12 sierpnia 2016

28.1. Zmiany i układy

Poprzednio w HzTL

Mary McDonald snuje wielką, zawiłą intrygę, która kończy się tym, że zmanipulowana Lily sprzedaje Jamesa na piśmie jednej z Piękności, Jessice, a w zamian - oczywiście wtajemniczony w intrygę - Dorian opowiada jej o przeszłości Jamesa, o jego toksycznym związku z Mary i tym, że brał on udział w wypadku pani Chamberlain wskutek którego doznała silnych poparzeń.
Hestia traci pamięć przez uderzenie zaklęciem jednorazowym z medalionu swojej matki. Okazuje się, że wówczas zaszła w ciążę ze swoim chłopakiem, Jaydenem Rasakiem. Równolegle do szkoły przyjechał jej były chłopak, Chase, który pomimo wyraźnej fasynacji Emmeliną, wciąż wierzy w powrót do Hestii.
Isaac i Jo porywają Lily do domu matki Isaaka, półelfki Shelby. Lily staje się zmiennokształtną, czego - zdaniem elfki Luthien - nie można było uniknąć, bo inaczej proces otwarcia i zniszczenia Medalionu Prewettów mógłby zakończyć się dla niej tragicznie. W razie, gdyby zniszczenie medalionu okazało się awykonalne, Lily powinna nauczyć się podstaw animagii, o której lekcję musi prosić Syriusza. 
Do Hogwartu przybywa siostra Emmeliny, Diana, która studiuje kryminologię. Została ona zatrudniona przez redaktora naczelnego Proroka Codziennego do odkrycia zabójcy Calliope Meadowes, po tym jak odkryła, kto stał za aferą Związku Quidditcha w latach 50.
Marlena zostaje zmuszona przez matkę do rozglądania się za bogatym kandydatem na męża, z kolei jej bliska kuzynka, Alicja Rowle, zmaga się z nieprzychylną opinią swojej rodziny, co do jej wybranka, Franka Longbottoma. Jakby tego było mało, wiele lat temu rodzina Rowle zawarła intercyzę z rodziną Travers (Mason), obiecując rękę Allie Alexandrowi Masonowi. Marley postanawia więc kryć parę, udając dziewczynę Franka. Dzięki temu wpada w towarzystwo tej pary i poznaje młodszą siostrę Alexandra, lesbijkę Natashę 
Dedykacja dla Lady U.P.Z.K.C.N.

"Zmiana lo­su choćby jed­ne­go człowieka może zniszczyć świat" 
- Terry Pratchett

Bonnet Casino w Calais, Francja
Nick McDonald zawsze czuł sentyment do Francji. Chociaż on, jego cztery siostry, rodzice, dziadkowie i być może jeszcze pradziadkowie przyszli na świat w Paryżu, uczyli się indywidualnie, wzgardzając Hogwartem, a na wakacje zamiast do Kornwalii woleli wybrać się nad Lazurowe Wybrzeże – to jednak rodzina McDonaldów była niezwykle dumna ze swoich brytyjskich korzeni, nie odpuszczała dzieciom nauki angielskiego, a domowa biblioteka zapełniona została dziełami jedynie anglosaskich uczonych. McDonaldowie przejęli tradycje, obejście i mentalność Francuzów – jadali jak oni, bawili się jak oni, żyli i prowadzili się jak oni – ale jednak duchem pozostawali wierni Wielkiej Brytanii, uwielbiali w nudne popołudnia rozwodzić się nad paryskimi nieudogodnieniami i francuskim pospólstwem, często też zapowiadali swój rychły powrót w rodzime strony.
Nick nigdy taki nie był. Zawsze czuł się o wiele bardziej Francuzem niż Brytyjczykiem, o wiele bardziej Paryżaninem niż Kornwalijczykiem czy Brightończykiem – i, dokładnie przeciwnie, podczas pustych, monotonnych dni w Ministerstwie wyobrażał sobie czasy upragnionej emerytury i powrotu do francuskich wygód i obyczajów. Logiczne więc było, że kiedy został wypędzony z kraju, miasta i pracy, kiedy zaczął obawiać się o swoją własną niezmąconą, sielankową przyszłość i musiał natychmiast wynieść się gdzieś na trochę; wybrał Francję.


Przez lata ukrywania swojego syna, Kenny’ego, nabył on tak cenne umiejętności i doświadczenia jak podrabianie pieniędzy i dowodów, wynajmowanie apartamentów na fałszywe nazwisko i stałe przeprowadzki do egzotycznych krajów bez ekstradycji. Skoro syna tak skutecznie i łatwo udało mu się uchronić przed więzieniem i degradacją społeczną, tym prościej przyszło mu to we własnym przypadku. Od razu wiedział, gdzie się udać i z kim nawiązać znajomość, toteż kiedy tylko nosem wyczuł wiszącą w powietrzu katastrofę i wielki skandal, i zrozumiał, że dni jego kariery dobiegły końca; natychmiastowo spakował manatki i ruszył w podróż swojego życia, niemal wdzięczny za podobny chichot losu.
Jego pierwszym przystankiem było niesławne kasyno Bonnetów z Calais, miejsce, w którym z przyjaciółmi nierzadko roztrwonił całą swoją miesięczną pensję. W lokalu panowała straszliwa duchota – dym papierosowy unosił się w powietrzu niczym toksyczna, śmierdząca mgła; w dodatku w szczelnie pozamykanym, klaustrofobicznym pomieszczeniu napalono sowicie do antycznego kominka, tuż za barem. Ludzie przepychali się, ryczeli i wdawali w bójki, a zgiełk i ścisk potęgowały uczucie piekielnego skwaru. Całe szczęście, że nie przyszedł tu dzisiaj w celach rozrywkowych. Podobne warunki mogłyby obudzić jego węża w kieszeni.
Mężczyzna znał kasyno jak swoje pięć palców i wiedział dokładnie, gdzie znajdzie właściciela Bonneta lub jego syna, dwóch czarodziejów o równie ograniczonym intelekcie i odpychającym obejściu. Liczył na to, że ze względu na stare, dobre czasy odstąpią mu jeden z apartamentów powyżej kasyna, gdzie będzie mógł przenocować i spotkać się z Lizzy oraz ich synem.
Póki co nikt z zebranych nie zwrócił uwagi na Nicka – a przynajmniej nie bardziej niż zwykle. Hazardziści przywykli do kompanii szefa Departamentu Przestrzegania Prawa, a że na razie Prorok nie nagłośnił całego skandalu, również dla sporadycznych gości nie stanowił większej sensacji. Wiedział, że wkrótce wszystko się zmieni i że przeżywa teraz jeden z ostatnich wieczorów takiej anonimowości, o jakiej mógł kiedykolwiek marzyć człowiek sprawujący tak wysoką funkcję polityczną.
Przy barze wyjątkowo nie zastał starego Bonneta, a jedynie zatrudnionego przez niego hazardzistę, który to w ten sposób próbował odpracować swój dług. Noel Bonnet, syn krupiera, siedział przy jednym ze stolików do pokera. Na widok przyjaciela ojca uniósł głowę znad wachlarza kart i uśmiechnął się złośliwie.
— Nick?
Mężczyzna ledwo przysiadł przy jednym z dwuosobowych stolików do blackjacka i zamówił irlandzką whiskey, kiedy pewna kobieta, odziana w przewiewny płaszcz wyglądający, jakby został utkany z mgły, ciemności i tajemnicy. Położyła na blat splecione dłonie, zdobione wieloma pierścieniami z wizerunkami orientalnych bóstw. Nick nie widział twarzy Pani, ale wystarczyło zerknąć na te ręce – na tą papirusową, skrzącą się skórę i na niezwykle silnie wyżłobione linie dłoni, żeby odgadnąć, kto postanowił wszcząć z nim pogawędkę. Nabrał głęboko powietrza.
— Miałam wizję, że dzisiaj cię tu spotkam – kobieta odrzuciła kaptur na plecy. Czarne włosy opadły kaskadą na stół, zakrywając dłonie aż po palce. Puste oczy jego starej znajomej świdrowały go w znajomy, rozdzierający myśli sposób. Jego przypuszczenia się sprawdziły.
— Witaj, Shelby.
On i Shelby Monroe znali się już od wielu ładnych lat, jeszcze zanim stali się rodziną poprzez ożenek Nicka z siostrą kobiety, Lizzy. Ich stosunki zacieśniły się jeszcze bardziej, gdy Nick wprowadził się do Elves Close w Brighton i został sąsiadem swojej byłej już szwagierki, bowiem do owej przeprowadzki doszło zaraz po rozstaniu się pary. To zabawne, ale po rozwodzie z Lizzy, jego była żona zbliżyła się bardzo do McDonaldów, do jego płytkich, paryskich sióstr, znajdując z nimi zapewne mnóstwo wspólnych tematów. Całe swoje zainteresowanie skierowała do rezydencji Rowle’ów, każdą wolną chwilę spędziła na pielęgnowaniu przyjaźni z eks-szwagierkami, i w końcu – to z nimi wiązała szczere nadzieje na powtórne lukratywne zamążpójście i na awans do stref wyższych, stref z reguły niedostępnych dla osób o tak wątpliwym statusie urodzenia. Nick z kolei nawiązał nić porozumienia z dawniej nielubionymi, „dzikimi” siostrami byłej żony i poznał rodzaj magii dostępnej jedynie dla wybranych, rozszerzył swoje horyzonty o pojęcia niepojęte dla przeciętnych, elementarnie wyedukowanych czarodziejów. Owszem – często oferował dwukierunkowe przysługi, prosząc Shelby bądź Brooke z Ilsurich o dopomaganie mu magią pierwotną, o talizmany czy przepowiadanie przeszłości. Kiedy jednak dochodziło do odwrócenia szali i to on musiał wyświadczyć drobną przysługę swoim znajomym, wykręcał się bądź robił to niechętnie.
Obawiał się, że wiedział, dlaczego Shelby wykorzystała swoją wizję i zaskoczyła go tego wieczora w kasynie Bonnetów.
— Nie mamy dużo czasu – szepnęła naprędce, patrząc głęboko w jego oczy. – Przeszłość jest mglista, a ja widzę jedynie ciemność, mrok i chmury w moich wizjach. Lizzy zaraz tu będzie – wysłała mu spojrzenie na tyle wymowne, że nawet nie nalegał na zaaranżowanie rodzinnego pojednania po latach. – Musimy pomówić. Musisz ocalić mojego syna przed zgubą.
Chociaż Shelby mówiła szaleńczo, chaotycznie i nieskładnie, ani nie wywarło to na Nicku wrażenia grozy, ani też zbytnio go nie zaskoczyło. Odkąd tylko sprawa Isaaka rozpoczęła się w sali rozpraw Wizengamotu, a było to kilka lat temu, już napotkał ze strony Shelby na prośby, groźby i błagania o oszczędzenie syna.
Ileż kosztowało go to późniejszych problemów i niesławy! Gazety do dzisiaj zarzucały mu zbyt lekkie potraktowanie groźnego młodocianego recydywisty, zbytnią pobłażliwość w stosunku do chłopaka, którego pochodzenie splotło się niegdyś z rodziną McDonald.  Za każdym kolejnym uniewinnieniem czy odroczeniem procesu (a było ich już naprawdę sporo, bowiem oskarżanie Isaaka o wszystkie niewyjaśnione zbrodnie stało się po prosto wygodne dla prasy, czarodziejskiej policji, Brygady Uderzeniowej czy samego Wizengamotu), coraz bardziej rosły nastroje podważające autorytet Nicka, coraz więcej osób oskarżało go o nadużywanie swojej władzy i rangi.
Cóż… wszyscy jego przeciwnicy polityczni mogą wypić zwycięską lampkę wina, bowiem Nick ani nie pomoże już Isaakowi ani żadnemu innemu dzieciakowi, którego rodzic mógł pospłacać długi hazardowe sędziego. Nick poległ – upadł – ale, co zabawne, to wcale nie ostatnia rozprawa Isaaka zadała mu ostateczny cios, jak wcześniej prognozowano.
— Do tej pory gwiazdy wskazywały na szczęśliwy koniec tych rozpraw – Shelby spojrzała na sklepienie kasyna, odbijające multum rozbłysków, prześwitów i blasków wywołanych przez magiczne oraz mugolskie gry hazardowe oraz hipnotyzujące oświetlanie lokalu – niezbyt przypominało ono firmament gęsto upstrzony gwiazdozbiorami, ale Shelby zdawała się i w nim dostrzegać widmo tragedii. – Wszystko zmieniło się, kiedy wypuszczono Trevora. To zaskoczyło i mnie, i Brooke. Obydwie nie spodziewałyśmy się tego. Żadna z moich uczennic nie dostrzegła nawet cienia podobnego wypadku w swoich transach.
Nick był zaznajomiony do tego stopnia ze specyficznym proroczo-absurdalnym sposobem mówienie Shelby, dlatego wyczytanie przesłania spomiędzy wierszy nie zajęło mu wiele czasu:
— Trevor został powołany na świadka – oznajmił, bo nie zabrzmiało to jak pytanie.
Shelby nie potwierdziła tego słowami, jednak twarz jej poszarzała i sposępniała, a ona sama zaczęła przypominać boginię błyskawic i grzmotów – najwyraźniej przez te kilka lat od rozstania pary, relacja Shelby i Trevora zrobiła się o wiele bardziej napięta, do tego stopnia, że nie czuł on oporów przed pogrążeniem rodzonego syna.
Nick przełknął głośno ślinę. Wolał nie dzielić się = ze światem ponurymi wiadomościami o swojej degradacji i upadku społecznym, póki jeszcze mógł te sprawę zatuszować. Jak jednak w inny sposób mógł wymigać się od niewygodnej obietnicy, że po raz kolejny uratuje Isaakowi skórę? To przykre, ale nie mógł zamknąć sprawy nawet szczerym wyrażeniem nadziei na szczęśliwe zakończenie – w obecnych okolicznościach bez wątpienia Barty Crouch będzie chciał się mścić za wiele lat pracy bez perspektywy awansu oraz afiszować swoją niezawisłość i twardość. Jeśli dodać do tego zeznania Trevora, wyrzuty wszystkich tych uprzedzonych arystokratów-pieniaczy oraz to, że Isaac posłuży jako symbol zmian politycznych i że będzie sądzony już jako dwudziestolatek… chyba nie powinien nawet marzyć o zobaczeniu świata z innego punktu niż zza więziennych krat.   
— Coś cię wyraźnie trapi, Nick – zauważyła Shelby. – Niepotrzebnie. Wiem, że dużo już dla nas zrobiłeś, ale przecież wcale nie oszukujesz czarodziejów… przecież Isaac to naprawdę dobre dziecko. Proszę – zmieniła ton na łagodniejszy – proszę, obiecaj mi, że zrobisz wszystko, aby nie trafił do Azkabanu.
Mężczyzna wbił wzrok w swoje dłonie. Nie mógł skłamać – dobrze wiedział, że osobom pokroju Shelby nie da się wmówić nieprawdy, ale przecież zdradzanie tak deficytowych informacji przed pojawieniem się ich w prasie – i to jeszcze zdradzenie ich w kasynie Bonnetów! – zupełnie nie wchodziło w rachubę. Co tu odpowiedzieć…
Przepraszam, ale nie wpuszczamy tutaj mieszańców.
Z opresji uratował go młody Noel Bonnet, chociaż zrobił to w sposób nadzwyczaj nieparlamentarny.  To cecha typowa nie tylko dla hazardzistów i osób z niszy społecznej, ale ogólnie dla Francuzów, ta nietolerancja dla pół-czarodziejów. Nick nigdy jej nie popierał i zwykle bronił szwagierek czy Lizzy przed podobnymi zaczepkami, ale teraz jedynie czekał, aż wokół Shelby wybuchnie zamieszanie i tłum gburów zacznie ciskać w nią urokami.
Czarnowłosa półelfka spojrzała na Nicka z przestrachem. Pomimo wyjątkowych uzdolnień magicznych, nie miała szans w starciu z całym kasynem pijanych recydywistów, przynajmniej bez wstawiennictwa osoby tak wysoko postawionej jak pan McDonald. Ten jednak odwrócił się od niej plecami.
Niektórzy gracze, zdenerwowani złą passą, nudzący się bądź po prostu zamroczeni alkoholem, zaczęli już spoglądać pogardliwie w kierunku Shelby i mruczeć pod nosem jakieś przekleństwa. Kobieta poderwała się z miejsca, wysłała w kierunku Nicholasa ostatnie spojrzenie pomieszane z gniewem i rozpaczą, po czym pośpiesznie opuściła dom hazardowy, zanim zaczęło robić się nieprzyjemnie.  Odprowadziły ją liczne ambiwalentnie nacechowane spojrzenia.
— Nie musisz dziękować… tato – rzekł Noel, puszczając oczko w kierunku Nicka. Mężczyzna przez moment znieruchomiał, ale potem już rozpoznał znajome iskierki w oczach i pojął, że stojącą przed nim osobę cechuje za duża jak na jego możliwości elegancja i postawność, cechy arystokratyczne, których chłopak tak pospolitego pochodzenia jak Bonnetowie nigdy nie mógł odziedziczyć.
Kenny.
— Podszyłeś się pod Noela? – wyszeptał, kiwając z uznaniem głową. Pomysł z Eliksirem Wielosokowym pachniał inicjatywą Lizzy.
— Chcieliśmy sprawdzić, czy jesteś godny zaufania – odparł Kenny McDonald, uśmiechając się złowieszczo. – Czekamy na ciebie w Lyonie. Doszło do okoliczności, które znacząco mogą zmienić nasz los.

♫♫♫

Hogwart, gdzieś w Szkocji

ZWIĄZEK QUIDDITCHA OBNAŻONY – JEGO CZŁONKOWIE ARESZTOWANI
Po ponad dwudziestu latach pracy jako szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, głowa Wizengamotu, aktywista, działacz na rzecz pokoju oraz dawny, nieoficjalny prezes Brytyjskiego Związku Quidditcha - Nicholas McDonald - został zdegradowany ze sprawowanej przezeń funkcji, a kilka godzin później - usunięty z Ministerstwa. Nick jest jednym z wielu oskarżonych o udział w jednej z największych afer czasów przedwojennych, która została wyjaśniona przez korporację kryminologiczną Aurorów kilka dni temu. Więcej:  strona 6.
Emmelina przeczytała lid artykułu w Proroku Codziennym, o mało nie wylewając z wrażenia swojej herbaty rumiankowej.
Nicholas McDonald został zdegradowany, a kilka godzin później usunięty z ministerstwa… Pan McDonald! Ojciec Mary został zdegradowany! Ojciec Mary stracił posadę! To niemalże tak, jakby ktoś pozbawił tej dziewczyny niebieskiej krwi. Co jak co, ale to przede wszystkim pozycja społeczna McDonaldów stanowiła podstawę popularności Mary, warunkowała jej dyktaturę – niemalże usprawiedliwiała jej zgrywanie księżniczki i zamiłowanie do komenderowania innymi. To… to niemalże tak, jakby królowa Elżbieta została usunięta z tronu angielskiego, a książę Karol i reszta rodziny Windosorów zaczynała sprzedawać garnki w Chinatown w Londynie.  
Emmelina zawsze szanowała Mary za charakter i siłę, za trzeźwy umysł i wdzięk, za jej nieugiętą wolę i za wrodzoną zdolność do bycia liderką. Gdyby jednak nawet Mary była pozbawiona tych wszystkich atutów – gdyby pozostała jedynie zimną, podłą manipulantką – i tak nie mogłaby spotkać się z brakiem respektu hogwarckiej młodzieży. Powszechnie znaną prawdę stanowił fakt, że dobre kontakty z wilą mogły  w przyszłości zaowocować uniewinnieniem przed skorumpowanym sądem, bowiem pan McDonald zawsze okazywał niezwykłe miłosierdzie dla przyjaciół swojej córki.
A teraz?  Mary była już jedynie córką kryminalisty – przynajmniej jeśli wierzyć w rzetelność treści lidu. Ciekawe, czy już o tym wiedziała – jeśli tak było, to w żaden sposób nie pokazała, że odczuła dotkliwie upadek społeczny; że wykluczona z zamkniętego kręgu bananowej młodzieży, teraz pozycją i znaczeniem nie przewyższa Emmeliny w ogóle.   
— Weź się do kupy – rozkazała sobie Emma, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co przeczytała. Oblizała opuszek palca, przekartkowała gazetę na stronę szóstą, skubnęła trochę sałatki ze swojego śniadaniowego półmiska, i pogrążyła się w lekturze tematu numeru:
„Tak długiej listy zwolnień z Ministerstwa nie widzieliśmy odkąd minister Minchum dokonał kontrowersyjnych czystek w Departamencie Tajemnic. Tak wielu degradacji wpływowych czarodziejów – od Globalnej Wojny Czarodziejów. Tym razem jednak ani nie zdrady stanu, ani korupcja, ani też niesubordynacja w wykonywanym zawodzie nie były bezpośrednią przyczyną zmian – te czynniki również nie towarzyszyły ani nie zwiastowały takiego rozwoju wypadków.
— Myślę, że to duży szok dla nas wszystkich – powiedział nam Austin Meadowes, starszy podsekretarz ministra. – Wielu wybitnych czarodziejów, przede wszystkim poczciwy Nicholas McDonald,  pracowali dla Ministerstwa przez wiele lat i bardzo solidnie wywiązywali się ze swoich obowiązków. Wielu z nas, pracowników Ministerstwa, nie tyle co jest wstrząśnięta utratą wieloletnich kolegów z pracy, ale tym, że nie zdawaliśmy sobie sprawy, jakimi naprawdę byli ludźmi przez tak długi czas.
Te słowa mogą wydawać się zbyt ostre dla osób, które nie śledziły ostatnich wydarzeń ani kolejnych, następujących po sobie zwolnień  – bo o aferach sprzed dwudziestu lat ostatnio robiło się coraz głośniej ze względu na zebranie nowego materiału dowodowego. Podejrzenia i teorie snuliśmy przez wiele tygodni, wiele nazwisk przestępców wychodziło na światło dzienne, jednakże sprawa nadużyć Związku Quidditcha w latach pięćdziesiątych została ostatecznie zamknięta i rozwiązana przez kryminologów z Biura Aurorów dopiero kilka dni temu. Okazało się, że głównym koordynatorem nielegalnych działań dopingowych, nierejestrowanych transferów tysięcy galeonów, sprzedaży meczów, a przede wszystkim przestępstw na tle seksualnym ofiar sportowej służby medycznej, był wspomniany już wyżej sir Nicholas McDonald.
— Kadra byłego Związku Quidditcha, gracze, menadżerowie, trenerzy, szkoleniowcy, sędziowie, a także część wpływowych kibiców naczelnych klubów ligowych, swego czasu dopuściła się wielu nadużyć, za które musieli w końcu zapłacić – skwitował szef Departamentu Magicznych Sportów. – Dla wielu z nich ostateczną karą będzie jedynie utrata posady, co w porównaniu z ciężarem winy i krzywdą, jaką wywołali rodzinom poszkodowanych uzdrowicielek, wydaje się być pobłażliwym potraktowaniem.
— Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego śledczym przez dwadzieścia lat nie udało się wskazać winnych – wyznaje jeden z kursantów kryminologii ze Szkoły Aurorstwa. – Ofiarom zmodyfikowano pamięć lub użyto na nich zaklęcie Imperius, ale zbieranie materiału dowodowego przez przeszło pokolenie i zatajenie całej sprawy przed rodzinami tych uzdrowicielek, było szokujące. Teraz jednak, kiedy pomyślę, kto został zaangażowany w śledztwo – a byli to albo sprawcy albo ich najbliżsi – przestaje mnie to tak straszliwie dziwić.
I wcale nie powinno – prócz samego szefa Przestrzegania Prawa, o molestowanie uzdrowicielek oskarżono czternastu członków Wizengamotu, osiemnaścioro Aurorów, dwadzieścioro członków czarodziejskiej policji oraz pięcioro Brygady Uderzeniowej – a oprócz tego dwie osoby z najbliższego środowiska samego ministra.
Większość miejsc została już obsadzona przez innych zacnych czarodziejów i czarodziejki. Wszystkich awansujących sprawdzono bardzo dokładnie, upewniając się, że nie tylko nie mieli nic wspólnego z Brytyjskim Związkiem Quidditcha za samozwańczych rządów sir McDonalda, ale też z ich ewentualnymi powiązaniami z siłami Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
— Wszystkich pracowników darzę wielkim szacunkiem i zaufaniem i cieszę się, że udało im się dostąpić często bardzo wysokich awansów – wyznał minister.
Lobbyści i analitycy polityczni są podzieleni, jednak większość popiera wybory ministra Minchuma i zgadza się do rzetelności nowych pracowników ministerstwa. Największe kontrowersje budzi powołanie na szefa Departamentu Przestrzegania Prawa Barty'ego Croucha, człowieka o poglądach polityczno-moralnych skrajnie innych niż często zbyt pobłażliwy sir McDonald.
— Barty pracuje z nami od wielu lat i codziennie udowadnia, że jak nikt zasługuje na tak wysoką funkcję – wyznaje jeden z członków Wizengamotu. – W obliczu wojny potrzebny jest nam sędzia sprawiedliwy i bardziej surowy, jak najmniej stronniczy i powiązany z wpływowymi współpracownikami. Myślę, że nastąpiła zmiana na lepsze.
Nazwanie sir McDonalda „stronniczym” jest dosyć trafne, co nie raz udowadnialiśmy, publikując rozliczenie z jego grzechów i niezbyt trafnych wyroków:
— Szybko ucichła sprawa dystrybucji przez syna McDonalda substancji odurzających, w tym akonitu i demencji. Odpowiedzialność w całości za to wykroczenie poniósł jego wspólnik, Elijah DeVitt. Głośna sprawa Todda Angelo, szwagra pana Nicholasa już dawno przestała być przedmiotem dyskusji...wylicza sir Austin Meadowes. – To jedynie wierzchołek góry lodowej. Nie wiem, jak bardzo skorumpowany jest nasz system, że prawnie legalne jest uniewinnianie członków własnej rodziny.
Redakcja „Proroka Codziennego” na koniec chciałaby przytoczyć przypadek sprzed kilku lat, który wciąż bulwersuje i szokuje wielu czarodziejów: mowa o zbyt łagodnym policzeniem się z Isaakiem Monroe, oskarżonym o morderstwo  pierwszego stopnia oraz szereg innych nielegalnych przygód z czarną magią. Monroe był chrześniakiem sir Nicholasa McDonalda oraz jego siostrzeńcem przed rozwodem. Jego sprawa zostanie zamknięta już za tydzień, otwierając zarazem nowy system sprawiedliwości, którego strzec będzie od teraz pan Crouch.
Redaktor: Octavian Travers.”
— Och, a więc widziałaś już to… miałem tyle szczęścia, że w drodze z sypialni wpadłem na młodszego Barty’ego Croucha, nową Mary McDonald. Wygląda mi na nieźle trzepniętego, więc chyba pasuje.
Głos Chase’a rozległ się tuż przy jej uchu, kiedy tylko wyszeptała pod nosem ostatnie słowo. Odwróciła się gwałtownie, zarzucając burzę jasnych włosów na plecy. Tak jak to często bywa w wyobrażeniach i rzeczywistości, w fantazji Emmeliny wyglądało to bardzo szykownie i kusząco, naprawdę poskutkowało jedynie wylądowaniem włosów w sałatce z sosem vinegre.
Chase udał, że nie zauważył całego zajścia – przełożył nogę przez ławę, przygryzł wargę, żeby powstrzymać uśmiech i dosiadł się na siedzenie obok dziewczyny. Dopił do końca jej herbatkę rumiankową i zerknął raz jeszcze na przeczytany uprzednio artykuł w gazecie.
— To straszne, co dzieje się w waszym Ministerstwie – pokręcił głową.
A najstraszniejsze jest to, że za wszystkim stoi Di, przemknęło jej przez myśl.
Co prawda, nie posiadała na to żadnych rzetelnych dowodów, opierała się jedynie na swoich domysłach i przypuszczeniach, ale chociaż nie odziedziczyła puli detektywistycznych genów, tym razem obawiała się, że rozgryzła tę sprawę za pierwszą wzmianką o „kursancie kryminologii”.
Dobrze wiedziała, że tylko Di pchała się wszędzie, grzebała w sprawach, które jej nie dotyczyły w żaden sposób, a potem wysnuwała zwykle bliskie prawdzie teorie i szła z tym do prasy. Zwolnienie ojca Mary – chociaż słuszne i sprawiedliwe – bez wątpienia nastąpiło wskutek jej śledztw i perswazji. Okryła się mgiełką anonimowości, dość rozumnie zresztą, ale na pewno w końcu jej nazwisko stanie się rozpoznawalne, a ona, jak i Emmelina, jako wnuczki byłej Ministry Magii, zostaną ochrzczone jako główne opozycjonistki przeciwko rządom.
Może i przesadzam, pomyślała ze złością wyciągając blond-kosmyki z sałatki. Ale Di na pewno nie przysporzy to sławy, a ja nie będę miała łatwiejszego startu.
— Owszem – potaknęła, nie patrząc mu w oczy, tylko zaklęciem oczyszczając końcówki włosów. Kilka zdań o Di i jej niewątpliwym udziale w całej sprawie można było spokojnie przemilczeć. – Ale to problem śmietanki towarzyskiej, a nie takich plebejuszy jak my.
Chase zaśmiał się szczerze, odłożył pusty kubek z powrotem na swoje miejsce i przyjrzał się z ciekawością sałatce z sosem vinegre, w której zostało kilka włosów Emmy.
— Jadłaś dzisiaj coś treściwego? – spytał. – Wiesz, że będę cię teraz pilnować.
Pokiwała głową, bo pamiętała jeszcze o umowie zawartej dwa dni temu, w czwartkowy wieczór. Ona obiecała poprawić się w regularności i jakości spożywanych posiłków pod kontrolą jej osobistego strażnika BMI. 
To bardzo miłe, choć nieco żałosne, że Chase pilnował ją, dokarmiał i nie dopuszczał do kolejnych głodówek lub, alternatywnie, tak obfitych uczt, że aż kończących się wizytą w toalecie z ostrymi torsjami. Właściwie to problemy Emmy stały się tak ciągłe i normalne, że już dawno przestały stanowić dla kogokolwiek przedmiot zainteresowania – zbytnio nie przejmowały się nią ani koleżanki, ani nieliczni byli chłopcy, ani nawet siostra czy matka. Troska i dbałość o nią ze strony Chase’a, chociaż właściwie nie przekraczała utartych granic dobrego wychowania, niezwykle ją zaskakiwały i wzruszały, jednakże Emma nie była na tyle zuchwała, aby na ich postawie czynić sobie nadzieje na jakiekolwiek romantyczne uczucia ze strony Reagana.
Zresztą, nawet jeśli była to troskliwość platoniczna i bardziej uprzejma niż faktycznie szczera, to w dodatku zupełnie zbędna. Emma bowiem po rozmowie z Chase’em, a potem przykrym wyznaniu Dorcas prawdy o eliksirze miłosnym, postanowiła wziąć się poważnie w karby i choć odrobinę przygasić swoją melodramatyczność. Póki co uważała, że idzie jej całkiem dobrze w pozorowaniu zwyczajności.
— Zobacz – puściła mu oczko i spod półmiska z sałatką wyciągnęła mały, błękitny notesik, taki, jaki nosi się w kieszeni spodni jako skarbiec złotych myśli, wierszy i cytatów. Nie takie wnętrze skrywał jednak egzemplarz w posiadaniu Emmy.
— Dostałam go kiedyś od mojego taty – powiedziała. – Chociaż to było wtedy, kiedy dzięki niemu miałam schudnąć.
Otworzyła ostatnią zapisaną stronę, zapełnioną wąskim, własnym pismem:

900 – śniadanie:
Jajecznica na maśle ze szczypiorkiem, 5 łyżek. 216 kcal.
Kawa z mlekiem, proporcja 1:2. 80 kcal.
Jogurt naturalny, pół szklanki. 75 kcal.
Sałatka jarzynowa w sosie vinegrette. 60 kcal.
Herbata rumiankowa. 2 kcal.
Łącznie: 433 kcal na 1900.

— Tutaj są wszystkie kalorie – objaśniła śmiertelnie poważnie – a tu – przekartkowała stronę dalej – nalicza mi witaminy.
— Dzienniczek sam to zapisuje?
Emma potaknęła.
— Tata go opatentował. To wielki hit jego produkcji. Wszyscy na dietach go kupują.
— Kim jest twój ojciec? – zmarszczył brwi Chase, po tym, jak jego początkowe rozbawienie nieco okrzepło. – Jakimś dietetykiem?
—  Magofarmaceutą – sprostowała. Teraz to ona powstrzymywała uśmiech. – Założył sieć tych aptek… Elle’s i te dzienniczki można kupić tylko tam.. To znaczy… już ich nie ma… - urwała, parsknęła nerwowo i władowała sobie do ust dużo sałaty. Nie umknęło to uwadze chłopaka.
— Nawet u nas w Calais było Elle’s – rzucił mimochodem, przyglądając się koleżance kątem oka. – Co się z nimi stało?
Emma zrobiła duże oczy. Z trudem przełknęła sałatę i wydukała:
— Elle to imię mojej matki. Po tym jak rozwiedli się moi rodzice, teraz nazwa jest inna.
Emma’s? – zgadywał. – Diana’s?
— Nie. Misha’s – mruknęła z wyraźnie niezadowoloną miną. Chase zamilkł.
Nie tylko zmianą nazwy swoich aptek Michael Titanic chciał podkreślić wkroczenie w nowy etap swojego życia, odkąd bowiem udało mu się uzyskać rozwód, zniknął z życia swojej żony i córek i nie starał się szukać z nimi kontaktu. Emma przez długi czas obwiniała siebie za taki rozwój wypadków – kiedy bowiem pod koniec swojej piątej klasy Wizengamot przydzielał prawa rodzicielskie, zadeklarowała ona, że woli pozostać z matką.
Jak wiele razy to sobie wyrzucała! Do dzisiaj nie wiedziała, co ją wtedy podkusiło, co skłoniło do zmiany decyzji w ostatnim momencie, wcześniej bowiem nie tyle co planowała przeprowadzkę do ojca i jego nowej dziewczyny, ale wręcz zaczęła pakować swoje ubrania; decyzji, która niewątpliwie wpłynęła na ostateczną decyzję sądu. Ojciec zawsze traktował ją i Dianę tak samo, a wręcz bardziej rozpieszczał młodszą córkę, bo z reguły bardziej przepadał za obejściem romantycznym i łagodnym, niż żywym i apodyktycznym.  Matka z kolei w dużej mierze wpłynęła na kompleks niższości u Emmy, niedelikatnie wyrażając się o jej włosach, cerze czy tuszy.
Może myślałam, że wszystko się zmieni… wtedy, przemknęło jej przez myśl. W końcu dopiero co wypuszczono mnie ze szpitala i byłam bardzo szczupła. Może łudziłam się, że zacznie traktować mnie jak Di.
Z perspektywy czasu, nie mogła powiedzieć, że jej nadzieje okazały się złudne i nieprawdziwe – matka w końcu okazała jej trochę uwagi i uczucia, zwłaszcza po tym, jak jej córka została Miss Szesnastolatek; jednak Emma, może przez uprzedzenie i gorycz, uznała je teraz za puste, nieszczere i zwyczajnie pokazowe.
— To w sumie nieistotne – parsknęła. – Nie mam z tatą kontaktu, ale mam za to ten dziennik.
— Jeśli cię to pocieszy, ja ze swoim nie miałem kontaktu przez siedemnaście lat – spojrzał na nią łobuzersko. – Dopóki nie okazało się, że tak naprawdę był moim wujkiem.
Emma zaśmiała się z trudem, ponownie schowała notesik pod półmisek z sałatką z nadzieją, że nie będzie zobligowana pokazywać go komukolwiek innemu. Już miała zagadnąć Chase’a, czy nie chciałby odprowadzić jej do biblioteki (jedynie pogrążenie się w dziewiętnastowiecznych romansach mogło w tej chwili odwrócić jej uwagę od śmieciowego jedzenia czy masochistycznych wyskoków), gdy dostrzegła coś tak niesłychanego, że o mało nie spadła z ławy i nie rozbiła sobie głowy.
W drzwiach stała Diana, ze swoją zarozumiałą, krukońską miną, założonymi rękami na piersi i świdrującymi oczami, którymi to próbowała przekazać Emmie, że musi jak najszybciej z nią pomówić. Dziewczyna nie była na to psychicznie gotowa. Chociaż ceniła siostrę i uważała ją za swój autorytet, przed każdą rozmową z nią w cztery oczy czuła niemały stres – obawiała się, że Diana ze swoim zmysłem detektywistycznym dowiedziała się o jakimś paskudnym sekrecie Emmy albo odkryła, że podkrada jej róż do policzków.
— Eee… Chase – wydukała, nie odwracając wzroku od Diany. – Ja… muszę… iść.
Wbrew wzrokowym komunikatom siostry, żeby nie gapiła się na nią jak sroka w gnat i wzbudzała niepotrzebną sensację, nie mogła otrząsnąć i zmusić się do tego.
Zgodnie z obawami Diany, Chase natychmiast odwrócił głowę w kierunku obiektu penetracji swojej towarzyszki. Uniósł brwi wysoko i spojrzał niepewnie w kierunku Emmeliny.
Tak, to ona – mruknęła, zanim zdołał zadać jakiekolwiek pytanie. – Pogadamy później, dobra? Muszę iść wygonić moją siostrę z Hogwartu.


♫♫♫

Sobota, 4 lutego 1977
Kochany pamiętniczku!
Mając na uwadze fakt, że jesteś istnym cmentarzyskiem mojej osobowości, wiesz zapewne, jak bardzo nie lubię wpisywać się konwencjonalne, utarte schematy i postępować, tak jak szara masa bytów, niezgodnie ze swoimi czakrami. Dlatego właśnie serce mi się kraje, kiedy muszą sięgnąć po tekst tak bezbarwny i sztampowy, i przeprosić Cię (jakbyś był moim psem czy coś…), że tak dawno nie pisałam.
Ugh! Skreśliłabym te słowa od razu, ale ponieważ wcale nie wyolbrzymiam moich „przeprosin” i faktycznie oblałam Twe papierowe serce paskudną wydzieliną niegodziwości i zapomnienia, nie pisałam bardzo długo i w związku z tym wyszłam również z wprawy. No.
Tak właściwie to nie myśl sobie, że dążę do czegoś konkretnego – i wybacz powtórzenia i przynudzanie, jednak tak dawno nie pisałam (grr!!!), że aż zapomniałam, że istniejesz… no i teraz notuję coś, bo śniadanie jest długie, a ja skończyłam już Cię czytać.
Wiem, ludzie są okrutni. 
Widzisz, istnieją pewne plusy regularności w pisaniu dziennika, które człowiek zaczyna dostrzegać dopiero po latach, kiedy nabiera ogłady, sentymentalności, a pamięć zaczyna mu szwankować. No dosłownie. Znalazłam Cię niedawno w śmieciach, bo jak już pisałam – Twoje gwiazdy przestały krzyżować się z moimi (przepraszam!) – i z ciekawości wciągnęłam się w Twoją treść. Dzięki swoim wypocinom udało mi się uporządkować cały ten bałagan wspomnień z ostatnich lat, a moja amnezja zrzuciła paręnaście kilo. Głowa mi już tak nie ciąży. Słowem: mniej więcej odświeżyłam sobie historię mojego życia przypadającą na lata spędzone w Beaux, dzięki temu, że wtedy byliśmy kumpelkami, a ja ci się zwierzałam ze wszystkiego. Dzięki, że teraz nie trzymałeś gęby kartek na kłódkę - hihi. Jeśli zaś chodzi o obecny rok, to znalazłam jedynie jakieś zapiski z listopada, które emanują fatalną energią chi. Panikowałam tam potwornie, pisałam o Jaydenie, Chase’ie i po lekturze zrobiłam sobie jeszcze większą wodę z mózgu. Te cztery miesiące, od września do grudnia siedemdziesiątego szóstego, uznam więc za stratne i nie będę zaprzątać sobie nimi głowy.
Dało mi to jednak do myślenia, wiesz? Mam białą plamę na mózgu i wycięte cztery miesiące życia, i nie wiem, czy to się zmieni… kiedyś. Nie wiem też, czy nie zdarzy mi się ponownie coś tak dziwnego, i wyląduję ponownie w sytuacji tak groteskowej. Wiem jednak, że istnieje jeden sposób na uniknięcie tragedii i zapomnienia – od tej pory nie porzucę Cię już nigdy, będę zapisywać solidnie każdy dzień i każdą myśl, tak, że fragment mojego ja na zawsze zostanie w Ciebie wszczepiony.
Ach, jak ja ozdobnie się wyrażam! Ale do rzeczy – zanim zacznę spisywać bieżące sprawozdanie z ostatnich wydarzeń, krótko podsumuje to, co wiem o tych gołych i chudych zapomnianych czterech miesiącach. Przygotuj się na jazdę bez trzymanki.
Po pierwsze, wyjechałam na wymianę do Hogwartu. I powiem ci szczerze, że w Beaux o wiele bardziej mi się podoba (nie pamiętam tej szkoły dokładnie, ale z niedbałych opisów w Tobie – jakkolwiek to brzmi – potrafię sobie wyobrazić jej barwną aurę). W Hogwarcie jest jakoś mniej uczniów (no i tylko Angole, beznadzieja), wszyscy siedzą na sobie w Pokojach Wspólnych, nie ma bractw ani ciasta na śniadanie. Zamiast tego możesz zjeść bekon. Obrzydlistwo.
Po drugie, mieszkam u Potterów – moich kuzynów, a moim „pseudo-braciszkiem” jest James zmianiaczek-nastrojów, drugim – narcystyczny motocyklista Najjaśniejsza Gwiazda na Firmamencie, a „pseudo-siostrunią” – walnięta ćpunka May. Belle Potter piecze dobre ciasta, a Seth w piwnicy wykonuje eksperymenty godnych doktora Frankensteina na mikrofalówkach.
Po trzecie, straciłam pamięć przez jakieś szalone nieporozumienie z medalionem mojej matki, która mnie porzuciła jak jaskółka. Czy coś.
Po czwarte i najważniejsze – jestem w ciąży.
Tego chyba nie muszę nawet omawiać.
Moją sytuację można by uznać za dramatyczną – straciłam pamięć, jestem u bogatych krewnych, mam szesnaście lat i w dodatku rośnie mi brzuszek (i nie – nie da się tego już odkręcić, Eliksir Poronny już nie zadziała, zgapiłam się) – ale chyba uruchomił się jakiś system obronny mojego umysłu, bo wcale nie szaleję ze strachu i niepokoju. Szczerze mówiąc, całe dnie spędzam na czytaniu artykułów dla przyszłych mam w magazynie „Centaur”, oglądam wanny porodowe i w ogóle.
Powiedziałam wczoraj o porodzie w wodzie Belle (tak, Belle Potter, byłej położnej – świat jest mały), a ona poczęstowała mnie ciastem i zmieniła temat, chyba z obawy, że jak zaczniemy dryfować w tym temacie, to dostanę jakiegoś ataku czy coś. Albo po prostu nie wiedziała, o czym do niej mówię.   
Jayden też nie wdawał się ze mną w temat porodu w wodzie ani też porodu spirytystycznego, w stylu orientalnym. Kręcił nosem nawet na najciekawszą propozycję porodu na łonie natury, w jakimś francuskim lesie. Wyskoczył tylko z nieszczęsną, sztampową propozycją pod tytułem: „Poznam cię z moimi rodzicami”.
Z państwem Rasac spotykamy się dzisiaj w Hogsmeade, w tej nowej, modnej knajpie, której nazwy nie pamiętam, bo jest pospolita. Wyobrażałam ich sobie wiele razy – to znaczy, państwo Rasac, rodziców Jaydena i dziadków mojego dziecka (słodka Nimue, to brzmi strasznie). Pewnie pani Rasac maluje sobie zęby matową pomadką, pryska się zbyt dużą ilością perfum i je nasze francuskie desery – ni to budyń, ni to jajecznica. A pan Rasac zapewne pali cygaro, nosi ogryzioną przez mole marynarkę i opowiada dowcipy o elfach.
Albo oboje są elfami.
Jest jeszcze jeden problem, ten sam, który nie zmienił się od listopada, a właściwie to od samego początku Twego jestestwa, pamiętniczku – a jest nim Chase Reagan. Zastanawiam się, czy powiedzieć Jaydenowi (dalej nie wiem, czy on jest moim chłopakiem, czy jednak zerwaliśmy) o pocałunkach na śniegu. Z jednej strony to może być nieszczególnie pożądane w naszej sytuacji, kiedy to jesteśmy w ciąży, a ja tak jakby go zdradzam (chociaż – po raz kolejny – NIE WIEM TEGO!), ale z drugiej nie powinien mieć mi za złe podobnych wyskokow, zważywszy, że rządzą mną hormony i energia pierwotna yin. Gdybym miała słuchać mojej wewnętrznej intuicji, to jednak nabrałabym wody do ust – to znaczy, nie przez energię yin, ale raczej dlatego, że mój pocałunek z Chase’em był trochę jak staro magiczny, bajkowy Pocałunek Prawdziwej Miłości, który – być może – obmył mnie z chorób, klątw i problemów.
Czyli albo wkrótce odzyskam pamięć zupełnie (może trzeba powtórzyć go jeszcze raz?), albo już nie jestem w ciąży. Szkoda, że jestem na razie za chuda, żeby to sprawdzić.  
Jak już zapewne zauważyłeś, pamiętniczku – moje życie jest teraz dość skomplikowane. Chase’a chyba również, bo coraz częściej widzę go w towarzystwie Emmeliny, co zwykle jest nieodłączne z pogmatwaniem. Nie wiem, czy próba ponownego pocałunku uleczy którekolwiek z nas z toksyn i ciemnej aury niepowodzeń i zamętu. Chyba nawet nie obudziłoby nas ze snu, tak jak Śnieżkę czy Aurorę.
Życz mi szczęścia, mój papierowy amulecie. Będę zdawała ci sprawozdanie ze wszystkich zwrotów akcji na mocy wymienionych przeze mnie wyżej powodów.
Całuski,
Hestia Bethany Jones
alternatywnie Hestia Black, Hestia Rasac lub Hestia Bethany z Bajki

Hestia postawiła ostatnią kropkę, nad wszystkimi „i” dorysowała mikroskopijne, koślawe serduszka, po czym zatrzasnęła swój obsypany brokatem pamiętnik i wrzuciła go na same dno patchworkowej, recyklingowej torby z napisem KOCHAM LAZUROWE WYBRZEŻE. Zaraz potem wrzuciła do niej też niezgrabnie wykonaną robótkę ręczną skręconą na drutach, i dwa czekoladowe croissanty opatulone cienką serwetką o barwie moczu. 
Zerknęła na zegarek, tym razem jednak nie w oczekiwaniu na początek lekcji, lecz w sobotnim odliczaniu na spotkanie z rodzicami Jaydena. Miała więc dość czasu, żeby pozwolić sobie na małą, rodzinną pogawędkę z osobą, która ewidentnie jej potrzebowała. Bez zbędnych ceregieli zakradła się do Syriusza Blacka, usadowiła brodę na jego ramieniu i przykryła otwartymi dłońmi jego oczy.
Chłopak wyglądał na znudzonego, tak zresztą jak zwykle przy podobnych gestach, ale po chwili jakby się zreflektował, drgnął i wydukał głosem cienkim, jakby przepełnionym nadzieją:
Dorcas?
— Lepiej – Hestia schowała ręce za siebie, narzuciła drelichowy plecak Syriusza na jedno ramię i trąciła go niecierpliwie w ramię na znak, że chce go stąd wyrwać. – To ja.
Black jęknął głośno i wrócił do pałaszowania swojego bekonu.
— Idź dręczyć Jimmy’ego, Hestia. On jest w większej rozsypce.
Obydwoje niemalże równocześnie odwrócili głowę w kierunku stołu Krukonów, gdzie James dzisiaj usiadł. Nie podchwycił ich spojrzeń, zbyt zaabsorbowany flirtowaniem z Pięknościami, a szczególnie z Jessiką Beinz, której pozwolił wślizgnąć się na swoje kolana i dokarmiać go jajecznicą z boczkiem.
No tak.
— Chyba jednak dalej uczepię się ciebie – cmoknęła powietrze, wysyłając mu niby powietrznego całusa.
Syriusz westchnął, zostawił swój bekon na talerzu i ruszył przed Hestią w kierunku wyjścia z Wielkiej Sali, uprzednio nie odbierając od niej swojego plecaka. Dziewczyna wzruszyła ramionami, bez skrupułów pogrzebała w nim, zastanawiając się, co można nosić w sobotni poranek, i wyciągnęła kolorowe czasopismo dla panów, pełne półnagich modelek opierających się o motocykle.
Nie miała pojęcia, który z nich był bardziej żałosny.
— Chcesz iść ze mną na piwo? – krzyknęła za nim. – Bezalkoholowe dla mnie?
Syriusz nie odpowiedział ani się nie odwrócił, więc zrezygnowana dziewczyna wrzuciła magazyn z powrotem do jego paskudnego plecaka oblepionego emblematami jakiś satanistycznych zespołów, i tak obciążona wybiegła za nim z Wielkiej Sali.
Kuzyna złapała na schodach na pierwsze piętro, i chociaż znała go na tyle (a raczej – pamiętała o nim na tyle), aby wiedzieć, iż naprawdę udaje obojętnego i nieskorego do zwierzeń, w głębi serca chciałby z kimś porozmawiać. Będąca w błogosławionym stanie Hestia chełpiła się niezwykle czułym sercem od tych kilku tygodni, równie czułym jak jej żołądek i piersi, dlatego mogła przymknąć oko na złe maniery i brak kultury u panicza Blacka.
— Gdzie cię tak goni? – spytała. – Nie mamy dzisiaj lekcji ani nic.
— Od dłuższego czasu, mam ciężki okres – mruknął ostrzegawczo. – Jeśli się nie odczepisz, zrobię się niemiły.
Ciężki okres? Czy również jesteś oazą nowego życia, mój drogi, wielmożny kuzynie?
Syriuszowi przez chwilę udało się zachować minę pokerzysty, ale bardzo szybko – zresztą, ciężko powiedzieć, żeby drzemało w nim dużo determinacji – na jego twarzy zagościł uśmiech, a sam chłopak porzucił maskę obojętności, zabrał swój plecak i rzucił zagadkową uwagę:
— Wiesz co, Hestia? Tylko jeden jest z ciebie pożytek – wiem, że nie można być bardziej żałosnym niż ty.
— Och, a więc myślałeś, że możemy rywalizować? – zapytała, nie biorąc sobie uwagi do siebie.
— Chyba tak… okazało się, że nie mogę wyrwać laski bez pomocy eliksirów szybciej bijącego serduszka, a najlepsze jest to, że to nawet nie ja podrzuciłem jej ten soczek.
Hestia zmarszczyła brwi.
— No, to faktycznie żałosne – potaknęła. – Ale jedyną laską, jaką kiedykolwiek wyrwałam, była w
w pierwszej klasie Beuaxbatons Odette Caouette.
Syriusz wywrócił oczami i wymamrotał coś, że piwo brzmi całkiem dobrze. W związku z tą powziętą decyzją, obydwoje ruszyli do nowego dormitorium Huncwotów, wyposażonego w zapełniony barek. Część towaru składowali tutaj wcześniej siódmoroczni Krukoni, a część obecni właściciele przynieśli z Hogsmeade wczoraj wieczorem, kiedy oblewali powrót Rogasia i Łapy do grona singli. Hestia nie wyraziła szczególnego zdumienia na widok nowej sypialni, poprosiła tylko, żeby kuzyni wpuszczali ją doń bez zbędnych ceregieli tak jak i kiedyś. Grzecznie wypytała, kto mieszkał tu poprzednio i w jaki sposób Huncwotom udało się nakłonić ich do podobnej lokacyjnej wymiany (jakże taktownego słowa użyła!). Wedle jej oczekiwań, możliwość sprawozdania z przebiegu całej partyzanckiej wojny, wyraźnie rozchmurzył Syriusza i stanowił odpowiednią podwalinę do przyszłych pytań.
Temat szybko wrócił z powrotem do Dorcas i eliksiru miłosnego, do tego, w jaki sposób Syriusz się o tym dowiedział i jak po tym zareagował; w końcu, co zamierza dalej zrobić i czy bardzo dotknęło go całe zamieszanie.
— Nie rozmawiałem jeszcze z Dorcas – zaczął. – Nie widziałem jej od wieczora po wagarach.
— To skąd o wiesz, że była na Amortencji? – zdziwiła się Hestia, tęsknie patrząc na kremowe piwo Syriusza. Łapczywie pociągnęła łyk swojego malinowego soku.
—  Od Rachel Sommers, tej Piękności – oparł kark o oparcie fotela i spojrzał gdzieś w sufit. – Wiesz, ona ma obsesję na punkcie Argenta i ponoć podarowała mu kiedyś magiczny kaktus z pluskwą.
Z czym?
Syriusz wywrócił oczami.
— W sensie, umieściła tam stłuczone szkiełko dwukierunkowe, a to oznacza, że…
— Że może go śledzić w drugim lusterku? – zdziwiła się. Black pokiwał niechętnie głową. – Zaraz… czy to nie był wynalazek twój i Jamesa?
— No tak – przyznał, kręcąc głową ze zmęczeniem. – Ja sam kazałem jej je tam umieścić.
— Nie rozumiem – zdziwiła się.
— Miałem powody, żeby nie ufać Argentowi… widzisz, nie chodziło tutaj jedynie o kontrolowanie Dorcas – chociaż chodziła do niego o wiele częściej niżbym sobie życzył… znam bardzo dobrze dziewczynę, która jeszcze niedawno była jego żoną.

♫♫♫

Lily usiadła w najdalszym kącie długiego stołu Gryfonów, nie tylko po to, żeby móc obserwować wszystkich z najlepszej perspektywy, ale też aby pozostać samą – zresztą, nie zapowiadało się, aby ktokolwiek chciał przyjąć jej kompanię przy sobotnim śniadaniu. Dorcas nie dotrzymała jej towarzystwa i w ogóle zniknęła jak kamfora od wczorajszego popołudnia, Emmelina jadała o innych godzinach, Marlena to już w ogóle – i stanęło na tym, że Lily pozostało przyglądać się Mary z całym jej przesadnie eleganckim spożywaniem posiłków, Hestii bazgrającej coś w starym dzienniczku, obrażonemu na cały świat Syriuszowi i – a jakże inaczej! – Jamesowi, który odnalazł rozrywkę i ukojenie w podrywaniu Jessiki Beinz.  
Jakie to typowe, pomyślała wściekle. Obudziła się w nim nagle kokietka.
Czuła się niemalże jak na początku szóstej klasy, kiedy James irytował ją swoim zachowaniem i bałamutnością, a kiedy ona nie miała żadnych podstaw i praw, by go za to ganić. Wtedy jednak ani nie myślała o wiązaniu się z nim czy nawet o obdarzeniu go uczuciem innym niż pogarda i niechęć. Teraz, gdy pomiędzy nimi zaczynało się coś dziać, bezczynność i bezmoc stawały się o wiele gorsze.
Wysyła Jamesowi najbardziej desperackie spojrzenia, na jakie było ją stać, ale chłopak albo czerpał satysfakcję z jej bólu i zazdrości, albo zwyczajnie nie zwracał na nią uwagi. Myślała, czy nie wykorzystać jego własną broń przeciwko niemu i dosiąść się do zwykle niezwykle filuternych Puchonów, ale dobrze wiedziała, że nie posiada tak niezdrowej ilości tupetu i bezczelności jak on.
Niezbyt zachęcająca owsianka z otrębami pozostała nienaruszona od samego początku śniadania, a Lily, za każdym razem kiedy sięgała po łyżkę, odczuwała zbyt silne mdłości i ssanie w gardle, żeby zmusić się do posiłku. Czuła się chora, zmęczona i przerażająco nieistotna.
— Bycie mną boli, co?
Lily przymknęła oczy ze rozpaczliwej złości, kiedy cień Mary przebił się przez jej powieki, a ona poczuła, że rudowłosa była przyjaciółka zajmuje miejsce obok niej. Owszem, przez kilka ostatnich dni bardzo zbłądziła, ale czy to oznaczało, że do końca Hogwartu będzie musiała konsumować śniadanie w tak doborowym towarzystwie?
Może i zbratałam się z Pięknościami, ale chyba aż tak nisko to ja jeszcze nie upadłam.
 Nie wiem o co ci chodzi, Mary – rzekła dumnie, ale jej głos nie dostosował się do słów – zamiast siły wdarły się w niego tony rozpaczy i zupełnej rezygnacji.
Wila roześmiała się perliście. Jej śmiech dla niedoświadczonych brzmiał jak piękna melodia, ale Lily słyszała w nim tylko fałsz i okrucieństwo.
Nie wiesz? Poważnie? Wyglądasz jak moja matka przed randką.
— To… dobrze?
Mary uśmiechnęła się bezczelnie.  
— Daj spokój, Evans. Przyznaj, że to boli jak cholera.
Lily nie odpowiedziała. Ze złością zaczęła wykrajać widelczykiem esy floresy w swojej serwetce.
— Możemy współpracować, wiesz? – nie poddawała się. Evansówna zaczęła nuć pod nosem. – Ta suka wykiwała też mnie i nie pozwolę, żeby jej się upiekło.
Wykiwała też ciebie?! – parsknęła. – Daj spokój, Mary. To, że zaufałam Jessice nie znaczy jeszcze, że zupełnie padło mi na mózg. Myślisz, że nie domyśliłam się, że to ty maczasz we wszystkim palce od początku? Że Dorian nie powiedział mi o tym, że go szantażowałaś? Że nie wiem o… - tu ściszyła głos do szeptu: - O tym co zrobiłaś Jamesowi?
Mary uśmiechnęła się słodko, jakby nie mogła się pozbierać po koncercie pięknych komplementów.
— Dobrze, wiem, że obecnie uważasz siebie samą za niezwykle obeznaną i zaznajomioną z każdym epizodem życia mojego i życia Jamesa – wywróciła oczami – i nawet nie chcę mi się tłumaczyć, że dalej wiesz tyle, co nic. Ale pokłócę się z tobą w kwestii twojego naiwniactwa – czy naprawdę uważasz, że gdybym naprawdę uwikłała się w cały ten twój dramat z umowami sprzedaży i wiedziała o wszystkim, co wyrabiasz ty, Dorian i Jessica, to teraz zostałabym sama na lodzie?
Lily spojrzała na nią bez zrozumienia. Mary jęknęła głośno.
— Czy myślisz, że po tylu intrygach, których celem byłoby odbicie Jamesa od ciebie, tak po prostu oddałabym go Jessice?
Oddałabym go Jessice? O czym ona, u licha, gadała!
Koleżanki wpatrywały się w siebie – jedna zupełnie bez zrozumienia, a druga z pojęciem tak szerokim, że aż przytłaczającym. W końcu Lily skapitulowała i poprosiła Mary o rozwinięcie swojej wypowiedzi – chociaż wiedziała, że w ten sposób balansuje na krawędzi klifu i wyglądało na to, że po raz kolejny pozwoli zepchnąć się z niego do piekielnych czeluści. 
— Rozumiem, że nie wiesz jeszcze, że Jessica i James są umówieni dzisiaj do Hogsmeade?
Co?!
Nie mogła powstrzymać tego wykrzyknięcia, ale niemalże natychmiast pożałowała, że nie posiadła większej powściągliwości. Całe towarzystwo jedzące śniadanie – i to nie tylko Gryfoni, ale również Puchoni, Ślizgoni i – a jakże! – Krukoni z Jessiką i Jamesem na czele, odwrócili się w ich kierunku z zainteresowaniem. Mary zaśmiała się szyderczo pod nosem, a Lily z wrażenie wepchnęła do ust obrzydliwą łyżkę owsianki, która przez przeszło pół godziny napęczniała wodą do tego stopnia, że smakowała jak fasolka o smaku wymiocin.
Bosko.
— Gratulacje, Lily! – uśmiechnęła się sztucznie Mary. – Teraz już i tak wszyscy myślą, że spiskujemy, więc czemu by faktycznie tego nie zrobić?
Czemu by faktycznie tego nie zrobić?!
Bo to złe, toksyczne i niepoprawne, Mary!, chciała krzyknąć Lily, po czym oświadczyć uroczyście, że jeszcze nie upadła tak nisko, aby cofać się do zagrań do tego stopnia żałosnych i desperackich. Ale potem przemknęła jej przez głowę zgoła inna myśl.
Czy naprawdę jeszcze tak nisko nie upadłam? Czy drobna współpraca z Mary jest o wiele gorsza niż podpisywanie cyrografu z Jessiką?
Jej zdrowy rozsądek krzyczał i podpowiadał, że zagalopuje się na za daleko, że znowu daje się zmanipulować i że zamiast polepszyć opłakaną sytuację, jedynie jeszcze bardziej zrazi Jamesa do siebie i – Merlinie, broń! – jeszcze znajdzie sobie z nim wroga. Słowa Doriana o molestowaniu go przez Mary nie dawały jej spokoju – czuła odrazę i wstręt do swojej byłej najlepszej przyjaciółki, robiło jej się słabo na myśl, że mogłaby mieć z nią cokolwiek wspólnego czy zawrzeć z nią koalicję, a przede wszystkim… przede wszystkim obawiała się, ze z podobnych intryżek jest tylko jeden stopień do zatracenia i zguby, do upadku moralnego i do przeobrażenia się w kopię Mary.
Z kolei serce – którego głos do tej pory prawie zawsze tłumiony był przez rozsądek, ale ostatnio jakby nabrał pewności i mocy – krzyczało zupełnie inne, bardziej zachęcające komunikaty:
To niemożliwe, żeby Lily kiedykolwiek stała się taka jak Mary. Nie potrafiłaby skrzywdzić Jamesa, szantażować go ani do niczego zmuszać – to po pierwsze. Po drugie, w wieku siedemnastu lat uważała swój charakter za zbyt uformowany i stały, aby zagrażały mu jakiekolwiek wpływy mogące go przekształcić.  Po trzecie, skoro już namieszała tak straszliwie, to czy miało znaczenie kontynuowanie swojego dzieła, jakby przedłużenie dawnych grzechów? Na pokutę i zadośćuczynienie przyjdzie czas później, i nic się nie stanie, jeśli będą one pokaźniejszego rozmiaru niż na chwilę obecną.
Przypomniały jej się słowa Jamesa z wczorajszego wieczora, kiedy to zupełnie błędnie zinterpretował jej zachowanie i uznał podpisanie cyrografu za dowód jej obojętności względem niego, braku ciepłych uczuć, zaufania i akceptacji. Prawda była dokładnie przeciwna – Lily może i błędnie, ale od początku do końca wierzyła w to, że katastrofalne środki są uświęcone przez cel, jakim było w jej opinii pomoc Jamesowi, ułatwienie im postawienia fundamentu szczerości i zaufania, a także ostateczne uwolnienie go od wpływu Mary. Czy jeśli tak po prostu się teraz podda, nie zaprzeczy swoim prawdziwym priorytetom i nie potwierdzi teorii Jamesa? Czy jeśli zostawi go i Jessikę w spokoju, nie potwierdzi braku zaangażowania i uczucia?
— Chcesz mnie jeszcze bardziej pogrążyć? – spytała słabym głosem.
Czuła się dokładnie tak samo jak w czwartkowy wieczór po wagarach – zupełnie rozdarta i niepewna, co zrobić, żeby nie pogorszyć beznadziejnej sytuacji. Zastanawiała się, czy jedynie ona ma taki talent do komplikowania związków, czy też każda inna osoba przeżywa podobne do niej dramaty?
— Możesz w ten sposób pokazać mu, że ci na nim zależy – wzruszyła ramionami Mary, bezbłędnie odczytując targające nią uczucia. – Uważam, że wszystko, co robię ja, jest jedynie dowodem uczuć. Nie znoszę cię, ale obecnie bardziej nie znoszę Jessiki, więc… — na jej twarzy na chwilę zagościła jakaś imitacja uśmiechu.  - …mogę przystać na drobne zawieszenie broni.
Lily westchnęła ciężko. Czy miała właściwie coś jeszcze do stracenia?
— Okej – pokręciła głową. – Wchodzę w to… cokolwiek planujesz.
Mary tym razem błysnęła uśmiechem w pełnej formie. Z entuzjazmem sięgnęła po dwa bajgle, opróżniła zaklęciem półmisek z owsianką Lily i już chciała przy smacznym śniadanku wtajemniczyć ją w swoje nikczemne zamiary, kiedy do ich koalicji kompletnych suk, dołączyła kolejna ochotniczka spełniająca klubowe wymogi;
Cześć, Mary – powiedziała Jo Prewett, wyrywając jej z ręki jednego bajgla. Lily przez chwilę wydawało się, że Mary blednie, ale musiała to być jedynie jakaś gra światła, bo niemal natychmiast jej piękna twarz wróciła do dawnego, dumnego wyrazu.
— Nie znam cię – rzekła odpychająco. Jo pokiwała głową wymownie.
— A, faktycznie, zapomniałam. Tym bardziej nie mam oporów, żeby cię stąd wyprosić, bo chcę porozmawiać z Lily.
Mary spojrzała na dziewczynę dziwnie, ale bez zbędnych ceregieli wstała i poszła dręczyć kogoś innego, odwracając się co chwila w ich kierunku. Lily poczuła, że robi się czerwona jak cegły w jej ogródku przy stodole w Cokeworth.  
— Jo, myślę, że ludzie nie powinni oglądać nas razem – szepnęła pod nosem, czując, że ponownie wszystkie – w tym, niech to licho, Jamesa! – spojrzenia obejmują ją i Jo.
— A ja myślę, że po tym, co ci powiem, wybiegniesz z tej sali za mną, trzymając się za rączkę – rzekła z błyskiem w oku. – Isaac przyjechał.

♫♫♫

Jakkolwiek Jo dobrze przepowiedziała reakcję Lily, która na wieść o przyjeździe Isaaka wykrzesała z siebie mnóstwo entuzjazmu i praktycznie wybiegła z Wielkiej Sali; jej zapał bardzo szybko się ostudził, a to za sprawą tego, że jak zwykle sam przedmiot rozmowy oraz Jo musieli utrudniać nawet najprostsze, nieformalne spotkanie i wybierać na jego plener Zakazany Las.
— To nie jest dobry pomysł – rzekła Lily tuż na skrajach błoni.
— Och, daj spokój – prychnęła Jo, poprawiając na sobie elegancki, podłużny płaszcz. – Jest rano. Dość jasno, i w dodatku biało. Nie ma liści na drzewach ani nic. Las nie jest już straszny.
Po tym oświadczeniu odwróciła się na obcasach swoich skórzanych kozaków za kolano, uznając, że rozmowa jest skończona i przekroczyła umowną linię pomiędzy dwoma wysokimi bukami, która odgradzała błonia od lasu. Lily wzięła głęboki wdech, ale stała mocno na nogach w miejscu.
— Nie chodzi mi o to, że się boję. Po prostu… - nerwowo odwróciła się za siebie. – …co jeśli ktoś nas zobaczy?
— To roztrzaskamy mu łeb kamieniem.
Jo!
— No dobra, to… no nie wiem, zmodyfikujemy mu pamięć?
— A jeśli to będzie nauczyciel?
Czarnowłosa prychnęła.
Nauczyciel? Daj spokój. Myślisz, że Flitwick i McGonagall chodzą na potajemne randki do jaskini w Zakazanym Lesie? Nic się nie stanie.
Zrobiła kilka kroków przed siebie, nie czekając na Lily. Rudowłosa wahała się jeszcze przez chwilę, ale w końcu ciekawość związana ze spotkaniem z Isaakiem (oraz przedyskutowaniem z nim kwestii Doriana) wygrała nad obawami i honorowością prefekta. Naprawdę, zaczynała już upadać na psy.
Dość szybko dogoniła Jo i razem ruszyły przed siebie – zdaniem Lily było to bliżej nieokreślone miejsce, chociaż jej towarzyszka zarzekała się, że dobrze wie, gdzie je prowadzi. Miała rację, co do wyglądu i atmosfery panującej o tej porze w Lesie. Evansówna nie miała zbytnio wielu okazji do zawędrowania w te okolice – szczerze mówiąc, zrobiła to do tej pory trzy razy w życiu i równocześnie trzy razy w szóstej klasie. Po raz pierwszy – drugiego września, w pierwszą noc, kiedy szukała Marleny, wpadła na Jamesa i poznała sekret Huncwotów i Remusa. Po raz drugi, we wtorek, gdy Isaac i Jo wracali z nią „na skróty” do zamku z domu Shelby Monroe.
Za pierwszym razem, jeszcze latem, las ten naprawdę robił wrażenie – ciemne kaloty drzew przysłaniające całe niebo i dopuszczając jedynie wąskie wiązki światła księżycowego, szumiący wiatr, odgłosy zza krzaków, pohukujące sowy i nietoperze, co chwila wylatujące chmarą zza jakieś spróchniałej dziupli. Drugim razem poruszona Lily nie zwracała uwagi na to, gdzie jest, a poza tym, przed wschodem słońca nie widziała tutaj nawet własnych paznokci. Teraz, im dalej się zapuszczała w głąb lasu, tym szybciej opuszczał ją niepokój i przezorność. Dziewczęta wcale nie szły zgodnie z wydeptaną dróżką, ale pomimo tego nie obawiały się wcale, że pogubią się lub wpadną na niebezpieczne zwierzę. Te same ogromne gałęzie potężnych dębów, zupełnie ogołocone i chude już tak nie przytłaczały; zwierzęta leśne zapadły w hibernację lub przeniosły się na skraj lasu; a nisko świecące słońce oświetlało dokładnie każdy, zupełnie zresztą biały, cal oblodzonej ściółki. Panowała cisza tak martwa, że jedynymi odgłosami były ściszone głosy dziewcząt oraz rytmiczne stukanie obcasów pary muszkieterek i starych glanów.
— Przypomnij, dlaczego właściwie nie możemy spotkać się w bibliotece? – spytała Lily, bardziej teraz zmęczona długotrwałym spacerem (po kilku tygodniach minimalnego ruchu od klasy do klasy zdołała się już niezłe rozleniwić) niż zaniepokojona.
— Myślałam, że to oczywiste – mruknęła Jo protekcjonalnie. – Przecież to właśnie tutaj przemieniono twoją koleżankę, no nie?
Lily westchnęła ciężko. Po tylu traumatycznych wydarzeniach i o tak wczesnej godzinie jej mózg nie pracował na pełnych obrotach. Mary trochę go rozgrzała swoimi propozycjami koalicji, ale w dalszym ciągu nie był na tyle rozbudzony, aby łączyć skomplikowane elementy układanki.
— No i?
— Gdzie właściwie pojechał Isaac, Lily? – spytała z przekąsem. – Pokopać w tych wszystkich tajemnicach. Robi to od dłuższego czasu, ale teraz, kiedy wrócił Trevor, szczególnie. Skoro wiemy już, że istnieje drugi patronat, musimy być pierwszymi, którym uda się znaleźć patrona i przekabacić go na swoją stronę… zanim zrobi do Trevor albo Czarny Pan. Zresztą, na jedno wychodzi.
— Nie wiedziałam, że szykujecie się na wojnę.
Jo wzruszyła ramionami.
— Powiedzmy, że jesteśmy przezorni. Isaac był tu już kiedyś… w październiku. To był ten dzień, kiedy powiedziałam ci, że jesteśmy siostrami… dostałam od niego wiadomości, wiesz, przekazał mi te runy na ramieniu Remusa…
Lily kiwnęła głową.
— Wtedy też natrafił na to miejsce i zobaczył nasz symbol. To znaczy, symbol naszego patronatu i zrozumiał, że medalion wycieka. Oczywiście dostał szału – wywróciła oczami. – Ale on jest taki, że z reguły wszystko mu szybko przechodzi. Wrócił tutaj niedawno  i odkrył, że ten znak jest nieznacznie inny od naszego symbolu. I poszedł za tą poszlaką. A teraz my też idziemy w to miejsce.
— Wracamy do pierwszej nocy szóstej klasy? – zdziwiła się.
 Przypomniała sobie pośpiesznie z grubsza wszystkie wydarzenia: ledwo zapuściła się w Zakazany Las, pojawiła się dziwna kula energii, niby ognisty pocisk. Ruszyła w tamtym kierunku, wpadła na Jamesa i ostatecznie nie dotarła na miejsce. Potem okazało się, że gdzieś w tamtym rejonie znalazła się Marlena, która straciła przytomność i z tego, co mówiła, wynikało, że spotkała Avery'ego,  który – tak mówiła Jo – przekazywał wtedy Snape’owi list z medalionem-atrapą dla Lily. Obudziła się obok Remusa – i to było najdziwniejsze, bo kiedy James odprowadzał Lily z powrotem do zamku, Syriusz i Peter dalej towarzyszyli wilkołakowi. Kolejnym pytanie brzmiało: w jaki sposób Severus otrzymał prawdziwy medalion, a nie radziecką podróbkę?
Niestety, obawiała się, że nawet Isaac może jedynie zgadywać.
Jo uśmiechnęła się łobuzersko.
— To tam wszystko się zaczęło. Chodź, jesteśmy już blisko.
Jo i Lily obeszły jeszcze kilka drzew, przeskoczyły przez gołe gałązki niskiego krzewu, i znalazły się na szerokiej, oblodzonej polanie położonej w stromym parowie. Po jednej stronie jej ramienia piął się rządek potężnych drzew. Drugą, kontrastową stronę nie porastała żadna roślinność – w oczy rzucała się jedynie ogromna, wydrążona w lodzie dziura, coś na kształt nieforemnej dziupli.
— Cześć, Lily.
Zadrżała, kiedyś czyjaś dłoń opadła na jej ramię. Niechętnie przekrzywiła głowę i spojrzała w oczy posiadacza owej dłoni. Nagle zrobiło jej się słabo.
Nie dowierzając, kogo widzi, odwróciła się w kierunku Jo. Wrzasnęła.
Na dawnym miejscu Prrewettówny teraz stał uśmiechnięty James. On i chowająca się za Lily Petunia wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

♫♫♫
Alicja była tak roztrzęsiona, kiedy przyszedł list z Paryża, że musiała wypić kilka dziesiątek wódki, aby zdobyć się na gryfońską odwagę. Frank starał się ją podnosić na duchu, chociaż sam obawiał się reakcji państwa Rowle na ostatnie zajścia. Dobrze wiedział, że od nastroju rodziców Allie zależy ich przyszłość: dziewczyna bowiem majątkowo zawsze będzie od nich zależna i nawet jeśli zostałby wydziedziczona, pieniądze za złamanie intercyzy pogrążyłyby i ją, i cały nie taki biedny ród Longbottomów.
— Chyba pasuję – jęknęła Alicja, łapiąc się za brzuch. Wyglądała, jakby zaraz miała zwymiotować cały alkohol, który w siebie przed chwilą wlała. – Nie dam rady…
Frank pogłaskał wierzch jej dłoni w kojącym geście.
— To, że go nie przeczytasz, wcale nie sprawi, że wszystko się odstanie, Allie.
Obydwoje żałowali, że postępowali tak lekkomyślnie w przeszłości. Wydawało im się, że z łatwością przechytrzą cały ród Rowle’ów, że oszukają rodziców Alicji i matkę Marleny, że obmyślona przez nich przykrywka to plan idealny, plan nie do przejrzenia. Niestety, zapomnieli o jednym szkopule: przy całej genialności i sprytności obranej przezeń strategii, musiała ona pozostać tymczasowa, stanowić wstęp do przyszłych bardziej śmiałych działań. Gdyby mieli to na uwadze, być może lepiej znieśliby zaistniały incydent.
To wydarzyło się w czwartek, w dzień wagarów, w ten dzień, kiedy Marlena i Natasha poszły razem z resztą paczki do Wesołego Miasteczka, a Frank i Alicja umówili się z nimi na później. Tak jak za każdym innym razem, za cel ich randki postawili sobie modny hotel na obrzeżach Hogsmeade, w którym Alicja i Amos Digorry zatrzymali się, by prowadzić swój interes, czyli bistro Elizjum. Już wcześniej całe przedsięwzięcie, co prawda z pomocą Marley, udało się bez żadnych utrudnień i chyba tym razem podeszli do niego w sposób ciut za bardzo pobłażliwy.
Alicja wychodziła właśnie spod prysznica, a Frank zszedł na dół, do baru, kupić im po drinku. Nagle ktoś zapukał do drzwi, a Allie – myśląc, że to jej chłopak, utworzyła je bez sprawdzenia wcześniej w wizjerze, kto stał na korytarzu.  Myślała, że zemdleje, kiedy tak roznegliżowana stanęła oko w oko przed swoim narzeczonym.
Alec – rzekł natychmiast potem Frank, który wrócił z tacką z podwójnym mojito. Natychmiast potem wybuchło straszne zamieszanie, obsługa hotelowa wyrzuciła Alexandra z jego pokoju (okazało się bowiem, że wynajął tam pokój i zobaczył Allie i Franka przez okno), zjawiła się czarodziejska policja i nieszczęście zostało zdławione w zarodku, a przynajmniej – odłożone w czasie.
Alec prawdopodobnie zjawił się wkrótce potem na dworze Rowle’ów, żądając swoich pieniędzy z intercyzy, a jakiekolwiek rozwiązanie rodzice Alicji znaleźli – napisali o nim w liście.
Allie wzięła głęboki oddech, kiwnęła głową i w przypływie odwagi rozdarła kopertę, wyciągając z niej dość krótką notkę, napisaną pośpiesznie przez jej matkę, Florence. Zapoznanie się z jej treścią zajęło Alicji jakieś dwie minuty, a w miarę czytania napięcie powoli z niej schodziło, żeby tuż przy końcu wydostało się z głośnym jękiem przez jej usta.
Frank zmarszczył brwi, poruszony.
— Wydziedziczyli cię?
Alicja pokręciła głową, nerwowo przygryzając wargę.
Nie. Intercyza nie została przerwana.
 — Więc wciąż jesteście zaręczeni? Alec się na to zgodził?
Dziewczyna zaprzeczyła ponownie.
— Nie… zaproponowano, że przeniosą tę intercyzę na kogoś innego… kogoś, kto jest z nami spokrewniony i który dostanie posag od mojego ojca, protoplastę. I… i chyba wiesz, o kim mówię, prawda?
Frank wciągnął głośno powietrze i zaklął.
Słodki Merlinie… Marley.  

♫♫♫

Wystarczy już, Luthien.
Lily przez chwilę stała jak sparaliżowana, nie mogąc zdobyć się na ani jeden ruch, słowo czy chociaż cień myśli. Wpatrywała się jak urzeczona w dziwne przeobrażenie, o wiele bardziej naturalne niż te wywołane Eliksirem Wielosokowym i zarazem o wiele bardziej niesamowite, podczas którego jej mugolska siostra stała się dość niską, korpulentną dziewczynką, góra dziesięciolatką. James z kolei nie zmienił się bardzo (a przynajmniej w porównaniu z Petunią, bo osoba, w którą się zmienił, nie mogła w ogóle konkurować z Potterem) – przybrał postać nastolatka może nieznacznie młodszego od niego samego, z granatowoczarnymi, ale ulizanymi włosami i zdecydowanie zbyt niebieskimi oczami.
Zaraz po tym dziwnym procesie przemiany, zza drzewa wyskoczyła wściekła Jo (albo ktoś w jej postaci, ciężko było to stwierdzić po minie) i zdecydowanie prawdziwy, dostojny i tradycyjnie lekko przygnębiony Isaac.  Robiło się coraz ciekawiej.
— Co się… o co cho… - wydukała bezładnie, wskazując dość niegrzecznie na dziewczynkę i niebieskookiego. Dziewczynka zarechotała z jej miny i pokazowo przemieniła się jeszcze w jej zmarłą matkę, potem w macochę Rachel, a na sam koniec we włoską kuzynkę Franceskę. Lily poczuła, jak robi jej się bardzo słabo.
— Dlaczego ona tu jest, Isaac? – obruszyła się Jo. – I dlaczego wciąż się popisuje?
— Ładne mi podziękowanie – prychnęła Francesca, ponownie wracając do swojej prawdziwej postaci dziesięciolatki. Niebieskooki nie kontynuował tej gry.
— Co… co się stało? – powtórzyła pytanie, odwracając się w kierunku Isaaka. Tradycyjnie to Jo odpowiedziała, niepytana:
— Poznałaś właśnie sławną Luthien i jej… chłopaka? – mrugnęła niepewnie w kierunku drugiego nieznajomego.
— Brata – sprostował niegdysiejszy James. Nie odpowiedział na zaczepne mrugnięcie. – Jestem Stern.
— I tak jesteś dziwny – wzruszyła ramionami. Isaac nadepnął jej mocno na stopę.
Lily, zupełnie nie wiedząc, co powinna zrobić, rzuciła tylko, że ma na imię Lily i że bardzo miło (nie mogła powstrzymać wzdrygnięcia)  jest jej ich poznać. Ani Luthien, ani Stern nie uściskali wyciągniętej ręki.
― Wiemy, kim jesteś – rzekła pierwsza z nich, tonem niemalże obrażonym.
W porównaniu z aurą Shelby Monroe, która kilka dni temu zrobiła na Lily ogromne wrażenie, Luthien i Stern niemalże świecili, rażąc oczy. Obydwoje wyglądali jej na młodszych od niej, dziewczyna wręcz na dziecko, które Evansówna mogłaby traktować protekcjonalnie, ale podświadomość szeptała jej, że obydwoje są naprawdę starzy, że widzieli na własne oczy wydarzenia, o których Lily mogła tylko poczytać lub usłyszeć, że znają życie i zgłębili świat do takiego stopnia, jakiego żaden śmiertelnik nie mógłby osiągnąć do końca życia.
Odrobinę przytłoczona, oddaliła się od nich i stanęła obok Jo i Isaaka, chociaż przypuszczała, że wychodzi na śmieszną i niedojrzałą.
Jo odchrząknęła.
― Myślałam, że będziemy myśleć nad znakiem drugiego patronatu? – powiedziała głośno i niedyskretnie, jakby chcąc dać znać parce elfów, że są w tym momencie zbędni, niepotrzebni i wręcz – przeszkadzający. – I przygotowywać się na otwarcie medalionu?
― No i będziemy – zgodził się Isaac. – Ja i Luthien wszystko już zaplanowaliśmy.
― Nie chcę, żeby ona z nimi współpracowała – rzekła szczerze. Lily szczerze podziwiała ją za taką odwagę cywilną.
― Nie bądź dzieckiem, Jo – zganił ją Isaac. – Luthien bardzo nam pomogła.
Elfka skłoniła się dość nieskromnie. Jo prychnęła głośno:
― Niby w jaki sposób? Strasząc mnie i Lily na śmierć?
Chociaż na Luthien podobne ubliżenia nie zrobiły wrażenia, jej brat zadrżał niebezpiecznie i łypnął na Isaaka groźnie. Lily wcześniej dziękowała Jo w myślach za otwarte wyznanie prawdy, ale teraz naprawdę pragnęła, żeby się przymknęła – zanim im wszystkim przyjdzie zapłacić za te komentarze.
Isaac uniósł otwartą dłoń na znak pokoju, uspokajając względnie Sterna. Potem odwrócił się w kierunku Lily i Jo, wyciągnął coś z kieszeni spodni i uniósł na wysokość ich oczu. Obydwie wciągnęły głośno powietrze.
― Dzięki niej – mamy to.
Trzymał w garści dobrze znany obydwu pannom Medalion Prewettów, wyglądający kropka w kropkę jak jego pierwowzór, który Jo trzymała zabezpieczony zaklęciami w kuferku pod łóżkiem. Lily usłyszała z tyłu głowy chichot Luthien, ale była zbyt zdezorientowana, żeby jakoś nań zareagować.
― Jak?! – wyrzuciła Jo.
― Czy to medalion…
― To kopia medalionu z Departamentu Tajemnic – objaśnił szybko Isaac, zwracając się raczej do Lily. –  Właśnie z tej kopii ja, Jo, Jilly, Prim, Tony, Dean, no i Mary, zostaliśmy przemienieni przez mojego ojca. Ten medalion Jilly wykradła i przez niego zginęła.
Evansówna wyciągnęła rękę, a Isaac bez zbędnych ceregieli wypuścił medalion, tak, by mogła go złapać. Z doświadczenia nauczyła się już, że podobne przedmioty są bardzo niebezpieczne, zwłaszcza kiedy wędrowały z rąk do rąk, ale najwyraźniej kopia nie podzielała wrażliwego mechanizmu pierwowzoru. Lily miała wrażenie, że trzyma w ręce coś lekkiego , jakby pustego w środku, co wyraźnie kontrastowało z dość rzeczową wagą oryginalnego naszyjnika. Zdobienia zawieszki i szerokość ogniw łańcucha stanowiły idealne odzwierciedlenie, ale z pewnych przyczyn Lily wyraźnie czuła, że trzyma w ręku przedmiot pozbawiony mocy i pozbawiony wartości.
Zerknęła w kierunku Jo. Pogrążyła się ona w zamyśleniu i wyglądało na to, ze nie chce potrzymać owej specyficznej biżuterii.  
― Czyli możemy użyć równie dobrze zniszczyć kopię, tak? – przerwała ciszę. – Nie musimy ryzykować użycia oryginału? I wcale nie muszę brać w tym udziału?
― Nie, bo ten medalion jest bezwartościowy – odparła protekcjonalnie Luthien. – Niewymowni go rozebrali i nie ma w nim żadnych zaklęć. To logiczne, że to zrobili – zwłaszcza teraz, kiedy na wolności jest Trevor.
W takim razie intuicja nie zawiodła Lily i faktycznie trzymała w ręku „pustak”. Nie poddawała się jednak i kontynuowała grad pytań, czując, jak jej mózg stopniowo przystosowuje się do stałych, prędkich obrotów.
― Skoro mamy kopię z Departamentu, i oryginał, to nie musimy się chyba obawiać, że ojciec Isaaka dopadnie zaklęcie? – Nie ustępowała. – Nie sądzę, żeby wtargnął na teren Hogwartu i powykradał nam wszystkie medaliony.
― Hipotetycznie będziemy spokojni dopiero wtedy, kiedy go rozwalimy – odrzekł Isaac i wzruszył ramionami. – Czy nie musimy się go obawiać? No nie wiem.
― Ale hipotetycznie on nie może już przemieniać ludzi w zmiennokształtnych, prawda? – nie poddawała się. -  Nie ma już z czego. Nikt nie da mu następnej kopii, bo matka Isaaka jest po nasze… po waszej stronie.
Wtajemniczenie ją do całego sekretu miało miejsce zaledwie pięć dni temu, a w między czasie zdarzyło się tak wiele, że Lily właściwie nie miała chwili, żeby wszystko spokojnie przeanalizować i poukładać. Wiedziała, że wiele lat temu ojciec Jo i Isaaka utworzyli nielegalne zaklęcie i ukryli je w Medalionie Prewettów, ochronnym talizmanie elifckiej roboty, które posiadało właściwość wchłaniania wszystkiego, co mogło go wzmocnić. Matka Jo, nie wiedząc, że medalion został sprofanowany czarną magią, przekazała go swojemu kochankowi, ojcu Lily, potem medalion trafił do jej matki, Mary, która przed śmiercią przekazała go córce, ale ona odrzuciła ten prezent. Następnie Jo wysłała do niej dla żartu atrapę medalionu zakupionego na targu w Leningradzie, przeszedł on z rąk do rąk do Lily, a po drodze ktoś podmienił go na oryginalny medalion, ten, który nosiła Mary Evans. W tym samym czasie Trevor rozpoczął poszukiwania oddanego medalionu, a kiedy okazało się, że przepadł on bez śladu, zwrócił się do byłej żony po elficką kopię i z niej stworzył swój drugi patronat, do którego należeli jej znajomi. We wtorek, bo po jej urodzinach, Isaac i Jo zabrali ją do domu Shelby Monroe w Alpach Delfinackich, gdzie Isaac dołączył ją do trzeciego patronatu, wykonanego z kolejnej kopii. Niszcząc oryginalny medalion, przy okazji dokonają destrukcji wszystkich elfickich kopii, dlatego właśnie byli na zwycięskiej pozycji.
Jednak skoro istniały trzy „podpatronaty” z zaklęciami ukrytymi w trzech medalionach, i wszystkie te trzy medaliony posiadali teraz Jo i Isaac, to czy niszczenie ich było nieodzowne? Oczywiście, Trevor mógłby zdobyć kolejną kopię i zawiązać następny „podpatonat”, ale wtedy nie mógłby już kontrolować nikogo z nich. Do tej pory Lily usłyszała tak wiele złego o rytuale niszczenia przedmiotów tak potężnych, jak Medalion Prewettów, że zdecydowanie wolałaby tego uniknąć.
Szkoda, że chyba nikt tu nie podzielał jej zdania.   
― Ja bym nie ufała Shelby – wyznał po krótkim milczeniu Jo. Isaac nie wziął tego do siebie.
― Pozwolę sobie zabrać głos – wtrąciła się Luthien, uśmiechając niegrzecznie. – To ja wykonywałam wszystkie kopie tego medalionu, na prośbę Shelby. Kiedy Trevor poprosił ją o pozyskanie jednej, dałam mu ją bez gadania. Teraz jednak jestem zaznajomiona z sytuacją, i nie mam zamiaru oddawać jej kolejnej kopii, no chyba, że wy zdecydujecie inaczej. Nie sądzę też, żeby ktokolwiek z rodziny elfickiej miałby wydać kopię Shelby czy samemu Trevorowi za moimi plecami. Ja i Stern… jeśli nie liczyć babci Walker, naszej ciotki, która niestety, znacznie ucierpiała w tym nieszczęsnym pożarze… jesteśmy ostatnimi elfami po brytyjskiej stronie. Ze strony francuskiej są jeszcze trzy elfki, które jednak są moimi kuzynkami i nie sadzę, że miałyby robić nam na złość. Uważam również, że…
Lily przez moment słuchała słowotoku Luthien, ale odkąd dopadło ją nieszczęsne słowo: „pożar”, o mało nie usunęła się na nogi i nie zemdlała. Elementy układanki, które od dłuższego czasu krążyły bezładnie w jej głowie, nareszcie złożyły się na coś przypominającego prawdę. I mówiąc, szczerze, chyba wolała cofnąć się do czasu pogubienia i niewiedzy.
Od razu wiedziała, że nazwisko Walker brzmi znajomo! Przez moment chyba nawet udało jej się skojarzyć fakty, ta myśl przemykała jej czasem przez świadomość, lecz albo była natychmiast wypuszczana i zapominana, albo po prostu nie zdążyła zostać dokładnie przeanalizowana i zakodowana.
Nazwisko Walker powtarzało się w historii Jo i Isaaka, i w historii Doriana, i w samej plotce Mary. Dean i Tony byli częścią całej tej paczki z Brighton, członkami patronatu i kolejno Drugim i Czwartym upadłym. Jednocześnie Dean był szalonym chłopakiem May Potter, który sprowadził ją na złą drogę i który zmarł w Sylwestra na jej oczach. Potterowie potem mścili się na Walkerach, a James przeżywający wówczas okres zupełnego upadku obyczajów, wpadł na szaleńczy pomysł podpalenia ich domu, wskutek czego oślepił i mocno poparzył „jakąś starszą panią”, jak to ujął Dorian, no i swoją ciotkę, panią Chamberlain. Potem obiecał swojej matce poprawę, związał się z Mary i rozpoczął się żmudny proces jego resocjalizacji, dzięki któremu James stał się taką osobą, jaką był teraz.
To nie mogło być dobre powiązanie.
Lily szybko zmusiła się do powrotu na ziemię, słuchając ostatnich słów monologu Luthien i decydując się na nieporuszanie tematu pożaru domu Walkerów (i tego, ile ma wspólnego ze sprawcą tego wydarzenia) za wszelką cenę.
― Co się stało z zaklęciem jednorazowym z kopii? – spytała niewinnie, kiedy Luthien skończyła, a Jo odpowiedziała jej coś niegrzecznego.
Wszyscy obdarzyli ją zmęczonymi spojrzeniami, na jaki zasługiwała osoba, która po długich i pieczołowitych wyjaśnieniach Luthien, rzuca pytaniem z zupełnie innej parafii. Isaac wzruszył ramionami.
―Myślę, że dalej istnieje, nikt go nie zniszczył, skoro my nie przestaliśmy być zmiennokształtnymi. Nie wiem dokładnie, co Niewymowni z nim zrobili. Ale nie ulega wątpliwości, że jeśli zniszczymy oryginał, zniszczymy też tamto zaklęcie, gdziekolwiek jest, oraz zaklęcie z kopii Lily.
― I nikt nie zauważy, że go nie ma? – Tym razem odezwała się Jo. Isaac machnął ręką, jakby nie robiło żadnej różnicy, czy zostaną oskarżeni i poważną kradzież, czy też nie.
― Rookwood go wykradał i ponoć zostawił na miejscu jakąś atrapę. Oczywiście, ja i Luthien przebadaliśmy go bardzo dokładnie, ale nie znaleźliśmy żadnych śladów zaklęć. Znaczy się… - wymienił z elfką wymowne spojrzenia. - … znaleźliśmy tam jedną, dziwną rzecz.

 Niepewnie sięgnął do drugiej kieszeni spodni, po przeciwnej stronie do tej, z której przed chwilą wyciągnął medalion. Tym razem ich oczom ukazał się przedmiot o wiele mniejszych rozmiarów, ale chyba o wiele większej wartości.
Isaac z wahaniem podał Jo maleńką kartkę papieru, zapisaną ozdobnym, kaligraficznym pismem:

E.P; 29; Sely Daum. Londyn

Jo podała karteczkę Lily, chociaż ta zdążyła odczytać jej treść przez ramię dziewczyny. Zmarszczyła brwi.
― Co to znaczy? – spytała z wahaniem Jo.
― Nie jesteśmy pewni – rzekł Isaac.
― A co podejrzewacie?
― Póki co? – wtrąciła Luthien. Jo potaknęła. – Nic.
Prewettówna uśmiechnęła się tak sztucznie, że na pewno rozbolała ją szczęka.
Lily – ciągnęła na równie wymuszonym, nienaturalnym uśmiechu. –  Ty jesteś obeznana z tymi terenami: gdzie jest Sely Daum 29?
― Nie ma takiej ulicy w Londynie – powiedziała natychmiast. Nie mogła powiedzieć, że zna tak duże miasto jak stolica Wielkiej Brytanii jak własną kieszeń, ale bywała tam na tyle często, żeby dowiedzieć się, w jakich okolicach najłatwiej znaleźć diaspory czarodziejów. Sely Daum nie brzmiało jej ani na ulicę czarodziejską, ani na jakieś osiedle w ogóle. Jeśli miała być szczera, jej pierwszym skojrzeniem było…
― Myślisz, że to adres, J? – wtrącił się Isaac. – Szybciej obstawiałbym imię. W sensie, Selly Daum. Albo Sally Daum.
Lily potaknęła, bo myślała o tym samym. Jo nie wyglądała na przekonaną.
― Jest tu jedno „l”. Albo ktoś ma dysortografię, albo…
― Albo ty się nie znasz – wzruszyła ramionami Luthien. – Sprawdziliśmy to w spisie ludności. W Lonydnie jest kilka rodzin o nazwisku Daum, ale wśród nich nie ma nikogo o imieniu Sely przez jedno „l”, ani Selly, przez dwa „l” ani Sally.
―  W sumie różnie bywa z tymi imionami, Jo – ciągnęła Lily, niezniechęcona negatywnym wynikiem rezonansu po spisie ludności. – Na przykład moje można pisać przez jedno „l”, albo przez dwa.
― Na pewno nikt nie ma na imię Sely przez jedno „l” – nie ustępowała. – To niedorzeczne. I nie sądzę, żeby ta karteczka znalazła się tam przez przypadek.
― Tobie powierzamy tę zagadkę, Jo – rzuciła zgryźliwie Luthien. Panienka Prewett łypnęła na nią groźnie, rozdziawiła usta i spojrzała znacząca na Isaaka. Chłopak westchnął ciężko.
― Przykro mi, Jo, ale nie mamy czasu na burzę mózgu. Ja i Luthien ugryźliśmy to już z każdej strony. Może ty i Lily wpadniecie na coś lepszego.
Jeśli ktoś miałby zapytać w tej chwili któregokolwiek z zebranych o zdanie, to wszyscy równie mocno by w to wątpili.
― A co do zniszczenia medalionu… - ciągnął Isaac, zmieniając temat. – Pełnia przypada na sobotę, równo za siedem dni. Luthien ma Blancharda.
― I lepiej niech ona go trzyma – rzekła zgryźliwie Jo. – Ostatnio mój mistrz eliksirów wysadził się przez to niego w powietrze. Nazwijcie mnie okrutną, ale bardzo chętnie obejrzałabym powtórkę z rozrywki.
― Właśnie takie były plany – potaknęła nieurażona elfka. – W życiu nie oddałabym ci tak potężnego eliksiru, bo nie tylko zniszczyłabyś całe nasze plany, ale nieźle nas wszystkich pokiereszowała.
― Luthien będzie przy otwarciu – wtrącił się Isaac. – W Zakazanym Lesie jest stara chatka, w której może się zatrzymać, dopóki…
― Żartujesz sobie? – Jo obruszyła się i splunęła mu pod nogi. – Zostaw nam Sterna!
Dotąd milczący niebieskooki brat samej zainteresowanej, teraz ocknął się i chociaż dalej nie odczuwał potrzeby zabrania głosu i skomentowania propozycji Jo, po raz pierwszy dopuścił do swojej twarzy wyraz inny niż znużenia lub irytacji i wzgardy – a był to grymas niezadowolenia i zdumienia nad przedstawieniem podobnego projektu. Zerknął w kierunku Isaaka, niemalże niczym wyrodny zbrodniarz na swojego adwokata, po tym jak usłyszał niewygodne pytanie. Luthien zatrzepotała rzęsami i zrobiła to samo.
― Stern ma zobowiązania – stwierdził Isaac, chociaż zabrzmiało to jak kiepska wymówka.
― Stern mówi tyle, ile potrzeba i nie podszywa się pod twoją zmarłą siostrę! – zaprotestowała Jo.
― Już nie będę – jęknęła niewinnie dziewczynka, chociaż wyraz jej oczu krzyczał, że owszem, będzie.
― Posłuchaj mnie, Jo – westchnął Isaac, zanim jego przyjaciółka zdołała znowu rzucić coś niegrzecznego. – Ona zna naszą sprawę, zna nasz przypadek i – przede wszystkim – zna się na rzeczy. Nie boję się zostawić was z nią same.
― Sama mogę otworzyć medalion – prychnęła, rozdrażniona. – Wiem, jak to zrobić!
― Pamiętaj o tym, że ktoś cały czas miesza nam w szykach. Już raz mieliśmy zamieszanie z Blanchardem, zamieszanie z listami, zamieszanie z jeżdżeniem do Surrey – wysłał jej wymowne spojrzenie. – Lepiej, żebyś oddała komuś część swoich… zadań. I nie! To nie twoja wina, nawet się nie tłumacz – jak już mówiłem, mamy jakiegoś wroga, który próbuje zniweczyć nasze plany i najlepiej, żebyśmy byli przygotowani na każdą ewentualność.
― Dowiedziałeś się coś na ten temat? – odezwała się Lily, zanim Jo zdążyła jakoś to zripostować. Oczy Isaaka zaszły mgłą, a źrenicy jakby zmętniały, jak gdyby zapadały się do środka głowy w poszukiwaniu odpowiedzi.
― Owszem – rzekł z wahaniem. – Ja i Luthien (― Zaczyna się bosko – wtrąciła Jo) odbiliśmy symbol drugiego patronatu z tej komory – wskazał głową na wyżłobienie w zboczu za ich plecami – i udało nam się odczytać ten run, porównać go z innymi i dotrzeć w końcu do miejsca, gdzie wypalono go po raz pierwszy. Odkryliśmy, że drugi patronat zawiązano w Irlandii, w czarodziejskiej dzielnicy Dublinu, w lasach należących do dość rozległych majątków tamtejszej arystokracji. Miało to miejsce gdzieś około roku sześćdziesiątego, czyli mniej więcej w tym samym czasie, kiedy matka Jo przekazała medalion twojemu ojcu, Lily.
To dosyć dziwne, pomyślała, chociaż niewiele rozumiała z objaśnień działań Isaaka (dobrze, porównanie runów to jedno, ale w jaki sposób udało im się dotrzeć do Irlandii i wiedzieć, że wypalony tam symbol jest pierwowzorem wszystkich następnych odbitek?). Isaac i Jo z początku pomylili symbol drugiego patronatu z ich własnym, czyli obydwa runy musiały mieć podobny wygląd i znaczenie. Skoro Patronat Trevora Monroe zawiązał się przed rokiem tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym, dość logiczne jest, że patron drugiego, alternatywnego patronatu inspirował się jego dorobkiem. Pytanie tylko – jak mógł o nim wiedzieć i dlaczego silił się na takie podobieństwo?
― Ciekawe – mruknęła Jo. – A wiecie, kto jest ich patronem?
― A z czym ci się kojarzy tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym? – odpowiedział pytaniem na pytanie Isaac.
Jo wzruszyła ramionami.
― Lily się urodziła.
― Taaaa…. – potaknęła w zamyśleniu rudowłosa. Isaac westchnął na znak, że zmierzają w zupełnie błędnym kierunku.
― W porządku, może źle się wyraziłem. Z czym ci się kojarzą wam się całe lata sześćdziesiąte?
― Z Beatlesami? – wypaliła Lily.
Całe towarzystwo (może oprócz Jo, która puściła jej oczko) spojrzało na nią bez zrozumienia.
― No, chyba nie o to im chodziło – parsknęła panna Prewett. – Jeśli chodzi o mnie, to lata sześćdziesiąte kojarzą mi się z moim dzieciństwem, a w świecie magii ogólnie z prześladowaniem mieszańców. Sekta Lycan i te sprawy.
― No i masz odpowiedź – uśmiechnął się Isaac.
Lily już zamierzała zapytać, czym jest Sekta Lycan, ale Jo uprzedziła ją kolejnym pytaniem, niejako udzielając jej odpowiedzi:
― Członkowie tego pomylonego stowarzyszenia, szkalującego wilkołaki, półelfy, gobliny, półolbrzymy i zmiennokształtnych pewnie też, mieliby tworzyć Patronat? No nie wiem...
― Och, nie Sekta Lycan – zniecierpliwiła się Luthien. – Mieszańce. A dokładniej – wilkołaki.
Zapanowało milczenie. Jo aż cofnęła głowę, porażona tą wiadomością.
― Wataha wilkołaków założyła drugi patronat? – wykrztusiła.
Isaac pokiwał głową melancholijnie.
― I to nie byle jaka wataha. Patronem jest sam Fenrir Greyback.
Evansówna myślała, że oszaleje, kiedy powróciło do niej to samo uczucie, którego pozbyła się wreszcie przed paroma minutami, uświadamiając sobie zbieżność pomiędzy Walkerami od May i Potterów i Walkerami od Jo i Isaaka – a była to świadomość, że coś jej umyka, że nie może skojarzyć faktów, że o czymś zapomniała i przez to dalej tkwi w niewiedzy, podczas gdy naprawdę posiada wszystkie puzzle, które czekały tylko na ułożenie.
Fenrir Greyback... Skąd, do jasnego diabła, znała to nazwisko?
Jo zaklęła.
― To znaczy, że ich patron, tak jak i Trevor, wyszedł teraz z Azkabanu, no nie? Pamiętam, że czytałam w Proroku, kogo Minchum wypuścił i Greyback na pewno znajdował się na liście.
Lily przygryzła wargę. Czy o to jej właśnie chodziło? Czy nazwisko Greybacka kojarzyła jedynie z gazet i naprawdę nie stało za tym nic większego?
― Dokładnie – potaknął Isaac. – Obawiam się, że możemy liczyć na jakieś komplikacje za tydzień. Może zjawi się tu drugi patronat i spróbuje przeprowadzić fuzję – wiecie, po tym, jak my się rozwiążemy, oni wchłoną nas? – westchnął ciężko. – Postaram się do was dotrzeć, ale jeśli się nie uda… musicie mieć się na baczności… wiem, że Luthien wam w tym pomoże.
Jo spojrzała na niego ze smutkiem, chociaż lekko wzdrygnęła się przy ostatnim zdaniu.
― Nie podoba mi się to, co teraz powiedziałeś – wyznała. – Greyback budujący swoją armię… wilkołako-zmiennych… To przerażające. Nawet odsuwając myśli o patronatach na drugi plan – teraz, kiedy wypuszczono takiego fanatyka jak on, i jeszcze Trevora, który ustępuje mu tylko w tym, że nie jest wilkołakiem… cały koszmar zacznie się od początku. Znowu banda wariatów czystości zacznie prześladować nas wszystkich, i mówiąc o represjach na mieszańcach, nie będziemy mieli przed oczami jedynie lat sześćdziesiątych.
Isaac pokiwał głową, najwyraźniej już pogodzony z tak ponurą perspektywą.
― Myślę, że sekta Lycan już się reaktywowała – dodał pesymistycznie. –Tym bardziej i tym szybciej powinniśmy zniszczyć Patronat i przemienić się z powrotem w ludzi – nie możemy zwlekać już ani kolejnego miesiąca. To kwestia czasu, zanim zjawi się tutaj albo mój ojciec, albo i ta organizacja, ciskająca w nas bombami tojadowymi.
― I jeszcze Bree Angelo tu jest! – dodała jak w malignie Jo. – Przecież jej tatuś założył Sektę Lycan! Nie myślicie, że może powinniśmy ją… unieszkodliwić.. na przyszłą sobotę?
Jo! – obruszyła się Lily zestresowanym głosem. Isaac i Jo zdecydowanie nie podnosili jej na duchu, snując teorie na temat prześladowań i jakiś narkotycznych bomb.
Prewettówna przybrała minę niewiniątka. 
― No co? Staram się myśleć perspektywicznie.
Całe towarzystwo westchnęło ciężko, a chociaż Isaac wyglądał, jakby chciał się z nią jeszcze trochę podroczyć, kilka chrząknięć zirytowanego Sterna skłoniło go do zerknięcia na swój staroświecki zegarek na łańcuszku, który nosił na szyi, pod koszulą. Zaklął cicho. Nawet wulgarne słowa wychodzące z jego ust wciąż brzmiały dostojnie i elegancko.
― Kończy nam się czas – podrapał się po głowie. – Musimy jeszcze ulokować Luthien, a ja mam zaraz spotkanie z moim adwokatem.
― Oby był lepszy niż ostatni – mruknęła Jo.
Isaac odpowiedział jej zmęczonym głosem. Wyjąkał coś jeszcze o tym, że w razie jakichkolwiek pytań powinny przyjść w to miejsce rozmówić się z Luthien, na co Jo spytała bezczelnie, czy zamierza ona mieszkać w jamie, w której znaleziono symbol drugiego patronatu. Przez moment wybuchło zamieszanie i dość ostra wymiana słów, a Lily – na moment odcinając się od towarzystwa i pogrążając we własnych przemyśleniach, zdołała ułożyć w głowie własną, bardziej prywatną listę pytań; i zebrać się na odwagę, by poprosić Isaaka na słówko.
― Isaac! – szepnęła, trącając go w ramię. – Czy moglibyśmy porozmawiać… na osobności? Muszę cię o coś zapyta... Jo nie weźmie mnie na poważnie.
Chłopak spojrzał na nią zaskoczony, szybko przeniósł spojrzenie na wciąż sprzeczające się rodzeństwo elfów z Jo, i podjąwszy decyzję w ułamku sekundy, pociągnął ją za ramię w stronę dość dużego drzewa. Schowani za jego pniem, stali się nie tylko niewidzialni dla i tak zbyt skupionego na sobie towarzystwa, ale też udało im się odnaleźć swoisty naturalny parawan, który odrobinę odgradzał ich od hałasu i niemiłych słów wykrzykiwanych przez siebie.
Lily oblizała nerwowo wargi, dla pewności rozejrzała się wokół siebie, po czym wypaliła, nie chcąc tracić czasu:
― Pamiętasz jak opowiadałeś mi o Deanie… waszym kumplu, Deanie?
Isaac potaknął.
― Powiedziałeś, że zginął w Sylwestra i że byliście wszyscy odurzeni, a…
― Tak – potwierdził. Skrzywił się na dźwięk pisku Luthien, który chyba wybudził połowę leśnych zwierząt ze snu. – To znaczy, byliśmy na sabacie. Lily, nie wiem dokładnie, o co chodzi, ale naprawdę nie mogę ci pomóc, bo nic nie…
― Kto był tam z wami? – przerwała. Dobrze znała wersję z zanikiem pamięci, ale wątpiła, żeby osoba tak dociekliwa jak Isaac nie dowiedziała się chociaż elementarnych rzeczy o nocy, podczas której jego bliski przyjaciel rzekomo popełnił samobójstwo.
― No… Cała nasza piątka – ja, Jo, Prim, no i Walkerowie. Zdaje się, że były jeszcze siostry Prim, ale nie zostały z nami do końca… - zamyślił się na moment, po czym dodał ostrożniej: - No i jeszcze dziewczyna Deana. Nikt ci nie zdradzi żadnych szczegółów, bo ja, Jo i Tony nic nie pamiętamy, siostry Prim nie żyją, Prim nie ma z nami… a ta dziewczyna Deana postradała zmysły.
O, nie.
Lily nabrała głośno powietrza, przygotowując się na najgorszą część – wiedziała, że z chwilą, gdy wypowie to zdanie na głos, nabierze ono o wiele bardziej przerażającego, realnego znaczenia:
―Wiem, kim jest ta dziewczyna… - ściszyła głos do szeptu. – To May Potter, siostra Jamesa.
 Isaac zamrugał gwałtownie i chociaż wyglądał na zaskoczonego, intuicja podpowiadała Lily, że już wcześniej doskonale zdawał sobie z tego sprawę, a jedyny, co mogło go tak bardzo zdumieć, to fakt, że Lily wystarczyło pięć dni, żeby samej dociec prawdy.
Zdaję mi się, że masz rację… - westchnął ciężko. – Tak, ona zdecydowanie miała na imię May. Albo Maya… albo Malia. Coś takiego – zawahał się na moment, po czym wypalił: -  Skąd wiesz?
― Dorian powiedział mi o niej co nieco i… połączyłam fakty – westchnęła ciężko. Och, jakże miała nadzieję, że po raz kolejny wszystko przekręciła i – tak jak powiedziała dzisiaj Mary – wie tyle, co nic.
Dorian?  - powtórzył. – Dorian Chamberlain?
Dopiero teraz przypomniała sobie o małym dochodzeniu Isaaka w sprawie jej byłego chłopaka. Zarumieniła się wściekle. To absurdalne, ale można by rzec, że Lily bratała się z wrogiem.
―Tak, bo…
― Lily, pewnie słyszysz to ostatnio dosyć często… - przerwał jej natychmiast. Spojrzała na niego ze zdumieniem. – I nie, nie zaglądałem ci do głowy, nie martw się. Po prostu z mojego własneog doświadczenia, wiem że… że musisz uważać na nich wszystkich. Jeśli masz rację, i to May Potter była tą dziewczyną… to znaczy, że Potterowie nie są świętą rodziną – rzekł poważnie. Lily przełknęła głośno ślinę. – Ani oni, ani nikt, kto jest z nimi spokrewniony. Wiem, że Tony powiedziałby ci na ich temat więcej… wiesz, po śmierci Deana, oni pozwali całą rodzinę Walkerów przed Wizengamotem… i domyślam się z tego, co od niego słyszałem, że to za ich sprawą nagle zniknął… w każdym razie, dopóki go nie znajdziemy, nie dowiemy się o wiele więcej.
― Wiesz… - westchnęła ciężko Lily, czując się zobligowana do obrony Potterów. –  Wy mówicie złe rzeczy o nich, a oni niespecjalnie oszczędzają was… słyszałam już sporo wersji tych historii.
Isaac uśmiechnął się słabo i mruknął, że w to nie wątpi.
― Chciałbym powiedzieć ci tą prawdziwą… rozjaśnić ci to wszystko… ale naprawdę nie mogę pomóc. Ta noc… jakby została wykrojona z mojej pamięci – oczy zaszły mu mgłą, a żrenice po raz kolejny zmętniały, i kiedy powiedział następne zdanie, brzmiał na zupełnie nieprzytomnego: ― Ale proszę, uważaj na Doriana.
To dosyć zabawne, że kilka tygodni temu, kiedy po raz pierwszy usłyszała to zdanie z ust Jamesa, prawie natychmiast je wyśmiała. Nie wiedziała, czy ostatnie wydarzenia rzuciły inne światło na postać tak do niedawna przez nią umiłowaną, czy też darzyła Isaaka większym szacunkiem i wiedziała, że w przeciwieństwie do Pottera, on nie rzucałby podobnych słów na wiatr.
W końcu grzebał trochę w jego sprawie, pomyślała, czując, jak włoski jeżą jej się na karku. Przymknęła oczy i wydukała cienkim głosem, naprawdę nie chcąc słyszeć nic więcej:
― Dowiedziałaś się czegoś na jego temat?
― Niewiele – odpowiedział natychmiast, ale bardzo ostrożnie. – Wydaję mi się, że nie jest nikim szczególnie groźnym… że Jo trochę go zdemonizowała… on ma po prostu drobne problemy – rzekł niemal pobłażliwie - … z samym sobą.
― To tak jak my wszyscy – roześmiała się nerwowo. Isaac uśmiechnął się krzywo, na znak, że nie do końca to miał na myśli.
― Ale nie wszyscy podpalamy swoje matki, co? – zażartował gorzko. – Chociaż przyznam, że czasami mam ochotę wysadzić mój dom w powietrze.
 I na co zdało się te przezorne milczenie, Lily? Przecież przed nimi i tak nic nie ukryjesz, pomyślała, rumieniąc się jeszcze bardziej. Czuła się w pewien sposób zawstydzona tym, że dwoje jej byłych (?) chłopaków podpaliło dom bliskiego przyjaciela Isaaka i oślepiło jego babcię. Jeszcze bardziej wstydziła się tego, że ona sama do tej pory szczególnie nie roztrząsała się nad tym faktem – Dorian przekazał jej tyle informacji, że wciąż czuła się przez nie przytłoczona. Nie umniejszało to jednak dość żałosnego faktu, że słuchając o nieszczęściu i morderstwach na innych ludziach, ją najbardziej wstrząsnęła natura związku Mary z Jamesem – dość toksyczna i molestująca natura.
― Więc wiesz – mruknęła cicho. – Że to on…
― …załatwił babcię Tony’ego i Deana? – dokończył, krzywiąc się nieznacznie. –  Myślisz, że jestem takim kiepskim detektywem?
Lily szybko wyrzuciła z siebie jakieś słowa zaprzeczające, ku rozbawieniu Isaaka. Gorączkowo się tłumacząc i wpatrując w ten enigmatyczny uśmieszek, uderzyła ją myśl zupełnie innego rodzaju, która na moment zwaliła ją z nóg.
― Ale… ― zawahała się. – Nie chcesz się na nim mścić ani nic, prawda?
Isaac pokręcił głową, w dalszym ciągu lekko rozbawiony.
― Lily, w piątek mam rozprawę i jakieś dwadzieścia oskarżeń, z których większość dotyczy spraw, o których nie mam najmniejszego pojęcia. Naprawdę nie potrzebuje teraz kolejnych wrogów.
Dziewczyna, teraz już do reszty zestresowana i zdenerwowana, pokazowo uderzyła się otwartą dłonią w czoło.
Rozprawa Isaaka!
―  Pojadę chyba z Jo… - rzuciła naprędce. – Wiem, że z Hogwartu dosyć sporo osób się wybiera i…
― Zostań – pokręcił głową. – Będę miał rozprawę pod fałszoskopem, i jeśli wyjdzie choć jedno kłamstewko… nie obraź się, Lily, ale Jo szybciej oszuka…
― …magiczny wariograf? – dokończyła, niemalże oddychając z ulgą. – Pewnie masz rację.
―A poza tym musiałabyś wystąpić przeciw swoim przyjaciołom – dodał ostrożnie. – To mogłoby ci zaszkodzić,  i to zupełnie zbytecznie. Próbowałem już wyperswadować ten wyjazd Jo, ale zupełnie się uparła… wiesz, wolałbym bronić się sam, żeby zapobiec jakimkolwiek komplikacjom.
― Ale wiesz… zostaniesz symbolem nowego porządku – mruknęła niezbyt optymistycznie. – Na pewno nie skażą cię sprawiedliwie.
Isaak pokiwał głową, najwyraźniej pogodzony już z tą myślą.
― Pewnie tak będzie, skoro Wizengamot odwleka rozprawę już dwa miesiące na to, aż skończę dwadzieścia lat i wyznaczył ją na moje urodziny – wywrócił oczami. – Ale wiesz… ja wierzę w sprawiedliwość, Lily. Naprawdę. Jedyne, za co powinienem odpowiadać, to nadużywanie czarnej magii – puścił do niej oczko. – Ale w dzisiejszych czasach… kto tego nie robi? Nie mają dowodów na żadne zbrodnie, w które próbują mnie wciągnąć i wierzę, że Crouch też to dostrzeże.
Evansówna zgodziła się z nim, chociaż miała poważne zastrzeżenia, co do powszechnego nadużywania czarnej magii na tych terenach.
Ach, ten Durmstrang, pomyślała. Isaac to bystry facet, ale ta szkoła zupełnie wypaczyła mu mózg.
― A poza tym… - dodał już bardzo cicho, nie patrząc Lily w oczy. – Jilly nade mną czuwa.
To wspomnienie zmarłej siostry jednocześnie rozczuliło, jak i nieco skonsternowało Lily. Nie wiedziała, jak powinna na nie odpowiedzieć, po pierwsze, z powodu trudności z wyrażaniu swoich opinii na tak wrażliwe tematy, po drugie, bo jej własne doświadczenia z Jilly Monroe nie należały do najprzyjemniejszych. Zdawała sobie jednak sprawę, iż siostra Isaaka traktowana jest przez całą grupę Spadochroniarzy (jak i czarodziejski świat, była bowiem pierwszą tak młodą ofiarą wojny) jak męczennica, chociaż ciężko było nazwać ją świętą, a jej charakterek można by określić mianem przynajmniej nieznośnego i nieokrzesanego.
Zapanowało więc ciężkie, niezręczne milczenie, takie, jakie nie powinno zamykać ich rozmowy (chociaż spór pomiędzy Jo i elfami nieco już złagodniał), ale które zupełnie uniemożliwiało zabranie głosu. Oboje wpatrywali się więc na siebie w głuchym oczekiwaniu, w myślach błagając opatrzność o zesłanie Jo lub kogoś, kto równie nie krępowałby się przed skróceniem ich udręk.
― Nauczyłaś się już animagii? – spytał nagle Isaac, przerywając ciszę.
Lily momentalnie pożałowała, że nie zmusiła się do przesłodzonych uwag o tym, jak bardzo Jilly byłaby dumna z jego postawy.
― Tak szybko by mi się nie udało… - zaśmiała się nerwowo. – Ale umówiłem się dzisiaj na pierwsze lekcje.
Isaac kiwnął głową.
― Z kim?
Och, jak dobrze, że jednak nie ubłagała o pomoc Jamesa! Kolejna wzmianka o Potterach chyba zwaliłaby ją z nóg.  
― Z Syriuszem Blackiem.
Isaac spojrzał na nią jak na wariatkę.
― On jest orłem z transmutacji – usprawiedliwiła się natychmiast. 
― Nie krytykuję twojego wyboru, ale… - skrzywił się lekko –  nie pytał cię, po co ci to?
― Syriusz jest bardzo dyskretny – wyjaśniła od razu, chociaż wiedziała, że wygłasza bardziej swoje nadzieje niż faktyczną prawdę. – A nie chciałam, żeby Jo mnie uczyła, bo nic by z tego nie wyszło. Zresztą, pewnie i tak by się nie zgodziła.
Isaac roześmiał się na znak gody. Był to chyba pierwszy śmiech, jaki usłyszała z jego ust, który nie przeplatały smutne, refleksyjne nuty.
― Spróbuj przekonać Jo do Luthien, dobra? – mrugnął do niej porozumiewawczo. – Wbrew pozorom, one są naprawdę do siebie podobne.

♫♫♫

Przed południem, tuż po rozmowie z Luthien, Isaakiem, Sternem i Jo i powrocie do zamku, jedna z młodszych Piękności podeszła do Lily i wręczyła jej krótki bilecik od Mary. Dowiedziała się z niego, gdzie James i Jessica umówili się na obiad, i jak powinna tę wiedzę wykorzystać, zanim razem ze swoją nową współpracowniczką skonfrontują się z nową parą w jednym z hosgmeadowych pubów (swoją drogą, uważała to za fatalny pomysł na pierwszą randkę). Chociaż szczegółowe instrukcje nie były szczególnie skomplikowane, wydawały się zupełnie pozbawione sensu, a przynajmniej dla takiego laika intryg i przekrętów, jakim była Evansówna. Po co miała iść w odwiedziny do profesora Slughorna i wypytać go o najbliższe spotkanie Klubu Ślimaka? I jaki cel miało zwołanie ekspresowej narady prefektów i poustawianie ich na czatach? Czy Mary zdawała sobie sprawę, że odnalezienie Franka w sobotni poranek i skłonienie go do zorganizowania narady przez jej widzimisię, raczej należy do trudnych zadań?
Lily nie bez oporów zrealizowała swoją część misji, i ku własnemu zdumieniu, uwinęła się ze wszystkim nad zwyczaj szybko. Nie musiała wcale prosić Franka o wydanie rozporządzeń, bo krukońscy prefekci zgodzili się aż za chętnie na przesunięcie swoich patroli na godziny przed- i popołudniowe, jeśli – rzecz jasna – Evansówna odrobi ich stały przedział czuwania dzisiaj wieczorem. Profesor Slughorn natomiast pozbawiony wszelkich podejrzeń, przyjął ją do swojego gabinetu, pochwalił za wybitne zdanie egzaminu z transmutacji i kazał obiecać, że wpadnie na najbliższe spotkanie Klubu Ślimaka, jeszcze w lutym. Trudności pojawiły się dopiero około pierwszej, czyli wtedy, kiedy powinna stawić się razem z Mary przy Samotnym Gargulcu (wila z pewnością specjalnie wybrała właśnie to samo miejsce, gdzie zeszłego dnia miała rozpocząć się randka Lily i Jamesa, aby sprawić jej przykrość). Profesor ani myślał tak szybko jej wypuszczać, tym bardziej, że wyciągnął akurat swoją bożonarodzeniową nalewkę i chciał poczęstować nią swoją uczennicę, z racji tego, że niedawno ukończyła siedemnaście lat. Ostatecznie przed nieuniknionym okazaniem nietaktu uratowała ją Mary, która wleciała do gabinetu profesora i skutecznie ją stamtąd zabrała.
Mary i Lily minęły nic niepodejrzewającą Jessikę, zagadały ją jeszcze, czy idzie się już szykować, a kiedy sama zainteresowana udzieliła im przezornych i ostrożnych odpowiedzi.
― Wy gdzie się wybieracie? – rzuciła podejrzliwie, zadzierając prawą brew.
Zanim Lily zdążyła palnąć coś głupiego, jej towarzyszka odrzekła bezwtydnie, że teraz obydwie w błogosławionym stanie panieństwa i wolności, idą naprzykrzać się profesorowi Argentowi. Jessica najwyraźniej połknęła haczyk, bo kazała im pozdrowić profesora możliwie jak najgoręcej, po czym skierowała się w stronę Wieży Ravenclawu. Mary i Lily równocześnie wyzbyły się z twarzy sztucznych uśmiechów.
― Słuchaj, mamy jeszcze trochę czasu, skoro Jessica dopiero się pudruje – wywróciła oczami. – Ja bym poszła do Hogsmeade wcześniej, bo naprawdę nie wiem, gdzie jest pub dla takich typów jak ona.
― Myślisz, że to ona wybierała miejsce randki? – zdziwiła się Evansówna. Mary pokiwała głową z głębokim przekonaniem.
― Tak zły pomysł mógł zaświtać w głowie jedynie komuś tak postrzelonemu jak ona – spojrzała na Lily przelotnie, po czym dodała złośliwie: - James nigdy nie zabiera dziewczyn w tak oklepane miejsca. Wiedziałabyś, gdybyś była z nim kiedyś na randce.
W odpowiedzi otrzymała jedynie bardzo sztuczny uśmiech. Obydwie w chłodnym milczeniu ruszyły wiaduktem w kierunku błoni, a potem skręciły w stronę przeciwną do Zakazanego Lasu, prowadzącą do Hogsmeade. Lily szczerze dziwiło to, że do tej pory nie złapał ich ani jeden z rozstawionych krukońskich prefektów, ani też żaden nauczyciel. Oczami wyobraźni widziała już ludzi Mary, którzy tamują ruch na korytarzach i zajmują nauczycieli przez te pół godziny potrzebne do dostania się na skraj czarodziejskiej wioski.
Lily nie zadawała pytań o plan działania ani jaki charakter przybierze ich misja – przypomniała sobie, że zbratała się z prawdziwym mistrzem przekrętu i zbrodni, dlatego cokolwiek Mary wymyśliła przez kilka godzin od śniadania, na pewno poskutkuje pomyślnymi rezultatami. Uważała, że im mniej będzie jej wiadomo, tym mniej dozna wyrzutów sumienia i stresu i w efekcie lepiej (bo nieświadomie) rozegra swoją część zadania. Z pewną zgrozą wpatrywała się na wielką, wypchaną torbę jej towarzyszki, przypominającą trochę teczkę lekarską noszoną na stół operacyjny.
Odnalezienie pubu Jessiki zajęło im jakiś kwadrans – w sobotę, w godzinie obiadowej w wiosce tłoczyło się sporo czarodziejów, którzy chętnie udzielili im wskazówek. Chociaż Lily często i chętnie odwiedzała Hogsmaede, nie ukrywała, że o administracji i rozplanowaniu owego miejsca ma pojęcie raczej nikłe – dlatego ucieszyła się, kiedy Mary prowadziła ją przez następne uliczki i osiedla, trajkotając, że pub powstał w nowowybudowanej alejce na skraju miasta, tam, gdzie bardziej wrażliwi mugole zaczynają dostrzegać szyldy sklepowe i czasem błądzą do czarodziejskich lokali.
― Tuż obok jest motel, w którym kiedyś zatrzymał się mój brat i Alicja Rowle – mrugnęła Mary, a chociaż Lily znała zarówno Kenny’ego, jak i Alicję, i wiedziała, że to dosyć pikantna plotka, niezbyt ją to zainteresowało.
― Obok jest bistro Alicji i Amosa Digorry’ego? – spytała. Mary pokręciła głową.
― Nie, to jest jeszcze dalej. Słodki Merlinie, chyba wiem już, o co chodziło nie takiej głupiej Jessice… pewnie liczyła na ciekawe zakończenie wieczorka w motelu.
Lily udała, że tego nie słyszała. Czy naprawdę otaczali ją sami rozpustnicy? Przez ostatnie kilka dni nasłuchała się dość o seksie z ust swoich najbliższych znajomych. Wizja Jamesa i Jessiki w podobnej sytuacji skutkowała jedynie niezwykle silnymi mdłościami z jej strony.
Tymczasem ona i Mary zdążyły już przejść centrum wioski i teraz wędrując po obrzeżach, coraz bardziej zbliżały się do najnowszej alejki z tym niesławnym motelem i pubem. Ku zdumieniu Lily tłoczyło się tutaj nawet więcej osób niż na głównej ulicy, z Trzema Miotłami i Miodowym Królestwem. Jeszcze dziwniejsze było to, że okolice motelu oblegali nie stereotypowi lokatorzy w takich budynkach – czyli starsi panowie z pustymi, umalowanymi blondynkami – ale dość młodzi ludzie, wyglądający na zeszłorocznych absolwentów Hogwartu. Jedna z dziewcząt, którą Lily kojarzyła jako bliska koleżanka Larissy Richardson, pomachała Mary energicznie i poczęła błagać, żeby razem „ze swoją laską” skoczyła z nią i Edgarem Bonesem na drinka.
― Mamy zobowiązania, Shay! – odkrzyknęła Mary, po czym ostentacyjnie skręciła z Lily w kierunku pubu.
W środku lokalu panowała dosyć narkotyczna atmosfera – zewsząd buchało dymem i palonym ziołem, słychać było szczęk tłuczonego szkła i odgłosy stukanych kieliszków na toast. Wytatuowany barman mrugnął zalotnie do Lily (albo, co bardziej prawdopodobne, do Mary) i wskazał dwóm nowym gościom wolny stolik, tuż przy przerośniętej, umocowanej w donicy zwisającej z sufitu, paproci. Evansówna obiecała sobie w duchu, że nigdy, przenigdy, nieważne jak bardzo będzie chciała zwabić chłopaka do motelu, nie przyjdzie na randkę do takiego miejsca.
― Chodź – trąciła ją w ramię Mary. – To dobre miejsce, Jessica jeż tuż obok.

 Była to prawda – Jessica Beinz przez tę niecałą godzinę, kiedy Lily i Mary błądziły po okolicy, zdążyła umalować się, przebrać i nienagannie uczesać, a także przybyć na umówione miejsce. Jamesa jeszcze nie było, chociaż raczej to nie on się spóźniał, ale Krukonka przybyła wcześniej. Kiedy tylko odwróciła na chwilę wzrok od drzwi, aby przywitać się z jakąś swoją koleżanką, Mary i Lily przemknęły obok jej stołka, dopadły ostatniego wolnego stolika i przesunęły krzesła jak najbliżej ściany, traktując rozłożyste liście paproci jak prowizoryczny parawan. Wila rozchyliła dwa liście i zerknęła w kierunku Jessiki – koleżanka już się pożegnała, a ona sama wpatrywała się wygłodniałym wzrokiem w menu i broszurkę z listą drinków.
― Będziemy ukrywać się za tym kwiatkiem przez cały wieczór? – syknęła Lily, kiedy Mary puściła liście i ponownie schowała głowę za paprocią. ― Jessica siedzi odwrócona, ale myślisz, że jak wejdzie tu James, to nas nie zauważy.
― Pewnie by zauważył – wzruszyła ramionami z niebezpiecznym błyskiem w oku. – Ale nie sądzę, że dojdzie na tę randkę.
Lily zmarszczyła brwi. Skoro plan Mary polegał na zatrzymaniu Pottera tak długo, aż Jessica pomyśli, że została wystawiona, to po co one w ogóle wybierały się do pubu? Jedynie narażały się na to, że nie taka głupia Krukonka zauważy je, przypomni sobie, że miały śledzić Argenta i doda dwa do dwóch, domyślając się, że to one stoją za zniknięciem Pottera. Westchnęła tak głośno, że aż jeden z liści paproci uniósł się trochę do góry.
― To dlaczego tu siedzimy? – spytała z rozdrażnieniem. Mary spojrzała na nią jak na idiotkę.
― Bo musimy zareagować, jeśli jednak dojdzie – wychyliła się trochę na swoim krześle i po nabraniu pewności, że nikt ich nie obserwuje, sięgnęła po swojej wypchanej torby. – Nie myśl, że wszystko idzie zgodnie z planem – kontynuowała opanowanym tonem. – Miałam nadzieję, że uda nam się zatrzymać też Jessikę, ale najwyraźniej nie udało mi się jej nabrać… na razie.
Oblizała wargi i wyciągnęła z torebki dwie fiolki jakiegoś eliksiru. Jeden podała Lily, a drugi zostawiła dla siebie. Evansówna zmarszczyła brwi – mikstura wyglądała znajomo, w dodatku jej nakrętka została opatrzona naklejką z jej nazwiskiem, jakby Mary zależało na tym, żeby nie doszło do pomyłki przy wydawaniu fiolek. Może ona popijała nalewkę Slughorna, a dla Lily przygotowała arszenik albo Wywar Żywej Śmierci?
― Wypij – szepnęła Mary, odkręcając swój flakonik. – To Eliksir Wielosokowy.

Lily rozdziawiła usta. To dlatego miała zagadać profesora Slughorna! Mary potrzebowała czasu, żeby wykraść co nieco z jego zapasów!
― Eliksir Wielosokowy? – powtórzyła. – Czy ty czasem nie przesadzasz?
― Nikt nie może nas zobaczyć – wzruszyła ramionami. – Kiedy Jessica zacznie się niepokoić, gdzie jest James, i zastanie nas siedzące przy jednym stoliku… to skończy się bardzo źle. Tym bardziej, że powinnyśmy jak najszybciej ją stąd wyrzucić, w razie, gdyby James jednak dotarł na miejsce – uniosła fiolkę na wysokość ust i nadgarstkiem wykonała taki ruch, jakby wznosiła toast. – No to do dna, Lily!
― Czyje to włosy? – zapytała, zanim Mary zdołała wypić obrzydliwy wywar.
― Jeden należy do Skye DeVitt – odparła. – Ja go wypiję, bo znam tę idiotkę na tyle, żeby w razie co się pod nią podszyć. A ty będziesz Larissą.
Co?!
Podszywanie się za Skye miało jeszcze krztynę sensu – przyjaciółka Jamesa mogła odwrócić jego uwagę od Jessiki, a nawet sprawić, że zapomni o randce. Ale Larissa? Przecież Rogacz zaśmiałby się jej w twarz, gdyby ta usiłowała wyperswadować mu randkę ze swoją podopieczną. Nie wspominając o tym, że Lily w życiu nie potrafiłaby zachowywać się tak nagannie i rozpustnie jak ta dziewucha.
― Tylko ona jest w stanie zabrać stąd Jessikę – wyjaśniła spokojnie Mary. – Nawet nie musisz się specjalnie wysilać, bo ostatnio udowodniłaś, że jesteś taką jędzą jak ona. No to pijemy!
Lily westchnęła głośno i chociaż wybitnie nie podobał jej się ten pomysł, powiedziała sobie, że to tylko głupia godzina tkwienia w tym okropnym, cekinowym ciele. Powstrzymała silne mdłości, nierozłączne towarzystwo wszystkich zabaw ze zmienianiem swojej postaci (oczywiście pod warunkiem, że nie było się Luthien i Sternem, którzy nie potrzebowali Eliksiru Wielosokowego, żeby przybierać inną postać).
Ku obopólnej uldze, Mary nie pomyliła się przy dodawaniu włosów i obydwie wylądowały w ciele kolejno nowej zawodniczki Harpii z Holyhead oraz nowej przewodniczącej Piękności i najbardziej żałosnej Prefekt Naczelnej w historii Hogwartu.
Mary uśmiechnęła się z triumfem i przesunęła zaklęciem paprotkę bardziej pod ścianę, odsłaniając całemu pubowi widok na Skye i Larissę.
― Wstajemy, Lily – szepnęła. – Idziemy wziąć sobie po drinku, a potem ty pójdziesz wywalić stąd Jessikę, a ja będę kręciła się w okolicy, w razie gdyby James jednak tu zawitał. Ogarniasz?
Lily potaknęła. Nie zamierzała ukrywać, że wolałaby zamienić się rolami i samej kręcić się dookoła Hogsmeade zamiast grać rolę wielkiej suki i rozstawiać wszystkich dookoła.
Drink dobrze mi zrobi, pomyślała i razem z Mary ustawiła się na końcu kolejki do baru. Przechodząc obok stolika Jessiki, łypnęła na nią groźnie, co przyszło jej o wiele łatwiej niż się spodziewała.
 Wybierały właśnie pozycje z karty alkoholi (pub posiadał jedną, zasadniczą zaletę – naprawdę oferował dużo kuszących opcji), a Lily – wpasowując się w rolę Larissy puszczała oczko do wszystkich chłopców w zasięgu wzroku – kiedy drzwi do lokalu gwałtowne się otworzyły, a osoba, która wpadła wzburzona do środka, nie tylko niesamowicie je zaskoczyła, ale też zupełnie obróciła wniwecz ich plany.
Zanim Mary zdołała pomyśleć, schować kartę alkoholi i trzymać się jak najdalej od Larissy, James już dostrzegł je razem, pokręcił wściekle głową i zupełnie je osaczył, stając pomiędzy nimi a barem. Lily zdobyła się jedynie na zalotne mrugnięcie.
― Cześć, Mary – rzekł sucho James, obdarzając Lily wściekłym spojrzeniem. – Ponownie spiskujesz z Pięknościami?
Skye DeVitt przełknęła głośno ślinę i zrobiła minę wyjątkowo w nie swoim stylu. Lily od razu wiedziała, że lepiej odnalazłaby się w tej roli.
― Przepraszam?
― Poprosiłaś May, żeby mnie zatrzymała – zaczął wymieniać James, coraz bardziej wściekły –  to takie w twoim stylu. Zaczynałem się naprawdę irytować, kiedy zamknęłaś moje dormitorium i postawiłaś krukońskich prefektów na czatach, i kiedy powypuszczałaś moje cholerne znicze, i zrobiłaś pierdylion innych debilnych zagrań, ale nie zepsujesz dzisiaj mojego wieczora, nieważne, co jeszcze wymyślisz.
Skye oblizała wargi i roześmiała się nerwowo, w dalszym ciągu zachowując się zupełnie nie w swoim stylu.
― Jimmy, ja…
Przestań –uciął ostro. – Jestem w stanie wiele ci wybaczyć – wiem, że nie potrafisz zachowywać się normalnie, ale daruj sobie wreszcie te głupie gierki i zaakceptuj, że cię już nie chcę i nie zmieni tego żaden twój numer.
― Em, James… - wtrąciła się Lily, chociaż wiedziała, że i ona zupełnie zawala swoją rolę. Miała na tyle szczęścia, że Potter zupełnie nie zwracał na nią uwagę.
― Wczoraj już ci tłumaczyłem, jak bardzo niszczysz moje życie – warknął. – Gdyby nie to, że jest mi cię żal, dawno przestałbym zawracać sobie tobą dupę. Jeśli nareszcie się nie opamiętasz, to przysięgam, że powtórzymy całą zabawę z przeszłości… ale tym razem, to ja nie będę tym bezwzględnym, a ty będziesz mogła tylko marzyć o chwili, kiedy nasze drogi się rozejdą. 
  
♫♫♫
Spotkanie z państwem Rasac przebiegło fatalnie – tak brzmiał główny argument przemawiający za tym, dlaczego Hestia ukryła się w tajnym tunelu z Miodowego Królestwa do Hogwartu, uprzednio uciekłszy z restauracji i rozmowy z dziadkami swojego nienarodzonego dziecka. Tunel ten na samym początku Hogwartu pokazał jej Syriusz, uważając je za świetne miejsce do popołudniowego, intymnego miziania. Hestia sądziła, że o wiele lepiej sprawdza się w roli pomieszczenia, gdzie mogła spałaszować zakupione wcześniej, wybitnie niepolecane w ciąży słodkości; zadumać się nad całym swoim dzisiejszym nieszczęściem; i w końcu – popisać w pamiętniku.
Przelewanie swoich żali na papier nie przychodziło jej z taką łatwością jak jeszcze podczas śniadania, głównie dlatego, że wciąż nie mogła otrząsnąć się ze zdenerwowania, rozczarowania i wstydu. Miała ochotę śmiać się i płakać, kiedy czytała swoje poranne wynurzenia na temat państwa Rasac i o tym, jak ono będzie wyglądać.  
Przede wszystkim, jej wyobrażenia i oczekiwania okazały się zupełnie złudne. Nie chodziło jedynie o to, że pan Rasac nie palił cygara ani nie rzucał kawałów o elfach, a pani Rasac nie wypytywała ją o to, jakie ma plany na przyszłość i czy lubi pielić ogródek. Szczerze powiedziawszy to oboje nie wykazali nawet najmniejszej chęci, by poznać ją choć odrobinę. Podeszli do niej jak do biznesowej sprawy do załatwienia, jak do osoby, której należy się pozbyć.
Pierwsze zaskoczenie czekało Hestię już na samym początku, kiedy odkryła, że państwo Rasac przyprowadzili ze sobą młode małżeństwo. Kiedy zapytała Jaydena, czy ma do czynienia z jego rodzeństwem albo jakimś kuzynostwem, zaprzeczył i przedstawił ich jako państwo Fitzgerald, ich sąsiadów. To wzbudziło w niej pewne podejrzenia, ale odrzuciła je na bok, nie dopuszczając ponurych myśli do świadomości. Mogła przecież poznać się i z Rasakami, i z ich sąsiadami, jeśli ci uważali, że taka jest kolej rzeczy.
Kolejny powód do zdumienia dało jej pierwsze pytanie, jakie zostało zadane przy stole, a mianowicie: ile to będzie kosztować? Hestia udała, że nie rozumie, co pani Fitzgerlad (bo właśnie ona była autorką tej nietaktownej wypowiedzi) chce przez to przekazać. Potem jej mąż, pan Fitzgerlad, zaczął wypytywać o jej status materialny, o to, czy stać ją na ciążowe ubrania, na mikstury wspomagające i na wszystkie inne rzeczy, które niosą za sobą spore koszty, a które ona uważa za nieodzowne w swojej nowej sytuacji. Hestia powiedziała, że jej opiekunowie, państwo Potter, poślą jej tyle pieniędzy, ile będzie trzeba, chociaż ona osobiście szczerze wątpi w to, że znajdzie się w potrzebie, by o nie prosić.
Taka odpowiedź ewidentnie nie odpowiadała Fitzgerladom, którzy naciskali na to, że Hestia powinna zadbać o swoje zdrowie i nie oszczędzać na najnowszych eliksirach, tym bardziej, że ciąża w tak młodym wieku może nieść za sobą spore zagrożenie. Potem padło pytanie, jak często będzie mogła przychodzić widywać się z nimi lub wysyłać jej listy z opisem swojego zdrowia. Hestia wtedy palnęła gafę i zapytała, czy oby czegoś nie przekręciła, i czy oni przypadkiem nie są Rasakami, a Ftzgerladowie siedzieli obok Jaydena.
I wtedy wszystko stało się jasne. Państwo Rasac zaaranżowali bez jej wiedzy adopcję dla jej dziecka, a rodziną zastępczą mieli zostać ich sąsiedzi, bowiem pani Fitzgerald niestety przez przebytą w dzieciństwie chorobę, stała się bezpłodna. Był to prawdziwy cios dla Hestii, która całkiem niedawno rozważała kwestię porodu w wodzie lub leśnej chacie, a zupełnie nie zastanawiała się nad swoimi dalszymi losami, po rozwiązaniu. Wydawało jej się oczywiste, że albo wróci do Beauxbatons, a dzieckiem zajmie się przez pewien czas rodzina Jaydena lub Belle Potter, lub alternatywnie, że zawiesi ona edukację i podejdzie do owutemów po kształceniu indywidualnym, z jakąś guwernantką. Oddanie dziecka do tej pory nie zostało przez nią nawet rozpatrzone, a wyglądało na to że Rasakowie podjęli już decyzję za nią.
Wydmuchała głośno nos w serwetkę. Jak bardzo była naiwna!
― Hestia? – usłyszała nagle znajomy, chłopięcy głos. Skuliła się w sobie, chowając załzawioną twarz między ramiona.
― Idź sobie – jęknęła do Jaydena.
Nie pytała się nawet, w jaki sposób udało mu się do niej trafić – to było dosyć niemądre z jej strony, że zatrzymała się tu, a nie wróciła do swojego dormitorium. Przecież raptem pół godziny minut temu pokonywała ten sam tunel z Jaydenem, idąc na kolację z jego rodzicami. Jaka była wtedy podniecona! A jaki on był okrutny, nie uprzedzając ją, co się szykuje!
― O co ci chodzi? – zapytał dość szorstko, kucając tuż przy niej. – Wybiegłaś tak nagle i napędziłaś nam wszystkim niezłego stracha.
Prychnęła głośno. Oj tak, to musiało zaniepokoić takich wariatów na punkcie bezpiecznie doniesionej ciąży jak państwo Fitzgerald.
― Nie mogłam znieść podobnych ubliżeń – mruknęła. – Jak mogłeś nie uprzedzić mnie, że oni chcą oddać moje dziecko?
Specjalnie podkreśliła słowo „moje”, żeby Jayden nie zgłaszał do niego żadnych roszczeń. Chłopak roześmiał się nerwowo, jakby nie wiedział, co odpowiedzieć.
― A czego oczekiwałaś? Hestia, ty masz szesnaście lat, nie myślisz chyba poważnie o…
― Wiesz, że moja matka też mnie porzuciła? – wyrzuciła z siebie, patrząc mu teraz prosto w oczy. – Nie zliczę, ile razy w ciągu życia chciałam ją zobaczyć i za to jej wygarnąć.
Jayden otworzył usta, aby jakoś to zripostować, ale ona nie dopuściła go do głosu. Nie mogła znieść dłużej tych okropności.
― Powinieneś iść – rzekła sucho. – Nie ma nic gorszego niż zgrywanie wrażliwego, Jayden. Gdybyś od razu powiedział mi, jak bardzo mnie nie chcesz i jak jesteś nieodpowiedzialny… to wcale bym teraz nie płakała. I moje dziecko też by po tobie nie płakało w przyszłości.

♫♫♫

Mary siorbała właśnie drugi bananowy koktajl, niezwykle słodki i równie niezwykle zabójczy dla sylwetki, czyli dokładnie taki, których osoba jej pokroju nie pijała nigdy. Po tym, jak James dość brutalnie się z nią obszedł, zupełnie straciła zapał do niszczenia jego randki, mało tego – udaremniała Lily wszelkie próby ofensywy na własną rękę. Taka zrezygnowana i zasmucona, wyglądała jak cień samej siebie. Jedną  z cech Mary, którą Lily najbardziej ceniła, była ta chłodna determinacja i upór w dążeniu do celów – wydawało jej się, że nic nie może zatrzymać jej w działaniu, a wyglądało na to, że w rzeczywistości wystarczyło tylko pogardliwe spojrzenie ze strony Jamesa.
To naprawdę niezwykłe.
— W co dokładnie James ci już nie wierzy? – spytała oschle Lily, nie mogąc znieść już dłużej sztywnej i żałobnej atmosfery. Kątem oka zerknęła w kierunku sąsiedniego stolika – Potter wydawał się być odrobinę spięty, ale Jessica albo tego nie dostrzegała, albo po prostu jej to nie obchodziło.
Mary wydymała usta i odstawiła pustą szklankę po koktajlu na środek stolika.
— Chyba będę rzygać – jęknęła, łapiąc się za brzuch. Lily wzniosła oczy ku niebu.
— Pocieszyłabym cię, wiesz? – ciągnęła, czując okrutną satysfakcję – po raz pierwszy od dawna to ona mogła mówić o jakimkolwiek zwycięstwie odniesionym nad Mary. – Gdyby nie to, że w zupełności zgadzam się z tym, co ci powiedział. Może brzmię jak hipokrytka, bo jestem tu z tobą – chociaż nie, nie jestem hipokrytką, bo jestem tu przez ciebie – ale w każdym razie myślę, że powinnaś już dawno zostawić go w spokoju. Wasze zerwanie miało miejsce dość dawno, wiesz? James ruszył dalej.
Mary milczała. Jeszcze mocniej złapała się za brzuch, a jej twarz zaczynała robić się fioletowa. Lily nie zwróciła na to uwagi, tylko dryfowała dalej:
— Ruszył dalej, chociaż ciężko mi powiedzieć, żeby on jakoś nie mógł pozbierać się po waszym rozstaniu. Chyba czuł tylko ulgę. I nie wiem, czym go zmanipulowałaś, że zaczął znowu na tobie polegać… ale wiedz, że nie wymusisz na nim nigdy prawdziwej miłości. Nie da się nikogo do niej zmusić.
— A więc oto chodzi – rzekła gorzko. – Będziesz mnie teraz jeszcze dręczyć… a kiedy ty w ogóle zaczęłaś go lubić, Lily? Raniłaś go zawsze dużo gorzej ode mnie i obydwie wiemy, że zrobiłam dla Jamesa o wiele więcej dobrego niż ty kiedykolwiek będziesz w stanie. Zawsze stawiałam go na pierwszym miejscu – wydusiła z siebie. – On zawsze… zawsze był dla mnie najważniejszy. Kiedy byliśmy razem, może czasami popełniałam błędy, ale… ale zawsze starałam się być dla niego jak najlepsza. A ty już pierwszego dnia sprzedałaś go cholernej Jessice, a potem pouczasz mnie, jakbym się nad nim straszliwie znęcała!
Lily parsknęła, nie mogąc w to uwierzyć.
— Mary, jesteś jedyną osobą, która jest tak toksyczna, żeby w waszej sytuacji szukać winnego we mnie. Jeszcze chwila i powiesz, że gdyby nie ja, nigdy nie molestowałabyś Jamesa.
— Ale tak by było! – odparowała Mary gniewnie. – James był wtedy w złym stanie, bardzo złym stanie, a ty – mówiąc delikatnie – jeszcze bardziej rozpieprzyłaś jego samoocenę, nastrój i w ogóle życie. To ja musiałam go pocieszać i pomagać, a przy tym jeszcze ciebie bronić, bo byłaś moją cholerną przyjaciółką! Latanie Jamesa za tobą było dla mnie upokarzające, a jeszcze bardziej sposób, w jaki mnie rzucił… przez ciebie – wypluła to jak straszliwą obelgę. – Ale pomimo tego, że mdliło mnie na twój widok, i że wiedziałam o tym, jak egoistyczna i samolubna jesteś, cały czas w ciebie wierzyłam. Odebrałaś mi wszystko, co miałam, ale zawsze trzymałam się nadziei, że nie odbierzesz mi Jamesa. I wiesz co? Pomyliłam się.
— Nie możesz traktować go jak worka z ziemniakami! – obruszyła się. – Ja go tobie nie odebrałam, to on sam cię zostawił…
— OCZYWIŚCIE, ŻE MI GO ODEBRAŁAŚ! – podniosła głos. – Odebrałaś mi wszystko! Moich przyjaciół, moich znajomych, kiedyś Doriana, plakietkę prefekta… Jamesa. Moja własna matka wolała ciebie ode mnie! Moja przyjaciółka Skye zwróciła się do ciebie i nastawiając cię przeciwko mnie. Nie mam już żadnych przyjaciół – nawet głupie Piękności traktują cię jak większy autorytet, chociaż jesteś zwykłym, pospolitym, mugolskim dziwakiem i nie pasujesz ani do tego świata, ani do pieprzonych niemagicznych! Wszyscy moi przyjaciele, kiedy tylko poznają ciebie, od razu o mnie zapominają! Wszyscy wolą, żebyś była z Jamesem niż żeby on był ze mną! A ty odbierasz mi to wszytsko z uśmiechem na ustach i nawet o to nie dbasz… nawet o niego nie dbasz…
Lily zaniemówiła. Nie wiedziała, czy powinna obrazić się za nazwanie dziwadłem, zaprzeczyć, że faktycznie wszyscy wolą ją od Mary (halo! Mary była królową Hogwartu, ćwierćwilą, ćwierćelfką i w dodatku geniuszem naukowym), czy też spróbować jakoś pocieszyć dziewczynę – bo w końcu to złość i gorycz sprowokowały ją do wynurzeń dość upokarzających.  Lily i Mary zawsze rywalizowały – to był nieodłączny element ich przyjaźni, ale jeśli Evansówna kiedykolwiek prowadziła w tym „starciu”, to czasy te dawno minęły. Teraz to Mary miała wszystko i wszystkich w garści, sprawy szły po jej myśli, uzyskała wymarzoną pozycję, szacunek społeczny i przerosła upadającą Lily tak bardzo, że porównywanie ich do siebie uchodziło już bardziej za śmieszność niż naiwność.
Czy taka osoba mogła mieć kompleksy? Wydawało się, że niska samoocena to pojęcie zupełnie obce dla wiecznie napuszonej Mary McDonald.
— Och, co ty opowiadasz – Lily roześmiała się, żeby załagodzić napiętą atmosferę. Niezbyt jej to wyszło. – Nie możemy się nawet ze sobą porównywać! Jak sama zauważyłaś – trochę niedelikatnie, no ale dobrze – nie mogę nawet marzyć o twojej pozycji i…
— Mój ojciec okazał się zwyrodnialcem, wiesz? – przerwała jej natychmiast. – Pewnie czytałaś Proroka.  Ludzie bali się mnie tylko dlatego, że on był głową Wizengamotu. Teraz wszyscy się już tylko ze mnie nabijają. Bez pozycji i bez Piękności… i bez nikogo za mną… zostałby mi tylko James – wzruszyła ramionami. – Ale też nie mam już niego… przed chwilą… teraz już zostałam zupełnie sama. Dzięki tobie.
Lily oblizała wargi. Słowa Mary bolały ją w zupełnie nowy, niezaznany z jej strony dotąd sposób – nie czuła się poniżona i bezwartościowa, ale raczej… wyidealizowana, a wiedząc, jak bardzo ten portret różnił się od rzeczywistości, poczuła niemiłe uczucie przekornej niższości.
Ponieważ sama nie miała zbytniej wprawy i talentu do ubierania uczuć słowa, a wizja wyznania komuś, ile naprawdę jest warta i co dzieje się w jej sercu napawała ją przerażeniem, zdołała wykrzesać sobie naprawdę beznadziejne słowa pocieszenia, ale podświadomie czuła, że mogą zdziałać prawdziwe cuda:
— Mnie James też wczoraj opieprzył. Nie jesteś sama. Powiedział, jaka to jestem okropna i o ile jesteś ode mnie lepsza. Dlatego się nad tobą pastwię.
Mary wywróciła oczami.
— Daj spokój.
Nie – ty daj spokój! – rzekła z mocą, trącając ją w ramię. – James ceni cię jak nikogo innego. Trochę się poobraża, ale szybko mu przejdzie. Przecież wiesz, jaki jest.
— No właśnie o to chodzi, że wiem jaki jest! – jęknęła. – Widziałam w jego oczach, że to koniec. Że już mi więcej nie zaufa. Tu chodzi pewnie o tę plotkę… to… naprawdę było…
— …okropne, ale już nie ma znaczenia – westchnęła ciężko. – O Jamesie chodziły gorsze plotki, a wiesz, że go nie obchodzi opinia publiczna. On jest wkurzony, bo ja się czegoś dowiedziałam, ale uwierz mi, że nie jest zły na ciebie, tylko na mnie. Za kilka tygodni obydwoje będziecie pić sobie drinki i się ze mnie nabijać. Zobaczysz.
Mary obdarzyła ją lekko spłoszonym wzrokiem. Światło odbijało się od jej oczu, jakby wezbrały się w nich łzy.
— To niemożliwe – niemalże się roześmiała smutno. – James nigdy nie mówi o tobie źle.
— Może powinien – Lily wzruszyła ramionami. – A zresztą, co to zmieni, z kogo będziecie się śmiać? Możecie obrać Jessikę jako obiekt drwin.
Wzrok Mary mimowolnie spoczął na randce Jamesa, która teraz z zapałem poprawiała włosy i popijała swoje piwo z taką gracją, z jaką można pić ten trunek. Wila zmarszczyła brwi. W jej oku błysnął przez chwilę znajomy, podstępny ognik.
— Coś mi się nie wydaje, żeby to zmierzało w tym kierunku – mruknęła.
— Daj spokój, jeszcze nie przegrałyśmy.
Mary spojrzała na nią dziwnie.
— Nie rozumiem?
— Jesteś Mary McDonald. Chyba nie wmówisz mi, że nie masz jakiegoś Planu B, co?

♫♫♫

Lily stała pod wielkimi dyniami przy chatce Hagrida, wyłamując sobie paznokcie. Eliksir Wielosokowy przestał już działać, a ona odetchnęła, dobrze czując się z powrotem w swoich stu sześćdziesięciu centymetrach – bycie tak wysoką jak Larissa wiązało się z niezłymi zawrotami głowy. Dzień pomału się już kończył, niebo i powietrze szarzało, ale jak na luty temperatura należała do dość przyjemnych, dlatego perspektywa spędzenia kilku godzin na zewnątrz nie wydawała się taka przygnębiająca. Zastanawiała się, czy Syriusz nie zrobi jej jakiegoś złośliwego numeru – po nim można było spodziewać się przynajmniej najgorszego, zwłaszcza, że nie ulegało wątpliwości, iż dowiedział się o wizycie Lily u Doriana, wizycie, którą tak jej odradzał, a ona zdawała się ulec jego namowom. Potem doszła do wniosku, że Syriusz zapewne po prostu ją wystawi, a kiedy spotkają się przypadkowo na jakimś korytarzu, będzie udawać, że jej nie zna lub nie poznaje. Istniała też opcja, że spróbuje uśpić jej czujność, żeby zadać pewne kluczowe pytania, pełniąc w ten sposób funkcję szpiega Jamesa.
Dziewczyna stała tak, obserwując zachód słońca i snując czarne scenariusze, kiedy nagle zobaczyła cień przemykający obok niej, który spłoszył kruki i wrony gromadzące się wokół okazowych dyni. Przez chwilę czuła niepokój, kiedy nie zauważyła nikogo w swoim sąsiedztwie, ale bardzo szybko uświadomiła sobie, na czym polega niespodzianka.
— Myślałam, że nie przyjdziesz – wyznała nieśmiało, siląc się na słaby uśmiech.
— Rozważałem to – Syriusz zdarł z siebie pelernę-niewidkę i odpowiedział Lily grymasem tak nieprzyjemnym, że aż poczuła chłodny dreszcz przebiegający po plecach. – Kiedy wczoraj usłyszałem, co zrobiłaś, uznałem cię za osobę zbyt głupią, żeby nauczyć się animagii. Ale potem stwierdziłem, że jestem ciekawy, co ci znowu strzeliło do głowy, więc przyszedłem tutaj, żeby zmusić się do mówienia.
Lily wzięła głęboki oddech. Przypuszczała, że to nie będzie łatwe.
— Wiem, że jako mój… hmm… mentor? Jako mój mentor masz prawo poznać moje motywy i pobudki, ale… ale zwyczajnie nie mogę ci powiedzieć, bo…
— Bo lepiej, żebym poszedł zapytać o to Doriana, przy okazji oferując Śmiecierusowi, że jeśli mi się uda coś z niego wyciągnąć, to mu obciągniesz?
Och, gdyby Syriusz postanowił spisywać dzieje jej życia, na pewno nie pozostawiłby na niej suchej nitki.
— Syriuszu, ja jestem z nas wścibska, a ty jesteś dyskretny. Ja jestem dziadowską dziewczyną, a ty jesteś dobrym przyjacielem. Naprawdę nie byłoby ci do twarzy, gdybyś zachowywał się tak jak ja.
— Nie zamierzam cię uczyć.
— W porządku – przystała na to.
— …dopóki nie powiesz mi, co ten chuj ci nagadał – dokończył triumfalnie.
Lily zaniemówiła.
— Och, daj spokój, Evans. Skoro już i tak wtargnęłaś tam, gdzie nikt cię nie zapraszał, to lepiej żebyś przynajmniej wyciągnęła z tego prawdziwe informacje, a nie wyssane z palca kłamstewka, jakimi nakarmił cię Dorian i w które ty uwierzyłaś.
— Ale… — spojrzała na niego jak na jeszcze większego wariata niż był w istocie. – Ale przecież…
Syriusz podniósł rękę, a Lily zamknęła usta, jakby w ten sposób mógł ją uruchamiać i wyłączać.
— Widziałem Jamesa jeden dzień bez cholernej ciebie i twoich maślanych oczek, i mam dosyć. Chcę, żebyś nareszcie się ogarnęła, przeprosiła go i możliwie wróciła do tego, co było dawniej, a wiem, że jeśli dalej będziesz ciskać w niego oskarżeniami i pretensjami, to nic z tego nie będzie. Mam dosyć znoszenia ruiny tego człowieka – najpierw wykończyła go May, potem Serena i Mary, a teraz ty. Czas, żeby któraś z was nareszcie po sobie posprzątała.
Lily nie wątpiła, ze Syriusz albo się zupełnie spił, albo oszalał. Nie zamierzała jednak drażnić go dłużej, tak, żeby przypomniał sobie o tym, jak bardzo jej nie lubi i zrezygnował z podzielenia się swoim punktem widzenia. Musiała kuć żelazo póki gorące, a raczej – zachęcać język, póki ślina nanosiła na niego kolejne myśli.
Zachęcona własną metaforą, zastosowała ją w swoim przypadku – opowiadając bardzo szybko, ale szczegółowo o wszystkich rewelacjach, jakimi uraczał ją Dorian wczorajszego wieczora. Przyznała, że mówił głownie o Flers i o katastrofie swojej matki, a w temat May zbytnio nie wchodził, zresztą Lily o wiele bardziej od niego interesował charakter jego relacji z Mary, dlatego też temu punktowi opowieści poświęciła najwięcej czasu – wyznając, co myśli o podobnym zachowaniu, ale też nie będąc dla McDonaldówny zbyt surową, po jej zwierzeniach w Hogsmeade. Syriusz wysłuchał tego wszystkiego z zamyśloną, filozoficzną miną, a kiedy opowieść dobiegła końca, podsumował ją tak oglądowo, jakby nawet nie zmusił się do wysłuchania jej końca:
— Zgadzam się z Chamberlainem tylko  w jednej kwestii: plotka Mary jest pomieszana. Jest pomieszana z biwakiem we Flers i z nocą, kiedy zginął Dean Walker. Reszta to kłamstwa.
Lily spojrzała na niego podejrzliwie.
— Chcesz mi powiedzieć, że Mary wcale nie szantażowała Jamesa? Nie zmuszała go do… bycia z nią? Nie… molestowała?
Syriusz roześmiał się na to określenie, chociaż był to raczej smutny śmiech.
— Cholera wie, co ona robiła. Niespecjalnie wątpię w to twoje… molestowanie. Chociaż wolałbym, żebyś używała innego słowa, bo Dorian nieco to zbrutalizował, a że sam nie ma pojęcia o molestowaniu… - uciął na chwilę, jakby sam się nad czymś głęboko zastanawiając. – Po prostu, z własnego doświadczenia uważam, że taki dobór słów jest krzywdzący dla obu stron. Ale tutaj nie o to chodzi. Chyba oboje wiemy, że Mary jest jedyną osobą, mającą pełnię wiedzy – wie wszystko o sylwestrowej nocy i o biwaku we Flers, po pierwsze – bo tam była; po drugie – bo o tym, czego nie widziała, powiedział jej James.
— No tak – zgodziła się Lily. To samo powiedział jej zresztą Dorian.
— I sednem tej plotki było to, że James jest zabójcą.
Lily drgnęła natychmiast. Przypuszczała, że Syriusz nie zgodzi się z historią Doriana na tym etapie, bo ona zresztą sama w nią nie wierzyła. Nie dziwiła się, że Black chciał ochronić honor przyjaciela w takich momentach, ale jeśli to było głównym celem przemawiającym za wtajemniczenie Lily w prawdę ze swojej pespektywy; to naprawdę robił to na próżno.
— Nie wierzę w to, Syriuszu…  - przerwała mu, machając ręką na znak obojętności. – Daj spokój, przecież…
— Evans, większość to kłamstwa, ale póki co zbieramy fakty.
Dziewczyna spojrzała na niego bez zrozumienia. Przysiadła na wielką dynię, a Syriusz poszedł w jej ślady. Coś czuła, że jednak nie udało jej się rozgryźć motywów Blacka i lepiej, żeby jednak przygotowała się na najgorsze i w razie co, nie zemdlała z wrażenia.
— Ty też wierzysz w jego winę? – zdziwiła się. Syriusz westchnął ciężko.
— Nie wierzę w to, że zabił Phila. Ale nie powiedziałem, że nie jest zabójcą.
Lily pokręciła głową z niedowierzaniem. Który to już raz ktoś dzisiaj zupełnie wpędzał ją w kozi róg? Czy oni wszyscy mówili zupełnie nieskładnie, czy to Lily zrobiła się nagle taka niezbyt lotna?
— Zaskocz mnie – zaproponowała słabo, chociaż czuła, że wolałaby nie zostać zaskoczoną.
Syriusz westchnął ciężko. Uniósł dłonie na wysokość swojego brzucha i wyciągnął je tak, jakby chciał coś narysować w powietrzu. Lily wytężyła każdą swoją szarą komórkę, gotowa na połączenie zdobytych już informacji z nowymi rewelacjami.
― Mary miała coś na Jamesa, no nie, coś, czym go szantażowała – Lily potaknęła. – Ezoteryczną tajemnicę, czy jak ją tam nazwałaś? – Kolejne potaknięcie. – To była ta tajemnica, którą wykorzystywała przeciw niemu, szantażowała go i – jak to ujął Dorian – molestowała.
― No tak – zgodziła się. – Biwak we Flers.
Syriusz ponownie westchnął i spojrzał na nią jak na kompletną idiotkę.
I ona wybrała kogoś takiego na swojego nauczyciela?!
― Lily, a ponoć jesteś bystrą dziewczynką – rzucił zgryźliwie. Dziewczyna postanowiła tego nie komentować. – Jaki sens miałby szantaż w sprawie, o której wiedziało tyle innych osób – o której trąbiły gazety? Przecież wszyscy uważali, że James jest winny i demonizowali go jeszcze bardzie niż faktycznie zawinił. Wszyscy tak mówili. Myślisz, że w sprawie tak powszechnej można kogoś jeszcze szantażować? Nie, Lily. On miałby w dupie takie molesty ze strony Barbie z Odrostami.
— W takim razie, co na niego miała? – zapytała rozdrażnionym tonem, bo nie lubiła, kiedy ktoś ubliżał jej inteligencji.
Sylwestrowa noc – wypalił. –  Czy James – albo, nich skonam, Dorian – mówili ci coś o sylwestrowej nocy w czwartej klasie?
Lily zadumała się przez chwilę. Z dziką satysfakcja odnotowała, że posiada jakieś informacje z obu wymienionych przez Blacka źródeł.
― James mówił, że byliście u Sterne’ów – powiedziała powoli. – Sterne’ów-Puchonów, tak? Micka i Declana?
Syriusz wywrócił oczami i rzekł, że żadnych innych to on nie zna.
― No więc, James miał wtedy pilnować May – dodała z coraz większym przekonaniem. – No ale pojechaliście do Sterne’ów, a on zostawił May samą i nie może sobie tego do dzisiaj wybaczyć, bo wtedy… bo wtedy ten jej chłopak…
Dean, pomyślała. Dean, kumpel moich nowych kumpli.
Black kiwnął głową z okropnym, ale na tak przystojnej twarzy nie znowu takim nienajgorszym, grymasem. Sięgnął do przewieszonego na jedno ramię drelichowego plecaka w stylu rockersów, z ponaszywanymi emblematami mugolskich zespołów, i wyciągnął z niego czystą, białą wódkę, już zresztą trochę dopitą.
A więc nie pomyliła się podejrzewając, że przyszedł na to spotkanie lekko pijany.
― James wcale nie siedział z nami podczas tego Sylwestra – rzekł niskim głosem Syriusz, dosiadając się obok niej na wielką dynię. Wspaniałomyślnie zaofiarował Lily łyka trunku, ale ta grzecznie odmówiła. – Pokłócił się z McDziwką – to było bardzo dziwne, ale nagle wpadł w szał i mówił, że musi porozmawiać z May. Próbowaliśmy go zatrzymać, jego zachowanie nie miało najmniejszego sensu, ale on wykorzystał sieć Fiuu i szybko wrócił do siebie do domu. Chciałem pójść tuż za nim, ale wybuchło straszne zamieszanie, Mary i Dorcas odciągnęły mnie od kominka…
Wzdrygnął się i pociągnął jeszcze jeden, siarczysty łyk. Ostry zapach alkoholu zdawał się szczypać jak klamerki wewnątrz nosa.
― Kiedy po kilku godzinach udało mi się w końcu dostać do Doliny Godryka – kontynuował – zastałem May i państwo Potter. Belle i Seth strasznie się kłócili, May… no cóż, powiedziałbym, że zachowywała się jak współczesna May, którą znamy i kochamy, ale wtedy to oczywiście była wielka nowość. Te jej piski, zmiany nastrojów, odcinanie się od świata… kiedy zobaczyłem ją w takim stanie, myślałem, że jest zwyczajnie naćpana.
― Ale nie była – domyśliła się Lily. Słowa Isaaka o tym, że dziewczyna Deana zupełnie postradała zmysły, nie dawały jej spokoju.
Syriusz pokręcił głową. Przez chwilę w powietrzu zawisło milczenie.
― Jak zachowywał się James? – spytała cicho. Jej kompan przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią lub – co bardziej prawdopodobne – alkohol zaburzył jego łatwość w doborze słów.
― To najdziwniejsze, Lily – zaśmiał się bez humoru. – Na początku Jamesa w ogóle nie znalazłem, tam w salonie. Kiedy wypadłem do kominka, państwo Potter przestali się kłócić i powiedzieli, że James jest u siebie, na górze. Poszedłem do niego… ale w środku – wziął głęboki oddech – ktoś był w środku, ale to nie był James.
― A kto? – zdziwiła się szczerze.
Mary.
Lily rozdziawiła usta, na znak braku zrozumienia. Czyżby nawet nietrzeźwy Syriusz odznaczał się większą bystrością i spostrzegawczością niż ona? Jeśli nie myliła ją pamięć, to James pokłócił się z Mary i sam wrócił do swojego domu. Ona została u Sterne’ów, przecież nawet odciągała Blacka od kominka i próbowała przekonać go do pozostania na imprezie. W jaki sposób ona mogła znaleźć się w domu Potterów?
Druga sprawa, w jaki sposób James wyczuł, że z May dzieje się coś nie tak i jak ją potem znalazł. Znała Jo i Isaaka na tyle, aby poznać ich gust jeśli chodzi o imprezy czy – jak tam to woleli określać – sabaty. Na pewno wybraliby miejsce nawiedzone, opuszczone, stare i brudne – a nie miasteczko tak przyjemne, ciepłe, ozdobne i ulubowane przed bogate rodziny jak Dolina Godryka.
Niech Syriusz nazwie ją głupią – chyba każdy na jej miejscu stwierdziłby, że w jego opowieści brakuje wszelkiej logiki.
― Evans, to wszystko było dosyć powiązane – wyjaśnił. – James zostawił May w domu, bo miała zaprosić do siebie dwie koleżanki, a poza tym została uziemiona po kotylionie. Kotylion u Meadowesów, ten sam, gdzie zginęła siostra Dorcas, odbywał się jakiś tydzień wcześniej... zresztą, Dorian sypnął ci na ten temat trochę informacji. Tam po raz pierwszy spotkałem Deana Walkera. Tam James poznał Serenę… a ja byłem z Di – uniósł rękę, zanim Lily zdołała wypytać go, jakim sposobem znalazł się na magicznym balu w parze z o trzy lata od nich starszą siostrą Emmeliny. –  W każdym razie w Deanie nie było nic specjalnie… demonicznego. Był trochę dziwny i niezbyt rozmowny, ale niebrzydki – niespecjalnie dziwiłem się więc, że May za nim szalała. Czternastoletnim dziewczynom zwykle odbija, kiedy znajdą sobie o tyle starszego chłopaka, a on miał jeszcze czym się pochwalić zewnętrznie. To, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że Dean od początku do końca uczepił się Mary i Sereny.
Lily cofnęła głowę nie tylko po to, by odsunąć się od alkoholowego smrodu, ale też z powodu zaskoczenia na tę rewelację.
Dlaczego?
― Bo to one go tam zaprosiły – rzekł nonszalancko. – May wcale nie miała jechać na kotylion, bo wtedy siedziała akurat we Włoszech z chorym Jessem van Weertem, ale wymknęła się z domu, kiedy Dean dał jej znal, że się pojawi. Z kolei sam Dean jest kuzynem Mary i zarazem kuzynem Sereny, i to z dwóch stron – bo matka Sereny jest siostrą matki Deana, a ojciec Sereny to ojciec Lizzy Nass, która jest  z tego co wiem...
Członkinią rodziny elfickiej, a wszystkie rodziny elfickie są ze sobą spokrewnione, dokończyła w myślach, chociaż Syriusz przedstawił jej jakieś bardziej pogmatwane wyjaśnienie. Po tej zatajonej przez Doriana informacji, poczuła się jeszcze bardziej skonfundowana. Wiedziała już wcześniej, że Mary znała zarówno Walkerów, jak i Monroe’ów, Ellisonów i Prewettów. Wydawało jej się jednak, że zerwała z nimi kontakt we wczesnym dzieciństwie, kiedy przestała przyjeżdżać do domu swojego ojca, w Brighton i widywać go jedynie w Paryżu u dalszej rodziny. Teraz dowiadywała się, że Mary nie dość, że nie wstydziła się towarzystwa Deana, to jeszcze prawdopodobnie miała swój wkład w same poznanie chłopaka z May Potter…
Jak osoba tak przeczulona na punkcie złych kontaktów i rodzinnej patologii jak James, mógł przymykać oko na podobną znajomość? O mało nie oderwał głowy Lily za rozmawianie z jego własnym kuzynem, a Mary nie poniosła żadnych konsekwencji za trzymanie sztamy z Walkerami?
Naprawdę?
― Nie wiem, jakim cudem James dotarł do May, ale przypuszczam, że musiało to wyjść podczas kłótni jego i Mary – wzruszył ramionami. – To mogło być tak, że Mary znała plany Deana, co do tej masakry nad mugolami, dlatego u Sterne’ów uświadomiła Jamesa, w jakie bagno wplątała się jego siostrzyczka, James wpadł w szał, wrócił do domu, żeby się z nią policzyć, a za nim ruszyła Mary, być może po to, żeby go powstrzymać, sam już nie wiem – przyłożył palec do skroni, jakby od całego tego wspominania rozbolała go głowa. W przeciwieństwie do Doriana, opowiadanie o wszystkich tych tragediach zdawało się go przytłaczać, męczyć i przygnębiać, a nie – przynosić ulgę.
― Czy wiesz, co się stało dalej? – spytał ochrypłym głosem.
Lily przełknęła ślinę. Ten element opowieści nie znała od Jamesa, ale od Jo i Isaaka.
― Dean Walker popełnił samobójstwo, a May postradała zmysły – szepnęła.
Syriusz upił jeszcze jeden łyk, po czym głośno odetchnął, zakręcił butelką i wrzucił ją na dno swojego plecaka.
― No w sumie taka jest oficjalna wersja – potaknął. – May była z Deanem i jego bandą koleżków… i w sumie to nie chcę wiedzieć, co się tam działo. Nagle wtargnął James, zrobił aferę… a potem Dean nie żyje, a May zwariowała.
Lily otworzyła usta i natychmiast je zamknęła. Obawiała się, że wie, do czego dąży Syriusz, a raczej – jak wygląda jego teoria, co wydarzyło się tamtej nocy. Jakby na to nie patrzeć, ich sytuacje były niezwykle zbieżne – może z tą jedną różnicą, że pan Black już od dwóch lat mógł snuć swoje domysły i przeprowadzać mini-śledztwa, a Evansówna wczoraj została wepchnięta do całego bałaganu, przypominającego już coraz bardziej wojnę, w której to trzeba jak najszybciej wybrać front.
― Bezpośrednią przyczyną May nie były żadne narkotyki ani schizofrenia od dzieciństwa – kontynuował Black. Twarz zaczynała mu się rumienić, dłonie drżeć, a Lily obawiała się, że zostało im mało czasu, zanim Syriusz zupełnie utraci resztki trzeźwości – a pijany nie powie jej nic konkretnego, a jedynie jeszcze bardziej namiesza. – Ona zawsze była dziwna, ale nie nazwałbym tego schizo-schizo… schizofrenią . To były rany pamięciowe. Błąd przy modyfikowaniu pamięci.
Dziewczyna przymknęła oczy, czekając na następny pocisk.
― Dlaczego James czuje się odpowiedzialny za jej szaleństwo, Lily?
Może dlatego, że to on popełnił błąd przy modyfikowaniu pamięci?, pomyślała gorzko.
― Syriuszu, czy on w ogóle używał wtedy magii? – spytała słabo. – I czy myślisz, że w czwartej klasie znał zaklęcie Obliviate?
― Dean nie zginął od Avady, Drętwoty ani żadnego innego magicznego gówna – odparował już nieco nieskładnie. – A James nawet jeśli znał Obliviate, to nie sądzę, żeby się ośmielił… I tu jest właśnie największa zagadka – westchnął ciężko. – Bo hipotetycznie pamięc May mogli państwo Potter, a że to nie zawsze wychodzi… ale po co usuwaliby jej wspomnienia? Na pewno kogoś chronili. A dla kogo zrobiliby coś takiego?
― Czy ty… - zawahała się, bojąc się wymówić na głos to, co chodziło jej po głowie od pewnego czasu. – Czy ty uważasz, że James zabił Deana Walkera?
Przypuszczała, że Syriusz się zawaha, że zaprzeczy gorączkowo, a potem zacznie się tłumaczyć, albo że po prostu zachowa wymowne spojrzenie. Najwyraźniej był jednak na tyle pogodzony z tą myślą i tyle już razy układał wszystkie zdarzenia, o których wiedział, w jeden ciąg, że nawet tak bezceremonialne wnioski nie wprawiały go w niezręczne osłupienie.
― To moje przypuszczenie – uciął. – To byłby wystarczająco mocny szantaż, wystarczająca mocna ezoteryczna tajemnica, nieprawdaż? Nie tyle co zamordowanie Deana, ale to, że naprawdę spowodował szaleństwo u swojej siostry. Że za jego sprawą stało się coś, czego wstydzi się po dziś dzień…no ale skoro May tam była… skoro wszystko widziała…
Lily pokręciła głową z niedowierzaniem.
― Jeszcze tydzień temu myślałam, że James zabił swojego kuzyna i nawet się z nim o to pokłóciłam. Wczoraj Dorian jeszcze bardziej namieszał mi w głowie, ale już nie dałam się ponownie na to nabrać... już w to nie uwierzyłam… i ty teraz usiłujesz mi teraz mówisz, że się mylę, a on.. a on tak jest zabójcą, ale kogoś innego? W sensie… jeśli nie ich obu?
Syriusz roześmiał się bez humoru.
― Nie mamy żadnych niezbitych dowodów… zresztą, sprawa jest naprawdę dobrze zatuszowana… ale myślę, że jeśli w sprawie zabójstwa – czy samobójstwa – Deana możemy polemizować, to cały syf z van Weertami to stek bzdur. Moja teoria jest największym dowodem na to, że James nie zabił Phila.
Emm, Syriuszu? Czy ty przed chwilą nie powiedziałeś, że uważasz swojego kumpla za mordercę? Myślisz, że ten fakt zmazuje z niego wszystkie inne winy?, pomyślała sceptycznie, ale nie chciała zdawać się z nim w zbędne dyskusje, póki jeszcze mówił do rzeczy (no, względnie).
― Jakim cudem? – spytała po prostu.
― Bo, jak już uznaliśmy, plotka Mary jest wymieszana. Obiecała Jamesowi, że nie powie o sprawie May… dlatego przy wymyślaniu plotki, zrzuciła na niego karb zabójstwa kogoś innego, ale właściwie wyszło na jedno dla niezaznajomionych z tematem – powiedział filozoficznie.
Niestety, dla Lily ta pokrętna logika cały czas nie dowodziła niczego. Przekazała to Syriuszowi delikatnym oddechem. Westchnął głęboko i rozdrażniony, kontynuował swoją korektę do opowieści Doriana:
 ― Pamiętam tę noc, kiedy zginął Phil, jako tako. James i Phil sobie nastrzelali – właściwie to Phil uderzył Serenę, a James mu oddał w jej obronie… i potem wyzwali siebie na pojedynek… ostatecznie Mary, Skye i Serenie udało się wyperswadować Jamesowi to idioctwo, więc tam nie poszedł – siedział do końca z nami. Phil przyszedł na umówione miejsce, pod klifem. My siedzieliśmy sami w namiocie. Chyba graliśmy w pokera, czy coś takiego… i wtedy nagle do naszego namiotu przyleciała zasmarkana Colette i powiedziała, że May odbiło. Oczywiście wszyscy natychmiast zerwaliśmy się na nogi, ale nie mogliśmy znaleźć May, więc postanowiliśmy się rozdzielić. Ja i James poszliśmy w jednym kierunku, pod klif, a Serena, Skye i Mary w przeciwnym. Tuż pod klifem znaleźliśmy May, całą we krwi.
Co?
― Zaczęła krzyczeć, szaleć i świrować, że u nas, na biwaku, jest Dean. James próbował ją ogarnąć, tym bardziej że ona chciała z tego klifu skoczyć – wiesz, stała na skraju i wrzeszczała, że jeśli nie odejdziemy, to ona spadnie. To… oczywiście traumatyczne, ciężkie i strasznie dramatyczne, ale mimo całej tej sceny, May nie mogła skraść całego blasku, kiedy obok leżał martwy Phil.
Co? – powtórzyła ponownie.
Na litość boską! Isaac mówi jej nad ranem, że rodzina Potterów ma dużo za uszami, a kilka godzin później ich bliski przyjaciel twierdzi, że James zabił jednego człowieka, May zabiła drugiego, a pan Potter namieszał jej w głowie. Ach, nie wspominając o tym, że cała familia zniszczyła Walkerów, odesłała Tony’ego gdzieś na Sybir, i dwoje ich młodych przedstawicieli wyrzuciło ich dom w powietrze.
A ona myślała, że to Evansowie są nienormalni! 
― Phil miał wielką ranę na głowie, jakby ktoś rozbił mu ją o skałę. Poszedłem sprowadzić pomoc – chciałem iść po Finna Chamberlaina, ale kiedy dopadłem ich namiot, nie było w nim nikogo.
― Dorian mówił, że on, Finn i Jesse poszli szukać Phila – przypomniała sobie jak przez mgłę. – Że niepokoili się o Phila i Jamesa.
― To jest absolutne kłamstwo, jedno z największych, które Dorian ci wcisnął – zripostował brutalnie. – Ale wyjaśnię ci to później, bo stracę wątek. W każdym razie, kiedy wróciłem pod klif, wszyscy już tam byli – no, wszyscy, oprócz Phila-nieboszczka. May dalej szalała, Finn wezwał chyba pana Pottera, żeby ją uspokoił, a wtedy z sąsiedniego obozowiska wyszedł… masz dwie szanse, kto!
Miała tak złe przeczucia, że jedynie załamała ręce. Kogo jeszcze tam brakowało do zupełnego chaosu?
― Poddaję się – mruknęła, unosząc ręce nad głowę.
Syriusz nie mógł powstrzymać śmiechu, zanim zrzucił kolejną bombę:
― Nasz nauczyciel obrony.
I po raz kolejny: co?!
― No, wtedy, to był uczeń Szkoły Aurorstwa – sprostował. – Był na biwaku milę od nas ze swoją żoną, Bertą Jorkins i… chyba siostrą Emmeliny, ale nie jestem pewien. Wiesz, Flers jest dosyć popularnym kierunkiem – dużo rodzin ma tam swoje domki letniskowe, bo we Flers znajduje się spora magiczna diaspora...
― Mila to dość daleko – przerwała mu, szczerze zaniepokojona tym szkopułem. – Nie wmówisz mi chyba, że profesor Argent usłyszał u was hałasy i poszedł to sprawdzić.
― Nie – zgodził się. – Zobaczył Mroczny Znak rozciągający się na całym Flers i poszedł sprawdzić, czy nikt nas nie zabił.  
Jakie to optymistyczne,  pomyślała gorzko. Syriusz wyczuł jej nastrój i roześmiał się smutno.
― W każdym razie Argent pojawił się równocześnie z Aurorami, więc albo to on ich wezwał, albo zrobił to Finn, a on się jakoś z nimi zsynchronizował. To właśnie Argent zobaczył Phila pod klifem. Moody wtedy zaczął sprawdzać wszystkim po kolei różdżki i…
― I Priori Incantatem wykryło, że James użył zaklęcia zrzucającego – domyśliła się, przypominając sobie Doriana, który usiłował udowodnić jej, kto zabił Phila.
― No tak – zgodził się. - Przypuszczam, że zrzucił Phila, żeby uspokoić May, albo wcześniej użył zaklęcia oczyszczającego z jej odcisków palców, a potem dopiero go zrzucił... pojęcia nie mam. Tak czy siak, zachował się nieopisanie głupio. Ale skąd miał wiedzieć, że zaraz pojawią się Aurorzy i rozpocznie się wielka afera?
Nie mógł też łudzić się, że nikt nie zauważy, że Phila nie ma w obozowisku, pomyślała trzeźwo. James mógł działać pod wpływem emocji, ale użycie magii (przecież nielegalne w jego wieku!) tak błaho i lekkomyślnie, zupełnie nie pasowało do impulsywnego, ale raczej bystrego typu chłopaka, jaki on reprezentował.
― Czyli sądzisz, że James zabił Deana, a May zabiła Phila – podsumowała na głos swoje ostatnie myśli. Syriusz wzruszył ramionami, dyplomatycznie ani nie zaprzeczając, ani nie popierając tej konkluzji.
― Wiesz… Potterowie zawsze niechętnie posyłali May do jakichkolwiek zamkniętych zakładów, z obawy, że jej rany na pamięci i wszystkie wspomnienia, które w pewien sposób wyparła ze świadomości… po prostu że ją przytłoczą i że po raz kolejny powtórzy się historia ze skakaniem z klifu. Ale kilka dni temu, kiedy wróciła do Hogwartu… to jednak część tych rzeczy zdążyło już do niej powrócić – wysłał jej ostrożne spojrzenie. – Mary powiedziała Jamesowi, że jego siostra uważa, że to ona zabiła Deana… z kolei James i połowa ekipy z Flers podejrzewa, że po prostu coś jej się pomyliło i że chociaż zabiła, to nie Deana, ale Phila. Poniekąd dobrze wpasowała się w plotkę Mary – zauważył błyskotliwie. – Skoro ona oskarżyła Jamesa o to zabójstwo, zmazując z niego winę za wypadek Deana, to May musiała przejąć zbrodnię brata, oddając mu Phila, no nie? 
― Naprawdę nie widzę w tym nic zabawnego – ucięła krótko. – Nawet jeśli masz rację i śmierć Deana to sprawka Jamesa, to ma on szczęście, że wszystko mu się upiekło. Dostał od losu drugą szansę i to byłby szczyt głupoty z jego strony, gdyby zaprzepaścił ją przez głupie nadużywanie magii.
― Dość dobrze przepowiedziałaś dalsze niespójności w opowieści Doriana – rzekł Syriusz. – Bo faktycznie, Jamesowi drugi raz upiec się nie mogło. Chociaż na początku nikt go nie oskarżał o to zabójstwo… główną podejrzaną była Serena, a dopiero po pewnym czasie śledztwo zaczęło przechylać się na stronę Jamesa. Rzekłbym nagle, że ktoś temu śledztwu… dopomógł.
Lily pokręciła głową na znak, że nie ma pomysłu, co mogło się stać dalej.
― Kiedy do Jamesa przyszło wezwanie na złożenie zeznań, to do listu dołączona była pogróżka – powiedział tajemniczo.
Pogróżka?
Coś w stylu:  „Tym razem już ci się nie upiecze”. Och, nie rób takiej miny, Evans, nawet James tak się nie zdziwił tym jak ty. W każdym razie chyba wziął ten liścik do siebie, bo zaczął zachwycać się tak, jakby naprawdę chciał zasłużyć na odesłanie do więzienia i usunięcie z Hogwartu. Weźmy na przykład to nieszczęsne podpalenie pani Chamberlain – Syriusz wyglądał jakby chciał się roześmiać, ale ostatecznie zdał sobie sprawę, że to nie zostanie dobrze przyjęte przez jego słuchaczkę. – Dorian obsmarował cały ten wypadek aż niestrawną warstwą patosu i dramaturgii… - wywrócił oczami. – Chociaż, kto wie, może tak to właśnie wyglądało w jego oczach. Zupełnie odsunął się od Jamesa – mało tego! – zupełnie zmienił front i na ostatniej rozprawie w Wizengamocie, złożył zupełnie nowe zeznania, które mogłyby nas wszystkich pogrążyć… gdyby nie to, że później uratował nas starszy Chamberlain, Finn.
Imię Finna po raz kolejny przewinęło się w tej opowieści, a ponieważ Syriusz na chwilę umilkł, Lily postanowiła przypomnieć sobie wszystko, co o nim wiedziała. Kiedy za czasów jej związku z Dorianem, odwiedziła rodzinę Chamberlainów w Londynie, poznała całe jego rodzeństwo, ale chociaż dokładnie pamiętała Jennę-opiekunkę Jesse’ego, Luke’a-odbijacza żon, Caitlin-jej psychofankę oraz młodszego Jeta i Leviego, oraz oczywiście państwo Chamberlainów, nie mogła nic powiedzieć o ich pierworodnej latorośli. Przypomniała sobie, że Luke-odbijacz żon odebrał właśnie Finnowi narzeczoną, że Finn pracował gdzieś daleko, w Australii, i że był chyba najbardziej zaradny i bystry z całego tego rodzeństwa. Dorian wspominał co nieco o tym, że Finn dobrze rozumiał się z ich kuzynami van Weertami i przedstawiał go zwykle jako głos rozsądku w każdej sytuacji. To wszystko stanowiło jakiś portret, ale Lily nie mogła pozbyć się wrażenia, że jest on ważną postacią i właśnie przez swoją istotność, tak ciężko coś o nim powiedzieć – zwykle bowiem jednostki znaczące nosiły ze sobą mgiełkę enigmatyczności i słodkiej tajemnicy.
― Finn z Australii? – rzuciła więc, wybierając ze swoich skąpych informacji tą najbardziej dlań charakterystyczną.
Syriusz uśmiechnął się pobłażliwie.
― Finn-najlepszy-przyjaciel-Phila, chciałaś powiedzieć. Pamiętasz całą szopkę z pojedynkiem Phila i Jamesa? Ja, rzecz jasna, byłbym sekundantem Rogasia, z kolei sekundantem Phila miał zostać Finn. A to oznacza…
― Że był z nim pod klifem przez cały czas? – palnęła.
Black pokiwał głową, coraz bardziej nad czymś zadumany.
― Albo że widział zabójcę chociażby z daleka… nie sądzę, że ktoś zamordował Phila na oczach Finna, bo wtedy mielibyśmy dwóch trupów. Ale podejrzewam, że Finn wiedział najwięcej o całym zajściu, bo cały czas kręcił się gdzieś w pobliżu, a po fakcie przez długi czas tę sprawę i chyba dowiedział się, kto stoi za tym zabójstwem.
― Dlaczego więc nie zeznał, kto to był? – wydukała. – To znaczy… dlaczego nie pogrążył May?
Syriusz westchnął ciężko. Wyglądało na to, że sprawa dość dobrze przez niego opisana i wyjaśniona, ma jeszcze drugie, zupełnie niejasne dno.
― Właśnie o to chodzi, że zeznał. Na tej ostatniej rozprawie, ratując zarazem Jamesa. Na początku jego zeznania traktowano z przymrużeniem oka, obstawiono bowiem, że chciał on po prostu obronić swojego kuzyna, czyli Jamesa… rozumiesz. Tym bardziej, że jego oskarżenie zupełnie nie trzymało się kupy i materiału dowodowego. Osobiście nie wierzę, że powiedział przed sądem prawdę i również uważam, że namieszał, żeby kogoś uchronić. Ale ja bym się skłaniał do tego, ze Finn chronił albo kuzyna, którego naprawdę cenił – czyli Jesse’ego van Weerta – albo…
― Albo swojego brata – dokończyła Lily. – Syriuszu, najpierw mówisz, że James zabił jedną osobę, potem, że May zabiła drugą, a teraz rzucasz, że być może to nie była ona, tylko Dorian? Wiesz, że ja spotykałam się z tymi chłopakami?
― Najwyraźniej lubisz kryminalistów, Evans – powiedział swobodnie. – W każdym razie, James jest rozdarty jeśli chodzi o zabójcę Phila – podejrzewa albo May, albo też Doriana z tym, że May musiała świadkować tej zbrodni. Tę teorię wysnuł po tym, jak Dorian podpalił swoją matkę. Ja osobiście nie jestem co do tego taki pewny… myślę, że to była May, a jeśli nie ona,  to albo Jesse van Weert, albo któryś z braci-ćpunów – Kenny albo Elijah. Dorian nie miał zbytnio motywów.
― A rodzony brat Phila miał? – spytała retorycznie. – I uważam, ze to dosyć podejrzane, iż Dorian przedstawił mi nieprawdziwą wersję zdarzeń. Zdecydowanie nie pomaga to jego reputacji.
― No cóż, moja teoria nie jest idealna – przyznał Syriusz. – Uważam, że Finn nie kryłby nikogo innego. Gdybym to był ja, albo James, albo May, Mary, Skye, Serena… czy też Colette Angelo… wydałby nas z uśmiechem na ustach. Na pewno miałby opory przed pogrążeniem Doriana i Jesse’ego, co zaś tyczy się braci-ćpunów… to wiedział, że i tak idą wkrótce siedzieć, więc wolał nie pogarszać ich sytuacji.
Lily przymknęła na moment oczy. Przywołała w myślach sylwetki wszystkich wymienionych podejrzanych, zastanawiając się, kto jest jej „faworytem”. I chociaż Syriusz starał się wybić jej to z głowy, ona wciąż czuła pewien niepokój związany z osobą Doriana.
― Czekaj, czekaj… - uniosła do góry rękę. – Daj mi się zastanowić: Jamesa uniewinniono po tym, jak Finn wskazał zabójcę na jego ostatniej rozprawie i mówisz, że było to nieźle odjechane oskarżenie. Kto to był?
Syriusz pokręcił głową, na znak, że w ogóle nie ma sensu o tym opowiadać.
― Nie podał nazwiska. Opisał tylko gościa, którego spotkał w lesie, i powiedział, że otrzymywał pogróżki – podobne zresztą jak James – dlatego od razu nie wyznał prawdy. Sporządzono portret pamięciowy, Finn dostał darmową obstawę ze Szkoły Aurorstwa za ochroniarzy, a kilka tygodni później aresztowano osobę, która pasowała do tego portretu i która sama przyznała się do wysyłania pogróżek.
― Czyli kogo?
Następne słowa uderzyły w nią jak grom z jasnego nieba.
― Brata Deana, Tony’ego. Umieszczono go potem w jakimś zakładzie psychiatrycznym. Wiesz… to dosyć zastanawiające, że najpierw Dorian i James podpalają jego dom, a potem on zostaje oskarżony o zabójstwo Phila i o wysyłanie do nich pogróżek.
―Może James się domyślał? – spytała słabo. – Albo po prostu wiedział, że Dean miał brata i udało mu się dodać dwa do dwóch?
― Nie mam pojęcia – mruknął Syriusz. – Jest dużo rzeczy w tej historii, które przechodzą ludzkie zrozumienie i sugerują, że maczały w nich palce jakieś siły dla nas niepojęte. 

♫♫♫
Lily chyba zdołała przyzwyczaić się do niegodziwych postępków i dała wciągnąć do świata intryg i podstępów, bo kiedy wróciła wieczorem z powrotem do opustoszałego dormitorium, niemalże nie czuła wyrzutów sumienia, tak gryzących ją dnia poprzedniego. W prawdzie w ciągu ostatnich dwudziestu czterech godzin nie podpisała kolejnego cyrografu, nie sprzedała swojego chłopaka ani nie pozwoliła jemu znienawidzonemu kuzynowi się do siebie dobierać, ale poprawa jej zachowania była raczej minimalna – przecież zbratała się z byłą dziewczyną tego chłopaka, która kiedyś go molestowała i generalnie uosabiała zło na tym świecie, zepsuła mu randkę i namówiła jego najlepszego przyjaciela do zdradzenie kilku ezoterycznych sekretów.
Upadasz, Lily, pomyślała z przekąsem. W piekle już na ciebie czekają.
Przez chwilę pozwoliła pogrążyć się w wizji samej siebie w otchłani piekielnej, obrzucającej się kulami ognia z Mary, Jessiką i Dorianem.
Dobry Boże.
Oprócz niej w dormitorium nie było żywej duszy; zresztą, ostatnio cały czas pozostawało puste, a i sama Lily siedziała tu o wiele mniej niż zwykle. Kłótnie i nieporozumienia pomiędzy współlokatorkami, powrót Mary, dyskomfort skrępowanie z nim związane oraz nowe znajomości i zobowiązania towarzyskie, które porwały Emmelinę, Marlenę, Hestię i Dorcas, wszystko to po trochu doprowadziło do sytuacji, kiedy to wszystkie dziewczęta bawiły się gdzieś w zamku, a Lily została sama z kotem jako jedynym potencjalnym pocieszycielem w troskach.
Padła na swoje łóżko i pozwoliła kotu skoczyć na kolana. Kiedy właściwie wszyscy się tak od siebie oddalili? Wystarczy spojrzeć na Huncwotów – nie można przecież nazwać ich jakąś sektą, organizacją, która trzyma się zawsze razem, bo każdy z tych chłopców miał własne życie i własne sprawy prywatne, ale w jakiś sposób zupełnie nie koligowały one z ich wspólną więzią i przyjaźnią. Z kolei dziewczęta z dormitorium numer cztery trzymały się razem jedynie wtedy, kiedy wszystkie były singielkami i żadna nie miała dodatkowych problemów rodzinnych, prywatnych czy jeszcze innej materii. Ich przyjaźń mocna była tylko w dobrych chwilach… kiedy nadciągały chmury, wszystko się sypało.
— To dosyć przykre, no nie, Gladius? – podrapała kotka za uchem. – Właściwie nie mogę powiedzieć, żebym miała prawdziwego przyjaciela… wiesz, takiego jaki Syriusz jest dla Jamesa.
Zresztą, Jamesa zewsząd otaczali ludzie, tacy, którzy zbliżali się w miarę wszystkich jego osobistych porażek i tragedii. Huncowci… Mary… Skye… Nawet Dorian i Serena, swego czasu. Lily zawsze miała tylko Mary i Severusa – a teraz już nikogo.
Czuła się głupio, ale musiała przyznać, że dzisiejsze popołudnie – zakończone kompletną klapą, swoją drogą – było dla niej bardzo miłe. Nie chodziło tylko o to, że Jessica wyraźnie obraziła się na Jamesa (chociaż wyglądało na to, że cały czas są ze sobą… chyba), czy o to, że James nawrzeszczał na Mary (to dziwne, ale Lily prawie w ogóle to nie ubawiło), ale najbardziej o to, że po raz pierwszy od niemalże roku, mogła spędzić czas tylko z McDonaldówną, jak niegdyś. Zamówiły sobie naprawdę nieprzyzwoitą ilość ciasta, Evansówna postawiła im kilka drinków (ach, ta pełnoletność!) i straszliwie przeszkadzając Jamesowi i Jessice, przede wszystkim świetnie ubawiły się osobiście. Lily przez chwilę wydawało się, że dostrzega w swojej towarzyszce przebłyski dawnej Mary, która może i była przewrotna i czasami nieznośna, ale jednocześnie nie dało się przy niej nudzić.
Lily zachichotała, kiedy przypomniała sobie końcówkę całej misji, tuż przed tym, jak Jessica po prostu sobie poszła – obydwie dosiadły się do ich stolika i zaczęły rozwodzić się o wadach Jamesa, ku jego nieopisanej złości. Obydwie niesamowicie się rozkręciły – a szczególnie Mary, która ze stażem związku o wiele dłuższym niż dwa dni, miała więcej powodów do narzekania.
— Powiem ci coś o nim, Jess – powiedziała w pewnym momencie, łapiąc Jamesa za dłoń tak, jakby chciała przepowiedzieć mu przyszłość.  – James ma niemal tak małe ego, jak jego przyrodzenie.
Zresztą, Lily też nie pozostawiła na nim suchej nitki – obydwie nawijały jak urzeczone o jego humorkach, scenach zazdrości, napadach agresji i zbyt lepkich łapach, a potem o złych nawykach żywieniowych, kiepskich żartach i o tym, jak bardzo pseudonim Rogacz do niego pasuje.
To przypomniało Lily trochę stare, dobre czasy, kiedy ona i Mary żartowały z niego na potęgę. Prawdę mówiąc, przez cały wieczór udzielił jej się sentymentalny, melancholijny nastrój towarzyszący wspominaniu zamierzchłej przeszłości, w której najsmutniejszy był fakt, że udało jej się dzisiaj dostrzec w Mary ślady osoby, którą kiedyś była, ale którą już raczej nigdy nie zmieni się ponownie. Czas i doświadczenia wyrzeźbiły jej charakter dość ostro i bezlitośnie, i chociaż gdzieś w środku Mary drzemała słodka i wesoła osoba, i mimo że James dalej taką ją widział, jasne było, że czasy, kiedy na i Lily ufały sobie bezgraniczne i polegały jak na Zawiszy, po wielu trudnych wydarzeniach, już nie mogą powrócić.
Myśląc o tym wszystkim, sięgnęła do najniższej szuflady swojej szafki, gdzie chowała stare zdjęcia na właśnie takie, zimowe, sentymentalne wieczory. Oprócz mnóstwa fotografii z jej rodzinką w Alabamie, zdjęć z Severusem i z siostrą za dawnych czasów, i z Chase’em z lat dziecięcych, pewną część zdjęć odgrodziła od reszty i zabezpieczyła je gumką. Od wielu miesięcy do nich nie zerkała.
Zdjęcia z Mary zdołały już wyblaknąć, a chwile, które upamiętniały, odejść w zapomnienie, ale jedno z nich zachowało świeżość, blask i urok niemalże takie same jak w dniu, kiedy zostało zrobione. Poluzowała gumkę, wyciągnęła tę sztukę i włożyła ją do jednej z pustych ramek. Zdjęcie przedstawiało ją i Mary w Londynie w St. James’s Park (jakie to prorocze…) – obydwie leżały wśród kwiatów i plotły duże, solidne wianki. Ich śmiech zdawał się przenikać powietrze i rozjaśniać mrok panujący w dormitorium.
Nie miała pojęcia, jak długo siedziała na swoim łóżku, obsypana zdjęciami, z kotem na kolanach, bo wybudziła się z tego specyficznego transu dopiero, kiedy usłyszała pukanie w okno – jednak pukanie zupełnie nieprzypominające charakterystycznego drapania wiatru albo stukania sowy. Wstała jak oparzona. Intuicja od razu podpowiedziała jej, kto zaszczycił ją podobną wizytą.
- James?
Podbiegła do okna, i otworzyła je na oścież, natychmiastowo robiąc unik w dół, żeby chłopak mógł spokojnie wlecieć do jej dormitorium na miotle.
James wykonał manewr dosyć zgrabnie, zamykając jeszcze za sobą okno. Wylądował tuż przed Lily, która intuicyjnie zamknęła mocno oczy.
— O wiele lepiej jest lecieć tutaj z mojego nowego pokoju – powiedział nonszalancko. – Z szóstki musiałem przelatywać całą wieżę dookoła.
Evansówna rozchyliła nieśmiało oczy. James stał przed dokładnie taki, jakiego kochał go Hogwart – ubrany w sportowy strój, na miotle i z niemożliwie zmierzwionymi włosami. Poczuła, jak niewidzialne imadło ściska jej serce w znajomy sposób. Odchrząknęła, wyprostowała się i rzekła dosyć swobodnie:
— Mary nie ma. Zdaje się, że siedzi w skrzydle u twojej siostry.
James niezauważalnie skrzywił się na dźwięk jej imienia.
— Przyszedłem do ciebie… Larisso.
Lily poczuła, jak krew napływa jej do policzków. A jednak wiedział! Przejrzał ją, tak samo jak przejrzał Mary udającą Skye!
—Domyśliłeś się, kiedy powiedziałam Jessice, że lubisz odprowadzać dziewczyny ze sztucznymi cyckami na karuzele? – spytała. – Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać.
James pokręcił głową.
— Wiedziałem od razu… ale chciałem cię wkurzyć – przyznał bezwstydnie. – I naprawdę tak bardzo denerwuje cię, kiedy…
Pokręciła głową, tłumiąc uśmiech. Zdecydowanie wolała wygłaszać swoje żale, pretensje i uwagi anonimowo. Atmosfera zrobiła się teraz trochę ciężka, jakby James sam nie wiedział, co go tu sprowadzało. Oblizał nerwowo wargi, zmierzył badawczym spojrzeniem sprezentowanego przez siebie kota, a następnym, tym razem bardziej zdumionym – rozrzucone po kołdrze zdjęcia, szczególnie niepewnie odnotowując oprawioną w ramkę fotografię dwóch jego byłych, rudych dziewczyn w St. James’s Park. Lily poczerwieniała jeszcze bardziej.
— Więc… - zachęciła go do mówienia.
— Więc… — zamyślił się James. Po chwili otrząsnął się, zreflektował i sięgnął do swojej miotły. Dopiero teraz dziewczyna zauważyła przewieszoną przez jej rączkę torebkę tekturową, skrywającą w środku również tekturowe pudełko. Czyżby Gladius miał bliźniaka…?
— Przyniosłem ci buty – powiedział po prostu, wręczając jej torebkę, jakby to nie było nic takiego. Lily spojrzała na niego bez zrozumienia. — Nie pamiętasz już? Syriusz ci je pogryzł i… Chciałem ci je dać wczoraj, no wiesz, na naszej…
Na naszej randce. Chciał dać jej te buty, o które pokłócili się jeszcze przez Hogsmeade – zanim ten poszedł z Mary, a ona wyskoczyła z Dorianem. Lily przypomniała sobie, że wtedy oskarżyła go o sponsoring. Że ona kiedyś nie bała się rzucać tak śmiałych uwag…
— James, ja…
Uniósł otwartą dłoń, w tym samym geście co dzisiaj Syriusz – i równie skutecznie udało mu się ją uciszyć.
— Chciałbym, żebyś mi coś wyjaśniła, Lily.
O, nie, pomyślała. To pachnie rozmową o uczuciach.
Wciąż bowiem pamiętała o dość specyficznej umowie z Syriuszem – która chociaż nie została podpisana na żadnym cyrografie, chyba była równie obligująca – gdzie w zamian za prawdziwe informacje o Jamesie, ona miała go przeprosić i przestać ciągle zwodzić. Nie była pewna, czy dobrze odczytała jego intencje, ale mogła się założyć, że rezultat jakiejkolwiek rozmowy o romantycznych przeżyciach i emocjach, nie zadowoliłby Blacka, a wręcz jeszcze bardziej go rozdrażnił.
— Dlaczego – spytał cicho, tonem zupełnie pozbawionym emocji – najpierw mnie wystawiasz i oddajesz w cudze ręce – bo nie wiem, jak to inaczej ująć – a potem dajesz się wciągnąć Mary w zatruwaniu mi randki z tą samą dziewczyną? Przecież musiałem się z nią umówić – inaczej dostałabyś nieźle po głowie, przez tą cholerną umówkę.
Poczuła, że robi jej się sucho w gardle. Przecież musiałem się z nią umówić… przecież w innym razie dostałabyś nieźle po głowie…
Czy on próbował jej powiedzieć, że traktował tę randkę jako przykry obowiązek… że nie poszedłby na nią, gdyby nie obawiał się o Lily i jej prawdopodobny zew karmy, jeśli cyrograf nie zostałby dopełniony? Poczuła, jak słowa Mary z dzisiejszego popołudnia uderzają w nią niczym ostrza: nie zasługujesz na niego… nawet o niego nie dbasz… zraniłaś go o wiele bardziej niż ja kiedykolwiek…
Wbiła wzrok w trzymaną przez siebie torebkę z butami. Czuła się jak najokropniejsza osoba pod słońcem. Nie dość, że – jak wyrzucili jej Mary i Syriusz – zachowała się tak samo, jak wszystkie złe byłe dziewczyny Jamesa i w dodatku zraniła go chyba najbardziej z nich wszystkich razem wziętych, ośmieszyła, wykorzystała i okrutnie zwiodła, to jednak on cały czas… on cały czas się o nią troszczył. Tak samo jak pomimo tylu problemów nie przestawał zamartwiać się May i nigdy nie odwrócił się od Mary, dziewczyny, która zbłądziła do tego stopnia, że szantażowała go emocjonalnie.
Chyba po raz pierwszy w życiu szczerze pragnęła i w ogóle nie obawiała się wyznania swoich przemyśleń i uczuć. Chciała powiedzieć mu, że tak naprawdę nigdy nie chciała go wystawiać, że dała się zmanipulować i że straszliwie tego żałuje. Dodałaby, jak bardzo boi się, że go straci i że teraz, kiedy on ją opuścił, czuje się tak samotna i rozbita, jak nigdy w swoim życiu. Była nawet gotowa wyznać mu, jak bardzo go lubi… jak bardzo o niego dba w sensie romantycznym, ale… Ale gdyby to zrobiła, czułaby się jeszcze podlej.
Nie zasługuję na niego, pomyślała znowu. Nie mogę znowu go zranić, nie po tym co zrobiłam. To jeszcze nie czas.
Rozsądek przemawiał głosem tak mocnym i silnym, jak nigdy przez całe jej rezolutne i rozumne życie. Wiedziała już, że nie może znowu zrobić mu nadziei, skoro najwyraźniej nie jest gotowa na poważny związek. Kiedy jednak pomyślała o tym, że mają stać się sobie obcy, że już nie będą dłużej droczyć się, kłócić ani rozmawiać… obawiała się, że nie znajdzie w sobie tyle siły.
― Naprawdę cię lubię – powiedziała wreszcie, siląc się na spokojny ton głosu. – I nie chce się stracić. Wiem, że strasznie namieszałam, ale… ale nie chcę, żebyśmy byli sobie obojętni. Chciałam ci pokazać dzisiaj… że mi zależy. Że nie chciałam, abyś czuł się taki wykorzystany i… ― urwała, czując, że zrobiło jej się tak gorąco iż zaraz eksploduje. - Może moglibyśmy zostać przyjaciółmi?
Przez moment twarz Jamesa zmieniła się nie do poznania – z pokerowej, wypłukanej ze wszelkich emocji, przybrała wyraz zdumienia, potem czegoś na kształt gniewu i irytacji, a potem… dziwnej łagodności, spokoju i refleksji.  Już otwierał usta, żeby coś jej odpowiedzieć i ostatecznie rozwiać wszelkie wątpliwości, gdy nagle usłyszeli szczęk poruszonej klamki.

♫♫♫

James? Tak myślałam, że cię tu znajdę.
Lily cofnęła się ze zdumieniem, robiąc miejsce obok Jamesa dla Mary. Chociaż nigdy nie była najlepsza w odczytywaniu mowy ciała, odgadywaniu emocji po wyrazie oczu czy ruchach warg, tym razem od razu zrozumiała, że nie powinna przeszkadzać dawnej przyjaciółce, bo wyjątkowo ma ona do przekazania coś wyjątkowo poruszającego.
Przełknęła głośno ślinę, uśmiechnęła się krzywo w ich kierunku i już miała opuścić sypialnię, gdy nagle poczuła uścisk Mary na swoim ramieniu. Wysłała jej badawcze spojrzenie.
Zostań. Myślę, że też powinnaś, o tym usłyszeć.
Nerwowo zerknęła na Jamesa – skinął głową, jakby dając jej zgodę na odejście, ale ewidentnie zaniepokoił się po usłyszeniu z ust Mary słów tak niecodziennych. Wila oblizała wargi, ściągnęła z ramienia jedną ze swoich ekskluzywnych, skórzanych toreb z Mediolanu, uprzednio wyciągając z niej jakąś kartkę, i odrzuciła nią na swoje łóżko. Lily i James wymienili kolejne zdezorientowane spojrzenie, kiedy zauważyli, że oczy ich towarzyszki czerwienieją i wzbierają we łzy. Mary głośno pociągnęła nosem.
—  Dostałam właśnie wiadomość od matki – wydukała z trudem. – Byłam już u Doriana… myślę, że powinniście złożyć mu kondolencje.
— Co się stało? – zdumiał się James, zanim Lily zdołała wydukać z siebie choćby słowo. Mary pokręciła głową i podała mu wyciągnięty z torebki dokument. Evansówna poczuła, jak elektryzujący dreszcz przechodzi ją od słów do głów.
To był nekrolog.
— Zmarł ci kuzyn… - ciągnęła Mary, nie odrywając wzroku od szczerze wstrząśniętego Jamesa. -  Brat Doriana… no i nasz przyjaciel, dawny. Finn.
James bez słowa wcisnął nekrolog w dłonie Lily, a sam padł na jej łóżko, jakby nie mogąc utrzymać się na nogach.
FINN CHAMBERLAIN
ur. 22 czerwca 1954
zm. 2 lutego 1977

Lily zaklęła pod nosem. Jeszcze raz zerknęła na równie blade i przerażone twarze Jamesa i Mary. Dobrze wiedziała, że w tym przypadku chodziło o coś więcej niż zwykła przykrość z powodu odejścia bliskiej im osoby. Słowa Doriana z wczorajszego wieczora oraz Syriusza sprzed kilku godzin rozbrzmiewały jej w głowie niczym echo.
Biwak we Flers, pomyślała gorzko. Ktoś właśnie pozbył się jedynej osoby, która wiedziała, kim jest zabójca Phila van Weerta.
_______________



Rozmowa Syriusza i Lily - była, rozwalanie randki było, Jily było... rozmowa z Isaakiem była, z Jo była, z Mary też...
Chyba po raz pierwszy początkowa część jakiegoś rozdziału będzie bardziej obfita w akcje niż druga - bo jeśli tutaj bohaterowie coś działali, to w 28.2 będzie tylko gadanie i lamenty, no i będzie dużo Doriana, bo w końcu zmarł mu brat i no ten... nie możemy zupełnie go teraz olać. To chyba ostatnie tropy i teorie przed gradem rozwiązań, bo chociaż w 28.2 będzie fragment ze śledztwem Di, to ono już będzie zmierzało ku prawdzie.
Nie wiem, jakie macie zdanie na temat ostatnich wydarzeń i jakie są wasze typy morderców ;>. Piszcie o wszystkich swoich teoriach, a jeśli nie macie ich wyrobionych, to zapraszam do głosowania w ankiecie na ten tydzień, która ten temat również porusza.
Hmm... do tej pory mamy właściwie to trzy morderstwa (Calliope, Dean, Phil - sypnę, że każdy ma innego zabójcę), z czego dwa zostana rozwiązane w 29,  mamy kwestie pożaru Walkerów, pytanie gdzie jest Tony i gdzie jest Serena, no i kto jest ojcem jej dziecka, potem mamy też kwestie co wydarzyło się podczas pierwszej nocy szóstej klasy (Złudzenia i Konsekwencje witają ;>), no i standardowe, co-Mary-miała-na-Jamesa. Aha, w 29 poznamy także tożsamość kilku villainów, a w 28.2 też będzie ujawniony ktoś, kto jest zły. Bardzo zły. Heh. To całkiem dużo teorii, co?  i coraz
Swoją drogą, nie wiem, czy jestem jedyną osobą wybitnie zniesmaczoną ósmą częścią HP? Mam wrażenie, że wszyscy to strasznie przeżywają, a ja im więcej czytam opinii, tym bardziej jestem załamana. Harry-ojciec-do-dupy jakoś zupełnie nie pasuje mi do epilogu HPiIŚ, chociaż - okej - ma prawo być ojcem do chrzanu, biorąc pod uwagę jego własne doświadczenia dziecięce. Zupełnie przemilczę według mnie zupełnie durny wątek cofania się w czasie i ratowanie Cedrika Digorry'ego (czemu akurat jego? Hej, przez całe HP zmarło tyle postaci, że nie rozumiem, po co wskrzeszać pana Edwarda Cullena). Jedyny pozytywny aspekt wszystkiego to wątek Scorpiusa i Albusa jako kumpli - dość to ciekawe, nie powiem. Zresztą, cały szał na HP zaczął się niedawno od nowa coraz mniej mi się to podoba - trylogia na podstawie "Fantastycznych zwierząt... bla bla bla" jest niemal równie bez sensu jak robienie trylogii z "Hobbita" - chociaż nie - to jest nawet jeszcze bardziej bez sensu, bo przecież "Fantastyczne..." nie mają nawet fabuły. Ósmej części jako dramatu nie krytykuje, ale wydaje mi się, że od tego się zacznie, a skończy na pisaniu prequeli, sequeli i wszystko to będzie strasznie odgrzewane i niestrawne. Serio, HP powinno mieć siedem części, siedem świetnych, świętych części, a nie pierdylion pseudo-tomów-chłamów.
Szkoda mi chyba najbardziej wszystkich autorów ffów o Nowym Pokoleniu, którym teraz ktoś, kto nawet nie jest Rowling, jebnie to całe "Przeklęte Dziecko", zrobią z tego kanon i wszystko, na czym staliśmy tak dawno, zupełnie runie. Ja osobiście dostałabym chyba białej gorączki, gdyby ktoś w konsultacji z Rowling napisał sztukę o Huncwotach, równie tandetną jak ostatni MaraudersFanfilm, gdzie Lily byłaby ciemnoskóra (naprawdę nie jestem rasistką, ale nie powinni do tego stopnia naginać faktów i robić z Hermiony Mulatki czy kim ona tam jest teraz... i jeszcze te wszystkie bulwersy, że w książce nie było nigdzie wzmianki, że Hemriona jest biała, chociaż wzmianki były), a James ruszyłby w przyszłość uratować Cedrika Digorry'ego, żeby Harry nie musiał być Wybrańcem... nie, nie przeżyłabym tego.
Aghrrr... przepraszam za pisanie bez sensu, ale musiałam się gdzieś wyżyć z moimi frustracjami xD. Teraz jeszcze robią z nas idiotów w PLL, anulowali Teen Wolfa i VD (no dobra, to ostatnie to dobrze xD) i nowoczesna popkultura robi się po prostu zbyt mdła.
Dobrze, że są jeszcze ffy. Ffy zawsze się obronią, nawet jeśli autorzy nawalą. Przepraszam wszystkich, u któych zalegam z komentowaniem (jest was pewnie bardzo dużo, bo ja już nie pamietam, kiedy ostatnio cokolwiek komentowałam) - stałam się właśnie tym typem czytelnika, których nikt nie lubi - nabijam statystyki, burzę się, kiedy za długo nie ma nn, ale nawet nie pisnę o swoim istnieniu, bo wiem, że kiedy skomentuję, to to mi zajmie za dużo czasu. Ech.
Dobra, kończe już nawijanie, bo czuję, że robię się nieznośna z tym brzęczeniem i narzekaniem na wszystko. Piszcie o waszych osobistych odczuciach, co do HzTLa i Cursed Child, i wszystkiego innego, chętnie z kimś pomarudzę ;>.
xoxo
Ebigejl

18 komentarzy:

  1. No naaaaareszcie :P :D

    skomentuje później :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozdział (a raczej jego połowa) naprawdę ciekawy. Wracając do pre-końcówki: CHYBA ZABIJĘ LILKĘ! Fajnie, że zdała sobie sprawę jak bardzo zraniła Jamesa, ale mogłaby to przestać robić proponując mu przyjaźń(?!) i po prostu musi wszystko wyjaśnić? Gdyby tylko powiedziała mu to wszystko co przeszło przez tę jej rudą główkę... cóż, reakcja Jamesa byłaby zapewne inna. Dobra, koniec lamentu, bo pewnie musi jeszcze do tego dojrzeć. Zresztą tak samo James, nie powinien mieć przed nią żadnych tajemnic jeśli faktycznie chce z nią być (chociaż rozumiem, że ta sytuacja jest trochę bardziej skomplikowana - przysięga i te sprawy :P) Mam tylko nadzieję, że doczekamy się dłuuuugiej, pełnej emocji sceny, kiedy sobie wszystko wyjaśniają.
      Teraz kwestia tych wszystkich elfów i zabójstw. Mam wrażenie, że to się w jakiś sposób ze sobą łączy, jednakże nigdy nie byłam dobra w rozwiązywaniu kryminałów, dlatego to moja jedyna teoria. No i może wiara w to, że Rogaś nikogo nie zabił, tylko był w złym czasie w złym miejscu. Tak naprawdę to ciągle gubię się w tych zeznaniach, raz na jakiś czas coś ogarniając. Chyba z czystego lenistwa (lub braku smykałki do kryminałów - czy jak tam to nazwać) chcę poznać rozwiązanie tej sprawy. Chociaż przyznam, że teraz kiedy Finn nie żyje jest ciekawie.
      Szkoda mi Hestii, że została tak potraktowana. Mam nadzieję, że jakoś da sobie radę.
      I tak nie poruszyłam wszystkich kwestii, ale chyba już kończę. Czekam na kolejną część. Całuski! :*

      Usuń
  2. Przeczytałam.
    I moja reakcja: łoł...za dużo nowych informacji, na razie jedyne o czym się wypowiem to te... kombinacje z HP. O ile na Fantastyczne... bardzo się cieszę, bo to nowa, niejako nie związana z kanonem HP, ale dziejąca się w tym samym ukochanym przeze mnie magicznym świecie to 8 części HP znieść nie mogę i muszę przyznać, że powinno się to zostawić w 7 tomowym świętym kanonie, a nie tworzyć takie tragedie (bo cudem tego nazwać nie można) natury.
    Dzięki za rozdział i pozdrawiam.
    /Q

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już myślałam że tylko ja tak sie wkurzam na tą 8 część! Nowe pokolenie nigdy mnie jakoś specjalnie nie pociagalo, ale przyznam że czasami lubię poczytać kilka ffow... i Cursed Child przypomina mi taki fanfick ale wybitnie słaby. Nie dość że niejako zaprzecza wszystkiemu co do tej pory było w HP (podróże w czasie to temat licznych spekulacji ale mi osobiście cofanie się o kilka lat wydawało się po prostu absurdalne. Po pierwsze, gdyby taka opcja w ogóle w świecie magii istniała (co innego kilka godzin jak w 3 części a co innego kilkanaście lat, gosh) to przecież każdy w miarę rozgarniety cofalby się i ratował swoje ciotki babki dzieci i teściowe. Nikt mi nie wmówi że po raz pierwszy na taki pomysł wpadł dzieciak z Hogwartu. Po drugie, dlaczego Cedric ? Ogólnie cały ten kult Cedrika jest dla mnie niepojęty - szczególnie ważna postacią to on nie był, dlatego roztrzesanie jego śmierci i robienie z niego wielkiego kumpla Harry'ego zawsze mnie kłuło. Jak już kogoś ratuje to niech swoich dziadków uratuje albo Syriusza kurde a nie jakiegoś Cedrika.
      Fantastyczne mają ten jeden plus że są zupełnie niezwiązane z akcją i postaciami z HP i przez to są bardziej do przelkniecia. Ale wolałabym gdyby nie zapozyczali tego tytułu bo to z rowlingowymi FZiJJO nie ma za wiele wspólnego.
      Ech... rozgadałam się xD.wybacz błędy ale na telefonie pisałam :*
      xoxo
      Abi

      Usuń
    2. Hej Abi! Mam tutaj par 1 moich teorii i rozważań. Jak poukładam sobie następny part/party to wrócę z kolejnym komentarzem/komentarzami.
      Okej śmierć Phila, biwak. Z jego śmiercią powiązana jest dwójka/trójka osób. Pierwszą jest: ojciec dziecka Sereny (kryterium wymagane krew van Wrettów) moi podejrzani: Jesse oraz Finn, drugą jest Tony Walker, trzecią ewentualnie jeśli ojcem dziecka jest Jesse jest Finn.
      Tony pojawił się na biwaku. Mamy pewne poszlaki:
      1) May która "widziała" Deana. Nie mogła widzieć swojego chłopaka, ponieważ był on już martwy. Mogła za to widzieć jego brata Tony'ego i z powodu ich podobieństwa oraz swojego szaleństwa pomyliła ich.
      2) Kenny i Elijah widzieli go.
      3) Finn zeznał, że to on zabił Phila. Nie sądzę żeby kłamał. Jestem pewna, że widział Tony'ego na biwaku.
      Albo więc Tony zabił Phila, a Finn z powodu pogróżek, lub co bardziej prawdopodobne jakiegoś powiązania ze śmiercią kuzyna na początku ukrywał ten fakt, a potem gdy na jaw wyszły jakieś nieznane mu do tej pory fakty (np. jak jego inny kuzyn i przyjaciel - Jesse będący ojcem dziecka Sereny lub coś tam innego) postanowił powiedzieć chociaż część prawdy. Albo też Tony jedynie był na pikniku możliwe, że w celu spotkania ze swoim "szpiegiem" Bree Angelo, rówież tam obecnej. A Finn wiedzący co nieco o śmierci Phila postanowił go oskarżyć. Potem z zemsty Tony zabił Finna.
      Mój typowany zabójca Phila: Tony.
      Na razie tylko tyle po znowu mam jakiś mętlik w głowie i musze to sobie poukładąć.
      /Q

      Usuń
    3. Teraz przemyślenia w kwestii Mary - James oraz zabójstwo Deana.
      Myślę tak: James dowiedział się od Mary gdzie jest May (Mary znała przecież spadochroniarzy) i udał się tam, Mary (której po tym rozdziale strasznie mi szkoda i nawet o zgrozo chyba ją polubiłam) poszła za nim/z nim. Gdy dotarli na miejsce James był wściekły. Coś zaszło. Zabójcą którego typuję jest Mary (która zrobiła to dla Jamesa) lub ktoś kogo ona bardzo dobrze zna (kto zrobił to dla niej). Po tym wydarzeniu James miał wyrzuty sumienia i zawdzięczał coś Mary. I stąd wieczysta przysięga. Bo reszta świadków nic nie pamiętała (Jo, Issac itd.) lub zwariowała (May). Jeszcze gdzieś w tym wszystkim był Dorian. Jego udział był jednak niewielki i nie wiedział on za dużo.

      Usuń
    4. Zabójstwo Dean'a. Hmmm... Na razie typuję wypadek z udziałem James'a, May i Mary w roli głównej.

      Usuń
  3. Kuuurcze, mam chyba trochę miazgę z mózgu... W wakacje ma o wiele gorszą wydolność niż w roku szkolnym i najwyraźniej nie podołał do końca ilości rewelacji w tym rozdziale. Ale nie zrozum mnie źle - baaardzo mi się podobał. Uważam wręcz, że to jeden z lepszych w tej części (aaaach, to Jily... Kurcze no, aż mi nogi zmiękły, dobrze że siedziałam), bo cały czas coś się działo a dramy się sypały jak z rękawa. No i ta scena Syriusza i Lily - idealna, uwielbiam ich duet, a to chyba pierwszy raz, gdy przeprowadzili ze sobą pokojową rozmowę, niemal bez obrażania siebie nawzajem i w dodatku taką, która faktycznie wnosiła coś mega ważnego dla historii, a nie tylko miłą rozrywkę. Bardzo czekam na ocieplenie się ich relacji i mam nadzieję, że jeszcze za czasów tego opka będzie między nimi tak dobrze, żeby Syriusz, wypowiadając się o niej przy Harrym w kanonie, miał rzeczywiste powody, by tak mówić. Ich domniemana przyjaźń mnie tak kręci, że nie masz pojęcia.
    I jestem team #Chestiaforever, prawie jak #Halebforever, chociaż to teraz takie zagmatwane... Ech, no muszę ponarzekać tu trochę na PLL, bo nie mam z kim tego robić, a już sama nie wiem, co o tym sezonie myśleć... Z jednej strony obiecują nam wielkie wyjawianie luk z poprzednich sezonów, a z drugiej strony oprócz tego, kogo ukrywała Jessica nie wiemy nic. A że ja jeszcze wciąż mam tę nędzną nadzieję, że wszystko się zmieni, dowiemy się niesamowicie szokujących, ale jednocześnie mających sens rewelacji, to coraz bardziej boję się oglądać kolejne odcinki, żeby się nie zawieść. Podejrzewam jednak, że aż do 7x20 będę niemal przez łzy zapewniać samą siebie, że na końcu wszystko będzie miało sens i nie okaże się fiaskiem... Noale, dość o PLL, bo to temat rzeka i ja mogę serio mówić i mówić, tak mieszane mam uczucia. Z każdej strony ten temat ugryzę, wiec gdybyś Abby miała ochotę o tym pogawędzić, to ja zawsze pociągnę temat.
    W kolejnym komentarzu może pociągnę moją teorię co do tych wszystkich morderstw, bo się boję, że mi tu miejsca nie starczy.
    Nelcia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, lecimy z morderstwami, chociaż muszę sobie też tutaj zapisać, że mam potem się zająć tą moją Chestią, bo PLL zepchnęło mi myśli na zupełnie inny tor.
      A zatem.
      Nie zagłosuję chyba w ankiecie. Albo zagłosuję, ale jak się wczytam porządnie w nią i zastanowię. Bo z moich pobieżnych oględzin ankiety, mam nieco inne zdanie o tych krwawych jatkach.
      Otóż po pierwsze - nie uważam, żeby Mary stała za jakimkolwiek mordem. Jest wystarczająco zła, choć ostatnio zaczęła się robić jakaś taka... z n o ś n a. No, w każdym razie ona średnio mi pasuje. Zresztą - czy prasie umknęłoby kolejna próba tuszowania mrocznych spraw rodzinnych przez pana McDonalda?
      Nie uważam też, żeby May zabiła Deana lub Phila. Ale tego nie jestem pewna, bo czy można być czegokolwiek pewnym gdy ma się do czynienia z niestabilną psychicznie nastolatką?
      Ale tu zganiam się trochę w kozi róg. Ale to wina mojego zaślepienia Jamesem. Nie wierzę po prostu, by zabił kogokolwiek, nawet jeśli jest do tego zdolny. Kto zatem zabił Deana? Ha, nie mam pojęcia. Średni ze mnie detektyw. Ale może Bree? Bez większego powodu, po prostu cały czas ktoś coś o niej wspomina. No dobra, nie ma co ukrywać - nie wiem. Czekam na Furię, żeby się dowiedzieć. Bo to tam bedzie, prawda?
      Okej, przejdźmy zatem do tego kretyna Phila. Nie uważam, żeby zabiła go May - jak już wspomniałam, po prostu mi to nie pasuje. James też nie, bo go uwielbiam. I w sumie tutaj znowu nie mam za bardzo pomysłu, ale sobie postrzelam, a co mi tam.
      A zatem, pif paf - Dorian. Tak bardzo chciałabym, żeby to był Dorian! Ileż problemów by to rozwiązało :') Ale też nie wiem, czy jest on takim agregatem, by kogoś mordować bez powodu. A nie, wróć, podpalił własną matkę, to może jednak?
      Uważam też, że mogło być tak, że Phil zabił Deana, co może nie ma najmniejszego sensu, bo nie jestem pewna, czy się w ogóle znali, ale śmierć Phila mogłaby wtedy być zemstą za Deana. To oznacza, że kretyna mógł ciapnąć ktoś z mrocznego #sabatsquad. Gdyby był to Tony, miałoby to wiele sensu, w końcu May darła się, że widziała Deana, może bracia byli podobni. I chyba tak zagłosuję w tej ankiecie, chociaż szczerze mówiąc, jestem za jeszcze jedną opcją.
      Ktoś z ekipy Argenta - to by było dość niespodziewane, a jakie dobre! Chociaż wciąż nie tak dobre, jak Dean morderca.
      Trochę tutaj poleciałam z teoriami, jak widzisz, ale lubię być detektywem, choć nie umiem zupełnie.
      I miałam coś do Chestii dodać, to dodam tylko, że będę za nimi do samego końca, nawet jeśli biedny Chase okaże się Tym Złym. Co, nawiasem mówiąc, złamie mi poważnie serce, więc jeśli to właśnie to planujesz, to lepiej zmień plany, bo Ci wyślę rachunek za leczenie.
      O, a co do tego, kto moim zdaniem jest Tym Złym - jestem za Skye, bo taka poczciwa z niej dziewczyna, że aż za. I za Dorianem, ale on moim zdaniem już teraz jest zły.
      Dobra, kończę to i idę zjeść oreo, bo już nie mogę dłużej myśleć. Co prawda nie będę musiała w najbliższym czasie, bo w środę rano PLL, a tam, jak wspomniałaś, robią z nas idiotów. Ech. Pewnie mnie to znowu rozstroi emocjonalnie, no ja przysięgam, niech ta katorga się skończy w końcu, bo mnie to denerwuje wszystko.
      I błagam, napraw Jily. Nawet nie jako parę. Niech ze sobą kręcą znowu, to mnie zawsze przy życiu trzyma. Kiedy James się robi taki bezuczuciowy, to aż mi się oddycha trudniej.
      Nelcia

      Usuń
  4. Hej,
    po 1 rozdział boski,
    po 2 zajmuję miejsce, bo muszę to sobie przemyśleć,
    po 3 to jeden z rozdziałów, których nie mogłam się doczekać po przeczytaniu opisu,
    po 4 dedykacja dla MNIE, przez którą prawie zakrztusiłam się herbatą. To idę to przemyśleć i zrobić sobie kakao.
    ~P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tradycyjnie trzeba się przywitać, więc cześć.
      Co do dedykacji to... Bardzo dziękuję i się przeogromnie cieszę ;* Ale czy zasługuje? Po prostu w pewnym momencie mnie przywiało i kiedy się ujawniła to zaczęłam cię zasypywac milionem komentarzy. Może to motywuje, ale jestem ogromnie zaskoczona.
      Nick McDonald i już wiadomo, że Mary nie podmieniono w szpitalu xD Widocznie talent do intryg jest rodzinny. Nie spodziewałam się, że Shelby będzie się tak troszczyć o Isaaca, myślałam, że żyje bardziej tym elfickim światem. O co chodzi Kenny'iemu?
      Chemmelina <33 To słodkie, że Chase tak się troszczy, może jako przyjaciel, ale jednak. Co chce Di?
      Wiedziałam, że to Hestia będzie pisac pamiętnik. Hestia i Syriusz ta rozmowa ... Nie da się tego opisać. Hahaha :D
      Po co James się tak łasił do Jessici albo ona do niego :/ Sądziłam, na początku że Mary wykiwa Lily.
      Na początku myślałam, że to Isaac przywitał się z Lily, później że James je śledził, a przy Petunii coś mi to zaczęło smierdziec.
      Jak mogłaś skończyć w tym momencie?! Miałam takie JACHCIECCZYTACDALEJ i nie mogłam się skupić.
      Mam nadzieję, że Frank i Alice pomogą Marlenie, a nie odeślą ja z kwitkiem, bo nie jest im potrzebna i mogą odprawiać te swoje miłostki.
      Fakt nie pomyślałam o Luthien... Czemu Jo jej tak nie lubi? Hmm... Drugi patronat "należy" do Fenira Greybacka?! Wow.
      A mnie zastanawia czemu James (który jak to powiedział Syriusz wtargnął na sabat Spadochroniarzy i widział całą naszą bandę, zakładam, że on wszystko/coś pamięta z tej nocy), Mary ( zna naszą bandę, przyjaznila się z nimi), ktoś inny nie zainteresuje się tym, że Lily zadaje się z Jo.
      Myślałam, że Jayden zachowa się jak rasowy Gryfon i przyjmie to na klatę a tu co?! Mam nadzieję, że się zrehabilituje, a jeśli nie to mam odpowiedź na moje pytanie z karty Hestii (dlaczego Clarisse ma jej nazwisko). Biedna Hestia..
      Ludzkie oblicze Mary i nie mam wyrzutów sumienia, że ją lubię, ale tak jak Lily nie spodziewałam się tego.
      W tym rozdziale każdemu z małą pomocą alkoholu tak szybko rozwiązuje się język. Ale pytanie dlaczego Syriusz przyszedł na lekcję z Lily w takim stanie? Mam dwie teorie... Zapomniał o Lily kompletnie i zapijał smutki albo chciał sobie dodać odwagi żeby z nią pogadać. Kiedy Severus i Jo wezmą się za swoje lekcje?
      Zaskoczylaś mnie tą sceną, ale i tak stwierdzam, że to było słodkie... Jakim cudem on dalej pamiętał o tych butach?
      Ta śmierć zdecydowanie utrudni sprawę.
      Mój kapryśny telefon oraz niechcacy wspolpracowac mózg przepraszają za błędy i brak logiki. Czas mnie goni, więc żegnam się i życzę weny:
      ~ U.P.Z.K.C.N

      Usuń
    2. Jeszcze szybko napiszę jedną rzecz... Moim zdaniem ten łańcuszek ma związek z matką Hestii.
      ,, Kim była matka Hestii? Dziewczyna wiedziała o niej tylko tyle, że jej inicjały to E.P, bo właśnie takie wygrawerowano na należącym do niej łańcuszku. Ciotka Cassiopeia opowiadała, że owa kobieta zostawiła ją w ostatnią noc lata na schodach willi Blacków, bez żadnego listu czy choćby wytłumaczenia, ale właśnie z tym łańcuszkiem, jakby wszystko wyjaśniał. Jakby, bo Sam panicz Black nie był do końca pewny, kim jest E.P, więc tożsamość, a nawet statut krwi kobiety być może na zawsze pozostanie zagadką."
      Jak pisało w karcie postaci Jones to jej inicjały to E.P. i takie były na tamtym łańcuszku. Ale jak ktoś zauważył Elieen Prince, matka Severusa ma takie same inicjały, czy mozliwe ze ona jest tak samo matka Hestii?!

      Usuń
    3. Co do koma wyżej to nie jest to prawdopodobne, bo sprawdziłam daty urodzenia.
      Co do HP i Crused Child to jak już wspominałam nie jestem pewna, czy to jest na poziomie HP. No raczej nie... Ale mnie zirytowała postać Delphini (?), którą znalazłam szperajac na hp wiki. Ona to szczególnie wieje kiepskim ff. A co do jakiś teori to nie mam żadnych... Może coś wymyślę po 28.2, ale teraz to już na serio się zamykam.

      Usuń
  5. Hejo, hejo xd Nie spałam przez ciebie, wiesz?? Kiedy zobaczyłam, że dodałaś rozdział to było już późno, ale ja i tak czytałam do jakieś 2 w nocy. Tak więc - masz mnie na sumieniu, Abby.
    Rozdział był cudowny!! Dawno nie czytałam czegoś tak pięknego i lekkiego. A teraz - jak juz emocje opadły - czas na moje mini podsumowanie:
    1. Emmelina&Chase, czyli DLACZEGO ONI, DO CHOLERA, NIE SA RAZEM?!? Hestia jest mi obojętna - ma dziecko i niech skupi się na nim - nie na Reaganie, który jest tylko i wyłącznie Emmy.
    2. SYRIUSZ PRZEJMUJE SIĘ DORCAS! Wygryw życia, kurde! Czyli mam rozumieć, że mu na niej zależy?Ewentualnie jest wściekły i myśli, że Emma napoiła Dori specjalnie, żeby zrobić mu na złość. Ale i tak wolę pierwsza alternatywę.
    3. Hestia i żałosny ojciec JEJ córki. Co z niego za dupek! Jaki rodzic proponuje, żeby oddać SWOJE dziecko obcej rodzinie?! To mi się w głowie nie mieści. To jet takie bezczelne, że masakra! Dobrze, że Hestia się nie dała i się nie zgodziła!
    4. Issac jest coraz bardziej tajemniczy i emanuje taką dziwną energią, która sprawia, że chce się chłopaka poznać bliżej. Szkoda tylko, że Lily nie pojedzie na rozprawę, bo to mogłoby być bardzo ciekawe. Ej, a ja chyba wiem co to za skrót : E.P; 29; Sely Daum. Londyn E.P to Eileen Prince, matka Severusa. Dobrze myślę?
    5. Bardzo podobał mi się moment Mary i Lily. Był bardzo smutny i szczery. Po raz pierwszy, chyba, zrobiło mi się zal M.M. Nie jest fajnie być w cieniu przyjaciółki. Rozumiem ją i jest mi jej szkoda.
    6. A skoro o Mary mowa... To zastanawia mnie jedno: jak poradzi sobie teraz, po sprawie z jej ojcem. Prawda jest taka, że większość osób zadawała się z nią tylko dlatego, że jej ojciec zawsze mógł im pomóc, a teraz dupa. Pewnie straci cześć swoich przyjaciół. Ogólnie to mam nadzieje, ze M$L się pogodzą i będą się tolerować. Nie przyjaźnić, bo to nie jest możliwie, ale chociaż rozmawiać bez żadnej nienawiści.
    7. Smutne jest to, że przyjaciółki z dormitorium 4 (nie pomyliłam się??) są dla siebie prawdziwymi przyjaciółkami tylko wtedy, gdy jest dobrze. Gdy nadchodzą ciemne chmury, to tak naprawdę mają siebie nawzajem w dupie. Proszę - napisz jakas ich wspólna scenę.
    8. Pijany Syriusz, czyli jak zdradzić tajemnice swojego NAJLEPSZEGO przyjaciela. Głupio trochę zrobił, ale był pijany i w sumie mogę mu wybaczyć. XD Sądzę, że to nie możliwe, aby James byl zabójca, ale wydaje mi się, że on wie albo się domyśla. Tak samo z May. Ogólnie to trochę się pogubiłam w tych całych morderstwach!
    9. LILY ODRZUCIŁA JAMESA!!! NIE, NIE, NIE!!! KURWA, TO BARDZO ŹLE, ABBY, BARDZO. JESTEM TAK WKURZONA, ŻE ZARAZ BĘDĘ POD TWOIM DOMEM I COŚ CI NORMALNIE ZROBIĘ. Żart. Ale jestem bardzo zirytowana, tak ci powiem. Lily nic nie robi tylko bawi się uczuciami Jamesa. Nie fajnie.
    10. ZABÓJSTWO! Szkoda tylko, że zmarł Finn, mimo wszystko szkoda mi Doriana. Zastanawiam się kto będzie następny? Ale nic chyba nie wymyśle.
    11. Ciebie tez irytuje pll? Witaj w grupie!
    12. Przepraszam, że komentarz jest tak chaotyczny, ale zaraz jadę z przyjaciółką na rolki (mimo okropnej pogody) i chciałam zdążyć. Ale jebać! I tak jestem juz spóźniona (to mój znak firmowy - mowię ci, Abby! Ja poprostu nie potrafię pojawić się gdziekolwiek na czas!).
    Ogólnie to pozdrawiam. Jak ci mijają wakacje? 😀 Tez masz taką zjebaną pogodę?
    W.

    OdpowiedzUsuń
  6. Siedzę sobie i słucham My Chemical Romance (<3) albo coverów "Carry on my wayward son". Tak tylko informuję xD Z chęcią ponarzekam na Rowling za to, że pozwoliła na tę okropną okropność, czyli "Przeklęte dziecko", na autorkę za to, że to napisała i chyba w ramach buntu nawet tego nie przeczytam. No bo co to jest? Rowling łamie jedną obietnicę za drugą: Potter miał być książką, a nie e-bookiem. To miał być koniec Harry'ego, a tu proszę. Sądzę, że to będzie albo klapa, albo niesłuszna popularność książki (albo raczej fanficka). Podróże w czasie? Najbanalniejszy wątek nie tylko w fanfickach, ale też trochę naciągany moim zdaniem. Moja opinia opiera się tylko na recenzjach z internetu, więc co ja tam wiem xD
    Co do rozdziału...
    Robi się gorąca. Finn zginął, ale nie sądzę, żeby zabrał tajemnicę morderstwa Phila do grobu, bo po co byłby ten wątek, prawda? xD Po prostu widać, że ktoś bardzo stara się zatrzeć ślady.
    Normalnie prawie łażę po ścianach, żeby dowiedzieć, kto ich wszystkich zamordował (główny powód: jestem leniem i nie chce mi się myśleć xD trochę chamsko, bo tak się namęczyłaś nad tymi wątkami ;-; dobra, pomyślę...). To nie jest ta sama osoba. Zapewne wszystkie mają motyw. Naprawdę muszę się na poważnie nad tym zastanowić, bo po łebkach nic nie zdziałam, choć zazwyczaj nie muszę się wysilać. Okej, myśl, myśl, myśl... Nie wiem... Dean? Dorian? Jesse? James? May? No idea. Musisz mi wybaczyć, ale mój przeciętny mózg ma dość. Zdam się na element zaskoczenia w finale tej części albo po prostu poczekam na chwilę inteligencji.
    Wiedziałam! Po prostu wiedziałam, że Mary wcale nie jest taka zła! Po prostu źle się do tego wszystkiego (w sensie życia) zabiera.
    Dobrze, że Syriusz nie złożył Przysięgi, bo to jego nekrolog byłby w Proroku codziennym.
    No i Kenny McDonald.
    Oj, naprawdę robi się gorąco.
    Tak btw, to znowu ja Victorie, ale naprawdę przeżywam kryzys nicków xD
    Wybacz ten krótki komentarz, ale naprawdę nie mam głowy do myślenia teraz...
    Czekam na więcej xD

    OdpowiedzUsuń
  7. Zawsze chciałam skomentować, ale dopiero ten rodział skłonił mnie do przezwyciężenia mojej cholerycznej nieśmoałości, ponieważ:
    a) rodział jest cudowny
    b) zawsze chciałam skomentować
    c) pomyliłam się w ankiecie I zagłosowałam na Doriana :\
    Musisz być mistrzem zbrodni, ponieważ mój mózg przegrzał się przytoczony informacjami,które zostały zaserwowane w tym rozdziale.
    Skłaniam się ku wersji Syriusza. James killuje Deana, May morduje Phila. To wyjście jest jak dla mnie idealne. Ale z drugiej strony, James nie byłby zdolny do popełnienia morderstwa, a nawet jeśli by był to sądzę, że Lily nie chciała mieć za ojca dzieciom mordercy, chyba, że jest hybriostofilką. Więc ta teoria jest możliwa, ale nie stawiam na 100%. Może to May zabiła obu?
    Jesse'ego obstawiałam jako zabójcę Calliope, ale teraz moim kandydatem jest też Alec Mason, swoją drogą biedna Marley.
    Mary nie miała motywu, tak przynajmniej mi się wydaje.
    Serena jako morderczyni Phila, zbyt banalne.
    Doriana wzięłam, pod uwagę, ponieważ pomylłam się w ankiecie. A jeśli zrządzenie losu kazało mi tak zagłosować?
    Tony, jako morderca Phila? Odrzucam tą teorię przez sympatię do pana Beznazwiska.
    Teorię o Mary oddalam z tych samych powodów co wyżej.
    Syriusz, Skye albo ktoś trzeci. Z chęcią w roli oprawcy zobaczyłabym Skye. Bree, zbyt jej nie lubią, nie może zrobić czegoś tak ważnego. Nope.
    Nie sądzę żeby Argent mógłby być mordercą, ani też Berta, czy ktoś tam inny. BTW Berta była tą żoną Liama, czy mi się pokiełbasiło.
    Przepraszam, że napisałam i zmarnowałaś choć chwilę czasu na moje denne teorię.
    PS. Twój blog dał mi powód do odliczania dni do września. Nie mogę się doczekać Furii!

    OdpowiedzUsuń
  8. No dobra, obowiązki wzywają, komentarz trzeba napisać, więc oto ja! UWAGA! Jak zwykle nie odpowiadam za chaotyczność i długość komentarza (jaka by nie była)!
    1. Chase jest uroczy <3 Nie ważne, z kim ma scenę, i tak jest super. Chociaż Emmelina jest jedną z tych postaci, przy których nie wiem, czy je lubię, czy jest na odwrót (na pewno jest osobistością bardzo ciekawą, fascynującą, ale przy tym momentami jest bardzo irytująca, więc trudno mi się zdecydować czy może ją lubić, czy raczej rozszarpać), to jej sceny z nim bardzo mi się podobają.
    2. Diana. Ta laska wydaje mi się podejrzana. Dosyć oczywsite jest, że odgrywa znaczącą rolę w tym wszystkim, pytanie tylko, jaką dokładnie. Nie chcę niczego zakładać, bo jak znam życie to i tak nas wszystkich zaskoczysz, wyskoczysz z czymś WOW, krzycząc "SUPRAJS BICZYS" (ogarnij się, Ar. Natentychmiast).
    Jeszcze co do Emmeliny, Di i całej tej rodzinki - nieźle to wszystko pieprznięte. Żal mi Emmy, że wychowywała się w takiej rodzinie - matka, która jej nie kochała tylko dlatego, że nie była wieszakiem, Di, która na pewno dobrą siostrą nie była i ojciec, który zerwał z nimi kontakt... Smutne no!
    3. Hestia! Ją lubię, bardzo. Jest wyjątkowa, z lekka dziwna. Na pewno to postać, która zapada w pamięć. Jej podejście do tego wszystkiego jest jedyne w swoim rodzaju. Ale Jaydena i jego rodzinkę bym chętnie ukatrupiła. Zamiast z nią porozmawiać to wyskakują z oddawaniem dziecka. No tak się nie robi!
    Jej scena z Syriuszem była cudowna ♥ Blacka kocham zawsze i wszędzie, uwielbiam jego postać nie tylko w HzTLu, ale ogólnie - jest moim ulubionym bohaterem. Tyle go w życiu spotkało, jest postacią z niesamowitym potencjałem, który Ty bardzo dobrze wykorzystujesz.
    Mam wrażenie, że młody Black wie "coś" o wszystkich tajemnicach, ale co tu się dziwić, skoro jest jedną z osób, które znajdują się najbliżej centrum zdarzeń. Na pewno odgrywa kluczową rolę, tutaj nie ma nawet możliwości, żeby było inaczej. Kurde, mam wrażenie, że tutaj nie ma postaci, która jest tylko po to, żeby robić za "tło". Nieee, to by było nie w twoim stylu. (Chyba trochę zeszłam z tematu. Mówiłam coś o chaotyczności?)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 4. Sytuacja Jily trochę mnie irytuje. Oboje zjebali, Lily bardziej, więc mam ochotę ich rozszarpać, chociaż mam wrażenie, że po tym rozdziale ich sytuacja chociaż trochę się poprawi ("zostańmy przyjaciółmi". Pffff).
      Chociaż Mary nie lubię, to trochę mi jej żal (a kogo mi nie żal? WSZYSTKICH RAZEM Z ROWLING POKRZYWDZIŁYŚCIE!). Ale tylko trochę. I tak jej nienawidzę. Może trochę pomogła, a wyobrażenie sobie jej z Lily, siedzących przy stoliku Jamesa i tej kurwy, której imienia nie pamiętam, i gadających, jaki to Potter nie jest beznadziejny... Bosko :') Ogólnie ten wątek z koalicją Evans-McDonald był bardzo przyjemny do czytania.
      5. Wątek Jo, Isaaka, Patronatu, elfów etc. - jeden z moich ulubionych. Nie mogę się doczekać, aż wszystko się wyjaśni, mam nadzieję, że na korzyść Isaaca. Lubię gościa, nic nie poradzę. Lubię też Jo, chociaż początkowo nie pałałam do niej wielką sympatią, to ostatnio zdążyłam ją bardzo polubić.
      Luthien... wydaje się być fajną postacią, ale czy dobrym charakterem? To się okaże (pewnie nie ważne, co założę, ty i tak mnie zaskoczysz i wyjdzie na coś zupełnie innego, dlatego, tak jak nigdzie, nie mam zamiaru niczego brać za pewnik, a jeśli coś już wzięłam, to się z tego wycofuję. Zrozumiałaś cokolwiek z tej paplaniny? xD)
      6. Frank, Alicja i Marley. Nie mogę się doczekać finału ich historii, szczególnie Marleny. No, Ali i Frank nieźle ją urządzili, nie ma co. Właśnie, co do Marley. Ostatnio jakoś mało jej tu, co? Mam nadzieję, że niebawem znowu się pojawi, w końcu to od niej się wszystko zaczęło, nie?
      6. Wersja zdażeń Syriusza wydaje mi się bardzo prawdopodobna, ale po raz kolejny - nie chcę nic przyjmować za pewnik. Tak blisko finału... Pewnie wszyscy mają jakieś teorie, podejrzenia etc. etc., a ja tymczasem stwierdzam, że będzie lepiej, jeśli nie będę miała żadnych. Logiczne, nie? :P
      No, to chyba wszystko. Pewnie połowy rzeczy zapomniałam, ale trudno. Pozdrawiam cieplutko,
      Ar.

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X