3 lipca 2015

21.1. Przyjaciele i Wrogowie

Poprzednio
Lily i James zawierają układ. Jeśli dziewczyna pocałuje Rogacza, będzie musiała przestać widywać się z Dorianem Chamberlainem, swoim byłym chłopakiem, który obecnie ratuje ja przed oblaniem transmutacji. Jeśli zaś sytuacja będzie odwrotna – James zdradzi jej sekret swojego związku z Mary i przyczyny antypatii względem Doriana. Syriusz zamyka ich w cieplarni i zmusza do zerwania zakładu, natomiast Mary, której przeszkadza ciepła relacja pomiędzy Jamesem a Skye DeVitt – jego byłą dziewczyną i dobrą przyjaciółką, postanawia pomóc Lily wygrać, mając nadzieję, że tajemnica zniechęci ją do Jamesa. W Sylwestra ’75 Black spotyka się ze Skye, żeby przedyskutować trudną sytuację swojego przyjaciela i uzgodnić wspólne, fałszywe zeznania przed Wizetgamotem. Ma to duży związek z zagadkową Sereną Marceau.
Opóźnienia były, zagadkowe znikanie rozdziału też, ale naprawiłam to! Yey <3. Czuję się, jakbym pięła się po drzewie umiejętności informatycznych i wyszła właśnie z korzeni na zewnątrz. Ten blog tak bardzo mnie rozwija. 
Dedyko dla wszystkich powracających do blogsfery osób (a jest ich ostatnio dużo) :*. Trzymam za was kciuki i przesyłam telepatycznie własną wenę.


„Trzymaj swoich przyjaciół blisko, ale jeszcze bliżej trzymaj swoich wrogów” 
-Mario Puzo

Lyon, Francja, wakacje 1975

Tego wieczoru niebo miało barwę wód Rodanu. Niczym pozlewane farby olejne tworzyło unikatową kompozycję z perłowych chmur i ciemniejszych smug w kolorze indygo. Błękit przecinał zielone doliny, mieszając się tak, iż obserwator nie miał pojęcia, gdzie kończy się niebo, a zaczyna ziemia. Magiczna rzeka Lipstura zataczała koła wzdłuż wzniesień, tworzyła delty i fikuśne znaki, przypominające misterne runy. Jedynym ciepłym kontrastem pomiędzy chłodnymi barwami natury, były intensywnie czerwone maki i aksamitki w kolorze nektarynek. Motyle fruwały czeredami, i stanowiły chyba jedyne istoty, które nie obawiały się bliskiego towarzystwa Lizzy Nass – szerzej znanej jako Elizabeth McDonald. Pachniało orchideami i lawendą.


Nad rezydencją Nassów, miodowym gmachem przypominającym gniazdo jaskółcze, wirowały kawki i zbłąkane sowy. Chociaż z lotu ptaka willa przypominała rozlany na zielonkawym obrusie miód, z przodu prezentowała się imponująco. Wysokie kolumny korynckie przytrzymywały balkon na pierwszym piętrze, zapełniony glinianymi donicami z petuniami i chryzantemami. Z balkonu wzwyż pięły się kolejne kolumny, tym razem jońskie, przytrzymujące ciężki, kunsztownie wykonany tympanon. W jego środku widniały płaskorzeźby przedstawiające wybrane sceny z historii magii. Roiło się tam od podobizn jednorożców, goblinów, smoków, wil i elfów.
Tegoroczne wakacje od samego początku były nieznośne, upalne i suche, lecz tego dnia temperatura podniosła się o dziesięć stopni, nie wiał żaden wiatr, nie można też było skryć się pod żadnym cieniem. Domownicy ukryli się więc w chłodnej willi z obawy przed udarem i spaleniem skóry. Wszyscy zajęli rozległe atrium, w którym Elizabeth zainstalowała swego czasu sadzawkę, a obecnie specyficzny basen, dający ukojenie dla rozgrzanych stóp. Kobieta leżała na kocach, w dłoni trzymała kieliszek czerwonego, wytrawnego wina. Nie chowała się ona przed słońcem, przedzierającym się przez oszklony dach atrium.
Jej córka, Mary, oraz dwie inne blondynki – starsza od niej i młodsza – zajmowały kanapę usadowioną w najdalszym zakamarku pomieszczenia. Bezpośrednio nad nimi buchały kłęby zimna, na bieżąco wyczarowywane przez skrzaty domowe. Było tak chłodno, że dziewczęta okrywały się pledzikami.
Colette Angelo zdmuchnęła magiczną świecę, gotowa, by wyjść z domu McDonaldów. Końcówki jej platynowych włosów delikatnie musnęły policzek Mary. Zanim skierowała się do dużych,  hebanowych drzwi i wydostała do prawego skrzydła domu, poszła pożegnać się z Elizabeth. Niczym dziecko przewiesiła ręce przez jej ramiona, ukryła twarz w zagłębieniu szyi i szepnęła, że teraz wszystko już będzie dobrze. Chociaż jej głos był wypruty z emocji, w pewien sposób mieszał się z naiwną, czternastoletnią radością życia i zdawał się przenikać bezpośrednio do duszy Elizabeth, kojąc jej ból.
─ Pozdrów ode mnie Maddy, Colette – poprosiła cicho kobieta, charcząc jak osoba, która od dłuższego czasu nie otwierała ust. ─ Wyślę Kenny’ ego, żeby poinformował was o dacie pogrzebu i ewentualnie stypie, bo...
─ Zabawne, że już planowana jest stypa – szepnęła złotowłosa wila, nasłuchująca rozmowy swojej siostry ze smarkatą albinoską od Rowle’ ów. – Póki co van Weertowie nie zamieścili nawet nekrologu w Proroku.
─ Twoja śmierć też będzie obchodzona na bogato, Sereno – odrzekła Mary McDonald, rzucając w kierunku koleżanki wełniany pledzik.
Gdyby kiedykolwiek zdarzyło się wam przejść obok Mary McDonald lub Sereny Marceau i nie zobaczylibyście ich razem, stojących obok siebie, to uznalibyście je za bliźniaczki. W pojedynkę przypominały jedna drugą, jednak kiedy stawały naprzeciw siebie, robiły się niepodobne i inne. Łączyło je to, że obydwie miały długie, złote włosy, modre oczy, należały do niskich osób i emanował od nich urok wil.  Dzieliła je chyba tylko intensywność tego uroku. Mary, jako że wilą była jedynie w jednej czwartej, nie mogła śnić o takiej aurze jak Serena, której matka była prawdziwą wilą, a ojciec miał takowe korzenie.
Serena zdawała się być jak latarnia morska – wśród tłumu ciemnych fal jaśniała swoim oślepiającym blaskiem i żaden, naprawdę żaden chłopak nie potrafił tego zignorować. Przy tym efekcie moc Mary nie robiła na nikim wrażenia – w pojedynkę różnica tak bardzo nie rzucała się w oczy.
Dziewczyny poznały się przypadkowo, ale od tamtej chwili stały się nierozłączne. Starszy McDonald, Kenny pobierał nauki w Beuxbatons, gdzie poznał panienkę Marceau. Zszokowany jej podobieństwem do swojej siostry zainteresował się jej pochodzeniem, po czym odkrył, że Serena jest siostrą przyrodnią jego matki. Po odejściu jego ojca, Serena miała stać się czwartą, brakującą częścią rodziny McDonaldów. Jakkolwiek Kenny nie mógł oswoić się z nowym stanem rzeczy, tak Mary pokochała swoją ciotkę całym sercem. Chociaż widywała ją tylko w wakacje, traktowała ją jak swoją najlepszą przyjaciółkę i była w stosunku do niej kompletnie bezinteresowna.
To było zbyt idealne, żeby trwało wiecznie. Obecnie relacja dziewcząt balansowała gdzieś pomiędzy siostrzaną miłością a ostrą rywalizacją. Serena zdecydowanie biła Mary na głowę jeśli chodziło o urok osobisty, ale jednak nie została obdarzona inteligencją i bezwzględnością swojej siostrzenicy. Ufała jej bezgranicznie, nie dopuszczając do siebie myśli, że Mary może wykorzystać wiedzę, jaką stanowiły powierzone jej sekrety.
─ Co ja mam teraz zrobić, Mary? – zapytała z goryczą. – Van Weertowie nie zwrócą mojego posagu. Jestem już skończona. Co zrobić, jeś…
─ Uspokój się – przerwała jej Mary. – Nie jesteś skończona. Nawet tak nie myśl. Z twoją aurą możesz zdobyć każdego faceta, nawet mugolskiego szejka z Arabii Saudyjskiej. Póki co będziesz siedzieć w Beaux i postarasz się ograniczyć wydatki do wacików i szamponu do włosów. Przecież nie musisz od razu stawiać w Paryżu hoteli na pięćdziesiąt pięter.
Serena przygryzła dolną wargę.
─ Nie wiem, czy wrócę do szkoły.
Co?

Mary już dawno zauważyła, że jej towarzyszka nie jest szalenie bystra, ale chyba miała na tyle oleju w głowie, żeby przynajmniej spróbować dokończyć edukację. Zrobiła już i tak sobie wystarczająco długą przerwę, siedząc w Wenecji i dogadzając swojemu niedoszłemu mężulkowi, świętej pamięci. Gdyby Mary miała w kieszeni zamążpójście z osobą tak dobrze sytuowaną, być może jej również woda sodowa uderzyłaby do głowy, ale ostatecznie chyba przejrzałaby na oczy i wróciła do Hogwartu. Zwłaszcza, jeśli jej sytuacja byłaby tak zła, jak Sereny.
Merlinie. Widzisz to i nie grzmisz, pomyślała Mary, dziwiąc się w duchu, że istnieje pomiędzy nimi jakiekolwiek skoligacenie.
Serena westchnęła. Wyglądała jakby miała zaraz się rozpłakać.
─ Uwarzyłam dzisiaj Eliksir.
Mary zaklęła. Trwała rozmowa, poruszająca tak ważne kwestie, jak przyszły los i byt Sereny, a ta skierowywała jej tor na jakieś bezużyteczne miksturki.
─ To świetnie.
─ Nie, ty nie rozumiesz… ja… Ja uwarzyłam ten Eliksir.
Sekundę zajęło Mary skojarzenie, o co jej chodzi.
Istniały bowiem eliksiry przydatne, zbyteczne oraz ten najważniejszy, którego warzenia nigdy nie uczono w szkołach. Tak samo, jak mugolskie matki uczyły swoje córki cerowania, prania i używania mikrofalówki, tak czarodziejki uczyły dziewczęta przygotowania tego eliksiru. Tego znanego jedynie linii żeńskiej.
To…
O, kurwa, pomyślała.
─ Ty… ty chyba nie jesteś
Serena ponuro pokiwała głową.
Mary ukryła twarz w dłoniach.
To nie mogło dziać się naprawdę! Dziecko. Serena spodziewała się dziecka. Pogrobowca. W takim momencie! Doprawdy, trzeba mieć niezwykle bujną wyobraźnię, aby wymyśleć fatalniejszy scenariusz. 
─ Czy… jest Phila? – wydukała tylko, bo to było pierwsze, co przyszło jej do głowy. Serena przygryzła wargę.
No, nie.
─ Mam nadzieję – odrzekła tylko dziewczyna, szczelniej okrywając się pledem. ─ Chociaż w każdym innym wypadku będzie miało krew van Weertów.

+++
To nie tak, że Mary była dumna, z tego, co robi. Owszem, wcześniej również zdarzało jej się wbijać noże w plecy najbliższych, nauczyła się nawet skutecznie dusić związane z tym wyrzuty sumienia, ale jednak tym razem czuła, że posuwa za daleko. Niestety, obawiała się, że to jedyne sensowne wyjście z obecnej sytuacji. Spodziewała się, że układami i przyjaźnią z Jamesem Lily Evans sama strzela sobie w stopę. Tak się nie stało. Wychodziło więc na to, że dziewczyna przez ostatni rok zdobyła trochę szczwaności i pretendowała na stanowisko jej rywalki.
A każda osoba, która kiedykolwiek ośmieliła się z nią rywalizować, zostawała doszczętnie zmiażdżona, pozbawiona osobowości, aspiracji i celu w życiu, a w dodatku uznawano ją od tej pory za wyrzutek społeczeństwa, z którym nigdy nie rozmawiano ani nigdy o nim nie rozmawiano. Taki właśnie los spotkał Skye DeVitt, która uciekła ze szkoły, kiedy tylko ona, Mary, wróciła z Francji, i taki sam los spotka Evans, miejmy nadzieję, że odsyłając ją z powrotem do mugoli, skąd przybyła.
Dzień rozpoczął się idealnie. Mary wstała o czwartej, wzięła kąpiel w wodzie z dosypaną lawendową solą, a podczas zabawy w łapanie unoszących się w łazience baniek, opracowywała dokładnie cały swój nieomylny plan.
Do tej pory zrobiła już tak wiele! Działała tak sprytnie, tak niejasno dla jej tępych znajomych, że to wprost niewiarygodne, iż równocześnie tak nieskutecznie. Zacznijmy od Adama i Ewy:
Dobrze znała mentalność Lily Evans i wiedziała, że chociaż pragnie Jamesa, to się do tego nie przyzna. Wiedziała również, jak łatwo przekroczyć linię i na śmierć urazić Pottera, a ruda od dłuższego czasu na tej linii balansowała. Rogacz nie zniósłby sytuacji, w której najadłby się nadziei, a potem stracił ją bezpowrotnie. Pomyślałby wtedy, że Evans z niego zakpiła i – bardziej wzburzony, niż faktycznie urażony – dałby sobie z nią spokój na pewien okres czasu. Pchnęła więc Rogacza prosto na Lily wtedy, na Sylwestrze, i sprowokowała tą, by wyszła z nim razem po alkohol. Przypuszczała, że coś między nimi zajdzie, a Evans ucieknie, jak zawsze. Planowała podpuścić Jamesa i skłócić ich ze sobą ciut mocniej. Gdyby obraził się na Evans chociaż na chwilę, miałaby czas by ponownie go do siebie przekonać. Nie wyszło. Być może gdyby nie przeklęty i koszmarny Syriusz Black, wszystko zakończyłoby się szczęśliwie i pomyślnie.
Następnie zagrała idealnie rolę desperatki i pozwoliła, żeby Lily wydawało się, iż jest na wygranej pozycji. Udawanie obrażonej i wstrząśniętej faktem, że James i Lily się do siebie zbliżyli, nie należało do specjalnie trudnych zagrań. Bez trudu podpuściła ich wszystkich. Wysłała nawet tego idiotę, Doriana Chamberlaina, żeby kontynuował jej farsę, sama wymyślając pretekst z projektem. Niestety, James ją przejrzał.
Pokłócił się z nią wtedy, dziewiątego stycznia, a potem poszedł przelać swoją złość na Evans i wbić jej trochę rozumu do głowy. Podczas kłótni powiedział, że jest okrutna, narażając Lily i wykorzystując Chamberlaina. Nie był jednak wystarczająco zły, żeby powiedzieć Lily o prawdziwych pobudkach jej niedoszłego chłopaka. Chociaż nie należało to do rozsądnych posunięć, Mary uwielbiała Jamesa za to. Tak bardzo ułatwił jej zadanie!
Po bójce u McGonagall i pojednaniu Evans i Pottera, aha, oraz po odkryciu, co kombinuje jej matka, straciła wszelkie skrupuły. Jeśli wcześniej wstrzymywała się lekko z racji tego, że Lily była swego czasu jej przyjaciółką, to później kompletnie już nie zwracała na to uwagi.
Zaszantażowała Skye DeVitt. Podpuściła Blacka do zamknięcia Evans i Pottera w cieplarni. Wtajemniczyła Caitlin Chamberlain.
Teraz już dostrzegała swój błąd – używała złych osób albo nie likwidowała w mairę tych problematycznych. Wykorzystując Doriana postąpiła na tyle lekkomyślnie, że zwróciła na siebie uwagę Jamesa. Nie upilnowała Blacka w Sylwestra, a potem ten z czystej głupoty i przekory, obezwładnił Evans i pchnął ją w ramiona swojego kumpla. Pozbywając się Skye DeVitt zamiast rozdrapać rany Jamesa, spowodowała u niego jedynie większe zamknięcie w sobie i powściągliwość w kontaktach z nią.
No cóż, człowiek uczy się przez całe życie, prawda?
Przyszedł czas, aby wykorzystać najbardziej naiwną osobę na ziemi, najgłupszą i tak bezmyślną, że choćby zastanawiała się nad swoim poczynaniem cały ruski rok, i tak nie dostrzegłaby ani nawet nie wyczuła tkwiącego w nim haczyku. Czas wykorzystać Emmelinę Titanic.
Miała dzisiaj do zrobienia dwie rzeczy – po pierwsze, skutecznie rozdzielić Evans od Pottera, nawet jeśli miałoby to zaboleć Jamesa. Po drugie – dać nauczkę Syriuszowi Blackowi, za to, że był irytujący, i co zrobił Serenie, razem z tą niedojdą, DeVitt.
Jej plan miał kilka etapów, ale żaden z nich nie należał do niewykonalnych. Wręcz przeciwnie, powinna uwinąć się z nimi szybko i bezboleśnie.
Wstała z wanny i sięgnęła po aksamitny ręcznik. Wycierając wilgotne ciało, zdawała się usuwać z niego wszelkie wyrzuty sumienia, jakby rozpuściły się one w wodzie, a ich jedynym śladem pozostała piana.
Pośpiesznie założyła mundurek, umyła zęby i wyszczotkowała włosy. Gotowa do akcji, ruszyła na podbój Hogwartu. Wychodząc z dormitorium, wysypała jeszcze trochę szpilek na podłodze, po cichu licząc na to, że któraś jej współlokatorka pokaleczy sobie stopy.
Wedle umowy, tuż przed portretem Grubej Damy czekała na nią Caitlin Chamberlain. Cała się trzęsła, ale Mary nie potrafiła odgadnąć, czy to z przerażenia, czy raczej z ekscytacji.
Odchrząknęła.
Caitlin obróciła się, podskakując i opadając jak sflaczała piłka.
Mary! – pisnęła. – Larissa mówiła mi, że jeśli ją wtajemniczysz w swoje zamiary, nie poda ciebie jako źródła informacji.
Mary uśmiechnęła się pobłażliwie. Pamiętała, że kiedyś, kiedy organizacja Piękności powstawała (a miało to miejsce na jej czwartym roku) została okrzyknięta przywódczynią. Z czasem, kiedy jej szanse u Jamesa zaczęły rosnąć, odeszła od tego śmiesznego klubiku, ażeby nie wyjść na niemądrą. Nie zmieniło to jednak nastawienia dużego procenta Piękności, które jeśli Larissa była ich przywódczynią, to Mary – królową. Caitlin nawet nie ukrywała, że w pierwszej kolejności posłucha jej, a dopiero potem pójdzie do Larissy.
─ Słuchaj, Caitlin – mruknęła, wysilając się na uprzejmy uśmiech. – Ile byś zrobiła, żeby Lily i Jimmy byli razem?
Oczy małej zaświeciły się jak złoto.
─ O mój Boże, Mary… Ja… wiem, że powinnam trzymać twoją stronę, ale ja…
Mary uciszyła ją gestem ręki.
─ To już nieistotne – szepnęła. – Ja… no cóż, nie zaprzeczam, że swego czasu bardzo zależało mi na Jimmym, ale ostatnio… wiesz, w sumie to podoba mi się twój brat.
Caitlin otworzyła usta, przybierając minę pstrąga.
Finn? – wydukała z trudem. – Jet? Luke? To nie jest Luke, prawda? Bo wiesz, Luke ma już żonę. Ale… Finn? On jest obrzydliwy, Mary! Wiesz, że ze środka stopy wyrastają mu włosy? Jak u hobbitów! To znaczy... na początku żona Luke'a miała być jego żoną, ale okazało się, że zdradził ją z jakąś...
─ Nie, idiotko – wzdrygnęła się. – Mówię o Dorianie.
Caitlin ponownie wybałuszyła oczy i otworzyła usta, ale tym razem jej wyraz twarzy wyrażał ciut więcej zrozumienia.
─ Ojej. To dlatego… czy ty?
─ Tak.

Tak?
─ Tak.
Caitlin pisnęła, podskoczyła tak wysoko, że udało jej się zarzucić ramiona na barki Mary. Stojąc na palcach, przyciągała się do niej ochoczo, jakby witała ją w rodzinie czy coś równie absurdalnego. Gdyby nie to, że Caitlin była jej w tej chwili potrzebna, to chyba by się na nią porzygała.
Jakby sama myśl, że mogłaby czuć cokolwiek głębszego względem Doriana, nie była wystarczająco ciężkostrawna.
─ Zaczekaj chwilę – zreflektowała się Cailtin, odrywając głowę od piersi Mary. – Czyli… nie chcesz już tych zdjęć?
McDonaldówna zamrugała bez zrozumienia.
Caitlin. Teraz właśnie one są mi naprawdę potrzebne.
Puchonka otworzyła szerzej oczy i intuicyjnie złapała za swoją niewielką, recyklingową torebkę, w której przechowywała zapewne swój nowy nabytek. Mary spojrzała na nią z niebezpiecznym błyskiem w oczach. 
─ Nie rozumiem – odparła, zakładając ręce na piersi. Chociaż sądziła, że w tej sytuacji to od niej wszystko, chyba zapomniała, że ma do czynienia z Mary McDonald, która potrafiła sprawić, że o wiele inteligentniejsze osoby niż Caitlin tańczyły, jak ona im grała.
─ Jeśli Dorian zobaczy te zdjęcia, to zmieni się jego spojrzenie na Lily – wyjaśniła przekonywująco. – Zawsze brał ją za konserwatywną, pruderyjną dziewczynę, a po czymś takim… no, przestanie ją tak gloryfikować. I tutaj wzrasta moja szansa.
Caitlin wciąż nie wyglądała na przekonaną, ale zgodziła się oddać zdjęcia, pod warunkiem, że będzie mogła zrobić odbitki.
Chociaż ujęć było siedem, każde przedstawiało tę samą sytuację – Lily, na wpół rozebrana, stała tyłem do Jamesa, wyglądającego jakby to on zdzierał z niej te ubrania. Sytuacja miała miejsce w cieplarni. Chociaż znała ich relację na tyle, żeby stwierdzić, iż sytuacja na zdjęciach nabiera zupełnie innego charakteru niż było w rzeczywistości, poczuła niemiłe ukłucie w sercu.
─ Jeszcze jedno – odparła, zanim Chamberlainówna zdążyła odmaszerować do Pokoju Wspólnego Puchonów. – Czy utrzymujecie jakiś kontakt z Emmą Titanic?
Caitlin zmarszczyła brwi.
─ Dawno nie widziałam jej na spotkaniu Piękności – odparła ostrożnie. – Ale sporadycznie się pojawia. Generalnie traktujemy ją jak swoją.
─ To świetnie.
Mary schowała fotografie do kieszeni i rozstała się z Caitlin w pokoju, w duchu śmiejąc się z jej naiwności. Dobiegała dopiero szósta, dlatego na korytarzach przechadzała się zaledwie garstka porannych ptaszków. Dziewczyna nie musiała się więc martwić, że ktoś z jej znajomych zastanie ją z pękiem wyzywających zdjęć Evans i Jamesa. Bez cienia krępacji włóczyła się po przedsionkach i krużgankach, dokonując równocześnie selekcji, które ujęcia działają najbardziej na niekorzyść Lily.
O tej godzinie nie znajdę praktycznie nikogo, przyznała niechętnie w myślach. Transmutacja zaczyna się dopiero o dziesiątej.  
Nie wiedząc, co z sobą zrobić, postanowiła zajrzeć do Wielkiej Sali i zaatakować możliwie jak najbardziej głupiutkie osoby. Schowała zdjęcia do kieszeni i z gracją skierowała się w kierunku schodów na parter. W ciągu całej swojej wędrówki, powtarzała w myślach swój plan.
 Znalazłszy się na parterze, przyśpieszyła, ponieważ nosem czuła już cudowny woń świeżego pieczywa na śniadaniu. Chociaż wcale nie czuła głosu, aromat sprawił, że od razu napłynęła jej ślinka do ust. Nie od dziś zaskakiwała ją moc zapachów. Drzwi do Wielkiej Sali już majaczyły przed jej oczami, ale w miarę zbliżania się do nich, rosło u niej również uczucie niepokoju. Mary przesunęła się bardziej pod ścianę. Dwa kroki wystarczyły, żeby już dziękowała za to Bogu.
We framudze ogromnych drzwi stała Skye DeVitt, wyglądająca, jakby zaraz miała się rozpłakać, oraz Jimmy, mówiący coś do niej uspokajająco. Mary nie chciała, żeby którekolwiek z nich ją zobaczyło, ale równocześnie ciekawiło ją o czym rozmawiali, dlatego schowała się za stojącą pod ścianą zbroję. Modliła się cichutko, żeby James nie odwrócił się nagle i jej nie zauważył. 
─ Czy… czy ja popełniam błąd, James? – dobiegł do niej głos Skye.
Chociaż nie widziała wyrazu twarzy Pottera, potrafiła go sobie doskonale wyobrazić.
─ Zrobiłem coś nie ta… ─ odparł chłopak, wyraźnie skonfundowany tym wyznaniem.
─ Nie, nie, tu nie chodzi o to! – westchnęła Skye. Mary potrafiła wyobrazić sobie, jak przygryza wargę albo zaczyna obgryzać paznokcie z nerwów. – Ja… mam wrażenie, że robię coś okropnego. Coś mi ciąży na sercu… ale kiedy zastanawiam się, dlaczego, to…
Mary wytężyła słuch, ale Skye ściszyła głos na tyle, że słychać go było jedynie w promieniu najbliższych dwóch stóp. James odpowiedział jej coś porównywalnie cicho, a potem chwycił ją za rękę. Rudowłosa próbowała dojrzeć, w jakim kierunku zmierzają, żeby następnie zacząć ich śledzić, ale niefortunnie zaklinowała się pomiędzy ścianą a zbroją. Jakby było tego mało, jej nowa torebka z frędzlami zahaczyła o karwasz i w miarę gwałtownych ruchów mogła ją ostatecznie rozerwać. Skye i James zniknęli zza korytarzem, a ta wciąż siłowała się z kupą żelaza.
Nie wiadomo, ile trwałby jeszcze ten osobliwy pojedynek, gdyby uwagi Mary nie zwrócił ktoś inny:
─ Zbroje to nie parapety. Nie możesz się o nie bezkarnie opierać – odparł natarczywy, aczkolwiek znajomy głos.
Mary nie musiała widzieć chłopaka, żeby domyślić się, że stał przed nią Dorian Chamberlain. Nikt – oprócz Evans, jego damskiej kopii – nie był tka natarczywy, wkurzający i apodyktyczny. Warknęła coś, co brzmiało jak: „pomóż mi, imbecylu”, ale i „Dorian, tak jakby powiedziałam twojej siostrze, że jesteśmy razem”. Dorian westchnął, wyciągnął różdżkę i przelewitował zbroję na drugą stronę korytarza. Zrobił to tak sprawnie, że i torebce nic się nie stało.
Tego dnia Dorian był wyraźnie wymęczony i niewsypany. Jego znużone oczy szpeciły dodatkowo ciemne sińce, wyjątkowo podkreślone  przez grube szkła okularów. Nos miał przekrzywiony w dalszym ciągu, jak gdyby wcale nie udał się wczoraj do madame Pomfrey z prośbą o wyleczenie złamania.
─ Cześć – przywitała się, poprawiając włosy.
─ Znamy się? – zapytał Dorian dyplomatycznym tonem. Mary nie chciało się spierać z nim po raz kolejny.
Nie miała w planach przeprowadzać rozmowy z nim tak szybko, ale musiała liczyć się z tym, że potem będzie mogła mieć problem ze złapaniem Krukona i przemówieniem mu do rozsądku. Chociaż w przeszłości łączyły ich specyficzne relacje, teraz dostrzegała w nim swojego najpewniejszego sojusznika, grającego w tej samej sztuce. Widziała w nim partnera zbrodni.
─ To oficjalnie najlepszy dzień twojego życia, Chamberlain – oświadczyła dobitnie.
Dorian uniósł prawą brew w wyrazie zaciekawienia.
─ Czyżby?
─ Rozważyłam twoją propozycję – odparła wymijająco. – Wiem, że przez długi czas paraliżowałam twoje ruchy i… okej, nie czarujmy się – szantażowałam cię, żebyś milczał na pewien temat. Dzisiaj to już nieaktualne. Zapominam o… o wszystkim, co na ciebie mam. Możesz wypluć wodę z ust.
Chłopak spojrzał na nią z takim wyrazem twarzy, jakby oświadczyła właśnie, że wybiera się na dyskotekę w parze z ufoludkiem. Znał Mary na tyle, że nie spodziewał się po niej hojnych gestów albo podejmowania pochopnych decyzji. Musiała coś chcieć… po raz kolejny ułożyła dla siebie jakąś gierkę i liczyła na to, że wszystkie osoby dołączą do niej jako pionki.
Dorian był zbyt niezależny i inteligentny, aby wyrazić zgodę na zostanie czyimś pionkiem.
─ Gdzie jest haczyk?
─ Nie ma haczyka – prychnęła Mary. Wypuściła trochę uroku wili, albo po to, by dodać sobie odwagi, albo by skłonić Chamberlaina do szybszej kapitulacji. Albo i to, i to.
─ Nie jestem głupi, Mary – odparł, pochylając się w jej stronę. W jego oczach kąpały się gniewne, złocisto-czerwone ogniki. – Musiałabyś zwariować do reszty, żeby narażać Pottera. Co z waszą koalicją chronienia siebie nawzajem?
─ Nie chronię Jimmy’ego dlatego, że zawarłam z nim koalicję, tylko dlatego, że jest moim chłopakiem – odwarknęła. Jej rude pukle wyglądały jakby płonęły.
─ Potter cię rzucił.
Nie. Zrobił. Tego.
Dorian westchnął ciężko. Chociaż uwielbiał działać jej na nerwy i wypominać feralne uczucie do Jamesa, nie był na tyle okrutny, żeby brnąć w to dalej. Zaprzeczanie oczywistemu stanowiło taktykę obronną Mary. Wolała wypierać ze świadomości wiadomość, że to, co łączyło ją i Pottera, już się skończyło, niż walczyć od niego od początku. W jej przekonaniu miała prawo do tych wszystkich intryg, podstępów i szantaży, bo robiła to tylko, pilnując ukochanego i nie dopuszczając do zdrady. Czasami – naprawdę rzadko, ale zawsze – Chamberlainowi robiło się nawet żal Pottera. Nie zasłużył na to, żeby natknąć się na taką maniaczkę.
Ale i  Lily nie zasłużyła na to, żeby natknąć się na niego, dodał w myślach.
─ W takim razie, dlaczego znowu coś knujesz?
Mary uśmiechnęła się szyderczo.
─ To proste. Knucie to moje hobby.
Taa… moje nie. Wybacz, ale nie mam całego dnia.
Już miał wycofać się w głąb korytarza i zniknąć za najbliższym zaułkiem, byle zostawić Mary McDonald i jej rozterki daleko, daleko hen za sobą, ale dziewczyna przejrzała go od razu, wbijając swoje zapuszczone paznokcie w jego dłoń. Aż syknął, chociaż można pomyśleć, że osoba, która nawet nie skrzywiła się podczas łamania jej nosa jest odporna na szczypnięcie.
─ Słuchaj, Chamberlain – syknęła Mary, chwytając go za kołnierz i przyciągając tuż przed swoją twarz. Wyrównała w ten sposób poziomy, bo dzieliła ich jakaś stopa wzrostu. – Może ci się wydawać, że nie mamy za wiele wspólnego. I wiesz co? Niespecjalnie się dziwię. Mnie wszyscy znają, i chociaż większość osób za mną nie przepada, to jednak jestem rozpoznawalna, podczas gdy o tobie wiedzą tylko tyle, że byłeś kiedyś chłopakiem „dziewczyny Pottera”. I że on złamał ci wczoraj nos. Poza tym… ja mam swoje życie, a ty… niekoniecznie.
Dorian już otworzył usta, chcąc zaprotestować, ale dziewczyna przyłożyła mu palec do ust.
─ Sza! Łączy nas jedna rzecz i chociaż uważam, że jesteś obrzydliwym, zrzędzącym i nieporadnym pantoflarzem, jestem w stanie o tym zapomnieć przez moment. Chcę Jamesa. Ty chcesz Evans. Nie uważasz, że powinniśmy współpracować?
Dorian wypuścił z ust powietrze. A więc o to chodziło. Mary McDonald postanowiła poszukać wspólnika. Chociaż z jednej strony chłopak poczuł ulgę, bo nareszcie dostrzegł swoją rolę w jej planie, to z drugiej czuł się, jakby sam Voldemort złożył mu propozycję współpracy. Nie chodziło mu oczywiście o to, że Mary przypominała Czarnego Pana, ale zdecydowanie powielała pewien praktykowany przez niego schemat.
─ Przecież twierdzisz, że jest już twój. Lily nie powinna stanowić jakiegokolwiek zagrożenia.
─ Nie stanowi. Ona jest chwilową obsesją Jimmy’ego, nikim istotnym, ale to nie oznacza, że będę dalej godziła się na jego skoki w bok. James jest wciąż jeszcze niedojrzały, ale jeśli nie uświadomię mu, że kiedy jest się w związku, nie należy rozglądać się na boki, to kto to zrobi?
─ Jeśli pozwolisz, żeby cała szkoła plotkowała na temat jego i Marceau, to nie dość, że bardzo nadużyjesz jego zaufania, to z pewnością go ośmieszysz i skrzywdzisz. Nie rozumiem, jak można w ogóle wmawiać sobie, że robisz to dla jego dobra? Ja tutaj widzę korzyści jedynie dla ciebie – zaśmiał się. – Nie lubię go, ale jestem przyzwoity i nie będę rzucać pochopnymi oskarżeniami ani tym bardziej wnikać w jego życie prywatne. Z całym szacunkiem, Mary, ale…
─ Co z Philem?! – wytknęła mu, wbijając palec wskazujący w jego klatkę piersiową. – Był twoim przyjacielem. Powinieneś starać się wyrównać jego rachunki, skoro on już tego nie może zrobić.
Dorian pokręcił głową.
─ Może i zrobiłbym to, ale w innych okolicznościach. Trzeba być skończonym idiotą, żeby plątać się w coś takiego z tobą.
─ Evans cię z nim zdradziła! – wytknęła mu. – On też mnie zdradził… przez nią. Znowu nam to robią, Dorian, nie możemy przyglądać się temu z założonymi rękami!
─ Ty też go zdradzisz, jeśli to rozgadasz. Tego nie da się inaczej nazwać, Mary. 
─ Nie zdradzę. To ty powiesz Evans. Lepiej, żeby wiedziała, w co się pakuje, romansując z Jamesem niż żyła w nieświadomości, nieprawdaż? Ja wiem o tym. Skoro mam dostrzegać w niej potencjalną rywalkę, to czas wyrównać poziomy.
Cięta riposta już miała wymknąć się z ust Doriana, gdy ten zamknął usta i zadumał się. Kiedy nieco ponad rok temu, na koniec czwartej klasy, Potter pocałował Lily na jego oczach, wpadł w szał. Gniew przyćmił jego umysł do tego stopnia, iż nawet cieszył się, że dziewczyna trafiła na Rogacza. Tylko on był w stanie skrzywdzić ją tak, jak ona skrzywdziła Doriana. W wakacje po tym incydencie spędził z nim więcej czasu niżeli by sobie życzył, ale poznał go na tyle, że nie życzyłby związku z nim nawet najgorszemu wrogowi.
Lily powinna wiedzieć. Nigdy nic nikomu nie zrobiła, zawsze starała się postawić w czyjeś sytuacji i pomimo całej tej swojej inteligencji i nieufności, z dobroci serca mogła zacząć wierzyć, że Potter się zmienił. Może wyjawienie jego sekretów sprawi, że klapki tkwiące na jej oczach, spadną?
─ Potter się domyśli, że ja jej to powiedziałem. Jest chory. Wczoraj rzucił się na mnie bez najmniejszego powodu, a co dopiero, kiedy mu ten powód dostarczymy. Nie żebym się go bał… ale po części jestem odpowiedzialny na smarkacza.
─ Ten smarkacz podbiera ci dziewczynę – zauważyła złośliwie Mary, coraz bardziej pewna swojego zwycięstwa. Z jej oczu żarzyło się, jakby ktoś zamknął w nich płomień.
Irytacja obudziła się w Dorianie i zalała go do podobnego stopnia, jak wcześniejsza sceptyczność.
─ Lily nic nie czuje do Pottera. Sama mi to mówiła.
─ Być może jej uczucia się zmieniły? – zaatakowała go, nagle kierując ręce w kierunku swojej torebki z frędzlami. Kręcąc głową i wzdychając dramatycznie, rozpoczęła poszukiwania fotografii w swojej torebce. Dorian czuł narastający niepokój, który zamienił się w realne przerażenie, kiedy dziewczyna znalazła, to co szukała. ─ Widziałeś te zdjęcia?
Nie musiał nawet brać ich do ręki, żeby wyraźnie zobaczyć, co przedstawiają. Na wpół roznegliżowana Lily stała tyłem i machała rękami, a zwrócony do zdjęcia bokiem James macał po jej gołych plecach. Obydwoje wyglądali na niespokojnych i popędzających siebie nawzajem. Ujęcie miało miejsce w jednej z cieplarni wieczorem, a w środku roiło się od roślin świecących ciepłym, romantycznym światłem.
Zamarł. Pytanie zadał wciąż wstrząśniętym tonem:
─ Co mam robić?
─ Przestać milczeć. Ale ja nadal  będę milczała.

+++

Emmelina wstała tego dnia niezwykle wcześnie, zbudzona dziwnym, niemiłym przeczuciem, że dzisiaj wydarzy się coś skandalicznego. Wtorek stanowił jedyny dzień, w którym szesnastoletni Gryfoni mogli odespać, dlatego o szóstej trzydzieści w łóżkach pozostało większość jej współlokatorek, w tym Marley. Nigdzie nie znalazła Lily (co specjalnie ją nie zaskoczyło, ponieważ znała osobowość tej dziewczyny i mogła się założyć, że siedzi teraz w bibliotece i pracuje z Chamberlainem nad projektem), ani Mary, ale to nawet lepiej. Emma nigdy nie wstawała wcześniej niż musiała, a tego dnia przekonała się, że lepiej trzymać się tego przyzwyczajenia.
Niezdarnie wygramoliła się z łóżka, przeciągnęła jak kotka i przetarła oczy, co od zawsze stanowiło jej poranny, pierwszy rytuał. Następnym jego elementem było poszukiwanie laczek i przegląd wczorajszej poczty, bo zdaniem Emmeliny jedyną właściwą porą na przegląd Proroka oraz listów od matki i Di, był poranek, kiedy miała jeszcze na to energię.
Spieszyła się, bo chciała zamienić jeszcze kilka zdań z profesorem Flitwickiem, który zaczynał lekcję o siódmej. Nałożyła szybki, prowizoryczny makijaż, obejmujący jedynie muśnięcie policzków różem, podkreślenie oczu tuszem do rzęs oraz przejechanie po ustach truskawkowym błyszczykiem.
Pocztę schowała do swojej torby, a dokładnie do podręcznika od transmutacji, a następnie wyszła z dormitorium, nie chcąc obudzić koleżanek. W Pokoju Wspólnym nie znalazła żadnej żywej duszy, tak więc życzliwie postanowiła pomóc Lily i porozwieszać po pomieszczeniu jakieś informacje dla prefektów, zostawione na stołku. Rozwieszała właśnie trzecią ulotkę, tuż nad stołkami, gdzie ona i Hestia grywały w Eksplodującego Durnia, kiedy ktoś zaszedł ją od tyłu i zasłonił oczy zimną dłonią.
─ Ej! – obruszyła się, uśmiechając do siebie. – Nie chcę ci grozić, ale mam eliksir wywołujący groszopryszczkę w torebce.
Napastnik natychmiast zabrał ręce z jej twarzy.
─ Chronisz się tak przed gwałcicielami, Emmelino? Ponoć wystarczy latarka i niechodzenie samemu po zmroku.
O. Nie.
Wszędzie rozpoznałaby ten głos!  I ten sposób wymawiania jej imienia, ten egzotyczny akcent, kogoś, kto dawno nie używał angielskiego, ta miękkość i wysoki jak na chłopaka głos… Odwróciła się. Znajomy, wyrośnięty chłopak o dziecięcej twarzy w kolorze białej czekolady, i słomkowych kosmykach, takich, jak promienie wschodzącego słońca. Nie znała żadnej podobnej do niego osoby.
─ Chase! – zapowietrzyła się. – Nie śpisz już?
Chociaż starała się z całej swojej siły uspokoić nierówny oddech, przyśpieszone bicie serca i pocenie się dłoni, zwyczajnie było to ponad jej możliwości. Zastanawiała się, czy Chase, który nie wykazywał żadnych podobnych objawów, jest po prostu świetnym aktorem czy też Emmelina w ogóle na niego nie działa.
─ Wciąż mam przestawiony zegar biologiczny – odparł beztrosko. Nie wyglądał na zmęczonego. – Wiesz, różnica czasów.
─ We Francji byłeś miesiąc temu – odparła, uśmiechając się nerwowo.
─ Nieodwracalne skutki.
Emma zadarła prawą brew i uniosła kącik ust po tej samej stronie, wytykając język. Serce uderzało jej tak głośno i szybko, że była przekonana, iż Chase słyszy to bicie.
─ Różnica jest godzinna. I… tam jest godzinę później niż u nas.
Chase parsknął. Emmelina również parsknęła. Napięcie pomiędzy nimi rozpłynęło się w powietrzu, niczym pryskająca bańka mydlana. Złotowłosy chłopak zabrał część ulotek z rąk Emmy i zaoferował się, że rozwiesi je na klatce schodowej do dormitoriów chłopców. Ta propozycja przypomniała Titanicównie o pewnym fancie, o który chciała zapytać się kilka razy Lily, ale zawsze uciekało jej to z głowy:
─ Z kim ty właściwie mieszkasz? – zapytała. Chase uniósł do góry brew. ─ Bo wiem, że nie ma cię u Huncwotów.
─ Tak? – powtórzył, krzyżując ręce na piersi. – A skąd?
Emmelina otworzyła usta, formując je następnie w niewinny uśmiech.
Remus to mój najlepszy przyjaciel. Znamy się od piaskownicy. Wpadam do niego... czasem. Pomiędzy lekcjami. Jeśli nie sypiasz w szafie, to jestem prawie pewna, że nigdzie cię nie widziałam.
Chase uśmiechnął się niewinnie. Przez chwilę zastanawiał się, jak najdelikatniej to ująć.
─ Jestem u siódmoklasistów.
─ Siódmoklasistów? – powtórzyła. – Z Longbottomem, Rasakiem i resztą?
Chase kiwnął głową.
─ Dlaczego?
─ McGonagall powiedziała, że niczym jeszcze nie zawiniłem.
Emmelina zachichotała. Nie miała pojęcia czy Chase żartuje, czy jednak faktycznie został skierowany do innego dormitorium. Z jednej strony zrozumiałaby tę decyzję profesorki – bo naprawdę, Huncowci potrafiliby być okrutni, urządzając jakieś kotowanie czy coś w tym stylu. Ale z drugiej.. czy to oznaczało, że mogła się do niej odwołać?
Ja też niczym nie zawiniłam, a jednak Mary jest z nami, pomyślała z satysfakcją. Już miała powiedzieć to Chase’owi, ale w porę ugryzła się w język. Chłopak na pewno znał McDonaldównę, skoro cały semestr spędzili w tym samym bractwie w Beauxbatons. Mary co prawda siedziała na wymianie i zapewne niezbyt interesowała się towarzystwem w jej sąsiedztwie, ale Chase nie mógłby jej nie poznać. Pomimo tego, że Emma brała brata Lily za rozumnego człowieka, nie była pewna, czy przypadkiem nie mogła przypaść mu w takim wypadku do gustu.
To byłoby strasznie… niezręczne.
─ Przyjęli cię po koleżeńsku?
─ Nie wsypali mi pudełka szpilek do łóżka, jeśli o to chodzi.
Sympatyczniej tam niż u nas, pomyślała Emmelina, która dzisiaj nadepnęła na kilka pinezek, idąc do łazienki.
Czuła lekkie wyrzuty sumienia, ponieważ przez cały ten miesiąc od transferu Chase’a do Hogwartu nigdy nie zatrzymała się, żeby z  nim porozmawiać. Musi być mu niezwykle ciężko – nie dość, że w nowej szkole, to jeszcze pośród tych wszystkich plotek o jego pokrewieństwie z Lily.
Prawdziwych plotek.
Merlinie, ten chłopak był taki biedny!
─ Odwiedza cię ktoś? – zadała następne pytanie. – U siódmoklasistów.
Chase kiwnął głową.
─ Dorcas. Przychodzi praktycznie codziennie i gada o jakiś bzdurach. Ale to i tak… miło z jej strony.
Emmelinę zszokowała ta odpowiedź. Meadowes? U niego? Czyżby coś się kroiło pomiędzy nimi? Ta myśl wydała się Emmelinie tak straszna, jak wiadomość na samym początku roku szkolnego o tym, że Syriusz i ona chodzą. Chase najwyraźniej zauważył zdumienie wymalowane na twarzy Emmy, bo od razu zapytał, co jest grane.
─ Siostra cię nie odwiedza? – zapytała, wymyślając pierwsze lepsze pytanie, jakie przyszło jej do głowy. Chase zmarkotniał. Po jego minie natychmiast domyśliła się, że tak odważne nawiązanie do ostatnich wydarzeń było straszną gafą. Kiedy przebywała u Evansów, widziała przecież, jak nerwowo reagowała Lily na nazywanie Reagana „jej bratem”. Mylnie przyjęła, że jedynie rudowłosa podchodziła do tego tak emocjonalnie i z niechęcią. Najwyraźniej Chase również czuł się nieźle zakłopotany nowym stanem rzeczy.
Jakkolwiek nie spodobało mu się to pytanie, nie zostawił go bez odpowiedzi:
─ Nie wiem… do końca. Wydaje mi się, że wpada do naszego dormitorium, bo Longbottom napomina o jej odwiedzinach, ale jakoś nigdy się… hm, nie wpadliśmy na siebie.
Czyli nie odwiedza. Lily czasami naprawdę zaskakiwała ją swoim nietaktem. A wszyscy wokół mówili, że jest tak niezwykle ułożoną i kulturalną osobą. Emmelina postanowiła sobie, że jak tylko wstanie, wepchnie ją chociażby siłą do dormitorium siódmoklasistów.
Chociaż… czy ona nie postąpiła tak samo? Czy sama nie ignorowała Chase’a z obawy, że powtórzy swoje błędy, tym razem śmiertelnie kłócąc się z Hestią? Czy nie próbowała wszystkiego wyprostować? Prawda była taka, że Emmelina ograniczyła swoje kontakty towarzyskie do rozmów z Remusem i krótkich pogawędek z Hestią. Dorcas i Marley wciąż niechętnie przebywały w jej towarzystwie, a Lily ciężko było kiedykolwiek złapać. O nieznoszącej jej Mary szkoda było nawet myśleć. Gdyby straciła jeszcze Jonesównę…
Hestia nie kocha już Chase’a, szepnął cichy głosik w jej głowie. Nic nie pamięta.
─ Nie wiesz tego – szepnęła sama do siebie.
─ Czego?
Wyprostowała się jak struna i spojrzała płochliwie na Chase’a. Cholera. Dlaczego on musiał być taki do niej podobny! Jasnowłosy, wysoki, niebieskooki… nawet o podobnych, dziecięcych rysach. Wyglądali jak bliźniaki. Jakby…  jakby Chase był jej bratem, a nie Lily.
─ Wyglądacie jak Barbie i Ken – powiedziała w przerwie świątecznej Evansówna, podśmiewując się z jej nerwowością względem Chase’a.
Czy to był powód, dlaczego Emmę tak bardzo do niego ciągnęło? Widziała w nim swojego brata, a wręcz – patrząc na te rysy – syna. Być może była zwykła ciekawość, ile jeszcze ma z nią wspólnego, a nie faktyczne zaurocz…
─ Dobrze się czujesz, Emmelino? – zapytał nerwowo Chase, łapiąc ją za barki. Chyba obawiał się, że zaraz zemdleje. ─ Mogę cię odprowadzić do Skrzy…
─ Nie, nie, po prostu… ─ zaśmiała się nerwowo. – Przypomniałam sobie, że muszę przeczytać list od mojej mamy. Mam go w… torebce.
Niezbyt pewnym ruchem wsunęła dłoń pod klapę torby, nie spuszczając oka z twarzy Chase’a. Charakterystyczny dźwięk przesuwanego suwaka po zamku błyskawicznym utwierdził ją w przekonaniu, że otworzyła torebkę. Ręce trzęsły jej się do tego stopnia, że przy wyjmowaniu gazety i swojej korespondencji, wyrzuciła całą zawartość torby na podłogę. Spłonęła rumieńcem. Pochyliła się  i jak najszybciej zaczęła zbierać swoje książki, kosmetyki i rolki pergaminu, jakby w ten sposób mogła cofnąć cały incydent.
Chase, coraz bardziej zaniepokojony jej stanem, przyłączył się do zbierania emmelinowych bibelotów. Sięgał właśnie po książkę od transmutacji, gdy raptem coś cienkiego i śliskiego z niej wyleciało.
Zdjęcie.
Spojrzał na nią zaskoczony, po czym sięgnął po fotografię, by ponownie schować ją w książce. Zobaczywszy ujęcie, zamarł.  
Emmelina wrzasnęła.
─ Co to ma być? – zapytał ostrym tonem Chase. Po ułożeniu jego ramion łatwo było odgadnąć, że jest wyprowadzony z równowagi. Dziewczyna wcale się mu nie dziwiła. 
Zdjęcie przedstawiało dwie dobrze znane jej osoby. Niską, rudowłosą dziewczynę i czarnowłosego chłopaka w okularach. Znajdowali się w jakimś jasnym pomieszczeniu z oknami, a Lily była rozebrana do podkoszulka. James stał za nią i ciągnął jej ostatnią warstwę okrycia, jakby ją zdejmował. Na wpół roznegliżowana Lily wydawała mu jakieś komendy i ruszała się niespokojnie.
─ O. Mój. Boże – szepnęła Emma. ─ Chase, ja… ja, nie mam pojęcia, jak…
─ Było w twojej torebce – przypomniał jej, zaciskając palce na Podręczniku do transmutacji dla zaawansowanych. Emmelina zacisnęła powieki. Jej myśli biegały bezładnie po głowie, a ona nie potrafiła złapać żadnej z nich i zastanowić się nad nią dłużej.
Takie zdjęcie. Z Lily. Z siostrą Chase’a. Z jej przyjaciółką. Nie dość, że teraz zobaczyła je po raz pierwszy, to obawiała się, że odbitek fotografii jest więcej i że żadne nie należy do Lily. Jak racjonalnie mogła to wytłumaczyć?
─ Nie mów Lily, Chase… proszę…
Emmelinie wymsknęło się to, bo nie mogła już znieść nieprzychylnych spojrzeń Reagana. Niemal natychmiast dotarło do niej, jak bardzo się teraz pogrążyła. Dlaczego miałaby nie chcieć, żeby Lily wiedziała?!
„Żeby nie wpadła w szał” było jedyną niewinną wymówką jaka przychodziła jej w tej chwili do głowy. Chase spojrzał na nią tak, jakby go spoliczkowała.
─ Muszę już iść.
─ Chase, zaczekaj… ja…
Ale Chase nie zaczekał. Zniknął za dziurą w portrecie, mięśnie miał napięte jakby chciał się nimi pochwalić. Emma jęknęła i oparła się o ścianę.
Super, pomyślała. Teraz wyszłam przed nim na kolekcjonerkę porno.
─ Co się stało, Emmie? Śniadanko podchodzi do ust?
Okrutna uwaga Mary była dla Emmeliny jak gwóźdź do trumny. Blondynka nie widziała jej rano w dormitorium numer cztery, ale równocześnie schodziła ona teraz ze schodów klatki schodowej dormitoriów.
Pewnie siedziała Jamesowi na głowie, pomyślała dziewczyna, niechętnie przyglądając się wili. Poruszała się ona z niesamowitym szykiem i gracją, w taki sposób, w jaki ze schodów komnaty schodzą księżniczki. Za każdym razem, kiedy Emma próbowała naśladować ruchy Mary, potykała się o własne stopy albo niebezpiecznie balansowała na krawędzi równowagi. Kiedyś, kiedy jeszcze nie dostrzegała w wili swojej rywalki, pocieszała się, że nie wszyscy rodzą się z wrodzoną gracją.  Po tym, jak wila wyjechała, a potrzebujący nowej królowej Hogwart zwrócił się ku niej, zaczynała bez większego powodzenia naśladować styl bycia Mary. Teraz Emmelina wiedziała już, że aby tego dokonać, trzeba być bez serca.
Mary zatrzymała się przed nią, jak zwykle z perfekcyjnie upiętymi włosami i z emanującym od niej blaskiem. Wyglądała niemal jak Grace Kelly, no, gdyby tylko księżna Monako była ruda. Wpadające do pokoju pomarańczowo-szare światło wschodu słońca oblewało ją w taki sposób, że wyglądała jak majestatyczny, chłodny anioł. Anioł zemsty.
─ Dlaczego Chasey tak szybko przed tobą uciekł? – zapytała, teatralnie wyginając usta w podkowę. – Pokazałaś mu swoje nagie zdjęcia?
Emmelina nie wiedziała, jak długo Mary stała na schodach do dormitoriów i przysłuchiwała się jej rozmowie z Chase’em, ale nie musiała długo się nad tym zastanawiać, żeby wiedzieć, iż zdjęcia Lily i Jamesa trzeba przed nią ukryć jak najszybciej. Nie wiedziała, co pomiędzy nimi zaszło, ale jedyne, co mogło pogorszyć w tej chwili sytuację to ingerencja w to byłej dziewczyny Jamesa.
─ Skąd znasz Chase’a? – zapytała, chowając zdjęcia za plecami. Usilnie starała się wykombinować, gdzie ukradkiem schować je przed wzrokiem – i ciekawością – Mary. Gra na zwłokę wydawała jej się niezłym początkiem.
─ Znam go dobrze – mruknęła Mary, poprawiając włosy. – Moja koleżanka z pokoju, Ninon, się z nim spotykała. Wiesz. Kiedy byłam w Beaux.
 Coś w tonie Mary nakazało Emmelinie jak najszybciej pokazać jej to, co miała za plecami. Jeśli związek Ninon i Chase’em był zwykłym kłamstwem, które miało na celu odwrócenie uwagi przeciwnika, to wila po raz kolejny strzeliła w dziesiątkę. Oczy blondynki zrobiły się puste jak wydmuszki i okrągłe jak dno niebieskiej butelki. Od zawsze łatwowierna i roztargniona Emmelina na śmierć zapomniała o chowanych za plecami zdjęciach. Mary bezceremonialnie wydarła jej je z dłoni. Zrobiła to tak gwałtownie, że aż rozdarła je w sam raz po środku, separując od siebie Lily i Jamesa.
Kiedy tylko zerknęła na pierwszą część fotografii, czyli roznegliżowaną Lily, już wyglądała na wzburzoną. Gdy zerknęła na Jamesa…
Z początku Emmelina spodziewała się, że Mary coś rozwali, przewróci, kopnie, ewentualnie zacznie rzucać meblami. Przypuszczała, że dostanie szału, że wróci do dormitorium Huncwotów, żądając wyjaśnień. Zadziwiający nie byłaby nawet sytuacja, gdyby się rozpłakała.
Ale Mary nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Jedyne, co potwierdziło fakt, iż obejrzała dokładnie fotografie, to lekko rozszerzone oczy. Dziewczyna przybrała maskę pokerzysty, na jej twarzy nie gościł żaden grymas zdradzający jakieś uczucie. Emmelina przypomniała sobie porównanie jej do anioła zemsty, do Nemezis, i pomyślała, że teraz wygląda kropka w kropkę jak któraś z tych postaci. Beznamiętna, chłodna i wyniosła, jakby zaraz miała wykrzyknąć: „Ja jeszcze wam pokażę!”.
Przerażające.
─ Nie jesteś zła? – zdziwiła się Emmelina. Odruchowo zbliżyła się do Mary, jakby chciała ją pocieszyć. Dziewczyna zagryzła górną wargę, jakby pytanie Emmy wyrwało ją z letargu.
Mary ze zdjęć przeniosła spojrzenie na swoją towarzyszkę i… prychnęła, ale w zupełnie nietypowy sposób. Nie było w nim tak charakterystycznego dla wili wyrachowania i poczucia wyższości, a raczej – rezygnacja i kapitulacja, jakby to było dla niej za dużo.
─ Wiesz co? – odparła rudowłosa, ponownie poprawiając sobie fryzurę. – Chyba nie mam już siły. Byłam wściekła, kiedy dowiedziałam się, że oni się całowali. To, że sprawy zaszły dalej… No cóż, James musi dalej zapylać kwiatki, czyż nie?
Emmelina zamrugała. Nigdy nie słyszała, żeby Mary mówiła w ten sposób o Jamesie. Nikt nie mówił takich rzeczy o Jamesie.
─ O czym ty mówisz?
Tym razem Mary prychnęła bardziej złośliwie.
─ O tym, że wcale mnie to nie dziwi.
Emmelina wybałuszyła oczy. Z osłupieniem przyglądała się wycofującej się Mary, już nie kroczącej jak modelka czy Afrodyta, ale jak zwykła dziewczyna. Raz nawet lekko przechyliła się, tracąc równowagę na szpilkach. Być może coś w żałosnej postawie wili chwyciło Emmę za serce, a może to była zwykła, ludzka ciekawość. W każdym razie, kiedy blondynka przyglądała się powoli znikającej w dziurze w portrecie Mary, zrozumiała, że musi ją zatrzymać i dopytać o co chodzi? Czy taka sytuacja przydarzyła się kiedyś, wcześniej? O co chodziło z zapylaniem?
Powinna chociaż zapytać. Jeśli nie dla siebie, to dla Lily.
─ Mary, zaczekaj! – pisnęła. Rudowłosa wycofała się z dziury pod portretem w niemal ostatniej chwili. Spojrzała na nią, zaskoczona.
─ Czy James… ─ przełknęła głośno ślinę. – Czy James wpadł?
Mary spojrzała na nią tak, jakby tym pytaniem Emmelina zdjęła z jej barków wielkie brzemię.


+++

Jak to: rezygnujesz? – wydukała Lily, wpatrując się w Doriana jak w pogańskiego bożka. – Przecież już zaczęliśmy pracować!
Nie mieściło jej się to w głowie. Przecież szło im jak z płatka, znaleźli dobry temat, ustalili taktykę i naszkicowali ogólny zarys… podzielili się już listą lektur i poprzydzielali sobie zadania! Evansówna zmarnowała cały dzisiejszy poranek na analizę starych runów, a było to wyjątkowe żmudne zadanie, bo nawet nie chodziła na ten przedmiot! Po tym wszystkim Dorian nie mógł, nie miał prawa, po prostu wykluczyć jej z tego projektu!
Lily naprawdę liczyła dzisiaj na spokojny i pokojowy dzień. Wydawało jej się, że na to zasłużyła. Doprawdy, po tym jak prawie całą wczorajszą noc spędziła w przeklętej cieplarni, czekając, aż Hagrid przyjdzie tam po swoje zwierzątko (nawiasem mówiąc, nazwał go Puszkiem i odprowadzając ją i Pottera do zamku, rozpływał się nad tym, jaki on milutki) należałoby jej się trochę odpoczynku. A sprzeczanie się z Dorianem zdecydowanie nie należało do relaksujących rzeczy. 
W czwartek Chamberlain musiał oficjalnie zadeklarować Lily jako jego partnerkę w projekcie, bo to właśnie w czwartek miał mieć miejsce egzamin z siedmiu lat programowych transmutacji. Tego samego dnia Jo Prewett pisała przepustkę do klasy wyżej. Jeśli Dorian nie przedstawi McGonagall zamysłu na swój i Lily projekt, to nie dość, że będzie musiała zabrać się za coś skrajnie powyżej jej możliwości, to jeszcze w trakcie tej tortury, Jo będzie rzucać mentalnie jakieś złośliwe uwagi.
Dorian nie mógł tak po prostu jej teraz wystawić! Nie miał prawa poinformować jej raptem dwa dni przed tym egzaminem, że jednak nie wywinie się i będzie musiała go napisać! To było skrajnie nietaktowne i niekoleżeńskie zachowanie, a przede wszystkim nie pasowało do tak odpowiedzialnej i uczciwej osoby jak Dorian.
Musiał istnieć jakiś rzetelny powód.
─ Przepraszam cię, Lily, ale stwierdziłem, że nie jesteś odpowiednią osobą – odparł chłopak, jakby te słowa wyjaśniały wszystko. Lily poczuła się jak spoliczkowana.
Odpowiednią osobą? Na Boga, czy ty też już zwariowałeś?!
Dorian pokręcił głową i odwrócił się, chcąc odejść od niej jak najszybciej. Dziewczyna wbiła mu paznokieć w przedramię. Czuła, że z odejściem Doriana nie tylko jej marzenie zostania aurorem rozpadnie się w pył, ale również znacząca część jej dotychczasowego życia. Chcąc nie chcąc, Chamberlain wiedział o niej dużo rzeczy, których nie odważyła się powiedzieć nigdy żadnej ze swoich koleżanek. W pewnym okresie swojego życia łączyła z nim duże nadzieje, dlatego nie mogła pozostać teraz obojętna, kiedy słyszała od niego, że „nie jest odpowiednia”.
─ O czym ty mówisz? – powtórzyła zbolałym tonem. – Czy zrobiłam coś nie tak? Czy pomyliłam się w przek…
─ Tu nie chodzi o ten cholerny przekład! – zaparzył się i praktycznie cisnął o nią teczkę z tłumaczeniem runów na angielski, który wręczyła mu chwilę temu Lily. ─ Nie chodzi o twoją pieprzoną robotę, ale o to, że nie mogę znieść twojego widoku po tym, co się dzisiaj dowiedziałem!
Lily cofnęła twarz, zupełnie jakby Dorian ją spoliczkował.
─ C…co?! Zostawiasz mnie na lodzie, bo ktoś ci coś o mnie powiedział?! Myślałam, że jesteś rozsądniejszy, Dorian!
─ Tu nie chodzi o to, że ktoś mi coś powiedział – zripostował, jego ton brzmiał trochę arogancko. – Sam to widziałem. I chyba pomyliłem się, co do ciebie.
Ale
─ Podjąłem już decyzję, Lily. Nie ma od niej odwołania.
Dziewczyna oparła ręce o stojącą za nią ławkę, jakby z obawy, że za moment zemdleje. Co ona miała teraz zrobić? Serce wybijało jej w piersi nierówny rytm, żołądek skręcał się nieprzyjemnie w napadzie paniki. Niemal nie mrugała, kiedy Dorian wycofał się i zniknął za regałami działu eliksinarnego, a razem z nim jej ostatnia nadzieja na godziwą przyszłość.
Tracąc transmutację, nie dość, że nie będzie mogła aplikować na kursy aurorskie, to jeszcze ze Szkoły Uzrowicielstwa odprawią ją z kwitkiem. W jednej momencie, z powodu jednego słowa, zaprzepaszczony został cały jej plan na przyszłość. Nie mogła uwierzyć, że nóż w plecy wbił jej kochany Dorian.
I nawet nie chciał powiedzieć, dlaczego!
Stała w tym miejscu – na środku biblioteki, podparta o ławkę – jeszcze przez kilka chwil, pogrążając się w rozpaczy. W myślach nakazywała sobie pozbierać się do kupy, ale rezygnacja, szok i zmęczenie skutecznie jej to udaremniały. Nie potrafiła się uspokoić.
Jedyne, do czego była zdolna, to przelanie wszystkich swoich kłopotliwych odczuć – troski o przyszłość, niepokoju, dlaczego Dorian się od niej odwrócił i w końcu przerażenia, jak poradzi sobie na egzaminie – w jeden, wielki, obezwładniający gniew.  Gniew takiego rodzaju, w którym działa się maksymalnie spontanicznie i nie zastanawia się nad swoimi wyborami.
Z głośnym prychnięciem wrzuciła wszystkie wypożyczone książki do wnętrza torebki, tupnęła swoim glanem o podłogę, po czym odmaszerowała, zaciskając pięści i zęby. W myślach odtwarzała sylwetki wszystkich osób, które mogły okazać się teraz przydatne. Obiecała sobie, że tak łatwo nie odpuści, że pokaże Dorianowi, co potrafi, chociażby tylko po to, żeby zrobić mu na złość.
Przypomniała sobie każdą rozmowę, jaką przeprowadziła z Chamberlainem w ostatnim czasie, każdą możliwą wskazówkę, która mogła doprowadzić ją do celu. Starała się myśleć jak najsprytniej, analizować fakty, doszukiwać się jakiś dźwigni, za które wystarczyło tylko pociągnąć.
Nim doszła do końca korytarza, już wiedziała, co zrobić.
Luke Davis.
Musiała dorwać go, zanim zrobi to Dorian.

+++


Emmelina i Mary siedziały na jednym z łóżek w dormitorium numer trzy, należącym do siódmoklasistek. McDonaldówna zaprowadziła je tutaj, wiedząc, że aktualnie w sypialni nie ma nikogo, a drzwi zostały pozostawione otwarte.
─ Co jeśli Larissa albo któraś z innych dziewczyn tu wtargnie? – zapytała z niepokojem Emma. Mary wysłała jej spojrzenie, które świadczyło, że Prefekt Naczelna boi jej się bardziej niż na odwrót.
 Emmelina długo musiała prosić Mary o uchylenie przed nią choć rąbka sekretu. To był ten rodzaj namawiania, kiedy intuicyjnie wie się, że w miarę proszenia i zawracania głowy w końcu uda się czegoś dowiedzieć, a nie, że z góry sprawa jest przegrana. Mary musiała być naprawdę zdesperowana i smutna, że postanowiła zwierzyć się właśnie jej, Spasłej Emmie, jak zwykła na nią mawiać. Titanicówna nosiła ogromny żal w sercu za te wszystkie złośliwości, które wysłuchiwała pod swoim adresem przez pięć lat, ale jednak miała dobre serce i nie potrafiła pozostać obojętna na smutek Mary. Przez całą jej opowieść zalewały ją kolejne fale współczucia, wymazujące przykre wspomnienia z wilą jak niewidzialne gumki.
 ─ Serena to właściwie moja ciotka – Tak brzmiały pierwsze słowa Mary, po bardzo długim milczeniu. – Ojciec porzucił moją matkę, kiedy była małą dziewczynką, a ona wiedziała o nim tylko tyle, że wyjechał imprezować gdzieś do Francji. Okazało się, że mój dziadek wdał się w romans z półwilą o imieniu Anette. Anette Marceau. Jak wiesz, mój brat, Kenny, uczył się we Francji. Nie mam pojęcia, co teraz robi, ale na pewno nie jest to legalne. W Beaux poznał Serenę, która – może ci się to wydawać dziwne, ale naprawdę tak jest – wyglądała zupełnie jak ja. No, dojrzalsza wersja mnie, bo Serena jest od nas o dwa lata. I ta blond.
No więc, kiedy prawda wyszła na jaw, a moja matka dowiedziała się, w jakim warunkach mieszka Serena i o tym, że jej matka jest alkoholiczką, wytoczyła proces w Ministerstwie o prawa rodzicielskie.
Emmelina zamrugała.
─ Wytoczyła proces? Przecież… przecież ledwo znała tę dziewczynę! Czy ona… czy Serena się na to zgodziła?
Mary spojrzała na nią jak na wariatkę.
─ Nie, wiesz co, szła w zaparte – zironizowała. – Myślisz, że gdyby z dnia na dzień rodzina Rowle’ów zapukała do kleptomanki McKinnon i powiedziała, że na dwa lata, a właściwie cztery miesiące, bo liczmy jedynie wakacje, zamieszka gdzie indziej, z tym że rodzinny przychód będzie dziesięciokrotnie wyższy, to nie zgodziłaby się?
Blondynka westchnęła.
 ─ To inna sytuacja. Marlena nienawidzi swojego rodzinnego domu.
─ To jest dokładnie ta sama sytuacja i podobny wymiar patologii. Serena nienawidziła swojego domu, swojej matki i Francji, dlatego ulżyło jej, kiedy nas znalazła.
Mary mówiła jak w amoku, jakby ktoś wbijał jej ten przebieg zdarzeń do głowy tyle razy, że była go pewna tak, jak że ma na imię Mary i jest wielką gwiazdą. Emmelina szczerze wątpiła, że wyglądało tak, jak ona to przedstawiała. Również nosiła w sercu mnóstwo pretensji do matki i Di, nienawidziła ich obsesji na punkcie wyglądu, ich przymusów do brania udziału w konkursach piękności. Ale nigdy nie opuściłaby ich tylko dlatego, że ktoś obcy postawiłby kuszącą ofertę, że zamieszka w pałacu i będzie miała do dyspozycji tysiąc galeonów miesięcznie. To było takie… płytkie.
─ Jak mówiłam, Serena zamieszkała z nami od bodajże grudnia siedemdziesiątego trzeciego. Miała wtedy piętnaście lat. Daliśmy jej zakończyć rok. W wakacje przed naszym czwartym rokiem Meadowesowie urządzali kotylion. Wiesz czym jest kotylion, Emmie?
Emmelina zdusiła niecierpliwy jęk.
─ Oczywiście, że wiem. Moja siostra też debiutowała u Meadowesów. Ja też tam wtedy byłam.
─ Serio? – zapytała Mary. Po jej tonie dało się wywnioskować, że wcale ją to nie interesuje. – Nie pamiętam cię. 
Emma za to pamiętała. Była sama pośród znajomych twarzy, bo nikt – ani to Dorcas, ani jej siostra, ani Mary, ani Syriusz, ani James nie zwracali na nią uwagi. Siedziała z boku i przyglądała się tańczącym parom, grupkom rozbawionych znajomych i zastawiała się, czy ktoś poprosi ją do tańca. Zrobił to jedynie jej kuzyn Adam, bo Di go przymusiła. A poza tym, całą imprezę przesiedziała przy stoliku najbliższej szwedzkiego stołu. Zjadła wtedy wszystkie babeczki cytrynowe i wypiła całą skrzynkę oranżady.
―Nieważne – mruknęła. – Co się wydarzyło na kotylionie?
Mary westchnęła. Najwyraźniej dochodziły do tej części historii, której nie lubiła.
― Serena mogła mieć o wiele lepsze życie z nami niż ze swoją matką, jednak po opuszczeniu Beauxbatons zostałaby zdana całkowicie na siebie. Jej status krwi był niepewny, dlatego zeswatanie ją z jakimś bogatym, czystokrwistym arystokratą graniczyło z niemożliwością. Nie możemy jednak zapominać o tym, że była półwilą. Trzymała wielki as w rękawie, czyli swoją urodę. Poza tym nie możemy zapomnieć o znajomościach moich matki. Kotylion był kluczowym elementem całego jej planu uratowania życia Sereny.
Emmelina w tej chwili poczuła, że ta historia przestaje jej się podobać. Jakaś francuska wila zostaje praktycznie porwana przez własną przyrodnią siostrę, wyjeżdża, nie dość, że ze swojego miasta, to jeszcze kraju, i zostaje sztucznie dołączona do zamożnej, czystokrwistej elity. Zbliżały się do nieodłącznego punktu w dojrzewaniu arystokrackiego dziecka – przymusowy ślub. Ta historia chyba nie mogła zakończyć się dobrze.
―Moja matka dzieliła w Hogwarcie dormitorium z Belle Potter – wówczas van Weert matką Jamesa. Mogła więc liczyć na jej wsparcie w poszukiwaniach wystarczająco naiwnego narzeczonego dla Sereny.  Znajomość z nią okazała się bardzo pomocna.
Emmelina wybałuszyła oczy.
― Chyba nie zmusiła do tego Jamesa?
Mary uśmiechnęła się kwaśno.
― Dobrze kombinujesz. Mogę się założyć, że takie rozwiązanie przeszło przez głowę mojej matki, ale Belle Potter jest chyba bardziej zrównoważona. Poza tym James był za młody, i to chyba zaważyło, żeby został zostawiony w spokoju. Ale James miał przecież kuzynów od strony matki. Niesamowity zbieg okoliczności sprawił, że na tym kotylionie pojawił się Phil van Weert, znacznie za stary na takie zabawy. Serena przypadła mu do gustu.
Coś w tonie Mary sprawiło, że Emmelina domyśliła się, iż to zauroczenie nie zostało odwzajemnione.
― Ale wtedy do akcji wkroczył James.
O, Merlinie, pomyślała Emma. Miała ochotę zakryć oczy, jakby na jej oczach odbywały się niebywale drastyczne sceny.
―Nie wiem, czy pamiętasz Jamesa i Syriusza w czwartej klasie. Jeśli nie – to przypomnę ci, że byli cholernymi gówniarzami. Oczywiście, teraz też nie są święci i przykładni, ale jednak odkryli, że mają coś takiego jak mózg i że byłoby fajnie nauczyć się z niego korzystać. W czwartej klasie umawiali się na wyścigi, a mówiąc dobitniej odmierzali sobie czas, który pierwszy dobierze się do swojej zdobyczy. Wiesz, zaczynali niewinnie od zwykłych całusów, ale potem już stracili wszelkie zahamowania. Serena była dla nich obu niesamowitym wyzwaniem, a dla Jamesa jeszcze zakazanym owocem, bo narzeczoną jego kuzyna. Black na początku trzymał się od sprawy z daleka, ale potem stwierdził: „Co mi szkodzi?”.
Latem przed piątą klasą wybraliśmy się z grupką znajomych na biwak. James spotykał się wtedy z DeVitt – przemilczmy to lepiej – ale ja łudziłam się, że może coś zaświta pomiędzy mną a nim. Niestety, okropnie się pomyliłam. Serena miała pobrać się w przeciągu miesiąca i nieźle jej odwalało. Ciągle powtarzała, że to nie ma sensu, że ona nie chce tak dłużej żyć, że nawet nie zna Phila… wiesz, takie narzeczeńskie bzdety. Być może jej skrajne szaleństwo było jednym z czynników, dlaczego tak łatwo się im dała. A może to po prostu dlatego, że jest taka głupiutka. W każdym razie, Phil przyłapał ją na zdradzie i doszło do strasznej awantury. Była z nami Mayie Potter – kojarzysz Mayie, prawda? Znasz chyba jej problem?
Emmelina wiedziała tylko tyle, co cała szkoła – że May Potter jest adoptowaną siostrą Jamesa, niezłą wariatką i że ćpa. Wiele osób twierdziło, że zgrywa chorą psychicznie, żeby w ten sposób się wybielić przed rodzicami, ale Emma szczerze w to wątpiła. Wyglądała na osobę naprawdę poszkodowaną przez życie.
― Widzisz, Mayie nie znosi hałasu, bijatyk i awantur. Traci wtedy nad sobą panowanie. Nie powiem ci, co dokładnie zrobiła, bo obiecałam Potterom, że nic nie powiem. W każdym razie Phil zmarł w dużym stopniu przez nią. James w pewnym sensie stanął w jej obronie, właściwie to i May, i Sereny, ale van Weertowie, jego własne wujostwo, uznało go za winnego tej śmierci i wytoczyło proces. 
Owszem, słyszała o jakimś dużym skandalu w rodzinie Potterów, ale w skali roku podobnych afer było mnóstwo. Nigdy nie przypuszczała, że stoi za tym coś tak dużego. Chociaż Mary pominęła znaczną część historii, obawiała się, że oskarżenie van Weertów nie było aż tak bezpodstawne. , rodzina, która traci nagle najstarszego syna nie może być racjonalna i często szuka winnych, byleby tylko jacyś byli, ale jednak raczej nie pozwaliby Jamesa, swojego siostrzeńca, gdyby nie mieli jakiś dowodów na jego winę. Znała Pottera od sześciu ładnych lat i wiedziała, że nie byłby on w stanie zabić niewinnego człowieka, a zwłaszcza członka swojej rodziny,  z premedytacją. Mógł on jednak wdać się w jakiś idiotyczny pojedynek i uśmiercić go zupełnie przypadkowo.
Boże, co on narobił!
― To nie jest koniec tej historii – kontynuowała suchym tonem Mary, jak osoba, która szykuje się, by powiedzieć najgorsze. Serena, która chciała wstawić się przed Wizetgamotem za Jamesem, dowiedziała się, że jest w ciąży. W grę wchodziło więcej kandydatów niż tylko nieboszczyk Phil, sama to przyznała. W takiej sytuacji nie mogła ukończyć szkoły, czyli straciła szansę na zdobycie jakiś kwalifikacji do zawodu. Po całej aferze z van Weertami zdobyła reputację niewiernej, łatwych obyczajów i przynoszącej zgubę. Można spokojnie powiedzieć, że była skończona. I wtedy… jakoś w lutym, kiedy było już blisko rozwiązania – zniknęła.
― Zniknęła? – powtórzyła Emmelina. Przecież to wy zapewnialiście jej jedyne źródło utrzymania.
 ― To nie jest w tym wszystkim najgorsze – powtórzyła Mary, jej głos przepełniony był jadem, wściekłością i rozczarowaniem. – Ja i matka, i mój brat, szukaliśmy jej wszędzie. Myślałyśmy, że wróciła do swojej brudnej matki, ale okazało się, że przez ten czas, kiedy nie było Sereny, zapiła się na śmierć. Ślad po niej zaginął. Nie przyszła na rozprawę Jamesa, która była odraczana przez praktycznie cały rok. Wygrał jakimś cudem tę sprawę, ale to tylko dlatego, że stawiła się za nim znaczna część rodziny Rowle’ów, pojawili się nagle jacyś podstawieni świadkowie, którzy przedstawili zupełnie inną wersję zdarzeń. Myślałam, że te sprawy nie są powiązane, dopóki nie zmusiłam wczoraj Skye DeVitt do powiedzenia mi, co zrobiła z Sereną.
― Skye?
― Tak, Skye. Skye i Black.
Emmelina zmarszczyła brwi. Nie znała Skye DeVitt dobrze – będąc całkowicie szczerą, to ledwo kojarzyła ją z widzenia, ale jeśli w całe przedsięwzięcie uwikłany był Black, i wzburzyło to nawet Mary, to musiało stać się coś zaiste okropnego.
― Serena bała się powiedzieć chłopcom o swojej ciąży, i w sumie wcale jej się nie dziwię. Ale ja nie pozwoliłam im żyć w błogiej nieświadomości. Najwyraźniej Black uznał ją za osobą niepotrzebną i uprzykrzającą mu życie, bo postanowił zlikwidować ją, przy okazji ratując swojego najlepszego kumpla. Zeznania świadków nie były spójne. Za osobę odpowiedzialną za śmierć Phila podawali albo Jamesa, albo May, albo Serenę właśnie. No, niektórzy twierdzili, że na miejscu zbrodni widzieli jeszcze inne osoby, ale naprawdę ciężko mi to skomentować. Nie widziałam całego zajścia, jedynie fragment. W każdym razie musiał istnieć jakiś dowód, który pogrążył Serenę, a w okresie, kiedy jej reputacja była tak zhańbiona, nietrudno było znaleźć jakiś fałszywych świadków, którzy ją pogrążyli. To Serena została uznana za winną śmierci swojego narzeczonego.
Emmelina zaniemówiła. Chciała, żeby Mary zakończyła już swoją opowieść, przestała mącić jej w głowie i przestała burzyć jej wizję świata. Chociaż wiedziała, że powinna być świadoma takich zagrożeń i poznać podobne tragiczne historie, doszła do wniosku, że usłyszała już zbyt wiele. Nie chciała, żeby i tak wystarczająco negatywne spojrzenie na dwójkę najpopularniejszych Huncwotów, pogorszyło się jeszcze bardziej.
Kiedyś Emmelina uwielbiała czytać. Spędzała całe dnie na hamaku w jej ogródku, zajadając babeczki i śledząc kolejne zmagania bohaterów. Mimo że nienawidziła przewidywalnych historii, miała natrętny nałóg czytania zawsze ostatniej strony książki. Kiedy wiedziała już, kto przeżyje, a kto nie, co się zmieni w życiu jej ulubionych bohaterów i czy główna para nareszcie się pocałuje, mogła zacząć lekturę.
Tym razem było inaczej. Tym razem Emmelina naprawdę nie chciała znać zakończenia tej historii.
 ― Dlaczego nie jestem zaskoczona, kiedy zobaczyłam twoje zdjęcia? – zapytała sama siebie Mary. – Bo historia lubi się powtarzać. A wtedy dokładnie tak samo się to wszystko zaczęło. Jak myślisz, dlaczego James mnie zostawił? – zapytała nagle. Jej głos zaczął niebezpiecznie drżeć. – Nie chciałam mu się dać. Wolałam zaczekać… aż trochę wydorośleje. Kocham go, Emmelino. Pomimo wszystkiego, co zrobił. Byłam świadkiem tych wszystkich strasznych wydarzeń, tak samo jak on widział okropne rzeczy, które ja robiłam. Znam go na wylot, i kiedy mówię, że chcę z nim być, to z takim, jakim jest naprawdę. Akceptuję jego wady i wierzę w to, że kiedyś się poprawi. On bardzo się zmienił, kiedy był ze mną. To Evans budzi w nim stare instynkty. Budzi Hyde’a z Jekylla. Dlatego tak bardzo mi zawadza. Jeśli Jamesa naprawdę nie obchodzę… jeśli nigdy nic dla niego nie znaczyłam, tak jak Serena, to w porządku. Jego szczęście jest dla mnie najważniejsze. Ale nie dam rady przyglądać się obojętnie, jak cała historia zatacza koło. Nie mogę widzieć tego wszystkiego i czekać, aż ktoś zginie i zajdzie w ciążę! Po prostu nie mogę, Emmelino.
I Emmelina także nie mogła. Przed oczami zobaczyła zdjęcie z Lily – słodką Lily – i Jamesem w tak dwuznacznej pozycji. Titanicówna nigdy nie martwiła się o swoją rudowłosą przyjaciółkę. Wydawało jej się, że osoba tak inteligentna, nieufna i ostrożna jak Evans, nie da się wciągnąć w coś tak niebezpiecznego jak ta dziewczyna, Serena.
Najwyraźniej się myliła.
Ona nie myśli teraz racjonalnie, pomyślała melancholijnie. Merlinie, ona nie jest nawet tego wszystkiego świadoma!
Chociaż… znała przecież Mary wystarczająco długo, żeby spodziewać się z jej strony jakiegoś przekrętu. Czy ta cała historia naprawdę była prawdziwa lub faktycznie obiektywnie opowiedziana? Roiło się w niej od niedociągnięć, domysłów i absurdów. Sama Mary przyznała, że nie widziała śmierci kuzyna Jamesa, co więcej, wcale nie miała dowodów na to, że James i… i Syriusz faktycznie z nią spali.
Przecież znała Blacka. Chodziła z nim. On nigdy nawet nie namawiał jej do seksu. Nie twierdziła od razu, że jest prawiczkiem, bo naprawdę nie miała pojęcia. Ale wątpiła, że byłby w stanie przespać się z dziewczyną, zostawić ją w ciąży, a potem wrobić w zabójstwo byłego narzeczonego i odesłać do Azkabanu. Jamesa nie znała wystarczająco dobrze, żeby stwierdzić, do czego jest zdolny, a do czego nie, ale skoro tak wiele dziewczyn – w tym Lily – na niego leciało, to nie mógł uosabiać zła na tym świecie.
Mary… ― zaczęła delikatnie, podnosząc głos. – Ja… ciężko mi uwierzyć, że Syriusz mógłby zrobić coś takiego. Ja wcale nie mówię, że kłamiesz! – zaparła się, podnosząc ręce, widząc nieprzychylne spojrzenie wili. – Ale… nie wiem, co chcesz, żebym z tym zrobiła. Tym bardziej, że… że ja nie mam pewności.
― Nie masz pewności?! – powtórzyła Mary. Jeśli nie urodziłaby się człowiekiem, to mogłaby w tamtej chwili powstać jako burza. ― Jak możesz, Emmelino? – wybuchnęła. Jej ton zabrzmiał równocześnie jak zarzucenie zdrady i grzmot. – Czy on nie zachował się tak samo w stosunku do ciebie? Czy nie umawia się z innymi na boku? Nie zdradzał? Nie traktował jak panienkę do wyruchania? Nie ośmieszył? Nie zostawił?
Emmelina przełknęła głośno ślinę. Nie chciała o tym myśleć. Nie mogła dać się zmanipulować.
Nie, nie, nie, nie, nie!
― Nigdy nie myślałaś o zemście?
Nigdy nie myślałam o zemście.
Nigdy nie myślałam o zemście.
Nigdy nie myślałam o zemście.
Blondynka łudziła się, że w miarę powtarzania tej formułki, zacznie być niej pewna, tak samo jak Mary była pewna, że Serenie podobała się przeprowadzka do McDonaldów. Niestety, nie potrafiła.
Bo myślała o zemście.
Niemal całymi dniami, po ich zerwaniu, a raczej po tym, jak jego zdrada wyszła na jaw. Chciała upokorzyć go, tak jak on upokorzył ją. Chciała zadać mu ból – psychiczny, fizyczny, a najlepiej oba na raz. Chciała skraść jego serce, a następnie złamać je i pokroić na maleńkie kawałeczki. Chciała, żeby cierpiał.
Mary patrzała jej w oczy, niemal nie mrugając. Coś w jej wyrazie twarzy zdradzało, że wie, o czym Emma teraz myśli. Wielkie, niebieskie tęczówki wpatrywały się w nią uparcie, wręcz wywiercały dziury w jej głowie, i krzyczały: „Jesteś taka sama jak Mary!”.
Taka sama…
Blondynka przypomniała sobie pewną książkę, w której opisany został mugolski obrzęd manipulacji umysłu, zwany bodajże hipnozą. Zahipnotyzowany bohater przypominał trochę czarodzieja pod wpływem zaklęcia Imprerius. Wewnętrzny głosik nakazywał mu robienie mnóstwa rzeczy, których nie dokonałby w normalnych okolicznościach. Emmelina próbowała się bronić, ale w miarę myślenia o Serenie i tym, co ją spotkało, czuła, że chyba nie da rady.
─ Nie jestem taka jak ty – wyrzuciła, ale bardzo słabym i nieśmiałym głosikiem. Czując, że to za mało, skłamała głośno: – Nie myślałam o zemście.
Mary uśmiechnęła się smutno.
─ No nic… ja myślałam. Zwłaszcza wczoraj. Kiedy Skye mi powiedziała o tym, co zrobiła z Syriuszem. I kiedy uświadomiłam sobie, że nigdy się nią nie zainteresowali. Żaden z nich. Chociaż wiedzieli, że… że ona może być matką ich syna. Chciała nazwać go Biff, wiesz? Biff Marceau. Teraz nawet nie wiem, czy go urodziła. Nie zdziwiłabym się, gdyby poroniła.
─ To… okropne.
A Lily zaczyna czuć coś do Jamesa. Sama widzisz, jak się ostatnio zachowuje. Przecież przyznała, że się z nim całowała. Rzuciła się na mnie na transmutacji. Teraz jeszcze te zdjęcia… ― Mary westchnęła ciężko, po raz kolejny skutecznie zmuszając Emmelinę do myślenia.
─ Ona… ona powinna wiedzieć ― powiedziała swoją ostatnią w miarę rzeczową myśl. ― Mary, musisz jej powiedzieć!
Dziewczyna parsknęła.
─ A po co? Żeby James miał do mnie pretensje? Zresztą, Evans i tak mnie nie posłucha. Nienawidzi mnie.
To nieprawda!, chciała krzyknąć Emma, ale uświadomiła sobie, że byłoby to zwykłe łapanie się brzytwy przez tonącego.
Poza tym - skoro o całej sytuacji wiedziała jedynie Mary - to okropne, ale Emma doszła do wniosku, że wyszłaby z tego płazem. Mary nie budziła w nikim zaufania ani pozytywnych odczuć, każdy spodziewał się po niej najgorszego… na pewno nikt nie byłby zaskoczony, gdyby w przypływie złego humoru rozpowiedziała całej szkole sekret Jamesa, swojego „ukochanego”. Nikt nie podejrzewałby Emmeliny, nawet jeśli Mary wskazałaby ją jako winną.  
Mary myślała, że Titanicówna jest niewinna. Że nie powie o tej historii nikomu z wyjątkiem Lily, która zresztą i tak jej nie posłucha. Nie przypuszczała, że byłaby zdolna do prawdziwej zemsty. Nie tylko na Syriuszu, ale przede wszystkim na niej, na Mary.
W myślach wyobraziła się wszystkie następstwa sytuacji, w której ten sekret ujrzałby światło dzienne. Co stałoby się z Mary? W pierwszej kolejności, straciłaby zaufanie Pottera na zawsze. Mogłaby zapomnieć o powrocie do niego, a nawet na utrzymywaniu jakiejkolwiek znajomości. Zadarłaby z Huncwotami, a takie sytuacje nigdy nie kończyły się szczęśliwie. W końcu, przez podobną fałszywość cała szkoła zaczęłaby nienawidzić jej do tego stopnia, że jedyne, co by jej zostało, to ucieczka do Francji na resztę edukacji.
Zapłaciłaby za wszystko. Black również byłby skończony. Na pewno nie straciłby całkowitego powodzenia jeśli chodzi o kontakty z dziewczynami, ale na pewno znacznie mniejsza ilość serc zostałaby złamana. Rozważniejsze dziewczyny trzymałyby się od niego z daleka. James też miałby za swoje. Nie zrobił nic Emmelinie, ale po tej aferze ze zdjęciami – które musiały należeć do niego, bo do kogo? – przestało jej być go żal.
Wiedziała już, bo zrobić – musiała udać się do Summer Blake, licząc na to, że Piękności zainteresują się nowym skandalem.

+++

Ilość skandali, jakie obeszły Hogwart do pory śniadaniowej, nie mogła przejść obok uszu Ślizgonów. Zwykle trzymali się oni z daleka od brudów życiowych Huncwotów i reszty Gryfonów, ale tym razem nowina była tak pyszna, że nawet oni nie mogli tak po prostu jej zignorować. Przez cały posiłek, kolejne osoby szeptały między sobą, chichotały i wymieniały się plotkami. Zdawało się, że cała huczy na ten jeden jedyny temat, i że nie ma ani jednej osoby, która nie znałaby pikantnych szczegółów kartki z życia dwóch najpopularniejszych chłopców tej szkoły.
Znalazł się jednak wyjątek. Rozgłos ten nie objął pewnego Ślizgona-samotnika, którego plotki wybitnie nudziły, a jeśli dotyczyły jakiś romansików jego dwóch najbardziej znienawidzonych osób w tej szkole – Pottera i Blacka, to już w ogóle nie było szans, że mógłby w ten temat brnąć.
Severus Snape śniadanie jadł w samotności. Udało mu się znaleźć tak zacienione miejsce na krańcu stołu, że nie zwracał niczyjej uwagi, bez względu na to, czy siedział w bliskiej sąsiedztwie danej osoby, czy też przy zupełnie innym stole. Słyszał mimochodem znajome imiona, ale nie miał ochoty zawracać sobie nimi dzisiaj nosa. Niestety, plotka okazała się zbyt silna, nawet jak na niego. Z błogiej nieświadomości kolegę wyrwała Regina, szesnastoletnia współlokatorka Jo Prewett i największa plotkara w całym ich domu.
Na początku roku szkolnego Severus starał się znaleźć w Reginie Bulstrode jakieś cechy wspólne pomiędzy nią a Lily. Łudził się, że w ten sposób znajdzie sobie dostępniejszą, bardziej do siebie podobną, ale równie idealną przyjaciółkę. Oprócz koloru włosów i stosunkowo niskiego wzrostu, różniły się zasadniczo. Przede wszystkim Regina była silniej zbudowana, nie wyróżniała się tak drobną, delikatną, kobiecą budową, jej włosy nie stanowiły świetlistej aureoli wokół głowy, w jej pospolitych oczach nie dało się dostrzec ani inteligencji, ani nawet sprytu. Może ktoś inny nie zwróciłby na to uwagi, ale on – owszem.
Znał Evansównę najlepiej ze wszystkich osób w tej zakichanej szkole, pamiętał każdą bliznę, każde zadrapanie, ciemniejsze miejsce na skórze, potrafił odtworzyć układ cieni i barw, osłaniających jej twarz. Znał kształt, ba, najmniejszy kontur w jej budowie zewnętrznej i w takich właśnie chwilach – kiedy jadł samotnie śniadanie i starał się ukrywać przed nikim i wszystkimi równocześnie, zwykł odtwarzać swoją szczegółową wizję w głowie. Dzięki temu miał złudne wrażenie, że on i ona wcale się nie pokłócili, że wszystko jest idealnie i po staremu, a Lily zrobiła mu uroczą niespodziankę i postanowiła zjeść obok niego.
Przez chwilę, kiedy zobaczył rudą sylwetkę kroczącą w jego kierunku, oniemiał i zaczął łudzić się, że marzenie się spełniło. Niestety, to była tylko Regina.
― Są poprzyczepiane praktycznie wszędzie – oświadczyła z uciechą w głosie, ciskając w niego jakimiś zdjęciami. – Nie wiedziałam, że twoja dziewczyna jest taka niewyżyta.
Chłopak niechętnie podniósł fotografię na wysokość oczu. Nie spodziewał się zobaczyć niczego interesującego. Kiedy ogarnął zdjęcie wzrokiem, czuł się jak przebudzony z długotrwałej śpiączki. Uświadomił sobie, że zwlekał zbyt długo, podczas gdy wróg nie spał. Zerwał się z miejsca. Musiał dowiedzieć się, skąd Regina ma te zdjęcia. Chciał dorwać osobę odpowiedzialną za to ośmieszenie i ukarać ją wystarczająco okrutnie.
Nie musiał szukać długo. Wystarczyło wyjść z Wielkiej Sali, żeby zobaczyć twarze romansujących Evans i Pottera tysiące razy. Regina wcale nie przesadzała, mówiąc, że są wszędzie. Zdjęcia powtykane zostały we framugi drzwi, w szyby okienne, poprzypinane na ścianach, przyklejone do sufitu. Na ławkach znajdowało się nawet dziesięć sztuk, do podłóg kleiły się kolejne pobrudzone kopie. W niektóre zdjęcia młodzież hogwarcka zaczęła już ingerować, rzucając obrzydliwe zaklęcia. Snape z przerażeniem przyglądał się temu wszystkiemu.
Uświadomił sobie, że doszło właśnie do upadku anioła. Nic dziwnego, że Lily, znana ze swojej pruderii, czasem wręcz oziębłości, wywołała taką sensację. Anioły nie grzeszyły. Ich upadki musiały być głośne.
Wściekłość zalała go falą tak obezwładniającą, że aż zabójczą. W jednej chwili siedział, samotny, spokojny i znużony, a teraz przyglądał się, jak jego jedyna miłość oddała się wrogowi. Życie Severusa roiło się od tragicznych momentów i zwrotów akcji, ale tego jednego – kiedy stał na środku korytarza, a wszędzie wokół widział rozebraną do bielizny Lily i majstrującego przy jej staniku Pottera – nie zapomniał nigdy. Przeczuwał, że ta sceneria nawiedzać go będzie w najgorszych koszmarach, że zobaczy ją podczas tortur, że obraz ten nie zejdzie nawet w momencie jego śmierci.
Musiał znaleźć Lily. Musiał ją znaleźć i wlać jej trochę oleju do głowy, skoro straciła go doszczętnie przez obcowanie z Potterem. Jeśli jej nie znajdzie, to zadowoli się chociaż tym idiotą. Miał ochotę zamordować go za to, że kiedykolwiek dotknął Lily.
Jego Lily.
Szukał jej – albo jego, w tamtym momencie nie miało to znaczenia – jak w amoku. Nie myślał, nie czuł ani nie zastanawiał się nad swoim położeniem, bo to wszystko sprawiało mu olbrzymi ból. Zobaczenie tych zdjęć było jakby niewidzialna ręka odkroiła mu serce. Gdyby zaczął się nad tym zastanawiać, ten organ włożony zostałby ponownie, tylko po to, by ponownie go wykroić.
Trzymał w ręku tą jedną odbitkę, którą pokazała mu Regina, jak jakiś nóż, którym mógł wymierzyć sprawiedliwość. Nie obchodziły go okoliczności, w jakich doszło do wykonania tego zdjęcia. Zapomniał już nawet o początkowej wściekłości na osobę odpowiedzialną za rozwieszenie kopii po całej szkole. Skupił się jedynie na odnalezieniu Lily – jedynej osoby, która mogła mu to sensownie wytłumaczyć.
Znalazł ją po pewnym czasie – ciężko było mu stwierdzić, ile właściwie trwały jego poszukiwania, bo wyłączył swoją świadomość.
Lily siedziała na zewnątrz, oparta o drzewo na błoniach, w ciepłej kurtce, która nie należała do niej. Severus pomyślał złośliwie, że pewnie należy do Pottera. Na widok znajomej rudowłosej twarzyczki, serce wybiło mu w piersi nierówny rytm. Uczucie, że właśnie ktoś mu je kroi, wróciło z podwójną siłą.
— Sev? – zapytała z zaskoczeniem w głosie. Severus ani drgnął. – Przestraszyłeś mnie.
Severus nienawidził jakichkolwiek zdrobnień od swojego imienia, dlatego nawet rodzona matka mówiła doń: „Severusie”. W ustach Lily zdrobnienie „Sev” brzmiało słodko i ciepło, jakby w tym słowie zamknięty został jej uśmiech.
— Dlaczego patrzysz tak na mnie? – zapytała. Jej głos nie był już tak pewny siebie jak zwykle. Wstała na równe nogi. – Co się stało?
— Coś ty zrobiła… — szepnął, bo to jedyne, co Snape potrafił z siebie wykrzesać. Zastanawiał się, czy patrząc na jakąś osobę, można odgadnąć, czy uprawiała z kimś seks czy nie. Jeśli chodziło o Lily, to dostrzegał taką samą niewinność jak zwykle.
Czyżby to wszystko było złudne?
Lily uniosła prawą brew. Opierała się ramieniem o drzewo, ale jej ramię znajdywało się za nim, jakby chciała się przed nim ukryć. Severus podszedł w jej kierunku i złapał ją za rękawiczkę, zanim zdążyła zareagować. Śnieg prószył delikatnie. Śnieżynki obracały się wokół własnej osi, spadając z bielutkiego nieba. Łaskotały jego policzki i nos, delikatne jak rzęsy Lily.
— Okłamałaś mnie – odparł dobitnie. Lily przeszedł dreszcz, jakby w jego słowach ukryte zostały kryształki szronu. Oddaliła się od niego o krok. Snape wbił paznokcie w jej przegub dłoni, uniemożliwiając jej ucieczkę. — Powiedziałaś, że on cię nie interesuje! Że jest tylko zarozumiałym palantem! Jeszcze rok temu nie chciałaś na niego spojrzeć!
Lily zaniemówiła. Jej spojrzenie było nieobecne, jakby próbowała skleić wszystkie elementy układanki w całość. Paznokcie Severusa wbijały się coraz mocniej w jej przeg w dłoni, i w końcu dziewczyna syknęła z bólu. Kiedy Snape rozluźnił uścisk, wyrwała się i oddaliła na kilka kroków, jakby bała się go dotknąć.
─ Jest zimno – odparła. Jeśli jej ton głosu miałby jakąś temperaturę, to z pewnością byłaby ona niższa niż ta, na którą narzekała. – Idź poćwiczyć Cruciatusa na sikorkach i drozdach, a ja wracam do zamku.
Już miała go wyminąć i uciec z powrotem do szkoły, gdy Snape złapał ją za ramię i przyciągnął z powrotem do siebie. Lily uderzyła go w dłoń, ale nawet tego nie poczuł. Lily zawsze była strasznie słaba fizycznie, przypomniał sobie. Niewykluczone, że Potter po prostu ją do TEGO zmusił.
— Powiedziałaś, że go nienawidzisz! — warknął. – Jeśli robisz to tylko, żeby doprowadzić mnie do szału, to dobrze, wygrałaś! Zakończmy to po prostu, Lily – poprosił bezsilnie. — Zrobię wszystko, co zechcesz. Przestanę zadawać się z Averym, Wilkesem, Mulciberem… przestanę interesować się czarną magią… przestanę ci się nawet narzucać! Tylko… tylko nie rób tego. Trzymaj się z daleka od Pottera. Nie pozwól, żeby coś takiego – uniósł fotografie Reginy przed jej oczy – kiedykolwiek się powtórzyło.
Oczy Lily rozszerzyły się. Momentalnie przestała się wierzgać. Wyglądała na wstrząśniętą – więcej – wyglądała na zrozpaczoną. Uniosła dłoń na wysokość fotorgrafii, jakby bała się jej dotknąć. Przygryzła brew.
─ Skąd… skąd ty to masz? – pisnęła, nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem. – Jak...
— Jest porozwieszane na praktycznie każdej ścianie tej pieprzonej szkoły! – warknął, ciskając papier na ziemi. Lily była na tyle wzruszona, że nie zbeształa go nawet za śmiecenie. — Taki właśnie jest Potter! Pozwoliłaś, żeby sprawy zaszły za daleko, a teraz on chwali się tym przed całą szkołą!
Lily zbladła. Wygadała, jakby zaraz miała się rozpłakać.
─ Po… porozwieszane? — wydukała, jakby drugie zdanie w ogóle do niej nie dotarło. — Boże, gdzie?
Wszędzie — wycedził, puszczając jej ramię.
Snape znał jej skłonność do nagłych omdleń, dlatego widząc, jak jej twarz traci kolory, obawiał się, że zaraz padnie jak długa.
Lily…
Dziewczyna zakryła dłonią usta. Zanim Severus zdążył powiedzieć choć jedno słowo, już biegła w kierunku zamku.

+++
               
James, Syriusz i Peter znali madame Pomfrey tak dobrze, że mogli właściwie być z nią na ty. Black nawet kiedyś próbował trochę się z nią spoufalić – otoczył ją ramieniem i zapytał coś w stylu: „Jak tam zdrówko, Poppy?”. Został u niej w skrzydle na cały weekend. Pozostali chłopcy też nagminnie odwiedzali „twierdzę Poppy”. Najczęściej zaglądali do Remusa, który na tydzień przed pełnią (często również tydzień po pełni, co daje w sumie pół każdego miesiąca) bywał tu częściej niż w Wieży Gryffindoru.
James potrafił odtworzyć w myślach wszystko – począwszy od przebarwień na ścianach, przez ułożenie łóżek, a skończywszy na pajęczynach w rogach skrzydła. Wydawało mu się ono niesamowicie nudnym pomieszczeniem. Śnieżnobiałe ściany, zszarzałe pościele okrywające łóżka tak prymitywne, że aż mogące zostać nazwane pryczami, puste szafki i parawany o mdłym kolorze – to wszystko przypominało mu oddział zamknięty w Mungu. Nienawidził tego miejsca, a zwłaszcza licznych odwiedzin May, kiedy tam przebywała.
Tego poranka chłopcy siedzieli przy łóżku Remusa od paru ładnych godzin. Syriusz co jakiś czas z nudów zaglądał do gabinetu madame Pomfrey i zadawał irytujące pytania, podczas gdy Peter zdążył wyjeść wszystkie cukierki dla pacjentów, które leżały w półmisku na środku przedsionka dla odwiedzających. James przybył tutaj zaraz po rozmowie ze Skye. Chociaż chciał być wsparciem dla przyjaciela, szczególnie, że za kilka godzin rozpoczynała się pełnia, ale przyłapał się dzisiaj na okropnym rozkojarzeniu. Starał się uchwycić ulotne myśli, ale stały się one niczym para – osadzała się na jego dłoniach, ale nie mógł zebrać jej w całej okazałości.
― Powinniście iść już na śniadanie, James – odezwał się Remus, który jak zwykle czuł się niekomfortowo z myślą, że zabiera czas swoim przyjaciołom. Był im wdzięczny za wsparcie i pomoc, ale jednocześnie nie potrafił się z tym wszystkim uporać. Gryzło go przeczucie, że traktuje ich po macoszemu i że nie potrafi im się należycie odwdzięczyć. W dodatku świadomość, iż wieczorem może dojść do tragedii, że to on spowoduje tę tragedię, zdecydowanie nie pomagała mu w funkcjonowaniu. Wiedział, że takie myślenie jest złe, ale zdecydowanie wolał zrobić krzywdę jakiemuś wędrowcowi z Hogsmeade niż osobom tak mu bliskim. 
― Daj spokój – uciął chłopak, patrząc na niego ze współczuciem. – Nie sądzę, że w ogóle pójdę dzisiaj na lekcje. Zastanawiam się, czy warto.
―Jak to zastanawiasz się? Chodzenie na lekcje to twój obowiązek! Nie pozwolę ci zawalać szkoły z mojego powodu!
James uśmiechnął się huncowcko.
― Odpoczywaj.
Ja…
― Trzymajcie swojego kolegę z daleka ode mnie! – krzyknęłą madame Pomfrey, wyskakując ze swojego gabinetu. W rękach trzymała tackę pełną buteleczek, probówek i szklanek z bulgoczącymi kolorowymi wywarami. Spoglądała na Blacka i marszczyła brwi, zła jak osa. Syriusz, stojący tuż za nią i trzymający ją w talii, jak dziecko chowające się za matką, wydął usta w podkowę i teatralnie chwycił się za serce.
Poppy! Po tym wszystkim co przeszliśmy…
― Albo umilniejsz, albo wyproszę stąd ciebie i twoich kolegów. Pan Lupin musi odpoczywać, a wy jesteście tu znacznie dłużej niż piętnąście minut! Ile razy mówiłam – piętnaście…
― Tak, tak, tak… sześć osób, piętnaście minut, bez krzyczenia, wierzgania, atakowania – wyrecytował Syriusz, naśladując trajkot madame Pomfrey. ― Wiemy, Poppy, ale chyba możesz przymknąć na nas oko – mrugnął do niej, jakby chcał pokazać, jak to się robi ― no wiesz, w imię naszej miłoś…
― Wynocha! ― przerwała mu natychmiast, chwytając przy okazji za kołnierz Petera, który wracał właśnie do skrzydła z ciastkiem w ręku. – Ty też! ― zwróciła się do Jamesa. – Skończyła się moja cierpliwość!
― Ależ Poppy…
― Przeszkadzacie moim pacjentom! Wynocha!
Syriusz ruszył się jako pierwszy, powoli i leniwie zmierzając do przedsionka dla odwiedzających. Madame Pomfrey już miała wypchnąć go na zewnątrz, gdy raptem do skrzydła wleciała następna osoba, wykrzykując sprzeczne:
─ BLACK! BLACK, ty niemoto, zatrzymaj się, zanim usunę ci wszystkie kończyny!
Black zatrzymał się i spojrzał w kierunku Poppy. Wyraźnie był zachwycony, że dwie najbardziej charakterne kobiety tej szkoły – pielęgniarka i Lily Evans – będą popychać go kolejno ze skrzydła, i do szkrzydła. Tymczasem Peter, który zdążył już zbliżyć się do drzwi, a wbiegająca Lily kompletnie go staranowała, rozmasował sobie głowę i z ekscytacji upuścił jedno ciastko. James zmarszczył czoło.
― Panno Evans, Black właśnie wycho…
― Przepraszam, proszę pani ― przerwała jej wpół słowa Lily. Wyglądała nie tylko na wściekłą, ale wręcz kipiąca gniewiem. ― Ale wolę, żeby Black pozostał w pobliżu jakieś opieki medycznej, bo obawiam się, że może być mu wkrótce potrzeb…
― Lily, spokojnie – próbował uciszyć ją Rogacz, podchodząc bliżej całego starcia. Poppy Pomfrey chyba uświadomiła sobie, że jeśli chce dać Blackowi nauczkę, to najlepiej zostawić go sam na sam z Evans, bo warknęła, że „mają piętnaście minut” i poszła w kierunku końca skrzydła, zaczynając podawać leki. Lily odczekała aż oddali się wystarczająco, po czym syknęła:
─ Czy ty jesteś naprawdę tak popierdo
─ Ej, ej, Evans, kochanie, ranisz mnie! Przecież wiesz, jak bardzo cię kocham… moje serce już nigdy nie zostanie napra…
─ To nie jest zabawne! – wrzasnęła. Pielęgniarka odwróciła się w jej stronę z miną, która mogłaby ją zabić albo sparaliżować. Lily ściszyła głos do teatralnego szeptu. – To… takie rzeczy są nielegalne. Nie wiem, czy są to wymogi Ministerstwa, ale na pewno zabronione są przez prawo brytyjskie i przysięgam, że jeśli natychmiast tego nie naprawisz, to cię zgło…
─ Co ty jej zrobiłeś, Syriuszu? – zapytał z rezygnacją Remus, który pomimo tego, że leżał na łóżku oddalonym kilkadziesiąt stóp od miejsca sporu, słyszał szept Lily dokonale. James przyglądał się tej interakcji z wyraźnym rozbawieniem.
Nic! ―przysiągł chłopak. Rozbawienie i szok mieszały się w jego oczach.
Lily – odezwał się James cierpliwym tonem –  jeśli chodzi o to, że zamknął nas w cieplarni, to już dostał nauczkę i naprawdę nie musisz…
─ ZAMKNIJ SIĘ! ― warknęła, ponownie zwracając na siebie uwagę. Tym razem już jej to nie obchodziło. ― Nie chodzi mi o ten absurd! ― odwróciła się w kierunku Blacka. — Czy ty zdajesz sobie sprawę, co to dla mnie oznacza? Jak bardzo mnie ośmieszyłeś? Jak bardzo zrujnowałeś całą moją reputację, na jaką ostatnią dziwkę przez ciebie wyszłam? CZY TY MYŚLISZ, ŻE TO BYŁO ZABAWNE?!
— Evans, kotku, naprawdę nie wiem…
— O to mi chodzi! – krzyknęła, sięgając do kieszeni szaty. Sekundę zajęło jej wyciągnięcie kilkunastu sztuk tego samego zdjęcia. Każda odbitka była podarta, pognieciona i doszczętnie zniszczona przez ich kolekcjonerkę. Oczy Blacka, zaspane i zwężone w szparki świadczące o lekkim podirytowaniu, rozszerzyły się i zabłysły w wyrazie szoku. Peter, zauważając jego minę, zbliżył się do dziewczyny i zerknął na jedną z fotografii. Zamarł i ukradkiem spojrzał na Jamesa. Ten z kolei wysyłał ostrzegawcze spojrzenia do swojego najlepszego przyjaciela, który kompletnie go ignorował. Lily uniosła zdjęcie tak, że zobaczył je zarówno James, Remus, jak i spora część skrzydła. 
— Wygląda znajomo? – wycedziła.
Lupin zamrugał, spojrzał z zaskoczeniem na Pottera, potem na Lily, a w końcu na poruszonego Syriusza. Kilka susów wystarczyło Rogaczowi  do złamania dystansu pomiędzy nią a centrum wydarzeń. Dopadłszy Evans, wydarł jej z rąk wszystkie kopie zdjęcia, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. Lily musiała przyznać jedno – spodziewała się, że cała ta sytuacja cholernie go rozbawi. Nie rozbawiła. James wyglądał na dziesięć razy bardziej wzburzonego niż ona.
─ O kurwa — skomentował Black, lekko nawet skruszonym tonem.
─ Chcę odbitkę! – wykrzyknął z uciechą Pettigrew, ale zamilkł pod ostrzem spojrzenia swojego przyjaciela w okularach.
Całe skrzydło, łącznie z panią Pomfrey i rozchorowanymi hogwartczykami, zwróciło spojrzenie ponownie w stronę Blacka. Wyglądało to trochę jak na meczu Qudditcha – publiczność błyskawicznie wracała wzrokiem do tej osoby, która łapała piłkę, czyli w tym wypadku – zabierała głos. Przyszedł czas na komentarz Syriusza, najwyraźniej winnego całemu incydentowi.
– Ja nie wiem… Rogacz, naprawdę nie mam pojęcia, skąd ona – wskazał na Lily, która rozdziawiła usta z oburzenia – je ma. Ja…
— To ty robiłeś te zdjęcia! – krzyknął, ciskając w niego odbitkami. — Robiłeś je wczoraj, w cieplarni, zanim nas tam zamknąłeś. Mówiłeś, że je usunąłeś!
— U…usunąłem. Dzisiaj rano, zaraz jak wstałem.
— Wyrzuciłeś kliszę? — zapytała Lily z powątpiewaniem.
— On nie jest na klisze… on nie działa jak mugolski aparat analogowy, Evans. On… no, generalne to był mugoski aparat analogowy, ale ja go trochę… no, ten podrasowałem.
— Łapo… — jęknął James, przeciągając otwartą dłoń po twarzy.
— Jak on działa? – przerwała mu rudowłosa.
— Robisz zdjęcie – tłumaczył Łapa – i potem tak jakby… wybierasz, a one… wyskakują.
— Jak w tosterze? – odezwał się Peter. Lily kopnęła go w łydkę.
— No, nie do końca… ja… ech. Nie wytłumaczę wam tego. Nie pojmiecie. Mój wynalazek jest zbyt złożony i skom…
Evansówna warknęła. Syriusz natychmiast umilkł.
— Czyli każdy mógł w każdej chwili te zdjęcie… „wydobyć”, tak? – domyślił się James, oblizując wargi. Lily prychnęła, czym zasłużyła sobie na poczwórne nieprzychylne spojrzenia (Rogacza, Łapy, Glizdogona i madame Pomfrey).
— Skąd wiesz, czy ona – wskazał palcem na Lily, jakby jej imię nie mogło przejść przez jego usta – sama ich nie wydrukowała? Nie wiesz jak było.
 — Te zdjęcia — warknęła Lily, piorunując go paskudnym spojrzeniem – są porozwieszane po całym zamku.
Syriusz zmieszał się jeszcze bardziej. Wyglądał jak zaskoczony hodowca zwierząt, którego pewnego dnia ulubiony, milutki piesek ugryzł do krwi.
─ Czy ty wiesz, jakim cudem ja się w ogóle o tym dowiedziałam?! – brnęła Lily, która nareszcie otrzymała reakcję, którą pragnęła zobaczyć. James zerknął w jej kierunku. Syriusz się na to nie zdobył. — Podszedł do mnie sam Severus Snape od siedmiu boleści i zaczął mnie moralizować – tak, on! Wiesz, jakie to było ośmieszające?
─ Czekaj, czekaj… Snape do ciebie podszedł? – powtórzył James, krzyżując ramiona na piersi. ─ Jak ta gnida…
─ POTTER!
— CISZA! – warknęła madame Pomfrey. Wcale nie musiała wrzeszczeć, żeby jej głos słyszała każda osoba w Skrzydle. – Zaraz was wszystkich stąd wyproszę!
Krzyczący burknęli coś w ramach przeprosin, ale nie zabrzmiało to na tyle poważnie, żeby móc spodziewać się poprawy. Syriusz pomknął w kierunku łóżka Lunatyka, gdzie ukrył się za parawanem, a reszcie ferajny nakazał to samo. Lily i James po raz pierwszy tego dnia wymienili spojrzenia, które nie były wrogie ani poirytowane, po czym przysiedli po obu przeciwnych stronach łóżka Remusa. Peter, dla którego zabrakło miejsca, przycupnął na podłodze w nogach pryczy. Przez chwilę panowało pomiędzy nimi milczenie, jakby potrzebowali się wyciszyć przed kolejną serią krzyków i awanturowania się.
─ Po co w ogóle robiłeś im takie zdjęcia? – zapytał szczerze zdumiony Lupin, wciąż bardzo spokojnym i cichym głosem.
─ Chciałem zachować je dla potomnych – mruknął Syriusz, udając skruszenie i przerażenie. Nikt się nie roześmiał. ─ Z tych zdjęć da się wywnioskować, że zobaczą to już wkró… ała! Evans!
Lily odłożyła książkę na półkę, trzymając ją z daleka od głowy Łapy. 
─ Jednak do czegoś musiało dość, Evans – zauważył Peter. – Inaczej nie rozbierałabyś się przy…
─ To wszystko jest wyrwane z kontekstu! – syknęła. – To wygląda jakbym… jakbyśmy…
─ Mieli zaraz się bzyknąć – dokończył Syriusz. – Taaa… trochę.
Zarówno Lily, jak i James zarumieni się wściekle. Chociaż znali prawdę, pamiętali, że w cieplarni poruszali podobne tematy. W żartach, ale zawsze. Black, zauważając ich miny, zachichotał z uciechy i poklepał swojego przyjaciela po plecach, jakby chciał pochwalić go za kawał dobrej roboty. Początkowy gniew wyparował, toteż przyszedł czas na wyśmianie całej sytuacji. Był to swego rodzaju znak, że Huncowci zaczynali analizować nowe wydarzenia.
─ Dorian przez te zdjęcia… — zaczęła Lily. Syriusz poruszał sugestywnie brwiami, a Peter zatrzepotał rzęsami i zapytał falsetem:
— No… co zrobił Dorian?
Lily zerknęła na Jamesa i wysłała mu telepatyczną wiadomość. Chociaż nie potrafił czytać jej w myślach jak Jo Prewett, miała nadzieję, że odczyta chociaż: „litości”.  
— Czekaj, czekaj! — zareagował, jakby dopiero teraz dotarła do niego powaga sytuacji. — To on też je widział?
Syriusz i Peter wymienili spojrzenia i równocześnie przyłożyli dłonie do ust, jak często robiły dziewczyny, chcące wyeksponować idealnie wypielęgnowane paznokcie. Lily obiecała sobie, że do końca całego tego przedstawienia, nie spojrzy w ich kierunku.
Widział! – prychnęła Lily, jakby to było śmieszne słowo. – Wpadł w szał! Wyrzucił mnie z projektu! Zabronił się ze sobą kontaktować!
Jeśli spodziewała się, że chłopcy oprzytomnieją, przejmą się jej losem i powiedzą chociaż, że bardzo im przykro, to musiała doznać gorzkiego rozczarowania. James uśmiechnął się z triumfem i odparł arogancko: „Szczęście w nieszczęściu”. Dziewczyna spojrzała w kierunku Remusa, licząc po cichu, że chociaż on okaże jej zrozumienie. Może i by okazał, gdyby w tej samej chwili nie zerknął na niego James, a on postanowił zbadać odcień sufitu.  Co się zaś tyczy pozostałych dwóch Huncwotów, to Lily przecież przysięgła, że nie spojrzy w ich kierunku, i obietnicy dotrzymała.
— Co ja mam teraz zrobić? – zapytała zbolałym tonem. – Wy się z tego śmiejecie, ale prawda jest taka, że tylko ja na tym ucierpię. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie. Nikt zbytnio nie jest zaskoczony jeśli chodzi o ciebie, Potter. A zresztą… taki jest już nasz świat, że jak facet jest lekkich obyczajów to jest super męskim gościem, a jak dziewczyna – to automatycznie staje się dziwką. Nie chcę, żeby ludzie tak o mnie mówili. Tym bardziej, że jestem… no, niewinna.
James parsknął. Ewidentnie rozbawiło go to określenie.
― Nie histeryzuj, Evans – odezwał się Syriusz, naśladując typową „ciotkę dobrą-radę.” — Nie możesz być tak zarozumiała i myśleć, że twoja sława nigdy nie przeminie. Pogadają, pogadają i umilkną.
A jak nie, to możesz zaszyć się znowu w skrzydle szpitalnym – dodał Peter, wysyłając w jej kierunku perskie oczko.
— Pogadam z Poppy – obiecał Syriusz. – Kobieta je mi z ręki. Będziesz mogła przychodzić, kiedy tylko zechcesz.
Huncwoci zaśmiali się równocześnie. Nawet kącik ust Lily lekko drgnął. Ci chłopcy, pomimo całego swojego zepsucia, lekkomyślności i braku jakiejkolwiek odpowiedzialności, nie byli wcale tacy źli, to rudowłosa musiała przyznać. W sumie udało im się całkiem poprawić jej humor.
— A poza tym – kontynuował Black z błyskiem w oku.
O, nie – szepnął James, czym doprowadził ją do śmiechu.
— Poza tym – powtórzył, unosząc palec wskazujący, jakby chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, ale chciał potrzymać ich jeszcze w niepewności. Lupin szturchnął go nogą, żeby zaczął mówić. — Mogło być gorzej, Evans. Wiesz, ja osobiście wolałabym, żeby udokumentowano zdjęciem moje gorące  kochanie się – w tym momencie zdania, już Lily czuła, że jej się to nie spodoba – z Jimmym… – poczochrał go pieszczotliwie. Chłopak oddalił się na drugą stronę łóżka. — …niż na przykład z Peterem.
Pettigrew spojrzał na niego, udając zranienie. James uniósł prawą brew.
— Powiedziałbym, że to było szokujące wyznanie, Syriuszu – odezwał się Remus, z czymś, co przypominało huncwocki uśmieszek na twarzy – ale chyba wszyscy się tego spodziewali.
— Czy on powiedział wolałabym? – szepnął Potter, kręcąc głową w wyrazie niedowierzania. – Syriuszu…
— Przejęzyczyłem się! – zaparł się Black. – Naprawdę!
Tak, tak – zgodził się Lupin.
— Ale naprawdę!

Lily śmiała się z dalszego przekomarzania czwórki przyjaciół, ukradkiem obserwując Jamesa. Pomimo tego, że Syriusz sobie żartował, miał rację w jednej materii – faktycznie wolała przeżyć takie ośmieszenie z Potterem niż z kimkolwiek innym. Chociaż prawdopodobnie całe to zamieszanie kompletnie go obeszło, a zdenerwował się tylko dlatego, że myślał, iż Syriusz go okłamał a propos  usunięcia zdjęć; chyba zaczynała zarażać się jego spojrzeniem na świat. Wiele osób – w tym Severus – mówiło, że James jest butny do tego stopnia, iż wszystkie negatywne opinie odbijają się od niego jak groch o ścianę. Prawda była taka, że Potter nauczył się nie przejmować zarzutami. Żył dla siebie i po swojemu, a plotki, obelgi i złośliwe pogłoski na jego temat już dawno przestały zaprzątać jego głowę. Miał po prostu dobre nastawienie, przez które nie przemawiała arogancja i samouwielbienie, a raczej… optymizm i wiara w siebie.
I skoro James tak potrafił, to dlaczego ona – nie?
Rogacz wyłapał jej spojrzenie. Wysłał ku niej szczery uśmiech – nie huncowcki, nie łobuzerski i nie jeden z tych, które ćwiczył przed lustrem – po prostu naturalny i wrodzony, o którego obecności być może nawet nie wiedział. Powoli i niezauważalnie przybliżył swoją dłoń do tej jej, i splótł ich palce, jak przed pocałunkiem. Lily już miała szepnąć mu coś na ucho, kiedy drzwi skrzydła szpitalnego stanęły otworem, a do środka wleciała grupka znajomych twarzy.
No, tak. Piękności.
Około sześciu dziewcząt, mających na sobie tyle makijażu, ile wystarczyłoby dla całego skrzydła na Halloween, chichotało w najlepsze i opowiadało sobie jakieś brudne rzeczy, o czym świadczyły wyrazy ich twarzy. Lily wyrwała dłoń z uścisku Jamesa i odwróciła się w ich kierunku, próbując wyłapać z tego trajkotu jakieś angielskie słowo.
Dziewczyny chyba zauważyły, że Lily się im przygląda, bo podnieciły się jeszcze bardziej i ściszyły głos do szeptu.
— Uważaj, Evans! – krzyknęła jedna z nich w przypływie odwagi. Reszta zaczęła śmiać się do rozpuku. – Nie będzie płacił nawet alimentów!
Potter otworzył oczy ze zdumienia. Lily spojrzała w jego kierunku. Twarz miał nieprzeniknioną, w oczach pustkę, zupełnie jakby dopiero co się obudził. Nie wyglądał na nawet zaskoczonego podobnym zarzutem.
─ O czym ona gada? — zapytała, marszcząc brwi. Piękności roześmiały się jeszcze głośniej. Madame Pomfey zerknęła w ich kierunku, ale była zbyt zajęta pacjentem, który nagle dostał poważnego krwotoku z nosa, żeby zareagować.
─ Uważaj na niego –powtórzyła znajoma, ciemnowłosa mulatka. Lily nie mogła przypomnieć sobie, skąd kojarzy tę dziewczynę. – Niespecjalnie się szanuje. Chociaż… widzę, że trafiła kosa na kamień.
─ Och, odjedź już stąd, gówniaro – warknął Potter. Lily momentalnie przypomniała sobie, kim jest mulatka – Keira Miller, jedna z krótkookresowych dziewczyn Jamesa. O ile nie myliła ją pamięć, byli razem niecałe dziewięć dni. — Nikt nie chce na ciebie patrzeć.
Piękności wydały z siebie zgodne „uuu”, jakby chciały pokazać małemu dziecku, jakie odgłosy wydaje z siebie sowa.
— Ale cię broni. Musiałaś naprawdę mu się spodobać, Evans. Albo dobrze mu zrobić.
Lily zarumieniła się wściekle. Czuła się zbyt zażenowana, żeby wyjść z tego starcia zwycięsko. Na szczęście, miała paru sojuszników, o równie ciętym języku:
— Ona przynajmniej nie jest taką kłodą jak ty, Summer – krzyknął w ich kierunku Syriusz, jak zwykle mający ciętą ripostę w pogotowiu. W normalnych okolicznościach Summer Blake na pewno spłonęłaby rumieńcem, jeśli udałoby jej się nie rozpłakać. Teraz najwyraźniej miała nad swoim idolem jakąś przewagę, bo jedynie błysnęła w szczerym uśmiechu.
— Bycie kłodą to chyba naturalna antykoncepcja. Jeśli Potter oszczędza na eliksirach, to wypróbuj to, Evans. Wiesz… historia lubi się powtarzać.
— Co jest grane? — powtórzyła pytanie Lily, coraz bardziej poirytowana. Czując, że ani James, ani Syriusz, ani żaden inny Huncwot nie odpowiedzą jej na to pytanie, wstała, i pomimo całej swojej niechęci do tej grupy, zbliżyła się do Piękności. Spoglądała w kierunku Pottera, kiedy kolejne słowa zastygały w chłodnym, zimowym powietrzu.
— Chodzi plotka, że...
___________________________________________________________
Serenka Marceau, gwiazda dzisiejszego rozdziału :D
Powiem szczerze, że ten rozdział mi się podoba. Niemożliwe? Naprawdę. Pomijając kwestie, że był kolejnym gigantycznym wstępem do właściwego celu tego rozdziału, czyli pełni, no i, że kompletnie spartoliłam scenę Lily-Severus (po prostu tak bardzo nie znoszę tej pary, że nie mogło być dobrze) był w moim odczuciu całkiem przyjemny. Nie za długi, nie za chaotyczny, niezbyt pogmatwany, a wręcz wyjaśniający. Taki przerywnik. W sumie, pod względem komfortu w pisaniu to był dla mnie jednym z najprzyjemniejszych - tuż obok rozdziału pierwszego, szesnastego, piątego... może to dlatego, że było dużo gadania. Chociaż... w sumie to dialogi pisało mi się najgorzej :D. Zwalę więc wszystko na wakacje, które mi uskrzydlają i tyle *_*.
Mam dla Was coś ;>. Oprócz standardowej garści spoilerów na następny rozdział, przygotowałam ankiety i prosiłabym o Wasze głosy: klik. i klik. 
To proste pytanie o ulubionych bohaterów. Są one dla mnie ważne, żebym wiedziała, czyje sceny ograniczyć, a czyich dać więcej ;>. 
Jak tam wakacje, kochani? Pisałam już o tym, ale to taki niewyczerpalny temat :D. Jeśli chodzi o mnie to odzyskałam siły witalne. . To było jakbym... przez cały rok spała, a na zakończeniu ktoś mnie obudził. Masakra. Mam tyle energii, że nie poznaje siebie samej. Miałam odpoczywać, ale nie jestem w stanie i praktycznie skaczę po całym swoim pokoju xD. Obłęd.
Druga część jest już właściwie napisana, ale muszę jeszcze dokończyć pewien... tak, dialog, a jak inaczej :P. Znając moje tempo, możecie spodziewać się rozdziału w niedzielę lub poniedziałek. W poniedziałek dlatego, że jadę w góry i czeka mnie siedmiogodzinna jazda samochodem. Skończyłam już czytać większość z moich książek (byłam dzisiaj w bibliotece o trzeciej trzydzieści jeden, a zamykali ją o trzeciej trzydzieści i... tak, nie weszłam), dlatego raczej nie zajmę się czytaniem, bo nie mam po prostu nic ciekawego, a... a pisanie zawsze jest alternatywą :D. Jeśli jednak się nie wyrobię do tego poniedziałku (oby nie) to czarno widzę naszą przyszłość. Przez dwa tygodnie krucho będzie z czasem, weną i Internetem ;c. Musicie trzymać za mnie kciuki. To jedyna szansa.
I ostatni komunikat, w sumie to z ostatniej chwili - stuknęła nam 100! 1 czerwca około godziny 19, ktoś, kto nie był mną (ja wbiłam jako 100 008 -,-) wybił nam 100 000 wyświetlenie <3. Tak strasznie się cieszę i nie mogę zarazem uwierzyć, że w stosunkowo krótkim czasie udało nam się wszystkim dokonać czegoś takiego :D. To jest chyba jakiś totalny kawał Huncwotów, bo tego nie da się racjonalniej wytłumaczyć. Dziękuję wszystkim i każdemu z osobna za poświęcony czas na tego bloga, za wchodzenie, czytanie, wpadanie tutaj z sentymentu. Ciężko mi ubrać w słowa, jak wiele to dla mnie znaczy, więc napiszę tylko że... no, że wiele :D. Ach, ta elokwencja. Ta lekkość w dobieraniu wyrazów. Wiele się nauczyłam, nie ma co. 
Dobra, kochani, obiecałam spoilery tam gdzieś u góry ^^:

SPOILERY
1. Pełnia, pełnia, pełnia! Czyli to, czego nie było w tej części. Oczywiście opis przemiany Remusa, potem wpada Snape, James go ratuje i dzieją się te wszystkie rzeczy, które opisała Rowling, a ja to teraz po prostu skopiuję. To nie powinno by trudne. 
2. Doriusz. Tak, tak, wracają. Spodziewajcie się kolejnych bzdurnych interakcji, sprzeczek i "błyskotliwych" uwag. 
3. Rozmowa Jily. Dziesięcio- lub piętnasto- stronowa, bo to właśnie jej jeszcze nie skończyłam. Póki co mam siedem stron. W sumie jeszcze nie przeszli do sedna. Wiem, ten rozdział miał być bez nich i pewnie "Przyjaciele..." mieliby tylko jedną cześć, gdyby nie ich rozmowa długości debaty politycznej. Po prostu wycięłam tę rozmowę z rozdziału dwudziestego drugiego i wkleiłam tu. Dzięki temu "Próba Regulusa" będzie bardziej ogarnięta. Mam nadzieję. 
4. Wersja wydarzeń według Jamesa, na temat wszystkiego, co dzisiaj Mary wypaplała Emmelinie. Bo - tak poważnie - czy można ufać Mary McDonald?

Miłej lektury, kochani :*
O ile już nie przeczytaliście. Zawsze robię ten sam błąd i życzę miłej lektury jak już jest po tej lekturze. Te wakacje naprawdę są mi potrzebne. 
Dobra, kończę :*. Btw, ktoś z was orientuje się jak z Harrym na TVNie? Co roku leciał w piątki, a teraz tego nie ma, czy co? ;c.

27 komentarzy:

  1. Pierwsza! Zaklepuję miejsce :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boże, jakie tempo *_*. <3

      Usuń
    2. Haha, ja często sprawdzam bloggera i po małej wpadce co chwilę aktualizowałam Twojego bloga (chociaż może nie powinnam się przyznawać, bo wyjdę na jakąś psycho-maniaczkę) ^^.
      Jakoś w ogóle strasznie szybko mi się przeczytało ten rozdział. Chyba jest trochę krótszy niż poprzednie. W ogóle ile tu się działo! (W sumie to nie tak dużo, ale historia Serdny zawierała sporo nowości) Nie spodziewałam się, że historia Sereny tak oczerni Jamesa :c. Ogółem, czytając wiedziałam, że wersja Mary będzie lekko subiektywna, a Twój komentarz mnie tylko w tym utwierdził, tak więc ciekawe jak to wyglądało oczami Jamesa...
      Strasznie mi smutno z powodu Lilki. Nie dość, że straciła szansę na zdanie transmutacji to te zdjęcia, ech... W sumie to zdziwiłam się, że nie zaprzeczała, mówiąc, że nie uprawiali seksu, to byłoby w jej stylu. W tej sytuacji odnalazłam coś pozytywnego - przyjaźniej podchodzi do Huncwotu - lepiej! - ona się śmiała z ich żartów :o. Btw, co z Lukasem? Doszła do niego przed Dorianem? Nic o tym nie było.
      Chyba nie mam już nic więcej do napisania, mam nadzieję, że wyrobisz się do jutra z rozdziałem! Przekazuję Ci telepatycznie moją moc zen.

      3maj się :*
      Lydia

      Usuń
    3. PS. Serena w ciąży? Gdyby była starsza pewnie okazałaby się matką Lily lub kogoś innego... Chociaż to w sumie byłoby dziwne, bo ojcem Lily byłby James... Z resztą nieważne XD

      Usuń
    4. Heeej :*
      Zacznę od tego, że dziękuję bardzo za komentarz i miło mi, że czekałaś na nn ;>. Jaka tam psycho-maniaczka ;*. Jeśli nią jesteś, to ja przeprowadzam się do Psychomaniakolandu :D.
      Achhhh... oczywiście, nie byłabym sobą, gdybym nie wrzucała wszędzie spoilerów... nawet na końcu rozdziau musiałąm się wygadać, żeby historię wziąc na dystans... . Czasami boję się samej siebie.
      Lilka chyba jest w zbyt wielkim szoku, żeby zaprzeczać. To jak te fazy przyjmowania czegoś do wiadomości... Lily jest w fazie niedowierzania, potem przejdzie do zaprzeczania xD.
      No, nie wyrobiłam się z rodziałem, ale dziękuję za telepatyczny przekaz mocy :D. Przyda się i w każdym inym wypadku.
      Dzięki za komentarz :* I... Serena matką Lily? XD. Świetne <3 Naprawdę, świetne :D.
      Papa :*
      3maj się :*
      Abigail

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Witam, witam!
      Ale bardzo się cieszę, że w końcu udało mi się przeczytać ten rozdział! Wiem, że miałaś problem z dodaniem, tak? Bo mi się na Liście Czytelniczej na blogspocie wyświetlał, a jak weszłam to nic nie było ;cc
      Przez dwa dni nałogowo odwiedzałam tego bloga i tylko czekałam, a w głowie myśl "Może akurat teraz się naprawiło?" i odświeżałam. Nawet nie liczyłam ile ci tych wyświetleń przez to nabiłam :') Choć mam pewność, że było na pewno +20...
      A tu dzisiaj rano sobie biorę telefon do ręki, od razu po wstaniu, a tam... Na liście jest. Klikam i zamieram. JEST! JEST! JEST! :D Moja radość była dość dziwna :"D Ale nie, nie komentujmy jej. Po prostu na twarzy miałam banana... Tsa... Kath, jest całkiem normalna! :D
      Dobra, może zacznijmy od początku, hm? :) Tak będzie zdecydowanie najlepiej.
      Jejku, podziwiam cię za te twoje opisy, słowa... Masz cholernie wielki talent, którego ci bardzo zazdroszczę. Masz wszystko zaplanowane, dopięte na ostatni guzik, wszystko jest takie cudowne. Mam kompleksy, ej... no...
      Aż miło się to czyta. Ja niestety nigdy takiego talentu mieć nie będę ;cc. Ach, trzeba się pogodzić z tym...
      Ogółem to umiesz świetnie wykreować postać. To takie... Aww! *o* Rozpływam się nad twoją twórczością, wiesz? *Chyba zauważyłaś* Ja piszę tak baardzo amatorsko, że aż... Szkoda? ;') Ta, teraz pytanie... Po co ja ci to...? A, no tak... Żeby ci uświadomić jak genialnie piszesz...
      Serena w ciąży... Och, maj gasz... No, nieźle muszę przyznać... Wyznam ci, że się nie spodziewałam takiego rąbku tej tajemnicy...
      Nie lubię czytać o McDziwce ;-; Nie lubię jej, więc pewnie dlatego... :/
      Więc... Hm... O fragmentach z nią wypowiadać się za bardzo nie będę. A dlaczego? Bo tak ^^
      Napiszę tylko tyle, że jest wredną żmiją, która umie manipulować ludźmi bardziej niż James umie robić to z uczuciami i wgl Rudej. Czy ona zawsze musi dojść do celu? Lel...
      i jeszcze to "─ Nie chronię Jimmy’ego dlatego, że zawarłam z nim koalicję, tylko dlatego, że jest moim chłopakiem – odwarknęła. Jej rude pukle wyglądały jakby płonęły." JEJ CHŁOPAKIEM?! Phi. 'Koń by się uśmiał'. Ona jest chora i to bardzo, a nie James, jak to stwierdził ten dupek. No, może Potter jest chory, ale z miłości! Pf.
      Ona nie powinna dostać tych zdjęć. Luuudzie. Nic dobrego z tego nie wynikło... A Caitlin jest na serio głupia jeśli myśli, że 'Mary' ją lubi czy coś. Jak można być tak fałszywym?...
      że to niby mogło być dziecko Syriusza albo Jamesa?... To się porobiło... Choć ja w to nie wierzę i mam wielką nadzieję, że James to jakoś wyjaśni w następnym rozdziale, bo to chyba właśnie ten temat, o którym piszesz ten jakże długi dialog, prawda? :D
      Jeszcze ten Dupek zrezygnował z projektu z nią?! No... Tracę wiarę w ludzi. Serio. Skończony Dupek. Ej, dobre, co nie? Dupek i McDziwka... Zdecydowanie tworzyliby piękną parę! ^^
      "Wiedziała już, bo zrobić – musiała udać się do Summer Blake, licząc na to, że Piękności zainteresują się nowym skandalem." - Nie no...
      Snape... Teraz zaczął się nią interesować? Sprytne. Szkoda tylko, że Lilka coś czuje do Rogasia i na pewno nie jest to nienawiść, a coś przeciwnego.
      "— Okłamałaś mnie – odparł dobitnie. Lily przeszedł dreszcz, jakby w jego słowach ukryte zostały kryształki szronu. Oddaliła się od niego o krok. Snape wbił paznokcie w jej przegub dłoni, uniemożliwiając jej ucieczkę. — Powiedziałaś, że on cię nie interesuje! Że jest tylko zarozumiałym palantem! Jeszcze rok temu nie chciałaś na niego spojrzeć!" - Idiota. Nie lubię go za wszystko co zrobił Rudej. Właśnie "Sev" - ROK TEMU. Teraz nie chce spojrzeć na ciebie. Przykre.
      "─ Jest zimno – odparła. Jeśli jej ton głosu miałby jakąś temperaturę, to z pewnością byłaby ona niższa niż ta, na którą narzekała. – Idź poćwiczyć Cruciatusa na sikorkach i drozdach, a ja wracam do zamku." - Hihi, takie prawdziwe! ^^ :D

      Usuń
    2. "― Trzymajcie swojego kolegę z daleka ode mnie! – krzyknęłą madame Pomfrey, wyskakując ze swojego gabinetu. W rękach trzymała tackę pełną buteleczek, probówek i szklanek z bulgoczącymi kolorowymi wywarami. Spoglądała na Blacka i marszczyła brwi, zła jak osa. Syriusz, stojący tuż za nią i trzymający ją w talii, jak dziecko chowające się za matką, wydął usta w podkowę i teatralnie chwycił się za serce.
      ― Poppy! Po tym wszystkim co przeszliśmy…
      ― Albo umilniejsz, albo wyproszę stąd ciebie i twoich kolegów. Pan Lupin musi odpoczywać, a wy jesteście tu znacznie dłużej niż piętnąście minut! Ile razy mówiłam – piętnaście…
      ― Tak, tak, tak… sześć osób, piętnaście minut, bez krzyczenia, wierzgania, atakowania – wyrecytował Syriusz, naśladując trajkot madame Pomfrey. ― Wiemy, Poppy, ale chyba możesz przymknąć na nas oko – mrugnął do niej, jakby chcał pokazać, jak to się robi ― no wiesz, w imię naszej miłoś…
      ― Wynocha! ― przerwała mu natychmiast, chwytając przy okazji za kołnierz Petera, który wracał właśnie do skrzydła z ciastkiem w ręku. – Ty też! ― zwróciła się do Jamesa. – Skończyła się moja cierpliwość!
      ― Ależ Poppy…
      ― Przeszkadzacie moim pacjentom! Wynocha!" - Ten fragment mnie rozwalił kompletnie. Black jest najlepszy! ♥ To Poppy... Jprld... Śmiałam się z tego jakbym była jakaś chora psychicznie, a może... Jestem?
      Powinnaś za to dostać przynajmniej Nobla :") Na prawdę... Mój ulubiony fragment! Jednak Syriusz, to Syriusz :D ♥
      Ech... Bardzo współczuję Rudej i Rogasiowi, że ich pikantne momenty (no i co, że 'wyrwane z kontekstu'?) były każdemu rozpowszechniane. No, ej... To chyba przestępstwo, czyż nie?
      Blackuś zdezorientowany... Mrau :D Chciałabym widzieć jego minę ^^
      " żartach, ale zawsze. Black, zauważając ich miny, zachichotał z uciechy i poklepał swojego przyjaciela po plecach, jakby chciał pochwalić go za kawał dobrej roboty." - Znów jakieś cudeńko...
      " – Pogadam z Poppy – obiecał Syriusz. – Kobieta je mi z ręki. Będziesz mogła przychodzić, kiedy tylko zechcesz." - Będziesz moją Królową Abigail, oke? :D To jest genialne, serio :D
      "Huncwoci zaśmiali się równocześnie. Nawet kącik ust Lily lekko drgnął. Ci chłopcy, pomimo całego swojego zepsucia, lekkomyślności i braku jakiejkolwiek odpowiedzialności, nie byli wcale tacy źli, to rudowłosa musiała przyznać. W sumie udało im się całkiem poprawić jej humor.
      — A poza tym – kontynuował Black z błyskiem w oku.
      — O, nie – szepnął James, czym doprowadził ją do śmiechu.
      — Poza tym – powtórzył, unosząc palec wskazujący, jakby chciał powiedzieć coś bardzo ważnego, ale chciał potrzymać ich jeszcze w niepewności. Lupin szturchnął go nogą, żeby zaczął mówić. — Mogło być gorzej, Evans. Wiesz, ja osobiście wolałabym, żeby udokumentowano zdjęciem moje gorące kochanie się – w tym momencie zdania, już Lily czuła, że jej się to nie spodoba – z Jimmym… – poczochrał go pieszczotliwie. Chłopak oddalił się na drugą stronę łóżka. — …niż na przykład z Peterem.
      Pettigrew spojrzał na niego, udając zranienie. James uniósł prawą brew.
      — Powiedziałbym, że to było szokujące wyznanie, Syriuszu – odezwał się Remus, z czymś, co przypominało huncwocki uśmieszek na twarzy – ale chyba wszyscy się tego spodziewali.
      — Czy on powiedział wolałabym? – szepnął Potter, kręcąc głową w wyrazie niedowierzania. – Syriuszu…
      — Przejęzyczyłem się! – zaparł się Black. – Naprawdę!
      — Tak, tak – zgodził się Lupin.
      — Ale naprawdę!" - Po pierwsze to też jest Cud, miód, orzeszki (♥), mam bardzo dużo ulubionych zdań i wgl, no nie? :") A po drugie... Dałaś ten fragmencik dwa razy do rozdziału! :) Taka tam mała pomyłka ;)
      "Rogacz wyłapał jej spojrzenie. Wysłał ku niej szczery uśmiech – nie huncowcki, nie łobuzerski i nie jeden z tych, które ćwiczył przed lustrem – po prostu naturalny i wrodzony, o którego obecności być może nawet nie wiedział. Powoli i niezauważalnie przybliżył swoją dłoń do tej jej, i splótł ich palce, jak przed pocałunkiem. Lily już miała szepnąć mu coś na ucho" - Przy tym to się rozpłynęłaam <33 Zajebisztee ♥♥♥ Jak ja ich kocham... ♥♥♥

      Usuń
    3. A co do Piękności... One jakieś chore są :")
      No, ale liczę, że Rogaś wyjaśni tę sprawę i wszystko będzie cacy, McDziwka się ulotni, Dorian umrze (ta... :")) W sumie to 'Mary' też by mogła, ale ciii... A Lily i James będą w pięknym związku! ♥
      Podsumowując:
      Rozdział jest BOSKI! Bardzo fajnie się go czytało, o czym już pisałam.
      Komentarz pisałam długo... Jej... Strasznie ;-; Już mnie głowa boli xd Ale wolałam teraz to napisać, bo potem wyjeżdżam, a nie chcę żebyś czekała na mnie ponad tydzień :)
      Czekam z niecierpliwieniem na nexta! Nie mogę się doczekać tej rozmowy! :D Fajnie by było jakby to była pozytywna wymiana zdań... Potem niech się pocałują i będą ze sobą chodzić! Niech dadzą 'Mary' (Piszę to tak, bo dla mnie 'Mary' to jej przezwisko :)) powód do białej gorąączkii <33
      Wgl to nwm czy ten komentarz ma jakiś sens, ale ok...
      Jakby był rozdział w weekend lub w pon to by było cudnie! ☻ ^^
      Pozdrawiam i życzę weny. Mam nadzieję, że jednak uda ci się napisać rozdział w czasie podróży i nie będziemy musieli tyle czekać :) Udanego wyjazdu!

      Kathrine ;**

      Ps. Harry Potter jest 10 lipca i będzie chyba co tydzień w piątek :)
      Ps2. Jej, przekroczyłam limit!

      {jily-love-forever.blogspot.com}
      {zlap-jelenia.blogspot.com}

      Usuń
    4. Po pierwsze - wooow.
      Po drugie - cześć.
      Po trzecie - dzięki, dzięki, dzięki, dzięki <3. Za to, że powiedziałaś mi, kiedy jest Harry, za miłe słowa ciągnące się przez cały komentarz i w końcu za niego, bo jest to jeden z najdłuższych i najbardziej motywujących komentarzy, jakie kiedykolwiek dostałam :*.
      Problemy z dodaniem były niestety ;c. Zrobiłam jakiś błąd w kodach htmlu, kiedy robiłam zwijany-rozwijany tekst. Chyba. W każdym razie jak wszystko przepisałam, to było dobrze. Mam nadzieję, że tym razem wszystko pójdzie po naszej myśli...
      Ty? Kompleksy? Nie rozśmieszaj mnie! Obecnie jestem w górach na wyjeżdzie i czytam twoje notki na telefonie, bo tylko tam mam Internet. No i są booooskie. To ja powinnam mieć przy tobie kompleksy, a nie na odwrót ;*.
      Tak. O tym właśnie piszę ten długi dialog. W sumie to już praktycznie skończyłam ten dialog, z tym że... trzeba go jeszcze doprawić ;>.
      Ooo tak, Dorian i Mary by do siebie pasowali. To w sumei taki kwadrat się teraz porobił... Mary->James->Lily->Dorian->Mary xD. Ach, czuję się coraz mocniejsza z geometrii. Nie zniszczy mnie za rok.
      PJONA! Też nie lubię Snape'a! Ani młodego, ani starego...
      Gdyby takie zdjęcia ktoś porozwieszał u nas w szkole to na pewno byłby apel xD. Zastanawiam się, czy były apele w Hogwarcie... to mogłoby być zabawne o.O. Faktycznie... dwa razy się to wkleiło... -,-. Dzięki za info, bo sama na pewno bym tego nie zauważyła. Kiedy mieliśmy badania w szkole w dziedzinie SPOSTRZEGAWCZOŚĆ poszło mi cienko. Kobieta kazała mi układać puzzle i wgl xD.
      Komentarz ma sens i jest cudowny <3. JEszcze raz bardzo ci za niego dziękuję :*
      3maj się i pooozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  3. Harry leci od 10 (?) Lipca ;*
    Chyba...
    XDD
    Dobra zaklepuje Sb miejsce...

    OdpowiedzUsuń
  4. Rozdział jest naprawdę dobry! Z resztą moje bezkrytyczne oko każde tak ocenia xD Ale ten naaaprawdę jest dobry ;)
    Sprawa Sereny jest strasznie pogmatwana i wątpię by Mary powiedział prawdziwą wersję wydarzeń, więc poczekam do wersji Jamesa. Mam nadzieję, że usłyszy ją również Lily z jego ust i mimo wszystko nie pogniewa się zbytnio na Jamesa...
    W ogóle, jak ja nienawidzę Mary! To najgorszy bohater, a jednocześnie bez tej perfidnej żmii to opowiadanie nie miałoby takiego zadzioru, więc chyba po prostu na kogoś musiała paść taka rola ;)
    Mam nadzieję, że kolejny rozdział już w poniedziałek będzie. Będę na niego czekała z niecierpliwością, pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, rozdziału w poniedziałek nie było, ale do 20 można się go spodziewać :D. Dziękuję ci za miłe słowa i komentarz :*. Naprawdę, to bardzo dużo dla mnie znaczy ;). Mam taki sam stosunek do Mary - nawet mnie ona działa na nerwy (chociaż ją lubię), ale bez niej nie byłoby tak samo ;D. Lily długo na JAmesa gniewać się nie potrafi, zresztą na odwrót jest podobnie ;>.
      Jeszcze raz dzięki za komentarz, pozdrawiam i życzę miłych wakacji :*
      Abigail

      Usuń
  5. Jestem i ja. Moje usprawiedliwienie : strasznyyyyyyyyy upał, dosłownie topił mi się mózg -,-
    Po pierwsze - szacun za taką wenę, opisy, długość rozdziałów - podziwiam cię, u siebie męczę się z rozdziałem I na potterze więc :D
    WTF/? Serena w ciąży? żartujesz sobie? :P
    Caitlin jest pusta - o! a co :P nie za bardzo ją kumam...
    James i Lily muszą być razem nie ma innej opcji kochana! <333
    zagłosowałam oczywka. <3 :***

    życzę mnóstwa wenyyyyyyyy i szybko rozdział chcę ! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz i za zagłosowanie :*. Upały straszne wciąż, chociaż te najgorsze faktycznie już minęły :D.
      3maj się :* Przesyłam moją wenę do cb :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  6. Zaklepię sobie miejsce i postaram się wrócić jak najszybciej ^^

    OdpowiedzUsuń
  7. Abigail, błagam Cię, zlituj się nad biednymi czytelnikami, którzy czekają na nowe rozdziały ;) U Ciebie może ludzie wracają do blogowania, ale u mnie świeci pustkami, że czytam jeszcze raz te "przeterminowane" i cholera mnie bierze bo nigdzie nowych rozdziałów po prostu nie ma...
    Mam nadzieję, że w następnej części poznał całą tą sytuację z Sereną z perspektywy Jamesa, a więc niecierpliwie czekam, ale nie wystawiając moje cierpliwości na próbę :D
    P.S. Dzięki, że zmieniłaś ten wygląd mobilny ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, cieszę się potwornie, że ktoś czeka na moje rozdziały <3. Niestety póki co jestem bez Internetu (korzystać mogę jedynie w telefonie, a dane mobilne mi się już i tak kończą) ;c. Około dwudziestego rozdział powinien się ukazać ;D. Nie ma sprawy :*. Mam nadzieję, że ludzie wreszcie się ogarną, bo brak fanficków mi też już daje w kość ;c.
      3maj się :*
      Abigail

      Usuń
    2. Dzięki za informację, może dzięki niej przeżyje do następnego rozdziału. Mam nadzieję, że później notki będą pojawiać się częściej, bo z nudów wezme się chyba za lekturę szkolną (nieee, naprawdę nie chcę czytać "Mistrza i Małgorzaty"! ), tak więc chyba nie skażesz mnie na męki i cierpienie ;)
      Tak więc życzę udanego wyjazdu i trzymam za słowo! :D

      Usuń
  8. Tak, wreszcie, po jakiś trzech godzinach, przybywam z komentarzem! Nie wypowiem się na temat samego rozdziału, bo... No bo nie mam pomysłu na takowy kom.
    Zacznę od szablonu - oprócz jednego zdjęcia Hinny jest idealny, te kolory są takie ciepłe i, przynajmniej w moim wypadku, nie odciągają uwagi od tekstu. Ogólnie większość czytałam na telefonie, bo było mi wygodniej, ale jeśli już weszłam tutaj na komputerze, to tylko czekałam na fragmenty z muzyką. Świetnie dobrana, nie wiem, czy ktoś ci ją dobiera, czy to ty masz taki fajny (już widzę moją polonistkę na wieść o tym, że używam słowa "fajny" w wypowiedzi) gust, ale wprowadza idealny nastrój.
    W ogóle wszystko tu jest starannie wykonane, nawet karty postaci. Właśnie w ich sprawie - z jednej strony można doszukać się w nich wielu spoilerów, ale z drugiej miło jest poczytać o bohaterach i dowiedzieć się trochę na ich temat. Swoją drogą uwielbiam twoją Lily! Ma taki wyrazisty charakter. I jest wegetarianką, jak ja, za co ma mocnego plusa. Taka buntowniczka, wydawać by się mogło, że nie zostanie prefektem, bo jest taka, jaka jest, a prefekt powinien być... No, spokojnym, przykładnym uczniem. Ty serwujesz nam z goła inne grono prefektów - kłótliwych, nie zgadzających się ze sobą w niczym, niektórych głupich - jak Larissa (mam nadzieje, że dobrze napisałam).
    Oficjalnie oświadczam, że nie lubię Mary .-. Wredna, mała sucz...I niech sobie zapamięta - RUDA jest tylko jedna (hah, moja koleżanka się przefarbowała na rudo i się z niej śmiejemy, że i tak z Lily szans nie ma). Jestem bardzo ciekawa, jak dalej potoczą się sprawy z tą aferą sprzed lat. Serena jest taką tajemniczą postacią... Jakoś nie chce mi się wierzyć, że James lub Syriusz mogą mieć coś wspólnego z jej dzieckiem. Jestem pewna, że James tak by tego nie zostawił... Ale może ja uważam go za lepszego człowieka, niż jest naprawdę.
    Muszę przyznać, że jak pierwszy raz tu trafiłam, to byłam pod wrażeniem długości rozdziałów. Stwierdziłam jednak, że nie podołam i zniknęłam. W sumie zapomniałam o tym blogu, a nie przeczytanie go było wielkim błędem. Muszę podziękować Kathrine E za ponowne wysłanie mi linku, bo gdyby nie ona, nie trafiłabym tutaj i nie miała rozrywki na całe dwa tygodnie, bo tyle zajęło przeczytanie mi tego tasiemca.
    Tak więc pozdrawiam i czekam na nn!
    ~Ayd en

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak więc minęły dwa tygodnie, a ja kompletnie olewałam Wasze komentarze, prace i czas, za co powinniście porzucać we mnie wirtualnymi kamieniami. O tak, czuję cię lepiej! Przepraszam zwłaszcza Ciebie, kochana Ayd en, bo nie przywitałam cię jak należy.
      Muzyka w stuprocentach jest moja :D. Cieszę się bardzo, że ci się podoba ;D. Zawsze po prostu daje ten utwór, przy którym tworzyłam i jakoś nigdy nie zastanawiałam się, czy on faktycznie pasuje... chociaż tematyka czasami się pokrywa :D.
      O kurde... moja polonistka też by mi za "fajny" dała popalić...fajny, fajny, fajny... czy to dziwne, że czuję adrenalinę, pisząc to? XD. Dobra, Ayden, to będzie nasza tajemnica. Nie wydamy się nawzajem szalonym polonistkom, zgoda ;>?
      Witam w klubie wege! To znaczy, ja w sumie nie jestem pełnoprawną wegetarianką, ale fleksitarianką, jednak chce się poprawić :D. Spoilery są nie tylko w kartach postaci, ale w ogóle wszędzie. To ja zawsze wszystko muszę zepsuć.
      Taaa... prefekci u mnie są raczej mało Percy-like, ale takie absurdy jak Larissa na pewno się zdarzały :D. W końcu Voldek był Naczelnym o.O.
      Ja dziękuję bardzo, że jednak zdecydowałaś się, wróciłaś i przeczytałaś, bo to bardzo dużo dla mnie znaczy <3. Mam nadzieję, że zostaniesz z nami jak najdłużej :D.
      Pozdrawiam i idę odpisać na twój drugi kom, pod nowszym postem :D.
      3maj się :*
      Abigail

      Usuń
  9. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  10. Cześć! Wybacz mi z góry stylistykę, gramatykę, składnie i inne pierdoły, bo po prostu nie jestem w tym dobra, a właśnie skończyłam czytać Twoje opowiadanie i musiałam, po prostu MUSIAŁAM je skomentować.
    Jesteś wspaniałą, cudowną wręcz autorką, pisarką. Dużo potterowskich blogów mi się w łapkach przewinęło ale tutaj jest coś takiego, że nie da się przejść obojętnie obok. Twoje postacie są tak bardzo odmienne, w takim stylu je opisujesz że wydaje się jak gdyby były to żywe osoby. Genialne jest w tym wszystkim to, że nie próbujesz ich idealizować, widać ich wstrętne cechy charakteru i wcale ich nie ukrywasz jak to przeważnie bywa w opowiadaniach tego typu.
    Jest tyle różnych wątków, ciekawych wątków, że ciężko pisać o wszystkich rozdziałach w jednym komentarzu. Po prostu każdy pokazuje jakby osobną historię, że śmiało można by z tego zrobić osobne opowiadania :D
    Jedyne co mnie trochę zakuło w oczy to fakt, że prawie w ogóle nie ma Remusa i Petera- gdzieś tam wspomniani mimo chodem, ale odsunięci na boczny tor. Tak samo Marlena. Wiem, że trochę (delikatnie ujmując :D ) masz tych bohaterów, i trudno o każdym pisać tyle samo, a i historia musi się toczyć dalej :)
    Nie przydłużając... A, nie! Wróć! Jeszcze jedna sprawa.
    Nie mam pojęcia kobieto, skąd do głowy przyszedł Ci pomysł żeby tak wiązać wszystkich tą czystością krwi, żeby tak wyglądały sprawy rodowe (kotyliony, wianki, wykluczenia z rodzin, 'transakcje weselne' i cała gama innych spraw) ale jest to mega super. Jeszcze nigdzie się z tym nie spotkałam, ale to dużo światła daje na to, jak bardzo ta historia jest Twoją historią! :)
    Czekam na nowy odcinek, mam nadzieję że nie przegapię na fcb informacji :D
    Pozdrawiam i życzę dużo weny! :D
    Lottyśka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heeeej :*. Słodki Merlinie, kolejna nowa osoba <3. Jak ja się cieszę na Twój widok i wgl wszystkich Was, nowe osoby :D. Dziękuję ci bardzo za komentarz i motywujące słowa, bo naprawdę po Twoim komentarzu przez parę dobrych minut chichrałam się jak hiena Eddie z Króla Lwa i czytałam go chyba z pięć razy od czasu, kiedy go opubilkowałaś :D.
      Niestety, ja też jestem na siebie zła, że zaniedbuje tę dwójkę... a w sumie, to ogólnie zaniedbuję Hunców jako paczkę przyjaciół. Tego, czego mi brakuje w HzTLu to ich żartów, wspólnych akcji... niestety, faktycznie narobiłam postaci w przypływie szału tworzenia nowych postaci, który dopada mnie przynajmniej dwa razy w tygodniu, i teraz muszę "wychować" i "prowadzić za rączkę" swoje bachorki. Ale cały czas zastanawiam się nad nowym wątkiem dla Petera, bo dla Remusa coś wymyśliłam i dla Marleny też ;). Więc myślę, że wkrótce czeka nas wielki kambing bak :D.
      Dziękuję ci jeszcze raz za cudowny komentarz :D.
      Poozdrawiam i dziękuję :*.
      Abigail

      Usuń
  11. Ale afera:D Mój mózg stwarzał różne scenariusze na podstawie informacji, których z rozdziału na rozdział przybywało. W jednym się nie pomyliłam. Serena była puszczalska, choć zmuszenie jej do zamążpójścia na siłę aby wpleść ją w dobrą rodzinę i towarzystwo na pewno nie sprawiło, że czuł się lepiej. Czy Phil był tak wstrętny, że biedna dziewczyna nie mogła znieść myśli o byciu jego żoną? I dlatego rzucała się w ramiona, napalonych na nią samców, mimo że byli kuzynami jej narzeczonego? Sama nie wiem co o tym myśleć szczerze powiedziawszy. Skoro miała w sobie tyle uroku wili, że działała na każdego faceta bez wyjątku to przecież mogła zrezygnować z Phila i poszukać jakiegoś innego bogacza, nawet mugola, przecież nieświadom jej mocy, jadłby jej z ręki. Doszukuje się i nie mogę znaleźć ani wymyślić, tego jedynego, jednego brakującego puzzla mojej układanki.
    OOO a może to wdzięczność za wyrwanie jej od matki alkoholiczki nie pozwoliła przeciwstawić się dobrodziejom?
    Syriusz i Skye. Nie pochwalę ich za pomoc Jamesowi, ale gdybym miała wybór pomóc najlepszemu kumplowi, którego traktuję jak brata lub swojemu ukochanemu niż jakiejś "przybłędzie" brzydko mówiąc, to wybrałabym tych, na których mi zależy bardziej. Także im jestem w stanie wybaczyć ten spisek przeciwko Serenie. Aczkolwiek nie mogę się doczekać co z nią zrobili i czy dziecko, które się urodziło jest któregoś z Huncwotów.
    Zaczynam dostrzegać w Mary zalety. Pomijając, że jest wstrętną, podłą, manipulantką, dążącą po trupach, włącznie z tymi rodziny i przyjaciół, do celu to jej spiski i umiejętność manipulacji ludźmi jest porażająca. Bardzo przydatne cechy:)
    No i rzeczy najbardziej poruszająca. PLOTKA i ZDJĘCIA. Na miejscu Lily chyba bym się załamała, gdyby zrobili ze mnie taką puszczalską dziwkę ale z dwojga złego, lepiej James niż Peter:D
    UWIELBIAM TWOJEGO BLOGA:) Nie mogę się doczekać, więc kończę i lecę czytać dalej!
    Rogata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rogata <3. Jak ja dawno cię tutaj nie widziałam, kochana :*. To znaczy... ty pewnie też mnie dawno nie widziałaś, ale wiedz, że ja czytam Twojego bloga na bieżąco, ale po prostu jak mam coś skomentować, to od razu taka kaara... nie wiem, co się ze mną stało, ale chyba mój duch komentatora mocno ucierpiał :C. Mam nadzieję, że jeszcze go nie zabiłam, że powstanie z popiołów i że jeszcze w tym tygodniu przypomnę o sobie u Ciebie :D.
      Serena to taka trochę bardziej niegrzeczna Fleur, c'nie? Wydaje mi się tylko, że ona nie potrafiła tak dobrze panować nad swoją aurą... dopiero od McDonaldów dowiedziała się o swoim wilowatym pochodzieniu :D.
      To masakra, co spotkało Lily... Boże, jak ja o tym pomyślę i wyobrażę sobie siebie w jej sytuacji.. kaplica po prostu xD. Chociaż... skoro byłyby z Jamesem... dostrzegam jakieś plusy całej sytuacji ;>.
      Z drugiej storny to też trochę przykre, że ktoś tak okrutny i bezwględny jak Mary jest przy okazji geniuszem zbrodni. To trochę ułatwia jej działanie.
      JEszcze raz dziękuję Ci bardzo za komentarz i lecę odpowiedzieć na Twój drugi pod nowym postem :*.
      3maj się i duużo weny :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).