród nich zdrajca, to okaleczają się nawzajem za niego, aby zacieśnić tę wspólnotę.  
Finn opowiadał, że Szakal nakazał pewnego dnia swoim poplecznikom spuszczać krew z czarodziejów schwytanych w Edynburgu, i patrzeć czy nie jest ona brudna jak szlam. Jeśli któremuś z nich nie podobało się coś w spuszonej krwi, to miał obowiązek zabić człowieka, bo był ukrywającym się Mugolakiem-oszustem. Równie okrutnie drużyna Szakala rozprawiała się z mieszańcami – goblinami, satyrami, wilami. Czarny Pan zadecydował, że jeśli czystej krwi czasem nie warto przelewać, to nigdy dość strat krwi mieszanej i brudnej. Magiczne stworzenia mogą zrehabilitować się i oczyścić swoją krew, jeśli przyłączą się do Sami-Wiecie-Kogo.
Ciężko stwierdzić, kim właściwie zwolennicy Szakala bardziej gardzą – część z nich nienawidzi bardziej mieszańców i humanoidów, „profanacje człowieka” – jak im się wydaje –  a inni – Mugolaków i mugoli. Swoje zadanie terroryzowania stworzeń i ludzi nie angażujących się w wojnę pełnią z olbrzymim zapałem – wiedzą, że w nagrodę za posłuszeństwo Szakalowi, mogą otrzymać Znak. 
Finn podał nazwiska, ale żadna ze wskazanych przez niego osób nawet nie powąchała celi w Azkabanie, przynajmniej za Nicka McDonalda. Ministerstwo jeszcze nie poznało się na tym przegrupowaniu zwolenników Sami-Wiecie-Kogo, dlatego obecnie skazuje jedynie tych, u których znaleziono Znaki. A większość zabójców ich nie nosi. Śmieją się więc z systemu sprawiedliwości publicznego, a sami między sobą praktykują bardzo prosty sposób karania. Albo przeżyjesz, albo nie. Isaaka Crouch skazał na śmierć – ale uwierzcie, że nawet gdyby go uniewinnił, to i tak zginąłby z ich rąk za zdradę. Tak samo jak syn Roberta Chamberlaina.
— W takim razie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, jest bardziej honorowy od naszego ministra – wtrącił się Michael. – Jego ludzie zabijają się wzajemnie, ale nie nasyłają dementorów. A chyba każdy wybrałby śmierć, gdyby mógł wybrać między nią a Pocałunkiem.
— To prawda – zgodził się Paul. – Ale trzeba brać pod uwagę, że Isaac nie zdąży posmakować życia po pocałunku… Pożyje w takim stanie tylko dwa tygodnie, a to za krótko, żeby jego ciało zdążyło zwiędnąć, a on sam oszaleć od ciągłego poczucia pustki.  Crouch mógłby nadać mu immunitet i skazać na wieloletnie życie w takim stanie – żeby służył za wieczny symbol. To byłoby okrutne.
Ally zrobiła minę, która dokładnie określała, co ona myśli o takim miłosierdziu.
— Mam nadzieję, że Isaakowi uda się zabić samego siebie w areszcie. Chociaż, jak znam życie, to cały nasz Departament będzie go pilnował na zmianę.
Dalszą rozmowę na ten temat przerwało ponowne przybycie miłej kelnerki. Położyła ona przed każdym zamówione danie i uprzejmie spytała Emmy, czy może zabrać miskę pełną zupy cebulowej.
— Emm… tak, raczej nie będę tego jadła – powiedziała nieprzytomnie, a kelnerka zamieniła jej półmiski na nowy kryjący w sobie zapiekankę makaronową oprószoną mozzarellą.
Emma poczuła wilczy głód z emocji. Pomimo oferty kelnerki i Michaela, Paul nie zamówił dla siebie nic prócz piwa cynamonowego. Cały stolik umilkł na kilka chwil, czekając, aż kelnerka zrobi kolejny kurs z przygotowanymi potrawami, a kiedy wszyscy mieli już, co jeść i wypić, ezoteryczna atmosfera całkowicie wykipiała. Misha z ulgą narzuciła zmianę tematu, a rozmowa z powrotem wróciła na nudne, bezpieczne, mało pasjonujące tory.
Emmelina jadła swój makaron bardzo mozolnie, bo musiała co chwila odpowiadać na jakieś mętne pytania o szkole i nauczycielach. Szansa na bardziej głęboką degustację natrafiła się dopiero, kiedy Misha rozpoczęła długi wywód o tym, jak fantastyczną i wybitną uczennicą była Allison w Hogwarcie.
— Allison poszła rok wcześniej do szkoły – plotła jej macocha, a Emma kątem oka zauważyła, jak Paul prycha do swojego piwa. – Wysłałam ją wcześniej, bo uważałam, że jest równie mądra, co jej koledzy o rok starsi. I miałam rację – skończyła najlepiej!
Ally grzecznie sprostowała, że wyższy wynik na owutemach mieli w jej klasie Diana i Jordan Wood, ale Misha zdawała się tego nie dosłyszeć.
— Myślałam, że miałaś guwernantkę – powiedziała Emmelina. Ally w rzeczy samej wyglądała na jedną z tych rozpieszczonych córeczek bogatych mam, które wynajmują eleganckie guwernantki.  – Nie pamiętam cię ze szkoły.
— Byłam Gryfonką, trzy klasy wyżej od was. Ja i Paul byliśmy razem w klasie.
Ku uldze Emmy, jej ojciec postanowił włączyć się do rozmowy i zmienić temat, zanim Paul i Ally zaczęliby wspominać swoje dziewicze lata. Tym razem ponownie chodziło o magofarmację, apteki i ministerstwo.
— Wystarczy tylko przyjrzeć się obranym ścieżkom kariery, żeby zrozumieć, że osiągnęłaś więcej od Diany – plotła Misha, obrażona chyba o ten komentarz z wynikami owutemów. – Prawo jest trudniejsze od jakieś tam kryminologiki, prawda, Mike?
— Kryminologii, kochanie, to jedna z korporacji u Aurorów.
— To nie jest przyszłościowe – ciągnęła. Paul znowu parsknął w swoje piwo, tak że aż ubrudził sobie nos cynamonową pianką. – Minister chce rozwiązać korporacje, tak jak i porozbijać całe bataliony. Oni wszyscy wylecą.
— Póki jest wojna, to znajdzie się dla nich zajęcie, Misha. Nie musisz martwić się o Aurorów.
—Ale wojna się kiedyś skończy, Ally. W ostatnich latach przyjęto ich zbyt wielu. Co będą robić po wojnie? Co będzie robić twój Paul?
Zostanie mu stary bar i całowanie pijanych dziewczyn, pomyślała Emma, ale nie powiedziała tego na głos. Niewygodny temat został zmieniony powtórnie, i powtórnie, i powtórnie, ale nie wyglądało na to, żeby w towarzystwo wstąpił ten sam duch zaciekawienia, jak wtedy, kiedy o swoich doświadczeniach z pracy opowiadał Paul. Misha i Michael opowiadali Emmelinie trochę o ostatnich skandalach w ich aptekach:
— Obwiniam Roxy, że przez nią przedwcześnie wypuszczoną nową linię aromatów do eliksirów. Nie zdążyliśmy przeprowadzić całościowej kampanii reklamowej…
Ally przeżywała swoją nową sprawę i sama ze sobą sprzeczała się do strategii obrony:
— Zapowiada się kolejna ostra jatka, jeśli ta kobieta nie przestanie się obrażać. Myślę, że najlepiej w ogóle nie dopuścić do stanięcia przed Wizengamotem. Może uda nam się ugrać jakąś ugodę z jej mężem?
Potem przyniesiono lody Emmeliny i zaczęto rozmawiać o jedzeniu i atmosferze bistro…
— Rozświetlasz to miejsce jak radziecka rusałka, Ally – gruchała Misha. – Jestem pewna, że twój szef nie wypuści cię stąd, kiedy już zaoferują ci pełen etat w ministerstwie…
A potem zrobiło się jeszcze bardziej krępująco, bo od słowa do słowa przyjazna pogawędka o niczym przeobraziła się w zażarty spór o dekoracje ślubne Allison i Paula. Emma mogła przysiąc, że nigdy nie zjadła dwóch kawałków tiramisu tak szybko, jak wówczas ze stresu.
— Oczywiście, musisz koniecznie przyjechać na nasze wesele, Emmo – zaprosiła ją Ally – prawda, Paul?
Paul nie odpowiedział na to, ale wyraz jego twarzy wydawał się Emmelinie dość wymowny.  Ona sama modliła się, żeby nikt nie wrobił ją w wesele, wieczorki panieńskie albo inne szaleństwa – obiecała sobie bowiem w duchu, że od dnia dzisiejszego dokona wszelkich starań, by nigdy więcej nie zetknąć się z Paulem Vance’em, nawet jeśli miałoby to być platoniczne spotkanie w aptece.
Do ucha dolatywało ją psioczenie Mishy na grządki ogrodowe, które to rozpoczęło kolejną zmianę tematu i nudne wynurzenia na temat ogródków, gnomów i zmarzniętych truskawek. Emma wbiła wzrok w oszronione okno, przyglądając się powiększonym w magicznym szkle płatkom śniegu. Wtedy uważała, że nie ma nic piękniejszego ponad te układy sopelków, szczupłych i powyginanych jak podczas kolejnych figur tanecznych. Wiatr rozdmuchiwał śniegowe zaspy, a na przechodniów sypało piękne, dostojne białe konfetti. Elegancka czarownica z kruczoczarnymi włosami wyglądała jak wila z rozprószoną, eteryczną śnieżną koroną, a przechodzący po drugiej stronie chodnika pan wyglądał na oczarowanego jej pięknem ze swoimi rumianymi policzkami i zamglonym spojrzeniem. Zimą wszystko zdawało się jej wyostrzone i uwydatnione – a apogeum tego efektu nadciągało wraz z Walentynkami.
Uśmiechnęła się pod nosem. Przypomniała sobie rozmowę z Chase’em z rana – w poniedziałek mieli odbyć całą tę poważną rozmowę, która choć zapowiadała się stresująco, okryta została różową mgiełką Dnia Kupidyna i ostatecznie zupełnie pozbawiona grozy. To całkiem zabawne, że kiedy przypomniała sobie o tym wszystkim i choć na chwilę wyrzuciła z głowy nieszczęsnego Paula Vance’a, widziała jasne włosy i chłopięcą twarz Chase’a niemalże wszędzie – nawet ten czarodziej z sąsiedniej uliczki, idący w grupce swoich rówieśników, wyglądał niemalże tak sa…
Zbladła.
— Szkoda, że zdecydowałaś inaczej i oczywiście nie robię ci żadnych wyrzutów, Emmelino, ale może zastanów się jeszcze raz, czy obecne wakacje…
— Muszę iść – powiedziała ostro, nawet nie słuchając nowych rewelacji swojego ojca. Zmarszczyła czoło. Owszem, Chase wspominał, że wybiera się do Hogsmeade, ale czy mógł okłamać ją w tej spawie i wybrać się tam z…
Zerwała się na równe nogi, porwała swój płaszcz z wieszaka i w sekundę była gotowa do opuszczenia bistro. Przygryzła wargę. Całe towarzystwo przyglądało się jej z konsternacją.
— Przepraszam najmocniej, tatusiu – jęknęła, poprawiając w pośpiechu włosy. – I ciebie, Misha, i Ally, i… - imię Paula nie przeszło jej przez gardło, więc po prostu skinęła głową. – Na śmierć zapomniałam… nie dam rady już… - z rozpaczą skinęła głowę w stronę okna. Misha praktycznie lizała szybę, tak bardzo starała się dopatrzeć przez szkło czegoś skandalicznego. Poczuła, że policzki jej płoną.
— Emm… ro… rozumiem, kochanie – wydukał Michael, ale ton jej głosu jasno dawał do zrozumienia, że stracił już rozeznanie w czymkolwiek. – Zostajemy w Hogsmeade aż do wesela. Jeśli będziesz miała jakiś wolny weekend, to…
— Tak, tak, tak, tatusiu – kiwała głową jak porozpruwana, gałgankowa lalka. Przechodząc przez siedzenie, prawie potknęła się o nogę Paula. — Jeszcze raz przepraszam za zamieszanie! Wesołych Walentynek, Allison!
Co Ally – albo ktokolwiek inny – zdążył odpowiedzieć na te chaotyczne słowa pożegnania, już się nie dowiedziała. Sekundę potem biegła przez śnieżycę, ciężko przebierając nogami w zaspach sięgających kolan. Ani razu nie odwróciła się za siebie.
— Chase?! – pisnęła dramatycznie. Jęknęła, bo uderzyła stopą o niewidoczny pod warstwą śniegu hydrant. – Syriusz?!
Wiatr szumiał i piszczał tak przeraźliwie, że Emma szczerze wątpiła w to, że zostanie dosłyszana przez chłopów po drugiej stronie ulicy. Na szczęście, obydwoje najwyraźniej uwrażliwili się na piski Emmeliny, bo zareagowali natychmiast.
Pierwszy wspomniany otworzył szerzej oczy, zawrócił i sam zaczął krzyczeć coś na wietrze– tym razem jednak zawieja stłumiła jego głos całkowicie. Ten drugi niechętnie powłóczył się za Chase’em, głośno zaklinając pogodę tego wieczora (i prawdopodobnie także dołączającą do kompanii Emmę).
Równocześnie echo przeniosło kolejne nawoływania, dochodziły one zza zakrętu, gdzie uliczka wychodziła na kamienice mieszkalne i osiedle z domami hazardowymi. Dwa cienie przemknęły z tamtej strony i zaczęły machać do Chase’a i Syriusza, jeszcze zanim ci dopadli Emmelinę. Zanim któremukolwiek z tej trójki udało się zidentyfikować sylwetki osób, podjechała wielka furmanka zaprzęgnięta w kłusujące kuce pony. Bułane stworzenia zatrzymały się w poprzek ulicy, tuż przed Emmeliną, Chase’em i Syriuszem, a ogromne beczki przewożonego przez nie kremowego piwa zasłaniał cały ruch po drugiej stronie ulicy. 
— Chyba nas znaleźli, Syriuszu – mruknął pod nosem Chase, starając dojrzeć się czegoś ponad zadem kuca. — Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.
Emma zamrugała szybko. Poczuła, że strzepuje szron ze swoich rzęs.
— Co wy tutaj robicie? – jęknęła, łapiąc się teatralnie za serce. – O mało nie padłam na zawał, kiedy zobaczyłam was razem przez okno. Chase – zwróciła się do pierwszego z nich – od kiedy ty spacerujesz sobie z nim? Syriuszu – obróciła się na pięcie do drugiego z chłopców – wiesz, że nie wolno ci tu być? Jesteś zawieszony.
— I vice-versa, zbuntowana księżniczko – parsknął Syriusz. Emma uniosła brew. Zerknęła z rozpaczą na Chase’a.
Doprawdy, czy ten dzień mógłby być jeszcze gorszy? Najpierw Paul Vance, a teraz zaprzyjaźnieni Syriusz z Chase’em? Kto tu jeszcze przyjdzie – James Dean za rękę z jej siostrą?!
— Mówiłem ci przecież, że otwierają dzisiaj kasyno – wzruszył ramionami. – Ja i Syriusz obraliśmy ten sam kurs.
Emma skrzyżowała ręce na piersi. Owszem, Chase wspominał, że spotyka się z jakimś znajomym z Francji (miał on chyba nawet bardzo francuskie imię, coś takiego świątecznego… aha, oui, Noel!), ale na wzmiankę o Syriuszu wzdrygnął się i wszystkiego wyparł! Obydwoje przecież niespecjalnie obracali się we wspólnych kręgach (i lepiej, żeby tak pozostało, bo rzeczy, które Syriusz mógł poopowiadać Chase’owi o Emmelinie, przyprawiały aż o gęsią skórkę!), a już na pewno nigdy nie wspominali, że mają jakiś wspólnych znajomych w domach hazardowych. Kto to mógł być, Paul Vance?!
Odpowiedź przyszła dość prędko, bo z głośnym „uważaj, słoneczko!” skierowanym do Emmeliny, furman doprowadził do ładu swoje kuce, a te popędziły z głośnym tętentem kopyt w kierunku dostawy piwa. Po drugiej stronie furmanki stali już dwaj chłopcy, który machali do Chase’a i Syriusza zza zakrętu. Emma aż się zapowietrzyła. Znała tych chłopaków.
— Chase Reagan! Stari przyjacielu! – rzekł serdecznie pierwszy z nich, zgodnie ze słowami Chase’a – rodowity Francuz. Miał ciemne włosy, groźne oczy i wyraz twarzy przywodzący na myśl chciwego goblina. Stojący obok niego czwartoroczny Ślizgon o wątłej budowie wyciągnął rękę do Syriusza.
Francuz po ściśnięciu także ręki Syriusza, zainteresował się teraz Emmeliną, stojącą nieruchomo, jakby została spetryfikowana.
 – Noel Bonnet – rzekł, ujmując jej bezwładną dłoń ukrytą w mufce. Nachylił się i złożył na niej pocałunek. – Jestę nowi James Potter. A to ję nowa Mari McDonal’ – wskazał swojego towarzystwa. – Witaj, bella.
Emma schowała dłonie za siebie, z obawy, że drugiemu chłopakowi także przyjdzie ochota ślinić jej nowe rękawiczki. Zauważyła, że Syriusz uśmiecha się półgębkiem. Dziewczyna nachyliła się nad Chase’em:
— Nie do końca…
— Ojciec Noela jest nowym szefem korporacji kryminologów u aurorów, Emmelino – przerwał jej twardo Chase, tak jakby domyślił się, że wcale nie słowa przywitania wprawiły ją w konsternację. – A to syn Barty’ego Croucha. Rozumiesz dowcip słowny, prawda?
Emma skrzywiła się mimowolnie.
— Jestem zaszczycona – rzekła do Noela, ale w myślach zastanawiała się raczej, jak odciągnąć Chase’a na bok i zapytać, od kiedy zadaje się ze Ślizgonem i prawdopodobnym Śmierciożercą (i tak samo Syriusz!).
Noel napuszył się lekko, wyraźnie zadowolony z aprobaty Emmeliny.
— To z tobą idziemy? – spytał sucho Barty Crouch, mniej kurtuazyjnie zwracając się do dziewczyny. Syriusz zachichotał.
—Popieprzyło cię, Crouch? Czekamy na Panią Robinson.
Emma zmarszczyła czoło. Panią Robinson?!
Barty zareagował w podobny sposób, dlatego Noel pośpieszył z wyjaśnieniami:
— Kędl Arżę.
Kędl Arżę… Kędl Arżę… Kendall Argent!
To robiło się jeszcze bardziej zakręcone. I to po tym, jak Allison, Misha i jej ojciec rozmawiali o Kendall, Liamie i Paulu! Co, na brodę Merlina, starsza siostra Larissy z Piękności robiła w Hogsmeade, dlaczego spotykała się gdzieś z tak wymieszanym towarzystwem (i z Chase’em!), i dlaczego zasłużyła sobie na tak wątpliwie chwalebną ksywkę jak „pani Robinson”?!
— Spotkamy się pod kasynem – rzekł Chase do swoich kolegów. – Zaraz do was dojdę.
Syriusz wywrócił oczami, ale ostatecznie nie wygłosił żadnego komentarza. Razem z Bartym Crouchem odwrócił się na pięcie, stając twarzą do zakrętu, zza którego wyjechała furmanka z kremowym piwem. Noelowi aż tak się nie spieszyło. Stał, jak wrośnięty w ziemię i swoimi goblinimi oczami lustrował Emmelinę. Dziewczyna poczuła, że Chase lekko się wzdryga.
— Ni’ przedstiwiła’ si’, bella – rzekł z wyrzutem swoją łamaną angielszczyzną. - Comment t'appelles-tu?
Zanim Emma zdołała przypomnieć sobie o języku w gębie (a trzeba przyznać, że w tamtej chwili zdecydowanie brakowało jej refleksu), Chase rzucił coś po francusku, a Noel uśmiechnął się sztucznie i nieco obrażony ruszył za Syriuszem i Bartym.
Salut, Emmeline!
Zimny dreszcz przeszedł dziewczynę od stóp do głów, ale wyszeptała mało entuzjastyczne „salut”, gdy Noel zniknął już za zakrętem. Chase zaklął pod nosem. Nie patrzał jej w oczy, przeczuwając chyba, że nadciąga słowotok.
— Co tu się dzieje, Chasey? – zaczęła panikować. – Bonnetowie? Bonnetowie są twoimi znajomymi z Francji? I Syriusz! Dlaczego Syriusz nagle zaprzyjaźnia się z kolegami swojego brata? I nazywa siostrę Larissy Richardson panią Robinson? Ksywki Syriusza zwykle mają jakieś drugie dno!
— Spokojnie, Emmelino – niemal się na to uśmiechnął. – Syriusz po prostu chce trochę poflirtować, a Kendall jest starsza. Słuchaj… nie chciałem, żebyś wiedziała, że idziemy tam razem, bo mogłabyś lekko… - zawahał się przez moment, jakby szukając odpowiedniego słowa. –…za bardzo się martwić.
— A…ale… - wydukała, wskazując palcem na miejsce, gdzie chwilę temu zniknął Noel. – Bonnetowie! To twoi znajomi z Francji?
Chase wzruszył tylko ramionami, najwyraźniej nie widząc potrzeby, żeby cokolwiek do tego dodawać. Emma za to czuła, że musi wyrzucić z siebie wszystkie ostatnie emocje – nawet jeśli to znaczyło, że będzie prowadzić rozmowę za nich oboje!
— Morgano, a to ja myślałam, że obracam się wśród patologii – jęknęła. – Wiesz, kto jest narzeczonym mojej podszytej siostrzyczki? PAUL VANCE! Najpierw on, a potem jeszcze Bonne….
— Pa… Paul Vance? – powtórzył Chase. Jego źrenice rozrosły się do wielkości knuta. Emma zaśmiała się bez humoru.
— Och tak, i w dodatku chyba całkiem nieźle zna się z moją siostrą! A ta cała pani Robinson – Merlinie, Syriusz jest taki głupi – to jego kuzynka!  
To było dla Chase’a za wiele. Wyprostował się jak na komendę „baczność” i złapał dziewczynę za przegub, zanim ta zdołała chociażby wypluć ponownie: „Paul Vance”.
— Odprowadzę cię do zamku – zaproponował gwałtownie. – Nie chcę cię martwić, ale wygląda na to, że wpakowaliśmy się w niezłe tarapaty, Emmelino. Oboje.

#26
18 godzin wcześniej
Zawieja tego wieczora przypominała Jo o Uralu. W Rosji utarło się pieszczotliwe nazywanie gór nevesta, to znaczy panna młoda. Łagodne stoki obsypane miękkim, śnieżnym puchem, faktycznie przypominały piękną, szlachetnie wyciosaną twarz kobiety ukoronowaną perłowym welonem. Od skalpu głowy do końca eterycznego welonu spływały błyszczące wstęgi światła, cień srebrnego diademu – to jest perły Wschodu, lodowego zamku Durmstrangu wzniesionego na najwyższym szczycie gór. Śnieg padał tam każdego dnia, a kolejna warstwa opadu dodawała do ogona welonu jeszcze kilka cali, tak że pod koniec zimy prezentował się on już raczej jako tren. Wiatr pomagał stoczyć się welonowi do samych stóp nevesty, tak jak teraz rozkładał przed stopami Jo długi, biały dywan – od tajnego przejścia z zamku aż do krańca mieszkalnej części Hogsmeade. Tak bardzo tęskniła teraz za domem.
— Mieliśmy dzisiaj zejść do Ogrodów Rusałek – powiedział kiedyś, bardzo dawno temu Isaac, kiedy obydwoje spacerowali w podobnej pogodzie po dziedzińcu Durmstrangu. – Ale profesor Jabłonski mówi, że śnieżyca jest zbyt niebezpieczna. Ponoć  zapuszczają się tu nawet yeti.
Isaac myślał chyba, że Jo zaintryguje wzmianka o Śnieżnym Człowieku i zrozumie jego ukrytą aluzję. Jo jednak bała się yeti, dlatego w tamten dzień – jak i za każdym innym razem, gdy Isaac starał się ją do tego namówić – trzymała się z dala od Ogrodów Rusałek. Nie raz nie dwa wysłuchiwała niesamowite opowieści Tony’ego i Prim o tym miejscu, którzy regularnie schodzili na dół z Isaakiem i poszukiwali Wielkiej Stopy. Jo po raz pierwszy w życiu poczuła żal, że nie zaufała przyjacielowi wystarczająco i nie obejrzała z nim Ogrodów. Jak na to teraz patrzała, to właściwie bardzo wiele rzeczy odmówiła Isaakowi.
Zbyt wiele.
Jo przysiadła na ławce przy drodze. Nie miała siły nawet strzepnąć z niej uprzednio warstwy śniegu. Czuła, jak wilgoć przebija się przez warstwę spódnicy od mundurka i nieprzyjemnie chłodzi jej nogi. Śnieg prószył gęsto, topniejąc na jej czarnych włosach, zmarzniętych polikach, spierzchniętych ustach. Podkuliła kolana i objęła je ramionami. Trzęsła się cała już od kwadransa, ale czerpała z tego niemal przyjemność. Miała nadzieję, że tak jak śnieg na deptaku i parapetach, tak i jej rozognione serce w końcu podda się i zamarznie, okryje się szarą, lodową powłoką, po której wszystkie uczucia i emocje będą się ślizgać jak łyżwy po lodowisku.
— Zamarzniesz tutaj, Jo – powiedział dziewczęcy głos. – Wiesz dobrze, że mundurki z Hogwartu są o wiele cieńsze od naszych.
Jo wzruszyła ramionami, jak obrażona dziewczynka, ale nie zmieniła pozycji. Kątem oka zauważyła, jak młoda dziewczyna dosiada się do niej na ławkę. Ciężkie, czekoladowe loki opadały jej na chude ramiona.
Czy to za sprawą śnieżycy, czy też bardziej zmęczenia oczu Jo, momentalnie wszystko wyblakło i utraciło kolor, mieszając się w jedną czystą, sterylną biel. Jo siedziała na nędznej pryczy, czarny deptak do Hogsmeade przeobraził się w biały dywan, a śnieg spłynął kaskadą, niczym biała, tiulowa zasłona. Jo lekko zadarła głowę. Była w wielkim, jasnym hallu, którego sklepienie przypominało zimowe niebo, jak w Wielkiej Sali Hogwartu. Śnieżynki leniwie kołysały się nad jej głową. Jo przekrzywiła szyję.
Jilly?
Dziewczyna w lokach uśmiechnęła się zadziornie. Jo rozejrzała się jeszcze raz po białym wnętrzu. Zrozumiała, że to iluzja – prawdziwa Jo była przecież na dworze, kuliła się w samym środku zawiei na zamarzniętej ławce na peryferiach Hogsmeade.
— Czy to dzieje się naprawdę?
— Nie sądzę – westchnęła Jilly, dramatycznie łapiąc się za serce. – W końcu ja nie żyję.
Wspomnienie Jilly Monroe uderzyło Jo gdzieś z tyłu głowy. Zdaje się, że chodziło o medalion, przepowiednię i Trevora, ale była zbyt senna, żeby sięgnąć głębiej po jakieś szczegóły. Łatwej było wspominać rzeczy miłe, takie, o których pamięć nie wymagała wysiłku.
Jilly siedziała obok niej, tak jak za dawnych czasów. Kiedy obydwie chodziły jeszcze do Durmstrangu, razem z Isaakiem miały zwyczaj spędzania popołudnia w najniższych kondygnacjach pałacu, gdzie znajdowały się termalne łaźnie. Jo pamiętała, że aby do nich dojść, przechodziło się przez grotę, i że całą komorę ukształtował kras. Białe, wapienne szkielety dzieliły baseny na wiele pomniejszych szkieletów, a pnące się do góry stalagmity służyły jako specyficzne wieszaki, na których uczniowie zostawiali swoje rzeczy. Biały hall, który zajmowała teraz z Jilly w pewien sposób przypominał tamto miejsce.
—Widzę cię wszędzie – wyznała nieprzytomnie. Jilly zmarszczyła czoło. – U Shelby… na ulicy… często nawet we śnie – zaśmiała się pod nosem, tak jakby żartowała. – Czy ja jestem szalona, Jilly?
— A ile wypiłaś dzisiaj eliksiru?
Jo pamiętała, że piła coś jeszcze na rozprawie, ale teraz za Camelot nie mogła przypomnieć sobie, co dokładnie.
— Chyba dużo.
Jilly wzruszyła ramionami.
No cóż, to wiele wyjaśnia – uśmiechnęła się figlarnie, przybliżając do policzka Jo. Odgarnęła jej włosy za ucho, podkuliła nogi i usiadła na kolanach, tak, żeby zapewnić sobie lepszy dostęp do ucha przyjaciółki i wyszeptała potajemnie kilka słów, dokładnie w ten sam dyskretny sposób, jak zwykła robić, gdy obydwie były dziećmi. – Mianowano mnie wysłanniczką, wyobrażasz sobie? Dzisiaj jestem w Hogsmeade w interesach. Mogę zabrać jedną osobę ze sobą – ale tylko jedną.
Jo przekręciła głowę tak, aby spojrzeć Jilly w oczy.
Jaką wysłanniczką?
Jilly zmarszczyła zabawnie brwi i zadarła brodę w gorę, przyglądając się gęstej, mlecznej mgle, która to przywodziła Jo na myśl sklepienie termalnych łaźni Durmstrangu. Tym razem mgiełka przypominała raczej miękki, beżowy tiul okrywający cekinowy materiał sukni baleriny. Ponad chmurami połyskiwały lodowe gwiazdy, wirujące wokół siebie niczym meteory.
— Patrz tam – odparła, celując palec wskazujący w sklepienie. Zaraz potem zeskoczyła z ławki i gestem zachęciła Jo do tego samego. Obie stanęły ramię w ramię, obok ławki – ostatniego realnego obiektu, który dzieliło Hogsmeade i ten dziwny, biały wymiar – i wykręcały szyje, obserwując niebo.
Wtem, jedna ze spadających gwiazd przedarła się przez warstwę mgły zwiewnej jak tiul, zapikowała jak chochlik kornwalijski na mikroskopijnej miotełce z perłowego drewna, i lecąc tuż nad głowami Jo i Jilly upadła i potoczyła się po ziemi kilkadziesiąt stóp dalej. Z metaorytu, bardziej przypominającego zdaniem Jo zrzucony z nieba diament, wystrzeliły srebrne, magiczne żyłki, które następnie splątały się ze sobą w skomplikowany wzór i utworzyły ażurowe wrota.
— Stamtąd przychodzę – oświadczyła z dumą Jilly, sadowiąc dłonie na swoich biodrach. – Jeśli chcesz, możesz pójść ze mną.
Jo nie odpowiedziała. Świeżo wzniesione wrota leniwie zaczęły otwierać się w ich stronę. Przy okazji wypuściły zza Drugiej Strony lekki wiaterek, pachnący słodko bzem i ciepłym kominkiem.
— W Hogsmeade dzisiaj jest zimno – kontynuowała Jilly, uśmiechając się, kiedy odrobina ciepła zza bramy buchnęła w twarz Jo – a ty nie masz kurtki. Za zakrętem mamy dużo futer, i ogień. Ale to droga jednokierunkowa. Nie możesz się cofnąć. Brama zostaje zamknięta.
Ażurowe dwuskrzydłowe drzwi lekko zakołysały się, jakby na potwierdzenie słów Jilly. Jo przymknęła oczy. Rozkoszowała się ciepłem i pięknym zapachem wiosennych kwiatów, a sprawiało jej to tyle przyjemności, że utraciła ochotę nawet na gawędkę z Jilly. Otumaniona, nie zauważyła nawet, kiedy z wolna zaczęła stawiać pierwsze kroki do przodu, aż nie poczuła lodowatej dłoni swojej towarzyszki na przegubie. Jo uniosła powieki, w sam raz, żeby zmierzyć się z rokiem z lekko zdezorientowaną i rozdartą Jilly.
— Przyznam, że jestem nieco zaniepokojona, J-J – szepnęła uroczyście. – Nie sądziłam, że rozważysz moją propozycję… chociaż przez sekundę.
Dziewczyna zawahała się przez chwilę, najwyraźniej w nadziei, że Jo zbudzi się z półsnu i wreszcie zacznie coś mówić. Zamiast tego Prewettówna opadła bezsilnie na swoje kolana, ramionami przytuliła się kurczowo i energicznie pocierała swoje barki i przedramiona. Umierała z zimna. Zza wrót przestał kusić ją zapach kwiatów i swojskie ciepło – teraz zewsząd buchał na nią chłód niczym lodowy oddech, przenikający do szpiku kości i zatrzymujący bieg jej krwi. Szare, zimne łzy paliły jej policzki jak wbijane igły. Jilly przykucnęła obok niej.
— Nie możesz teraz odejść – powiedziała pewnie, potrząsając podkurczonym kolanem Jo. – Nie zabiorę cię ze sobą. Och, daj spokój, Jo! – Teraz szarpała już agresywnie jej ramionami. Tak jak targa się pustym opakowaniem spożywczym, w poszukiwaniu choćby ostatnich okruchów pożywienia, tak Jilly szukała w Jo ostatniej iskry życia. – To nieopłacalne dla ciebie i wszystkich – nie teraz, kiedy masz immunitet Wizengamotu!
Jo otworzyła jedno oko z niechęcią. Jęknęła słabo.
— Nic mi o tym nawet nie mów – dukała cienkim, chrapowatym głosem. Odchrząknęła głośno. – Przeze mnie mój ojciec musi gnić w Azkabanie. Nie mam już nikogo, Jilly – kaszlnęła, wypluwając przy okazji dużo nieapetycznej wydzieliny. Jilly nawet tego nie zauważyła. – Jak mam sobie teraz poradzić? Jak mam doprowadzić to wszystko do końca? Nie poradzę sobie… nie bez Isaaka.
Kaszlnęła znowu, tym razem gwałtowniej. Jilly poklepała ją po plecach i podtrzymała jej drgające ramiona, starając się pomóc przyjaciółce w przywróceniu sobie głosu.
— Wiem, że czujesz się beznadziejnie – wyznała podczas jednej z przerw pomiędzy atakami kaszlu. – Ale nie zostałaś zdana na siebie. Oni jeszcze nie wygrali. Na dole wciąż jest Tony.
Jo roześmiała się słabo przez kaszel. Jej twarz wykrzywił grymas strudzonego uśmiechu, uniemożliwionego przez bezwładność jej mięśni twarzy.
— Nie doceniasz go – przekonywała ją. – Isaac przekazał mu bardzo wiele. A Tony wcale nie jest tak bardzo szalony, jak niektórzy próbują nam wmówić.
Prewettówna pokręciła głową raz jeszcze.
— Nie dam sobie rady… nie sama.
— Nie jesteś sama, J-J. Wiesz, że nie jesteś.
J-J…
W jej umyśle, spowolnionym i ułomnym przez hipotermię, zapaliła się nagle lampka. Jo zadrżała na całym ciele. Złudna fala ciepła zalała ją po same palce. Z trudem przypomniała sobie twarz osoby, która zwykła używać w stosunku do niej tego skrótu.
Do Jo z wolna zaczęły docierać krótkie obrazy, sygnały i komunikaty. Przypomniała sobie, że wcześniej – to znaczy, przed rozmową z Jilly, ale po rozprawie Isaaka – w stanie silnego wzburzenia wybierała się do Lissy Prince. W jej pubie, tak jak za każdym poprzednim razem, chciała skorzystać z sieci Fiuu i w tą smutną noc zamienić kilka zdań z jedyną osobą, jaka posiadała moc poprawy jej nastroju.
Jordan na nią czekał.
Jo przestała kaszleć, opadając z powrotem na łokcie. Ostatkiem sił wyciągnęła szyję i rzuciła spojrzenie na bramę za plecami Jilly. Zamrugała gwałtownie. Drzwi zniknęły. Przekrzywiła głowę – Jilly wciąż siedziała obok niej. Jeszcze nie odeszła.
— To jeszcze nie jest mój czas – powiedziała do siebie. Jilly odetchnęła z ulgą, kiwając głową z mocą.
— Nie jest.
Jo zmrużyła oczy. Nie odrywała wzroku od punktu, gdzie parę chwil temu rozbił się meteoryt i przekształcił w drzwi.
— Po prostu się zastanawiam… czy tam, gdzie teraz jesteś… czy tam jest dobrze?
— Jest dużo fajnych chłopców.
Dziewczyna nie uśmiechnęła się. Przez długi czas walczyła z apatią, dukając niezrozumiałe słowa i bez rezultatów starając się zamknąć je w logicznym zdaniu. Ku jej zdumieniu, Jilly zrozumiała ją bardzo dobrze, tak jakby słyszała raczej jej myśli niż słowa.
Czy Isaac może tam wejść? Jeśli… jeśli wessą mu duszę?
— Tam nikt z nas nie ma wyroków, Jo – uśmiechnęła się szeroko. – To nowy świat, w którym wszystko jest inaczej zorganizowane. To, co tutejsze, tam nie obowiązuje. Wszyscy zaczynamy z czystą kartą. Pocałunek jest karą dla Isaaka w tym wymiarze. W moim, jest on niewinny i czysty jak łza.
Jo dukała dalej, ale twarz jej rozjaśnił miły uśmiech, na tyle szeroki, na ile pozwalały zwiotczałe mięśnie.
On miał dzisiaj urodziny… nawet nie zdążyłam złożyć mu życzeń.
— Mogę go odwiedzić w celi w areszcie – zaoferowała Jilly, zerkając na swój zegarek (czy nosiła go wcześniej?). – Przekażę mu, o czym rozmawiałyśmy.
Jo zgodziła się na to chętnie, tak jakby w proszenie o podobne przysługi martwej siostry samego zainteresowanego w gruncie rzeczy nie było niczym niezwykłym. Obydwie dziewczyny podniosły się z ziemi i wróciły na ławkę, tę samą, która stanowiła łącznik pomiędzy obydwoma światami, które reprezentowały.
— Nie mogę iść z tobą – powtórzyła Jo raz jeszcze. – Przedtem szłam do Lissy Prince… Chciałabym zobaczyć się z Jordanem – pokręciła głową, unikając spojrzenia Jilly. — To szalone.
Przyjaciółka musnęła wierzch jej dłoni.
— Nie tak bardzo – szepnęła. Jeszcze raz zerknęła na zegarek. – Zostało ci mało czasu, Jo. Jeśli chcesz iść do Lissy, musimy rozstać się jak najszybciej. Dzisiaj przyszłam po kogoś innego.
— Czy jeszcze się zobaczymy?
Jilly roześmiała się głośno i szaleńczo, tak jak miała w zwyczaju.
— Z każdym się kiedyś spotkam.

***

— Ocknij się, dziewczyno! – krzyczał męski głos przerażonym tonem. – Cholerna hipotermia. Ludzie, ludzie, jej trzeba pomóc!
Jo otworzyła jedno oko. Ujrzała ciemne, bezgwiezdne niebo, tak czarne, jakby zostało stworzone na całkowite przeciwieństwo śnieżnego sklepienia termalnych łaźni Durmstrangu. Przy jej ławce obok opuszczonej uliczki w Hogsmeade zatrzymał się jakiś młody czarodziej o ziemistej cerze i szorstkiej aparycji. Wyraźnie odetchnął, kiedy zobaczył, że Jo budzi się ze snu.
—Zabierz mnie do Lissy – jęknęła. – Do karczmy Lissy Prince…
Nie pamiętała już nic więcej. Kiedy wiele godzin później wybudziła się z najzimniejszego snu swojego życia przy rozpalonym kominku prywatnego pokoju Lissy w jej gospodzie, czuła się tak, jakby to ją pocałował dementor.
A przynajmniej Anioł Śmierci, pomyślała, dźwigając się na ramiona. Na gzymsie kominka ktoś pozostawił dla niej kubek ciepłego kakao i kopertę zaadresowaną jeszcze świeżym atramentem. Rozejrzała się po pomieszczeniu z konsternacją.
Lissa! – krzyknęła, spodziewając się, że rudowłosa kobieta dogląda ją gdzieś w kącie. W końcu obudziła się w jej prywatnej sypialni. Nie w pełni jeszcze rozbudzona, wzięła potężny łyk kakao. Wyczuła w nim nutkę paskudnego, ziołowego lekarstwa na wychłodzenie. Wzdrygnęła się teatralnie.
Może musiała gdzieś wyjść?
Rozerwała kopertę, mając nadzieję, że znajdzie w niej jakieś wyjaśnienia. Pośpiesznie wyciągnęła małą, dwukrotnie złożoną kartkę.

Ostrzegałem cię, J-J.To kara za Isaaka.

 — Co jest grane? – mruknęła, szerzej rozwierając kopertę. Na jej podołek wysypała się pozostała zawartość wiadomości. Zimny dreszcz przeszedł Jo, kiedy rozpoznała rudy pukiel włosów Lissy. Drżącymi rękami włożyła je z powrotem do koperty..
Wrzasnęła.
We włosy zaplątał się siny, blady odkrojony palec z pierścionkiem należącym do Lissy od dzieciństwa.
Dzisiaj przyszłam po kogoś innego, uderzyło ją wspomnienie słów Jilly. Usłyszała jeszcze odgłos tłuczącej się porcelany, zanim ponownie tego dnia straciła przytomność.


#27
18 godzin wcześniej

Po raz kolejny działo się to w jedną z tych nocy, o których wiele lat później snuje się przerażające opowieści przy ogniskach. Po raz kolejny ciemność zdawała się rozrastać i gęstnieć, powietrze czerniało, a mrokom  opór stawiał jeden jedyny księżyc; tak jakby ogromna, boska ręka pozbierała ten jeden raz wszystkie gwiazdy do równie ogromnego, boskiego słoika. I po raz kolejny, w czasie, kiedy cały zamek pogrążył się już w ciszy i usnął, wyraźne szmery i szepty wydostawały się z okna dormitorium żeńskiego numer cztery. To wszystko przebiegało dokładnie tak samo, jak w noc, kiedy to wszystko się zaczęło.
Czwórka tych samych dziewcząt co poprzednio, z tą tylko różnicą, że starszych o pół roku, zasiadło w okręgu na czerwono-złotej wykładzinie sypialni. W środku tegoż okręgu stała, także starsza o sześć miesięcy, identyczna czerwona świeca o zapachu pieczonej dyni. Towarzyszyła ona dziewczętom już od ich pierwszej nocy w Hogwarcie: wtedy to właśnie Mary McDonald znalazła ją na parapecie za wezgłowiem swojego łóżka, zapaliła, przybliżyła na wysokość swojej twarzy – i w ten sposób uroczyście przedstawiła się współmieszkankom. Następnie każda z nich – Lily, Marlena, Emmelina i Dorcas – powtórzyła ten rytuał. Dziewczynki śmiały się i dmuchały w uginający się płomyk, a jego świetlisty cień tańczył dostojnie w ich źrenicach.
Ceremoniał powtarzano co roku, przy użyciu dokładnie tej samej świecy i w dokładnie tym samym kręgu. Z czasem robił się on coraz bardziej celebrowany i piastowany, tak, że ze zwykłej zabawy przerodził się w czczoną tradycję. Dziewczęta w pierwszą noc po powrocie do Hogwartu zdradzały swoje najbardziej intymne tajemnice, najgłębiej utajnione pragnienia, najskrytsze potrzeby.
To Dorcas zaproponowała tego wieczoru, że rytuał powinien zostać wznowiony w okolicznościach nadzwyczajnych, bez względu na to, że piątek dziesiątego lutego wcale nie był pierwszym dniem po powrocie do Hogwartu.
— Czuję, że od dzisiaj nic już nie będzie takie samo – wyjaśniła. – Że zaczynamy coś nowego, z czystą kartą, tak jakby naprawdę był to nowy rok. Chciałabym, żebyśmy wreszcie zostawiły za sobą przeszłość i wyjawiły wszystko, co od dawna zalega nam na dnie serca.
Prócz Dorcas żadna z dziewcząt nie czuła specjalnej potrzeby spowiedzi przy świecach. Lily, Marley i Emma wciąż doskonale pamiętały zamieszanie, które rozpętało się poprzednim razem: to, jak Lena pochopnie zrozumiała słowa Emmeliny, uznała, że zadurzyła się w Remusie, jak wybiegła z dormitorium na błonia, jak wszystkie szukały ją godzinami, i jak ostatecznie – co wiedziała tylko Lily – sytuację uratował James Potter. Zabawne, ale wcale nie wydawało się, ażeby zajście to przydarzyło się faktycznie tak dawno.
Po krótkich, lecz usilnych namowach, dziewczęta jednak uległy i zgodziły się na nadzwyczajne wznowienie rytuału. W miejsce Mary, która obrażona opuściła dormitorium, obsadziły Hestię. Starały się nie myśleć więcej o pierwszej noc szóstej klasie i skupić na słowach Dorcas. Łudziły się, że tej nocy w istocie uda im się zamknąć stare sprawy, rozpocząć w życiu nowy rozdział i wkroczyć w niego razem, jak drużyna.
— W porządku – zaczęła Dorcas, która jako pierwsza sięgnęła po świecę. – Chciałabym wyznać w zasadzie kilka rzeczy, ale… chyba zacznę od tej najświeższej i najważniejszej – uśmiechnęła się lekko bezbarwnie. Dziwne, jakby złośliwe iskry tliły się w jej źrenicach. – Ale myślę, że dobrze byłoby niektórym przeczyścić trochę pamięć… no i wyjaśnić wszystko dla ciebie, Hestio, bo nie było cię z nami od początku, i pewnie nawet nie zdajesz sobie sprawy, jaka dawniej była Mary… taką podstępną żmiją z rozdwojonym językiem. Łasiła się do każdej z nas, żeby potem…
Dorcas – upomniała ją Lena.
— Żeby mieszać nas potem przy byle sposobności ze smoczym łajnem.
— A czy to coś nowego? – spytała retorycznie Hestia, wywołując śmiech u dziewcząt.
— Dorcas próbuje ci po prostu wyjaśnić, że to dormitorium – Emmelina roztoczyła ręce, jakby chciała objąć całe pomieszczenie – było kiedyś bardzo podzielone. – Ze mnie Mary zawsze się naśmiewała, a z Lily i Marley zrobiła sobie dwórki.
Dziewczyna wyciągnęła swoje długie, chude nogi i pozwoliła Gladiusowi skoczyć do siebie na kolana. Biszkoptowa sierść kota przyczepiła się do jej różowej koszuli nocnej w kwiatki. Lily parsknęła.
— O, tak. Zrobiła z nas – a szczególnie ze mnie – mimo wszystko bardziej służbę niż damy do towarzystwa… - pokręciła głową. – Tak bardzo cieszyłam się, że mam magiczną przyjaciółkę, że nawet nie przeszkadzało mi jej zachowanie.
— Za to Dorcas znienawidziła – wróciła do tłumaczenia Emmelina. – Bezustannie starała się ją upokorzyć przed naszymi znajomymi i wymyślała na jej temat niestworzone rzeczy.
Tak, a najgorsze jest to, że pozwalałam jej na to – wtrąciła się sama zainteresowana. – Och, nie wierzę, że tak długo puszczałam jej wszystko płazem! Czuła się przeze mnie zagrożona, znała nie też dłużej niż was i oceniała zupełnie inaczej i Merlin jeden wie tylko, co jej tak bardzo przeszkadzało. Zniszczyła mi reputację na cały roku – nawet dzisiaj w dalszym ciągu Puchonki się ze mnie naśmiewają, Ślizgoni nazywają puszczalską, a Huncowci patrzą na mnie nieprzychylnym okiem. James wciąż uważa mnie za idiotkę…
— James wszystkich uważa za durniejszych od siebie – uzupełniła Lily. – A on i Mary mają wszystkich wrogów wspólnych…
— No i co z tego? – jęknęła Dorcas. – Przegapiasz sedno. Przypominam sobie teraz te wszystkie jej świństwa, ale najbardziej boli mnie w nich to, że pozwoliłam jej na zepchnięcie mnie na margines! Uczepiłam się Berty, Diany i Liama, i zupełnie zrezygnowałam z walki o swoje dobre imię! Mary uchodziło wszystko na sucho i coraz bardziej się przez to nakręcała!
Urwała nagle, chcąc unormować oddech. Pozostałe dziewczęta wymieniły zaniepokojone spojrzenia.  Nie spodobał im się kierunek, do którego zmierzała ta rozmowa.
— W każdym razie – odchrząknęła Dorcas, kontynuując swoją tyradę – dzisiaj miara się przebrała. Mam zamiar dać jej nauczkę za te wszystkie lata puszczania jej numerów płazem. Odpowie za to, i koniec.
Lily zagryzła wargę.
— Słuchaj, Dor… to był długi dzień… wszystkie jesteśmy zmęczone. Myślę, że…
— Nawet nie próbuj wciskać mi tutaj kitu, że powinnam odpuścić albo się z tym przespać, Lily Evans! – oburzyła się aż do przesady. – Kto jak kto, ale ty też powinnaś wreszcie postawić się tej toksycznej żmii! Po tych wszystkich próbach zniszczenia cię, by odzyskać Jamesa…
— Nie mówię, że ona nie zasługuje na karę! – zaprzeczyła natychmiast Lily, uśmiechając się złośliwie. – O-ho-ho, wręcz przeciwnie! Po prostu nauczyłam się już, że spór z nią to walka z wiatrakami. Ona zaprzedała duszę diabłu czy coś. Na każdego kopniaka odpłaci trzęsieniem ziemi.
— Poza tym pamiętaj, że ona ma na swoje zawołanie praktycznie całą szkołę – dodała rezolutnie Lena. – Wszyscy są jej winni przysługę i jak się zdenerwuje, to będziesz miała problem z całym Hogwartem, nie tylko z nią.
— Jej czasy dobiegły wreszcie końca! – wybuchnęła Dorcas. – Tatuś stracił posadkę z ministerstwie, nie jest już głową Wizengamotu, i nie może nikogo wrobić i odesłać do Azkabanu! Ród wydziedziczył stronę Mary i wszyscy zbankrutowali! Nie może nawet już kupić sobie przyjaciół! Nie nadarzy się nam już lepsza okazja, żeby uderzyć!
Cassie urwała, dukając pod nosem jeszcze kilka wściekłych słów. Rozpaczliwie szukała wsparcia w oczach koleżanek – kiedy jednak wszystkie odwróciły wzrok, nadzieja przemieniła się w żal i rozdrażnienie:
— Okej – rzekła chłodno. – Zapytam wprost: jesteście ze mną czy nie?
Lena, wiercąca się w miejscu od wzmianki o wydziedziczeniu strony Mary, usiadła prosto. Emmelina zaczęła nerwowo przeczesywać sklejoną sierść Gladiusa, a Hestia i Lily zdawały się nie dosłyszeć pytania.
Jako pierwsza zareagowała Emma, kategorycznie odmawiając swojego udziału w planie. Lena i Hestia, kiedy tylko wyczuły spojrzenie Dorcas, równie grzecznie podziękowały.
Lily?
Evansówna wahała się z odpowiedzią odrobinę dłużej, ale ostatecznie także pokręciła głową. Dorcas aż krzyknęła z niedowierzania.
—Zrozum, Dor… - zaczęła się tłumaczyć. – Mam wystarczająco problemów. Mary już teraz mnie znosi… wolę nie myśleć, co zrobi, kiedy naprawdę ją wkurzymy.
Dorcas wyburczała coś pod nosem, strojąc obrażone miny.
— Jak chcecie – prychnęła. – Ja jej tak łatwo nie odpuszczę. Nie po dzisiejszym dniu… – Głos lekko jej zadrżał. – To ona ponosi odpowiedzialność za Calliope, za jej śmierć… to ona sprosiła do mojego domu całe to szemrane towarzystwo, a potem wszystkiego się wyparła.
Pociągnęła nosem i opuszkiem palca osuszyła sobie wewnętrzne kąciki oczu. Głęboko odetchnęła i nim którakolwiek z dziewcząt zdołała zareagować na tę chwilę wzruszenia, wróciła do spowiedzi. Choć mówiła pewne i zdawkowo, w jej tonie dźwięczały nuty złości i nienawiści.
— Z innych nowości… - uśmiechnęła się sztucznie. – To pewnie bardziej was zainteresuje… pogodziłam się z Syriuszem! Znowu jesteśmy razem… chociaż teraz na trochę innych zasadach – dajemy sobie więcej przestrzeni… rozumiecie.
Dziewczęta przez chwilę nie okazywały żadnych znaków zrozumienia, zbyt oszołomiona i zdezorientowane nagłą zmianą tematu. Dorcas uśmiechała się szeroko i gestem ramion zachęcała je do zadawania pytań. Po krótkiej zwłoce przebudziła się Hestia, zdobywając się jedynie na żartobliwy odgłos symulujący wymioty. Emmelinę strasznie to rozbawiło. Pozwoliła ponieść się emocjom, tak teatralnie trzęsąc ciałem, jakby w drgawkach, że aż zdegustowany Gladius wstał na równe łapy i poszedł szukać schronienia na kolanach swojej pani. Lily podrapała kota za uchem.
Cassie roześmiała się lekko bezbarwnie i przekazała świecę następnej w kolejce dziewczynie.
Już? – zdumiała się Emma, obchodząc się ze świecą tak ostrożnie, jakby trzymała smocze jajo.
— Tylko tyle chciałam wam wyznać.
Płomień świecy zakołysał się gwałtownie, zgłaszając niemy przeciw tym słowom, trochę na kształt błyskającego fałszoskopu podczas rozprawy Isaaka. Świeca ta strzegła w końcu szczerości spowiedzi – weryfikując prawdomówność wyznań, strzegąc, czy nie zostały pominięte żadne detale ani czy nic nie zostało utajnione z premedytacją. 
 Noc przy świecy miała nieść za sobą bowiem oczyszczenie i burzyć wzniesione wały obronne pomiędzy przyjaciółkami, umożliwić im zamknięcie starego rozdziału i rozpoczęcie nowego, otwartego, zrywającego z tym, co dawniejsze. Zdecydowanie nie chodziło w niej o to, aby pogłębiać stare sekrety.
Niestety, tym razem świeca zawetowała pięciokroć – każda z dziewcząt bowiem coś ukryła.
Dorcas naprawdę pragnęła podzielić się ostatnimi przemyśleniami, wyjaśnić, że to od niej wypłynął pomysł wolnego związku z Syriuszem, opowiedzieć w końcu o swojej relacji z profesorem Argentem i o tym, dlaczego wplątuje go całego swojego bałaganu. Kiedy jednak napotkała na tak duże niezrozumienie już na wstępnym etapie, nakreślając plan zemsty na Mary, uświadomiła sobie, że jej przyjaciółki nie są gotowe na podobne rewelacje.
Na wszystko przyjdzie czas, uspokoiła sumienie. Powiedziałam już i tak dużo. Pora na Emmelinę.
Emma co prawda zauważyła dziwne zachowanie płomienia, ale postanowiła tego nie komentować. Ogień ponownie przygasł, kiedy zabrała głos:
— No cóż, skoro możemy uznać dramat Dorcas i Syriusza za zakończony – uśmiechnęła się lekko, a Meadowes to odwzajemniła – to chyba mogę pochwalić się, że… - zatrzymała się tu na moment, budując napięcie: - Że i ja opuszczam planetę singli! Jestem umówiona z Chase’em na Walentynki.
Roześmiała się lekko nerwowo, a natychmiast potem wybuchł aplauz, którego zabrakło po spowiedzi Dorcas. Wszystkie dziewczyny zaczęły klaskać, piszczeć i złośliwie ją szczypać.
W końcu – odetchnęła Dorcas. – Te podchody mnie wykończały.
Emma zagryzła wargę, z niepokojem przyglądając się reakcji Hestii. Wyglądała ona na całkowicie zrelaksowaną i szczęśliwą, tak jak reszta towarzystwa.
— Czy to w porządku, Hestio? – zapytała nieśmiało. – Bo jeśli nie, to… - uniosła dłonie i przymknęła oczy: - To całkowicie spoko. Mogę… mogę wszystko odwołać, i…
— W ogóle nie wygłupiaj się, Emmelino! – zaprotestowała natychmiast panna Jones. – Pomiędzy mną i Chase’em wszystko jest już wyjaśnione. Zostaliśmy… przyjaciółmi. Tak jest nam najlepiej.
Emma uśmiechnęła się serdecznie, aczkolwiek nie wyglądała na w pełni przekonaną. Płomień świecy ponownie lekko się wzburzył.
— Na twoim miejscu – ciągnęła Hestia, zdobywając się na łobuzerski uśmiech. – Prosiłabym o błogosławieństwo Lily.
Dorcas roześmiała się głośno, a Gladius miauknął i trącił swoją panią w brzuch. Lily pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
— Gdyby nie chodziło o ciebie, Emmelino…
Dziewczyny trochę się jeszcze pośmiały, a następnie pierwszy raz od dłuższego czasu głos zabrała Marlena:
— Doszliście do porozumienia dzisiaj, kiedy wszyscy rozjechali się na rozprawę, tak?
Emma głośno zadumała się nad tym pytaniem.
— Poniekąd tak. Spotkaliśmy się w Hogsmeade… On i Syriuszów szli do Bonnetów na otwarcie kasyna, a ja wracałam z kolacji… - urwała na chwilę, oblewając się rumieńcem. – Ojej, ale o kolacji też wam nie wspominałam!
— No nie – zgodziła się Lily. – Opowiadaj.
Emmelina pokrótce streściła, jak przebiegło spotkanie z ojcem, jego nową żoną, Allison i jej narzeczonym – począwszy od ogłoszenia w brukowcu o zmianie nazwy linii aptek na Emmie’s, poprzez jej umowę z Dianą, aż do opisu zachowania wszystkich członków kolacji. Dziewczyna ponarzekała trochę na macochę i ojca, ale na temat Allison wyraziła bardzo pochlebną opinię – co więcej, świeca nie zadała kłamu jej słowom, więc faktycznie wypływały one prosto z jej serca. Płomień wzmógł się tylko raz, ale dziewczęta po raz kolejny udały, że tego nie dostrzegły:
— Nic nie mówisz o narzeczonym Ally – zauważyła w tamtym momencie Dorcas. – Znasz go? Jest przystojny?
— Nie i nie – odpowiedziała Emmelina. Nie tylko rozszalały płomień ognia, ale i sam rumieniec oraz ton dziewczyny, poddały w wątpliwość owe słowa.
Świeca trafiła do Hestii, a ogień trochę się uspokoił.
— To już zaczyna robić się strasznie nudne, ale chyba nie mam nic więcej do powiedzenia… zeszłam się z Jaydenem – uśmiechnęła się lekko do Emmeliny. – Dlatego cieszę się, że nareszcie każdy z nas znalazł dla siebie miejsce.
Ponownie rozległy się śmiechy, oklaski i szczypanki. Hestia skorzystała z zamieszania i wepchnęła świecę Marlenie, jakby w nadziei, że płomieniowi zabraknie refleksu i nie zdąży przeraźliwie błysnąć. Prawie jej się to udało. Dziewczęta przeniosły uwagę na Lenę, nie zauważając nawet, że dziwnie zamyślona Hestia gładzi się po brzuchu.
— Lenny! – zagwizdała Dorcas. – No, no, no, czekałam na to od początku!
— O, tak! – zgodziła się Lily, uśmiechając się podstępnie. – Nie mam pojęcia, co się u ciebie dzieje od września. Słyszę tylko coraz to bardziej durne plotki.
Emmelina wybałuszyła oczy i pokiwała głową z przejęciem.
Tak! Słyszałam od Sally McDonwer, tej Piękności, że – otworzyła prawą dłoń i zaczęła wyliczać na palcach – ukradłaś Mary McDonald chłopaka…
— …że twoją rodzinę na nowo uznano – dołączyła Dorcas.
— …że zaręczono cię z byłym narzeczonym Alicji Rowle…
— …że naprawdę podkochujesz się w jego bracie… czy tam siostrze, Sally strasznie strzępi jęzorem…
— I że Alicja jest teraz z Frankiem, który – kiedy ostatnio sprawdzałam – był z tobą – Emma zamknęła już wszystkie palce prawej ręki. Wyglądała, jakby nie brakowało jej pomysłów do wyliczenia na drugiej, ale uprzednio czekała na wyjaśnienia.
Marlena podrapała się po głowie.
— No cóż, to całkiem długa historia…
— Zrekompensujesz przynajmniej spowiedź Hestii – mruknęła Dorcas, wytykając język w kierunku panny Jones. Hestia odpłaciła jej bardziej niegrzecznym gestem. – Mamy dużo czasu.
Lenny trochę jeszcze kręciła nosem, ale uległa pod wpływem koleżanek (i naprawdę rozeźlonego płomienia świecy). W ekspresowym tempie podsumowała swoje ostatnie perypetie: od zerwania z Frankiem przed przerwą świąteczną, poprzez kotylion, spisek jej ciotki, matki i Ann, poprzez Sylwestra w towarzystwie Colette. Opowiedziała o tym, że stała się przykrywką Franka i Alicji, o intercyzie Rowle’ów podpisanej z Alekiem Masonem, który uczył w Beauxbatons obrony przed czarną magią, ale stracił pracę za sprawą Mary – w końcu, że zaprzyjaźniła się z Colette i siostrą Aleka, Natashą, która lubi dziewczyny; a opowieść skończyła dość przykrym akcentem:
— Romans Franka i Alicji się wydał, Alec zażądał wypłacenia odszkodowania, a ciotka Florence postanowiła go upokorzyć i zastąpić Alicję – mną. Żeby cały ten numer przeszedł, przepisano na moją matkę całą fortunkę odebraną rodzinie Mary.
Dorcas pokręciła głową z niedowierzaniem.
— Marley, jesteś pewna, że nie chcesz jednak brać udziału w moim planie? Nie masz nic do stracenia. Mary cię rozszarpie.
Lily skrzywiła się na te słowa.
— To… - pokręciła głową. – Nawet nie wiem, jak mam na to zareagować… czy cieszyć się, że rodzina przestała się na was obrażać… czy wkurzać, że tak z tobą postąpili… czy też po prostu obrazić się, że nie powiedziałaś nam o żadnej z tych spraw.
Marlena uśmiechnęła się niewinnie.
— Ostatnio dużo się działo.
Emma zagwizdała.
— Póki co chyba wygrywasz ten wieczór zwierzeń… To niemal jak nowoczesna historia Kopciuszka.
— Nie taka nowoczesna – wtrąciła się Dorcas. – Zwyczaje arystokratycznych rodów zatrzymały się chyba w dziewiętnastym wieku… („Tragedia” wymamrotała Lily, Hestia potaknęła, a Emma westchnęła z rozmarzeniem). Kiedy jeszcze matka się na mnie nie obrażała, też mnie dwa razy zaręczała. Najpierw z – uwaga, to świetne! – Mulciberem
— Co? – jęknęła Lily, symulując odruch wymiotny podobnie jak Hestia, gdy rozmawiały o Syriuszu.
— A drugi raz próbowała zrobić taki numer z kuzynem Jamesa… nie, nie Dorianem! – pokręciła głową. – Z tym kuzynem z Włoch, którego on tak nie lubi.
— Z Jesse’em van Weertem?
Tak – pokiwała żywo głową. – Brzydzę się nawet wymawiać jego imię… po tym wszystkim.
Emma, zauważając, że Dorcas ponownie pochmurnieje, a jej oczy stają się wilgotne, szybko wróciła do tematu. Podniosła poduszkę i rzuciła ją pod nogi Marley.
— Nie myśl, że zapomniałyśmy o tobie, mała kłamczucho! – oburzyła się żartobliwie. – Wybaczę ci to milczenie może tylko jeśli opowiesz nam trochę o swoim nowym narzeczonym… musi być niesamowity, skoro nawet Mary zwróciła na niego uwagę.
Lenny skrzywiła się nieznacznie.
— Nie poznałam go jeszcze – odparła po krótkim milczeniu.
Opowiadanie o całym dramacie z Rowle’ami, Alekiem, Frankiem i Bree wykończyło ją nieprawdopodobne, nawet pomimo tego, że opuściła te najbardziej przykre szczegóły. Atmosfera stała się po prostu zbyt ciepła i przyjemna, żeby psuć ją ponurymi teoriami. Lepiej było debatować o nowej historii Kopciuszka niż o tym, że jej narzeczony prawdopodobnie jest Śmierciożercą, a jej matka zabiła ojca z rodziny mugoli, żeby Rowle’owie ponownie przyjęli ich do rodu.
Marlena przekazała więc świecę Lily, a dziewczyny, nasycone jej opowieścią, ponownie zignorowały buchnięcie ognia. Cała uwaga skupiła się teraz na osobie Evansówny.
— Lily! – klasnęła w ręce Dorcas. – Chyba tylko ty jesteś w stanie pobić historię Lenny!
— Och, szczerze w to wątpię – zaprzeczyła natychmiast. – Mówiłam o wszystkim… tak mniej więcej na bieżąco.
— No cóż… może – zgodziła się Hestia. – Ale i tak w tym wszystkim się pogubiłam.
— Ja też – wtrąciła się Emma.
Marley i Dorcas również przyznały się do całkowitej dezorientacji. Lily westchnęła ciężko.
— Okej. Odpowiem na wszystkie pytania. Co chcecie wiedzieć?
Cztery ręce wystrzeliły w górę. Gladius kichnął pod swoimi wibrysami.
— Em… Dorcas?
Jedna z rąk opadła z powrotem na podłogę.
— Może wyjaśnić nam co, u licha, robiłaś dzisiaj w Wizengamocie z Jo Prewett?
Niezły początek, pomyślała Lily. Czy naprawdę powinna – a raczej, czy mogła – sięgać z zeznaniami aż tak daleko w przeszłość? Roztrząsać całą sprawę medalionu, patronatu, śmierci siostry Isaaka, przepowiedni? Może nie zostało to nigdy powiedziane na głos, ale Lily czula intuicyjnie, że obowiązywała ją jakaś tajemnica.
Poza tym, dodała szybko, czy mogę oczekiwać po Dorcas, że postara się dostrzec pozytywne strony w Isaaku, skoro dzisiaj przodowała w nagonce na niego?
— Zrobiłam to dla Jamesa – skłamała giętko. – Kiedyś spotkałam Isaaka w Londynie i pożyczył mi kilka sykli. Jo szukała po szkole kogokolwiek, kto mógłby powiedzieć o nic coś dobrego. Była w desperacji i wiedziałam, że tylko ona może mnie tam wkręcić. A James… James mnie tam potrzebował.
Świeca trochę protestowała, ale dziewczęta przełknęły tę wymówkę. Nawet Dorcas, choć markotna z początku, nie zadawała więcej pytań. Pozostałe trzy ręce wciąż wisiały w powietrzu.
Lenny?
— O co w ogóle chodzi między wami? – spytała Marlena. Emmelina i Hestia także opuściły ręce. – Mam na myśli ciebie i Jamesa. Dawno się już pogubiłam.
— Podbijam! – krzyknęła Emma. – Przecież miałaś z nim iść na randkę, no nie?
— Ja też podbijam – dodała Hestia. – Słyszałam co nieco od Jamesa, ale on nie jest zbytnio obiektywny, kiedy chodzi o ciebie.
— I ja myślałam, że jestem na bieżąco – podrapała się po głowie Dorcas – ale chyba… nie.
Lily uśmiechnęła się bezbarwnie.
— Faktycznie… to bardzo skomplikowane.
Kątem oka zwróciła uwagę na widok zza okna – i pozwoliła pozostać wzrokowi w tym miejscu przez dobre parę minut.  Pomyśleć, że cała historia rozpoczęła się identyczną noc – ciemną, tajemniczą i bezgwiezdną. Wtedy zdawało się, że wszystkim wydarzeniom towarzyszy jakaś magia, że pierwsza noc szóstej klasy zawierała w sobie niepowtarzalne okoliczności, że nie można byłoby jej odtworzyć w innym czasie. Lily przekonała się teraz, że natura inaczej patrzy na świat niż ona. Nieważne, jak wiele by się nie zmieniło w jej życiu, ile alternatywnych decyzji mogłaby podjąć, księżyc dalej będzie świecić tak samo, sowy – pohukiwać w ten sam rytm, wiatr – szumieć pośród identycznych zarośli.
I może moja historia też wcale nie jest taka wyjątkowa, pomyślała. Wyolbrzymiam wszystkie trudności i nadaje chwilom zbyt wielkie znaczenie. Pewnie nikt, nawet gdyby usłyszał ode mnie o wszystkich szczegółach i zobaczył na własne oczy cały obrazek, nie dostrzegłby tego, co ja widzę.
Historia zaczęła się więc w zupełnie zwyczajną noc, rozwijała się przez najnormalniejsze cztery miesiące poprzedniego semestru, i zmieniła kurs przy całkowicie przeciętnym pocałunku w Boże Narodzenie. Potem skakała pomiędzy karuzelami, zakładami i plotkami, pomiędzy zdjęciami, cyrografami i tańcami, pomiędzy obietnicami, które nie niosły ze sobą działania, i słowami, które przeminęły.
Gwałtownych uciech i koniec gwałtowny, przypomniała sobie cytat z Romea i Julii. Historia moja i Jamesa była zbyt dramatyczna, żeby skończyć się szczęśliwie i spokojnie. Była dramatyczna, i to zupełnie niepotrzebnie.
— James jest teraz z Jessiką Beinz – usłyszała swój głos. – A raczej… chce do niej wrócić. Mam udawać jego dziewczynę przez cały walentynkowy tydzień, a szczególnie podczas walentynkowej kolacji graczy Quidditcha w środę – wywróciła oczami. – Jestem mu to winna, bo właściwie to ja zepsułam mu randkę. James ma jakiś plan – zresztą jak zawsze – żeby namieszać dziewczynie w głowie – roześmiała się nerwowo. – A my… no cóż, my jesteśmy po prostu przyjaciółmi. Zwykłymi przyjaciółmi.
Dziewczyny rozejrzały się po sobie.
— I odpowiada ci to? – zdumiała się Emmelina. Wygięła usta w podkówkę, jak mała dziewczynka, zawiedziona, że nie może zatrzymać przybłąkanego pod jej dom szczeniaczka.
—To był właściwie mój pomysł – wzruszyła ramionami. – Najlepiej nam na platonicznej stopie.
Emma oblizała wargi, Dorcas uśmiechnęła się pod nosem, a Lena tylko jęknęła ze współczuciem. Jedynie Hestia, która nie znając Lily tak dobrze jak pozostałe koleżanki, najwyraźniej nie dosłyszała nutki goryczy w tych słowach.
— Może to i lepiej – błysnęła uśmiechem. – Mam wrażenie, że wasza relacja opierała się tylko na czynach… to znaczy, na fizyczności. Ze jako związek zupełnie nie rozwijaliście się w sferze emocjonalnej… nie poznaliście siebie. Teraz sobie to odbijecie.
Lily uśmiechnęła się blado.
Może.
Płomień świecy buchnął gwałtownie na sekundę przed zdmuchnięciem.
Spowiedź dobiegła końca.


#28
Teraźniejszość.
Sobota, pełnia, dzień po rozprawie Isaaka.
Colette zdążyła rozmówić się z Remusem dosłownie w ostatniej chwili. Kiedy przybyła do poczekalni skrzydła szpitalnego, przez oszkloną ścianę mogła już dostrzec przygotowującą się do wyjścia madame Pomfrey. Odkręcała ona jakieś białe buteleczki i przelewała do nich eliksiry; krzątała się nerwowo wokół swoich pacjentów; a nadto wszystko co jakiś czas przypominała sobie o Remusie, rugając go właściwie za wszystko. Bree podciągnęła rękaw, odsłaniając swój zegarek księżycowy. Do pełni zostało około godziny.
— Dzień dobry! – zwróciła się do madame Pomfrey, zamykając za sobą drzwi. – Ja w odwiedziny.
Pielęgniarka machnęła tylko ręką, zbyt zabiegana, żeby chociażby spojrzeć na Bree. Właśnie wrzucała leki do swojej torebki-listonoszki i kazała Lupinowi zmierzyć sobie temperaturę. Dziewczyna przeszła kilka kroków, na środek skrzydła. Obejrzała się na pielęgniarkę jeszcze raz: owijała ona wełniany szal wokół szyi. Bił ostatni dzwonek, aby przystąpić do roboty. Bree wyprostowała się, poprawiła spódnicę od mundurka i ruszyła przed siebie, prosto w stronę Remusa Lupina.
Jego widok chwytał za serce – nawet tak zimne i nieczułe jak Colette. Chłopak leżał na szpitalnej pryczy, otoczony pootwieranymi buteleczkami z eliksirami, z namoczonym ręcznikiem na głowie w celu zbicia temperatury, w starych, połatanych ubraniach. Twarz mu posiniała i nabrała niezdrowej, chorobliwej, niebieskawej barwy. Policzki jakby zapady się do środka, wypychając na zewnątrz grube, fioletowe, nabrzmiałe żyły. Największy niepokój wzbudzały jednak jego oczy – złoto-piwne tęczówki wypełniły się szkarłatnym barwnikie, jakby napłynęło do nich bardzo dużo krwi.
— Bree? – zdumiał się Remus, bezskutecznie próbując podnieść się na łokciach. Za plecami panny Angelo madame Pomfrey oderwała się od swoich zajęć i zainteresowała nieoczekiwanym gościem.
— Pan Lupin nie przyjmuje dzisiaj gości – rzuciła cierpko, łapiąc się pod boki. Bree i Remus wymienili spojrzenia.
— Rozumiem – odrzekła pokornie Bree. – Ale to nie potrwa długo. Przyszłam tylko, żeby coś mu zostawić.
Madame Pomfrey nie wyglądała na skłonną do ustępstw, choćby chodziło o przekazanie czeku o wysokości stu tysięcy galeonów. Remus odchrząknął.
— Tylko… sekunda – wydukał z trudem – proszę pani…
Pielęgniarka przyglądała się mu beznamiętnie. Widząc jednak upór w jego przekrwionych oczach i prośbę wypisaną na sinej twarzy, westchnęła ciężko i się ugięła. Podwinęła rękaw, zerkając na zegarek.
— Daję wam dwie minuty. Idę na zaplecze po płaszcz.
Bree i Remus odprowadzili kobietę wzrokiem aż za drzwi boczne. Klamka odskoczyła na sygnał, że pielęgniarka zamknęła się od środka zaplecza. Colette odwróciła się na pięcie.
— Nie powinno cię tu być – jęknął Remus cienkim głosem. – Nie powinniśmy dłużej się ze sobą zadawać… Colette.
Bree nie wyglądała na rozczarowaną ani zasmuconą podobnie gorzkim powitaniem. Uśmiechnęła się bezbarwnie.
— Och, pewnie usłyszałeś przedziwne historie na mój temat, co?
Ręcznik ześlizgnął się z czoła Remusa na poduszkę.
— Jest dużo… - odkaszlnął – rzeczy… które powinny… zostać… wyjaśnione.
Dziewczyna zbliżyła się do pryczy, odłożyła mokry ręcznik na bok i dotknęła czoła swojego kolegi. Faktycznie, był rozpalony.
Trzecie stadium transformacji się rozpoczęło, powiedziała do siebie. Najwyższy czas, żeby się pokrzepić.
— Nieważne, co o mnie myślisz – mruknęła pod nosem. Prawą ręką zanurkowała w wewnętrzną kieszeń swojej szaty. – Ale ja próbuję ci pomóc.
Wyciągnęła z małą, szklaną probówkę wypełnioną płynem o kolorze i konsystencji żywicy. Postawiła ją na szafce nocnej niczym panaceum obok innych, w jej opinii zupełnie bezużytecznych leków.
— Zaufaj mi i to wypij – poleciła mu. – To tojad. Rozjaśni ci w głowie.
Remus błądził nieprzytomnym wzrokiem to od niej, to od eliksiru. Colette zdobyła się na uśmiech.
— Potraktuj to jako eksperyment. Ostatnio się udało, prawda?
Sięgnęła palcami do drugiej kieszeni. Liścik Marleny musnął wierzch jej dłoni. Natychmiast ją cofnęła.
— Ach, i jeszcze jedno – rzuciła.
Pochwyciła teraz swoją torbę lekcyjną, którą uprzednio zawiesiła na poręczy krzesła. Zerknęła przez ramię w kierunku drzwi na zaplecze. Pomfrey nie wracała.
— Kiedy już spróbujesz… - odchrząknęła i wskazała brodą na tojad. – I będziesz chciał uzyskać jakieś odpowiedzi… wyjaśnić te wszystkie dziwne sprawy… zostawię ci coś pod spodem, w tej szafce, dobrze? Wtedy zrozumiesz.
Remus nie zobaczył już, jak Colette chowa w szufladzie szafki nocnej szakalą maskę. Drżącymi rękami wymacał buteleczkę z tojadem, odkręcił nakrętkę… i wypił odżywczy napój do ostatniej kropli.

#29
Godzinę wcześniej.

Po przegranej wojnie o dormitorium siódmoroczni Krukoni wrócili do swojej Wieży. Część z nich zatrzymała się chwilowo u szóstorocznych dziewcząt (a mowa tu, oczywiście, o największych podrywaczach – Davisie i Hayesie), część – u kolegów z drużyny Quidditcha. Mary z początku nie wiedziała, gdzie szukać Doriana – jego koledzy twierdzili, że znalazł sobie prywatne lokum, ale póki co nie zapraszał ich do siebie na piwo.  
— Dorian chce pobyć sam – usłyszała od Sturgisa Podmore’a. – Nie ma ochoty na ciągłe wizyty twoje, Pottera albo Lily Evans.
McDonaldówna ten jeden raz dała za wygraną – wiedziała, że sama odnajdzie Doriana, jeśli ten stanie się potrzebny. I tym razem się nie omyliła – w sobotni wieczór, krótko przed pełnią i naradą u Szakala, intuicja doprowadziła ją pod Pokój Życzeń, gdzie wpadła Doriana wracającego z biblioteki do swojej nowej sypialni.
— Och, Mary – przywitał się z nią raczej bez entuzjazmu. – Chcesz, żebyśmy poszli razem do Aleka?
— Nie – powiedziała cicho. – Chcę, żebyśmy poszli razem do Dumbledore’a.
Sztuczny uśmiech momentalnie opuścił twarz Doriana. Zrozumiawszy powagę sprawy, pośpiesznie zostawił książki w Pokoju Życzeń i zgodził się na poważną rozmowę w ustronnym miejscu – czyli na Wieży Astronomicznej. Słońce właśnie zachodziło, kiedy dotarli na miejsce. Ostatnie purpurowe pierścienie chmur przygotowywały niebo na nocną burzę.
Mary oparła się o jeden z teleskopów. Jej twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
— Długo się nad wszystkim zastanawiałam – wyznała. – To nie tak miało być. To nie tak powinno się potoczyć… słyszałeś chyba, co spotkało Isaaka, prawda?
Dorian kiwnął głową niepewnie.
— Czy przypadkiem nie byłaś jedną z osób, które zeznawały ostro przeciw niemu?
Dziewczyna pociągnęła nosem. W ułamku sekundy zaczęła trząść się jak galareta i zalewać gorącymi łzami.
Musiałam tak postąpić – jęknęła. – A…Alec powiedział mi… ten wyrok to… o była us-ustawka mi-ministra i tak! Zro…zrobiłam wszystko, o co mnie prosił! A on m…mnie okłamał! Powie…powiedział, że tylko go u-unieszkodliwimy! Że on trafi do… do wię…więzienia!
— Naprawdę wierzyłaś w takie rzeczy, Mary? – roześmiał się szczerze. – Czy to nie było jasne od początku? Przecież to jasne, że Alec nie bawi się w Azkabany. Jak ktoś mu nie pasuje, to po prostu go zabija. Oni tak działają.
Mary wyrzuciła bezradnie ręce w powietrze.
— T-teraz t-to wiem! – chlipała. – Ale… ale to znaczy… że on… że on się tak rozprawi z… z nami wszystkimi!
— Nie płacz – nakazał jej z rozdrażnieniem. – I przestań panikować. Przykład Isaaka powinien cię czegoś nauczyć. To zdrajca. A karą za zdradę jest śmierć.
T-tak jak z Finn-Finnem, tak? – wypluła z trudem to imię. – Oni zabili ci brata… zabili Finna… j-jak możesz to… jak możesz to bronić?
Dorian nie odpowiedział. Napiął mięśnie, jakby przygotowywał się do bójki. Mary kontynuowała tyradę:
— On… to d-diabeł, D-Dorian! M-musimy się ratować, zanim… zanim on zabije i ich – i nas – i wszystkich, którzy mu nie pasują! On… on jest sza-szalony… Isaac… Isaac zaczynał jak my!
— Trzeba było pomyśleć o tym wcześniej – burknął. – Nie możesz teraz tak po prostu odejść z służby. Czarny Pan to nie jest Dumbledore. On nie daje drugich szans. Nie mamy żadnej alternatywy, Mary. Nie możemy zmienić strony.
— M-możemy iść do Dumbledore’a! – Nie ustępowała. – I powiedzieć m…mu o t-tym wszystkim! O A-Aleku, i o Colette… i przede wszystkim – o Argencie!
— A co potem zrobisz, Mary? Kiedyś opuścisz te szkołę, wiesz o tym? Dumbledore nie będzie cię chronił przez całe życie. Nikt cię przed nimi nie obroni. A nawet jeśli twój tatuś wynajmie dla ciebie prywatnych aurorów-ochroniarzy, to mi na pewno nie przysłuży podobny luksus.
— A-ale… ale zostały ci tylko cztery miesiące do owutemów, Dorian… z-zdasz i… i t-twój ojciec jest a-aurorem… on ci pomoże… b-będziesz w Za-Zakonie, i… i wo-wojna się skończy!
Skończy? – powtórzył z ironią. – Wierzysz w to, że ktoś złamie potęgę Pana? Jeśli tak, to albo jesteś głupia, albo po prostu nie zdajesz sobie sprawy z tym, jaką bronią on dysponuje.
— A-ale… ale ty wiesz jak możemy go pokonać! W…wiesz co musisz zrobić!
Dorian otwierał usta, zapewne z już przygotowaną ripostą, ale natychmiast je zamknął. Zaklął głośno i schował twarz w dłoniach. Zaczekał parę minut i pozwolił Mary się wypłakać. Dziewczyna głośno wysmarkała nos w jedwabną chusteczkę i zmyła rozwodniony tusz do rzęs ze swoich policzków. Odchrząknęła parę razy, a kiedy ponownie zabrała głos, mówiła cicho i słabo, ale już nie chlipała:
— Dorian, dzisiejsza noc jest strategiczna. Stawia nas w zupełnie innej sytuacji. Jeśli Lily zostanie Siódmą, to znaczy ulegnie ciemnej stronie, to wypełni się treść przepowiedni – wojna się zakończy, a Jimmy…. On nigdy na nią ponownie nie spojrzy. Zadbałam o to. A…ale, ale ty!
— Chcesz, żebym się poświęcił? – dokończył szeptem. – Żebym to ja zginął.
Mary roześmiała się bezbarwnie, osuszając opuszkiem palców wewnętrzny kącik oka.
— Zostałbyś bohaterem. Odkupiłbyś się.
— Nie jestem Jamesem – pokręcił głową. – Nie zależy mi na wiecznej chwale ani honorze. A już na pewno nie będę o to dbał, kiedy umrę.
— Nie wiesz wszystkiego – szepnęła. – Zobaczyłam dzisiaj, co on planuje.
Dorian zadarł brew.
— To znaczy?
Dziewczyna gestem dłoni nakazała mu skrócić dzielący ich dystans. Chłopak objął ją ramieniem, pochylił się i przytulił się policzkiem do jej włosów. Mary przekrzywiła głowę i wyszeptała mu kilka słów do ucha – a potem znowu zaniosła się szlochem. Dorian westchnął ciężko i pozwolił jej podeprzeć się o swoją pierś.
— To… to straszne, Mary. To… kurwa mać.
— R… rozumiesz m…mnie? – wyszlochała w jego koszulę.
— Teraz tak – potaknął, gładząc dłonią czubek jej głowy. – To… to potworne, że musisz się z tym mierzyć i nie możesz nikomu powiedzieć. Przykro mi.
Mary rozpłakała się jeszcze bardziej. Przymknęła oczy. Tak bardzo przylgnęła do Doriana, że nie zauważyła nawet, kiedy wyciągnął różdżkę z kieszeni spodni i przyłożył ją do jej ucha.
Naprawdę mi przykro – powtórzył. – Obliviate.

#30
To coś było w opinii McDonaldów najgorszym wyrokiem. Traktowano To jak prawdę zbyt bolesną i oczywistą, aby o niej dysputować;  jak przerażającą możliwość, taką skradającą się po plecach niczym cień i przyprawiającą o ciarki grozy; i jak diagnozę nieuleczalnej choroby genetycznej, którą wyparto ze świadomości, ale która mimowolnie tę świadomość uwierała.  Każdy członek rodziny wiedział, co kryło się pod tym i co to oznaczało, i wiedział, że mogło to spaść na któregokolwiek z nich w każdej chwili, i że na to nie znano lekarstwa.
Świadomość zagrożenia tym w rodzinie McDonaldów zdawała się zostać wessana razem z mlekiem matki. Z rzadka ktokolwiek wspominał o tym na głos, a jednak Mary nie potrafiła przywołać w pamięci choć jednej chwili niewiedzy, choć sekundy życia bez cichej, czyhającej obawy kryjącej się gdzieś w zakamarkach umysłu. To towarzyszyło jej zawsze, jak prześmiewczy przyjaciel, który ranił ją swoją obecnością, ale nie mógł się z nią rozstać.
Matka nigdy z nią o tym nie rozmawiała. Elizabeth wychowała już starszego syna, który nie odziedziczył żadnych ponadprzeciętnych umiejętności, dlatego też zwątpiła, że podobne nieszczęście dotknie jej młodszą latorośl. Sama pani McDonald, po wtopieniu się w świat czarodziejów i ograniczeniu kontaktu ze specyficznymi krewnymi, utraciła wszystkie swoje, nierozwinięte zresztą dary, miewając od czasu do czasu ewentualnie proroczy sen. Niekiedy co prawda opowiadała córce o bohaterkach swojego rodu i ich niezwykłych zdolnościach, ale nie pozwalała rozbujać się przy tym wyobraźni małej.
— Elfki zawsze były wyjątkowe i powinnaś być dumna, bo to twoje przodkinie – mówiła. – Ale mamusia wybrała życie jako czarownica, i ty też jesteś czarownicą, Mary. To czarne fatum nie ma prawa cię dosięgnąć.
Ciotki ze strony matki, same obłaskawione (lub – zdaniem Elizabeth – przeklęte) tym, pochodziły do sprawy nieco przezorniej, raz po raz przypominając Mary, jak wyglądają pierwsze zwiastuny i symptomy. Prosiły ją i upominały, żeby w razie ataku nie traciła głowy i przygotowała się do niego profilaktycznie już teraz. Elizabeth podobne nauki uważała za kompletne herezje. Za każdym razem, kiedy jej siostry wyjeżdżały z gościny, powtarzała swoją mantrę o „byciu czarownicą” i „czarnym fatum”, nie pozwalając tym samym, żeby zasiana ciekawość Mary zdążyła wykiełkować i wydać plon.
To powtarzające się studzenie zapału, dosyć zręcznie ukształtowało wyobraźnię dziewczynki, jej horyzonty i światopogląd – Mary wcale nie pragnęła gruntownej odmiany swojego życia na kształt bohaterek z legend elfickich; chciała raczej, żeby życie czarodziejki przeminęło jej w miarę przeciętnie. Lata przedhogwarckie spędziła więc na zabawie i bankietach, na strojeniu się, nauce tańca i obyczajów, na zawieraniu nowych, dwornych znajomości – i cieszyła się, że tak właśnie wyszło. Szczerze żałowała swojego kuzynostwa, jak chociażby kuzynki Jilly, którą matka, ciotka Shelby, wtajemniczała w ezoteryczną wiedzę rodową, przygotowywała do przyszłej ewentualnej trudnej roli, uczyła prastarej symboliki, runów i języka elfickiego – i sama wybierała jej znajomych.
Te rzeczy mogły przydać się Jilly lub też nie, myślała teraz. Tak samo było ze mną. Mogłabym otrzymać staranne wykształcenie i od urodzenia zostać odseparowaną od reszty dzieciaków – mogłabym, gdyby tylko moja matka nie zwątpiła, że odziedziczę To Coś.
Jak to często w życiu bywa, los bywa przewortny i lubujący się w czarnym humorze. Jilly, przygotowana na niespodziewany dar od losu, nie mogła wykorzystać swojego doświadczenia i zdobytej wiedzy nigdy, gdyż zmarła przedwcześnie. Mary natomiast, całkowicie niegotowa i nieprzystosowana, musiała się z Tym zmierzyć na gorąco, bez żadnego przeszkolenia i bez najmniejszej pomocy.
Dar widzenia przyszłości, choroba genetyczna McDonaldów, nie zaniknął, wbrew przypuszczeniom Elizabeth, w nowym pokoleniu. Mary została najmłodszą wizjonerką w swojej rodzinie, i zarazem tą najbardziej obłaskawioną. Żadna z poprzednich wizji elfek z Ilsurich tak znacznie nie wpłynęła na losy czarodziejskiego świata jak dopełnienie Przepowiedni Siedmiorga, widziana na rok przed opisywaną rozprawą Isaaka. A to wszystko, po raz kolejny, zaczęło się na kotylionie.

1974

To wszystko zaczęło się w Cardiff. Mary niewiele pamiętała z tamtego dnia – a przynajmniej nic oprócz swojej pierwszej wizji. Przypuszczała, że z rana, tak jak zwykła wówczas, zjadła śniadanie ze swoim bratem i Sereną, a następnie poszła spotkać się przy cmentarzu ze Skye DeVitt, skąd we dwie skierowały się w stronę rezydencji państwa Potterów. Pewnie potem, razem z Jamesem i Syriuszem, pospacerowały trochę, może poprosiły brata Skye, Elijahę, żeby kupił im trochę alkoholu na tańce w domu Cassie Meadowes. Może w czwórkę podśmiewali się z Jamesa i jego problemów z Lily Evans, może żartowali z Emmeliny Titanic, a może obrzucali się nawzajem śniegiem. Nie pamiętała. Nie sposób wyrazić, jak bardzo żałowała, że nie potrafi odtworzyć w pamięci ostatnich godzin swojego dawnego, normalnego życia, tego przed staniem się wizjonerką.
O sprawie May i Deana nie zapomniała tak łatwo, ale to dlatego, że wiązała się ona z wizją. Przez długi czas, kiedy była jeszcze naiwna i nieprzyzwyczajona do widzenia przyszłości, Mary obwiniała się o wszystko to, co spotkało Calliope. Sumienie gryzło ją, że wpadła w taki popłoch, zamiast zacząć działać, że swoją wizję zataiła przed śledczymi, przed sądem, a w końcu – przed Jamesem. Dodatkowo nie mogła pogodzić się z faktem, że to ona umożliwiła Deanowi przybycie na kotylion, tylko i wyłącznie z egoistycznych pobudek, i dlatego, że chciała upokorzyć Serenę. Zresztą, w dalszym ciągu uważała, że wewnętrzne oko nie mogło otworzyć się u bardziej nieodpowiedniej i niegodnej tego osoby, która nie potrafiła wziąć na siebie odpowiedzialności, i która nie chciała dzielić się przepowiedniami ze światem, aby tylko ten nie uznał jej za wariatkę.
Obecnie sumienie Mary znacznie się poszerzyło, a gorące serce biło nieco wolniej. Wiedziała już, że jej wizje nie są elastyczne i zmienne – że jeśli zobaczy ona określony obraz, chociażby czyjąś śmierć, to nie istniało żadne działanie, żaden plan, które mogłyby tę przyszłość przekształcić. Nie pozostawała nawet nadzieja.
Mary obserwowała zarówno May, jak i pana Pottera przez pewien czas i dosyć prędko wyciągnęła odpowiednie przypuszczenia. Od zawsze z dużą łatwością przychodziło jej odczytywanie intencji ludzkich oraz rozwiązywanie zagadek – a teraz wiedziała, ze to też łączyło się z darem. Domyśliła się zatem, że pan Potter zmodyfikował pamięć May i że próbował za wszelką cenę odseparować ją od Deana, ale nie zdawała sobie wtedy jeszcze sprawy, że bardziej od ojcowskiej troski przyświeca mu chęć ukrycia własnych przewinień. Jasne, potrafiła bez trudu zdjąć różowe okulary przyjaźni z Walkerami i dostrzec, jak bardzo nieodpowiednią partią był Dean. Widziała też, jak destrukcyjnie oddziaływał na May – jak podsuwał jej używki, i jak nastawiał ją przeciwko rodzinie. Swoimi myślami nie sięgnęła jednak na tyle daleko, żeby dowiedzieć się, kim naprawdę dla Potterów był Dean, i kim była May, i Chloe van Weert, i Ellistar Walker.
Zdawało jej się wówczas, że rozumie pana Setha doskonale, i że zgadza się z nim całkowicie. May i Dean powinni zostać rozdzieleni. Z drugiej jednak strony, posiadała osobowość nie tylko dalekowzroczną i błyskotliwą, ale przede wszystkim złośliwą i przebiegłą. Uznała, że pojawienie się Deana na kotylionie stanie się sensacją, że nareszcie zrobi się tam choć trochę zabawniej. Do tego wszystkiego, Serena nalegała na owe zaproszenie, a Mary doszła do wniosku, że w razie jakichkolwiek komplikacji, to ona, Serena, poniesie odpowiedzialność. Czuła się więc bezkarna i podekscytowana, i pełna skrywanej nadziei, że jej siostrzyczka utraci dobrą reputację. Takie sprzeciwienie się panu aurorowi, takie małe podniesienie temperatury na zabawie i zaproszenie Deana, zdawało jej się być raczej przekorną gierką, a nie faktycznym igraniem z ogniem.
Ale nawet gdybym nie była tamtego dnia taka samolubna, myślała. To i tak to wszystko by się wydarzyło. Jeśli nie przeze mnie, to przez kogoś innego. Moje wizje nie są kształtowane przez ludzi. One ukazują przyszłość w taki sposób, jakby już nastąpiła.
Serena i Mary skontaktowały się z Deanem i pomogły mu w odbiciu May z dworu van Weertów, w przywróceniu jej części wymazanych wspomnień, a także zorganizowały Deanowi wejście na bal. To Mary wyrwała z głowy schorowanego Jesse’ego włos do eliksiru wielosokowego (ach, ile sprawiło jej to wtedy satysfkacji!), ona też wstawiła się za nim podczas sprawdzania listy obecności przez Marthę Greengrass na kotylionie. Razem z chłopcami, Sereną i Skye, wieczór rozpoczął się dla Mary bardzo przyjemnie i niezbyt interesowało ją, jak bawi się jej brat, brat Skye, Dean czy May. Dopiero po pewnym czasie, kiedy cała ich ekipa rozeszła się po sali bankietowej, lekko ze sobą skłócona, atmosfera stała się o wiele mniej sielska. 
Mary obraziła się na swoich przyjaciół, a szczególnie na Jamesa, który w jej opinii interesował się Sereną bezprawnie. Dodatkowo pokłóciła się jeszcze z Kennym, bo ten zakpił z niej w towarzystwie swoich starszych kolegów. Teraz, z perspektywy czasu, spawy te wydawały się takie błahe, lecz wtedy, kiedy Mary naprawdę nie przytrafiło się nic gorszego od obtartych stóp po pantoflach, czuła się niemalże jak męczennica. Seth Potter, który zjawił się nagle, kiedy siedziała sama przy stole i przeklinała przyjaciół, przyprawił ją o jeszcze większą migrenę. Zmęczona i zrezygnowana dość szybko zdradziła mu cały plan i doprowadziła do córki i Deana. I dokładnie wtedy, kiedy zniknął on za drzwiami do sali bankietowej… zaczęło się coś dziać.
Mary wypiła tego dnia trochę rumu, ale dawała głowę, że nie była wówczas nietrzeźwa – choć taka się czuła. Kręciło jej się w głowie jak na karuzeli, słyszała zniekształcone słowa, muzyka dudniła jej w uszach, jak słowa hipnozy. Pamiętała, że zatykała uszy, że cicho płakała, że brało ją na mdłości. Nikt tego nie zauważał. Minęło trochę, zanim ostatecznie wstała i postanowiła iść do matki i poprosić ją, żeby wszyscy wrócili do domu wcześniej. Jak w myśloodsiewni, do teraz widziała w głowie siebie, kroczącą niepewnie na obcasach do westybulu, trzęsącą się jak galareta, i przekonaną, że zaczyna śnić na jawie. Fragmenty obrazów śmigały jej przed oczami, nieludzki śmiech zdawał się wypełniać całą salę, całą willę – całe Cardiff.

„— To był jakiś obłęd – powiedział Seth, kręcąc głową. – James powiedział mi, że przed chwilą rozmawiali z Deanem i May, i zaczął pytać się, co ona tu robi. Skye z kolei powtarzała cały czas, że obydwoje mieli taki amok w oczach, że obawia się, iż kupili coś nielegalnego od jej brata Elijahy. Starałem się jakoś ich uspokoić i wyminąć, ale to nie było takie proste. Dołączyli do nas Phil i lamentująca Serena, która zaczęła kajać się i przepraszać po francusku, pojawił się też Dorian, który szukał swojej matki… a na sam koniec Mary McDonald zemdlała, a całe towarzystwo wpadło w straszliwy popłoch.”
(Furia)

Mary w westybulu wpadła na swoich znajomych i chociaż była z nimi pokłócona wówczas na śmierć i życie, pozwoliła im zaniepokoić się o swój stan. Zirytowało ją, że po raz kolejny ktoś – a mianowicie May – kradnie jej całe zainteresowanie i że oni wszyscy – i James, i Syriusz, i Skye, i Serena – tak szybko zmieniają obiekt swojego zmartwienia. Wydawało jej się, że wtedy właśnie – wściekła, upokorzona i pragnąca tej utraty przytomności – wyraziła zezwolenie. Przez wychowanie matki i przez jej ciągłe mantry o „czarnym fatum”, i przez to, że sama śmiała się i nie wierzyła w przypadłości elfickie, udało jej się wyprzeć swój dar, odrzucić go, zepchnąć w pewną przepaść świadomości. Raz po raz przebłyski wizji stawały jej przed oczami, raz po raz otwierała swoje wewnętrzne oko – ale zawsze odgradzała się od tego, mentalnie nie pozwalała, aby nastąpiło nieuchronne. Na kotylionie ze swoich egoistycznych pobudek, zrobiła co innego. Pozwoliła, żeby to się stało. Pozwoliła sobie coś zobaczyć.
I zobaczyła.

„— Myślałem [Seth], że ma atak jakieś choroby. [Mary] Trzęsła się i płakała, i gadała straszne bzdury. Serena próbowała ją ocucić i wolała coś do niej po francusku, a Mary powtarzała, że widzi czarne wilki, że do ogrodu Meadowesów idą czarne wilki.
Na początku szczerze się zaniepokoiłem i wysłałem Jamesa po Elizabeth McDonald i – jeśli uda mu się ją znaleźć – także po Belle. Potem, im bardziej reszta panikowała i przesadzała, i im bardziej ja irytowałem się, że Dean Walker mi się wymyka, zacząłem podejrzewać, że Mary najzwyczajniej w świecie się upiła. Niechętnie poczekałem, aż James przyprowadzi Lizzy, chociaż zanim to nastąpiło, Mary zdążyła już się wybudzić, ciężko powzdychać i postraszyć Serenę, że przed chwilą zetknęła się ze śmiercią. Na resztę wieczoru Mary siedziała przy stoliku ze swoją matką i wsłuchiwała się w jej zrzędzenie, co do szkodliwości picia. Z perspektywy czasu… i po całym zamieszeniu z „czarnymi wilkami”, nie wiem, czy ona naprawdę była pijana czy też w pokręcony sposób próbowała coś przekazać.”
(Furia)


Przez kilka następnych dni oni wszyscy – Mary, James, Syriusz, Skye, Kenny, Serena i inni – żyli tragedią Calliope Meadowes. Najpierw były to przesłuchania w ministerstwie, potem kajanie się jeszcze przed samą wstrząśniętą Julią Meadowes. Śmierć po raz pierwszy dotknęła kogoś z tak bliskiego im towarzystwa, zupełnie jakby otarła się o ich własne pięty. Na dwa dni przed Sylwestrem Mary otrzymała zaproszenie od Declana Sterne’a na domówkę u niego w domu, pod nieobecność rodziców. Dziewczyna zdecydowanie nie miała wówczas imprezowego nastroju, ale odpisała Declanowi, że może spodziewać się jej przybycia na pewno. Mary potrzebowała zapomnienia – potrzebowała gruntownego i w miarę szybkiego powrotu do normalności, aby cień potwornych wydarzeń nie wlókł się za nią przez szkolne miesiące. Powtarzała sobie wtedy, ze chodzi tylko i wyłącznie o Calliope – o śmierć siostry Dorcas – ale była to prawda tylko częściowo.
Trzydziestego pierwszego grudnia Mary wstała bardzo wcześnie z rana, ubrała pudroworóżową podomkę, związała włosy w francuskiego warkocza, i wyszła do ośnieżonego ogrodu, do altanki wciśniętej w gąszcz nagich, oszronionych gałęzi drzew. Odpoczywał tam także jej brat, Kenny. Mary przysięgała, że jeszcze nigdy wcześniej (ani potem) nie widziała go tak długo trzeźwego, jak w tamtoroczną przerwę świąteczną. Kenny uśmiechnął się do niej słabo, kiedy zasiadła na ławie naprzeciwko.
— Masz dar, Mary – powiedział cicho.
Dziewczyna zadrżała. Myśl o tym przypominała przerażającego stwora ukrytego w cieniu – mógł on pozostać w nim do końca świata, pod warunkiem, że nikt nie przywołał go po imieniu.
– Jesteś…
— Nie mam żadnego daru – odparowała gniewnie, krzyżując ręce na piersi. – Nie chcę o tym mówić.
Kenny uśmiechnął się bez humoru i wyciągnął z kieszeni swojej skórzanej ramoneski metylowego papierosa. Podpalił go końcem różdżki i zaciągnął się po francusku.
— Widzisz przyszłość – mówił oszczędnie, wydmuchując na zimne powietrze pary szarego dymu.
— Nie widzę.
— Wtedy zobaczyłaś.
Mary nie odpowiedziała na to. Trauma po wypadku Calliope wymusiła na Mary pewną reakcję obronną – niemal natychmiast zapomniała o wszystkich szczegółach tamtejszego dnia, tak jakby ktoś rzucił na nią Obliviate. To z tego powodu okazała się tak nieprzydatna Aurorom w śledztwie. Interesowały ich tylko sprawdzone, potwierdzone fakty – a Mary nie była w stanie uraczyć ich niczym pewniejszym od pokręconego, symbolicznego snu na jawie, który wywołał u niej słodki rum.
Swoją wizję dziewczyna pamiętała za dobrze. Śmigała ona jaskrawo pod jej powiekami za każdym razem, kiedy je przymykała.
— Nie chcę o tym rozmawiać, Kenny.
— Powinnaś powiedzieć mamie – doradził jej, a w jego głosie pobrzmiewało niemalże współczucie. – Ona powinna wiedzieć, że to cię dopadło. Ona będzie wiedziała, co teraz robić.
Mary szczerze w to wątpiła. Matka nie była w stosunku do niej taka, jak dla Kenny’ego. Widziała ją przecież rozdygotaną na kotylionie, płaczącą i bełkoczącą, i chociaż wiedziała, co się dzieje – na pewno wiedziała – od początku do końca krzyczała na Mary za to, jak wiele alkoholu wypiła.
— Jestem szefową Departamentu Substancji Odurzających, na brodę Merlina! – narzekała przez cały bankiet, kiedy razem z wciąż rozdygotaną Mary usiadła przy najbardziej oddalonym od parkietu stoliku. – A jaki przykład młodzieży daje moja córka? Upija się i lata za chłopakami jak ladacznica, i to na oczach całej naszej rodziny!
Zresztą, nikt inny nie zwrócił na Mary już potem uwagi. Jej atak widzieli przecież wszyscy – i Serena, i Jimmy, i pan Potter. Po tragedii Calliope nikt nawet nie zapytał, czy zeszła jej gorączka. A skoro każdy inny to zlekceważył – to czy Mary też nie powinna?
— Idę do Jamesa – zadecydowała, podnosząc się gwałtownie z miejsca. Miała tak dziwny nastrój, że nie czuła się nawet skrępowana, odwiedzając Potterów w samej podomce i koszuli nocnej. – Próbujemy z Syriuszem przekonać pana Setha, żeby puścił go jednak z nami do Sterne’ów, a May zostawił samą.
— Nie wiem, czy alkohol dobrze na ciebie działa, Mary. Ostatnio otworzył ci wewnętrzne oko.
Dziewczyna ze złością wypuściła trochę uroku wili. Tak samo robiła zawsze jej matka, kiedy kłóciła się z jakimś mężczyzną.
— Przestań, Kenny! – wysyczała. – Nie masz racji.
Starszy brat uśmiechnął się znowu w swój charakterystyczny, złośliwy sposób i po raz pierwszy zaciągnął się mocniej papierosem. Wypalił w milczeniu całą paczkę, a kiedy wstał z altany i wrócił do willi McDonaldów, jego siostry już dawno nie było.

Deja vu – powiedział Declan Sterne, obserwując swojego młodszego brata Micka. Podpierał się on na jednej nodze o taboret, rękami na parapecie dźwigał ciężar swojego ciała, drżącego w spazmach wymiotów. — Gówniarz rzygał tak samo przez cały kotylion.
Deja vu, zgodziła się Mary, głęboko wdychając słodki i gryzący zapach rumu.  
Boli mnie głowa – powiedziała do Declana, odkładając na bok swojego drinka. – To chyba przez to światło.
Na kotylionie, w wielkiej, rozległej sali bankietowej, wyposażonej w złociste żyrandole i sięgające sklepienia okna, blask świec i mrok nocy idealnie ze sobą współgrały. Złote odblaski i refleksy mieniły się na sukniach dziewcząt i wtykały się pośród ich gęste loki, smagały smokingi chłopców i świeciły w ich szerokich źrenicach. Był to blask romantyczny i dostojny, kojący dla oczu. Natomiast w ciasnym, klaustrofobicznym saloniku państwa Sterne, pośród otwartych okien wyglądających z wysokości siódmego piętra, i w dodatku w połączeniu z cierpką wonią alkoholu i wymiocin, ten sam pomarańczowy odblask świec stał się nie do zniesienia.
Cała ta impreza jest właściwie nie do zniesienia, pomyślała marudnie.
Na cały regulator buczało na zmianę „Waterloo” i „Lady Marmolade” – uznane przez radio Sterne’ów za największe hity kończącego się roku. Prawie wszystkie dziewczyny natapirowały sobie włosy i oprószyły gwiezdnym pyłem z Drogerii Delphiny – wyglądały z boku jak wystawa brzydkich kul dyskotekowych. Większość panów albo zwracało cały wypity rum, albo usypiało na sofkach Sterne’ów, mamrocząc pod nosem sprośne rzeczy o pośladkach Lary Richardson. Na zewnątrz dudnił deszcz, a w saloniku było równocześnie duszno i zimno. Takiego koszmaru Mary nie doświadczyła od bardzo dawna.
— Jeśli tak ma wyglądać moja imprezowa młodość, Declan – rzekła do swojego partnera – to mogę przechodzić już na emeryturę.
Kątem oka zerknęła na tył pokoju, gdzie Syriusz i James grali w pokera w towarzystwie porozbieranych dziewczynz Piękności. Poczuła, że ma ochotę dołączyć do Micka Sterne’a i sama wyrzygać się przez okno.
Declan uśmiechnął się półgębkiem. Przyłożył swoją spoconą dłoń do policzka Mary.
— Chodź, królowo – zaproponował tonem tak pewnym, że brzmiał raczej na rozkaz niż sugestię. – Zatańczymy i poczujesz się lepiej.
Mary głowa rozbolała jeszcze bardziej. Skinęła głową na znak zgody, chociaż nie czuła się na siłach, żeby tańczyć.
Deja vu.
Declan otoczył ją rękami w pasie. Jego woda kolońska cuchnęła w połączeniu z alkoholem i dymem tytoniowym. Przymknęła oczy. To dziwne, ale w suchym powietrzu nagle poczuła dużo rześkiej wilgoci, tak jakby znajdowała się w pobliżu rzeki.
— Hej, Mary, w porządku? – usłyszała głos Declana. Wykonała piruet, chociaż chłopak wcale nie miał zamiaru jej obrócić.
Tak, bez wątpienia stała na moście. Tuż pod jego stalową, nowoczesną konstrukcją szumiała woda, szumiała wzburzona podczas ulewy rzeka Irwell. Mary była na tym moście jeszcze poprzedniego dnia, razem ze Skye i Sereną. Dziewczyny puszczały kaczki kapslami po piwie cynamonowym.
— Mary, Mary, co ci jest?!
Była na moście, a przynajmniej przed chwilą. Ale skądś musiała się dostać w to miejsce… Widziała cienie na krawężniku, długie i nieostre. Postacie nie szły do przodu, lecz cofały się – tak jakby Mary oglądała film od tyłu. Opuszczali Manchester. Oddalali się coraz dalej i dalej, pozostawiali za sobą Stolicę Mugoli, wszystkie te domy i kamienice, wszystkich tych niemagicznych nastolatków, rzucających petardy na rynku.
Teraz stała w hallu u państwa Potter. Za drzwiami wciąż leżała jej parasolka – zostawiła ją po południu, kiedy razem ze Skye i Syriuszem poszła odebrać Jamesa na imprezę. Na podłodze leżało szkło. Mary czuła, że jego odłam zatapia się w jej stopie. Zobaczyła krew, ale w ogóle nie czuła bólu.
— Potrzeba ci wody? Mary! Mary!
Weszła spiralnymi schodami na piętro. Drzwi do pokoju May stały otworem. W środku zobaczyła więcej szkła – i fotel, bujający się fotel na biegunach.
Radio nie rozbrzmiewało już Waterloo. Cały dom Sterne’ów wypełnił się głośnym, obrzydliwym, złośliwym śmiechem.
Mary otworzyła oczy.

„―  Jamie! – pisnęła Mary, zarumieniona od rumu i tańca ze swoim partnerem, samym gospodarzem Declanem Sterne’em. – Jimmy, wysłuchaj mnie!
― Zatańczymy następny kawałek, dobra, Mary? – odkrzyknął, oddalając się od piętnastoletniej (i zupełnie płaskiej w okolicach klatki piersiowej) wówczas Summer Blake. – Jestem zajęty!
― Dean Walker jest na Moście Manchesterskim!  - wyrzuciła z siebie. Jej rumieniec przestał wydawać się teraz wypiekiem od dobrej zabawy, a raczej oznaką przerażenia. – May jest z nim i z jego bandą i oni wszyscy zażyli opium od mojego brata!”
(Furia)


Mary potrzebowała paru chwil, żeby dojść do siebie po drugiej wizji, jaką ujrzała w swoim życiu. Nie było już tak źle jak za pierwszym razem – udało jej się nawet nie omdleć, choć trzęsła się i widziała ciemne mroczki przed oczami. I tym razem, w obliczu afery i zamieszania, stan i kondycja Mary stanowiły sprawę drugorzędną. Wszystkich wprawiło w osłupienie nagłe opuszczenie przyjęcia przez Jamesa. Nikt nie mógł się nadziwić, co też do tego stopnia wytrąciło chłopaka z równowagi, że w malignie nawet nie pożegnał się z gospodarzami ani nie przyszedł do Luke'a McDonwera po cztery galeony, które ugrał z nim w pokera.
Jego rodzice wrócili już do domu, czy jak? spytała Syriusza Dorcas Meadowes, która rozchmurzyła się po raz pierwszy od początku przyjęcia. Będzie miał pewnie przechlapane.
Declan Sterne stanął niepewnie przy swoim przenośnym radiu czarodziejskim, nie wiedząc, czy powinien na nowo puścić listę przebojów, czy też to koniec tańców jak na ten wieczór. Mary wstała z kanapy, na której jeszcze kwadrans temu obydwoje pili drinki, i podeszła do swojego partnera cicho jak myszka.
Ja też będę się zbierała – szepnęła mu do ucha. Chyba będę chora. Proszę tylko, nie mów nikomu, że już poszłam, bo nie chcę, żeby Skye albo Syriusz za mną wracali.
Declan potaknął ze zrozumieniem, chociaż wyglądał na nieco urażonego, że kolejny honorowy gość tak szybko opuszcza jego przyjęcie. Polecił swojemu koledze z dormitorium, Fenwickowi, żeby zgasił światło. Równocześnie sam pogłośnił muzykę, przerywając wszystkie podejrzliwe szepty i plotki. Przełączył też stację na bardziej staroświecką – zamiast nowoczesnego disco ryknęła czarodziejska kapela rock'n'rollowa.
Mary pożegnała się z grzeczności także z Mickiem Sterne'em (przestał on na chwilę wymiotować i od razu powrócił do picia), a potem wypadła na hall i skierowała się do małej komórki na miotły, gdzie rodzice Declana i Micka zainstalowali także kominek podłączony do sieci Fiuu. Gliniane naczynie z magicznym proszkiem ustawiono na pobliskim parapecie.
― Dolina Godryka, Honey Corner! ― krzyknęła do kominka, rzucając garść proszku pod swoje pantofle. Zielony płomień buchnął jej przed oczami, a sekundę później otrzepywała się z popiołu na kafelkach w kuchni państwa Potter.
― Mary.
James dopadł ją w przeciągu kilku sekund. Jego ręce trzęsły się jak galareta, ale wyciągnął je do przodu, ujął Mary za nadgarstki i postawił ją przed sobą na ziemi. Za nim, oparty o kominek, z którego wypadła Mary, stało drewniane wiadro i stara Kometa z powywijanymi witkami, służąca tym razem chyba za prymitywną, mugolską miotłę. Nie ulegało wątpliwości, że James powinien posprzątać – na podłodze roiło się od ostrych odłamów szkła, różnego rodzaju proszków, niedopalonych petów po papierosach. Na kafelkach obok stopy May pozasychały brudnoczarne, nieapetyczne plamy krwi.
 Oczy Jamesa pociemniały i jakby zapady się w ciemnościach, mina i uścisk zdradzały po nim napięcie, stres i lęk. Mary wydawało się wtedy, że wraz z dotykiem przejmuje część świadomości swojego przyjaciela – że jak w obwodzie zamkniętym przesyłają sobie nawzajem sygnały i uczucia. Mary już wcześniej dość biegle opanowała sztukę odczytywania myśli i emocji po mowie ciała, ale nigdy dotąd nie przekroczyła strefy biernego przyglądania się, a co dopiero prawdziwego współczucia. Ciekawe, czy zetknęła się właśnie  z kolejnym elementem swojego Daru, bo to, że go posiadła, chyba nie ulegało już dłużej wątpliwością.
— Co się działo, Jimmy? – spytała gorączkowo, zwalniając nieco ich uścisk. – Czy ona naprawdę uciekła?
Chłopak westchnął ciężko i bezradnie wzruszył ramionami. Wskazał bezwładną ręką w kierunku miotły, tak jakby May mogła ukrywać się jakoś za drewnianym wiadrem.
— Spakowała swoje rzeczy. Ojciec znalazł notatkę i poszedł jej szukać. A ja… - podrapał się po głowie. – Ja…
A ty umierasz z niepokoju i żałujesz, że pojechałeś na Sylwestra, dokończyła w myślach. Oblizała wargi. Po raz drugi wyrzuty sumienia zapiekły ją do żywego: w końcu kto inny, jak nie ona, starał się na siłę wyciągnąć Jamesa do Sterne’ów? Poliki płonęły jej na samą myśl o tym, jak przed kilkoma godzinami płaszczyła się przed panem Potterem, a potem namawiała Jamesa do złamania nakazu. Pragnęła, żeby towarzyszył jej na Sylwestrze, chociaż obydwoje przeczuwali, że wcale nie będą się tam tak dobrze bawić. Mary po prostu potrzebowała zapomnieć o kotylionie, i o pierwszej wizji. Ponownie doprowadziła do nieszczęścia swoim egoizmem i wyrachowaniem.
Moje wizje są nieodwracalne, powtarzała sobie potem za każdym razem. Nic nie mogłam zrobić. One pokazują przyszłość tak, jakby już się wydarzyła.
James był zbyt zrozpaczony i przejęty, żeby Mary mogła dręczyć go dodatkowymi pytaniami. Odłożyła więc różdżkę na bok – i tak na nic się nie mogła zdać – i uzbroiła się w  stary mop, uprzednio zanurzywszy go w wiadrze z wodą. James zamiatał, a ona zmywała, zajmowali się tym w milczeniu i pełnym skupieniu.
― Skąd wiedziałaś? – spytał nareszcie James po kilkunastu minutach ciszy. Sprzątanie i wiążący się z nim wysiłek pozwalały chłopakowi uporządkować myśli miarę racjonalnie. Razem z kurzem wymiótł też trochę przejęcia i rozpaczy ze swojej głowy.
Mary potaknęła, udając, że nie rozumie.
— Skąd wiedziałaś, że Dean przyszedł po May?  - wyjaśnił szorstko. – Tam, u Sterne’ów. Wtajemniczył cię w swój plan?
Ostatnie oskarżenie mogłoby w normalnych okolicznościach urazić Mary, ale wiedziała ona, że James w swoim obecnym stanie wciąż jeszcze nie nabrał wyczucia w słowach.
Zobaczyłam to.
Mary odstawiła mop do wiadra z wodą i przysiadła na gzyms kominka. Nieznośny ból w okolicach czoła wciąż pulsował tępym bólem, poza tym dokuczały jej silne mdłości. Nie była gotowa na podobną rozmowę.
— Wierzysz we wróżbiarstwo, James? – spytała cicho, unikając jego spojrzenia. – W… jasnowidzenie?
Chłopak przez chwilę milczał, jakby czekał, aż Mary rozwinie swoją myśl. Kiedy to nie nastąpiło parsknął i roześmiał się nerwowo.
Daj spokój.
— Pytam serio.
Odważyła się zadrzeć głowę do góry i spojrzeć w ciemne oczy swojego towarzysza. Strach i niepokój przemieszały się w nich teraz z lekką irytacją.
— Niezbyt.
Mary nie odpowiedziała. James nerwowo podreptał w miejscu.
— To bzdury, Mary Sama tak sądzisz…
— Skąd wiesz, co myślę?
— Nie bierzesz wróżbiarstwa.
— To nie znaczy, że myślę, że jest bzdurne.
Chłopak nie odpowiedział. W rzeczy samej, trudno było go winić za niedowiarstwo – w powszechnej opinii czarodziejów widzenie przyszłości było dziedziną ezoteryczną, przeznaczoną raczej dla takich magicznych istot jak centaury czy właśnie elfy, a nie typowych czarodziejów. Niechęć do wróżbiarstwa nasilała wieloletnia dyskryminacja mieszańców i powstanie wielu niesprawiedliwych mitów wokół nich i ich magicznych praktyk. Nawet jeśli James nie był uprzedzony – a Mary wiedziała, że nie był – to jednak przez całe dzieciństwo wychowywał się pośród masowej czarodziejskiej kultury, chłonął legendy i opowieści, słuchał o bajkach, które zawsze w bardzo złym świetle przedstawiały jasnowidzów – albo jako oszustów, albo jako wariatów.
Garbate gargulce, przecież to Mary we własnej osobie nadała nauczycielce wróżbiarstwa, pani Powell, pseudonim Blagierka! Jak hipokrycko brzmiała w tamtym momencie?
— Wiesz, kim jest moja matka, James? – szepnęła cicho. Jej głos zdawał się wisieć w zimnym powietrzu i opadać razem z kurzem.
Mary…
— W jej linii podobny obłęd zdarza się co kilka pokoleń. Widzę przyszłość, James. Jestem taka sama jak moje ciotki, i jak Kasandra Trelawney. Kiedy dzisiaj tańczyłam z Declanem zaczęło robić mi się niedobrze. Myślałam, że wypiłam za dużo… usiadłam na kanapę, położyłam się i… usłyszałam śmiech. To był głos Deana – ale wiedziałam, że nie ma go z nami, na imprezie. Wiedziałam, że w radiu puszczają tylko disco i że jedyną osobą, która się tam śmiała, była Larissa Richardson. To wszystko działo się w mojej głowie.... i potem zobaczyłam May, odurzoną narkotykami – i zobaczyłam ich wszystkich, i jego jednego, Deana, w miarę przytomnego. Rozpoznałam, że są na nowo wybudowanym moście, bo niedawno przechodziłam przez niego ze Skye. Wiedziałam, że nie mogę tego zlekceważyć… nie mogłam odrzucić wizji tylko dlatego, że nie mieściła się ona w moim wąskim umyśle.

„ (…) ― Kiedy po kilku godzinach udało mi się w końcu dostać do Doliny Godryka – kontynuował [Syriusz] – zastałem May i państwo Potter. Belle i Seth strasznie się kłócili, May… no cóż, powiedziałbym, że zachowywała się jak współczesna May, którą znamy i kochamy, ale wtedy to oczywiście była wielka nowość. Te jej piski, zmiany nastrojów, odcinanie się od świata… kiedy zobaczyłem ją w takim stanie, myślałem, że jest zwyczajnie naćpana.
― Ale nie była – domyśliła się Lily. (…) ― Jak zachowywał się James? (…).
― To najdziwniejsze, Lily – zaśmiał się bez humoru. – Na początku Jamesa w ogóle nie znalazłem, tam w salonie. Kiedy wypadłem do kominka, państwo Potter przestali się kłócić i powiedzieli, że James jest u siebie, na górze. Poszedłem do niego… ale w środku – wziął głęboki oddech – ktoś był w środku, ale to nie był James.
― A kto? – zdziwiła się szczerze.
― Mary.”
(Zmiany i układy)

— Wszystko w porządku, McDonald? – zapytał Syriusz, odkładając świecznik na szafkę nocną w pokoju Jamesa. – Wystraszyłaś mnie.
Mary odwróciła się od okna w kierunku Syriusza. Chociaż nie widziała siebie w lustrze, po wyrazie twarzy Syriusza, nie do końca uchwytnym w tak nikłym, pomarańczowym świetle, potrafiła wyobrazić sobie swój stan. Odkąd pan Potter wrócił razem z May i zaczął krzyczeć na Jamesa, Mary puszczały nerwy. Po raz kolejny tej nocy kręciło jej się głowie i zbierało na wymioty – ale przecież nie mogła po raz drugi widzieć, nie w tamtej chwili, nie w takim miejscu! Potargała swoje słomkowe włosy, lśniące w ciemnej nocy jak chmara świetików, czuła, jak blednie, jak oczy wybałuszają jej się, jakby chciały wyskoczyć przez powieki. W swojej białej sukience imprezowej na pewno wyglądała jak banshee.
— Merlinie, wyglądasz fatalnie – roześmiał się nerwowo Syriusz. Sprawiał wrażenie niema ulęknionego. –  Ile ty dzisiaj wypiłaś?
Dziewczyna uśmiechnęła się bezbarwnie i potrząsnęła gwałtownie ramionami. Zaczęła posuwać się w kierunku Syriusza niepewnym, chwiejnym krokiem, tak jakby szła po wąskim krawężniku. Przechylała się na boki i szeptała pod nosem coś, co nie brzmiało na angielski.
Mary?
Syriusz wystawił ręce do przodu – w odpowiedniej chwili, bo już sekundę później Mary straciła równowagę i padła bez sił prosto w jego ramiona. Oddychała bardzo płytko i chyba zaczęła płakać.
— Chcę wracać do domu… - jęknęła. – Nie mogę zostać tu ani chwili dłużej.

1975

„— Ona mnie… ona mnie [Jamesa] nigdy nie szantażowała – Tak zaczął. – Nie w tym rzecz. Dorian… Dorian jest taki melodramatyczny. Mary od początku do końca… chciała dobrze, naprawdę – westchnął. – Ale ona po prostu sama wiedziała wiele rzeczy, wiesz? Zawsze łatwo się z nią rozmawiało, bo… bo nie musiałem nic mówić, a ona zawsze wiedziała, o co chodzi. Rozumiesz?”
(Furia)

Mary wiedziała, że James jej nie wierzył. Choć nie mówił tego wprost, mową ciała jasno sygnalizował, że nie chce rozmawiać o wizjach przyszłości już nigdy więcej.
Problem polegał na tym, że Mary nie mogła „wyłączyć” dopiero co aktywowanego daru pod jego widzimisię. Nieważne, jak bardzo starała się opanować zawroty głowy i mdłości, jak ratowała się przeciwbólowymi eliksirami, jak włączała głośną muzykę, żeby tylko nie zamknąć oczu i nie popłynąć wzrokiem do innego wymiaru – to i tak się działo. Przez cały rok jej wizje stawały się coraz częstsze i powszechniejsze, towarzyszące im dolegliwości coraz łatwiejsze do ukrycia, a co najważniejsze – o wiele łatwiejsze do zrozumienia. Początkowo symboliczne i zawiłe, pełne aluzji, niedomówień i dziwnych obrazów, z czasem stały się jakby urywkami nudnej, obyczajowej telenoweli, którą można zacząć oglądać na każdym etapie.
Mary wiedziała, że zbliża się kłótnia Lily i Marleny, zanim do niej faktycznie doszło; wiedziała, że Larissa złapie grypę w marcu i zarazi nią Doriana na eliksirach; że na teście z transmutacji będą pytania z tematu drugiego i szóstego. Czasem zdradzała podobne błahostki Jimmy’emu (nikomu innemu nie wyjawiła swojej przypadłości), a czasami zostawiała je dla siebie. Zorientowała się bowiem, że niedowiarstwo jej przyjaciela zakorzenione zostało bardzo głęboko, a wszystkie kolejne zapowiedzi kartkówek, sporów, wyników meczu i obniżek w sklepach, uważał jedynie za fart i duży kawał.
— Nie wiem skąd wiesz to wszystko – powiedział kiedyś. – Ale ja też mogę powiedzieć, że jutro spadnie deszcz, i to wcale nie czyni ze mnie Kasandry Trelawney. Daj już spokój, Mary.
Choć podobne uwagi bolały ją trochę na początku, potem tylko doprowadzały ją do śmiechu.
On już mi wierzy, powtarzała sobie. Jest po prostu zbyt uparty, żeby to przyznać.
Wszelkim wątpliwościom przyniosło kres Flers. Na krótko przed biwakiem Mary, kiedy razem z Sereną, Skye i Syriuszem robili zakupy w Manchesterze na wspólny wypad, błysnął jej przed oczami krótki obraz.
— Myślę, że we Flers ktoś umrze – powiedziała swobodnie. James wykrzywił usta w grymasie.
— Myślę, że tym razem nie kupimy ci już rumu.
Kiedy zginął Phil, James nie przytoczył tych słów. Od tej pory słuchał słów Mary w każdej kwestii i nieważne, jak wielkie absurdy by wygadywała, pokładał w nich bezgraniczną wiarę.

„— Jakoś w Boże Narodzenie, kiedy przyjechałem [Dorian] z rodziną do niego [Jamesa] na ferie i razem z Mary bez sensu włóczyliśmy się po okolicy, wyskoczył z pomysłem, że możemy wykorzystać jednodniową nieobecność naszych rodziców – Potterowie jechali na jakieś groby, czy gdzieś tam, nie pamiętam już, a moja matka [Stephanie] była zajęta zajmowaniem się nowonarodzonej Roxy. Ubzdurał sobie, że wykorzystamy sieć Fiuu i przeniesiemy się do domu Walkerów, do Brighton. Mary ten pomysł od razu nie przypadł do gustu, ale James uparł się, a ja byłem na tyle znudzony, że na to poszedłem.
Mary wpadła w jakąś histerię i zaczęła wydzierać się na Jamesa, że to się źle skończy, bo ona tak czuje, ale on nic sobie z tego nie robił i generalnie to ta dwójka strasznie się pokłóciła, a Mary powiedziała, że pójdzie w odwiedziny do Skye, a my możemy dalej być skończonymi popaprańcami. No więc… zostaliśmy tymi popaprańcami i naprawdę przenieśliśmy się do Brighton.”
-(Hunwockie Gody)

Kilka dni po wypadku pani Chamberlain, Mary doświadczyła deja vu. Na prośbę matki porządkowała altankę, tę samą, w której dokładnie przed rokiem rozmawiała z Kennym o darze. Musiała posegregować wszystkie składowane w niej bibeloty – stare skrzynki, pudełka, eliksiry i spraye ogrodowe, mini-miotełki i kociołki – na część do zachowania i mycia, i na część, z którą trzeba się pożegnać. Poddała się temu zadaniu bardzo niechętnie, ale dostrzegała także plusy swojego położenia – z altany rozpościerał się dogodny widok na trawnik Potterów i na okno w pokoju Jamesa. Mary nie widziała się z nim od feralnego dnia pożaru i umierała z ciekawości, jak on się miewał.
Zbierała właśnie śmieci swojego brata z bezlistnych, ostrych gałęzi krzewu, kiedy usłyszała czyjeś kroki za swoimi plecami, dobiegające z kierunku przeciwnego do domu Potterów. Wyprostowała plecy.
— Pomóc ci sprzątać? – zapytał James, drapiąc się lekko po głowie. – Dawno nie robiłem nic pożytecznego.
Mary zgodziła się na to chętnie. Przypomniał jej się sylwestrowy wieczór, kiedy obydwoje sprzątali salon w oczekiwaniu na pana Pottera i jakieś wieści o May. Tym razem jednak to Mary czuła się o wiele bardziej spięta niż jej towarzysz.
— Możesz dzisiaj wpaść do mnie, jeśli chcesz – zasugerował zdawkowo. – Robimy alternatywnego Sylwestra do imprezy Jessiki. Będzie moja siostra i Syriusz. Chamberlainowie już pojechali do siebie.
— Jasne – przystała na propozycję, udając, że wyjazd Chamberlainów wcale nie krył za sobą jakieś większej historii. – I tak nie chciałabym bawić się z Dorianem.
James drgnął na to imię. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie.
— Och, a więc wiesz. No jasne, że wiesz.
Mary wyrzuciła starą łopatę do skrzyni z podpisem: „Do wyrzucenia” i otrzepała ręce. Nawet niezaznajomiona ze szczegółami wypadku pani Chamberlain, wyczuła, że w niechęci Jamesa do Doriana jest coś większego niż zwykła złość czy żal. Znała dość dobrze jego podejście i typowe zachowanie i wiedziała, że Potter jak nikt potrafił przelewać w gniew wyrzuty sumienia, rozczarowanie i smutek. Ale nie do tego stopnia.
Ty wiesz, powtórzyła w myślach. Ale co mam wiedzieć?
— Dorian… - ciągnął James, zauważając chyba jej dezorientację. – Widziałem jego znak.
— Jaki znak?
Mary.
 Dziewczyna przysiadła na ławie altanki. Doskonale zrozumiała, o jakim znaku mowa – piękna Morgano, w dzisiejszych czasach to słowo zawsze oznaczało jedno – ale nie mogła w to uwierzyć. W ciągu tego roku praktycznie codziennie zaglądała w przyszłość. Jak to możliwe, że znała odpowiedź, co będzie jutro na obiad, a przeoczyła coś tak istotnego, jak fakt, że jeden  z jej przyjaciół został Śmierciożercą? Po co komu dar widzenia przyszłości, jeśli dotyka on jedynie błahostek lub też tworzy przed nią wizje przyszłości, której nie można już zmienić? Na ile wiedza ta się przydawała, a na ile doprowadzała ją do obłędu?
— Podejrzewałem, że Finn przeszedł na ciemną stronę już we Flers – kontynuował bezbarwnie James, przełamując na pół zepsutą miotełkę. – Teraz nie mam co do tego wątpliwości. Ale Dorian… zawsze wydawało mi się, że on jest silniejszy. Że nie tak łatwo go złamać. Szanował mugolaków. Akceptował mieszańców. Kochał Lily.
To prawda, zgodziła się w myślach. Ale jego rodzina za działalność dla Zakonu została zepchnięta do pariasu.
— Nie sądziłam, że dowiesz się czegoś podobnego. Ja zobaczyłam coś innego. I… - zawahała się. – Myślałam, że moja wizja wyjaśnia… twoją małą obsesję na punkcie Walkerów.
— Coś związanego z moim ojcem i Deanem?
Mary nie zdobyła się na spojrzenie. Rzadko kiedy w swoich wizjach widziała elementy przeszłości – ale tak się stało, kiedy krótko po Flers ujrzała we śnie przeszłość ojca Jamesa. Długo zastanawiała się, jak ma potraktować swoje objawienie – czy jako proroctwo i odpowiedzi, których ona i jej przyjaciele poszukiwali tak długo, czy też jako zwykłe, chaotyczne i nieskładne marzenie senne. Dopiero Dorian utwierdził ją w przekonaniu, że i tym razem otworzyła wewnętrzne oko – i sięgnęła wzrokiem dalej niż kiedykolwiek wcześniej. Dorian podsłuchał rozmowę swojej matki i wuja, a potem przytoczył ją dla niej słowo w słowo. Obydwoje obiecali sobie, że za żadne skarby świata nie zdradzą Jamesowi prawdy.
— To by go złamało – rzekł Dorian. – Doskonale o tym wiem, Mary.
Szkoda tylko, że Dorian tak łatwo o wszystkim zapomniał, pomyślała smutno. Nawet o tym, po czyjej powinien stawić się stronie na tej wojnie.
Mary dotknęła policzka Jamesa i przejechała dłonią w dół, przez brodę, szyję, po jego szeroki, umięśniony bark. Delikatnie pogłaskała go w tym miejscu.
— Wiem, że to dla ciebie trudne, Jimmy – szepnęła, skrząc się urokiem wili. – Ja… wiem, ze powinnam ci powiedzieć, ale…
Przestań – Mary cofnęła dłoń i przestała wykorzystywać wilą moc, myśląc, że o to chodziło Jamesowi. Chłopak pokręcił głową i gestem dłoni zachęcił ją do zbliżenia się. – Po prostu… minął już rok, wiesz? – Z dziwnym błyskiem w oku sięgnął po niesforny kosmyk grzywki Mary i schował go za ucho. – Odkąd rozpętało się nasze piekło – Jego dłoń wędrowała teraz w tył, za ucho, i chwyciła grube, słomkowe włosy dziewczyny. –  Chciałbym przestać już przejmować się kimkolwiek z nich. Chciałbym, żeby na chwilę wszystko się po prostu zatrzymało… rozumiesz?
Mary skinęła głową, chociaż nie była pewna, czy faktycznie wie, o co chodziło Jamesowi. Nie podobał jej się jednak sposób, w jaki wymawiał te słowa, w jaki ją dotykał i jak na nią patrzał – tak, jakby to nic nie wywoływało u niego żadnych uczuć. Lodowata dłoń ścisnęła gardło Mary, tak, że nie mogła nawet złapać oddechu.
Super – uśmiechnął się łubuzerko James. Jego dłoń zatrzymała się na samym czubku głowy dziwczyny – druga chwyciła ją w talii. Wydarzyło się to tak szybko, że nawet pojedynczy urywek wizji nie zdążył mignąć jej przed oczami. Pamiętała, że kiedy po raz pierwszy naprawdę pocałowała Jamesa Pottera, czuła się niemalże tak, jakby wykorzystywała człowieka odurzonego alkoholem.  
To nie był jej James.

1976

Następnego dnia wszystko się zmieniło. Kiedy Mary obudziła się w Nowy Rok w łóżku obok Jamesa w jego zadymionym pokoju, czuła największy ból głowy i mdłości, jakie dowiadczyła w swoim szesnastoletnim życiu. Znała się jednak na tyle, aby wiedzieć, że dolegliwości te nie mają nic wspólnego z sylwestrowymi drinkami ani z wczorajszym obżarstwem.
Wyskoczyła z domu Potterów jak najprędzej, nie budząc nikogo. Jeszcze nigdy tak szybko nie biegła przez swoją uliczkę. Wpadła do domu, zatrzasnęła drzwi od łazienki i usiadła w wannie. Pamiętała, że woda szumiała hipnotyzująco, że powietrze nasiąkło zapachem róży, i że mówiła i widziała straszne rzeczy, których zapomniała natychmiast po tym, jak wypadła z transu.
— Ostrzegałem cię, że nie możesz tego lekceważyć – dobiegł ją głos Kenny’ego, stojącego we framudze drzwi i palącego trawkę. – Jeśli twoja wizja się sprawdzi, to masz chyba niezły problem na karku… czyż nie?


Mary zupełnie nie wiedziała, co powinna teraz zrobić. Jeszcze nigdy nie stanęła przed podobnym wyzwaniem, jeszcze nigdy nie spadła na nią tak olbrzymia odpowiedzialność. Jeśli Kenny dobrze zrozumiał sens wypowiedzianych przez nią słów, jeśli niczego nie przegapił albo w niczym nie skłamał, to naprawdę nie było ani chwili do stracenia.
Nie mogę mu o tym powiedzieć, to wiedziała na pewno. Przynajmniej nie wszystko. Stracę go, jeśli się dowie. Może i nie jest do końca sobą, ale nikt inny nie wie, co on przechodzi. Nikt inny tego nie widział. A już na pewno nie Ona.
Z drugiej strony powinnam ostrzec i resztę, myślała. Powinna spotkać się z Dorianem. Może jakoś się z nim ugadać… ale czy na pewno mogę przytoczyć mu wizję tak istotną, skoro jest teraz na usługach Czarnego Pana? A może on wie więcej? Może zobaczył już coś, co nieco rozjaśni ten kompletny bełkot?
Albo w ogóle się z nimi nie skonsultuję, wpadła i na taką myśl. Pójdę do ojca Doriana, skoro panu Potterowi nie można już ufać i powiem wszystko, co wiem. Chociaż nie sądzę, że on, jako Auror, wysłuchuje amatorskich przepowiedni nastolatek. On nie zdaje sobie sprawy, co teraz będzie.
Zrozpaczona Mary padła na łóżko w swoim pokoju. Wiedziała, że musi działać natychmiast – już następnego dnia wracała na drugi semestr do Hogwartu i nie było w ogóle mowy o tym, żeby mogła zostawić tę sprawę samą sobie. Głos rozsądku podpowiadał jej, że nie po to otrzymała Dar, aby teraz egoistycznie ukrywać przed światem tak ważne wizje. Powinna natychmiast poinformować wszystkich zainteresowanych, co może wkrótce nastąpić – powinna przygotować ich psychicznie na ciężkie brzemię, które wkrótce na nich spadnie.
Problem w tym, że Mary wcale nie była racjonalna. Mary zawsze kierowała się przede wszystkim własnym dobrem, nigdy nie robiła niczego, co nie przyniosłoby jej jakieś korzyści – nie wspominając już o stracie! Wcale nie prosiła się przecież o ten dar. Nikt jej nie nauczył, co powinna robić w podobnych kryzysowych sytuacjach. Od początku mówiła, że się do tego nie nadaje.
Zagryzła wargę. Układanie planu, który wcale nie dotyczył zbawienia świata, tylko wybrnięcia z tego bałaganu, przyszło jej z o wiele większą łatwością.
Nie mogę pozwolić, żebym przez ten Dar utraciła szansę na szczęście, powiedziała sobie. Wystarczająco cierpię, widząc codziennie tak wiele okropności. Powinnam nareszcie zacząć czerpać z tego jakieś korzyści.
Z takowym postawieniem wyciągnęła papeterię i zaczęła pośpiesznie pisać krótki bilecik. Otworzyła klatkę swojej sowy, przywiązała jej liścik do nóżki… i wypuściła ją przez okno w kierunku Londynu.


— Widzę, że teleportację opanowałeś na W – rzekła zaczepnie, okrywając się wielką, burgundową ramoneską ze smoczej skóry. Schowała dłonie w swojej futrzanej mufce. – Nie wierzę, co się z tobą stało… Dorian.
Ciekawe, że wcześniej nie widziała u starego przyjaciela tej ikry. Czy to za sprawą przewartościowania poglądów, czy też po prostu dlatego, że Mary nie patrzała na niego już przez pryzmat odznaki Prefekta Naczelnego,  Dorian zaczął wydawać jej się niesamowicie seksowny, w sposób typowy dla wszystkich niegrzecznych chłopców. Ubrał się całkowicie na czarno – od potężnych, wojskowych buciorów, przez ciężką kurtkę z ćwiekami, aż po ciemne okulary, chroniące przed styczniowym słońcem, zataczającym łuk wyjątkowo blisko ich głów. Dorian skrzyżował ręce na piersi. Dobrze, że Mary nie widziała bezpośrednio jego oczu, bo dawała głowę, że zobaczyłaby w nich zbyt wiele deprymującej kpiny.
— Nie wierzę w przepowiadanie przyszłości – powiedział na przywitanie. Mary westchnęła cicho.
— Ja też nie wierzyłam. James też nie wierzył… ale chyba i tak nie udałoby mi się nikogo zbytnio tym zaskoczyć – parsknęła. – Nie mogę równać się z tobą, Dorian… z niespodzianką, jaką nam wszystkim zrobiłeś.
Dorian spojrzał w jakiś odległy punkt ponad głową Mary. Wyglądał jak znudzony mały chłopiec wsłuchujący się w opowieści swojej babci.
— Twój święty Jimmy przyleciał na skargę?
— Nie musiał – odpowiedziała dumnie. – Zobaczyłabym to.
Mary nie czekała na szyderczą odpowiedź. Gestem ręki zaprosiła Doriana, by zajął miejsce obok niej na pobliskiej ławce. Nad nią zwisały chude, gołe gałęzie wierzby, przypominające trochę cienkie, natapirowane włosy. Dorian trochę się przy tym ociągał, ale po krótkim namyśle zdecydował, że jednak odbędzie z Mary tę rozmowę, dla której tutaj się wyprawił.
Krótko milczeli. W końcu – po tym jak Mary prawie wykaszlała już swoje płuca i kiedy każdy cal ciała świecił jej urokiem wili – Dorian jakby wybudził się z transu, uśmiechnął się w jej kierunku (Mary przestała świecić) i rzekł bezbarwnie, tak jakby rozmawiali o pogodzie:
— Czy możesz powtórzyć mi jeszcze raz, co zobaczyłaś? Klęskę Czarnego Pana?
Mary westchnęła przeciągle.
— Szczerze mówiąc, to nic nie zobaczyłam. To była moja pierwsza mówiona wizja. Wpadłam w trans. Kenny streścił mi potem, co mówiłam.
Brew Doriana powędrowała do góry. Udział Kenny’ego w interpretacji proroctwa chyba go zbytnio nie uwiarygadniał.   
— W porządku – powtórzył. – Ale mówiłaś o końcu Czarnego Pana.
— O tym, kto zapoczątkuje jego klęskę… tak.
Dorian pokręcił głową. Najwyraźniej miał nadzieję, że jeśli pofatyguje się i spotka z dziewczyną, to wszystkie farmazony z listu zostaną cofnięte – a przynajmniej rozwinięte na tyle, żeby Dorian nie czuł się robiony w głupka.
— To szalone. Próbujesz mi wmówić, że ja…. Albo że James…
— To dosyć proste – przerwała mu Mary. – Moje proroctwa zwykle były proste i stałe – tak jakby już się wydarzyły, sam rozumiesz. Widziałam pewien obraz i chociaż czasem był on nieźle pokręcony, potrafiłam zrozumieć o co chodzi. Tym razem mówiłam o pewnych warunkach, które jeśli zaistnieją i zostaną spełnione… to mogą doprowadzić do pewnego skutku. Tak jakby, rozumiesz, nic nie było jeszcze postanowione.
— A te warunki…
— Mowa jest o dwóch osobach – na pewno o dziewczynie i chłopaku. Muszą działać razem – z kontekstu zrozumiałam raczej, że muszą być razem, a więc zapewne chodzi tutaj o parę. Dziewczyna to według moich słów moja przyjaciółka o „krwi nieczystej”. Mam tylko jedną przyjaciółkę z rodziny mugoli. Chodzi o Lily, to oczywiste.
— I według ciebie Lily skrywa jakąś broń?
Nie. Lily może stworzyć jakąś broń – może ją opracować, odkryć, albo po prostu odnaleźć czy wykorzystać – jeśli spełnią się opisane warunki. To znaczy, jeśli zadziała z drugą osobą – na pewno z chłopakiem krwi czystej, z rodu obcego, który się splótł z naszymi rodami. Z dalszych wersów można wywnioskować, że chodzi o van Weertów – jest podany ich przydomek rodowy. A że „krew” to bardzo nieokreślone pokrewieństwo, mamy spory wachlarz możliwości. To możesz być ty albo którykolwiek z twoich braci i kuzynów.
Dorian lekko zadrżał, kiedy usłyszał wyrazy „ty”, „bracia” i „van Weertowie” obok siebie, ale nic nie powiedział. Mary doskonale wiedziała, co w tamtej chwili robił – to, co ona sama powtarzała po tysiąckroć w ciągu tego dnia – przewijał w głowie wszystkich swoich krewnych, którzy mogli spełnić „warunek”.
Jeśli odrzuci się jego braci młodszych i zaręczonych, oraz oczywiście zmarłego Phila, to lista zawęża się do trzech możliwości, powtórzyła w głowie.
Dorian. Jesse van Weert – którego też można od razu skreślić. I, rzecz jasna, James.
Przełknęła głośno ślinę.
— No dobra – na czole chłopaka pojawiła się drobna zmarszczka. – A  więc załóżmy, że Lily i ja – czy ktoś tam – będziemy razem współpracować, żeby wytworzyć broń przeciwko Czarnemu Panu, a ceną za nasz sukces będzie….
— Ktoś z was zginie – to działanie przyniesie mu zgubę, co zwykle w proroctwach oznacza śmierć – wzruszyła ramionami. – A z kontekstu i własnych przeczuć wskazywałabym raczej na van Weerta niż Lily.
Tak proroctwo przedstawiło wszystkie warunki i rozwój wypadków. Dwie osoby, i to nie byle jakie, tylko te pasujące do opisu, chłopak i dziewczyna, razem konstruują broń (Mary słowo to nie pasowało do reszty układanki, ale właśnie tak sparafrazował jej bełkot Kenny), która byłaby  stanie zniszczyć Voldemorta (chociaż i tutaj pojawia się nutka wątpliwości, tak nietypowa dla jej wizji), ale za pewną opłatą. Magia zawsze miała swoją cenę – klęska za klęskę, zguba za zgubę, śmierć za śmierć. Ktoś musiał zginąć. Mary nie potrafiła racjonalnie ocenić, czyja śmierć spośród tej czwórki – Lily, Jamesa, Doriana czy Jesse’ego – byłaby najmniej bolesną koniecznością.
Jesse’ego, zdecydowała tylko po sekundzie zawahania. Ale jego kandydaturę można od razu skreślić.
To wszystko nie mieściło się w jej głowie. Chciała kpić z tego i lekceważyć jak Dorian – ale zbyt wiele się wydarzyło, i nie chodziło tutaj jedynie o sprawdzalność jej wizji, żeby mogła tak po prostu we wszystko zwątpić.
Lily i Dorian byli razem, pomyślała. Tak jakby pchnęło ich do siebie przeznaczenie, to, które ukztałtowało moją przepowiednię. A Jimmy przecież… Jimmy…
— Mary. Jesteś pewna, że braciszek nie dosypał ci trochę swojego towaru do herbatki? – puścił do niej oko Dorian. – A może to lekki napad niekontrolowanej zazdrości? Przewidujesz, że jeśli twój święty Jimmy dalej będzie uganiać się za moją byłą dziewczyną, to wszyscy zginiemy, łącznie z Czarnym Panem?
— To nie jest zabawne – burknęła. – Wiem, że wydaje ci się to nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę, że nie jesteś po naszej stronie, ale…
Dorian posłał w jej kierunku spojrzenie, które byłoby w stanie zamknąć usta nawet najbardziej asertywnej osoby. Mary wbiła wzrok w swoje paznokcie.
— Nie masz pojęcia, co się dzieje teraz w moim życiu, Mary – rzekł szorstko. Jego słowa paliły. – Nie oceniaj mnie.
— Jak mam cię nie oceniać? – powiedziała cicho, nie patrząc w jego oczy. Czuła, że drży z emocji. – To nie tak, że dołączyłeś do bandy, która nie zasłużyła na złą reputację. Tu nie chodzi o rzucanie łajnobombami w okna mugolskiego parlamentu. Wy naprawdę znęcacie się nad ludźmi. Nad mieszańcami. A przecież oni sa…
— Nie mam niczego przeciw mieszańcom ani mugolakom. Dobrze o tym wiesz.
— Twój znak nieco komplikuje sprawy, co?
Odważyła się zadrzeć brodę i rzucić okiem na rękaw jego skórzanej kurtki, w miejsce, gdzie Sami-Wiecie-Kto zwykle generował u swoich popleczników Mroczny Znak. Doskonale wiedziała, gdzie należy go szukać – sama przecież tak wiele razy doglądała ręce swojego brata, badała jego przedramiona, starając się upatrzeć choć najmniejszego śladu zaklęcia kamuflującego.
Zastanawiała się, czy Dorian w ogóle się kamuflował. Czy Śmierciożercom wolno było ukrywać swoje tatuaże przed światem – i czy w ogóle hipotetycznie było to wykonalne.
— Czego ode mnie oczekujesz? – spytał chłodno, krzyżując ręce na piersi. Zaciśniętą pięścią przykrył to właśnie miejsce na przedramieniu, gdzie James zapewne dostrzegł u niego znak. Mary wzięła głęboki oddech.
Konkrety, Mary, upomniała się. Nie mogę pozwolić sobie na okazanie słabości – inaczej nic się nie uda.
— Zawrzyjmy umowę – zaczęła, dziwiąc się, jak pewnie brzmiał jej głos. – Wydaje ci się, że się albo że jesteś bezkarny ze względu na koneksje twojego ojca, albo że jesteś zbyt błyskotliwy, żeby ktokolwiek odkrył twój mały sekrecik. Ale się mylisz.
Dorian już otwierał usta, aby się wtrącić, ale nie pozwoliła mu na to:
— Może i James cię nie wyda, bo ma wyrzuty sumienia w związku z wypadkiem twojej matki. No cóż… ja nie mam – uśmiechnęła się bezbarwnie. – Dlatego jeśli nie weźmiesz moich słów na poważnie – zacmokała lekko. – No cóż, powiedzmy, że zapukają do ciebie Aurorzy, a mój ojciec każe uciąć ci głowę za zdradę. Wiesz, że mogę to zrobić.
— Nie sądzę – pokręcił głową Dorian. – Nie, Mary, szczerze mówiąc nie sądzę, że mówisz poważnie.
— Brzydzę się tobą – odwarknęła. Nareszcie zadarła głowę dość wysoko, aby spojrzeć chłopakowi w oczy. Czuła, że emanuje teraz nie aurą wili, ale czystym, nienawistnym chłodem. – Nie obchodzi mnie to, czy w przeszłości przyjaźniliśmy się czy nie. Nie chcę na ciebie patrzeć… i dlatego wyniesiesz się z Hogwartu – wysyczała to niemalże jak Meduza. – Opuścisz ten zamek – i tak musisz teraz wziąć odpowiedzialność za swoją matkę – i zostawisz Jamesa i mnie w spokoju. Nikomu nie powiesz nic o mnie i o moich widzeniach. Nikomu nie powiesz nic o Jamesie i o tym, przez co przeszedł w tym roku. Nieważne, jak bardzo teraz pragniesz się zemścić – nie będziesz próbować go zniesławiać w żaden sposób. Możesz mi nie wierzyć, ale zobaczę każdy twój ruch w mojej głowie. Pozostaniemy w kontakcie. A po odpowiednim czasie… - zawahała się przez chwilę. – Wtedy, kiedy stwierdzę, że sama sobie nie poradzę i że sprawy zaszły za daleko… napiszę ci, że czas wracać do szkoły.
— A po co? – spytał wściekle. – Myślisz, że zostanę twoim kolejnym pieskiem salonowym?
Mary uśmiechnęła się słodko.
— Po Evans. Jeśli nie uda mi się utrzymać ją z dala od Jamesa, to przybędziesz, poświecisz oczkami i naprawisz sytuację.
Przez moment Dorian nie odpowiadał, pogrążony w głębokiej refleksji. Zmarszczył czoło i zmierzwił włosy palcami (czyżby gest podpatrzony od kuzyna?), ale im dłużej gorączkowo się zastanawiał, tym bardziej rozluźniał mięśnie i pozwalał niewinnemu, chłopięcemu uśmiechowi wkradać się na jego bezbarwną twarz. Kiedy wreszcie przemówił, trząsł się już ze śmiechu:
— Jesteś walnięta – pokręcił głową. – A więc o to w tym wszystkim chodzi, czyż nie? No jasne – uśmiechnął się kpiąco. – Niby jesteś taka dzielna i honorowa, i bronisz mugolaków, i nienawidzisz Czarnego Pana… ale co zrobisz teraz, kiedy wiesz, co może zadać mu kres? Co cię najbardziej przeraża w tej wizji, Mary? – spytał butnie, niemal wypluwając jej te słowa w twarz. – Śmierć któregoś z nas? To, że stanie się to przez Lily? A może po prostu to, że któryś z nas – może James – będzie miał z nią sporo wspólnego? Czy ty w ogóle mu o tym powiedziałaś?
— James wie tyle, ile trzeba – obruszyła się lekko. – Poradzę sobie z tym. Jeśli sprawy zajdą za daleko, wrócisz i omamisz Evans. Mamy umowę?
Dorian śmiał się dalej. Powaga Mary najwyraźniej zupełnie mu się nie udzieliła.
— Lily w życiu nie zakocha się w Jamesie. Oszalałaś do reszty, kobieto? Oni się nienawidzą.
Mamy umowę? – powtórzyła. 


Rozmowa z Jamesem była już trudniejsza. Odbyła się ona następnego dnia, w pociągu do Hogwartu, wracającego tam po przerwie świątecznej. Obydwoje zajęli osobny przedział i zamknęli go Colloportusem, nie wpuszczając do środka ani Syriusza, ani Leny, ani już szczególnie Doriana czy Lily. Mary nie musiała nawet nalegać, aby odseparowali się od reszty towarzystwa i w spokoju przedyskutowali ostatnie wydarzenia. Od Sylwestra narodziła się pomiędzy nimi specyficzna, intymna relacja, w której tajemnica mieszała się w dość niebezpiecznej proporcji z toksycznością i wyrzutami sumienia. James zmienił się po wypadku pani Chamberlain, i to wcale nie na korzyść, ale Mary w przeciwieństwie do reszty nie doszukiwała się w tym powodu do zmartwień lub złości. Odmieniony James może i nie był do końca sobą, ale przynajmniej pozostawał jej i tylko jej, na całkowitą wyłączność.
Mary długo przymierzała się do tego wyznania – najpierw lekko omamiła go aurą i podlizała się obelgami w stosunku do Doriana, a dopiero potem przeszła do sedna. Swoją wizję bardzo streściła i skomentowała ją oszczędnie – chciała, aby brzmiała jak najbardziej zdawkowo, jednocześnie ulepszona dramaturgią i nieco zdemonizowała. Powiedziała mu, że Doriana za przejście na ciemną stronę czeka kara – i to z rąk ukochanej Lily. Opisała dość szczegółowo wizję śmierci, której przecież nigdy nie zobaczyła w swoim umyśle, a wszystko zakończyła dowcipem, aby także i James miał się na baczności, bo wizja ta sprawdzi się także w przypadku jego i Jesse’ego. Część, która mówiła o klęsce Czarnego Pana zupełnie sobie odpuściła. Doszła do wniosku, że nie ma sensu zrzucać na biednego Jamesa zbyt wiele, dlatego wspomni mu o tym przy innej okazji… lub też nie.
Ku jej niezadowoleniu, po całej tyradzie, mina Jamesa była o wiele za bardzo wstrząśnięta, niż w jej opinii wypadało. Kręcił on głową ze smutkiem, szokiem i lekkim niedowierzaniem, tak jak i poprzednio Dorian. Niesamowicie ją to zirytowało.
— Mary, ale…
— Powiedziałeś, że wierzysz w moje wizje!
James miał minę, jakby stanęło mu w gardle coś ostrego.
— Jasne, że wierzę… - wydukał. – Cholera, kto by nie uwierzył, gdyby widział to wszystko na własne oczy… ale… wizja śmierci przez Lily… nie musi chodzić o mnie.
— Wizje nigdy nie są takie spójne – mruknęła niedbale. – Zwykle zawierają w sobie kilka alternatyw. Chodzi o twoją rodzinę….
— Może chodzić o Doriana.
— Albo o Finna – potaknęła. – O Luke’a, Leviego, Jeta…. I nie tylko o Chamberlainów, bo też o Jesse’ego. I…
— Może chodzić o Doriana – powtórzył.
Westchnęła ciężko. Tak, James, może. Ale nie znaczy to, że powinieneś lekceważyć zagrożenie.
— Zresztą… kogo to obchodzi – roześmiała się sztucznie, skrząc się aurą wili. – I tak nie macie za wiele wspólnego, co? A my  jesteśmy teraz razem… prawda?
James zgodził się z tym, ale do końca jazdy minę miał tak męczeńską, jakby chodziło o wyrzeczenie się przez niego czegoś, co uważał za najcenniejsze.


Dorian Chamberlain wyjechał do Australii, a Lily żaliła się Mary, jak bardzo złamał jej serce. Nie wysyłał żadnych listów ani nie odpisywał na te od niej, nie pożegnał się ani nie wyjaśnił, co za choroba dokładnie dotknęła jego mamę. Mary wysłuchiwała ją w milczeniu, potakując i pocieszając ją kłamliwie, podczas gdy w głębi duszy odczuwała swego rodzaju satysfakcję. Dorian, po przenalizowaniu jeszcze raz słów Mary w głowie, ostatecznie uwierzył jej i powodem, dla którego odciął się od Evans, był zwyczajny instynkt samozachowawczy. Wodziła Lily za nos i razem z nią snuła niesamowite teorie odnośnie zniknięcia chłopaka, podczas gdy tak naprawdę sama za nim stała. Podobna szarada nie przypadła do gustu Jamesowi. Irytował się on za każdym razem, kiedy panna Evans napominała coś o Dorianie – raz czy drugi był nawet bliski, aby wyjawić jej tajemnicę o Mrocznym Znaku na przedramieniu, ale rozmyślił się w ostatniej chwili.
Jeśli zaś chodziło o ich trójkę, to spędzała ona ze sobą o wiele za dużo czasu, niż podobałoby się to czy to Lily, czy Jamesowi. Mary jednak nalegała na wspólne spotkania, pod pretekstem „smutku, że jej najlepsza przyjaciółka i ukochany chłopak tak bardzo za sobą nie przepadają”. W głębi serca wiedziała, że najlepszym sposobem na zduszenie tej niebezpiecznej iskry, która się pomiędzy nimi zrodziła, było sprowadzenie ich gwałtownie do platonicznej stopy, ostudzenie ich stosunków, sprawienie, aby przywykli do siebie i się sobą znudzili. Każda rozmowa o Dorianie przybliżała ją do tego celu.
James nie powiedział nikomu o prawdziwym obliczu swojego kuzyna. Nie wiadomo, co dokładnie zamykało mu usta – czy zwykłe wyrzuty sumienia, czy też jakaś umowa pomiędzy nimi, o której Mary nic nie było wiadomo. Potter milczał też jak grób w sprawie Mary, jej wizji i daru. Dziewczyna czuła się bardzo komfortowo i pewnie, rozmawiając z nim o swoich uzdolnieniach, obydwoje bowiem złożyli Wieczystą Przysięgę zachowania tajemnicy, a ich gwarantem został Kenny. Wyjaśnienie, dlaczego Mary z taką łatwością opanowała szkołę i potrafiła zmanipulować praktycznie każdym, pozostała ich ezoteryczną tajemnicą.
Dużo osób, a szczególnie Syriusz, twierdzili wtedy, że z Jamesem jest coś nie tak. Obwiniali o to wiele osób, począwszy od Doriana, poprzez Lily, a na Mary skończywszy. Niejednokrotnie zarówno ona, jak i James, zostawali przyszpilani do ściany i zmuszani do kłamania, kłamania, bo słowa prawdy nie mogły opuścić ich ust pod groźbą śmierci. Black uważał, że związek jego przyjaciela nie jest normalny, wytykał mu, że nie posiada on względem Mary żadnych romantycznych uczuć. Samej dziewczynie również bezustannie robił zarzuty, o to, że rani Jamesa, zmuszając go do towarzystwa niedostępnej Lily Evans, że przypomina mu o najgorszym w okresie jego życia, że przyssała się do niego niczym dementor i teraz odbiera mu wszelką radość i szczęście. Uważał, że James przygasa.
Mary, chcąc nie chcąc, również widziała, że jej plan nie powodzi się całkowicie. Nawet odprawiwszy Doriana i zraziwszy go do Lily, James cały czas pozostawał dla niej w pewien sposób niedostępny. Byli oni wreszcie razem, ale jednak przez to bardziej oddzielnie niż kiedykolwiek. Dziewczyna zauważyła, że jedyne, co trzyma ich przy sobie, to proroctwo.
Na dobór złego, dar Mary został zablokowany. Za przekręty, oszustwa i zatajenie prawdy, dosięgła ją kara Wyroczni, za samolubne nadużywanie daru przestała doświadczać objawień. James szybko zauważył, że Mary rzadziej miewa mdłości i migreny na lekcjach, że rzadziej dzieli się z nim alegorycznymi snami, że rzadziej mamrocze do siebie jakieś dziwne słowa. Zaczynał w nią wątpić.
Nie mogę do tego dopuścić, myślała. Jeśli James przestanie wierzyć w mój dar, jeśli mój dar zniknie, to razem z nim zostanie pogrzebana nasza tajemnica. A ta tajemnica jest jedynym, co jeszcze trzyma nas ze sobą. James odejdzie do Lily – a wtedy zginie.
Właśnie ta obawa i okrutne przeczucie, to, że James nie tylko ją opuści, ale na przekór jej sam skaże siebie na śmierć, prowadziła ją do coraz mniej racjonalnych kroków. Mary działała w desperacji – nawet jeśli Syriusz miał rację i James faktycznie jej nie kochał, to jednak ich związek gwarantował mu bezpieczeństwo. Jeśli oni się rozejdą, przeznaczenie pchnie go w stronę Lily Evans – będzie tak na pewno, bo prócz niego w zasięgu kilkuset mil nie będzie nikogo innego, kto mógłby spełnić warunki proroctwa.
I wtedy zaczęła postępować dokładnie w ten sposób, o który James podejrzewał ją przed wieloma miesiącami, zanim uwierzył w jej dar – zaczęła stwarzać pozory. Wykorzystywała swoją pozycję, aby zmuszać ludzi do wielu rzeczy. Mary najpierw pozorowała wizję i opowiadała o tym, co wkrótce się stanie, aby następnie wszystko wyreżyserować tak, aby faktycznie jej słowa się spełniły. Bardzo długo udawało jej się kontynuować tę farsę – James wierzył w jej widzenia coraz bardziej i coraz silniej utwierdzał się w przekonaniu, że Lily Evans sprowadzi na niego coś złego. Możliwe, że pozwolił sobie nawet na silniejsze uczucia względem Mary – zanim jednak te drobne, wymuszone przez dziewczynę iskry, zamieniły się w płomień – wszystko obróciło się w proch, a Mary podwinęła się noga.

„— Wydaje ci się, że jesteś taki zabawny, tak? – zapytała chłodno [Lily]. – A jesteś tylko zarozumiałym, znęcającym się nad słabszymi szmatławcem, Potter. Zostaw go [Snape’a] w spokoju.
— Zostawię, jeśli się ze mną umówisz, Evans – odrzekł szybko James. – No…nie daj si prosić… Umów si z mną, a już nigdy więcej nie podniosę różdżki na biednego Smarka. (…)
— Nie umówiłabym się z tobą nawet wtedy, gdyby musiała wybierać pomiędzy tobą a kałamarnicą z jeziora – oświadczyła Lily. (…) – ZOSTAWCIE GO W SPOKOJU! (…)
— Bardzo proszę – powiedział (…). – Masz szczęście, że Evans tu była, Smarkerusie…
— Nie potrzebuję pomocy tej małej, brudnej szlamy!
Lily zamrugała szybko.
— Świetnie – powiedziała chłodno. – W przyszłości nie będę sobie tobą zawracać głowy. I na twoim miejscu wyprałabym gacie, Smarkerusie. (…) – zawołała Lily, łypiąc groźnie na Jamesa – Jesteś taki sam jak on…
— Co? – krzyknął James. – Ja NIGDY bym cię nie nazwał… sama wiesz jak!
— Targasz sobie włosy, żeby wyglądać tak, jakbyś dopiero co zsiadł z swojej miotły, popisujesz się tym głupi zniczem, chodzisz po korytarzach i miotasz zaklęcia na każdego, kto cię uraził, żeby pokazać, co potrafisz.. Dziwię się, że twoja miotła może w ogóle wystartować z tobą i twoim wielkim napuszonym łbem. MDLI mnie na twój widok.
Odwróciła się na pięcie i odeszła.
— Evans! – zawołał za nią James. – Hej, EVANS!
Nawet się nie obejrzała.”
(Harry Potter i Zakon Feniksa, s. 712-713, rozdział „Najgorsze wspomnienie Snape’a”)


— Co. Ty. Sobie. Myślałeś? Co to wszystko miało, do jasnej cholery, znaczyć?
 Mary dopadła Jamesa kilka godzin po całym zajściu na błoniach, wieczorem, na jednym z opuszczonych korytarzy trzeciego piętra. Starała się zachować spokój i wyjaśnić całą, tak kompromitującą, w jej oczach, sytuację, w miarę kulturalnie – ale czuła, że ten zamysł w żaden sposób nie pokryje się z jej postępowaniem. Ze złości kręciło jej się w głowie, z rozpaczy czuła mdłości i pieczenie w ustach, a ze strachu i paniki chwiały się pod nią nogi. Ten dzień przypominał najgorszy koszmar senny, ucieleśnienie jej najskrytszych obaw, najbardziej okrutny żart, jaki ktoś mógłby sobie z niej stroić.
Dokładnie szesnaście osób zapytało ją dzisiaj po sumach z transmutacji, kiedy ona i James zerwali. Dwadzieścia dwie ukradkiem porównywały ją do Lily Evans. Pół szkoły szeptało, że szukający Gryfonów i ruda prefekt od wielu tygodni romansują za plecami tej naiwnej idiotki, Mary McDonald, której, tak właściwie, nikt zbytnio nie żałował.
Mary sama już nie wiedziała, ile prawdy te plotki w sobie zawierały. Czy faktycznie, zbyt zajęta pozorowaniem swoich wizji, mogła przegapić kiełkujący romansik pomiędzy jej chłopakiem a najlepszą przyjaciółką? Kiedy James zapomniał o niej, o ich związku, i o przepowiedni? Kiedy Lily zapomniała o swojej niechęci i lojalności względem Mary?
Przecież obserwowała ich od tak dawna! Owszem, spędzali ze sobą więcej czasu, ale podczas niego wyłącznie się ze sobą kłócili lub nawzajem ignorowali, rozmawiając tylko z Mary. Czy to wszystko była wyłącznie gra?
A może, myślała dalej. James po prostu z niej zakpił, tak jak i zakpił dzisiaj ze Snape’a.
Tak jak i zakpił ze mnie.
— Ośmieszyłeś mnie przed całą szkołą! – piszczała, biegając za Jamesem jak cień. – Jak mogłeś zaprosić Evans na randkę przy tych wszystkich ludziach? Jak mogłeś zrobić ze mnie takie pośmiewisko?!
James wreszcie stanął i odwrócił się do niej twarzą. Zatrzymali się obok wykusza z owalnym oknem i szerokim parapetem, dogodnym do siadania jak krzesło. Chłopak westchnął ciężko i wyszedł na wykusz. Przysiadł na parapecie tak, że zawiesił nogi na framudze przeciwległego okna, całkowicie odrywając ciało od ziemi. Mary wepchnęła się w ustronne miejsce obok niego, zasuwając za nimi zasłonę od wewnątrz. Majowe słońce wdzierało się przez okno i pozłacało włosy Jamesa do ciepłego brązu.
— Czy ja coś przegapiłam, Jimmy? Czy my…
Dym tytoniowy buchnął Mary prosto na twarz. Chłopak zaproponował jej papierosa, ale grzecznie odmówiła. James wiedział, jak bardzo nienawidzi tego nałogu i dlatego nigdy przy niej nie palił. Nigdy.
— Wiesz, czego dowidziałem się dzisiaj od Larissy Richardson? – spytał z lekkim przekąsem, zaciągając się. Fala gorąca uderzyła Mary do głowę.
— Że jej chłopak ma stulejkę?
Jamesa to nie rozbawiło.
— Że zmusiłaś ją do skradnięcia od McGonagall naszych esejów sprzed sumów. Żaliła się mi, bo została przyłapana i musi do końca roku szkolnego odpracowywać szlaban – parsknął śmiechem bez humoru. – A ja pomyślałem, że to bardzo zabawne, bo w końcu na ostatnich zaklęciach zrobiło ci się niedobrze i zobaczyłaś w głowie nasze błędy.
Mary oblizała wargi.
— Tak, ale…
— Larissa powiedziała mi zresztą dużo więcej… że szantażujesz ją i jej koleżanki przez cały semestr i wpędzasz je przez to w kłopoty. Czasami twoje polecenia są niezwykle dziwne, ale za to prawie zawsze pokrywają się z twoimi widzeniami. Niesamowite, co?
James…
Jak długo, Mary?
Mary mogłaby udawać z powodzeniem niewiniątko, grać na zwłokę i udawać, że nic nie rozumie – James w końcu wcale nie wyraził się jasno. Jak długo mogło odnosić się do tak wielu rzeczy, mogło wyrażać w sobie wszystkie zarzuty na świecie. James jednak wiedział, że nie musi dodawać nic więcej. Że Mary zrozumie.
Jak długo oszukiwałaś?
Jak długo okłamywałaś mnie, co do swoich wizji?
Jak długo robisz ze mnie idiotę?
Jak długo nie doświadczyłaś widzenia?
— Od Nowego Roku nie miałam ani jednej wizji – powiedziała cicho, nie patrząc Jamesowi w oczy. Jeszcze nigdy nie czuła się tak upokorzona. – Okłamywałam cię i przez te kłamstwa spotkała mnie kara.
Jeśli Jamesa zaskoczyło to szczerze wyznanie, to nie dał tego po sobie poznać.
— A co z tą starą wizją? – spytał bezbarwnie. Mary oblizała wargi. – Z tą o Lily i o mnie? Mówiłaś, że widzisz ją ponownie i ponownie.
Lodowata dłoń chwyciła Mary za serce. O Lily i o mnie. Do tej pory zawsze ujmowali  całą sprawę delikatniej, nie rzucając nazwiskami. W swoich wyobrażeniach Mary zawsze widziała Lily stojącą obok niezidentyfikowanej osoby, o znajomej sylwetce, ale zacienionej twarzy. Teraz ten sam obraz stanął jej przed oczami. Kadr wyostrzył się i przybliżył na twarz drugiej osoby… i zobaczyła tam Jamesa.
Przełknęła głośno ślinę.
— Wypowiedziałam ją tylko raz. Nigdy się nie powtórzyła.
James zaklął pod nosem, zaciągając się jeszcze raz. Długo palił i myślał, zanim ponownie zabrał głos:
— Jesteś naprawdę walnięta – niemal go to rozbawiło. – Powiedz mi, Mary, czy gdybym zainteresował się inną dziewczyną, to do niej też wymyśliłabyś przepowiednię? Jak w ogóle na to wpadłaś, co? To świetne zagranie, naprawdę kapitalne – sprawić, żeby Evans kojarzyła mi się z moją śmiercią…
— Nie wymyśliłam tego! – oburzyła się. – James, bądź poważny! Okej, przyznaję, że kłamałam – ale robiłam to wszystko tylko dlatego, że bałam się, że zwątpisz w mój da…
Przestań – przerwał jej dość niegrzecznie. – A nawet jeśli mówiłaś prawdę, to co to zmienia, hę? Czy sama nie twierdziłaś, że twoich wizji nie można zmienić żadnym działaniem? Że pokazują przyszłość tak, jakby już nastąpiła? Chyba że…
- …że same ustaną – dokończyła cicho.
Tak jak ustały wizje o Tobie i o Lily.
Mary zrobiło się nagle tak niedobrze, że aż zaczęła łudzić się, że to zwiastun kolejnej wizji. James, widząc jej minę, rozzłościł się jeszcze bardziej, myśląc chyba, że w desperacji próbuje znowu udawać.
— Merlinie, jak ja mogłem kiedykolwiek kupić coś takiego? – parsknął. – Nawet nie jesteś dobrą aktorką. Wiele razy miałem chwile zwątpienia, wiesz? Szczególnie, że sama sprawiasz wrażenie, że gubisz się w swoich słowach… Ponoć wcale ich nie pamiętasz.
James uśmiechnął się złośliwie, kończąc papierosa. Zdmuchnął ogień i skruszył peta w palcach. Gniew chwilowo go opuścił, ustępując miejscu paskudnemu, złośliwemu rozbawieniu. Mary
— Nie pamiętam – zgodziła się pokornie. – Przynajmniej wizji o Lily i… kimś. Kenny streścił mi potem, co mówiłam.
Jeśli wcześniej chłopak znajdował się w rozkroku pomiędzy złością a rozbawieniem, to po tym zdaniu ewidentnie przechylił się na korzyść tego drugiego. James zaśmiał się bezbarwnie, ale głośno, i pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć, jak bardzo go to śmieszy.
Kenny – powtórzył i parsknął. – Mary, Kenny mógł po prostu robić sobie z ciebie żarty. Pewnie chciał zafundować sobie wielotygodniową rozrywkę, obserwując jak piszczysz, płaczesz i panikujesz bez najmniejszej przyczyny. A nawet jeśli nie, Kenny niejednokrotnie wyjeżdżał z dziwnymi rzeczami – pamiętasz te brednie u wilkach u Meadowesów? Pewnie był zwyczajne naćpany.
Dorian sugerował jej to samo, ale Mary znała swojego brata lepiej niż oni. Kenny’emu dowcip ten znudziłby się bardzo szybko, na pewno nie przeciągałby go tygodniami, nie pisywał do Mary i nie spotykał się z nią w swoim mieszkanku w Hogsmeade, gdyby nie chodziło o sprawy życia i śmierci. Poza tym, od kotyliona i swojej pierwszej rozprawy w Wizengamocie, Kenny zachowywał całkowitą trzeźwość.
Na pewno nie zażartowałby w kwestii tak wielkiej wagi. Kenny na pewno nie widział nic zabawnego w Darze – obawiał się go jak wszyscy pozostali w rodzinie McDonaldów.
Mary stała przy zasłonie okna, poruszona, wstrząśnięta i cała w dreszczach. Po raz pierwszy od bardzo dawna nie potrafiła znaleźć żadnego kłamstwa na swoje usprawiedliwienie, żadnej sprzedajnej wymówki, żadnego argumentu. Wstyd, upokorzenie i wyrzuty sumienia nagle wyparowały – a raczej zmieszały się ze sobą i przeobraziły w paniczny, otępiający strach.
To koniec, zrozumiała. To początek końca.
Jestem już skończona.
— Czy to znaczy… - wyjąkała, nie mogąc wypluć tych okropnych słów ze swoich ust. – Czy to znaczy, że… że to koniec z nami?
James wzruszył ramionami tak beztrosko, jakby pytała go o to, czy na wieczór przewidują deszcz.
— Nie pozwolę już dłużej, żebyś robiła ze mnie idiotę – oświadczył niejednoznacznie. Mary przełknęła głośno ślinę. – To były tortury dla mnie… cała ta szarada, która trwała miesiącami. Odkąd wyjechał stąd nasz Prefekt-Śmierciożerca, a raczej odkąd go wyprosiłaś… kiedy zmuszałaś mnie do oszukiwania Lily Evans – do przebywania z nią, i straszyłaś mnie śmiercią za jej pośrednictwem… kiedy bezustannie doprowadzałaś mnie do zawału serca, opowiadając swoje kolejne widzenia – pokręcił głową. – Merlinie, przecież to był koszmar. Ty byłaś koszmarem. Stale mnie okłamywałaś. Robiłem tyle rzeczy, na które nie miałem ochoty… przez ciebie stałem w miejscu, i nie mogłem zerwać z przeszłością – nie mogłem zapomnieć o May, i o Walkerach, i o ciotce Stephanie, i o Philu, i o… i o Serenie. Uchodziło ze mnie życie.
Perłowa łza spłynęła po policzku Mary i spadła na parapet wykusza. Na Jamesie nie zrobiło to żadnego wrażenia.
— Czyli wolisz ją… wolisz ją ode mnie – wyjąkała, niewyraźnie jak w jakimś amoku. James roześmiał się jeszcze raz.
— Czy wolę Lily Evans od jakieś histerycznej manipulantki z zaburzeniami? – spytał retorycznie. – Czy ty naprawdę jeszcze pytasz, Mary?


Ledwo pamiętała swoje ostatnie dni w Hogwarcie. Wyrzuciła Lily z ich dormitorium, wyzwawszy od najgorszych, kilka razy błagała matkę, żeby zabrała ją o te kilka tygodni wcześniej ze szkoły, zupełnie też spadła ze swoimi wynikami w klasie. Nic nie przynosiło jej ukojenia – ani zemsta na Larissie z za długim jęzorem, ani obserwowanie Evans, zdanej na samej siebie i pozbawionej przyjaciół.
Ja też taka jestem, pomyślała, siedząc pewnego dnia przy śniadaniu wśród Piękności i śmiejąc się z Lily, która usiłowała uciec przed nękającym ją Smarkerusem. Poza Jamesem nie mam już nikogo. Postawiłam na niego wszystko i wszystkich.
Z pomocą przyszło jej ogłoszenie o wymianach międzyszkolnych. Dziewczyna rozmówiła się z Joy Flores i razem zdecydowały się zapisać na ten projekt – Joy na semestr, a Mary na cały rok szkolny. Ucieszyła ją także wiadomość, że stary dom jej rodziny w Dolinie Godryka został sprzedany i wszyscy przenieśli się na stale do Francji. Nie zniosłaby wakacji w samotności, z Jamesem i Syriuszem kręcących się obok jej posesji.
Mary nie pożegnała się z nikim. Zniknęła z Hogwartu niczym kamfora, zadbawszy tylko o to, by kręgi towarzyskie zapamiętały ją jako legendę szkoły – niekoniecznie jednak legendę pozytywną.


Drogi Jamesie,Wyjeżdżam do Francji. Moja matka wzięła ślub z jakimś politykiem z Falaise. Zamieszkam z Rowle’ami, u ciotki Flory. Nie sądzę, że zobaczymy się w przyszłym semestrze w Hogwarcie.Twoja,Mary

Panna McDonald niesłychanie szybko zadomowiła się w Beauxbatons. Zawarła wiele nowych znajomości, nabyła nowe umiejętności, a co najważniejsze – odpoczęła od Hogwartu, od Jamesa, od Lily, i od całego dramatu wokół tej pary. Nareszcie znalazła czas dla samej siebie. Z jednej strony znalazła czas na dłuższą refleksję nad swoim dotychczasowym postępowaniem, na rozwijanie pasji i na rozwój osobisty. Z drugiej – wreszcie odnalazła dość spokoju ducha, aby pogrążyć się w snuciu misternych intryg.
Mary pozostawiła w Hogwarcie kilku szpiegów, którzy regularnie wysyłali do niej sprawozdania w listach. Starała się nie wypaść z gry, swoją sową wysyłając różne polecenia i nakazy do Piękności, ale nie było to takie łatwe. Najwięcej energii spożytkowała na strategię. W długie, jesienne wieczory, przy zadaniu domowym i francuskim suflecie, rysowała w głowie symboliczną planszę i przesuwała po niej kolejne pionki, wywołując określone skutki i manipulując nimi tak, aby doprowadzić do swojej określonej mety.
Długo łudziła się, że teraz, na wygnaniu i na wolności, uda jej się z powrotem aktywować Dar, który – jak podejrzewała – wyparła w stresie i matni zeszłego semestru. Ostatnio przecież, na kotylionie, pozwoliła wewnętrznemu oku się otworzyć – podjęła taką decyzję z własnej woli, choć w pełnej nieświadomości. Przypuszczała, że właśnie dlatego nie potrafiła tego powtórzyć – wówczas nie miała pojęcia, w co się pakuje, nie zależało jej w ogóle na Darze, dlatego też zadziałał u niej odruch. A po tym, jak Mary zobaczyła tak wiele i nauczyła się panować nad tak specyficznymi umiejętnościami, odruch ten po prostu zanikł.
Postęp jednak przyszedł po pewnym czasie – już nie jednak, za jej sprawą i jej działaniem. Mary zaczęła ponownie widzieć dzięki Alekowi.
— Alec Mason – przywitała się z nim już pierwszego dnia swojej wymiany. – No, no, no. Pamiętam cię z piaskownicy. Nie miałam pojęcia, że nie siedzisz już u Rowle’ów, tylko uczysz w szkole.
Jak szybko się okazało, Alec w Beuaxbatons nie tylko uczył. On i Mary bardzo szybko odnaleźli wspólny język. Prawdę powiedziawszy, nauczyciel obrony przed czarną magią stał się dla niej jedynym przyjacielem we Francji. Spędzali razem prawie każde popołudnie, pod pretekstem korepetycji czy kółek dla pasjonatów. Wkrótce zajęcia te rozciągnęły się także na całe noce. Dziewczyna dowiedziała się, że poza zarobkiem, w szkole trzyma Aleka także tajna misja – powierzona mu przez człowieka, o którym mówił, jak o ojcu.
On opowiedział Mary o swojej przeszłości, o swoim celu i tajnej misji, i zafascynował się dziewczyną ze względu na jej niezwykły dar. Ona z kolei starała się wyciągnąć od niego jak najwięcej informacji.
— Zablokowałaś swój umysł zmartwieniami, kochanie – wyjaśnił, kiedy Mary żaliła mu się, że od kilk miesięcy nie doświadczyła żadnego widzenia. – Możemy to przywrócić… razem.
Mary dołączyła do Legionów Szakala, chociaż nie zdawała sobie sprawy, w co dokładnie się pakuje. Została dopuszczona do największych tajemnic ich przywódcy, Traversa, jej Aleka. Poznała także treść Drugiej Przepowiedni, uzupełniającej się nawzajem z proroctwem Mary o Lily i chłopaku od van Weertów. Od tamtej pory stali się drużyną, kroczącą po trupach prosto do jednego celu.


Na początku ferii świątecznych Mary zajechała do Londynu. Zaniepokojona zdarzeniami w Hogwarcie, podjęła decyzję o skróceniu swojego pobytu na wymianie. Wymieniła się z Joy Flores miejscami – Joy pozostała w Beuxbatons jeszcze na kolejny semestr, a Mary spakowała swoje rzeczy i rozpoczęła wdrażanie swojej sategii w życie.
Aleka wyrzucono ze szkoły za romans z uczennicą, ale Mary udało się wcisnąć na wymianę Mulcibera, siódmoklasistę z Hogwartu, który do kilku miesięcy działał dla Szakala. Beauxbatons musiało zachować swojego namiestnika.
Obawiała się, że spotka w stolicy Potterów, którzy – jak dochodziły ją słuchy – dużo czasu spędzali u Hestii Jones w Szpitalu św. Munga. Zdecydowanie nie życzyła sobie też wpaść na Lily Evans, a nieszczęśliwy trafem mieszkanie jej macochy, u której tak często bywała, znajdowało się w bliskim sąsiedztwie z domem rodziny Chamberlain.
— Ich dom strzeżony jest Zaklęciem Fideliusa, a sam Auror Chamberlain jest Strażnikiem Tajemnicy – objaśnił jej w liście Alec. – Nie musisz prosić go o zaproszenie – Dorian zadeklarował się, że będzie na ciebie czekał jakoś w okolicy.
Alec nie skłamał – Dorian, z którym, jak się okazało, wiązały Traversa więzi przyjaźni, nie kazał na siebie czekać. Sentymentalny jak zawsze, wybrał na miejsce ich spotkania ławkę pod wierzbą, niemalże identyczną z tą, przy której spotkali się rok temu w Dolinie Godryka. I tym razem Dorian ubrał się w całości na czarno.
— Dobrze cię widzieć, Dorian – przywitała się z nim nieco oschle. – Alec prosił, żebym przekazała ci ten list.
Wyciągnęła zza pazuchy dość grubą kopertę obwiązaną sznureczkiem przypominającym sznurowadło od tenisówek. Dorian przyglądał jej się przez chwilę w skupieniu, zanim sięgnął po prezent.
— Alec jest niebezpieczny, Mary – rzekł na przywitanie, chowając kopertę do kieszeni kurtki. Odchrząknął wymownie i rozejrzał się na boki.
— Nie musisz mi tego uświadamiać – odpowiedziała chłodno. – Dobrze było cię widzieć.
— Tak – potaknął grzecznie, typowym dla siebie przemądrzałym tonem. – Uważaj na siebie.
Oboje odwrócili się do siebie plecami. Dziewczyna usłyszała głośne kroki Doriana i szczęki uginającego się pod nim śniegu. Sama nie ruszała się z miejsca. Wzięła głęboki oddech, odwróciła się na pięcie i rzekła głośno:
— To czas, żeby wrócić, Dorian.
Chłopak zatrzymał się, ale dalej stał, zwrócony do niej plecami.
 — Widzę, co dzieje się w Hogwarcie. To mnie niepokoi.
Nie otrzymawszy odpowiedzi, ciągnęła dalej:
— Rok temu umawialiśmy się, że jeśli sprawy zajdą za daleko, to wrócisz do Hogwartu i mi pomożesz… pamiętasz?
Dopiero po tych słowach Dorian zaczął się flegmatycznie odwracać. Jego twarz wychodziła z cienia cal po calu, jednak ku zdziwieniu Mary, rozciągnięta została w grymasie rozbawienia, równie złośliwego, co to, które ostatnio widziała na twarzy Jamesa:
— Och, a więc sny prorocze wróciły? – zakpił. Mary zadrżała. – Brakowało mi tych bredni. Nic się nie zmieniłaś Mary, z tego co widzę. Dalej wykorzystujesz swoje pochodzenie, żeby zyskać sobie darmowych służących.
— Nic si nie zmieniło, Dorian – odkrzyknęła na ten zarzut. – Moje proroctwo dalej jest aktualne. Jamesowi – i tobie, oczywiście – wciąż grozi śmierć. A ja wciąż mogę wydać cię twojemu ojcu.
Wszystko się zmieniło, Mary – odpowiedział jej na to. – Nie obchodzi mnie, co komu o mnie rozpowiesz. Nasze znaki – demonstracyjnie podwinął rękaw na wysokość ramienia – skóra, oprócz lekkiego zaczerwienienia od mrozu, nie wzbudzała żadnych zastrzeżeń – znikają. A ty masz opinię blagierki.
Potem znowu odwrócił się i już nie odpowiadał na zaczepki. Intuicja, znów nadnaturalna i nieomylna, podpowiadała jej jednak, że ugrała swoje.
Ding, dong, pomyślała. Ta wiedźma już nie żyje.


Plan Mary, choć złożony i wieloetapowy, z założenia prowadził do jasnych i prostych celów. Główna idea, jaką było utrzymanie Lily i Jamesa z dala od siebie i uchronienie chłopaka od pewnej zguby, oczywiście się nie zmieniła. Intencje Mary i jej przekonanie o swojej racji nie zboczyły w innym kierunku nawet o cal, trwałe i zastygłe, jakby wyciosane wewnątrz jej umysłu jak pomnik, a nie eteryczne i ulotne jak zamiar. Zamysł więc nie uległ zmianie, ale środki i kolejne etapy do niego prowadzące musiały przejść mikroewolucję.
Mary wychodziła z zupełnie innej pozycji niż w zeszłym roku i dlatego rozciągnęła strategię swoich działań tak, by rozwiązywały przy okazji jej inne, pomniejsze problemy i rozterki. W pierwszej kolejności należało naprawić relację z Jamesem. Obydwoje rozstali się w tak wrogich okolicznościach, że wszelki kontakt został przerwany, a Potter nie raczył nawet odpisywać na jej kartki z pozdrowieniami. Zdecydowanie daleko mu było do ponownego zaufania Mary i uwierzenia w jej wizje, a bez tych dwóch rzeczy żaden, nawet najlepszy plan, nie mógł się rozwinąć.
Dziewczyna przez kilka dni gdybała nad sposobem, w jaki powinna przeprosić byłego chłopaka. Bardziej od formy przeprosin wyzwanie stanowiła okazja do ich złożenia – nie tylko straciła korespondencyjny kontakt z Jamesem, ale wyniosła się także z Doliny Godryka. Z rezydencji swojej ciotki, w Paryżu, mogła ewentualnie rozmawiać z jego zdjęciem. Nie przychodził jej do głowy żaden wystarczająco dobry pomysł na zwabienie chłopaka do Francji na Boże Narodzenie.
Ostatecznie rozwiązanie przyszło samo z siebie, znienacka, we śnie. Objawiła jej się w nim nowa wizja, która dotyczyła Jamesa do tego stopnia, że wywoływałaby u niego niepewność i troskę tak silną, że będącą w stanie przezwyciężyć jego niechęć i niedowiarstwo.
— Zmieniałam zdanie – powiedziała do ciotki Flory rano, w dzień kotyliona. – Jednak zostanę u cioci jeszcze trochę i pomogę wam przy dzisiejszym balu. Potrzebny mi teraz tylko partner na debiut, ale całe szczęście, mogę kogoś sprowadzić nawet teraz. Czy mogłaby pożyczyć mi ciocia jedynie papeterię?

„J-,Znalazłam Serenę. Niedługo się odezwę. Jeszcze raz przepraszam za to, co powiedziałam.-M.

(…) W normalnych okolicznościach na pewno nie dałby się [James] tak łatwo sprowokować, ale kiedy tylko ktoś wspominał o tej przeklętej dziewczynie, Serenie Marceau, od razu uruchamiały się najbardziej obsesyjne trybiki w jego mózgu, (...). Nie mógł uwierzyć [Syriusz], że James ZNOWU dał się podpuścić na stary jak świat numer z Sereną.
─ Kiedy ta manipulantka [Mary] wcisnęła ci ten śmieć? ─ zapytał. James roześmiał się pusto.
─ Dzisiaj rano dostałem od niej sowę – odparł spokojnie. – Podejrzewałem, że jakoś wmanewruje własną matkę w dostarczenie mnie na miejsce i jak zwykle świetnie wszystko zaplanowała.
─ Dokładnie, James! ZA-PLA-NO-WA-ŁA – przesylabizował. – McDonald to psychiczna, kłamliwa suka i PONOWNIE wkręciła cię w swoją małą farsę. NIE WIERZĘ, że jesteś aż tak głupi i zgodziłeś się tutaj przyjechać – nie patrz tak na mnie, wiesz, że to prawda – TYLKO po to, żeby ona znowu zaślepiła ci oczy jakimiś błyskotliwymi wymówkami i historyjkami wyssanymi z palca. Ale wiesz co? Najbardziej wkurwia mnie to, że cały czas dajesz się trzymać na smyczy i – co gorsza – zastraszać wzmiankami o tym, że zdzirowata Serena Marceau wróciła po swojej ciążowej kwarantannie.
─ Wiem, że Mary jest zdzirą, Łapo ─ odpowiedział mu chłodno. ─ Ale nie kłamliwą. Może i gada od rzeczy w większości przypadków, ale z pewnością nie okłamałaby mnie w kwestii powrotu Sereny. (…)
Pomyślał wówczas, że to po prostu częściowo zasługa Mary, która jakoś złapała go w swoje sidła garścią żałosnych intryżek, ale teraz doszedł do wniosku, że zmiana jego zachowania to długi łańcuch czynników, czego ogniwami są te wszystkie wydarzenia z przeszłości.
I pożar domu Walkerów, i pamiętny biwak z Sereną, Skye, Mary, Colette i van Weertami, i sytuacja z Sereną, i z May… Syriusz, w przeciwieństwie do McDziwki popełnił zasadniczy błąd, udając, że jest jak dawniej. Z kolei Mary, prawdziwy geniusz zbrodni, doszła do wniosku, że ten łańcuch oprócz tego, że jest kagańcem Jamesa, który ten sam sobie założył, jest również świetnym narzędziem do manipulowania, istną batutą, którą ona (i również Serena) mogły, jako zawodowe dyrygentki, skutecznie użyczyć, przysyłając właśnie takie liściki. (…)
─ Bon Dieu! ─ krzyknęła (…) znajoma postać, chwaląc się swoim świeżo nabytym płynnym francuskim.
(…) Ze swoimi niebieskimi oczami, śniadą cerą, wielkimi ustami i ognistorudymi włosami wyglądała jak mniej pruderyjna, pewniejsza siebie i bardziej bezwzględna kopia Lily Evans.
─ Jimmy! ─ wrzasnęła, udając zaskoczenie. Rogacz zaśmiał się nieszczęśnie, gdy jego była dziewczyna rzuciła się mu w ramiona.
─ Hej ─ przywitał się, a jego oczy ponownie zaszły mgłą.”
(Powitania i Pożegnania)

Mary może i nie zachowała się odpowiednio, po raz kolejny posługując się kłamstwem, by wpłynąć na Jamesa, ale nie miała wówczas żadnej innej alternatywny. Musiała przedstawić chłopakowi swoją nową wizję i to możliwie jak najszybciej.

„To prawda – Mary źle czuła się, okłamując Jamesa, ale nie istniał żaden inny sposób, żeby go tu skutecznie zwabić. Wiedziała też, że sama myśl o tej dziewczynie i tym, co między nimi zaszło oraz jak bardzo wszystko się przez to pokomplikowało, sprawiała Potterowi ból, ale w jej opinii był on nieznaczny i przejściowy – myśl o Serenie wciąż go paliła, ale Mary mogła stać się jego ukojeniem w bólu, zwłaszcza teraz, kiedy wraca do jego życia z czystą kartą. Już nie będzie musiała udawać, że lubi się z Evans, Meadowes i resztą tych nieudacznic z jej dormitorium, i skupi się tylko i wyłącznie na Jimmy’ im.
(…) ─ No weź, Jimmy, przecież wcale nie musimy być na siebie obrażeni. Jesteśmy teraz kwita, nie sądzisz? (…)Wiem, że nie powinnam kłamać i wiem, jak bardzo nienawidzisz Angelów, ale obiecałeś, że będziesz dzisiaj moim partnerem. Mimo tej obietnicy kompletnie mnie zignorowałeś i skazałeś na… bycie samą na kotylionie. Nie sądzisz, że czas zakopać topór wojenny? Oboje… no dobrze, zwłaszcza ja, popełniliśmy kilka błędów w przeszłości, ale ja się zmieniłam. Słowo. Tak bardzo chciałam się z tobą zobaczyć, że… że posunęłam się do kłamstwa i jest mi głupio, ale chciałam jedynie, żebyś przyjechał i mnie wysłuchał. To niezbyt trafne, ale rozpaczliwie posunięcie, którego celem było… no, zwabienie cię. (…) Chodź zatańczyć.
(…) Podobnie jak ostatnio większość jej [Mary] znajomych, przestał [James] cieszyć się towarzystwem McDonald. To prawda – kiedyś byli nierozłączni, ale nim dłużej ich przyjaźń trwała, czy raczej kiedy ich przyjaźń zamieniła się w związek, tym bardziej tracił cały swój wigor i chęć życia. Mary cały czas wmawiała mu, jak bardzo obsesyjnie go kocha, ale z drugiej strony miłość nie krępowała jej przed ciągłymi szantażami i intrygami. Zazwyczaj wszelkie takie pogróżki odbijały się od niego jak grochem o ścianę, po James nie był typem człowieka, którego łatwo da się zastraszyć, ale ona znała go zbyt dobrze i zawsze wiedziała, gdzie uderzyć, żeby osiągnąć swój cel…
Przy niej zawsze robił się dziwnie bierny, wyciszony i przede wszystkim pesymistycznie nastawiony, jakby Mary McDonald była jego osobistym pasożytem, po woli zabijającym mu osobowość. Nienawidził siebie za to, że robił się przy niej taki słaby.
Przy fontannie gwałtownie przystanął (…), z uśmiechem przybliżyła się [Mary], założyła mu ręce na biodra, a sama otoczyła go rękami na szyi i prowadziła w prymitywnym, wolnym tańcu. Przytuliła się do niego ściślej, aż podbródek Jamesa przejechał po jej policzku i zmysłowym tonem szepnęła mu do ucha:
─ Wiem coś w sprawie twojej siostry.” (Powitania i Pożegnania)
James zmarszczył czoło i rozluźnił lekko napięte mięśnie, wyraźnie zaciekawiony. Mary oblizała wargi.
— Wiem, że przestałeś wierzyć w moje wizje – zaczęła. – Ale zaufaj mi ten jeden, ostatni raz. Miałam sen. Widziałam twoją siostrę z podciętymi żyłami… ojej, to znaczy nie w ten sposób! – zaprzeczyła szybko, widząc minę Jamesa. – Całą pociętą, we krwi, ale żywą, przynajmniej wciąż żywą.
Odważyła się przytulić dłoń do jego policzka.
Ja rozpoznam okoliczności i ten moment. To musi się wydarzyć – ale możemy natychmiastowo zareagować. Wiesz przecież, jak to działało w przeszłości. Jeśli pozwolisz mi do siebie przyjechać, pomogę ci ją upilnować.
— Och, a czy nie lepiej, żebyś po prostu sama rzuciła się na nią z żyletą i upozowała wizję, co? Masz już w tym pewną wprawę, więc po co zmieniać teraz przyzwyczajenia? – odparował zjadliwie.
Mary nie odpowiedziała na zaczepkę. Przychyliła głowę i wysłała Jamesowi najbardziej szczerze, najbardziej czyste i oddane spojrzenie, jakie tylko posiadała w swoim repertuarze.
— Wiesz, że to może się stać, czyż nie? Bardzo jej się pogorszyło.
Muzyka ustała i obydwoje oderwali się od siebie, bardziej z ulgą niż z żalem. Następny utwór ryknął natychmiast potem, żywszy, energiczniejszy i bardziej współczesny, który poderwał na nogi głównie pary ich rówieśników. Mary i James darowali sobie jednak udział w zabawie.
— Proszę – szepnęła tylko na odchodne. Ugięła ciało w doskonale wyćwiczonym reweransie, odwróciła się na pięcie i poszła odszukać Phila Estradotha, który wcześniej tego wieczora zostawił jej swój podpis w bileciku. Odchodząc, nie zerknęła przez ramię ani razu. Towarzyszyło jej podobne uczucie jak to, po rozmowie z Dorianem parę dni temu: poczucie całkowitego zwycięstwa w okolicznościach przegranej.

 „May zleciała po schodach na śniadanie kilka minut po tym, jak po Mary przyjechał jej brat i zabrał ją na ostatni dzień ferii do domu. Kiedy stanęła w drzwiach, jej matka wrzasnęła z przerażeniem.
 May miewała gorsze dni i zwykła robić podobne rzeczy, ale nigdy jeszcze nie pocięła się do tego stopnia. Krew ściekała strumieniami z jej rąk i nóg, a w oczach czaiła się przerażająca pustka i strach.”
(Sylwester w Dolinie Godryka)

1977

Sylwestrowe wydarzenia wymusiły chwilowe zawieszenie broni pomiędzy Mary a Jamesem i choć ich stosunki pozostawały napięte, a rozejm – bardzo kruchy, Mary uznała misję pogodzenia się z byłym chłopakiem za ukończoną. Rozwój wypadków tamtej nocy potoczył się zresztą niezwykle korzystnie dla planu, i stał się zarazem idealnym wstępem do jego dalszych etapów. Początkowe trudności – takie jak wątpliwości Jamesa do jej prawdomówności, zaproszenie na imprezę Lily Evans razem z pozostałymi popłuczynami, i przeklęte zakłady Syriusza Blacka – paradoksalnie ułatwiły jej zadanie.
James i Lily wrócili z Manchesteru nad ranem, a pierwszą osobą, na którą wpadli, była Colette Angelo. Widok tej małej intrygantki skutecznie przywrócił Pottera na ziemię – stracił dobry humor, przypomniał sobie o ostrzeżeniach i wizji Mary, i – co najważniejsze – poczuł palący wstyd, że w imię zabawy na karuzeli z Lily Evans, po raz kolejny zawiódł i porzucił własną siostrę. Nawet nie odprowadził swojej kochanicy na Błędnego Rycerza, tylko od razu pognał do niej, do Mary, przepraszając za swój wybryk i zaklinając Blacka na wszystkie świętości. Evans wyjechała, wściekła i upokorzona, Mary odzyskała swoją stałą funkcję powierniczki sekretów Jimmy’ego, a on sam wrócił na ścieżkę wyrzeczeń, niepewności i tajemnic, wyalienował się znacząco od nowego towarzystwa i podporządkował  z powrotem jedynej osobie, która faktycznie się liczyła – to znaczy niej, Mary.
Teraz zaczynam już prawie z mojej starej pozycji, pomyślała optymistycznie dzień później, siedząc samotnie w przedziale Ekspresu Hogwartu wracającego na drugi semestr do szkoły. Dokładnie rok temu całowałam się w tym przedziale z Jamesem i zdradzałam mu moją wizję. Teraz może i daleko nam do przytulanek, ale James jest w takiej samej rozterce i tak samo nie wie, co myśleć o moich widzeniach, jak wtedy. To idealna podwalina do działania.
Na miejscu, w Hogwarcie, okazało się jednak, że podobne myślenie nieco rozmija się z realiami i zdecydowanie zawiera w sobie za wiele naiwności. Podzielenie Lily i Jamesa wcale nie należało do tak prostych zadań, jak jej się z początku wydawało – zdecydowanie też nie zaczynała z pozycji porównywalnej do zeszłego roku. Dorian miał słuszność – pod jej nieobecność w szkole zmieniło się wszystko. Wszelkie starania, jakie podjęła w Baux, mające na celu zachowanie pozycji, reputacji i twarzy, okazały się daremne.
Hogwart nie wiedział, co dokładnie zaszło pomiędzy nią a Jamesem pod koniec piątej klasy, ale owa niewiedza zamiast krępować języki, jedynie pobudzała wyobraźnię do snucia teorii i wypuszczania kolejnych fam. Mary przedstawiona została jako kłamliwa blagierka, a James – trzymany przez nią na kagańcu fircyk, potajemnie romansujący z jej najlepszą przyjaciółką. Nikt rzecz jasna nie zdawał sobie sprawy z istnienia Daru ani nie znał proroctwa, a mimo to w szkole huczało od wcale nie tak dalekich od prawdy plotek. W końcu szepty o jej oszustwach i patologicznym kłamaniu, o zastraszaniu, utrzymywaniu w niepewności, a w końcu także molestowaniu, choć przykre i niesprawiedliwe, w rzeczywistości po prostu brutalnie podsumowywały fakty.
Wychodziło więc na to, że Mary utraciła wszystkich swoich sojuszników. Nie odzywała się do niej żadna z współlokatorek i byłych przyjaciółek; pełen sprzecznych emocji James ograniczał ich kontakty do absolutnego, koniecznego minimum; Syriusz i Skye atakowali ją przy każdej okazji jak dzikie psy. Nawet Piękności przestały respektować ją jak dawniej i odebrały tytuł Królowej. Sytuacja prezentowała się wprost dramatycznie. Dopiero w tym nowym dla siebie położeniu Mary dostrzegła, jak bardzo w przeszłości polegała na czynach innych i jak niewiele mogła zdziałać w swej grze bez pozostałych zawodników.
Dorian stał się dla niej ostatnią nadzieją. O jego powrocie dowiedziała się jeszcze przed falą plotek, przed Evans, przed Jamesem, i przed Krukonami, z którymi miał od tej pory mieszkać. Już w Ekspresie Hogwart intuicja przywiodła ją do zajmowanego przez chłopaka przedziału. Siedział w samotności, tak jak i Mary, z okularami na nosie i z podręcznikiem do transmutacji na kolanach. Alter-ego bedboja i przyjaciela Aleka Masona chwilowo zniknęło na rzecz osobowości prefekta-nudziarza z najwyższą średnią w swojej klasie. Niemal westchnęła z rozczarowaniem.
— Jak mnie znalazłaś? – zapytał oschle, nie odrywając wzroku od stronic książki. Mary odwróciła się na pięcie i zamknęła za sobą drzwi przydziału.
— Zobaczyłam cię.
— Nie wierzę w twoje wizje.
Mary bez pytania o zgodę przysiadła się na siedzenie obok Doriana i podparła brodę o jego ramię. Chłopak wywrócił oczami.
— Mówię poważnie, Mary. Słyszałem o tym, co robiłaś mojemu kuzynowi w zeszłym roku. Mnie na to nie nabierzesz.
— A ja nie wierzę w to, że jesteś aż takim ignorantem, żeby dłużej upierać się przy swoim – zripostowała. – Och, daj spokój, Dorian. Chcesz wmówić mi, że twój powrót do szkoły nie ma nic wspólnego z naszą rozmową przed świętami?
— Chyba chcę – uśmiechnął się sztucznie. – Nie wracam ze względu na ciebie. Muszę podjeść do testów. Muszę skończyć szkołę, z której mnie wywabiłaś. Nie będę brał udziału w twoich popieprzonych pomysłach ani nie będę się wtrącał do życia prywatnego Lily, dlatego że miałaś o niej sen – popukał się w czoło. – A skoro nawet jeśli mój Kuzyn-Świętoszek już ci nie wierzy… to ja tym bardziej nie mam powodów.
Mary kiwnęła głową, tak jakby w rzeczywistości była miłą, potulną dziewczyną, która potrafi przyjąć odmowę i słowo krytyki.
— W takim razie nie mam czego tu szukać, tak?
— Myślę, że nie.
— Okej – podniosła się z miejsca. – Życzę ci powodzenia z owutemami i Projektem Absolwenckim… wiem, że w zeszłym semestrze większość sensownych osób się z tym uwinęła… więc gdybyś potrzebował partnera zawsze możesz odezwać się do mnie – puściła do niego oczko. – Lub do kogoś innego z szóstej klasy, rzecz jasna. Salut, Dorian!

„─ To Mary jest dziwką. A zresztą, nie przejmuj się [Lily] tym, co ONA mówi. Zdarzało jej się kłamać w naprawdę wielu przypadkach. (…) Może przejdę [Dorian] do sedna, co ty na to? (…) Jak zaczęłaś mówić o transmutacji, to wpadłem na pewien pomysł. Upieklibyśmy w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu.(…) Projekt Absolwencki – odparł Dorian z dziwnym błyskiem w oku. ─ Wróciłem i dowiedziałem się o nim dopiero co, a jedyna osoba, która może zostać moją parą, to Luke Davis, który poprzedni semestr spędził w Mungu i jest mniej więcej tak tępy jak ten Ślizgon, co nie umie czytać.
─ Mulciber?
─ No. W każdym razie, wolałbym uniknąć robienia go z Lukiem, bo naprawdę za nim nie przepadam i…
─ Czekaj, czekaj – przerwała mu Lily, patrząc na niego bez zrozumienia. – Jesteś klasę wyżej. Nie możemy być parą w twoim projekcie, bo jesteśmy na innym etapie i przerabiamy zupełnie inne tematy, i… (…)
─ Żeby ukończyć szkołę, musisz przyzwoicie zdać owutemy – z tego co pamiętam, to chyba połowa twoich dotychczasowych przedmiotów musi być zaliczona, i wykonać projekt na jakiś temat, który powinien obejmować większość twoich przedmiotów i nawiązywać do materiału ze wszystkich lat. Może inaczej… ty mówisz, a nauczyciele zadają ci pytania, zwykle nijak związane z projektem, ale sprawdzają poziom twojej wiedzy czy coś takiego… (…) Słuchaj, technicznie jest to projekt dla osób przystępujących do owutemów. (…) A szósta klasa właściwie również jest przed owutemami.
Ruda parsknęła.
─ Myślisz, że tak można?
─ Skoro można zdawać egzamin w szóstej klasie z całego szkolnego materiału transmutacji, to czym to się różni?”
(Prawda czy Fałsz?)

Mary szybko uświadomiła sobie, że chociaż duet jej i Doriana (który pomimo głupiego samozaparcia bezwiednie wykonywał przecież wszystkie jej polecenia) spokojnie wystarczy, aby przewodni cel planu, to znaczy odseparowanie Lily i Jamesa od siebie, się urzeczywistnił – to jakoś nie przynosiło jej to dosyć satysfakcji. Od dłuższego czasu drażniło ją kilka osób, plątających się jej pod nogami, sabotujących każde działanie i mieszających w głowie biednemu Jimmy’emu. Mary okazałaby nieznaną sobie słabość, gdyby tak po prostu odpuściła im zdradę i podobną bezczelność.
Wyznaczyła sobie więc kolejny pośredni etap planu. I tak jak za pierwszym razem, kiedy to poczuła pilną potrzebę pogodzenia się z Jamesem przed rozpoczęciem właściwych działań, tak i teraz nie darowałaby sobie, gdyby rozpoczęła ucztę bez przystawki – bez od dawna czekającej zemsty.
W pierwszej kolejności rozprawiła się ze Skye DeVitt. Ta dziewczyna drażniła ją już zbyt długo. Udowodniła, że nigdy nie zasłużyła na przyjaźń Mary, zmawiając się za jej plecami z Blackiem, wielokrotnie w zeszłym roku prosząc Jamesa, żeby „dla własnego dobra zakończył swój toksyczny związek”, a w końcu – przechodząc na stronę Lily Evans:

„─ J… James jest wystarczająco dorosły, żeby samemu dbać o siebie – odparła [Lily] bezlitośnie.
─ Posłuchaj mnie – poprosiła [Skye] ją niemal rozpaczliwie. – Nie obchodzi mnie, ile on dla ciebie znaczy. Nie obchodzi mnie, czy go lubisz, czy nawet bardzo lubisz, ja… ja po prostu wiem, że nie jest ci obojętny. To widać, Lily. On już dawno nie jest dla ciebie nikim. To powinno wystarczyć. Obiecaj mi. Nie rób tego dla mnie. Zrób to dla Jamesa. Twojego Jamesa. Naszego Jamesa. (…)
─ O… obiecuję – szepnęła. (…)
─ To bardzo ważne, Lily – mruknęła, krzywiąc się. – Jeśli on znowu z nią będzie, i to wszystko rozpocznie się od nowa… nie możesz do tego dopuścić, Lily. Mary ma fatalny wpływ na Jamesa. Oni mają fatalny wpływ na siebie. Niszczą się nawzajem. Musisz… ty… Ty masz na niego gigantyczny wpływ. Naprawdę. On… on cię posłucha.”
(Ain Eingarp)

Mary w prosty sposób zaszantażowała nie wcale taką niewinną Skye i usunęła ją z Hogwartu i swojego pola widzenia. Sukces ze Skye dodał jej skrzydeł. Następnego dnia upiekła aż cztery pieczenie na jednym ogniu – dała nauczkę Blackowi za podłą zdradę; zdegradowała społecznie Emmelinę i odzyskała Piękności; pozyskała całkowicie Doriana jako partnera w zbrodni – oraz, co najważniejsze – dokonała olbrzymiego postępu w planie zrażenia do siebie Evans i Jamesa.

„Dobrze znała mentalność Lily Evans i wiedziała, że chociaż pragnie Jamesa, to się do tego nie przyzna. Wiedziała również, jak łatwo przekroczyć linię i na śmierć urazić Pottera, a ruda od dłuższego czasu na tej linii balansowała. Rogacz nie zniósłby sytuacji, w której najadłby się nadziei, a potem stracił ją bezpowrotnie. Pomyślałby wtedy, że Evans z niego zakpiła i – bardziej wzburzony, niż faktycznie urażony – dałby sobie z nią spokój na pewien okres czasu. Pchnęła więc Rogacza prosto na Lily wtedy, na Sylwestrze, i sprowokowała tą, by wyszła z nim razem po alkohol. Przypuszczała, że coś między nimi zajdzie, a Evans ucieknie, jak zawsze. Planowała podpuścić Jamesa i skłócić ich ze sobą ciut mocniej. Gdyby obraził się na Evans chociaż na chwilę, miałaby czas by ponownie go do siebie przekonać. Nie wyszło. Być może gdyby nie przeklęty i koszmarny Syriusz Black, wszystko zakończyłoby się szczęśliwie i pomyślnie.
Następnie zagrała idealnie rolę desperatki i pozwoliła, żeby Lily wydawało się, iż jest na wygranej pozycji. Udawanie obrażonej i wstrząśniętej faktem, że James i Lily się do siebie zbliżyli, nie należało do specjalnie trudnych zagrań. Bez trudu podpuściła ich wszystkich. Wysłała nawet tego idiotę, Doriana Chamberlaina, żeby kontynuował jej farsę, sama wymyślając pretekst z projektem. Niestety, James ją przejrzał.
Pokłócił się z nią wtedy, dziewiątego stycznia, a potem poszedł przelać swoją złość na Evans i wbić jej trochę rozumu do głowy. Podczas kłótni powiedział, że jest okrutna, narażając Lily i wykorzystując Chamberlaina. Nie był jednak wystarczająco zły, żeby powiedzieć Lily o prawdziwych pobudkach jej niedoszłego chłopaka. Chociaż nie należało to do rozsądnych posunięć, Mary uwielbiała Jamesa za to. Tak bardzo ułatwił jej zadanie!
Po bójce u McGonagall i pojednaniu Evans i Pottera, (…) straciła wszelkie skrupuły. Jeśli wcześniej wstrzymywała się lekko z racji tego, że Lily była swego czasu jej przyjaciółką, to później kompletnie już nie zwracała na to uwagi.
Zaszantażowała Skye DeVitt. Podpuściła Blacka do zamknięcia Evans i Pottera w cieplarni. Wtajemniczyła Caitlin Chamberlain.
Teraz już dostrzegała swój błąd – używała złych osób albo nie likwidowała w miarę tych problematycznych. Wykorzystując Doriana postąpiła na tyle lekkomyślnie, że zwróciła na siebie uwagę Jamesa. Nie upilnowała Blacka w Sylwestra, a potem ten z czystej głupoty i przekory, obezwładnił Evans i pchnął ją w ramiona swojego kumpla. Pozbywając się Skye DeVitt zamiast rozdrapać rany Jamesa, spowodowała u niego jedynie większe zamknięcie w sobie i powściągliwość w kontaktach z nią.
No cóż, człowiek uczy się przez całe życie, prawda?
Przyszedł czas, aby wykorzystać najbardziej naiwną osobę na ziemi, najgłupszą i tak bezmyślną, że choćby zastanawiała się nad swoim poczynaniem cały rok, i tak nie dostrzegłaby ani nawet nie wyczuła tkwiącego w nim haczyku. Czas wykorzystać Emmelinę Titanic. Miała dzisiaj do zrobienia dwie rzeczy – po pierwsze, skutecznie rozdzielić Evans od Pottera, nawet jeśli miałoby to zaboleć Jamesa (…)”
(Przyjaciele i Wrogowie)

Uczciwie mówiąc, miała nadzieję, że afera zdjęciowa zasieje znacznie więcej niezgody niż stało się w istocie. Musiała przeciągnąć swój plan zemsty o jeszcze kilka dni. W swoich wizjach ujrzała zbliżające się tragiczne wypadki Snape’a i Regulusa, obydwa spowodowane lekkomyślnością Blacka. Dzięki tymże wizjom wiedziała dokładnie, jak zmanipulować chłopakiem, aby jeszcze bardziej spotęgować jego winę i wyrzuty sumienia. Co więcej, połączyła przyjemne z pożytecznym – nie tylko dała Syriuszowi porządną nauczkę, to jeszcze skłóciła go z Jamesem. Potter pozbawiony najlepszego przyjaciela o wiele łatwiej ulegał jej perswazjom i wpływom, znacznie się do niej zbliżył i ostatecznie wybaczył wszystkie grzechy z przeszłości.
Problem z Emmeliną rozwiązał się praktycznie bez najmniejszego wysiłku z jej strony. Krągła Emmie, jakkolwiek zupełnie odmieniona fizycznie, pozostawała w dalszym ciągu taką samą ofiarą losu psychicznie. Nie wytrzymała presji Mary i odrzuciła przywództwo Pięknościom, kiedy tylko McDonaldówna zażartowała, że są do siebie podobne:

„ - Wczoraj zmanipulowałaś mnie i teraz przez ciebie jestem uwikłana w zniesławienie mojej przyjaciółki. Ale dzisiaj już ci na to na to nie pozwolę – oświadczyła, trzęsąc się ze złości. (…) ― Jeśli myślisz, że posłucham rad miłosnych największej dziwki w całym Hogwarcie, na którą James nawet nie może już patrzeć, to muszę cię rozczarować. NIE JESTEŚMY znowu w czwartej klasie. NIE JESTEM Spasłą Emmą. NIE MASZ nade mną żadnej władzy.”
(Próba Regulusa)

Mam, i to ogromną, Emmie, pomyślała z satysfakcją. W końcu, czy Emmelina mogłaby bardziej ułatwić jej zadanie? Sama wystawiła się jak na widelcu McGonagall, zabawiła się w heroinę i oczyściła ją, Mary, ze wszelkich podejrzeń, w dodatku została zawieszona w prawach ucznia i społecznie obśmiana, a głupiutkie Piękności ubawiły się jej potknięciem po pachy i swoją uwagę skierowały z powrotem w stronę dawnej Królowej. Jak to: Mary nie miała władzy?
Teraz, ponownie z drużyną plotkujących dziewczyn, z Dorianem, z Darem, i z coraz bardziej ufającym jej Jimmim, i do tego wszystkiego bez Blacka, bez Skye, i bez Evans, nic nie mogło zniweczyć jej planów.
Gdyby tylko Dorian dał spokój z tym głupim uporem, przeklęła go w myślach. Wolałabym naprawdę mieć w nim współpartnera, a nie wymuszać wszystko podstępem.
Postawa Chamberlaina komplikowała plany z wielu powodów. Po pierwsze – im więcej czasu spędzała na pertraktowanie z nim i usilne namowy, tym więcej krążyło plotek, które trafiały do Evans i Jamesa. Lily nie mogła łączyć ich oboje ze sobą, bo plan zakładał, że zaufa Dorianowi bezwarunkowo. Na odwrót z Rogaczem – Mary chciała zrehabilitować się w jego oczach i wiedziała, że wszelkie pogłoski o jej kontaktach z Dorianem jedynie wzbudzą podejrzenia i zapalą czerwoną lampkę w jego głowie. Po drugie – brakowało jej jakichkolwiek argumentów na pozyskanie Doriana do sprawy. Twierdził on, że nie wierzy w Dar Mary, ale oczywiście kłamał. Poza tym utrzymywał, że znalazł się w Hogwarcie na własne życzenie, a nie z jej polecenia – co zresztą także mijało się z prawdą. Mary potrafiła już interpretować jego zdania i wyłapywać pewne aluzje – ale obawiała się, że ich partnerstwo nie rozwinie się, jeśli Dorian nie odważy się wreszcie przyznać do tego, że jest im ono potrzebne.

„─ Chodzą plotki, że przeszkadzasz Evans i Jimmy'emu w ich... pożyciu w związku ─ odparła, wyraźnie krzywiąc się na słowie „pożycie”.
Dorian uniósł  brew.
─ Co proszę?
Mary wywróciła oczami.
─ Dlaczego z nią kręcisz?
Dorian parsknął. Jego talerz z jajecznicą niebezpiecznie drgnął.
─ Nie kręcę. Robię z nią projekt.
─ Dokładnie. Dobrze, że sam się przyznajesz.
Chłopak pokręcił głową. Mary była niemożliwa. Mogła mieć najwyższe wyniki w praktycznie każdym przedmiocie, być geniuszem zbrodni, intrygi i manipulacji, ale to nie oznaczało jeszcze, że wyzwoliła się z tej szerzącej się epidemii, której zasięg obejmował głównie nastoletnie dziewczyny – niewyobrażalnej głupoty.
─ Nie będę z tobą dyskutować na ten temat – odparł rozeźlony, pakując na swój talerz jeszcze trochę bekonu. (…)
─ Nie powinnaś w tej chwili pilnować twojego Jamiego przed angażowaniem się w pożycie z Lily Evans?
─ Nie musisz być o mnie zazdrosny – odpowiedziała, cmokając powietrze. Nim Dorian zdołał to zripostować, ponownie zabrała głos: „Jednak zmierzasz do celu, jak zwykle. Mówiłam ci jak ja uwielbiam tą twoją treściwość?”
─ Nie i nie musisz – odparł. ─ Słuchaj ─ spojrzał na nią wymownie. Mary przybrała minę niewiniątka. ─ Jeśli przyszłaś tutaj, bo wydaje ci się, że wspomogę plan terroryzowania Lily, to się naprawdę mylisz.
─ Tym razem nie o to chodzi – zapewniła go, uśmiechając się zachęcająco. ─ Ja chcę jej pomóc.
─ Myślisz, że w to uwierzę? - prychnął. ─ Każdy w tym zamku wie, że jej nienawidzisz.
─ Och, nie bądź taki absolutny. Owszem, nie lubimy się, ale pamiętaj, że kiedyś byłyśmy przyjaciółkami na śmierć i życie. W dalszym ciągu mam w sobie resztki lojalności, która zobowiązuje mnie do pomocy tej biednej i zdesperowanej dziewczynie, niepotrafiącej poradzić sobie z feralnym pożądaniem Jamesa.
Dorian spojrzał na nią dziwnie.
─ A tak poważnie?
─ Musimy współpracować ─ szepnęła, dając mu powąchać otwór butelki. Pachniała wódką. ─ Nie wiem, co w niej widzisz, ale wyraźnie pragniesz Lily Evans, a ja chcę Jamesa. Kiedy już uda nam się ich rozdzielić, a ty zdobędziesz dziewicę, wciąż będziesz mógł odwiedzać mnie wieczorami ─ mruknęła zmysłowo, wypuszczając trochę uroku wili. Dorian odwrócił wzrok.”
(Ain Eingarp)

Nie pomagało nic. Proszenie, grożenie, emanowanie aurą wili, konstruktywne dyskusje. Dorian uparł się jak osioł, że nie uściśnie dłoni Mary McDonald, choćby skazał się tym samym na śmierć i zgubę.
A tak się stanie, drogi Dorianie, nie ważne, czy wierzysz w moją przepowiednię czy nie, mówiła do siebie. Jeśli to ty wygrasz dziewczynę, to przepowiednia obejmie ciebie, a nie Jamesa. W końcu także jesteś van Weertem.
Mary niejednokrotnie próbowała rozgryźć Doriana. Nawet wewnętrzne oko bez skutków mrużyło się, co do jego osoby, bo chłopak prawie nigdy nie występował w jej wizjach. Czy naprawdę zależało mu na Lily Evans czy też cicho realizował plan Mary? Na pewno nie chciał, żeby Lily i James zostali parą – jeśli nie ze względu na przepowiednię, to z zwykłego sentymentu do byłej dziewczyny, szacunku do niej i olbrzymiej niechęci względem swojego kuzyna.
— Dajże już spokój, Mary, z tymi teoriami spiskowymi, które snujecie z Potterem – powtarzał to w kółko, niczym mantrę. – Wiem, jaki jest Potter, okej? Może i nie dostrzegasz żadnych jego wad, ale nie jest odpowiednią osobą dla Lily. Nie chcę, żeby byli razem. Ale jeśli do tego dojdzie, to będzie ich sprawa, głupota Lily, gierka Jamesa i twój nowy dramat. Mnie nic to nie obchodzi.
— Trochę przyganiał kocioł starej miotle, nie sądzisz? – ripostowała. – Śmierciożerca wydaje sądy o tym, kto jest nieodpowiednią partią!
Dorian nie dawał się sprowokować.
Nie masz pojęcia, co się dzieje za twoimi plecami, Mary, i nie wiesz, przez co muszę przechodzić. Nie chcę, żeby Lily stała się tak pojebana jak ty – a wiem, że tak będzie, jeśli mój kuzyn ją omota. Umówiliśmy się rok temu, że będę milczał – więc milczę. Ode mnie Lily nie dowie się niczego o tobie, o Potterze, i o waszych majakach. Ale robię, co mogę, żeby przejrzała na oczy. Ze względu na nią – a nie na ciebie. I nie, Mary, wcale nie uważam, że powinniśmy współpracować.
Kolejnym scenariuszem, który zaświtał w głowie Mary, było to, że Dorian – jak inni młodzi Śmierciożercy – próbuje po prostu dobrać się do Lily, a potem ją załatwić – jak to nieczystą Mugolaczkę. Wizja ta szybko została jednak odrzucona. Dorian nie pasował do podobnego wizerunku w najmniejszym stopniu, w dodatku cały czas nudził o swoich świętych pobudkach i obrażał się za „pochopne osądy”. Za dnia maskował swój Znak i odejmował Ślizgonom dużo punktów na napaście na Mugolaków.
I, co jest najbardziej w tym wszystkim pokręcone, w jakiś sposób zjednał on Jimmy’ego.
To jasne, ze cała trójka chłopców z jej przepowiedni nie żyła w zgodzie. Dorian, James i Jesse nie znosili się nawzajem do niewyobrażalnego stopnia i trudno było rzec, na którym torze spór jest najbardziej zaawansowany. James na pewno nie kryłby Doriana przed aurorami, swoim ojcem i wujkiem, ze względu na sentyment czy sympatię. Mary wątpiła też, że wyrzuty sumienia z powodu krzywdy wyrządzonej matce Doriana, tak długo zmuszały go do milczenia. Musiał istnieć jakiś układ.
Może to jest moje rozwiązanie?, zrozumiała nagle.
Dorian raz już uległ, rok temu, kiedy Mary obiecała mu to samo. Chłopak obawiał się, że jego tajemnica wyjdzie na jaw – obawiał się reakcji przyjaciół i swojego ojca aurora. Tu znajdował się jego słaby punkt. W tej materii gotów był na ugody.
 James nie mógł zdemaskować Doriana jako Śmierciożercę – z jakiś powodów nie mógł. Ani przed ojcem, ani przez panem Chamberlainem, ani przed aurorami, ani przed Lily Evans. I zapewne ta świadomość doprowadzała go do szaleństwa.
Kiedy wrócił Dorian i zaczął kręcić się z powrotem wokół Lily, James wpadł w szał nie tylko z zazdrości – umierał z niemocy i bezsilności. Wściekał się, bo wiedział, jakie zagrożenie mogło spotkać Evans ze strony byłego chłopaka, a równocześnie nie mógł temu przeciwdziałać, nie mógł temu zarazić, nie mógł powiedzieć jej o tym, że kochany, święty Dorian-Prefekt to Śmierciożerca.
A ciekawość Lily Evans rosła! Wkrótce zacznie ona szukać źródeł wiadomości wszędzie – u Meadowes, u Blacka, u samego Chamberaina. Będzie w stanie zapłacić każdą cenę.
To genialne, roześmiała się w duchu. To na pewno się powiedzie. Dorian nie chce pod żadnym pozorem wykraczać ponad naszą umowę. Obiecałam mu, że nikomu nie powiem o Mrocznym Znaku, pod warunkiem, że on nie powie nikomu – nawet Evans! – o tym, co zrobił mu James. Nasza umowa musi się po prostu rozwiązać!


 „─ Cześć – przywitała się [Mary] (…).
─ Znamy się? – zapytał Dorian (…)
─ To oficjalnie najlepszy dzień twojego życia, Chamberlain – oświadczyła dobitnie. (…) ─ Rozważyłam twoją propozycję – odparła wymijająco. – Wiem, że przez długi czas paraliżowałam twoje ruchy i… okej, nie czarujmy się – szantażowałam cię, żebyś milczał na pewien temat. Dzisiaj to już nieaktualne. Zapominam o… o wszystkim, co na ciebie mam. Możesz wypluć wodę z ust.
(…) ─ Nie jestem głupi, Mary – odparł, pochylając się w jej stronę. W jego oczach kąpały się gniewne, złocisto-czerwone ogniki. – Musiałabyś zwariować do reszty, żeby narażać Pottera. Co z waszą koalicją chronienia siebie nawzajem?(…)
─ Słuchaj, Chamberlain – syknęła Mary, chwytając go za kołnierz i przyciągając tuż przed swoją twarz. Wyrównała w ten sposób poziomy, bo dzieliła ich jakaś stopa wzrostu. –(…) Łączy nas jedna rzecz i chociaż uważam, że jesteś obrzydliwym, zrzędzącym i nieporadnym pantoflarzem, jestem w stanie o tym zapomnieć przez moment. Chcę Jamesa. Ty chcesz Evans. Nie uważasz, że powinniśmy współpracować? (…)
─ Co mam robić?
─ Przestać milczeć. Ale ja nadal  będę milczała.”
(Przyjaciele i Wrogowie)


Mary cieszyła się, że udało jej się odzyskać Piękności. To stwierdzenie z trudem przechodziło jej przez gardło, ale gdyby nie one – a w szczególności nie Jessica Beinz – Lily i James zostaliby parą na dobre.

„— Otwieraj w tej chwili, Larissa! – wrzasnęła Mary, z całej siły dudniąc w drzwi dormitorium siódmorocznych dziewcząt. – Nie uciekniesz przed odpowiedzialnością! (…) Dobrze wiesz, że nie uciekniesz od tej rozmowy, więc lepiej przeprowadźmy ją teraz, póki nie jestem jeszcze BARDZO WŚCIEKŁA! – ryknęła, wymierzając drzwiom ostrego kopniaka. – Larissa!
W tym momencie gwałtowne otwarcie o mało nie zwaliło ją z nóg, a o framugę oparła się znajoma brunetka odziana w skąpą piżamkę, z papilotami we włosach i kiczowatą, różową maską do spania na czole.
— Nie dociera, że nikt cię tu nie chce? – warknęła, pośpiesznie zrywając papiloty z głowy. – Spałyśmy.
— Bardzo mi przykro – odpowiedziała, przepychając się pomiędzy Larissą a szparą do środka dormitorium. – Ale zamiast odpoczywać, powinnyście od dawna MYŚLEĆ, JAK URATOWAĆ SOBIE SKÓRĘ. Ja dzisiaj nie spałam, tylko MYŚLAŁAM, CO WAM ZROBIĘ. (…) To jest śmieszne – rozpoczęła spokojnie Mary, chociaż w środku kipiała z gniewu. – Za mojej kadencji takie rzeczy nie miały miejsca. Nie było mnie tylko śmieszne cztery miesiące, a wy już zdołałyście wszystko spieprzyć.
— Nie możesz obwiniać nas za to, co było za kadencji Clemence – odezwała się piskliwie Rachel, kiedy Summer rzuciła tylko strapione: „racja, Królowo”, a Larissa zjadła z paniki ciasteczko dietetyczne. – To anorektyczna wariatka. Stwierdziła, że przyjmie każdego do naszego stowarzyszenia, jeśli będzie przestrzegał diety na pięćset kalorii dziennie. (…)
— Och, a mi się wydaje, że to było zupełnie inaczej, Larisso – syknęła Mary. – Prawda jest taka, że jesteście zwykłymi kolaborantkami, i kiedy mnie już nie było, podporządkowałyście się Emmelinie i dlatego bardziej zajęło was sabotowanie cholernych Dorcas i Syriusza, co – nawiasem mówiąc – TEŻ WAM NIE WYSZŁO – bo są parą – ponownie. (…)
— To Emmelina cieszyła się w zeszłym semestrze największym autorytetem – rzuciła słabo Larissa, mówiąc dokładnie to samo, co Mary przed chwilą. – Była dziewczyną Syriusza… ciebie Piękności szanowały tylko kiedy chodziłaś z Jamesem. Teraz raczej się z ciebie śmiejemy.
— Ale nie będzie chyba oddawać hołdu Meadowes i – Boże, Broń, to chyba jakiś żart! – Evans? – przestraszyła się Summer, do której dopiero teraz dotarła powaga sytuacji.
— Rachel, idź po Jessikę – dodała słabo Larissa, równie przerażona podobną perspektywą. Wizja dyktatury Evans i Meadowes w ich szeregach była zbyt ośmieszająca, przykra i surrealistyczna. – I po Sally. Mary ma rację, cały zarząd musi się spotkać w obliczu podobnego zagrożenia. (…) Myślicie, że Jessica powie nam, co robić?
— Tak, bo właśnie jej potrzebuję – wtrąciła się Mary (…). – Jessica Beinz to największa suka, jaką kiedykolwiek poznałam. Truła May Potter eliksirem przeciw mdłościom w ciąży przez prawie sześć lat, kiedy dzieliły razem dormitorium. Właśnie taka osoba jest mi w tej chwili potrzebna. Wezwijcie ją.
Larissa zmarszczyła brwi i zawahała się poważnie.
— Do czego ci jest potrzebna Jessica? (…)
— Potrzebuję tej z was, która jest umiarkowaną idiotką – odpowiedziała zjadliwie. – Trudne zadanie, ale Jessica nadaje się najbardziej. Evans jej nie zna i dzięki temu nasz plan może się jakoś powieść. Oczywiście zakładając, że znowu nie nawalicie na całej linii. BIEGNIJ! Masz pięć minut. Tik-tok! Tik-tok! TIK-TOK!”
(Zdrada)

Tego samego dnia zdarzył się kolejny korzystny wypadek, który znacznie wspomógł całą misję: Mary przyśniło się, że do Hogwartu wraca May, o czym niezwłocznie poinformowała Jamesa. Rozmowa ta zdecydowanie przybrała bardzo przykry obrót dla każdej z trzech stron:

— Ja nie żartuję, James. Wiem, że nie wierzysz już w moje wizje… ale to, co spotkało May… to, co zobaczyłam w sprawie Finna… który jest zaginiony od dłuższego czasu…to jest coraz wyraźniejsze. Niedawno wszystko się powtórzyło, tym razem we śnie: wasz herb rodowy, i nieczysta krew… Lily, i któryś z was... Była mowa o tym, że trzy razy się oprzecie i ujdziecie z życiem, ale potem On was zabije... On zabije któregoś z was… Właściwie od razu możemy skreślić Jesse’ego, a że Dorian nie chce mieć z nią już nic wspólnego… Dorian mnie wysłuchał, James. Dorian mnie wysłuchał…
Dorian się z ciebie naśmiewa.
Mary długo wahała się, zanim wymówiła następne słowa. Wiedziała, że staną się one przysłowiową oliwą dolewaną do ognia, że przypomną Jamesowi o zeszłym roku, kiedy szantaże, kłamstwa i warunki były całkowitą normą w ich wspólnych rozmowach, że przekreślą cały uczyniony od kotyliona progres w ich relacji. Mimo to, Mary musiała postawić mu to ultimatum. Musiała dać mu ostatnią szansę.
Piękności znały swoje rozkazy i czekały na sygnał od Mary, że czas rozpocząć operację. Jessica trenowała swoją rolę na czekający ją po południu pokaz aktorski. Dorian dostał zielone światło. Mary wiedziała, że to, co zapanowała, na pewno się powiedzie. Do końca następnego dnia Lily Evans zostanie skreślona bezpowrotnie z życia Jamesa. Kłócenie się z Potterem w obecnej sytuacji było więcej niż niewskazane. Mary jednak musiała spróbować. Wszystko, co robiła, prowadziło do zapewnienia Jamesowi bezpieczeństwa i stanowiło absolutny priortet, ale wiedziała też, że sprawi mu to niesłychany ból.
Lepiej, żeby był żywy i nieszczęśliwy niż zadowolony i martwy, powtarzała sobie niczym mantrę. Ale jeśli skorzysta z mojej kotwicy – jeśli opamięta się jeszcze teraz, to zaoszczędzi sobie tak wiele bólu…
— Lily nie będzie się ze mnie naśmiewała.
Wyraz twarzy Jamesa stał się bezbarwny. Mary kontynuowała twardo:
— Ty nie możesz – albo i nie chcesz – powiedzieć jej, na czym stoimy, nieprawdaż? Jeśli nie ty – to ja – wzruszyła ramionami. Ona musi wiedzieć, w co się pakuje.
Mary…
— Powiem o przepowiedni… o May… o Dorianie… o tym wszystkim, co robiliśmy razem… jaki naprawdę jesteś… - wzruszyła ramionami. – Już raz się odezwałam. Wtedy, o Serenie.
James parsknął. Wyglądał raczej na rozbawionego niż przejętego czy wściekłego – to znaczy, że w nią wątpił.
— Już nie mam nic do stracenia, James. Powiem jej wszystko… jeśli się nie opamiętasz.
— Stawiasz mi ultimatum?
— Staram się ci pomóc! Jeśli ty tego nie zrozumiesz… to może chociaż Evans zacznie myśleć. Ja nie robię sobie z was żartów.
James pokręcił głową i poczochrał sobie włosy. W jego oczach odbijała się czysta bezradność i żal.
— Mary… - zaczął po chwili, unikając jej spojrzenia. Wciąż nerwowo czochrał sobie czuprynę. – Wiem, że ciężko ci to zaakceptować… Ale to nie jest konieczne. Wierzę ci, okej? Rozumiem, jakie jest… zagrożenie.
— I chcesz wydać się na śmierć?
— To… - wypluł sporo powietrza – to znacznie wyolbrzymione. Sama przyznałaś, że wcale nie musi chodzić o mnie, prawda?
— James…
— Nie musi chodzić ani o Lily, ani o mnie. Nie oparłem się Voldemortowi jeszcze ani razu. Jest jeszcze Dorian – Merlinie, uchowaj – jest jeszcze Jesse! Finn wciąż jest potencjalnym kandydatem – Finn oparł się już nie raz Voldemortowi.
— Finn umrze – rzekła nieprzytomnym głosem, niczym wyrocznia delficka. Odwoływała się do jednej ze swoich wizji.
— Mary…
— Finn umrze, a ty będziesz następny.
James spojrzał jej w oczy. Wyglądał teraz raczej na rozdrażnionego i zmęczonego podobną gadaniną niż zrozpaczonego w swojej niemocy.
— Nawet jeśli – to co z tego? – spytał arogancko. – Każdy kiedyś umrze, Mary. To może stać się za wiele lat – może kiedy wszyscy będziemy już starzy. Nie wiesz tego. Ja…
— Jestem ciekawa czy Evans myśli o tym równie optymistycznie.
— Lily jest racjonalna.
— Czyli a nie jestem?
James roześmiał się głośno.
— Podchodzisz do tego trochę za bardzo emocjonalnie – owszem! I wiesz co? Skoro sama jesteś gotowa na takie kroki, to po prostu zwolnij mnie z wieczystej przysięgi, i sam wszystko jej powiem. Powinna o tym wiedzieć, a potem postąpi jak będzie uważała za słuszne. To chyba uczciwe, nie sądzisz? Powinniśmy powiedzieć jej o wszystkim – o twoich wizjach, o tym, że w przeszłości się zgadzały – na Merlina, nawet o tym wszystkim, co ukrywaliśmy przed nią… oczywiście, bez niektórych szczegółów – ochronimy Serenę i May, ale powinna znać… niektóre rzeczy… żeby wiedzieć, w co się pakuje…
NIEKTÓRE RZECZY? – powtórzyła, momentalnie tracąc kontrolę nad sobą. –  Chyba sobie żartujesz! To zwyczajne kłamstwo. To zwyczajne wybieranie informacji. Ona nigdy tego nie zrozumie! Jak możesz być taki naiwny, James!
„— Jak możesz być tak naiwny, James!
Mary McDonald, skrząca urokiem wili, obrażona i rozgoryczona, stała przed nimi w swoich wielkich butach na obcasie, idealnie ułożonej fryzurze i zwisającej zewsząd drogocennej biżuterii. Towarzyszył jej James, i chociaż Lily dostrzegła go dopiero po chwili, ledwie usłyszała jak Mary wymawia jego imię z tak okropną pretensją, jej serce już o mało nie wyskoczyło ze środka piersi. Widok Pottera jak zwykle zwalał z nóg – chociaż nawet ona musiała przyznać, że miewał lepsze dni. Jego twarz poszarzała od zmartwienia i zdenerwowania, oczy spuchły, a pod nimi odcisnęły się sine półksiężyce, usta natomiast zbladły i nieco spierzchły. Lily nie widziała go zaledwie dobę, ale zdawać by się mogło, że przez te dwadzieścia cztery godziny wydarzyło się coś, co odcisnęło się na aparycji Jamesa równie bezlitośnie jak piętno czasu.
— Cholera jasna, Mary, nie wtrącaj się choć raz w swoim pieprzonym życiu…
— Ona wszystko zepsuje! – przerwała mu wila, krzyżując ręce na piersi i marszcząc nos, jakby jej coś śmierdziało. – Już wszystko zepsuła! Przecież chyba nie myślisz, że może wam kiedykolwiek wyjść! Nie zbudujesz dobrego związku na kłamstwie, a lepiej, żeby niektóre rzeczy pozostały tylko pomiędzy nami – no i może jeszcze Chamberlainem. W ogóle najlepiej – i najbezpieczniej! – było jeszcze rok temu, zanim zaczęło ci odpierdalać i zainteresowałeś się tą głupią szmatą, która wpędzi cię do grobu…
— Świetnie! – skomentowała głośno Lily, mijając zaskoczone przyjaciółki. Mary urwała. Obróciła się na pięcie w jej kierunku, uśmiechnęła sztucznie i – odczekując, aż Lily zbliży się wystarczająco – splunęła tuż pod jej nogi. James cały zbladł, ale nic nie powiedział. Jeszcze raz wymienił spojrzenie ze swoją byłą dziewczyną.
— Zapamiętasz moje słowa – powiedziała do niego sucho na odchodne i zniknęła za drzwiami klasy, dla efektu głośno nimi trzaskając.
James odetchnął głęboko i spojrzał na Lily, wciąż wpatrującą się w miejsce obok niego, gdzie przed chwilą stała Mary.
  Hej, Księżniczko – powiedział dość ciepło, chociaż ewidentnie przyszło mu to z trudem. Nachylił się i cmoknął Lily w policzek. – Wyzdrowiałaś już?”
(„Zdrada”)


Mary przystąpiła więc do swojego planu i doprowadziła go do samego końca. Następnego dnia po zerwaniu Lily i Jamesa poczuła coś, czego dawno nie doświadczyła: wyrzuty sumienia. Przyglądanie się cierpieniu dwójki jej dawnych najlepszych przyjaciół poruszyło nieoczekiwanie od dawna milczące struny w jej duszy.
Wiedziałam, że każda wojna ma swoje ofiary, myślała przez cały następny tydzień. I wiedziałam, że mi też przyjdzie zapłacić swoją cenę. Nie zdawałam sobie tylko sprawy, że przybierze ona taki charakter.


Mary tak bardzo pochłonęły sprawy Hogwartu, wyrównywanie rachunków i realizacja swoich planów, że niemalże zapomniała o Aleku, o jego Legionach i o wszystkim, co dla niej zrobił. Uczucia Mary w Beauxbaons w ogóle się nie komplikowały. Jak naiwna dziewczyna, która pierwszy raz się zakochała, uwielbiała i adorowała Traversa – uczuciu temu nie przeszkadzał ani jego status społeczny, ani niepokojące towarzystwo, w którym się obracał, ani fanatyczne wizje błąkające się po jego wyobraźni, ani w końcu to, że był jej nauczycielem.
Obecnie, kiedy znajdowali się daleko od siebie, ten gorący zachwyt znacznie osłabł. Mary czuła się tak, jakby ktoś zdjął z niej zły urok, jakby dopiero w izolacji od Aleka zaczęła dostrzegać rzeczywistość. On wplątał ją w coś niedobrego – w coś, co mogło zgubić ją, tak jak zgubiło Doriana. Podstępem przeciągnął ją na ciemną stronę, wydobył i uwypuklił najgorsze w niej cechy. Co gorsza, powtórnie aktywował jej Dar, i całkowicie go sobie podporządkował.
Do Mary wróciła Intuicja, wróciły sny i wizje, ale – co uświadomiła sobie dużo później – w zupełnie innej formie. Zdawało jej się, że wszystko, co widziała, naprawdę służyło Alekowi. Objawienia w sprawie błahych spraw, jak wyniki sprawdzianu czy zbliżająca się choroba jej sowy, już nie migały w jej Wewnętrznym Oku. Mary stała się raczej… orędowniczką śmierci, zniszczenia, wojny.
Krótko po powrocie do szkoły po raz drugi w życiu wpadła w trans i wydeklamowała mówioną przepowiednię. Stało się to przy Dorianie – na szczęście. A na nieszczęście – przepowiednia po raz kolejny przepowiedziała śmierć, i to w dodatku samego brata Doriana, Finna.

„― Wiesz, na czym mi zależy – odpowiedziała po prostu [Mary], nie patrząc mu [Jamesowi] w oczy. – Tylko na tobie.
― Mary… (…)
― Widziałam coś ostatnio – odparła, coraz bardziej łzawym głosem. – To było straszne. Ludzie ginęli i… i…
― To był ktoś, kogo znałaś? – zapytał, teraz i on miał ściśnięte gardło. Mary pokręciła głową nieco zbyt energicznie, ale nawet to nie odgoniło łez, które teraz spływały powoli z jej policzków. James przytulił ją mocniej.
― Wiem, że to trudne, Mary, ale musisz nauczyć się nad tym panować.
Dziewczyna rozpłakała się jeszcze bardziej, rzucając pod jego adresem przekleństwa.
― To wcale nie musi być prawda – kontynuował, starając się mówić z jak największą pewnością. – Nie możesz myśleć, że w ten sposób uda ci się czemuś zapobiec. Przestań się tak katować.
― To ode mnie nie zależy – kontynuowała. – Nie mogę tego zmienić.
― Możesz – przekonał ją, lekko cmokając ją w policzek. Dziewczyna zadrżała. – Musisz.
Westchnął ciężko, ale ciągnął dalej, bo czuł się do tego zobowiązany.
― Jeśli to zacznie się znowu, przyjdź do mnie, dobrze? Razem sobie z tym poradzimy. Nie możesz być zawsze sama, Mary. Ja… ― westchnął ciężko, ale dodał z mocą: ― Zawsze będę miał dla ciebie czas.”
(Podwójna Randka)

Wizja śmierci Finna Chamberlaina prześladowała ją co noc, i zawsze wyglądała tak samo. Finn polegałod zaklęcia mężczyzny w szakalej masce na twarzy –  bliźniaczej z tą, którą Mary sama dostała od Aleka. To sprowokowało ją do myślenia. Po raz pierwszy przyjęła do wiadomości, że Alec Mason może wcale nie był taki wspaniały, jak jej się wcześniej wydawało.
Zbliżały się urodziny Lily, a Mary pamiętała, że i Alec wiązał plany z tym dniem. Poznawszy wizję Mary o Lily i Jamesie, powiązał ją z innym proroctwem, autorstwa ciotki Mary, o Siedmiorgu. Mówił jej o tym, że jeśli ma rację i obydwie przepowiednie łączą się ze sobą, to potrafi podjąć takie działania, aby ostatecznie nie zginął nikt – ani James, ani Dorian, ani nawet Jesse. W Beauxbatons bardzo ją to ucieszyło i pokładała spore nadzieje w planie Aleka. Teraz wolałaby, żeby cała sprawa poszła w niepamięć.
W przededniu imprezy urodzinowej, w którą wszyscy strasznie się zaangażowali, sowa Mary przyniosła jej naprawdę kiepską wiadomość:

Mary~Mam nasze sprawy do załatwienia w Hogwarcie.Spotkaj się ze mną.Alec

Czyli wciąż o wszystkim pamięta, uświadomiła sobie. Nie wiem, do czego to może doprowadzić.
Schowała liścik do kieszeni i postanowiła udać się z nim do Doriana. On jako jedyny w tej szkole (no, wyłączywszy Colette) znał Traversa i wiedział, co może oznaczać jego wizyta w Hogwarcie. Obydwoje powinni się na to jakoś przygotować. W drodze do tajnego Dormitorium Prefektów Naczelnych, wpadła na Jamesa. Chłopak na ich spotkaniu w Hogsmeade opowiedział jej o wojnie partyzanckiej o elitarną sypialnię, więc spodziewała się zobaczyć go gdzieś w okolicy. Mina nieco zrzedła jej na widok brojącego kota birmańskiego, plątającego się pod nogami Jamesa z tandetną kokardką przyczepioną do ogonka. Wzniosła oczy ku niebu.
— Czyżby to był prezent dla naszej gorącej siedemnastki? – spytała trochę złośliwie. James odpowiedział jej na to uśmiechem.
— Cześć, Mary. Mam nadzieję, że w tym roku się nie wygadasz?
Wzruszyła ramiona. Rozmowa o urodzinach Evans naprawdę jej nie leżała.
— Pogodziłeś się z nią? – nie ustępował James, przekrzywiając głowę. Mary ponownie wzruszyła ramionami. – Och, daj już spokój. Ona ma urodziny. Możesz chociaż udawać, że masz ją za coś więcej niż śmiercionośny element twojej wizji?
— Nie przyjdę na imprezę – oświadczyła dumnie. Samolubna część jej natury rozrosła się momentalnie i wypełniła całe jej serce. Nagle Alec przestał ją przerażać i niepokoić, a ponownie stał się piekielne seksownym niegrzecznym chłopcem. Wyciągnęła karteczkę od niego i uniosła ją na wysokość oczu Pottera. – Mam ważne spotkanie.
— O, tak – mruknął, mrużąc oczy zza okularów. Sprawiło jej to zdecydowanie zbyt wiele satysfakcji. – Alec to jakiś nowy chłopak?
Błysnęła uśmiechem i wypuściła trochę wilej aury.
— Tak. Mamy wieczorną randkę – chyba większa zabawa niż u naszej Lodowej Księżniczki, co nie? – schowała karteczkę z powrotem do kieszeni. – Baw się dobrze.

„— Co masz zamiar teraz zrobić? – szepnęła, uśmiechając się z zachwytem.
Alexander wzruszył ramionami.
— Stary Monroe wyszedł z Azkabanu. To ułatwi wszystko.
— Myślisz, że nie zorientuje się, że działasz w jego imieniu? – szepnęła, zaciągając mu z powrotem rękaw. Chłopak parsknął.
— Nie boję się go. Mamy wspólnego Pana. On mnie obroni.
Mary zamarła na chwilę.
— Tak – rzuciła nieprzytomnie – wiem, że cię obroni.
Chociaż Alexander wydawał się być co do tego przekonany od samego początku, to ewidentnie ulżyło mu, kiedy Mary się z nim zgodziła.
— Myślisz, że Jo już wie? – naciskał.
— Nie – powiedziała, tonem równie sennym.”
(Urodziny „Mojej Dziewczyny”)

Alec nie owijał w bawełnę, kiedy już przybył na miejsce – opowiedział jej ze szczegółami, jak wyglądał jego plan. Mary udała zachwyt i zadowolenie, choć tak naprawdę czuła się nim trochę przytłoczona. Kiedy Alec pokazał jej swój Znak, uczucie rozdarcia i niepewności wzrosło jeszcze bardziej. Zrozumiała, że wpakowała się w niezłe tarapaty.
Tyle razy nasłuchałam się, jak oni werbują ludzi, wyrzucała sobie. Zawsze podstępem. Nawet nie wiem kiedy to się stało! Zadaje się z bandą Śmiercożerców i prawdopodobnie nie mogę się już z tego wycofać. I, co gorsza, Alec zna moją wizję. Na pewno Sama-Wiesz-Kto też już o niej usłyszał.
Jak mogła postąpić tak głupio! Na co jej rozdzielanie Jamesa od Lily, kiedy Czarny Pan pewnie i tak wszystkich ich pozabija, jako potencjalne zagrożenie? Czy Dorian pójdzie na pierwszy ogień? W końcu do niego Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać ma najszybszy dostęp.
Po co przejmuje się Evans, skoro teraz Jamesa może wykończyć sam Voldemort?, myślała gorączkowo. Z nią poradzę sobie bez problemu, ale na Czarnego Pana sposób może znaleźć tylko ona i któryś z van Wertów, jeśli ufać mojej wizji. Ale czy nie miałam próbować temu zaradzić? Czy mojej wizji w ogóle można zaradzić?
Wizje jej w końcu pokazywały przyszłość tak, jakby już się wydarzyła.

— Mój dobry znajomy… - wydukała cicho, drżąc jakby dostała epilepsji. – Dowiedziałam się dzisiaj, że on… że on nie żyje…
Alec za każdym razem, kiedy widział ludzi w żałobie po czyjeś śmierci, zastanawiał się, czy nie jest przypadkiem socjopatą – on bowiem nigdy nie rozpaczał w podobnych sytuacjach, nawet kiedy odchodziła bliska mu osoba. Prawdę mówiąc, uważał, że było to nieco żałosne.
Nie umieć uchronić się przed śmiercią jest tak żenujące jak przypadkiem zrobić lasce bachora, mawiał do swoich przyjaciół. Za każdym razem, kiedy ktoś umiera, powinnyśmy się cieszyć – to znak, że o jednego idiotę mniej.
— Mary… - wziął ją za rękę i pocałował szarmancko. – Tak mi przykro…
Dziewczyna pokręciła głową natychmiast i po raz wtórny głośno wydmuchała nos.
— Nie w tym rzecz… Finn Chamberlain obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.
Alec zesztywniał.
Finn Chamberlain…
Chamberlain…
— Wiedziałam, że umrze – powiedziała cicho. – Wiedziałam, że to nastąpi niedługo. Byłam tego pewna.”
 (Zmiany i układy)

Śmierć Finna stanowiła odpowiedź na jej najgorsze obawy. Wizje ponownie się sprawdzały – również te wygłaszane w transie . Jeśli przepowiedziała już jedną śmierć, to zapewne co do innej też się nie myliła.
Całą tę sprawę niezwykle komplikowały dwie rzeczy: po pierwsze, Finn pochodził od van Weertów, a po drugie – oparł się Voldemortowi i zginął z rąk jego popleczników, a do tego wszystkiego zakochał się w dziewczynie z nieczystą krwią.
Czy moja przepowiednia dotyczyła Finna, a ja wszystko opatrznie zrozumiałam?, zastanawiała się. A jeśli tak, to czy jego śmierć oznacza, że nie ma już dla nas nadziei, że nikt nie pokona Voldemorta i że wojna jest już skończona?
Kolejny cios przyniosła jej rozmowa z Sereną, która rozjaśniła w jej głowie kilka niezrozumiałych kwestii – a przede wszystkim, jeszcze bardziej uczuliła na Aleka. Dopiero jednak wyrok na Isaaku, wyrok, który – jak wiedziała od Aleka – został wcześniej wymuszony na Crouchu przez ministra Minchuma, zmusił ją do działania.
Alec jest niebezpieczny, kłamie i chce nas wszystkich pozabijać, zrozumiała. Muszę go wydać. Jestem jedyną osobą, która wie, że to on jest poszukiwanym przez aurorów Szakalem. Wydam go Dumbledore’owi.
Mary po powrocie z ministertwa długo siedziała w samotności i próbowała ułożyć jakiś plan. Skończyło się na tym, że po prostu zapisała listę znanych jej członków Legionow Traversa, złożyła swoją maskę i ruszyła błagać Doriana, żeby w porę się opamiętał i pomógł jej w zrobieniu tego, co słuszne. 
Chamberlain ułatwił jej zadanie na tyle, że zwolnił z podejmowania dalszych, trudnych decyzji.
Obliviate.


#31
Teraźniejszość.
Zanim srebrzyste, okrągłe Oko Nocy rozpaliło gwieździste niebo, przypominające piegi rozlane na śniadej twarzy, i zanim w powietrzu rozległ się głuchy, wilczy skowyt – Travers został sam. Zgasił on ostatnie, długie pochodnie powtykane w stabilną warstwę czerstwego śniegu. Podniósł też z ziemi dwie rzucone szakale maski, jedną swoją własną, a drugą odrzuconą i wzgardzoną przez Mary kilka chwil temu. Porządkując uprzednie miejsce obrad i obserwując księżyc, odczuwał niemalże sentyment.
Alec poświęcił dwadzieścia trzy lata swojego życia, aby znaleźć się dokładnie w tym miejscu i w tym ciele. Mógł powiedzieć z niezachwianą pewnośćią, że każdą sekundę swojego młodego życia podporządkował ciężkiej pracy i walce, niczym strudzony rolnik na wyjałowionej ziemi pielęgnował glebę, aż dzisiejszego dnia wydała pierwszy plon – i to od razu stukrotny. Czuł się szczęśliwy i zmęczony, i po raz pierwszy od zawsze w jego sercu zapaliło się ciepłe poczucie satysfakcji i dumy, osobistej pochwały dla swojego osiągnięcia i geniuszu.
— Zawsze byłem krytyczny – powiedział do siebie, wydeptując okrąg w śniegu. – Zawsze byłem dla siebie surowy. Ale teraz naprawdę czuję, że nastał czas naszej chwały.
— I masz rację jak zawsze, Szakalu.
Alec nie podskoczył ani nie wydał żadnego okrzyku ze zdumienia, choć nie ukrywał, że ten głos go zaskoczył. Tylko jedna osoba mówiła z taką pewnością siebie i enigmą, zarazem jak wyrocznia elficka i anioł śmierci.
Kendall – rzekł, obracając się na pięcie w odpowiedniej chwili. Dziewczyna stała tuż za nim, jeszcze w masce, wyprostowana, dumna i do szaleństwa seksowna – czyli dokładnie taka, jaką ją zapamiętał.
Kendall Argent jako jedyna znała całą historię życia Traversa. Była z nim najdłużej, od samego początku, kiedy jako gówniarz stanął przed obliczem Pana i błagał go o Znak. Zamiast niego, i w nagrodę za udzielenie wielu przydatnych informacji, Alec otrzymał maskę i misję, i Kendall w roli pierwszej podopiecznej. Od tej pory obydwoje nie mieli przed sobą tajemnic.
Alec uwielbiał Kendall i zarazem nienawidził. Jeszcze za czasów swojej słabości uległ jej czarowi i nigdy nie udało mu się do końca od niego odpędzić. Wiedział jednak doskonale, że bez względu na to, jak potoczyłyby się ich losy i z czym przyszłoby się im jeszcze zmierzyć, Kendall nigdy nie zmieniłaby swoich przyzwyczajeń. Alec skończyłby jak Liam Argent – obdarty z godności, zbrukany, wyniszczony. Kendall nosiła w sobie niezmierzone pokłady złej mocy, która jak syreni śpiew wodziła i pożerała kawałek po kawałku, tak, że nawet gdyby Alec naprawdę znaczył dla kobiety więcej niż były mąż (a wiedział, że tak było), ta moc dalej by istniała i profanowała ich miłość – tak jak robak dojrzały, pachnący owoc.
— Trzeci został skazany – powiedziała, zdejmując szakalą maskę. Aleka przeszedł dreszcz, kiedy poczuł jej ogniste, okrutne spojrzenie. – Kto jest następny?
— Anthony Walker. To mieszaniec, z rodziny elfickiej.
Kendall zmrużyła gniewnie oczy, tak jak za każdym poprzednim razem, kiedy Alec wspominał o mieszańcach.
— Tony Walker został zamknięty przez rodzinę Potterów w zakładzie psychiatrycznym. Mamy tam swoich ludzi, którzy mogą sprowadzić go do nas w każdej chwili. On nie będzie problemem.
— A co z Piątą?  Z Primrose? Czy ją także czeka śmierć?
— Śmierć czeka wszystkich z nich. To nasze zadanie.
W rzeczy samej tak było. Jakkolwiek Alec uwielbiał oszukiwać swoje ofiary i przekonywać je, że przejście na stronę Czarnego Pana jako jedyne może uchronić je przed śmiercią, to tak naprawdę doskonale wiedział, że jedynie wydobywa z nich największe zło przed straceniem, niszczy piękne dusze tuż przed ich uwolnieniem na wolność.
— A co będzie potem, Alec? – szepnęła Kendall, tak jakby czytała w jego myślach. – Czy po tym wszystkim my będziemy wolni?
Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Lubił wspominać czasy swojej niewinności, czasy, kiedy nie należał do nikogo i nikomu nie podlegał, kiedy żył beztrosko jako mały chłopiec. Nie miał pojęcia, czy po wszystkim, co go spotkało, mógłby tak po prostu wrócić do początku.

„[Alec] Wyruszył pewnego wieczoru na spacer razem ze swoimi kolegami z rodzin czarodziejskich, na które Masonowie mogli wpływać. Koledzy wrócili do domów przed zmierzchem, Alexander – nie. Chłopca szukano przez następne dwa dni, zanim wrócił do domu zupełnie odmieniony. Zniknęła charakterystyczna dla niego pogoda ducha i rozmowność, a Alexander stał się posępny, tajemniczy i bardzo zatroskany.
Trzy dni po jego powrocie do domu, do drzwi zapukał nieznany rodzinie mężczyzna, który przedstawił się jako Todd Angelo.”
(Urodziny „Mojej Dziewczyny”)

Alexander Mason początkowo nosił nazwisko Travers. Dopiero na chrzcie majętni krewni matki zezwolili na noszenie przez chłopca nazwiska ojca. To zabawne, że kiedy Alec dorósł, wrócił do korzeni i znowu prosił o zwracanie się do niego Travers – tak, jakby to zostało mu przeznaczone. Chłopak dorastał na wsi w Irlandii, otoczonej obłokiem seledynowych lasów i szmaragdowymi jeziorami o krystalicznej, wiecznie czystej wodzie. Alec godzinami spacerował po okolicy. Szwendał się po lasach i polanach, pływał w jeziorach i ścigał się z owcami na pastwiskach. Marzył o tym, żeby natknąć się kiedyś na leprechauna ze dzbanem złota, albo na pomarszczonego druida z wierzbową laską. Państwo Masonowie nie byli w stanie upilnować syna ani zmusić go do siedzenia w domu, nawet przy najgorszej pogodzie. Chłopca wszędzie było pełno. Wszyscy sąsiedzi go kochali. Każdy zauważał, na jakiego przystojnego i dobrze zbudowanego chłopca powoli wyrasta.

„Odkryliśmy[Jo i Isaac], że drugi patronat zawiązano w Irlandii, w czarodziejskiej dzielnicy Dublinu, w lasach należących do dość rozległych majątków tamtejszej arystokracji. Miało to miejsce gdzieś około roku sześćdziesiątego, czyli mniej więcej w tym samym czasie, kiedy matka Jo przekazała medalion twojemu ojcu, Lily. (…)
― Członkowie tego pomylonego stowarzyszenia, szkalującego wilkołaki, półelfy, gobliny, półolbrzymy i zmiennokształtnych pewnie też, mieliby tworzyć Patronat? No nie wiem...
― Och, nie Sekta Lycan – zniecierpliwiła się Luthien. – Mieszańce. A dokładniej – wilkołaki.
Zapanowało milczenie. Jo aż cofnęła głowę, porażona tą wiadomością.
― Wataha wilkołaków założyła drugi patronat? – wykrztusiła.
Isaac pokiwał głową melancholijnie.
― I to nie byle jaka wataha. Patronem jest sam Fenrir Greyback.”
(Zmiany i układy)

Alec pamiętał tę noc, choć niezbyt dobrze. Kiedy ktoś prosił go o opisanie, jak to wszystko wyglądało, Alec najczęściej przyłapywał się na tym, że parafrazuje zasłyszane słowa obcych, zamiast układać zdania na podstawie obrazów we własnej głowie. Posiadał pewne wyobrażenie, ale z perspektywy czasu nie wiedział, ile było w niej prawdy, a ile zasłyszanych informacji, które zapamiętał i podstawił na miejsce zaników pamięci.
To nie tak, że Alec znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie. Kiedyś tak myślał. Obwiniał się o to, że był taki niepokorny, taki nieułożony. Gdyby nie włóczył się godzinami po lesie bez opieki, gdyby wykorzystał bujną wyobraźnię do celów bardziej produktywnych – może to wszystko nigdy by się nie wydarzyło.
Ale Alec nie znał wtedy jeszcze Greybacka. Nie zdawał sobie sprawy, że u niego nie ma przypadków. Dziadek chłopaka przekazał olbrzymią dotację dla projektu mającego na celu zamknięcie mieszańców w specjalnych rezerwatach. Specjalnie powołana organizacja z Ministerstwa szkalowała Greybacka i jego ludzi, jego przemienionych… jego watahę. Greyback, atakując Aleka, nie tylko mścił się na Traversach, ale przede wszystkim zabezpieczał swoją przyszłość – wiedział, że od tej pory wszelka forma przemocy wymierzona w jego kierunku, dotknęłaby także dziedzica Traversów. A ta perspektywa skutecznie przekonała ich do odwrotu i zostawienia watahy w spokoju.
Pomimo tego, co starano się wmówić jego rodzinie, Greyback nigdy nie przemienił go w wilkołaka. Nawet nie zbliżył się do niego podczas pełni. Wykorzystał go jak królika doświadczalnego w czarnomagicznym eksperymencie – czyli zrobił dokładnie to, co następnie jego przeciwnicy, tak zwani „obrońcy czarodziejów”:


„Todd opowiedział im [Masonom z Traversów] o swoich autorskich badaniach nad lekarstwem na likantropię, bazowanej na płynnym akonicie, który w środowisku czarodziejskim uznawany był za niebezpieczny narkotyk. Wieloletnie badania dowiodły, że tojad ma działanie zgoła inne na mieszańców i że nie jest w ich przypadku tak inwazyjny. Zdesperowani państwo Mason wyrazili zgodę na udział Alexandra w eksperymencie i oddali syna na dwa miesiące do opieki panu Angelo, wypłacając mu niezłą sumkę, byle tylko zapewnił im odpowiednią dyskrecję. Do ostatniego dnia łudzili się, że panu Angelo uda się wyleczyć ich syna z wilkołactwa i że brudna krew nie splami wizerunku czcigodnej rodziny z Dublinu.
Pan Angelo powrócił z Alexandrem, informując rodzinę, że cały projekt powiódł się bez zarzutów i że chłopiec przeszedł pomyślnie – choć nie bez bólu – obie pełnie. Pijana ze szczęścia pani Mason wypłaciła jegomościowi następną godziwą sumkę, po czym rozstali się w zgodzie, szacunku i przysiędze zachowania milczenia.
A potem z Alexandrem zaczęły dziać się okropne rzeczy.”
(Urodziny „Mojej Dziewczyny”)

Sekta Lycan działała wówczas legalnie, na zlecenie ministerstwa. Jej szeregi zasilało wówczas wielu wybitnych czarodziejów – jedni z nich, jak Llayl Lupin czy Jules Overstret, ścigali likantropów i siłą zmuszali ich do poddania się leczeniu, inni – jak sam Angelo oraz genialny alchemik, Democles Belby[i], szukali panaceum na „zanieczyszczenie krwi” czarodziejskiej. Ci piersi nazywali się łowcami, ci drudzy – uzdrowicielami. Tak naprawdę i jedni, i drudzy, byli zbrodniarzami.
W przeciwieństwie do nocy, kiedy spotkał Greybacka, umysł Aleka nie odrzucił kolejnej traumy, jaką był pobyt w piwnicach organizacji, w tak zwanych „lycankach”.  Pamiętał niekończące się krzyki, i ból, i mdłości, i nienawiść, pogardę, nieważenie jego godności, flebotomię jego krwi, w poszukiwaniu brudu. Pamiętał też tojad – jego obrzydliwy smak, duszący zapach, halucynacje, jakie widział pod jego wpływem. Tojad zmieniał go fizycznie, co uzdrowiciele uważali za postępy kuracji, ale przede wszystkim – oddziaływał na jego psychikę.
Czerpiąc wzorzec z członków Lycanki, dominującym uczuciem w życiu Aleka stała się nienawiść – nienawiść, oraz powiązana z nią wzgarda, fanatyzm krwi, obsesja. Chłopiec zauważał, że popada w paranoję – że przemienia się w zwierzę, które uzdrowiciele starali się z niego wypędzić.
Pewnego dnia stary Todd Angelo pokazał kolego z pracy zdjęcie swojej nowonarodzonej córeczki, Colette. Alec pomyślał wtedy, że chciałby, aby Colette spotkało coś złego. Chciałby, żeby całą rodzinę Todda dotknęło jakieś nieszczęście. Już wtedy obiecał sobie, że jeśli tylko wydostanie się z lycanek, nauczy się czarnej magii do tego stopnia, by zetrzeć z powierzchni ziemi wszystkich Angelów i spowinowaconych.
Wilkołaki, które wyłapywali łowcy, dość szybko umierały podczas leczenia akonitem. Alec zachowywał zdrowie najdłużej ze wszystkich kuracjuszy. Todd już wtedy mówił, że on jest inny – że jest jakąś zmutowaną wersją likantropa. Wiele lat później Alec dowiedział się, że jego prześladowca się nie pomylił: Greyback panował nad nim, ale nie jako przywódca stada, „ojciec”-wilk. On stał się jego Patronem, a Alec zasilił grupę zmiennokształtnych. Klątwę tą opracowano podczas wojny w Rosji, a Greybackowi udało się wykorzystać kopię zaklęcia. Tojad nie mógł więc ani go zabić, ani uratować. Niestety, i z tą wiedzą uzdrowiciele Lycanki nie daliby za wygraną.
Ratunek dla Aleka zjawił się niespodziewanie, kiedy do piwnic organizacji przybyła pewna kobieta, uzdrowicielka. Mówiła, że przybyła na kontrolę z ministerstwa, aby sprawdzić, czy organ powołany przez ministra przestrzega prawa i bezpieczeństwa pracy. Tak naprawdę przyszła spotkać się z jednym z członków Sekty, okrutnym mężczyzną ze spaloną skórą twarzy, którego nazwiska Alec nie pamiętał. Kobieta mieszkała u okrutnego mężczyzny przez pewien czas – usypiała jego czujność, chwaliła pracę uzdrowicieli i pomagała im przydzielać zalecaną dawkę akonitu. Zaoferowała się, że zajmie się Alekiem na wyłączność.
— Słyszałam, że masz na imię Alexander i zaatakował cię Fenrir Greyback – przedstawiła mu się pierwszej nocy. – Możesz mówić do mnie: ciociu Eileen.
Kobieta przy okrutnym mężczyźnie, Toddzie Angelo albo innym członku Lycanki, traktowała Aleka okrutnie. Wiedział on jednak, że to tylko gra. Kiedy uzdrowiciele wyrazili zgodę na to, aby „ciocia Eileen” przychodziła do chłopca sama, zdradziła mu swoje prawdziwe zamiary:
— Wyprowadzę cię stąd, Aleku – szeptała do jego ucha. – Wiem, że nie jesteś chory.
Eileen zamiast akonitu podawała mu Eliksir Słodkiego Snu, zamiast obrzydliwego kleiku, przynosiła do celi naleśniki i przaśny chleb. Ciocia Eileen podtrzymywała go na duchu tak długo, że wkrótce zaczął nazywać ją mamą.
Democles Belby po pewnym czasie wykonał kolejne badania i oświadczył, że terapia tojadowa zadziałała cuda. Alec został jedynym „wyleczonym” likantropem Sekty Lycan.

„— Zaproponowała ugodę. Mieliśmy [Masonowie] zostać przyjęci na dwór McDonaldów, a dokładniej przypadło nam kilka pokoi w ich paryskiej willi, oczywiście objętych niemałym czynszem i jeszcze większa listą zakazów i nakazów. Wcześniej to my panowaliśmy w całym Dublinie i wydzierżawialiśmy pobliskie dwory mniej czcigodnym rodzinom – a teraz my staliśmy się zależni od widzimisię rodzinki Rowle i spowinowaconych. Oczywiście, nie opłacało nam się to, a moi wygodni rodzice uznali taką ugodę za uniżającą dla arystokracji. Wtedy pojawił się pomysł z intercyzą.”
(Urodziny „Mojej Dziewczyny”)

Alec przez cały okres dojrzewania na dworze Todda Angelo, udawał, że „wujek Todd” jest jego dobrodziejem i „wyleczył mu krew”. Stał się towarzyszem zabaw Alicji, Georginy i Colette. Szybko zaskarbił sobie ich zaufanie, choć nigdy tak naprawdę nie porzucił planu powziętego jeszcze w lycankach: że nadejdzie dzień, kiedy zabije ich wszystkich.
Jeśli traumatyczne przeżycia w piwnicach Sekty Lycan oraz nieodwracalne psychologiczne następstwa przyjmowania tojadu diametralnie zmieniły osobowość Aleka, to dorastanie na dworze Rowle’ów jedynie te zmiany przypieczętowało. Chłopak dorastał w atmosferze hipokryzji, obłudy i fanatyzmu. Widział niesłychany dobrobyt arystokratycznego rody, wysłuchiwał mrzonek Todda Angelo o tym, że fortuna ta jest nagrodą za czystość i sam wzrastał w przekonaniu, że krew i urodzenie są największymi przymiotami czarodzieja. Potajemnie wczytywał się w zapiski Todda w jego starych dziennikach. Śledził w napięciu sprawozdań z wypraw na wilkołaki. Badał naukowe prace dotyczące tojadu, analizy krwi mieszańców, opracowań prastarych legend i podań o zmiennych. Lekturze towarzyszyły sprzeczne uczucia, od nienawiści i wzgardy, do fascynacji i pasji, targały jego duszą  zatrutym umysłem.
Alec prędko utracił dziecięcą ciekawość świata i otwarte usposobienie. Stał się purystą krwi, opętany obsesją i nienawiścią. Gardził mieszańcami, gardził szlamami, a najbardziej ze wszystkich – gardził Greybackiem. Lubił przed snem wyobrażać sobie śmierć starego wilkołaka w potwornych mękach. W porównaniu z nimi, Azkaban był igraszką.
Wbrew opiniom uzdrowicieli i biegłych, czuł, że kuracja tojadowa nie zakończyła się sukcesem, że Greyback zbrukał mu czystą krew na zawsze. Nienawidził więc po części także samego siebie – chciał zabić drzemiącą w swoim ciele bestię, wrócić do czystości, w jakiej został zrodzony, choćby za cenę powrotu do lycanek.
Równie sprzecznymi emocjami Alec pałał do samego doktora Angelo. Oczywiście nie porzucał planu zabicia go z całą jego bogatą rodzinką w niedalekiej przyszłości. Obok nienawiści w jego sercu wyrósł jednak szacunek i podziw do swojego dawnego prześladowcy. Przełomowe badania i doktryny, którymi zajmował się Angelo, inspirowały Aleka. Doktor w przeszłości może i był jego oprawcą i ciemiężycielem, ale stał się także mentorem i autorytetem.
Własna „choroba” stała się największą obsesją chłopaka. Godzinami przeglądał wyniki badań z okresu swej kuracji tojadowej, szukał wyjaśnień w kogo, jak nie w likantropa, został przemieniony. Czytywał też akta Greybacka i złapanych przez Sektę członków jego watahy – niestety, odnosił wrażenie, że owy rekonesans i prywatne śledztwo oddalają, a nie zbliżają, go w kierunku prawdy.
Nowe zainteresowania i zajęcia Aleka przekuły się następnie w zagłębianie tajnik czarnej magii, fascynację początkową osobą Grindelwalda, a potem – Lorda Voldemorta. Młodzieniec wyrósł na największego fanatyka krwi obcującego na dworze Rowle’ów. Przestał używać nazwiska ojca niskiego rodu i nalegał, by inni zwracali się do niego herbem, per Travers.
W miarę jak przybywało mu lat, a czystokrwista obsesja się nasilała, tym więcej hipokryzji dostrzegał wśród arystokracji czarodziejskiej.
Żyją oni z fortuny-pomników swojej czystości, chlubią się pochodzeniem, ale tak naprawdę krew się dla nich nie liczy, myślał. Oni tego nie rozumieją. Zbudowali swój świat na pieniądzu, bankietach i durnowatych obyczajach. Wyżej od utrzymania czystości cenią sobie zachowanie tradycji, rozrzutność i zepsucie”.
Alec podobne cechy zauważał u innych rodzin czystej krwi wysokiego rodu, które bardzo często gościły u Rowle’ów. Obrzydzały go ich tematy rozmów – całe te dożywocia, testamenty, kotyliony i posagi, i ciągła zabawa”.
Zapita, durna „szlachta”, przeklinał ich w myślach. Jak mogą nazywać się obrońcami czystości, skoro nawet nie rozumieją na czym a czystość polega. Przeszkadza im Mugolak na wysokim stanowisku ministerstwie kiedy blokuje im drogę do awansu. Ale ten sam Mugolak nie byłby już taki zły, jeśli przybyłby na bankiet z domową malinówką, albo gdyby wyłożył na stolik do pokera trochę galeonów.
Nick McDonald mógł ożenić się z mieszańcem, bo Nassowie posiadali piękne ziemie w Lyonie i przy Rodanie, a Elizabeth była piękną wilą. Sylvie Bonnet może sypiać z mugolem, bo jej brat dostał potem udziały w jego kasynie. A Alicja musi zmienić obiekt zainteresowań miłosnych z Franka Longbottoma, bo jego rodzina nie należy do dziesięciu najbogatszych w kraju. Nikogo nie obchodzi, że krew Longbottomów jest nieskalana od wielu pokoleń.
Najbardziej Alec nie mógł przeboleć własnego położenia. Dlaczego Rowle’owie spali na złocie w nagrodę za czystą krew, skoro swojej czystości w ogóle nie mieli w poważaniu, a jedynie się nią zasłaniali i usprawiedliwiali? I dlaczego on, Alec, musiał im służyć, skoro sam był czystej krwi i zginąłby bez wahania w jej obronie?
Gdyby arystokracji odebrano majątki i przekazano rodzinom, które naprawdę zasługują na „nagrodę za czystość”, Nowa Wojna by się zakończyła. Arystokrację nic nie interesuje, a śmierciożercy giną w imię sprawy, normalności i sprawiedliwości.
Krótko po ukończeniu szkoły, Travers zdecydował się dołączyć do Czarnego Pana. W przeciwieństwie do swoich rówieśników, w osobach śmierciożerców nie dostrzegał zbrodniarzy i szaleńców, a raczej bratnie dusze, nonkonformistów, ludzi prawdy. Poplecznicy Czarnego Pana myśleli podobnie jak on i byli na tyle dzielni, aby zbuntować się przeciwko mugolizacji, zdradzie krwi, degeneracji szlachetnej rasy czarodziejów.
Ze strony Czarnego Pana Alec otrzymał nie tylko przychylność i zrozumienie czy też otrzymał misję, która nadała sens jego życiu – u Pana poznał on nareszcie odpowiedzi.

„— Todd Angelo – przeczytał na głos Alec i sięgnął po jego akta, zgodnie z prognozą Di. – Te akta pewnie się jeszcze kiedyś przydadzą, lepiej je zatrzymaj. Gość nie pożyje długo na tym świecie, a ma… wielu wrogów.
— Czy ty właśnie powiedziałeś przed kryminologiem, że zamierzasz zabić arystokratę? – prychnęła.
Wyciągnęła teraz akta opatrzone nazwiskiem Alexander Mason i herbem rodowym Traversów. Przekartkowała stronę z jego zdjęciem i zerknęła zgodnie z jego radą na rubrykę „Znaki szczególne”. Pusto.
Alec uśmiechnął się pod nosem. Pomógł jej złożyć akta z powrotem do torby, równocześnie wyjaśniając, o co chodziło z tym całym „tyfonem”:
— Kiedy dorwali mnie członkowie Sekty, nazwali mnie tyfonicznym stworem. Wytatuowałem więc sobie tyfona, a raczej jego egipskie wyobrażenie, żeby nigdy o tym nie zapomnieć.
— Takie trzymanie w swoim sercu złości nie wyjdzie ci na dobre – odparowała, przyglądając się ciekawie jego tatuażowi. – Tyfoniczny stwór? W tym roku dostaje dyplom z kryminologii, a nie demonologii.
Uśmiechnął się.
- Tak Egipcjanie wyobrażali sobie swojego boga chaosu, ciemności, burz i wszystkiego, co demoniczne. Według Sekty, wyglądałem inaczej niż zwykły likantrop. Todd Angelo, który przepadał za mitologią, a szczególnie za śladami w niej „hybrydowych anomalii”, nadał mi to przezwisko. Tyfoniczny stwór – tyfon – jak ten potwór u Greków. Według nich miał ciało psa, trójkątne uszy i zakrzywioną głowę szakala.
Szakal.”
(Furia)

Poznanie sensu eksperymentu Greybacka i zrozumienie, na czy polega czarnomagiczny Patronat, zainspirowały Aleka do utworzenia swojego Legionu – Legionu Szakala. Z własnego doświadczenia wiedział, że to nie w urodzonych czarnoksiężnikach, lecz w bękartach krwi, w mieszańcach, w biedocie i plebsie, kryje się największy potencjał, najwięcej złości – czyli najlepszej amunicji wojennej.
Arystokracja ma w głębokim poważaniu nasze wojny. Apolitycznych czarodziejów też nic nie interesuje To jedynie podchody aurorów i niepokój Mugolaków. Nie nastąpią żadne zmiany, jeśli nasze zmagania nie zwiększą swojego zasięgu… jeśli nie wybuchnie rewolucja.
Plany i wizje Aleka uzyskały aprobatę Pana. Dostał on wolną rękę, nieograniczone zaufanie i wiarę, a także paru śmierciożerców do pomocy. Jedną z nich była Kendall.


— Świat czarodziejów nienawidzi mieszańców, a jeszcze bardziej się ich boi – mówił na początku swojej znajomości z Kendall. – Jeśli uda nam się zbudować oddziały mieszańców i pozyskać ich do naszej sprawy, to armia Dumbledore’a nie ma szans. Część z nich dysponuje mocą, o której czarodzieje mogą jedynie pomarzyć.
— Ludzie Naszego Pana opowiadali mi o tobie i twoim Legionie… to dosyć specyficzne podejście… śmieją się, że prowadzisz mieszańców i charłaków w drodze na szubienicę.
Alec szczerze roześmiał się na te słowa.
— Jestem wizjonerem – wyjaśnił. – Czarnemu Panu podobają się moje wizje. Dowodzę cywilami, których zadaniem jest po prostu siać terror. Nie są oni nam na dłuższą metę potrzebni, ale swoimi działaniami dzielą czarodziejów i uświadamiają im potrzebę zmian. Nasza wojna, Kendall – zaakcentował jej imię z paryskim akcentem – to coś więcej niż wymachiwanie różdżkami przywódców dobra i zła. To robił już Grindelwald. Czarny Pan nie chce bezsensownych pojedynków. Czarny Pan pragnie rewolucji.
— Nie tak to widzę – zaparła się. – Wszyscy działamy, aby oczyścić krew. Chcemy powrotu do tradycji i czystości, jaką zachowały najznamienitsze rody – jak Blackowie, Rosierowie czy Rowle’owie. Musimy ukrucć mieszanie krwi i nasilającą się liczbę Mugolaków. Jesteś u nas nowy… -dotknęła jego ramienia – może nie rozumiesz jeszcze, że mieszańców należy tępić, a nie – nimi kierować.
Alec pokręcił głową.
— Myślisz zbyt schematycznie. Tak się składa, że wychowywałem się na dworze Rowle’ów. Widziałem ich bogactwa i dostatek, i rzekomy fanatyzm czystości… poznałem też Blacków, i Greengrassów, sam jestem też z Traversów. Sprawy mają się zupełnie inaczej. Patriarchowie rodów wydziedziczają tych, którzy ich obrazili, a przywracają zdrajców – tych, co zmieszali krew ze szlamami albo mieszańcami – z wilami, z elfami, nawet olbrzymami czy wilkołakami. Ukochanym arystokratą jest chociażby Nick McDonald, którego żona pochodzi z lasu – bo nie jest nawet prawdziwą czarownicą! Z kolei takie rodziny jak Chamberlainowie czy Shafiqowie – albo jak moja rodzina! – utraciliśmy cały swój majątek, chociaż nie ma wśród żadnej szlamy! Nie sądzisz, że za tak obrzydliwą hipokryzję powinno odebrać się im fortuny i porozdawać tym czarodziejom, dla których czysoć naprawdę się liczy?
Kendall roześmiała się szczerze.
— Więc myślisz o czystokrwistej utopii? W której my wszyscy, czyści, będziemy żyli w dostatku ze skonfiskowanych pieniędzy zdrajców?
— Cóż, a dlaczego nie, Kendall? Skąd, twoim zdaniem, bierze się pomysł mieszania krwi z mugolami? Czarodzieje pozwolili sobie wmówić, że sami sobie nie poradzimy – że nasz gatunek wymrze. Ministerstwo szerzy dyrdymały o tym, że jesteśmy uzależnieni od mugoli – tak jakby oni byli od nas lepsi, kiedy jest na odwrót! Dlaczego musimy wstydzić się tego, kim jesteśmy, ukrywać przed nimi, chronić ich przed niebezpieczeństwami i w końcu – się z nimi mieszać? Jaki to ma sens, Kendall? To mugole – jako rasa ułomna – powinni podporządkować się nam. Wszyscy czarodzieje powinni żyć w dostatku i czystości, i gardzić mugolami – bo oni wcale nie ratują naszej rasy – oni nas zwalczają.
— To brzmi bardzo pięknie, ale wyzywając innych od zdrajców i hipokrytów, chyba zapominasz w tym wszystkim o sobie! Sam jesteś mieszańcem Greybacka i wśród swoich szukasz jakiś bojarów. Co zrobisz z nimi na koniec wojny, co? Jak możesz budować czystokrwistą utopię na brudnej, zbrukanej krwi? Czy ich też chcesz nagrodzić i nadać im wielkie majątki? Chcesz zrobić z nich nowych panów nad mugolami?
— Oczywiście, że nie – wzdrygnął się. – Moją przypadłość da się w całości wyleczyć – i poddam się leczeniu, kiedy już przestanę dowodzić zmiennymi. A co do mieszańców, którzy na zawsze pozostaną mieszańcami – wzruszył ramionami. – Trzeba będzie ich zabić, tak jak wszystkich charłaków, z których potem biorą się Mugolaki. Wykonają swoją pracę dla Sprawy – i dla tej Sprawy też zginą. Nie ma wojny bez ofiar, Kendall.
— Więc masz zamiar się nimi wysłużyć, a potem wszystkich pozabijać.
Alec uśmiechnął się słodko.
— W pierwszy dzień naszego zwycięstwa na ulicach wodospadami spływać będzie brudna krew. I w tej krwi ochrzcimy się wszyscy, żeby raz na zawsze oczyścić naszą rasę.


Charyzma Aleka zapewniła mu wielu naśladowców i popleczników. W końcu i Kendall przekonała się do utopijnej wizji przeorganizowanego świata magicznego. Dla Aleka Kendall wywróciła całe swoje życie do góry nogami. Wyszła za młodego aurora Argenta, by móc śledzić poczynania dywersyjne ministerstwa. Uciekła z rodzinnego domu, posługując się od tej pory pseudonimem. W końcu, rzuciła pracę i zerwała wszystkie dotychczasowe znajomości, aby przejąć obowiązki Traversa w dowodzeniu Legionem.
— Nasz Pan powierzył mi wyjątkowe zadanie, Kendall – powiedział jej wtedy. – Muszę skupić się na nim całkowicie. Oczywiście dalej będę kierował Legionem, ale z powodu braku czasu pragnę zostawić po sobie zaufanego Namiestnika, a tobie powierzyłbym i własne życie, najdroższa.
— Jaki to rodzaj misji?
Alec ucieszył się bardzo na to pytanie.
— W Alpach Delfinackich żyją ostatni przedstawiciele bardzo starego gatunku mieszańców. Czarodzije wytępili ich niemalże całkowicie podczas Globalnej Wojny, ale pamięć o nich przerwała w legendach.
Kendall zmarszczyła czoło.
— Chcesz pozyskać ich do Legionu?
Alec roześmiał się na to.
— To niewykonalne, kochanie. Elfy żyją za bardzo na skraju tego świata, aby ingerować w czarodziejskie wojny czy naszą ideologię. Są jednak użyteczne – podkreślił to słowo – jeśli potrafi się z nimi rozmawiać. Posiadają one Dar widzenia przyszłości – jeszcze bardziej rozwinięty niż zdolności centaurów. Na początku wojny jedna z elfek rodu Ilsuri, Brooke I, wypowiedziała proroctwo o końcu naszego Pana:

„― Tak – potwierdził [Isaac]. – O to mniej więcej tam chodzi. Przepowiednia mówi o kresie, który pojawi się z Siedmiu.
― Właściwie to to proroctwo, jak wszystkie inne przepowiednie, jest strasznie (…) chaotycznie sformułowane… - wtrąciła Jo. – Miało pojawić się siedmioro niedorosłych nowicjuszy w Patronacie Monroe’ – to przynajmniej była preambuła całego elfickiego poematu. Potem zaczęły się opowieści o jakiś tam żywotach i rozterkach Czarnego Pana, a dopiero w ostatniej zwrotce napomniano cokolwiek o jego końcu. W każdym razie, przyjść on miał ze strony jakiegoś mieszańca. (…) Tam nie powiedziano wprost: mieszaniec, tylko użyto elfickiego słowa, które oznaczało hybrydę, skrzyżowanie czegoś, a potem dodano jeszcze określnie: przeklęty. Czarny Pan dodał dwa do dwóch, połączył początek przepowiedni z jej zakończeniem i wysnuł teorię, co do tego, że kres przyniesie mu jakiś nowicjusz w Patronacie, ktoś z Siedmiorga niedorosłych. Kilka tygodni po wygłoszeniu tej przepowiedni zdarzył się incydent z przemienieniem naszej paczki. (…)
— W jaki sposób ten cały „Siódmy” miał zniszczyć Voldemorta? – (…)
― Konstruując jakąś broń – odpowiedział Isaac rzeczowo. Lily zmarszczyła czoło.
― Broń?
― Ta osoba – którą on nazwał „zdrajcą”, bo uznał, że będzie wychodzić z jego szeregów – miała skonstruować jakąś broń przeciw niemu... stanąć po drugiej stronie jego własnej potęgi, sięgnąć po magię, jaka nie jest mu znana... proroctwa nie są co do tego spójne.
― W każdym razie Czarny Pan wolał wiedzieć, kto mu zagraża... – wtrąciła się Jo. –  Postanowił przeciągnąć nas na swoją stronę – przyjrzeć się rodzajowi magii, którą dysponujemy i której ponoć on nie posiada, uzależnić nas od siebie i - w razie konieczności – unicestwić. Wolał wiedzieć, z czym przyjdzie mu się zmierzyć, bo lepszy stary, poznany wróg niż nowy i zgoła nieokiełznany, nie uważasz?”
(Prawdziwe Kolory)

— Jeden z Siedmiorga mieszańców – teoretycznie każdy z nich nosi w sobie potencjał, by nim zostać – posiądzie broń, moc pokonania Czarnego Pana. Ten Jedyny będzie pochodzić z patronatu założonego przez Monroe’a – to znaczy, że ja odpadam, bo pochodzę od Greybacka, nieważne, że bazował on na zaklęciu Prewetta i Monroe’a. Ten mieszaniec upadnie – będzie w naszych szeregach – ale zdradzi Pana, konstruując broń z jakieś magii, jaka nie jest nam znana.
Kendall zadumała się na tym. Trudno jej było wyobrazić sobie zaklęcie, które znałby jakiś mieszaniec i zagiął ni Pana. Alec uśmiechnął się bezbarwnie.
— Mnie przypadł zaszczyt wytropienia całej Siódemki, przeciągnięcia ich na naszą stronę – tak jak jest w proroctwie, lepiej nie lekceważyć szczegółów u elfów – a potem… oczywiście jeśli przekonamy się, że mieszaniec nie skrywa ani broni, ani tajemnej wiedzy, która mogłaby przydać się Panu…
— …a potem go zabijemy – dokończyła. – Zabijemy ich wszystkich.
Alec roześmiał się z ekscytacją.
Tak… i wtedy, Kendall, z chwilą śmierci Siódmego, zlikwidujemy ostatnie zagrożenie czyhające na naszego Pana. Wygramy wojnę. Rewolucja dobiegnie końca. A my… obudzimy się w zupełnie innym świecie. Wolnym świecie.

Polowanie na Siedmioro, choć stało się priorytetem Aleka, wcale nie skradło mu znowuż tak wiele czasu. Kiedy chłopak zabrał si do pracy, Pierwsza już poległa, a Drugi znajdował się w jego Legionie Alec prowokował wydarzenia i podsuwał Deanowi Walkerowi pomysły, które pod koniec roku siedemdziesiątego czwartego sprowadziły nań śmierć. Szakal pozyskał też prędko do Legionów Isaaka, Tony’ego i Primrose – najwierniejszą Czarnemu Panu z dotychczasowych upadłych. Chłopak zadowolił się wynikiem polowania i tropienie pozostałej dwójki z Siedmiorga zostawił przyszłości.
Dzisiaj obydwoje, Alec i Kendall, celebrowali skazanie Trzeciego na śmierć. Każdy zgon przybliżał ich do upragnionego celu.
— Sedno w tym, Kendall, że dzisiaj świętujemy trzy rzeczy: po pierwsze, zlikwidowanie Trzeciego. Po drugie: oczyszczenie mojej krwi. I po trzecie: przypieczętowanie misji, którą powierzył mi Pan. To początek końca wojny. To początek naszego zwycięstwa.

#33
20 godzin później
Niedziela, dzień po pełni
„― Pamiętaj o tym [Jo], że ktoś cały czas miesza nam w szykach. Już raz mieliśmy zamieszanie z Blanchardem, zamieszanie z listami, zamieszanie z jeżdżeniem do Surrey – wysłał jej [Isaac] wymowne spojrzenie. – Lepiej, żebyś oddała komuś część swoich… zadań. I nie! To nie twoja wina, nawet się nie tłumacz – jak już mówiłem, mamy jakiegoś wroga, który próbuje zniweczyć nasze plany i najlepiej, żebyśmy byli przygotowani na każdą ewentualność.
― Dowiedziałeś się coś na ten temat? – odezwała się Lily, zanim Jo zdążyła jakoś to zripostować. Oczy Isaaka zaszły mgłą, a źrenicy jakby zmętniały, jak gdyby zapadały się do środka głowy w poszukiwaniu odpowiedzi.
― Owszem – rzekł z wahaniem. – Ja i Luthien (― Zaczyna się bosko – wtrąciła Jo) odbiliśmy symbol drugiego patronatu z tej komory – wskazał głową na wyżłobienie w zboczu za ich plecami – i udało nam się odczytać ten run, porównać go z innymi i dotrzeć w końcu do miejsca, gdzie wypalono go po raz pierwszy. Odkryliśmy, że drugi patronat zawiązano w Irlandii, w czarodziejskiej dzielnicy Dublinu, w lasach należących do dość rozległych majątków tamtejszej arystokracji. Miało to miejsce gdzieś około roku sześćdziesiątego, czyli mniej więcej w tym samym czasie, kiedy matka Jo przekazała medalion twojemu ojcu, Lily.”
(Zmiany i układy)

— Wybacz, Alec – powiedziała następnego dnia, w niedzielne popołudnie Kendall, kiedy obydwoje przechadzali się po opustoszałych ulicach Hogsmeade. – Wczoraj wszystko mi tłumaczyłeś, ale wypiłam chyba trochę za dużo wina. Mógłbyś jeszcze raz wyjaśnić mi cały twój plan, zanim dojdziemy do Noela Bonneta?
Alec uśmiechnął się ciepło, po czym nachylił się i pocałował dziewczynę w kącik ust.
— Dobre nowiny mógłbym powtarzać ci w nieskończoność, kochanie.

„Wtajemniczenie ją [Lily] do całego sekretu miało miejsce zaledwie pięć dni temu, a w między czasie zdarzyło się tak wiele, że Lily właściwie nie miała chwili, żeby wszystko spokojnie przeanalizować i poukładać. Wiedziała, że wiele lat temu ojciec Jo i Isaaka utworzyli nielegalne zaklęcie i ukryli je w Medalionie Prewettów, ochronnym talizmanie elifckiej roboty, które posiadało właściwość wchłaniania wszystkiego, co mogło go wzmocnić. Matka Jo, nie wiedząc, że medalion został sprofanowany czarną magią, przekazała go swojemu kochankowi, ojcu Lily, potem medalion trafił do jej matki, Mary, która przed śmiercią przekazała go córce, ale ona odrzuciła ten prezent. Następnie Jo wysłała do niej dla żartu atrapę medalionu zakupionego na targu w Leningradzie, przeszedł on z rąk do rąk do Lily, a po drodze ktoś podmienił go na oryginalny medalion, ten, który nosiła Mary Evans. W tym samym czasie Trevor rozpoczął poszukiwania oddanego medalionu, a kiedy okazało się, że przepadł on bez śladu, zwrócił się do byłej żony po elficką kopię i z niej stworzył swój drugi patronat, do którego należeli jej znajomi. We wtorek, bo po jej urodzinach, Isaac i Jo zabrali ją do domu Shelby Monroe w Alpach Delfinackich, gdzie Isaac dołączył ją do trzeciego patronatu, wykonanego z kolejnej kopii. Niszcząc oryginalny medalion, przy okazji dokonają destrukcji wszystkich elfickich kopii, dlatego właśnie byli na zwycięskiej pozycji.”
(Zmiany i układy)

— Kiedy dołączyłem do Czarnego Pana, ponad wszystko pragnąłem wyleczyć swoją krew z choroby zmiennokształtności. Dzięki Przepowiedni o Siedmiorgu i temu, że wśród jego szeregów znalazł się Trevor Monroe, Dean Walker czy sam Fenrir Greyback, Czarny Pan okazał się dość dobrze zorientowany w temacie patronatów. Wyjaśnił mi, że wiele lat temu, podczas Globalnej Wojny Czarodziejów, Trevor Monroe i Ignatius Prewett utworzyli w Durmstrangu zaklęcie jednorazowe – klątwę patronatu. Po wojnie i epoce Grindelwalda schowali ją do elfickiej roboty rodowego medalionu Prewettów i czekali na lepsze czasy anarchii i zamętu, w których mogliby reaktywować klątwę. Nad medalionem sprawowała pieczę Delilah Walker – sąsiadka Trevora i jedna z ostatnich elfek brytyjskich. Jej wnuczka Luthien odbywała u niej w tym czasie szkolenie z prastarej magii i w ramach zajęć wykonywała kopię elfickich medalionów – oczywiście razem z zaklęciami.

„― Pozwolę sobie zabrać głos – wtrąciła się Luthien, uśmiechając niegrzecznie. – To ja wykonywałam wszystkie kopie tego medalionu, na prośbę Shelby. Kiedy Trevor poprosił ją o pozyskanie jednej, dałam mu ją bez gadania. Teraz jednak jestem zaznajomiona z sytuacją, i nie mam zamiaru oddawać jej kolejnej kopii, no chyba, że wy zdecydujecie inaczej. Nie sądzę też, żeby ktokolwiek z rodziny elfickiej miałby wydać kopię Shelby czy samemu Trevorowi za moimi plecami. Ja i Stern… jeśli nie liczyć babci Walker, naszej ciotki, która niestety, znacznie ucierpiała w tym nieszczęsnym pożarze… jesteśmy ostatnimi elfami po brytyjskiej stronie. Ze strony francuskiej są jeszcze trzy elfki, które jednak są moimi kuzynkami i nie sadzę, że miałyby robić nam na złość.”
(Zmiany i układy)

— Musisz teraz uświadomić sobie, Kendall, bo to bardzo ważne, że nie ma jednego medalionu. Są kopie, które stanowią odbicie oryginału i my wszyscy powstaliśmy z kopii Luthien. Jednak każdy z nas podlega oryginałowi – oryginalny Patron jest w stanie podporządkować sobie Patronów kopii, czyli – przed moją ingerencją – Monroe mógłby podporządkować sobie Greybacka, oczywiście gdyby posiadał oryginał… który jest tutaj.
Alec błysnął uśmiechem, unosząc swój wełniany szalik. Staroświecki medalion błyszczał w zimowym słońcu, zawieszony na jego szyi.
— Niszcząc oryginalny medalion jesteśmy w stanie zniszczyć wszystkie kopie, ale też nad nimi panować. Ja mam oryginał – a Jo ma trzy kopie: drugą kopię Trevora, rozebraną przez Ministerstwo, którą wykradł dla niej nasz Rookwod; ma kopię, z której Isaac przemienił Lily Evans; i w końcu – ma kopię Greybacka, czyli tą, z której przemieniony zostałem ja.
— Krótko po dołączeniu do Pana udało mi się odzyskać kopię Greybacka – którą teraz ma Jo. Chciałem rozebrać ją, zniszczyć kopię zaklęcia patronatu i oczyścić swoją krew. Nie mogłem jednak tego zrobić – mógł tego dokonać tylko pan medalionu oryginalnego – wówczas Mary Oldisch, mugolka – albo pan naszej kopii – czyli Greyback, który przebywał w Azkabanie. W identycznej sytuacji byli Spadochroniarze – Isaac, Tony, Prim i Jo nie mogli zdjąć klątwy z ich kopii, bo – po pierwsze – kopia ta znajdowała się w Departamencie Tajemnic, po drugie – pan ich kopii, Trevor także siedział za kratkami. Podjąłem się więc identycznej misji, co oni – rozpocząłem poszukiwania oryginalnego medalionu na własną rękę. I, jak widzisz – udało mi się to.

„Ostatnia kropla wosku spadła na manuskrypt, a wyblakłe litery zaczęły przybierać przeróżne kolory, na marginesach odsłoniły się też cudowne inicjały i miniatury. Isaac wziął dokument gwałtownie do ręki i zabrał się za czytanie, chcąc pochłonąć całą jego treść, bez obawy, że zniknie ponownie. Jego oczy biegły po linijkach w niezwykłym tempie, a Jo szczerze wątpiła, że cokolwiek z tego zrozumiał, nie mogła jednak dowiedzieć się więcej, bo chłopak zamknął swój umysł.
— Co tam jest napisane? – pytała co chwila, jak podekscytowana, mała dziewczynka. Gdy zerkała chłopakowi przez ramię widziała tylko jakieś niezrozumiałe symbole, język, który rozumiał jedynie Monroe i Tony. Żaden z nich nie chciał jej jednak wtajemniczyć.(…)
— Myślisz, że lista właścicieli jest aktualna? – spytał Monroe.
Tony zamyślił się przez chwilę, po czym potaknął.
— Są nawet daty. Te kreski to miesiące,  a kropki dni, widzisz? – wskazał mu coś na manuskrypcie. –Kalendarz jest inny, ale go rozpoznaję. Mogę nawet się kogoś dopytać, czy to nie podróbka.
— Nie sądzę, żeby była – zaoponował Isaac. – (…) Wiemy, gdzie szukać. (…) Przed tym jak mój ojciec nas przemienił w zmiennokształtnych, zniknął na kilka dni, pamiętasz? – Jo potaknęła. – W przedmiocie, który gdzieś zaprzepaściła twoja matka, znajdywało się zaklęcie, które pomogłoby mu nie tylko dorobić sobie członków patronatu, ale też go poskładać i nim władać. Wydaje mi się, że skorzystał z duplikatu tej rzeczy, który zawierał jednak tylko to jedno zaklęcie… a w oryginale jest ich więcej.
— A więc są duplikaty? – zainteresowała się.
— Mnóstwo elfickich — zgodził się. – Możliwe, że moja matka jeden z takich mu dała - spojrzał jeszcze raz na pergamin. – Cóż, to powinno być łatwiejsze, niż można przypuszczać. Nie wiem dokładnie, czym to jest. Ale wiem, gdzie szukać.
— Czyli wiesz, gdzie znaleźć coś, co pomoże nam rozprawić się z twoim ojcem, tak? – wolała się upewnić. Monroe parsknął i kiwnął głową.
—Wiem, gdzie znajduje się oryginalny przedmiot, który twoja matka komuś oddała.
— Mamy adres – uściślił Tony. – A raczej wiemy, kto jest obecnym Panem tej rzeczy. To może być jakiś pseudonim, ale obstawiałbym raczej grę słów, bo obok nazwiska Evans, napisanego po angielsku, widzę wyraźnie znak kwiatu… to chyba konwalia, może tulipan… Albo lilia.(…)
— To nie zadziała – stwierdził Tony i wskazał kolejny symbol na manuskrypcie. – Małe komplikacje.
Isaac zrobił duże oczy i wyrwał pergamin z rąk chłopaka. Prewett ze szczerym zainteresowaniem przyglądała się poczynaniom Isaaka, który nagle zaczął głośno przeklinać. Tony zaśmiał się z satysfakcją.
— O co chodzi? - zainteresowała się dziewczyna.
— To linia dziedziczenia – szepnął jej na ucho elf. – Ktoś rzucił czar dekoncentrujący… Przedmiot nie przechodzi z zabójcy na zabójcę, tylko  w sposób podobny do różdżek – trzeba go dobrowolnie oddać…  
— Czyli nie mamy wyboru – podsumował Monroe. – Kimkolwiek jest kwiat od Evansów, w tej chwili musimy traktować ją jak kompletnie nietykalną.”
(Boże Narodzenie)

— Rozpocząłem moje poszukiwania w siedemdziesiątym czwartym, kiedy jeszcze na manuskrypcie elfickim widniało nazwisko Mary Oldisch. Myślałem, że linia dziedziczenia jest prosta – przechodzi z zabójcy na zabójcę, dlatego dopadłem ją w Stanach i zabiłem. Nie było to specjalnie trudne – ta kobieta nie była ani specjalnie mądra, ani władająca magią. Nie wiedziałem jednak, że medaliony – tak jak różdżki – mają inną linię dziedziczenia. Odebrałem Mary medalion i próbowałem go otworzyć – ale nie mogłem nad nim zapanować. To dlatego, że przed śmiercią Mary dobrowolnie zrzekła się medalionu na rzecz swojej córki, Lily.

„— Korzystając z okazji, chciałbym uświadomić ci jeszcze jedną rzecz… — mruknął Isaac, lekko marszcząc czoło. – Temat śmierci twojej matki jakoś napatoczył się nam kilka godzin temu, a teraz jest chyba idealny moment, żeby do niego wrócić… Bo jeśli ja i Jo się nie mylimy – i naprawdę jest tu ktoś, kto depcze nam po piętach i bezustannie wchodzi w szyki… to prawdopodobnie ma on naprawdę wiele na sumieniu — zrobił tu dramatyczna pauzę – a chodzi mi w tym momencie o to, że śmierć twojej matki mogła nie być… kwestią przypadku. Ktoś zamordował ją, żeby w ten sposób uzyskać panowanie nad medalionem. Ta osoba nie zdawała sobie sprawy – tak zresztą jak ja czy Jo – że medaliony mają inną linię dziedziczenia, tak jak zauważył Tony, analizując manuskrypt. Myślał, że morderstwo wystarczy, aby zapanować nad całą mocą medalionu.”
(Prawdziwe Kolory)

— Bardzo długo szukałem jakiegoś wytłumaczenia. Wściekałem się, że choć udało mi się zdobyć oryginalny, zaginiony Medalion Prewettów, to nie mam nad nim żadnej władzy. Prawdę poznałem dopiero rok później, od Tony’ego Walkera, Czwartego. Wlałem mu do gardła veritaserum w Madusleyu, gdzie opiekuje się nim moja mama. W tym samym czasie ponownie usłyszałem o kwiecie od Evansów – oczywiście już w poprawnej formie: Lily Evans. Opowiadał mi o niej jeden z naszych najwierniejszych współdziałaczy w imię Pana – Dorian Chamberlain, brat zdrajcy Finna. Twierdził, że usłyszał on przepowiednie od dziewczyny elfickiego pochodzenia, Mary McDonald, która tyczyła się końca Czarnego Pana. Mówiła ona o tym, że Lily razem z jakimś chłopakiem z jego rodziny skonstruuje broń – i znowu to samo wyrażenie – broń stojąca na magii, której nasz Pan nie zna. Zrozumiałem, że to nie przypadek – że obydwie przepowiednie: ta Mary i ta o Siedmiorgu łączą się ze sobą. Lily Evans była Panią oryginalnego medalionu – moją Siódmą, i w dodatku Moją Jedyną. Zrozumiałem, że muszę zgładzić właśnie ją – a wcześniej oczywiście doprowadzić do jej upadku i uczynić zmienną z patronatu Monroe’a, żeby spełniała wszystkie wymagania proroctwa – i wtedy zakończę swoją misję.

„— Byłam w szoku – wyznała Jo. – Po tym, jak przez tyle miesięcy uganialiśmy się za tym przeklętym ustrojstwem i wreszcie wpadliśmy na twój ślad, ktoś wyciął nam taki numer! Wysłałam do ciebie zwykły, stary medalion, który kupiłam na rynku w Leningradzie, żeby… no nie wiem, wprowadzić cię w temat. Zapakowałam go w list i oddałam Avery’emu, aby ten przekazał go Snape’owi, a on tobie. Poczta pantoflowa to beznadziejny środek przekazu, teraz już to wiem – ale nie mam pojęcia, jak mogło dojść do czegoś podobnego. Na litość boską! Medalion Prewettów, oryginalny medalion Prewettów, został wrzucony do koperty, a moje rosyjskie gówno przepadło bez śladu.
— Ktoś deptał nam po piętach – potaknął Isaac. – I podrzucił ten medalion, jawnie sobie z nas kpiąc. Właściwie wydaje mi się, że ta osoba cały czas wchodzi nam w szyki – że to ona stoi za zniknięciem Tony’ego i za wieloma innymi porażkami, jakie ponosimy chronicznie od początku tego roku szkolnego.”
(Prawdziwe Kolory)

— Jo Prewett na rozkaz Czarnego Pana przeniosła się do Hogwartu, by szkolić młodych uczniów na śmierciożerców. Ja w tym czasie robiłem dokładnie to samo jako nauczyciel w Beauxbatons. Jednemu ze swoich uczniów, Avery’emu, Jo powierzyła list z atrapą medalionu Prewettów, który miał być żartem dla Lily. Ja także włożyłem medalion do koperty i powierzyłem ją mojemu uczniowi. Ale – wbrew temu, co wydawało się Jo – ja wcale nie przekazałem im oryginalnego medalionu. Przypomnę ci, Kendall, że dysponowałem wówczas dwoma medalionami: oryginałem, który ukradłem Mary, oraz kopią Greybacka. Nie mogłem skorzystać z żadnego z nich, natomiast Lily Evans, jako pani oryginału, była zarazem panią mojej kopii. Wiedziałem, że Jo się nie zorientuje.

„Ona… co? Marlena zmarszczyła brwi. Chociaż z natury nie była wścibską istotką, teraz naprawdę Ślizgoni ją mieli – dziewczyna, dotychczas kompletnie zdruzgotana, pochylała się w jakieś dziwnej pozycji za drzewem, a cały jej umysł był zbyt zajęty przetwarzaniem kolejnych zdań i łączeniem ich w – poniekąd – logiczną całość, że kompletnie zignorował wszystko, co inne, na pierwszy rzut oka mniej interesujące.
A na drugi… cóż, śmiercionośny.
Potem Marlena pamiętała tylko, jak wielki, mrożący krew w żyłach cień, skrada się za nią.”
(Złudzenia i Konsekwencje)

„— Marlena została zmiennokształtną – wyszeptała [Lily]. Isaac pokiwał głową. – O mój Boże…
— To było niesamowite, nie uważasz? Kiedy spotkałem Marlenę McKinnon po raz pierwszy, natychmiast zorientowałem się, co jej dolega. Wiedziałem, że Jo nawaliła na całej linii, medalion zaczął wyciekać i cały nasz plan diabli wzięli. Na początku obawiałem się, że Marlena oberwała zaklęciem jednorazowym – klątwą Patronatu – które wyciekło z medalionu. Ale to nie miało sensu. Nie mogła nią zostać, bo nasz patronat zamknięto, a nie wystarczy oberwać zaklęciem, żeby automatycznie stać się Zmiennym – trzeba być jeszcze mianowanym. Mój ojciec gnił w Azkabanie i nie mógł tego zrobić. Pod jego nieobecność ja przejąłem część obowiązków Patrona, i teoretycznie mógłbym ją mianować, ale nie przypominałem sobie, żebym coś podobnego dokonał – uśmiechnął się łobuzersko.
Lily zamrugała bez zrozumienia i ruchem ręki poprosiła, żeby kontynuował:
 – Przypadek Marleny otworzył mi oczy. Ktoś depcze nam po piętach.
— Mówiłeś to już.
— Ale dopiero niedawno mnie olśniło – po tym, jak długo omawiałem cały rozwój wypadków z moją kuzynką, Luthien (Jo ziewnęła). Marlena wcale nie oberwała zaklęciem jednorazowym. Ona została członkinią innego Patronatu.
Ta rewelacja była nowością i dla Jo, która zakrztusiła się herbatniczkiem pani Shelby i ogarnęła Isaaka zszokowanym spojrzeniem.
— Gdzie?! — pisnęła. – Czy drugi Patron krąży po Hogwarcie?!
— Kiedy?! – dodała Lily. – Chyba nie w pierwszą noc roku szkolnego.
Isaac pokiwał głową z melancholijnym uśmiechem.
— To niezła zagadka, nie uważacie? Wydaje mi się, że pierwsza noc tego roku szkolnego to jedyny termin, który możemy brać pod uwagę. A co do osoby drugiego Patrona… To wydaje mi się, że jest to ta sama osoba, która podmieniła medalion Jo, który kupiła na rynku w Leningradzie z oryginalnym Medalionem Prewettów.”
(Prawdziwe Kolory)

— Świat jest bardzo mały, wiesz? Uświadomiłem sobie to dość niedawno, kiedy zauważyłem, jak często pewne osoby przewijają się w mojej historii. Jedną z nich jest Lily, a drugą – moja nowa narzeczna, Marlena McKinnon. Ale do rzeczy: w przeciwieństwie do Jo i Isaaka zadałem sobie ten trud, żeby zaobserwować i dowiedzieć się czegoś o Lily Evans. Znalazłem więc szpiega wśród jej znajomych i podstępem przyłączałem go do naszych Legionów: szpieg ten jest animagiem i zamienia się w szczura. Z jego opowieści – oraz, rzecz jasna – ze słów Doriana – domyśliłem się, że sam nic u niej nie wskóram. Byłem pewien, że nie zechce ona wspomóc w czymkolwiek śmierciożercy – zresztą, na pewno postępowała rozumniej niż chociażby Jo Prewett czy jej przyjaciółeczka, z którą poznałem się dobrze w Beuaxbatons, wróżbitka Mary. Uciekłem się więc do podstępu. Przekazałem szpiegowi-animagowi kopertę z kopią mojego medalionu. Zmienił się on w szczura i wykorzystał chwilę największego zamieszania w pierwszą noc szóstej klasy – w kierunku Avery’ego z kopertą, Snape’a, jego kumpla oraz – co zabawne! – Marleny McKinnon biegł likantrop. Peter wykorzystał ten moment i sprytnie podmienił koperty. Był jednak na tyle nieostrożny, że wstrząsnął mocno medalionem, który zaczął – jak to określił Isaac – wyciekać. Po raz pierwszy spotkało to Marlenę, którą uderzyło zaklęcie patronatu – ponieważ była to jednak moja kopia – dołączyła do mojego patronatu, czyli patronatu Greybacka. Wczoraj, tak jak i ja, stała się wolna. Wcześniej jednak i tak nie przeszła pełnej transformacji, bo nie została mianowana. Isaac i Jo gimnastykowali się więc przy Lily, myśląc, że odbierają od niej oryginalny medalion, które może ich zbawić. Tak naprawdę jednak szarpali się o kopię Greybacka.
W tym samym czasie w Beauxbatons ja omamiałem Mary McDonald. Zeskalałem jej dar Czarną Magią, dzięki czemu zaczęła ponownie widzieć przyszłość – ale widziała teraz jedynie to, na czym mi zależało. Opowiedziała mi po raz kolejny o swojej przepowiedni związanej z Lily, a ja z kolei uchyliłem rąbka tajemnicy mojej misji z Siedmiorgiem. Mary doszła do tych samych wniosków, co ja – że proroctwa się ze sobą łączą.

— Jo i Isaac przemienią Lily w dzień, kiedy utraci namiar – powiedziała Mary po usłyszeniu planu Aleka. – Przyśniło mi się to dzisiaj. Skoro stanie się ona jedną z nich z kopii, a jej Patronem będzie Isaac, to teoretycznie będzie ona w Patronacie Monroe’a – tylko innego Monroe’a, łapiesz?
Alec roześmiał się ironicznie.
— Jesteś świetna w interpretacji tych elfickich frazesów. Rozumiem, że to odpowiedź twierdząca na moją propozycję współpracy?
Mary wzruszyła ramionami, uśmiechając się łobuzersko.
— Chcę, żebyś pogrążył Lily Evans. James nigdy nie połączy swojego losu z kimś, kto jest po Ciemnej Stronie.
— A co z twoją przepowiednią? Wiesz przecież, że ona musi się wypełnić.
— Dorian jest z van Weertów. Może omamić Lily i działać w naszej sprawie. Wierzę, ze jest zdolny, żeby się poświęcić dla Pana.

— Wmówiłem Mary, że moim zadaniem jest polowanie na Siedmioro i przekabacanie ich na stronę Czarnego Pana – bo jeśli byliby z nami, nie mogliby mu zaszkodzić… sama rozumiesz. Nawet kilka dni temu wmówiłem Mary, że odeślemy Trzeciego do Azkabanu, bo jako zdrajca będzie tam bezpieczny i nie zagrozi Panu. Powiedziałem, że nie ruszę Tony’ego ani Prim – co jest oczywiście łgarstwem. Powiedziałem też, że przeciągnę z jej pomocą na złą stronę Jo Prewett, Szóstą, oraz Lily Evans, nową Siódmą. Oczywiście utrzymywałem do samego końca, że nie zrobię im krzywdy, bo inaczej Mary zaczęłaby niepotrzebnie panikować. Dziecinnie łatwo się nią kierowało.
— Z pomocą Mary odnalazłem i zjednałem sobie Luthien. Luthien z kolei przekazała Isaakowi nieprawdziwe informacje, kiedy ją odnalazł podczas przerwy świątecznej. Za jej namową Isaac i Jo uprowadzili Lily i z trzeciej kopii medalionu utworzyli z niej Zmienną. Jej Patronem został Isaac – dlatego proroctwo się spełniło, bo przecież czy to Trevor, czy jego syn - Patronat wciąż należał do Monroe’a. Lily stała się Siódmą. Isaac i Jo wierzyli, że to tylko etap przejściowy – że Lily zniszczy oryginalny medalion i uwolni ich wszystkich. Isaac obiecał, że w razie problemów zniszczy on jako Patron kopię Lily i uwolni ją od klątwy. Jednak, jak mógł, bidulek, przewidzieć, że kiedy będzie potrzebny, nie przyjdzie on z pomocą – bo skażą go na pocałunek dementora i śmierć?

— Wczoraj Jo, Luthien i Lily otworzyły medalion. Jo była przekonana, że otwierają oryginał – ale otwierały kopię Greybacka. Lily, jako pani medalionu oryginalnego, mogła zniszczyć każdą kopię, ale zarazem – niszcząc go, zrzekła się do niego praw. Dobrowolnie się go zrzekła – dobrowolnie, jak zostało zapisane w linii dziedziczenia. Patronat Greybacka został zniszczony – ja i Marlena jesteśmy wolni. Za to wszyscy Zmienni, z pozostałych kopii – czyli Isaac, Tony, Prim, Jo czy Lily – nie dość, że cały czas noszą tę klątwę, to jeszcze zostali podporządkowani nowemu panu medalionu. Czyli mnie. Rzecz jasna natychmiast otworzyłem oryginał i wprowadziłem zmiany – mianowałem się Patronem ich wszystkich – a to oznacza, że muszą wykonywać wszystkie moje polecenia. W tym – między innymi – dołączyć do moich Legionów, upaść, i wypełnić Przepowiednię o Siedmiorgu.
Zamilkł na moment. Kendall mrugała z niedowierzaniem.
— To… to genialne, Alec. Oszukałeś ich wszystkich.
Chłopak błysnął swoim firmowym uśmiechem, zarzucając jej ramię na barki.
— Zmuszę Szóstą i Siódmą do przejścia na ciemną stronę, dzięki czemu przepowiednia się dopełni . A potem zabijemy ich wszystkich – Czwartego, Piątą, aż do końca. Najpierw Siedmioro, a potem wszystkich McDonaldów, jednego po drugim. Niejednokrotnie zastanawiałem się od kogo z nich zacznę. Od Todda? To chyba zbyt banalne. Od Alicji? Zawsze irytowała mnie jej siostra, Georgina… A może powinienem przelać najbardziej niewinną krew i zabrać się za małego Thorfinna?
—A może urządzić widowisko i poderżnąć gardło Marlenie na waszej nocy poślubnej? – zasugerowała Kendall. Alec roześmiał się z uciechy.
Do końca drogi do kasyna Bonnetów snuli scenariusze, jak pozbędą się wszystkich swoich wrogów.


#34
20 godzin później
Lukrecja Prewett w Anglii czuła się młodsza o kilkanaście lat. Bez zrzędzącej teściowej za ścianą, bez brudnego śniegu na parapecie i bez tego paskudnego rosyjskiego rzępolenia, czuła, że nic nie jest w stanie zepsuć jej nastroju. Wiedziała, w jakim celu się tu znalazła – musiała podnieść na duchu biedną Walburgę, przemówić bratu do rozsądku i – rzecz jasna – uratować jakoś swoją dobrą radą i łagodną perswazją to do tej pory idealne małżeństwo. Ale jedno to wiedzieć, a co innego czuć – a czuła, że w zaistniałej sytuacji powinna wysłać Orionowi kartkę z podziękowaniem za zdradę żony, która to dała jej, Lukrecji, wymówkę do wyjechania z Leningradu.
Kobieta ulokowała się w swoim starym mieszkaniu w Londynie, w którym pomieszkiwała jeszcze za czasów panieńskich i pracy w Szpitalu św. Munga (obecnie praca w ogóle nie istniała w jej słowniku). Odkryła, że wszystko pozostało na swoim miejscu, tam gdzie, zostawiła je przed laty – stare sukienki, lekko już nadgryzione przez mole, wciąż mieniły się feerią barw w jej pięknej, panieńskiej garderobie; pozostawione buty czekały na nią w kolorowych pudełkach; zakurzone płyty Sha Na Ny i Elvisa Presleya piętrzyły się wokół gramofonu. Lukrecja znalazła nawet swój stary pierścionek zaręczynowy od Ethana, ale natychmiast go schowała, bo przypominał on jej o rzeczach nazbyt bolesnych.
Lukrecję od rana pochłonęły porządki. Jeszcze tego wieczora planowała zaprosić na kolację Walburgę, potem wypadało chyba odwiedzić brata i jego kochanicę w nowym mieszkaniu, a potem… potem, mogła rozpocząć już swoją emeryturę! Zaprosi Eileen i Toby’ego, i Erica z Mishą, Melody i Teda, i Lissę, i Elizabeth! Wszyscy odwiedzą Lukrecję po latach, ze wszystkimi odnowi kontakt, i już nigdy, przenigdy, nie wróci do Związku Radzieckiego.
Nie było na to najmniejszych szans.
Kobieta właśnie zajmowała się zwalczaniem bahanek i równoczesnym malowaniem paznokciu stóp, kiedy rozległo się donośne pukanie do drzwi. Przekrzywiła głowę w stronę zegara ściennego, tak że na ziemię spadł jeden z jej papilotów.
Dużo za wcześnie na Walburgę, zauważyła. Może ktoś dowiedział się o tym, że wróciłam do Anglii.
Z lekką nadzieją poczłapała w stronę korytarza, nakładając na ramiona podomkę i zdejmując pośpiesznie kolejne papiloty.
Kto tam? – krzyknęła, wciąż idąc w stronę drzwi. Zacisnęła pięść pełną papilotów i odstawiła je na pobliską komodę.
Nikt się nie odzywał.
Lukrecja szarpnęła za klamkę i pchnęła drzwi na klatkę schodową. Zmrużyła powieki.
— W czym mogę pomóc? – spytała chłodno, opierając się o framugę drzwi.
Zamaskowana postać podsunęła jej białą kopertę.
— To powinno panią zainteresować – odrzekł przybysz zagadkowo. Lukrecja chuchnęła w schnące paznokcie i schowała kopertę do tylnej kieszeni. – Są tam zdjęcia pani córki i pewnego mugolskiego chłopaka.


[i] Democles Belby to kanonowy odkrywca Eliksiru Tojadowego 

_______



Ja po prostu nie wierzę, że to nareszcie koniec tego rozdziału. Te prawie 200 stron (przysięgam, planowałam góra 50, jak to się stało ?!) wypłukały ze mnie po prostu całą wenę, wycisnęły wszelki sok. Czuje się jak po detoxie, kiedy nareszcie oddaje wam do rąk czwóreczkę i kiedy wreszcie ruszymy dalej z akcją! Przysięgam, to było za dużo emocji jak na te czterdzieści osiem godzin akcji. Dziwie się, że oni tam nie popadali na serce. Ja popadałam.
Zbierając jeszcze raz wszystko do kupy i odpowiadając na obiecane pytania:

ROZLICZENIE
> O co chodziło z Sely Daum w 28 rozdziale (karteczka od Isaaka dla Jo?) 
Człowiek Aleka, który dogląda Tony'ego, podsunął anagram. Sely Daum=Maudsley, czyli zakład psychiatryczny, w którym został umieszczony Tony Walker. Umieszczono go w tym zakładzie na początku roku 1976 (piąta klasa), po tym jak został wskazany przez Finna Chamberlaina na zabójcę Phila van Weerta. Zakończyło to proces Jamesa. Alec chce więc, żeby Jo uwolniła Tony'ego z Maudsleya.

> Jak się zakończy proces Isaaka? 
Isaaka skazano na pocałunek dementora.

> Kto zabił Calliope Meadowes, siostrę Jamesa i czy był to Jesse van Weert? 
Nie, Jesse van Weert naprawdę był chory. Serena i Mary pomogły Deanowi dostać się do May i na kotylion - podszył się on za Jesse'ego, który był na liście gości. Calliope zabiła May Potter kontrolowana przez Deana. 

> Kto zabił Deana Walkera? 
Deana zabił Seth Potter, jego ojciec. 

> Kto jest ojcem May? 
Także Seth, dlatego sprzeciwiał się związkowi jej i Deana (kazirodztwo).

> Kto jest zły?
Przede wszystkim jako zły został zdemaskowany Dorian, Śmierciożerca. Śmierciożercą był także jego starszy, zmarły w 28 rozdziale brat Finn. Zła jest także była żona Liama Argenta, Kendall, która jest tą samą osobą, o której mówił Syriusz Hestii w 28 i która przewijała się przez drugą część szeptem i ukradkiem. Poza tym Peter działa dla Aleka. Jako zły został zdemaskowy również Seth Potter, no i Dean.

> O co chodziło z "ezoteryczną tajemnicą" Mary i Jamesa?
Mary posiada dar widzenia przyszłości i przepowiedziała Jamesowi, że związek z Lily doprowadzi go do śmierci (co jest kanonową prawdą). Mary non stop starała się o tym Jamesowi przypomnieć i przekonać go do uwierzenia w tę wizję. Kazała mu też przysiąc na wieczystą przysięgę, że nikomu nie powie o jej widzeniach, dlatego też Dorian powiedział Lily prawdę: James nigdy nie mógłby wyjaśnić jej, na czym polega ta tajemnica, bo po prostu by zmarł.

> Dlaczego Mary i James rozeszli się w dzień sumów z obrony przed czarną magią (znany nam z kanonu z rozdziału Najgorsze Wspomnienie Snape'a)
James odkrył, że Mary utraciła swój dar widzenia przyszłości, że okłamywała go przez pół roku, i że, jak to określił Dorian, molestowała go poprzez trzymanie w strachu.

> Dlaczego James tak nie ufa Dorianowi i dlaczego nie chce, żeby ten miał cokolwiek wspólnego z Lily?
James zobaczył na przedramieniu Doriana Mroczny Znak w dzień, kiedy obydwoje podpalili dom Walkerów. Nienawidzi Doriana za to, że jest Śmierciożercą - no i za to, że to on powiedział mu o zdradzie jego ojca.

> Co się w końcu wydarzyło w pierwszą noc szóstej klasy (Złudzenia i Konswekwencje)?
Alec od początku miał oryginalny medalion, ten który Lukrecja Prewett wykradła i dała Ethanowi. To on zabił matkę Lily, w celu zdobycia oryginalnego medalionu, który rządził wszystkimi kopiami (w tym kopią Greybacka, z której Alec został przemieniony w zmiennego). Miał jednak  problemy  z oryginałem podobnej natury jak np. problemy Voldemorta z HP z Czarną Różdżką. Lily była Panią Medalionu, dlatego zaplanował zasadzkę: podmienił atrapę-medalionu Jo w liście na kopię Greybacka i sprawił, że była "tykającą bombą". Peter jako szczur podmienił medaliony podczas zamieszania z Remusem, Marleną i Averym, a Lena stała się członkinią patronatu Greybacka (tak jak mówił Isaac w 25 i 28), patronatu-beta, bliźniaczego z patronatem Trevora Monroe. Podczas otwarcia medalionu Lily, jako Pani wszystkich medalionów, zniszczyła kopię Greybacka i "uwolniła" Marlenę i Aleka, ale zarazem zrzekła się praw do medalionu na rzecz Aleka, który teraz jest Panem wszystkich medalionów i zarazem Patronem wszystkich, a więc panuje nad Jo, Lily, Isaakiem, Tonym itp.

A więc wiemy, że:

- James naprawdę NIE MA uczuć do Mary, tak jak mówił, a Mary wcale nie ma aż takiej obsesji na jego punkcie. Po prostu chce ocalić mu życie - jednak na pewno go kocha;
- Dorian (przynajmniej oficjalnie), tak jak zresztą mówił James, wcale nie czuje nic do Lily, a jedynie próbuje zaciągnąc ją na czarną stronę, jak umówił się z Mary i z Alekiem;
- Mary, Dorian i Alec chcą, żeby Lily przeszła na ciemną stronę, bo wtedy wypełni się przepowiednia, James zostawi ją w spokoju, a Alec będzie miał pełną liste osób do zabicia itp. itd.;
- przepowiednia Mary jest rozwinięciem przepowiedni z 25 rozdziału i jest jak najbardziej kanonową przepowiednią, którą potem uściśli Sybilla Trelawnej w znanej nam przepowiedni o Harrym. Mary słusznie uznała Lily za Siódmą, a broń, którą ma pokonać Voldemorta i która przy okazji doprowadzi Jamesa do śmierci, to oczywiście jej syn :D.



No i to jest stan wiedzy, z którym się zacznie Trójeczka :D. Wiem, że to przyprawia o niezły wstrząs mózgu, ale mam nadzieję, że to wszystko nabierze rumieńców i sensu, kiedy znajdzie zastosowanie i roziwnięcie w dalszych rozdziałach. Zapowiadam już teraz, że jeśli pierwsza część wprowadzała nas do całego tego bagna i poznawaliśmy bohaterów, a druga przyniosła sekrety i odpowiedzi, to trzecia zajmie się przede wszystkich poukładaniem tego w chronologiczny ciąg, a więc poznamy przeszłośc bohaterów, którzy upadli (lekcje oklumencji Snape'a i Jo, no i jej wspomnienia; powrót Tony'ego; więcej Isaaka, którego termin pocałunku przypada na rozdział 37, a egzekucji na 42; integracja Lily i Syriusza, którego będzie dużo w ogóle - bo ma teraz sprawę z Regulusem, rodziców w separacji, poza tym dowiemy się o co chodzi z żoną Liama i nim, no i - co chyba trochę ciekawsze - Syriusz po raz pierwszy w HzTLu będzie tak naprawdę, seriously ZAKOCHANY; poza tym historia upadku Doriana Chamberlaina; trochę Aleka, Colette, Petera; a przede wszystkim - ciemna strona Jamesa Pottera, który po prostu wyłączy na kilka rozdziałów człowieczeństwo i będzie zimnym draniem). Częśc jest skumulowana w tylko trzy tygodnie, kończy ją wyjazd do Włoch, do Akademii Weneckiej, rozwiązanie sprayw Phila, poznanie Sereny i słynnego Jesse'ego van Weerta -kuzyna Jamesa. W 42 odpowiemy też na wszytskie pytania, które jeszcze zostały (biwak we Flers, kto jest ojcem dziecka Sereny, kto zabił Phila van Weerta, kto jest zły, a kto dobry, a kto zakochany). 
Równo z 29.4 wszystkie spoilery, jakie mam powrzucane do kart się przeterminowały, wiec przez najbliższe kilka dni chciałabym pododawać tu nowe, nieco podrasowane karty postaci, karty par, wspomniane przeze mnie karty wydarzeń, no i obiecywany spis postaci epizodycznych i podsumowania dwóch części. HzTL2 jeszcze dzisiaj zostanie załadowana w wersji pdf do pobrania (800 stron. Wiecie, do ostatniej chwili zastanawiałam się, czy pobije mój podręcznik do biologii z tą drugą częścią. Ale się nie udało ;/, bo podręcznik ma 1100 bez indeksu i spisu rycin), potem załaduje jeszcze raz wersję poprawioną, ale to poootem. Chciałabym też ogarnąć tę nieszczęsną pierwszą część, a przynajmniej sceny Jily w tej pierwszej części, bo od czegoś trzeba zacząć. Czytam teraz od nowa HP i na marginesach pisze moje cenne spostrzeżenia ołówkiem - polecam taki maratonik, wyobraźnia szaleje!

22 komentarze:

  1. Skomciam jak tylko przeczytam, promise! <3
    ~Ar :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, pora wziąć się za skomcianie Furii i całej drugiej części, tak jak obiecałam. Przy okazji proszę o wyrozumiałość, dawno nie pisałam komentarzy, więc może być jeszcze bardziej nieskładnie, pomieszanie i chaotycznie niż kiedyś (a raczej będzie na pewno, bo już teraz widzę, że idzie mi średnio xD). Anyway, let's do this!
      Po przeczytaniu "ciurkiem" całej drugiej części mogę bez wahania powiedzieć, że lepszego ficzka w blogosferze jeszcze nie widziałam. Po pierwsze kooooocham Twój styl, kocham to, jak poplątaną i ciekawą fabułę ma hztl, kocham to, że nic tutaj nie jest czarno-białe. Wszyscy bohaterowie mają jakieś problemy, nikt nie jest w stu procentach idealny, każdy ma coś z uszami, co jest dość miłą odmianą od powszechnego schematu chociażby idealnego Jamesa, który jest niewinny, uroczy i dobry aż do porzygu.
      Skoro już przy Jamesie jesteśmy, to muszę powiedzieć przy okazji o tym, jak bardzo kooooochaaam Jamesa, Lily i całą relację Jily. Co prawda często miałam takie "Boże, jacy wy oboje jesteście głupi", ale przynajmniej nie jest nudno, cukierkowo i słodziaśnie, nie ma też raczej za wielu schematów, a to sobie cenię. Idealnie widać to, że oboje nie są specjalnie gotowi na bycie razem, oboje muszą sobie pewne rzeczy poukładać w głowach i ogólnie - potrzebują się ogarnąć, zanim będą w stanie normalnie razem funkcjonować.
      I tak, Jily kocham, ale za Doriuszem jakoś za bardzo nie przepadam, a jeszcze bardziej nie lubię Dorcas. Nie umiem nawet za bardzo wytłumaczyć, czemu jej nie lubię, tak po prostu jest i tyle. W sumie podobnie mam z Emmeliną. Obie mnie irytują, ale obu mi żal - Emmy przez tą bulimię i Dor przez śmierć Calliope (tak btw to WOW, nie spodziewałam się, że to May! Stawiałam, tbh, na Aleka. W sumie w obu przypadkach, ale o tym później), ale poza tym to w sumie same pakują się w kłopoty, a potem płaczą i jęczą, jakie to biedne.
      Za to lubię Hestię, o czym już chyba pisałam. Jest dziwna, to fakt, ale przez tą swoją "inność" jest właśnie bardzo ciekawa i przyjemna w odbiorze, a jej sytuacja (chociaż bardzo pogmatwana i godna współczucia) sprawia, że z jeszcze większą przyjemnością czyta się jej fragmenty. No i trio James-Syriusz-Hestia to moje nowe brotp, ich wspólne fragmenty są świetne <3

      Usuń
    2. Ok, powiem jeszcze tylko o Jo, Jordanie i JOrdanie i może przestanę się rozwodzić nad każdą jedną postacią, bo to zajmie zdecydowanie za dużo (a przecież jeszcze kom do Furii!). Więc tak, kocham Jo i Jordana, drugie opkowe OTP (co z tego, że OTP w teorii ma się jedno. Czy w ogóle KTOKOLWIEK ma jedno OTP?). Uwielbiam fakt, że Jo została takim małym nerdem, że Jordan to w sumie taki nerd. Razem tworzą taką uroczą nerdowską parkę. Kocham urocze nerdowskie parki. Jakoś specjalnie chyba na ich temat nie będę się rozgadywać, bo tu jest podobnie jak z Emmą i Dor, tylko uczucia są przeciwne - Emmy i Dor nie lubię bo tak, a Jo i Jordana lubię bo tak i już. Nie wiem, czy w ogóle da się nie lubić Jordana. Nie lubić Jordana to jak nie lubić uroczych szczeniaczków i czekolady.
      Co jeszcze... Peter! Sama nie wierzę, że to piszę, a i piszę z pewnym trudem i wstrętem do samej siebie. Otóż, i można mnie pożreć żywcem, póki co czuję do Petera niepokojącą sympatię. Ot, po prostu, na razie nie zrobił nic, czym zasłużyłby sobie na moją antypatię i wzgardę, a jego relacja z Gretą jest urocze. Jestem pewna, że moment znienawidzenia go (przynajmniej tego hztlowego, bo tego normalnego nienawidzę od zawsze i na zawsze, amen) jeszcze przede mną i, mówiąc szczerze, nie mogę się tego doczekać xD Na razie jest za sympatyczny, na razie go lubię... co jest niedopuszczalne, więc proszę o szybkie ujawnienie Pete'a jako Tego Złego, bo lubić go nie mogę i kropka.
      Chciałam już przejść do Furii, ale przypomniałam sobie o naszej kochanej McDziwce, o której to wspomnieć muszę, bo w innym wypadku spotkałby mnie dożywotni dyshonor i potępienie (chociaż to już mi grozi, zważywszy na to, co powiedziałam o Peterze). W każdym opie, książce czy serialu jest jakaś postać, której nienawidzę całym mym serduszkiem i jestectwem (poza Luciferem. Tam żywię co najwyżej lekką urazę do Charlotte, ale Lucifer to specyficzny serial, w którym kocham niemal wszystkie postacie) i w HzTLu taką postacią jest właśnie Mary. Serio, ta to tylko kręci, mąci, jest suką i ma jakąś obsesję na punkcie Jamesa. Niby nie jest takim typowym czarnym charakterem (przynajmniej na aktualny stan mojej wiedzy, obejmujący jak na razie zakres do 29.3. Tak, zaczęłam pisać koma zanim przeczytałam 29.4, bo uznałam, że ostatnią część Furii skomentuję

      Usuń
    3. bardziej na bieżąco), ale i tak – życzę jej jak najgorzej, niech się utopi, spali, whatever. Byle tylko zniknęła.
      No to przechodzę do Furii, bo chyba w kwestii drugiej części powiedziałam już wszystko, co mi na serduszku leżało, a całą resztę moich „żali” i innych takich wyrażę już przy okazji Furii.
      Zacznę może od zabójstw – serio nie podejrzewałam, że to Seth i May. Serio, podczas czytania rozdziału myślałam raczej, że to może Alec. Mówili na niego tyfon, miał tatuaż z czarnym wilkiem/szakalem, więc ta gadka o czarnym wilkołaku... No jakoś tak, wniosek nasunął się sam (chociaż faktycznie, to, że czarny wilkołak był ojcem Deana trochę przekreśliło Aleca, chyba). W ogóle to te wszystkie brudy Setha Pottera... Ała. Co prawda za dużo o nim nie było (przynajmniej w drugiej części xD), ale nie podejrzewałabym ojca Jamesa o takie rzeczy. Zdrady, zabójstwo, mieszanie w głowie własnej córce et cetera, et cetera... No nie powiem, zaskoczyłaś mnie tym.
      Isaac, oj mój biedny Issac. Niby przeczuwałam, że to się tak skończy, ale jednak mi smutno :c (no chyba, że gdzieś w 29.4 jest jego wielki ratunek. Nie wiem, jestem dopiero na trzecim fragmencie, który mi o Isaacu jakby „przypomniał” jeśli chodzi o mój komentarz).
      Od tego momentu komentuję właściwie na bieżąco, po fragmencie, coby nam wszystkim było się łatwiej połapać.
      #26 What. The. Fuck. Tylko tak mogę skomentować zakończenie fragment 26. Robi się coraz mroczniej i bardziej złowrogo, interesujące. W ogóle cały ten rozdział jest mroczny i w sumie nie wiem, czy się cieszę, czy nie. No, zawsze to jakaś odmiana od rozdziałów, w których jedynym problemem były sprawy sercowe bohaterów (co też nie jest złe, lubię to ich tańczenie wokół siebie).
      Zastanawiałam się, co mogę powiedzieć o #27, ale chyba nic za bardzo produktywnego z siebie nie wycisnę, bo poza tym, że każda z naszych kochanym gryfonek pominęła część prawdy nic przełomowego się nie wydarzyło. Tak więc powiem tylko, że Lily nie ma racji, wcale nie jest im najlepiej na „platonicznej stopie”, ale w sumie to nadal uważam, że oboje jeszcze nie dorośli do bycia razem. Ok, next!

      Usuń
    4. #28 O kurde, Luuuupiiiin, co ty robisz ;-; Nigdy nie lubiłam tej całej Bree, od początku coś było z nią nie tak, a teraz, skoro już wiadomo, że jest zła to nie lubię jej jeszcze bardziej. Swoją drogą, zastanawiam się, czy dobrze myślę i ona jest jedną z osób, które pracują dla tego całego Szakala, ale to by chyba oznaczało, że Marlena też? W ogóle sporo tutaj złych i nikczemnych postaci, ale to w sumie jest dla mnie plus.
      [Tak by the way chciałam jeszcze powiedzieć, że nie za bardzo przepadam za Twoją Alicją, ale mi to wcześniej umknęło. To kolejna postać, która u Ciebie wyłamuje się z typowego schematu, co z jednej strony się ceni, ale z drugiej... No, sympatyczna to ona nie jest, a z tego co widzę jest też całkiem zła (co tylko sprawia, że zastanawiam się, czy się „nawróci”, skoro kanonicznie nie było po stronie Voldka, a wręcz pomagała Potterom, jeśli mnie pamięć nie myli. Z resztą to samo Marley – o ile ona w ogóle jest „zła”, bo coś ciężko mi w to uwierzyć, ale wszystko na to wskazuje)]
      #29 Na wejściu już dostajemy potwierdzenie tego, że Mary robi u Szakala, uroczo. Ech, czemu ona nie może zwyczajnie umrzeć i dać wszystkim spokoju zamiast włóczyć się po jakiś spotkaniach z przeróżnymi ciemnymi typami? W ogóle to sporo czarnych bohaterów ma nazwy jakiś psowatych zwierzątek tudzież innych likantropów. Hm, czy to już sprawa dla Animalsów? :P O, fajnie, do wesołej szakalowej rodzinki należy też Dorian? Gosh, czy Ty tam zbierasz wszystkich, których nie lubię? XD
      A tak na poważnie, to ten rozdział to serio jazda bez trzymanki. Co chwila mamroczę do siebie jakieś ciche „o kurwa” albo „ja pierdole”. Serio, już nawet psy sobie ode mnie poszły, a to coś znaczy.
      Czy wszyscy tam wszystkich traktują obliviate? Czy w ogóle jest tam ktoś, ktokolwiek!, kto nie miał ani razu modyfikowanej pamięci?
      #30 Mary ma dar widzenia przyszłości? No, mówiąc szczerze to się tego nie spodziewałam (mam wrażenie, że to wyrażenie pada w tym komie o wiele za często xD), chociaż w sumie to pasuje do jakieś „ezoterycznej tajemnicy”.
      O matko, Mary McDonald ma SUMIENIE?! Które w dodatku ją PORUSZYŁO?! To jest chyba największy szok w moim życiu, nie wiem, jak to przeżyję, serio.

      Usuń
    5. Wait whaaaaaat?! Nawet, jeśli nie lubiłam Doriana, to nie podejrzewałam, że jest Śmierciożercą, może co najwyżej poplecznikiem Szakala, a tu proszę. Niby od pierwszej jego sceny w tej części rozdziału było to dość oczywiste, ale pomińmy ten fakt. I jeszcze Finn... No kurde, co oni?! Niby przyjaciele Jamesa, a pracują dla Voldka? Egh, go kill yourself, Dorian. Też nie rozumiem, jak on mógł być z Lily, a i tak walczyć po stronie największych fanatyków i przeciwników mugolaków? Nie lubię tego chłopa coraz bardziej i bardziej, z rozdziału na rozdział, serio.
      Hm, tak się teraz zastanawiam, czy kanoniczna przepowiednia nie kłóci się z tą Mary? Oczywiście mogę się mylić, i to jest dość prawdopodobne, bo HP czytałam ostatnio jakieś... dwa lata temu, więc już dużo nie pamiętam. Jeśli nie mam racji to mnie popraw, nie chcę żyć w niewiedzy! XD
      Czyli to jest ta ezoteryczna tajemnica? Przepowiednia, że James zginie przez Lily? Hm, w sumie to nie wiem, co powiedzieć. Z jednej strony serio oczekiwałam, że to raczej coś, co zrobił James albo ktoś z jego rodziny, a z drugiej w sumie nie pasowało mi, żeby James np. kogoś zabił (i chyba miałam rację, chociaż nadal nie wiemy, kto zabił Phila). Podsumowując – nieźle mnie zaskoczyłaś. Mary przewidująca przyszłość i przepowiednia o śmierci Jamesa była chyba ostatnim, czego mogłam się spodziewać.
      Swoją drogą, teraz darzę Mary jeszcze większą nienawiścią. Niby rozumiem, że była przerażona tym, co się dzieje, swoją rolą, próbowała chroniś Jamesa... Ale jednak pokazała przy tym, jak bardzo egoistyczna jest. No i ciągle jest suką, co jest głównym powodem mojego braku sympatii.
      Chwila, bo nie wiem, czy dobrze zrozumiałam. Alec jest Szakalem? W sumie brzmi logicznie, ten tatuaż musi mieć jakieś odniesienie do czegokolwiek xD Wcześniej myślałam, że chodzi o Czarnego Wilkołaka, ale skoro nim był Seth, to nasz kochany Alec musi mieć jakąś inną, niezwykle ważną funkcję w tym całym galimatiasie.
      Hm, w sumie to aktualnie nie wiem, czy to, co czytam wpływa na korzyć Mary czy wręcz odwrotnie – ogarnęła, że coś jest nie tak z Alekiem, że „przypadkiem” dała się wciągnąć na złą stronę barykady, a zrobiła to wszystko w, powiedzmy, trosce o Jamesa, co poniekąd łagodzi jej winy. Jednak pozostaje to, że wstąpiła do Legionów Szakala, cały czas knuła jakieś intrygi, sabotowała wszystko i była zwyczajnie suką, co z kolei sprawia, że po prostu nie mogę jej znieść.
      O, czyli miałam rację, że Alec to Szakal. Good to know, chociaż raz moje podejrzenia się sprawdziły xD Plus dla Mary, że chciała go wydać. Dorian, go fuck yourself, plz.
      #31 Mówiąc szczerze, to mój mózg jest już chyba przeładowany. Przyjmuję za dużo informacji naraz, ot co! No ale obiecałam sobie, że skończę ten rozdział i zostawię piękny, długi komentarz do końca tygodnia, więc w sumie od dwóch dni nie robię prawie nic poza czytaniem, dlatego proszę o wybaczenie, ale słów mi już brakuje. O Alecu nic nowego powiedzieć nie mogę, nie lubię dziada (bo mi skazał na śmierć Isaaca i chce wszystkich pozabijać, a poza tym jest psychopatą i powienien już dawno zostać zamknięty w psychiatryku) i mam nadzieję, że zginie gdzieś po drodze razem z Mary.
      No i wreszcie poznajemy byłą żonę Liama! Zastanawiam się, czemu hztl jest pełen takich psychopatów. Tłumacz się, Abi! (W sumie to nawet lubię tą ilość pojebanych postaci. Przynajmniej jest ciekawie.)
      [Swoją drogą uciekła ci gdzieś jedna cyferka. Po #31 od razu jest #33. To tak bajdełej]

      Usuń
    6. #33 (albo #32) Dobra, dziękuję bardzo, już nie lubię Petera. Kolejny w szeregach Szakala... jeszcze może te całe Piękności w 90% po spotkaniach swojego żałosnego klubiku biegną pić herbatkę z poplecznikami Voldemorta, hę?
      Cooo, Luthien TEŻ pracuje dla Aleca?! UGH, ABI! Może specjalnie mi na nie nie zależy, ale miło by było, gdyby chociaż raz Lily i Jo nie miały pod górkę ;-; (tylko mi teraz nie mów, że jeszcze Jo jest całkowicie za Voldkiem i pracuje dla Aleca, bo się chyba powieszę. Ofc, od początku było mówione, że ma szkolić nowych Śmierciożerców, ale jak na razie jakoś specjalnie się chyba z tego nie wywiązywała, a przynajmniej nie było to wspominane w dwójce). Swoją drogą, ciekawa jestem jak Alec zamierza przekabacić Lily na Ciemną Stronę Mocy i jak ona się z tego wyplącze.
      A, czyli tak przekabaci ją na swoją stronę. Sprytne, okrutne i w ogóle to niech go ktoś zabije (razem z McDziwką i Peterem, proszę), bo już zaczyna mi działać na nerwy.
      #34 (tudzież #33) Jedyne, co powiem na ten temat, to soczyste, wielkie O KURWA. No serio, O KURWA. To tyle, tylko tyle mogę powiedzieć. I może jeszcze „Biedna Jo, biendy Jordan, biedny Jordan” :c

      Skończyłam po jakiś trzech tygodniach i z jednej strony się z tego cieszę, bo w sumie to BARDZO chciałam poznać już te wszystkie tajemnice i w ogóle, ale z drugiej... CO JA TERAZ ZROBIĘ ZE SWOIM ŻYCIEM?! (Hm, może, na przykład, zajmę się tym, czym powinnam, zamiast całe dnie czytać? Ta, kogo ja oszukuję. Będę siedziała i oglądała jakiś serial, może zrobię rewatcha Lucka albo Przyjaciół... Good idea) Po tym całym maratoniku z tym opem (swoją drogą – tą część rozdziału czytałam w sumie przez półtora dnia, a cały rozdział zajął mi czas od poniedziałku, gdzie w poniedziałek serio nie ruszałam się sprzed kompa i połknęłam pierwsze dwie części) mogę powiedzieć tylko jedno – podziwiam cię, kocham i uwielbiam. Tak serio serio. Dziękuję za stworzenie czegoś tak genialnego jak hztl, nigdy nie przestawaj! Nawet, gdybyś miała wrażenie, że mało osób to czyta i nie warto, nie przestawaj, bo WARTO! Gdy Hogwart z Tamtych Lat raz wejdzie do głowy, to już niej nie wyjdzie, mówię ci. Teoretycznie „zapomniałam” o nim na jakieś 10 miesięcy (za co baaaaardzo przepraszam, nie wiem, jak to się stało :< Ale obiecuję, że Ci to wynagrodzę!), ale gdy tylko zaczęłam czytać to zakochałam się na nowo, nie tylko w Twoim fanficku, ale i w Jily. I za to też Ci bardzo dziękuję.
      Dobra, żeby już nie przedłużać tego i tak horrendelnie długiego koma (3,5 strony w wordzie, dumna z siebie jestem):
      Pozdrawiam i wysyłam tonę miłości,
      Wierna na zawsze, Ar

      Usuń
    7. Ar.
      Nie mogę się otrząsnąć.
      Po prostu...
      <33333333

      Usuń
  2. Yyyy.... Aaaaa.... Okeeeej.... !!!!! Kaszka manna xD
    Nie, naprawdę potrzebuję dłuższej chwili żeby poskładać to do kupy. Rozdział mimo, że długi to dodatkowo mi się wydłużył o przerwy, które musiałam zrobić w trakcie czytania, bo po prostu ciężko jest ogarnąć taki nadmiar informacji naraz! Szczerze póki co ideę Patronatów, kopii medalionów i kto do którego należy ciężko zrozumieć, ale ważne, że ogólny zamysł w miarę kumam :) Naprawdę pełne ukłony za taką robotę! To jest coś co grzechem jest nie cenić. Szkoda, że mało akcji, ale coś czuję po spoilerach na kolejny sezon, że to cisza przed burzą :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha wyobrażam sobie ;-; Bardzo przegadany rozdział, no ale tym razem - mam nadzieję - że ta gadka co nieco wniosła i rozjaśniła. Głównie dlatego tak ciężko się go pisało - układanie tego wszystkiego chronologicznie, pryzyczynowo-skutkowo, logicznie, strategiczne itp to trochę za bardzo lekcja matmy,a za mało pisania :D. Baaardzo ci dziękuję, za to że jesteś tutaj tak długo i że czekałaś :*. Jakbyś miała jakiekolwiek pytania, to wal śmiało, postaram się to wyjaśnić jeszcze raz :D.
      Poooozdrawiamm <3

      Usuń
  3. Mam wrażenie, że J.K. Rowling nie napisała książki o huncwotach kompletnie bez powodu. Dzięki temu każdy może stworzyć coś własnego. NApisać własną historię. Posmakować takiej magii Hogwartu... <3
    Przyznam szczerze, że twoja wersja jest okropnie pokręcone, przyprawia o prawdziwy zawrót głowy, sprawia, że się chce śmiać płakać i czasem Tex złościć. Czytałam to tak długo jak jeszcze żadną notkę. Poznałam w końcu Mary. No i faktycznie...trochę ją zrozumiałam. Dziękuję ci za te wszystkie przytoczone cytaty z poprzednich rozdziałów, bo inaczej bardzo trudno byłoby mi poczuć ten klimat. Alek przewyższył rozumem nawet samą Mary, która wcześniej wydawała się kimś niezwyciężonym w swych intryach. Jeśli chodzi o Lily i Jamesa...Boże jak ja kocham u ciebie wątek Jily. Uwielbiam wręcz. I czekam, i czekam na to, aż ich relacja przestanie być taka skomplikowana. Po prostu będą razem.
    Droga, Abigail liczę na ciebie. Widzę po twoim stylu pisania, po pomysłach...po tym wszystkim, że osiągnęłaś naprawdę coś wielkiego. Nie wiem czy chciałabyś zostać pisarką (ja osobiście chciałabym nią zostać) ale jeśli kiedyś przyjdzie ci do głowy jakiś swietny pomysł podczas spaceru, brania prysznica, snu czy czegokolwiek innego wykorzystaj go.
    Od dzisiaj będę się podpisywala AT, bo zauważyłam, że tych A jest zdecydowanie zbyt dużo.
    Na koniec wybacz, jeśli coś źle zrozumiałam w notce i chciałabym ci Cię poprosić, abyś poleciła mi parę dobrych książek.
    AT (wcześniej A)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany...wybacz za te wszystkie błędy w mojej wypowiedzi (językowe itp.). Jestem ledwo przytomna.
      AT

      Usuń
    2. Kochana AT~
      Wyobrazam sobie, jak bardzo cała "Furia" musi przytłaczać, bo mnie też przytłoczyła podczas pisania, a przecież chodziła mi po głowie kilka ładnych miesięcy, ba!, nawet lat. MM na tle konkurencji wychodzi na lipną intygantkę, ale zwązywszy na to, że ma fory i widzi w głowie przyszłość... to, no cóż, w ogóle byłaby chyba kiepska w te klocki xD.
      W sumie tak się porobiło, że teraz Jily wydaje się czymś bardzo odległym, ale niekoniecznie tak będzie ;>. No jasne, staną się parą dopiero na końcu tego opa (czyli jakoś tuż przed moją śmiercią, bo dopiero jak ukończę tego tasiemnca moje życie będzie kompletne xD), ale będzie jeszcze duuużo takich przystanków jak ten, który mieli w ostatnich rozdziałach.
      Dziękuję ci za przemiły komentarz i budujące słowa, jesteś niezastąpiona <3. Co do książek... nie wiem dokładnie, gdzie uderzyć, ale ja osobiście zakochałam się w Kolekcji Romantycznej, która jest teraz wpuszcozna do kiosków (Austen, Bronte, te klimaty), ostatnio zakochałam się w "Z dala od zgiełku" Hardy'ego, poza tym kiążki Marqueza, i oprócz DiU, Emmy oraz RiR warto przeczytać mniej znane "Perswazje" Austen. Jeśli chodzi o coś mniej klasycznego, to polubiłam też hisoryczne sagi Elżbiety Cherezińskiej... odkrywam też na nowo twórczość C.S.Lewisa, jego pozycje poza "Narnią"... to chyba tyle :D. Ja niestety ostatnio mam dużo mniej czasu na fikcję i wgłębiam się w literacki świat jedynie podręcznika z biologii ;x. Przy Ewce Gutowskiej sam Tolkien wysiada...

      Usuń
  4. TaK se myślę, że okropny ze mnie czytelnik, taki trochę pizdokleszcz. Tak dawno nie pisałam żadnego komentarza, że aż nie jestem pewien a czy to jeszczę umiem xd ej, ale serio rozdział jest perfect. Pierwsza rzecz- Dorian- w sumie lubiłam kolesia i trochę żal, że przeszedł na ciemną stronę mocy. Mam nadzieje, ze poznany jego powody :/
    Po drugie- ten Alec to niezły psychopata, serio. Niby taki spoko i wgl, ale w sumie taki chujek trochę z niego. Ale żeby nie było- od początku wiedziałm, że jest zły.
    Po trzecie- moja Emmie <3 Heh, ale się porobiło z nią i z Paulem. W sumie to nie wiem kogo bardziej wolę- Paula czy Chasa... zawsze mogą żyć w trójkącie.
    Po czwarte- Mary to idiotka. Nie zasługuje na Jamesa. I wgl jakim prawem zataja przepowiednie przed Lily? Ale ogólnie żal mi troche Jamesa :/ biedny chłopak, tak wszystko się na niego zwliło...
    Po piąte- dar Mary. Nie miałam pojęcia, że to jest ich tajemnica. Nie wpadłabym na to, Abby. Serio. Okej, rozumiem poważna sprawa i te sprawy, ale żeby od razu wieczysta przysięga?ja bym się w życiu na to nie zdecydowała...
    Nie wiem czy napisałam wszystko, co chciałam. Ogólnie to rozdział fajny, miły i przyjemny. Podobał mi się bardzo, jeden z lepszych tak mysle.
    Tak ogólnie to co tam u ciebie? Jak mijają wakacje?
    Stara Wiatr (W.), teraz Anabelle ( w skrócie Ana.)
    Pozdrawiam serdecznie ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiatruś! <333333333
      Jak ja cię dawno nie widziałam, aż się łezka w oku kręci ;c.
      Powody Doriana poznamy, ale nie sądzę, że jest z tego jakaś wielka tajemnica... małe pranie mózgu, naiwność i skrzywiony światopogląd to dość niebezpieczne składniki, jeśli chce się pozostać dobrym ciastkiem. Ummm, zabrzmiało dziwnie.
      Oj, bardzo psychopata ;>.
      Cieszę się bardzo, że udało mi się kogoś tutaj zaskoczyć... obaawiałam się, że albo będzie przewidywalnei i źle, albo przekombinuję, i jeszcze gorzej... ale tutaj chyba i tak robi się powoli PLL, hehe.
      Moje wakacje... heh, to pytanie sens jeszcze miało mieiąc temu, ale chyba od lipca za wiele się nie zmieniło, bo mam wrażenie, że sierpień to był jaki weekend. Zabrzmię na psychopatkę pokroju Aleka, ale jakoś nie szkoda mi tych wakacji... prowadziłam pustelnicze życie w swoim pokoju, u nas codziennie lało, grzmiało, wiało, a na plazy jedynie 60+ ewentualnie 9-. A w niedzilę opuszczam moja pipidówę i odjeżdżam Expressem Hogwart - no, prawie, przewozami regionalnymi xD - do internatu. Normalnie adrenalinka jakbym serio jechać magii się uczyła ;>. Hahahah, a tobei jak minęło?
      Kc, mała :*
      Abby

      Usuń
  5. Wow. Abi jesteś geniuszem <33 Nie wierzę, że można tak pisać, nie będąc zawodową pisarką, tylko pozazdrościć ;** Cieszę się, że Marlena jest ,,wolna’’, ale kurdeee co tu się porobiło… Emma i Paul hmmm, szczerze powiedziawszy bardziej podoba mi się to połączenie niż Emmy i Chase’a . Ale nie mogę przeżyć wyroku Isaaca, gdzieś w głębi serca traktowałam go, jako brata Lily. Przyznam się bez bicia, że kiedyś ich shippowałam :D No i Jo, kurczę strasznie mi jej szkoda, przecież Isaac był jej przyjacielem od dzieciństwa, byli niemalże jak przyszywane rodzeństwo. Już nawet mówię o nim w czasie przeszłym ;( *płacze* Mam nadzieje, że Jo i Lily będą się wzajemnie wspierały, bo jakby nie było zostały z tym całym bagnem same, nie licząc oczywiście Toniego, który jeśli niczego nie pomyliłam jest nadal w szpitalu psychiatrycznym, także tego… Teraz sprawa Mary, niby powinnam jej współczuć i zrozumieć, ale ani trochę jej nie rozumiem. Nie rozumiem jak można być taką suką, jak niszczyć wszystko i wszystkich byle osiągnąć to, na czym jej w danym momencie zależy. Dobra. Kumam, że ma jakąś obsesje na punkcie Jamesa, ale jestem pewna, że gdyby go kochała to, by inaczej postępowała. No sorry. Przyznam ci się Abi, że nie spodziewałam się, co będzie tą ezoteryczną tajemnicą. Myślałam, że chodzi o coś zupełnie innego, a tu proszę-zaskoczyłaś mnie po raz kolejny w pozytywnym znaczeniu tego słowa. A wracając z powrotem do Mary nie potrafię zrozumieć tego, w jaki sposób traktuje Lily. *Po raz kolejny załamuje ręce* I teraz czas na Doriana ;D Po raz kolejny ukłony w twoją stronę, Dorian-śmierciożerca *oklaski* nie domyśliłabym się, gdyby nie spoilery. Zawsze sprawiał wrażenie opiekuńczego i kochającego faceta. Ale cóż pozory mylą. Gdzieś w głębi serca mam nadzieje, że miał ku temu powody. I liczę na jakieś scenki Lorian ;* Bo nie powiem, lubię gościa i jakoś nie przeszkadza mi to, że jest na usługach Voldemorta. Tak jak wcześniej mówiłam moja naiwność i serduszko liczą na to, że ma ku temu powody.. I mam jeszcze pytanko. Czy ten związek Doriana i Lily w 6 klasie odnosi się do jego czy jej klasy? Btw. Alec Mason to jest pieprzony geniusz zła. Wszystko to jak sobie zaplanował jest GENIALNE. Do tego chce wciągnąć Lily i Jo w szeregi Voldemorta. Bardzo ciekawi mnie ten wątek i to czy James się o tym dowie, jeśli się dowie.
    Jeszcze raz ukłony w twoją stronę, muszę ci powiedzieć, że ogarnęłam wszystko, mimo iż czytałam to o 12 w nocy… także ze mną nie jest tak źle. Jedyne co jeszcze dodam to, że życzę duuuuużo weny ;**, bo domyślam się, że twoja głowa jest nieco ,,przegrzana ;D wybacz za moją chaotyczność, ale jestem chora i nie ogarniam za wiele. Buźki <33
    ~Mimi

    OdpowiedzUsuń
  6. Blogspot pochłonął mój komentarz.
    Podejście nr 2
    Hej,
    dawno mnie tu nie było, mam nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz.
    Nie komentowałam poprzedniego rozdziału, wybacz. Mogę powiedzieć tylko, że był świetny, jak zawsze, scena Jily przeurocza, James rozwalił system, szkoda mi Isaaka [Kurczaki, lubiłam gościa, a poza tym zaczęłam ogl Teen Wolfa, więc jakoś mi się tak kojarzy. ( Kij z tym, że jestem daleko, daleko w tyle, normalnie w ciemnym lesie.)]
    Ten rozdział jeszcze bardziej genialny niż zawsze.
    ,,Mary McDonald - a może jednak każda zołza posiada ludzkie oblicze?" tak to odpowiednio odzwierciedla część tego rozdziału. Studium charakteru Mary, czytanie tego okazało się niezwykłym przeżyciem. Teraz kiedy wiemy, co nią kierowało, mogę się pokusić o stwierdzenie, że ją polubiłam. Niezpodziewalam się daru, czyli podstawy ezoterycznej tajemnicy. Te wstawki z poprzednich rozdziałów są świetne, bo możemy w pełni zrozumieć niektóre sytuacje.
    Teraz Dorian. ON ŚMIERCIOŻERCĄ? Niespodziewana się, nadal co nie znoszę, ale teraz przynajmniej ma jakoś głębię.
    Myślałam, że Mary to mistrzyni zbrodni, ale Alec powalił mnie na kolana. Nie mogę wyjść z podziwu jakie to wszystko spójne. Szykują się niezłe kłopoty...
    Lily jest tą Siódmą z Patronatu, która ma się przyczynić do pokonania Voldemorta, prawda? Gdy sobie uświadomiłam, że Harry jest tą bronią, jakoś tak nie mogłam się przestać chichrać, patrząc na to, że wszyscy myślą, że to nie wiadomo jaką broń.
    Pozdrawiam
    ~ (ponownie) U.P.Z.K.C.N

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałam! Trochę boli głowa, dużo informacji!! Bardzo bym chciała (napiszę to w takim banalnym skrócie) żeby Lily, kiedy faktycznie zaczną się niebezpieczne szantaże w jej kierunku (jeśli będą oczywiście), zachowała się jak należy, żeby nie dała się porwać swojej dumie i nie robiła głupot, bo będzie się jej wydawać, że to jedyna "słuszna" opcja. Nie wiem, czy ktoś zrozumie o co mi chodzi (haha). Trochę chodzi mi o to, że w tej historii jest tyle intryg, podstępów, że już ciężko mówić, o byciu dobrym lub złym. Każda postać obojętnie jaką obrała drogę, ma coś na sumieniu. I to akurat jest niesamowite w Twoim opowiadaniu, że nie ma rzeczy czarno-białych. I chciałabym (tak bardzo!) żeby Lily była o jeden krok mądrzejsza. W każdym razie dziękuję za rozdział i do kolejnego przeczytania!

    OdpowiedzUsuń
  8. Wow. Ten rozdział po prostu rozłożył mnie na łopatki. Jeśli po ostatnim wpisie myślałam, że coś już rozumiem, tak teraz okazało się, że połowa z moich myśli okazała się błędna. Cieszę się bardzo, że w końcu pojawiło się wytłumaczenie wszystkiego :) do tej pory uważałam Mary za straszną, najgorszą osobę na świecie. Po lekturze tej notki zyskała wiele w moich oczach. Zdziwił mnie Dorian i Alek, teraz to ich najbardziej nie lubię. Mam nadzieję, że Lily nie da się złamać. Czekam na kontynuację i życzę dużo weny i więcej tak dobrych rozdziałów! Pozdrawiam ❤
    Drama

    OdpowiedzUsuń
  9. O mój Boże, jak mnie tu dawno nie było... Jak ja się stęskniłam za tymi manipulacjami, niedopowiedzeniami, balansowaniem na granicy prawdy i kłamstwa i przede wszystkim tymi tajemnicami. Obiecuję, że jutro napiszę tutaj porządny komentarz, który mam nadzieję zrekompensuje moją nieobecność ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, here I am.
      Zacznę od tego, co najbardziej mnie gnębi i nie jest to fakt, że Mary przepowiedziała śmierć Jamesa jeśli zwiąże się z Lily. Mam na myśli biednego Isaaca (który w sumie wcale nie jest taki biedny i niewinny). Zrobili z niego ofiarę i jednocześnie uczynili przykład. Geeez, Issac jest Jezusem! Bardziej grzesznym i dużo młodszym, ale moje metafory nigdy nie były w 100% trafione XD W każdym razie nikt nie zasługuje na pocałunek dementora! Nikt, może poza samym Voldemortem, ale do tego potrzebowałby duszy (zwłaszcza w jednym kawałku).
      Dorian. Uhuhu... no tego się nie spodziewałam. Dorian-prefekt-Chamberlain Śmierciożercą. Dorian-Lily-Myśli-Że-Jestem-Świętszy-Od-Pottera-Chamberlain jest BEDBOJEM. Jestem ciekawa co dalej z tego wyniknie, bo strasznie mi się podoba to jak przedstawiasz podejście młodych do Voldemorta i tych jego "rewolucyjnych" idei. Rozumiem, że Dorian musiał mieć jakiś ważny powód, w końcu nie jest głupi; ba, raczej odebrałam, że jest okropnie inteligentny. Po tym finale spodziewam się tylko jeszcze lepszych tajemnic.
      Mary widzi przyszłość! Mary McSuka jest teraz SuperMary McSuką. Pewnie każdy inny bohater książki, uznałby za swoją powinność ratowanie świata z takim "darem". Ewentualnie chciałby zniszczyć świat. A Mary ma zamiar ratować Jamesa i jednocześnie sama skorzystać. Faktycznie, gdyby nie metoda może byłoby to nawet heroiczne. Ale to ciągle Mary i pewnie jeszcze sporo namiesza.
      Alec jest jeszcze gorszy niż wydawał się z opisów innych, co oznacza, że Jesse (na którego tak czekam) musi być jeszcze lepszy. Nie do końca wiem, w jakim sensie lepszy, ale lepszy.
      No i biedna Emma! Użeranie się z rodziną jest nawet gorsze od Śmierciożerców!
      Mam szczerą nadzieję, że ten komentarz ma jakikolwiek sens. Jeśli nie... może się połapiesz XD W każdym razie jestem przekonana, że trzecia część będzie równie dobra, a może nawet i lepsza. W końcu nie wszystkie tajemnice wyszły na jaw.
      Życzę Ci dużo weny i równie dobrych ja teraz pomysłów ;)

      Usuń
  10. Czy to już dzisiaj wybijają 4 lata? <33

    OdpowiedzUsuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).