30 maja 2015

20.2. Ain Eingarp


„Jeżeli chcesz wiedzieć, co ma na myśli kobieta, nie słuchaj tego co mówi - patrz na nią”
-Oscar Wilde

Lily lubiła tłumaczyć swoją wybuchowość i niecierpliwość włoskimi korzeniami. Upierała się, że krytykowanie jej za drażliwość jest równie nie w porządku, jak ocenianie za kolor włosów czy wzrost, bo przecież nie miała ona wpływu na swoje geny i nic nie mogła poradzić, że wywodzi się z ludzi o gorącej krwi. To jak nagonka na wierzących za modlenie się, myślała. Południowców nie ocenia się za temperament. Każdy to wie.
Niestety, nie każdy to wiedział. Na przełomie lat za charakterek niejednokrotnie przychodziło jej słono zapłacić, a wtedy nikogo już nie obchodziło, ile krwi rodziny Vespignani płynie w jej żyłach. Kiedy była dzieckiem i nie panowała ani nad swoim gniewem, ani tym bardziej nad swoją magią, zdarzały się liczne niemiłe incydenty. Dobrym przykładem jest historia jej i Leslie Hernandez. Ta mała, złośliwa córka komornika (jak mawiał na nią pan Evans) wyśmiała raz Lily na szkolnej stołówce. Konsekwencją tego były wyrastające z blond głowy kopyta.
Wiadomo, że mugole nie potrafili wyjaśnić tego zdarzenia w sposób racjonalny. Kiedy więc Lily trafiła z Leslie do swojego wychowawcy, nauczyciela matematyki, nie mógł on doradzić jej nic innego jak panowanie nad swoimi emocjami.
─ To dziedziczne, panie Root – żaliła się dziesięcioletnia wówczas Lily. – Mam inną mentalność niż, wy, Brytyjczycy. Tata mówi, że Latynosi nie dławią w sobie emocji. Dlatego właśnie mama sobie pojechała.
─ Cóż… w takim razie nie próbuj dławić swoich emocji, Lily – poradził poczciwie profesor. – Kiedy zaczniesz się denerwować – pierwiastkuj. Pierwiastki są dobre na wszystko.

Lily przypomniała sobie o profesorze Pierwiastku dokładnie wówczas, kiedy drzwi do klasy Historii Magii stanęły otworem, a w nich pojawiła się Skye DeVitt. Czuła się, jakby przez całe swoje życie fruwała po niebie, raz unosiła się niżej, raz wyżej, a w tym momencie, z wejściem Skye, ktoś odciął jej skrzydła. Podobne uczucie towarzyszyło jej kiedyś, gdy ośmioletni wówczas Chase wrzucił ją do lodowatego basenu w rybiarni, tam, gdzie pływały żywe pstrągi w oczekiwaniu na śmierć. Nie dość, że wydarzenie to z pewnością można nazwać najobrzydliwszym w całym jej życiu, to jeszcze właściciel sklepu z rybami miał czelność na nią nakrzyczeć. To zupełnie jakby trzymała swoją cierpliwość w wielkiej paczce i bezustannie stała nad klifem. Wtedy z wrażenia paczkę tę upuściła. Teraz zrobiła to ponownie.
Pierwiastek z dziewięciu… trzy. 
Pierwiastek z sześćdziesięciu czterech… osiem.
─ Wynoś się stąd, DeVitt! – krzyknęła, wskazując palcem na drzwi, co wyszło trochę zabawnie, bo Skye już się wycofywała.
Pierwiastek z dwustu osiemdziesięciu dziewięciu… siedemnaście. 
─ Przepraszam, że przeszkadzam, Lily – odparła Skye ze stoickim spokojem. – Ale…
Pierwiastek trzeciego stopnia z dwustu szesnastu… sześć.
─ Skye.
James wstał ze swojej ławki. Jego oczy lśniły jak galeony. Lily rozdziawiła usta z niedowierzaniem. Pomyślała, że jeśli jej nie wolno osądzać za temperament, ponieważ jest w jednej czwartej Włoszką, to Jamesa nie wolno osądzać za czyny, bo jest w stu procentach niezrównoważony psychicznie.
Kto zdrowy umysłowo zaciąga ją na szczyt wielkiej karuzeli, całuje tam, prowokuje do powtórzenia tej sytuacji kilkanaście razy, zawiera układ dotyczący przyjazności, bije się z jej byłym chłopakiem o pieprzone boisko, udaje, że nic się nie stało, a potem – najnowsza sytuacja – zaczyna robić słodkie oczka do cholernej Skye DeVitt?! Kto?
 Nikt. Nikt zrównoważony emocjonalnie.
Pierwiastek z tysiąc czterysta czterdzieści cztery… trzydzieści sześć.
Nie, trzydzieści osiem.
A może cztery?
Jak miała skupić się na liczeniu, kiedy ktoś irytował ją do tego stopnia!
Dziewczyna natychmiast porzuciła pomysł uspakajania się za pomocą rachunków pamięciowych.
─ Siadaj, prostaku! – ryknęła, praktycznie ciskając Jamesa z powrotem na miejsce.
Miała go nie dotykać w nieprzyjazny i nieplatoniczny sposób? Pfi!
Dorian otworzył szerzej oczy.
─ Nie skończyłam z wami jeszcze! – oświadczyła. Potter pochylił głowę i udawał, że patrzy na swoje palce, chociaż Evansówna dobrze wiedziała, że wysyła rozbawione spojrzenia zmieszanej Skye. – A ty – zwróciła się w kierunku dziewczyny. Ani imię, ani nazwisko, nie chciało przejść jej przez usta. – Załatwisz to z nim później.
─ Rozumiem – oświadczyła grzecznie. – Jeszcze raz przepraszam, że cię zdenerwowałam.
I zamknęła drzwi, zostawiając Lily jeszcze bardziej kipiącą ze złości.
Ona? Ta krzepiara miałaby rozzłościć ją, Lily? Jakim prawem? Jakim sposobem?
Poczuła, że palce Jamesa splatają się z tymi jej, a drugą dłonią zaczął on głaskać jej nadgarstek, w uspakajającym geście. Ruda wyrwała swoje dłonie z jego złowieszczych szponów niemal natychmiast.
─ Nie waż się mnie dotykać.
─ Księżniczko… spokojnie, nie musisz…
─ ZAMKNIJ. SIĘ.
Dorian wymienił rozbawione spojrzenie z siedzącym na tyle klasy Syriuszem. Nie da się ukryć, że w miarę postępu złości, Lily stawała się coraz bardziej komiczna. W normalnych warunkach jej gniew oznaczał zbliżającą się katastrofę, krew, pot i łzy, ale tym razem, widząc ją praktycznie płaczącą z wściekłości, z Jamesem, który głaskał ją uspokajająco, naprawdę ciężko było zachować powagę.
─ Rozumiem, dlaczego jesteś zła – przyznał James, wyciągając przed siebie otwartą dłoń, w obronnym geście. – Serio, przypuszczam, że hmm… sam byłbym zły na twoim miejscu, ale…
─ Boże święty, czy ktoś z was może zabrać mi tego chłopaka sprzed oczu?! – krzyknęła, bezradnie wymachując rękami. – Przysięgam, że jeszcze chwila i go zabiję.
─ Dobrze… ─ pierwszy poddał się Dorian, który zaczynał już się lekko obawiać. – Przyjdziemy w czwartek. Będziemy przychodzić na szlabany, dopóki ich nie zniesiesz. Dopilnuję, żeby on – wskazał palcem na Jamesa, uśmiechającego się zalotnie do Lily, jakby groźbę zabicia go w afekcie wziął za formę flirtu – też przyszedł. Nie będziemy ci teraz przeszkadzać…
─ Po prostu stąd wyjdźcie – poprosiła cicho, chowając twarz w dłonie.
Dorian wyszedł pierwszy, uśmiechając się na pożegnanie, czego Lily już nie zauważyła. Syriusz podniósł się leniwie z krzesła, podszedł do swojego przyjaciela i szturchnął go mocno ramię, jednak James nie zareagował.
─ Rogasiu, zostaw Evans w spokoju. Nie widzisz jej? Obstawiam, że jeszcze chwila i cię zje albo zgwałci.
Złapał go za rękaw i pociągnął w kierunku wyjścia. Jeden chwyt, i James już wyswobodził się z „żelaznego uścisku”.
─ Nic się nie stanie – mruknął, błyskając uśmiechem rodem: „Za bardzo mnie kocha, żeby coś zrobić”. – Nie martw się. Idź już.
Syriusz spojrzał na niego jak na szaleńca, potem przeniósł wzrok na Evans, zbyt wyprowadzoną z równowagi, żeby skleić proste zdanie, po czym westchnął, wzruszył ramionami i zniknął za drzwiami, szepcząc coś w stylu: „Oboje są siebie warci”.
James został sam w jaskini lwa. Z lwem. Niezwykle ślicznym lwem, jeśli miał być szczery. W sumie to nie przejmował się tym, że kroczy teraz po bardzo cienkiej linii. Lubił ryzyko, niebezpieczeństwo, wyzwanie, a przede wszystkim uwielbiał ujarzmiać Lily. 
Nie ma się czego obawiać. Widywał już przecież Rudą w gorszym stanie – na przykład wtedy, kiedy zaprowadził ją do wesołego miasteczka w Manchesterze. Albo kiedy kupił jej na zeszłe walentynki bieliznę erotyczną. Albo kiedy pocałował ją na zakończenie ich czwartego roku, wtedy, przy Dorianie. Reakcja Lily na to wydarzenie do dzisiaj nawiedzała go w najgorszych koszmarach. W obecnej sytuacji… nie było źle.
Dziewczyna w dalszym ciągu siedziała na jego ławce. Ręce trzymała przy sobie, w razie, gdyby ośmielił się jeszcze raz pogłaskać wierzch jej dłoni. James, przyglądając się jej, odniósł śmieszne wrażenie, że jest ona w trakcie liczenia, bo otwierała bezgłośnie usta, a z ruchów jej warg mógł odczytać coś jak „trzy”, „piętnaście” i „sześcian”. 
─ Eee… nic nie mówisz, księżniczko? – zagadnął ją.
Lily z początku nie reagowała na zaczepkę. James zdążył kilka razy odchrząknąć, podrapać się po głowie i poczochrać swoje włosy przynajmniej pięć razy w każdą stronę, zanim jego towarzyszka odezwała się, głosem wyprutym z emocji:
─ Podczas przerwy świątecznej oglądałam w telewizji bardzo ciekawy program – oświadczyła chłodno. – Wiesz, o czym mówię?
─ Hmm… chodzę na mugoloznastwo. Owszem, wiem, czym jest telewizja.
─ Super. Obejrzałam więc w telewizji pewien ciekawy dokument… pokazywał różnorodne sposoby na torturowanie, praktykowane w średniowieczu na całym świecie. Wiele z nich chciałabym wypróbować.
 ─ Zawołać Doriana?
Lily nie zachichotała. Wyraz jej twarzy stał się już teraz naprawdę niebezpieczny, a James momentalnie pożałował, że nie posłuchał Syriusza i jednak nie uciekł stąd, póki mógł. Evansówna zeskoczyła z ławki, pokręciła kilka razy głową i – o zgrozo! – zaczęła pokonywać dystans dzielący ich dwoje. James stał jak sparaliżowany. Spodziewał się wszystkiego, nawet tego, że ta urocza istotka wyjmie zaraz miecz Gryffindora zza pazuchy i przebije mu nim serce.
Zamiast tego Lily zbliżyła się do niego tak, jak tylko to było możliwe. James wciągnął raptownie powietrze, z fascynacją i przerażeniem przyglądając się poczynaniom dziewczyny. Po tym, jak przybliżyła się do niego na odległość intymną, postawiła na jego butach swoje stopy, żeby znaleźli się w miarę na podobnym poziomie – prawie zmysłowo otarła się o jego klatkę piersiową i wyszeptała do ucha:
─ Zejdź mi z oczu, Potter.
─ Wracamy do „Pottera” i „Evans”? – mruknął, uśmiechając się kpiąco. Lily nieznacznie się cofnęła. – Jesteś ogromną fanką regresu.
─ A ty ogromnym dupkiem – odszczekała się. Postawiła swoje nogi z powrotem na ziemi. – Czy naprawdę musisz atakować każdą napotkaną przez siebie osobę? Masz jakiś kompleks, człowieku? Cały Hogwart już wie, jak wielką masz głowę, i rozumiem to, że czaszka już dawno się u ciebie zapadła i bardzo silnie uciska na mózg, ale panuj nad sobą, chłopie! Nikomu nie imponujesz swoją dziecinnością i bezmyślnością. A już na pewno nie…
─ Evans, Evans, Evans… ─ przerwał jej niegrzecznie. – Wiesz, jak bardzo cię uwielbiam, kochanie, ale jednak wolałabym, żebyś przestała pieprzyć na temat, o którym nie masz najmniejszego pojęcia – uśmiechnął się sztucznie.
─ Nie mam najmniejszego pojęcia?! Sądzisz, że gdybym znała jedną z twoich tandetnych wymówek, to wcale nie byłabym zła?
─ Sądzę, że gdybyś choć raz spróbowała wyobrazić sobie, że zdarzają się w sytuacje, w których można trochę nagiąć pewne zasady…
─ Problem w tym, że tobie te sytuacje zdarzają się zbyt często. Praktycznie codziennie!
─ Nie, nie…
─ Tak, tak właśnie…
W tym właśnie momencie stojący już wystarczająco blisko siebie Lily i James równocześnie ugięli się gniewnie i zderzyli mocno czołami. Przypominało to trochę walkę dwóch kozłów, pochylających się nad sobą, łypiących gniewnie spode łba i opierających się wzajemnie o rogi.
 Lily odskoczyła z głośnym „auć!”. James poprzestał na rozmasowaniu czoła. Rudowłosa rozdziawiła usta i wyglądała, jakby chciała powiedzieć coś bardzo dosadnego, ale w ostatniej chwili się pohamowała. Nie miała pojęcia, czy to pierwiastkowanie, ból fizyczny czy James pozwoliły jej ochłonąć, ale była pewna, że nie jest już zła.
Czasami naprawdę przerażały ją własne wahania nastrojów.
─ Wybacz – mruknęła, widząc, że zderzyła się z Potterem czołami dokładnie w tym miejscu, gdzie wcześniej uderzył go Dorian.
Uderzył… Dorian… walka…
Na brodę Merlina, zakład!
Lily pamiętała o nim jeszcze na boisku, jeszcze w klasie, przed przybyciem Skye, ale potem kompletnie wyleciał jej on z głowy. Och, a więc istniał jakiś plus w tej okropnej sytuacji!
Wygrała.
O tak, naprawdę wygrała.
─ Zdajesz sobie sprawę, że przegrałeś zakład, prawda?
James zamrugał i uśmiechnął się niewinnie.
O nie, pomyślała Lily, nie ma mowy.
─ Wiesz, księżniczko… sądzę, że troszeczkę się rozpędziłaś.
─ Rozpędziłam? – roześmiała się Evans. W dalszym ciągu przecież znajdywała się w stanie pomiędzy białą gorączką a spokojem. James niebezpiecznie pchał ją do pierwszego nastroju.
─ Owszem – potaknął James. – Widzisz… rozumiem twoje zastrzeżenia, co do mojego zachowania, jednak nie sądzę, że przez to przegrałem.
W jego oczach błyszczał jakże znajomy spryt. Lily pomyślała, że gdyby James urodził się w mugolskiej rodzinie, zrobiłby wielką karierę jako obrońca sądowy.
─ Z całym szacunkiem, ale nie wmówisz mi, że pomimo pobicia Doriana o boisko, odegrania cyrku w tej klasie i dotykania moich rąk – przestań się śmiać, ustaliliśmy, że bez tego też możemy się obejść – zakład przetrwa…
─ Czy ja powiedziałem, że zakład przetrwa? – zdziwił się James. – Nie. Zgadzam się, że został naruszony.
─ Ale…
Lily zamrugała. James powiedział, że „zakład został naruszony” i „że nie przegrał”. Czy on sugerował, że… że to ona?
Co za tupet.
Co za…
─ Uważasz, że to ja przegrałam? – spytała z niedowierzaniem.
James wciągnął powietrze, wydając z siebie ostrzegawczy syk. Lily parsknęła nerwowo. Nie wiedziała, czy w obecnej sytuacji wypadało się śmiać, czy raczej denerwować.
 To jakiś żart, powtarzała sobie. On nie może być poważny.
W porządku – James w przeszłości miewał bardzo dziwne pomysły, wysnuwał kompletnie bezsensowne teorie, potrafił podważyć nawet najmocniejsze dowody – ale jednocześnie robił to wszystko tak umiejętnie, że nie wychodził na śmiesznego. Tym razem Potter naprawdę, ale to naprawdę się ośmieszał.
─ Nie wierzę – pokręciła głową Lily. – Nie wierzę, że potrafisz zwalić wszystko na mnie. To jest… to jest po prostu pogrążanie się, Potter.
 ─ Księżniczko – zaczął spokojnie, unosząc ręce do góry. – Po prostu przyjrzyjmy się sy…
─ O, nie! Nie robisz tego naprawdę. Słuchaj, wiem, że nie umiesz przegrywać, Potter, ale tym razem pobiłeś samego siebie. Widziałam na własne oczy, jak przewalałeś się Z DORIANEM na boisku Qudditcha, słyszałam, jak ten idiota, Black, rzucał swoje niewarte cytowanie teksty i byłam świadkiem, jak Mary – tak – MARY – próbowała was rozdzielić. Zaprzeczysz czemukolwiek?
James zamrugał. Przez chwilę stał z przygryzioną wargą i nad czymś intensywnie się zastanawiał. Lily poczuła, że złość ponownie się w niej wzbiera.
─ Nie. Nie mogę – przyznał ostatecznie chłopak, patrząc jej prosto w oczy i nie okazując żadnych sygnałów, że jest mu z tego powodu przykro.
─ W takim razie w czym problem?
Potter wyszczerzył zęby.
─ Wiesz… ty generalnie też zaatakowałaś mojego indywidualnego znajomego, a jeśli dobrze pamiętam, to tego dokładnie nie wolno nam było robić.
Lily wybałuszyła oczy. Zaatakowała znajomego? Kogo? Nie mogło chodzić mu o Mary. Dla niej była tak miła, że od dłuższego czasu zbierało jej się na wymioty. Nie naśmiewała się z żadnych krzepiarzy z drużyny Qudditcha, chociaż niektórych z nich naprawdę, ale to naprawdę, nie lubiła. Na Boga! Ona nawet popuściła trochę Syriuszowi i nie wlepiała mu codziennie szlabanu.
Kto jak kto, ale Lily w tej materii wypełniła swoje zadanie. James kompletnie zignorował ten punkt zakładu i po prostu zachował neutralność względem tych jej znajomych, za którymi nie przepadał. Fakt faktem, Potter nie musiał jakoś niewyobrażalnie się wysilać, w końcu żył sobie świetnie z większością hogwarckiej populacji. Jedyna osoba, która nie była mu na rękę to Dorian, a przecież ostatecznie nie wytrzymał i nawet nie uszanował „immunitetu” tej jednej, jedynej osoby.
Jak on śmiał sugerować coś podobnego?!
─ Że co? – prychnęła Lily. – Kogo?
─ Chociażby Skye. Przed chwilą.
Rudowłosa zamrugała na znak niezrozumienia.
─ Nakrzyczałaś na nią.
─ Przepraszam bardzo, ale jest różnica pomiędzy nakrzyczeniem na kogoś a pobiciem. Nie zrobiłam DeVitt żadnej fizycznej krzywdy.
─ Tłumaczyłem ci już to, księżniczko – mężczyźni mają swoje sposoby, a dziewczyny swoje.
Mężczyźni? Przepraszam, czy ty nazwałeś siebie i Blacka MĘŻCZYZNAMI?
James klasnął w dłonie i spojrzał na ostatnią ławkę, tam gdzie moment temu siedział i grawerował swoje inicjały jego najlepszy przyjaciel.
─ Dobrze, że przypomniałaś mi o Łapie. Skoro ten argument do ciebie nie przemawia, to mogę przypomnieć ci, że zwaliłaś Syriusza z krzesła. To robienie fizycznej krzywdy, nie zgodzisz się?
No nie.
On…
Jak on mógł?
Lily parsknęła.
─ Nie wziąłeś dzisiaj swojego leku, co?
James uśmiechnął się łobuzersko.
─ Przejrzałaś mnie, kotku – cmoknął powietrze, jakby chciał wysłać do niej buziaka. Lily zmarszczyła brwi. – W każdym razie, to ty bardziej złamałaś ten punkt naszego zakładu, bo ja zaatakowałem tylko Doriana, a ty urządziłaś grupowe krzywdzenie.
W tym momencie Lily zrobiła się naprawdę nerwowa. Wiedziała, że oto Potterowi chodziło. Wiedziała, że z chwilą, kiedy on wyprowadzi ją z równowagi – wygra. Evansówna może i miała o wiele więcej okazji, by poćwiczyć panowanie nad sobą, niż zwykły człowiek (ach, ta gorąca krew!), jednak nawet nie chciało jej się udawać, że faktycznie potrafiła to dokonać.
Jeśli wpadnie w  gniew, a James zachowa trzeźwość umysłu, to już może zacząć unikać Chamberlaina.
Uśmiechnęła się sztucznie.
─ Nie możesz porównać tych sytuacji do siebie. W gruncie rzeczy, ja nie zrobiłam nikomu nic poważnego, a ty faktycznie zrobiłeś Dorianowi krzywdę! Złamałeś mu nos!
─ Och, nie powiedziałbym, że twoje poczynania stanowiły mniejsze zagrożenie zdrowia niż rozkwaszenie komuś nosa. Skye jest bardzo delikatna psychicznie, wiesz? Co jeśli ona teraz przez ciebie się powiesi?
Lily wywróciła oczami.
─ A Syriusz – o Merlinie – biedny Syriusz! Czy ty jesteś świadoma tego, CO MOGŁO SIĘ WYDARZYĆ? Lily, on spadł z krzesła! Co jeśli uderzyłby się w potylicę? Nie byłoby sensu go ratować. Śmierć na miejscu.
─ Złamałeś zakład przede  mną – zauważyła trzeźwo. – Tragiczny upadek z miejsca i „wynoś się stąd, DeVitt!” miało miejsce po tym, a więc zrobiłam to wtedy, kiedy zakład już padł.
─ No nie – uparł się James. – Będąc perfekcyjnie szczegółowym, to wcale nie złamałem go pierwszy.
─ Nie denerwuj mnie – fuknęła. – Nie obchodzi mnie, co teraz wymyślisz! Nie wmówisz mi, że najpierw ja nakrzyczałam na Skye, a potem ty cofnąłeś się w czasie i pobiłeś Doriana! Nie, nie i jeszcze raz…
─ Uspokój się – prychnął James. – Nie miałem zamiaru mówić niczego podobnego. Ale…
Tu się zawahał. Przeniósł wzrok z podłogi na twarz dziewczyny, a następnie przybliżył się trochę. Oczy mu błyszczały, jakby chciały powiedzieć coś, czego Lily nie potrafiła do końca odgadnąć. Uśmiechnął się. Nie był to jeden z tych wyuczonych grymasów, godzinami trenowanych przed lustrem. Ten uśmiech wdarł się na twarz chłopaka jakby niezależnie od jego woli, promieniowała od niego prawdziwość. Dziewczyna musiała walczyć z pokusą, żeby nie uśmiechnąć się w odpowiedzi.
─ Jak myślisz, Lily, dlaczego uderzyłem Chamberlaina? – zapytał po prostu, bardzo głębokim głosem.
Dziewczyna zaniemówiła.
─ Mó… powiedziałeś, że chodziło o bo… o boisko.
Rogacz zachichotał.
─ Chodziło o ciebie – powiedział po prostu.
Chodziło o ciebie.
Pomimo tego, że Lily nigdy nie przepadała za niczym, co romantyczne, a jej wrażliwość na takie wyznania praktycznie nie istniała, to w tamtym momencie poczuła się dziwnie onieśmielona. Krew napłynęła jej do policzków i zarumieniła się kompletnie mimowolnie. James odnotował to z uśmiechem.
─ O tak – przyznał, zagarniając jej włosy za ucho. – Chamberlain streścił mi waszą rozmowę przy śniadaniu – spojrzał na nią tak, jakby czuł się obrażony. – Obgadywanie jest takie nieprzyjazne, księżniczko. Nie mogłem znieść, że ten sukinsyn wymawia twoje imię, dlatego pokazałem mu jedyne, do czego się nadaje.
Lily westchnęła głęboko.
Dobrze wiedziała, co ta dwójka wyrabiała. Bawiła się w męskie gierki. Cytowali jej wypowiedzi kompletnie wyrwane z kontekstu, wysyłali do siebie spojrzenia i robili ogół tych wszystkich rzeczy, których ona, jako dziewczyna, nigdy nie pojmie.
No, pięknie.
─ Ja cię nie obgadywałam – zaparzyła się. – To… tylko stwierdziłam fakt. Ja…
James patrzał na nią z założonymi rękami i lekkim uśmiechem. Jak miała mu wytłumaczyć, dlaczego „nigdy nie zostanie jego dziewczyną”? Czy to w ogóle da się wytłumaczyć? To po prostu… po prostu… stwierdzenie.
─ Mimo wszystko – pokręciła głową – uważam, że twoje wykroczenie jest największe  i po prostu to ty najbardziej…
─ Och, a więc jest hierarchia czynów niedopuszczalnych? – ucieszył się James. – Uwielbiał, jak jakiś przepis został uznany za „mniej ważny”, bo wtedy mógł łamać go do woli.
Lily westchnęła.
─ Wiesz, tak chyba będzie najlepiej – stwierdziła. – Ponieważ nie potrafisz być w tej sytuacji poważny, myślę, że reguły muszą zostać jak najbardziej ograniczone. Inaczej ich nie pojmiesz.
─ Och, nim mniej ograniczeń, tym lepsza zabawa. Zgadzam się.
Lily westchnęła.
─ Od tej pory skupmy się tylko na zasadzie z nietykalnością, którą łamiesz w tej chwili, tak się składa!
James wywrócił oczami i cofnął się aż pod drzwi klasy.
Jak można współpracować z kimś takim?! 
─ Tak trzymaj – mruknęła sarkastycznie. – I proszę, nie myśl, że następnym razem będę taka pobłażliwa.
Potter uniósł kciuk do góry na znak, że rozumie.
─ Odpuszczę ci ten jeden raz, bo jesteś taka śliczna.
Skrzyżowała ręce na piersi.
─ Przepraszam, ale czy ty teraz ze mnie kpisz? Mieliśmy być platoniczni!
─ Nie, księżniczko – pokręcił głową James. – Umówiliśmy się, że nie ma cielesnego kontaktu. Nikt nic nie mówił o flirtowaniu.
Czy ktoś mógłby zlitować się nad światem i walnąć tego czopa w głowę?, pomyślała wściekle Lily. Chociaż jej nie myśli nie były łaskawe w stosunku do Jamesa, błysnęła przekornym uśmiechem.
─ Strzelasz sobie w stopę, ustanawiając tę regułę, wiesz?
Chłopak uniósł jedną brew.
─ Tak myślisz?
Lily westchnęła i zbliżyła się do chłopaka. Dobrze wiedziała, że na chwilę obecną ich umowa jest nieścisła i pełna haczyków – chociażby jak te kokietowanie – których James może się uczepić i to zrobi. Odparła więc honorowo:
─ Zanim zaczniesz rzucać mi pod nogi kije, żebym przewracając się, wpadła na ciebie, umówmy się w ten sposób – przegrywa ten, kto pocałuje tego drugiego. W usta. Mamy umowę? – zapytała, wyciągając ku niemu dłoń. Jej mina zdradzał pewność siebie.
James odpowiedział tym samym. Ścisnął jej dłoń tak, jakby ujmował ją tylko po to, żeby potem przez cały dzień trzymać się za ręce.
─ Wspaniale. Cóż… sądzę, że my powinniśmy… eee… James?
Chłopak, który najwyraźniej postanowił poigrać dzisiaj z losem, wcale nie uciekł od niej jak najdalej, nie zakleił sobie ust taśmą klejącą ani nie uczynił żadnych z tych rzeczy, które mogłyby uchronić go przed złożeniem na jej ustach pocałunku. Ekstremalnie pewny siebie i swojej samowoli, pochylił się nad rudowłosą, oparł brodę o jej czubek głowy, a rękami przyciągnął ją do siebie, tak, że po raz kolejny stanęła mu na stopy.
Lily przełknęła ślinę. Wcześniej sama łamała te niebezpieczne granice i zbliżała się do chłopaka na intymną odległość, lecz teraz wydawało jej się to ciut niebezpieczne. Zupełnie jakby po ograniczeniu zasad stawka urosła, gra nabrała tempa, a teraz ona i Potter znaleźli się na ostatnim, najtrudniejszym poziomie. Tak bardzo nie chciała przegrać.
Chłopak oparł nos o jej czoło. Ruda chcąc nie chcąc wciągnęła do płuc jamesowy zapach – ciężki, złożony i ciepły. Rogacz ustawił się tak, że nos Lily znajdował się tuż pod jego brodą, na szyi, tam gdzie woń ta przybierała na intensywności. Dziewczyna stwierdziła, że lubi wdychać zapach jego szyi, jakkolwiek dziwne by to nie było. Przypominał jej on o czymś ważnym, ale ulotnym. Pachniał domem.
James pochylił się jeszcze bardziej, tak, że teraz znajdowali się na równym poziomie – nos przy nosie, oczy przy oczach, usta przy ustach. Lily momentalnie zrobiło się bardzo gorąco.
─ Pobawimy się teraz inaczej, słoneczko – szepnął, głęboko i zmysłowo. Kiedy wymawiał kolejne słowa, praktycznie muskał jej wargi.
 Evansównie zakręciło się w głowie. Zapomniała o wszystkim – o zakładzie, o bójce „o boisko”, o Mary, Dorianie i o tych wszystkich sekretach. Miała wrażenie, że jej umysł jest jak przeciążona waga, gdzie wszystkie te rzeczy zaczęły z niej spadać pod wpływem bliskości Jamesa.
Zamknęła oczy.
Chociaż nie widziała niczego, podświadomie czuła, że pomiędzy nią a Jamesem są jakieś dwa centymetry dystansu.
Nie podobało jej się to. To zdecydowanie za dużo. 
Zanim Lily odważyła się złamać ten dystans, Jamesa już nie było w klasie.

✾✾✾
Florencja, lipiec 1975
Był to dzień sentymentalny, jasny i parny. Wiał lekki wietrzyk, tańczący we włosach i dmuchający na twarze, niosący ukojenie, uspakajający, i płaczący jakby z tłumem. Niebo, zupełnie nagie, nieodziane nawet najmniejszym okryciem z puszystych, mięciutkich chmur, nawet najmniejszą srebrną nitką z cirrusów, miało barwę szlachetną, subtelną, zupełnie jak kolor oczu Phila van Weerta, który dzisiejszego dnia oficjalnie pożegnał się z tym światem.
Od ósmej nad ranem we florenckim kościele zbierali się van Weertowie z całego świata i każda rodzina z nimi spowinowacona, a Potterowie, i James, nie pozostawali wyjątkiem. Nabożeństwo trwało półtorej godziny, a pomimo tego, że Belle Potter była chrzestną Phila, nie wpuszczono ich do przodu. James spędził więc prawie dwie godziny na nogach, co chwila przebierając to jedną, to drugą. Matka pozwoliła mu wyjść z kościoła dopiero wtedy, kiedy nikt już nie spoglądał w ich kierunku. Potter i Syriusz, który towarzyszył przyjacielowi w pożegnaniu jego kuzyna, spędzili resztę mszy, wypalając całą paczkę Lucky Strike’ów.
Następnym etapem przedsięwzięcia był pochód w kierunku cmentarza. Florencki cmentarz w niczym nie przypominał tych w Wielkiej Brytanii. W Dolinie Godryka znajdował się tylko jeden cmentarz – wielki, smutny i opustoszały. Kiedy od czasu do czasu pojawiała się tam jakaś osoba, to zapłakana, wściekła i najczęściej również zaopatrzona w sześciopak butelek z piwem. Na białych, marmurowych nagrobkach straszyły fotografie przygnębionych czarodziejów, złote literki z datą śmierci traciły połysk, kwiaty więdły, a znicze poddawały się podmuchom wiatru i roztrzaskiwały o ziemię. Dorea Potter zabierała czasami wnuka na grób swojej matki, Violetty Bulstrode. James nienawidził tego punktu w pobycie u babci. Dusił się wonią umierania, cierpienia i zgryzoty, która niczym kadzidło rozchodziła się po całym cmentarzu.
We Florencji cmentarz został wzniesiony na kilku pagórkach. Jeden z nich, chyba najwyższy, należał w całości do rodziny van Weertów. Na samym szycie znajdowało się mauzoleum, a dotrzeć tam można było tylko przez ładną, czystą kostkę brukową. Przed mauzoleum stały ławki, znajdowała się tam też mała, tryskająca fontanna. Podczas gdy cała rodzina zgromadziła się wokół katolickiego księdza i płakała nad śnieżnobiałą trumną Phila, kuzyni Jamesa biegali po trawniku i pryskali w siebie wodą. On i Skye zajęli ławkę położoną najdalej od grobowca.
Tego dnia pachniało latem, leszczyną i śmiercią. W uszach Jamesa stukało i piszczało, a on sam doznawał dziwnego wrażenia, że wszystko – począwszy od wiatru, a skończywszy na letnim upale – naigrywa się z niego. W ustach miał posmak metalu, przed oczami mroczki i czasami naprawdę musiał utwierdzać się w przekonaniu, że nie wymienił się ze swoim kuzynem miejscami, i że siedzi na cmentarzu, na ławce, a nie w trumnie. 
─ Wszystko w porządku, James? – zapytała Skye. Jej głos brzmiał jak wołanie o pomoc na pustyni – rozpaczliwie, głośno, ale jednak nie został odnotowany przez nikogo. ─ Wyglądasz jak Mary w zeszłym roku po powrocie z Alabamy – zażartowała.
James przypomniał sobie sytuację z zeszłych wakacji, kiedy to Mary postanowiła potowarzyszyć Lily na dwutygodniowej wycieczce do jej dziadków ze strony ojca, mieszkających z Blue Spings w Alabamie. Wytrzymała tam raptem pięć dni, a potem kazała Kenny’ emu, swojemu bratu, siebie odebrać. Kiedy James zobaczył ją po powrocie, wysypywała siano ze swoich butów i płakała jak bóbr.
─ Jest taką wiejską dziewczyną jak ja cmentarnym gościem.
Skye parsknęła śmiechem.
─ Nie mów tak. Wczoraj śniło mi się, że zostałeś grabarzem.
Oboje zachichotali, ale było w tym coś wymuszonego, sztucznego i krępującego. Skye oblizała wargi.
Dzwony zaczęły bić z wieży kościelnej. Wysokie, ostre pinakle i krzywe gargulce gotyckiej katedry widać było nawet z mauzoleum. Wzgórza cmentarzyska stanowiły wspaniałą akustykę, dlatego też dzwonienie zdawało się dochodzić tu wyraźniej niż w mieście. Skye wzdrygnęła się, kiedy zauważyła chmarę wielkich, kraczących wron, które wyleciały z dzwonnicy spłoszone hałasem. Wydawało jej się, że wrony symbolizowały nieszczęście.
James spojrzał w kierunku ludzi zgromadzonych przy księdzu. Szybko odszukał wzrokiem swoją matkę, ciotkę i kuzyna, Jesse’ego, który pomimo śmierci własnego brata tryskał energią i nie próżnując, wysyłał perskie oczka w kierunku Mary. Następnie przeniósł spojrzenie na wilę i odkrył, że najwyraźniej bardzo znużona, podtrzymywała gimnastykowanie powiek. Swoje złote włosy upięła w eleganckiego koka, ale poza tym w ogóle nie wyglądała jak osoba zaproszona na pogrzeb. Obok niej stał Syriusz, bardzo zakłopotany i wypalający piątego dzisiaj papierosa.
Potem Potter zerknął na najbardziej zapłakaną osobę na całym pogrzebie, a swój wzrok zatrzymał na niej najdłużej. Serena. Jakby obdarzona nadnaturalną mocą płaczka od razu wyczuła jego spojrzenie na swoich plecach. Kiedy odwróciła się w stronę Skye i Jamesa, chłopak wysłał ku niej pokrzepiający uśmiech. Rozpłakała się przez to na dobre.
─ Szkoda mi jej – powiedziała honorowo Skye, odwracając głowę w stronę swojego chłopaka. – Wiesz, że gdyby Phil żył, to dzisiaj tańczylibyśmy na ich weselu?
─ Ciotka Carlotta na pewno zrobiła to specjalnie – odparł James beznamiętnie. – Uwielbia rozdrapywać rany.
─ Przyszedłbyś na ich ślub?
Potter wbił wzrok w ziemię.
Pięknie, pomyślała Skye i mimowolnie napięła mięśnie. Który już raz historia zataczała koło?
Ona i James spotykali się (w romantycznym tego słowa znaczeniu) od półtorej roku z licznymi przerwami. Koleżanka dziewczyny, Ally, obliczyła nawet, że schodziła się ona z Potterem czternaście razy. Znali się od dziecka, ponieważ Skye mieszkała na tej samej ulicy w Dolinie Godryka. Z początku wszystko układało się raczej pomyślnie dla pary i nawet Mary McDonald, znana z tego, że uwielbiała odbijać chłopaków, nie knuła misternych intryg za ich plecami. Dopiero rok temu, na kotylionie u Meadowesów, sprawy zaczęły przybierać niebezpieczny obrót.
Kenny McDonald, brat Mary i równoczesny najlepszy kumpel jej brata, Elijaha, poznał dziewczynę podobną do swojej siostry kropka w kropkę. Szybko udało się odkryć pomiędzy nią a McDonaldami pokrewieństwo – Serena (jak nazywała się ta dziewczyna) była bowiem siostrą przyrodnią pani Elizabeth McDonald, matki Kenny’ego i Mary. Oznaczało to dla niej znaczy awans społeczny i ostateczny debiut na kotylionie, gdzie miała wypatrzeć sobie wystarczająco obrzydliwie bogatego kawalera. Jej wybór padł na Phila van Weerta, kuzyna Jamesa.
Serena większość wolnego czasu spędzała ze swoją siostrzenicą Mary, a – co za tym szło – z Syriuszem i kuzynem swojego narzeczonego. Nieśmiała, krucha i słodka półwila od razu wpadła Jamesowi do oka. Zanim w rodzinie van Weertów wybuchł skandal, Skye zdążyła pójść w odstawkę. Ostatecznie Serena opuściła Anglię i przeprowadziła się do posiadłości van Weertów we Włoszech, ale utrzymywała kontakt zarówno z Jamesem, jak i Mary. Skye uważała, że to nie w porządku wobec niej, ale zdołała się już pogodzić z faktem, że niewiele dla Jamesa znaczy. Przez cały czwarty rok zmieniał dziewczyny jak rękawiczki, co jakiś czas przypominając sobie o wiecznie wiernej Skye.
Teraz Phil van Weert umarł, a DeVitt nie miała pojęcia co to oznacza dla niej i dla Jamesa. Szczerze powiedziawszy miała wrażenie, że jego zauroczenie Sereną dawno już minęło, ale czy faktycznie tak było?
Obawiała się, że zaraz pozna odpowiedź.
Gdzieś w górze rozległ się odgłos strzału. Skye uniosła nieznacznie głowę i zobaczyła, że ludzie zaczynali strzelać do wściekłych wron. Nie musiała na niego patrzyć, żeby wiedzieć, że James wysyłał jej to spojrzenie.
Ja… ─ zawahał się, przełykając ślinę. Skye wciąż patrzała na spanikowane ptaki. ─ Chyba nie potrafię ciągnąć tego dłużej, Skye.
Dziewczyna poczuła, że coś dużego, kłującego i gorzkiego podleciało jej do gardła. To samo zjawisko napełniło jej oczy wilgotnymi łzami. Skye podciągnęła nosem. James oblizał wargi, lekko zaniepokojony perspektywą, w której jego towarzyszka za sekundę wybuchała niekontrolowanym płaczem.
─ Serena? – zapytała zamiast tego, ledwo panując nad drżącym głosem.
James pokręcił głową. Wyraz jego twarzy zdradzał zakłopotanie.
─ Tu nie chodzi o nią – odparł. Zabrzmiało to szczerze, chociaż Skye nie chciało się w to wierzyć. – Za długo się tobą bawiłem. Nie powinienem… cholera, nie powinienem nigdy cię w to wkręcać… Ja…
─ Nigdy niczego do mnie nie czułeś? – domyśliła się. – Tak?
Potter westchnął ciężko.
─ Nie ująłbym tego w ten sposób. Jesteś… byłaś dla mnie świetną przyjaciółką, naprawdę. Chyba… moim błędem chyba było to, że postanowiłem zmienić tą sytuację. Wiesz… naszą przyjaźń. My… nigdy nie byliśmy dobrym materiałem na parę.
Mów za siebie, chciała powiedzieć Skye, ale się powstrzymała. Szczerze mówiąc spodziewała się dzisiaj czegoś podobnego. James nie odzywał się do niej przez praktycznie całe lato, nie odpisywał na sowy ani nie wpuszczał jej do siebie do domu, tłumacząc to zmęczeniem albo bólem głowy. Nawet Syriusz, kiedy ostatnio spotkała go w sklepie miotlarskim, stronił od kontaktu z nią, jakby bał się, że powie o kilka słów za dużo na temat Jamesa.
To zerwanie zbliżało się od dłuższego czasu i naprawdę, ale to naprawdę, nie zaskoczyło Skye.
Co nie oznaczało, że nie było jej przykro.
─ Jesteś na mnie zła? – zapytał miękko James. W jego głosie doszukała się jedynie współczucia i lekkiego poczucia winy.
─  Nie, James – odparła, ocierając policzki z łez. – Ja… wiedziałam, że tak będzie. Zawsze wiedziałam.

✾✾✾

Kiedy Lily pozwoliła Jamesowi opuścić klasę, Skye czekała za rogiem. James odszukał ją wzrokiem natychmiast, niemal intuicyjnie. Przyjrzał się jej z zainteresowaniem.
Widywał Skye codziennie, ale od jakiegoś roku DeVitt nie reagowała na jego zaczepki na korytarzu, nie odpowiadała na jego powitanie i generalnie za wszelką cenę unikała swojego dawnego przyjaciela. James, słynący z tego, że naprawdę rzadko dawał za wygraną, nigdy nie przestał mówić do niej „cześć, słodka” i czasem, kiedy wpadali na siebie w Hogsmeade albo pomiędzy treningami ich drużyn w szatni, wszczynał mozolną, nieklejącą się pogawędkę. Pomimo tych faktów, James nigdy tak naprawdę nie miał okazji przyjrzeć się dziewczynie dokładniej.
W swojej pamięci przywołał obraz chudej, bardzo wysokiej szatynki, o cienkich włosach i poobgryzanych paznokciach. Teraz Skye wydawała się dość niska, a James nie miał pewności, czy to dlatego, że lekko się pochylała, czy to on urósł do niewiarygodnego stopnia. Zamiast orzechowych włosów, lekko wijących się zupełnie jak te Hestii, ujrzał proste, złociste, otaczające jej podłużną twarz niczym aureola. Paznokcie również utrzymane były w nienagannym stanie.
Uśmiechnął się szeroko na jej widok. Puchonka uniosła głowę do góry i nieśmiało odwzajemniła uśmiech. Przez parę chwil stali, wpatrzeni w siebie i szczerzący się głupawo, gdy w końcu Skye przerwała swoją bezczynność i z głośnym chichotem rzuciła się Jamesowi na szyję.
─ Słyszałem, że wyszłaś z cienia, słodka.
─ Przepraszam, że ignorowałam cię rano – odparła, czerwieniąc się jak piwonia. – Casper był obok mnie, cały Hufflepuff był obok mnie. Ja…
─ Nie gniewam się – oparł James i machnął ręką, na znak, że to już nie ma znaczenia. ─ Nie w tej sprawie. Nie ukrywam jednak, że lekko się dzisiaj wkurzyłem.
Skye otworzyła szerzej oczy i odchyliła głowę, żeby skłonić go do wyjaśnienia, z jakiego powodu.
─ Jesteś w Harpiach – wyszczerzył się. – Nie wierzę, że dowiedziałem się tego z ust pryszczatej Caitlin Chamberlain. Jak mogłaś mi nie powiedzieć?
Skye wzruszyła ramionami.
─ Jakoś tak wyszło. Nie mogłam się zdecydować… to może wydać się śmieszne, ale chciałam spróbować jeszcze w owuetamach… wiem, że pewnie myślisz, że i tak bym je zawaliła, ale…
─ Nie mów tak – przerwał jej James. – Zdanie owutemów zależy raczej od szczęścia niż wiedzy.
Uśmiechał się w taki wyjątkowy, chłopięcy sposób, że dziewczyna nie mogła dłużej się na niego boczyć.
Skye westchnęła dramatycznie, usiłując ukryć uśmiech wkradający się na jej twarz. Tak bardzo brakowało jej Jamesa!
─ Przepraszam, że cię unikałam – wyjąkała, czerwieniąc się z zawstydzenia. – Od pogrzebu Phila. Zwłaszcza po tym, ile twój ojciec zrobił dla mojego brata w ministerstwie…
Urwała. Seth Potter mógł być bardzo wpływową osobą, ale nie wiele mógł zdziałać przeciwko rodzinie Rowle’ ów. Ostatecznie Elijah przegrał rozprawę i został odesłany do Azkabanu za handel Demencją, ciekłym akonitem i innymi narkotykami oraz za służbę Voldemortowi, a brata Mary, Kenny’ego, oczyszczono ze wszelkich zarzutów. Nie zmieniało to jednak faktu, że ojciec Jamesa zaryzykował swoją reputację, a nawet posadę w Ministerstwie, a zrobił to wszystko – bez wątpienia – na życzenie swojego syna.
Mina Jamesa zrzedła.
─ Słyszałem o Elijahu. Dużo mu dali, biorąc pod uwagę fakt, że stuknęła mu dopiero dwudziestka. Czy Minister nie ma syna w jego wieku? Młody Minchum też nie jest święty.
─ Mam nadzieję, że ktoś wreszcie się ocknie w Ministerstwie i że wykurzą Minchuma raz na zawsze. Chyba każdy w tym kraju podejrzewa, że jest marionetką Voldemorta.
─ Nie zdziwiłoby mnie to. Nie po tym, jak kazał pozwalniać wszystkich mugolaków z Departamentu Tajemnic. Jak na człowieka Dumbledore’a ma lekkiego hopla na punkcie czystej krwi.
Skye potaknęła. Miała ochotę jeszcze chwilkę pogawędzić, ale wyraźnie czuła, że James chce ją zapytać o coś ważnego, a teraz zwyczajnie grał na zwłokę, żeby nie wyjść na niegrzecznego. Milczeli przez jakieś pięć sekund, podczas których James oblizywał wargi bardzo dokładnie. Uśmiechnęła się w duchu. Bardzo nieczęsto widywała Pottera takiego niespokojnego.
─ Posłuchaj, Skye… ─ zaczął ostrożnie. – Mary powiedziała mi pewną rzecz na twój temat – nie patrz tak na mnie! – to nic takiego… twierdzi, że wiesz, co się stało z Ser…
─ SKYE! – przerwał mu znajomy głos należący do jego najlepszego przyjaciela. James zmarszczył brwi, kiedy ujrzał Syriusza obejmującego DeVitt tak kurczowo, że niemal ją duszącego.
W jego pamięci Syriusz średnio przepadał za Skye, a wręcz ledwo ją tolerował. Przez cały okres chodzenia jej z Jamesem, nieustannie powtarzał, że nigdy nie spotkał nikogo równie nudnego i praktycznie błagał, żeby Rogacz dał sobie z nią spokój. 
Spojrzał ze zdumieniem na Skye, która wcale nie wydawała się zaskoczona takim obrotem sytuacji. Miła odmiana, pomyślał.
─ Syriusz – roześmiała się, dając mu sójkę w bok. – Czuję się, jakbyśmy naprawdę długo się nie widzieli.
─ Pomyśleć, że chodzimy do tej samej szkoły… - pokręcił głową Black. Spojrzał ukradkiem na swojego najlepszego przyjaciela. Oczy mu zabłysły. – Rozumiem, że wy, gołąbeczki, macie jakieś… półtorej roku do nadrobienia, ale muszę go na chwilę od ciebie pożyczyć – uśmiechnął się porozumiewawczo do dziewczyny. W oczach Skye dało się dostrzec tylko ulgę.
James miał wrażenie, że oboje coś przed nim ukrywają, ale nie mógł za wiele zdziałać, bo Syriusz całą swoją siłą ścigającego ze złamaną ręką, zaczął ciągnąć go w stronę przeciwnego korytarza. Przez całą drogę zadawał idiotyczne pytania. 



✾✾✾

Remus na początku naprawdę chciał porozmawiać z Marley. Wstawał codziennie rano, ubierał się, schodził na śniadanie i powtarzał sobie: “dzisiaj porozmawiam z Marley”. Plan ten brzmiał dobrze w jego głowie. Kiedy wyobrażał sobie, że staje naprzeciw dziewczyny z burzą kakaowych kędziorków na głowie, uśmiechającej się nieśmiało i garbiącej nieznacznie, wcale nie czuł przerażenia. Wszystko zmieniało się, kiedy dochodziło do punktu, w którym wnosił swój plan w życie. Spocone ręce, drżący głos i niebezpieczne uczucie, że zaraz nogi odmówią mu posłuszeństwa, należały do najmniejszych problemów.
Marley nie ułatwiała mu tego zadania. Za każdym razem, kiedy starał się podejść do niej na korytarzu, czmychała ukradkiem, a wśród tłumów nawet huncwotowi nie łatwo było jej odszukać.  Nie odpisywała na jego liściki, które wysyłał doń na zaklęciach, nie reagowała na próby nawiązania dialogu podejmowane w bibliotece. Remus myślał sobie, że dziewczyna chyba stara się wymazać ze swojego życia wydarzenia z sylwestra. Nie winił jej za to.
Chodziły słuchy, że ona i Frank do siebie wrócili i chyba tylko dlatego Remus postanowił się z nią rozmówić. Nie śmiał nawet marzyć o tym, że pocałunek w domu Jamesa zmieni cokolwiek w ich znajomości i popchnie Marley z powrotem w jego ramiona. Znał już swoje życie i los, i wiedział, że nigdy nie były dla niego łaskawe. Dziewczyna wydawała się zbyt idealna, zbyt niewinna i zbyt abstrakcyjna, żeby stać się częścią Remusa, zbyt pokrzywdzonego przez życie, zbyt potwornego i zbyt skazanego na samotność. Ze wszystkich tych rzeczy zdawał sobie sprawę aż za dobrze i naprawdę nie łudził się, że on i Marlena wrócą do siebie kiedykolwiek.
 Ale wspomnienie sylwestra nie pozwalało mu spać. Musiał dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodziło, co wstąpiło w Marlenę, o czym mówiła, nawiązując do jakieś Gii. To nie musiało wcale być sensowne wytłumaczenie – ważne, żeby usłyszał na ten temat cokolwiek. Niewiedza zjadała go od wewnątrz. Poza tym chciał podpytać ją o całą sprawę z Frankiem i chociaż powtarzał sobie, że to nie jest jego interes, to wolał poznać opinię Marley na ten temat.
To wszystko przyprawiało go o migrenę. Dodatkowy ból głowy z pewnością nie pomagał, zważywszy, że jutro czekała go pełnia. Łączyły się z tym różnorakie symptomy poprzedzające przemianę, jak na przykład potworny ból w kościach, rozbicie, zmęczenie czy mdłości.
Ach, jak cudownie zaczynał się ten dzień.
Zaraz po obiedzie, Remus udał się w kierunku skrzydła szpitalnego. Chciał wziąć od Pomfrey jakieś wzmacniające wywary, coś uśmierzającego ból. Oczywiście, to przez co przechodził w tamtej chwili było raptem marną namiastką prawdziwego piekła, z którym przyjdzie mu zmierzyć się jutro, ale wolał działać, póki eliksiry w ogóle coś dawały. Przedtem jednak skierował się na moment do dormitorium i chwycił swój niedokończony esej na transmutację. Nigdy niewiadomo, jak długo zostałby przetrzymany w skrzydle. Nie chciał marnować spędzonego tam czasu.
Wychodząc z Pokoju Wspólnego, dosłownie wpadł na Dorcas Meadowes i Luke’a Davisa, obmacującego ją pod obrazem Grubej Damy.
Problem w tym, że zawsze był osobą z delikatnym układem pokarmowym.
Lupin! – wrzasnęła Dorcas, wyswabadzając się na chwilę z macek Luke’a. – Neptunie, aleś ty mnie przeraził! Muszę zamienić z tobą słówko.
Dziewczyna spojrzała na Luke’a, wyraźnie niezadowolonego takim  obrotem sytuacji.
 ─ Zobaczymy się wieczorem – obiecała, a następnie stanęła na palcach i musnęła swojego chłopaka w nos. Byli praktycznie tego samego wzrostu.
Z chwilą kiedy Luke Davis zniknął za korytarzem, a Dorcas przestała wysyłać mu buziaki na pożegnanie, jej oblicze zmieniło się nie do poznania. Na twarzy Meadowes rzadko gościł wyraz inny niż szeroki uśmiech albo inny grymas, z którego dało się wszystko wyczytać. Dorcas należała bowiem do takich osób, które nie posiadały w sobie ani odrobiny tajemniczości – kiedy smuciła się, odbijało się to na jej twarzy, kiedy weseliła – tak samo.
Tym razem jednak twarz Dorcas była nieprzenikniona.
Eee… Stało się coś, Dorcas?
Dziewczyna wydymała usta. Powaga na jej twarzy wyglądała niezwykle zabawnie.
Kiedy Remus całą siłą woli pilnował się, żeby nie wybuchnąć śmiechem i tym samym nie zirytować Meadowes, Dorcas zdążyła kilka razy dramatycznie westchnąć, dotknąć przelotnie swojego czoła, jakby sprawdzała sobie temperaturę i trząść się jak osoba, która zaraz zemdleje.
─ Czy ty wiesz, jak bardzo jesteś mi potrzebny? – szepnęła, łapiąc się za serce. – Jak wiele twoja łaska odmieni w moim nędznym życiu?
Nieźle się zaczyna, pomyślał.
─ Słucham cię, Dorcas – odparł, pomimo tego, że naprawdę nie miał siły na rozmowę z kimś tak rozentuzjazmowanym i głośnym. To nie pomagało mu na migrenę.
Dorcas zrobiła dramatyczną pauzę, wypuszczając powoli powietrze z płuc:
─ Powiedz Syriuszowi, żeby się ze mną umówił jutro na dwudziestą!
─ CO?!
Meadowes rozejrzała się niespokojnie, jakby obawiała się, że zaraz niczym diabeł z pudełka wyskoczy Luke. Kiedy na korytarzu nie zauważyła nikogo oprócz jakieś pierwszorocznej Puchonki, nachyliła się i szepnęła:
─ Chodzi o korepetycje. Musisz namówić go, żeby wrócił.
Remus spojrzał na nią tak, jakby go spoliczkowała.
To prawda, Lupin starał się być koleżeński względem każdego. Nigdy nie patrzał na jakąś sytuacje przez pryzmat tej wersji zdarzeń, o których usłyszał i zawsze, ale to zawsze, usiłował postawić się w sytuacji drugiej osoby. Ale to było zbyt wiele. Głupota Dorcas zaczynała działać mu na nerwy, a on, jako wieloletni przyjaciel Emmeliny, powinien być na dziewczęcą naiwność uodporniony.
Może i nie był obiektywny jako najlepszy przyjaciel Łapy, ale – do diaska! – chyba każdy w tej szkole miał już dość wiecznych humorków Dorcas! Co chwila coś jej się odwidywało, raz całowała Syriusza jakby jutro nie miało nadejść, raz chowała się za plecami swojego nowego chłopaka od siedmiu boleści, raz oskarżała go bezpodstawnie, a raz wynajmowała Remusa, żeby przeprosił go w jej imieniu?! Naprawdę był ciekaw, czego jeszcze można się po niej spodziewać.
─ Odbiło ci, Dorcas? – sapnął. Jego głos zabrzmiał twardo i szorstko jak nigdy. Meadowesówna aż rozdziawiła usta. ─ Chcesz żebym przepraszał go za ciebie?
─ Tu nie chodzi o przepraszanie, ja… ─ Dorcas przejechała otwartą dłonią po twarzy. – Po prostu namów go, żeby ze mną porozmawiał, dobrze? Nie zrozum mnie źle – mi się naprawdę układa z Luke’iem i nie chodzi mi o to, żeby grać na dwa fronty, ale…
Remus zamarł. Z ust Dorcas wylewał się potok słów, ale odbijały się one od jego ucha i natychmiast wracały do właścicielki. Przypominało to trochę piłeczkę jo-jo – Dor bawiła się świetnie, prowadząc dialog sama ze sobą, raz ona coś mówiła, a raz rzucała coś, co jej zdaniem powiedziałby Remus, równocześnie odpowiadając samemu na zadane przez nią pytanie.
Lupin nie przejmował się tym. Jedyne na czym jego umysł mógł w tamtej chwili skupić była Marlena, krocząca w kierunku obrazu Grubej Damy. Nie dostrzegała go jeszcze, zbyt skupiona na analizie swojego eseju na astronomię, dlatego czytała i szła, nie patrząc ani pod nogi, ani przed siebie. Jej włosy rozczapierzyły się jeszcze bardziej niż zazwyczaj, na twarz wkradł się lekki uśmieszek, oczy błyszczały jak paciorki. Serce momentalnie zaczęło go kłuć, podskakiwać, wyrywać się z piersi. Ciekawiło go, czy te objawy, stale dające o sobie znać na widok Marley, kiedykolwiek zniknął.
Miał nadzieję, że nie.
─ Dor… muszę lecieć – odparł, nawet na nią nie patrząc.
Chciał jak najszybciej wyminąć dziewczynę i zaskoczyć Marlenę, żeby nie miała szansy na ucieczkę. Musi dopaść ją teraz, zanim ta go zauważy. Niestety, nie docenił Dorcas. Na co dzień nie dysponowała ona wystarczającą siłą, aby odkręcić słoik z dżemem. Teraz jednak zaciskała palce na jego ramieniu tak mocno, że niemal przypomniał sobie, jak pełnia się zaczyna.
Zaczekaj – pomachała mu dłonią przed oczami. – Jeśli myślisz, że sobie pójdziesz, zanim się dogadamy, to się mylisz, Remusie Lupinie! – prychnęła. – Musisz zmusić Syriusza, żeby się ze mną spotkał. To jedyne, o co cię proszę w tej chwili.
─ Pogadasz z nim na projekcie – powiedział to, co przyszło mu do głowy najprędzej. – Dla Argenta.
Dorcas przejechała językiem po wargach, zlizując niemal cały błyszczyk z ust.
─ Ale ja muszę porozmawiać z nim dzisiaj!
─ To zróbmy ten projekt dzisiaj!
Marlena przystanęła. Zmarszczyła brwi i zaczęła spoglądać na swój esej od góry, dołu, po skosie, jakby sprawdzała, czy nie dostała podrobionych banknotów. Po chwili, pacnęła się głośno w czoło.
─ …i dlatego muszę mieć pewność, że… ej, czy ty mnie słuchasz, Lupin?
─ Dorcas, ile razy mam jeszcze powiedzieć, że nie mam czasu na gadanie?
─ W takim razie powiedz mi, gdzie się spotkamy.
Marlena wycofała się z powrotem w kierunku korytarza, chcąc zapewne udać się ponownie do biblioteki i dokonać ostatnich poprawek. Remus musiał przyśpieszyć.
─ Dam ci znać, Dor, słuchaj, ja…
─ CHCĘ WIEDZIEĆ TERAZ! Zastanawiałeś się nad tym czy nie?!
─ AIN EINGARP! – niemal wrzasnął.
Było to pierwsze co przyszło mu do głowy, wciąż na wpół zajętej Marleną. Tam właśnie spotkali się na pierwszej randce – to znaczy, tam się umówili, żeby potem udać się do Hogsmeade. Marlenie spodobało się magiczne lustro, które ukazywało najskrytsze marzenia serca, do tego stopnia, że ostatecznie do wioski nie poszli. Remus czasami chodził tam, żeby sprawdzić, czy dziewczyna tam nie przesiaduje. Nigdy się na nią nie natknął.
Dorcas zmarszczyła brwi.
─ Co?
─ Zapytaj się kogoś. Marley, Jamesa, Petera… ─ pokręcił głową. – Po kolacji, okej?
─ No dobrze, ale chcę mieć pewność, że on na pewno tam bę…
─ Nie martw się o to. Papa, Dorcas.
Pośpiesznie wyminął dziewczynę, skręcił w korytarz, za którym sekundę temu zniknęła Marley i ruszył sprintem przed siebie. Może przy odrobinie szczęścia uda się mu jeszcze ją złapać. W myślach odtworzył wszystkie miejsca, gdzie dziewczyna mogła pójść ze swoim esejem. Biblioteka… sowiarnia… Wielka Sala… gabinet profesor Schmidt…
─ Luniak!
Remus nie odwrócił się, chociaż od razu rozpoznał wołający go głos. Syriusz będzie musiał tym razem poradzić sobie sam. Syriusz będzie musiał tym razem poradzić sobie sam. Skręcił pośpiesznie w korytarz prowadzący na schody. Wiedział, że niełatwo będzie zgubić Blacka, ale zawsze stanowiło to dla niego również pewną rozrywkę. Pojedynek Huncwota z Huncwotem z orientacji po Hogwarcie zapowiadał się ciekawie.
Schody dopadł bardzo prędko, a kiedy postawił stopę na jednym z nich, poczuł słodki smak zwycięstwa. Hogwarckie schody lubiły płatać figle, toteż szybkie i bezproblemowe dostanie się przez nie na odkreślone miejsce rzadko chodziło w parze. Jeśli uda mu się czmychnąć przez nie przed Blackiem, to prawdopodobieństwo, że ten go złapie, stawało się znikome. Niestety, po raz drugi tego dnia zdarzyło mu się nie docenić przeciwnika. Chyba gonitwa za Marleną lekko pomieszała mu w głowie.
Syriusz złapał go za nadgarstek dokładnie wtedy, kiedy schody ruszyły i zaczęły obracać się o sto osiemdziesiąt stopni. Dyszał tak ciężko, jakby przebiegł kilka razy Hogwart dookoła. Faktycznie brakuje mu Qudditcha, pomyślał Remus. Kondycja już o ile gorsza.
─ Chyba mnie nie słyszałeś – uśmiechnął się łobuzersko Syriusz. – A ludzie tak zachwalają psie zmysły.
Ciężki żart Syriusza wydał się mu gwoździem do trumny. Westchnął ciężko. Pogoń za Marleną tak go zaabsorbowała, że na chwilę zapomniał o koszmarnym bólu kości. Teraz obawy uderzyły w niego z podwójną siłą.
─ Jestem trochę rozkojarzony – usprawiedliwił się. – Co jest?
Syriusz poruszył sugestywnie brwiami. Remus przeczuwał, że zbliża się coś niedobrego.
─ Dorcas cię szukała – wypalił, mając nadzieję, że ta wiadomość odciągnie Blacka od czegokolwiek, co planował. Brwi Syriusza zatrzymały się u góry. – Powiedziałem, że spotkasz się z nią obok zwierciadła Ain Eingarp.
Zadowolenie z twarzy Syriusza zniknęło w mgnieniu oka.
─ Co?! – wydukał. – Umówiłeś mnie z…
─ Nie, nie, to nie tak – westchnął Lupin. – Sluchaj. Pamiętasz jeszcze o projekcie dla Argenta?
Syriusz wyglądał, jakby pierwszy raz słyszał to nazwisko.
─ Przez cały dzień gadałeś o tym, co zrobisz Ślizgonom, jeśli wygramy – przypomniał mu spokojnie.
Oczy Syriusza zabłysły w wyrazie przypomnienia. On jest z dnia na dzień coraz bardziej przerażający, pomyślał Remus.
Aaa… faktycznie. Chcesz, żebyśmy zrobili to dzisiaj?
─ Tak będzie najlepiej – odparł. – Wiesz, potem mamy próbne owutemy, esej na astronomię, Eliksir Czterech Pór Roku, dwadzieścia pytań dotyczących transmutacji ludzkiej… ─ Syriusz ziewnął ostentacyjnie. – A w sobotę jest Hogsmeade… cały weekend przepada.
─ No dobra… przekonałeś mnie – poddał się chłopak, dramatycznie łapiąc się za serce. ─ Problem w tym, że Rogaś nie zasili naszej drużyny.
Nie zasili… Ach! Racja, przecież na pewno zajmie się pożegnaniem Skye. Remusowi natychmiast obrzydł wspólny projekt. Oczami wyobraźni widział już poirytowaną Mary i nadąsaną Lily. Syriusz oblizał wargi. Ewidentnie zastanawiał się nad czymś głowił.
Remus znał Blacka wystarczająco długo, aby wiedzieć, że ten coś kręci. Błysk w jego oczach, cień na twarzy i dziwnie przekrzywiona głowa stanowiły niepodważalne na to dowody. Wiedział, że Syriusz kieruje się w życiu przede wszystkim impulsem – należał do tego typu osób, które nagle wpadają na jakiś świetny pomysł i nie da się ich zatrzymać przed jego realizacją. Nawet gdyby zdarzyło się, że Syriusz wstałby rano i zdecydował, że ogoli głowę, rzuci szkołę, wyjedzie do Arabii Saudyjskiej i przejdzie na islam, wszystkie próby przemówienia mu do rozsądku spaliłby się na panewce.
W tamtej chwili twarz Syriusza rozjaśnił znajomy blask, świadczący o tym, że podjął on bardzo impulsywną i nieprzemyślaną decyzję, ale już było za późno, żeby go uspokoić.
─ Siedząc tam z wami i Meadowes nie będę mógł go przypilnować – westchnął. – Pomożesz mi zbudować dla niego klatkę?
O, nie.
─ Syriuszu, przestań. Nie możesz zamykać ludzi tak po prostu w klatkach. James nie jest chomikiem, tylko twoim przyjacielem.
─ Nie przejmuj się. Będzie tam kołowrotek i drabinki.
Remus spojrzał na niego znacząco.
─ Dobrze, a więc jeszcze partnerka do rozrodu. Co powiesz na Evans?
Lupin westchnął. Z jednej strony był pod wrażeniem, jak wiele sposobów na torturowanie Rudej Syriusz do tej pory wymyślił, a z drugiej zaniepokoił, bo te męczarnie dawno przestały robić na nim wrażenie. 
─ Dlaczego wciąż prześladujesz tę biedną dziewczynę?
─ Po pierwsze, bo Rogacz musi być zajęty aż do wyjazdu DeVitt, po drugie, bo czuje się spełniony, kiedy Evans się wścieka, a po trzecie, bo to pomoże Jimmy’emu w zakładzie.
Zakładzie? W jakim znowu zakładzie? Wiedział, że Syriusz i James dawno już uzależnili się od hazardu i zakładali się o jakąś głupotę praktycznie codziennie, ale jaki miałoby sens pomaganie temu drugiemu w wygranej? Albo szaleństwo Blacka opanowało drugą półkulę jego mózgu, ostatecznie przejmując nad nim całe panowanie, albo to nie on i Rogacz się założyli. Ale…
Nie. Lily była rozsądną dziewczyną, która na pewno wiedziała, że zakładając się z Jamesem staje naprzeciw nie tylko niemu, ale i wszystkim Huncowtom. Nawet jeśli jakimś cudem udałoby jej się wygrać, to z pewnością byłoby to pyrrusowe zwycięstwo.
Chociaż kto ich tam wie, pomyślał z lekkim niesmakiem.
─ Dawno już przestałem przed wami nadążać – pokręcił głową. Syriusz zmarszczył brwi, nie rozumiejąc. ─ Za tobą… Dorcas… Lily i Jamesem… Emmeliną… nawet Marleną. Nikt z was nie zachowuje się normalnie.
 Syriusz uśmiechał się niewinnie.
─ Pamiętasz jeszcze jak to jest być młodym, Luniaczku?
─ Haha – mruknął. Przypomniał sobie melancholijnie, że zgubił Marlenę prawdopodobnie już na dobre. Wątpił, że pójdzie z nimi na projekt, skoro nawet nie przychodziła w poniedziałki do Argenta. Musiał czekać do następnego razu. O ile taki w ogóle nastąpił.
Syriusz spojrzał na niego, zakłopotany. Nagły przypływ smutku wziął chyba za złe samopoczucie, bo zaoferował mu odprowadzenie do skrzydła szpitalnego. Remus odmówił, ale na wiele to się nie zdało – Black najzwyczajniej w świecie postanowił go tam przelewitować. Na wszelkie sprzeciwy, rzucał teksty rodem: „Faktycznie zrzędzisz jak stary dziadek” albo „Ale co ja takiego zrobiłem?”.
I tutaj Remus był teraz. W skrzydle szpitalnym, opuszczony przez Syriusza, opuszczony przez panią Pomfrey i już na pewno opuszczony przez Marlenę. Położył się na pierwszym łóżku od wejścia, którego pościel była lekko zmechacona, a poduszka przygnieciona. Nie chciał zajmować nowego łóżka, zwłaszcza, że po odbiorze leków musiał udać się do opuszczonej klasy, ze zwierciadłem Ain Eingarp. Syknął. Głowa zabolała go tak bardzo, że wydawało mu się, iż ktoś mu ją podpalił. Muszę odwrócić swoją uwagę od bólu, pomyślał rozpaczliwie. Rozejrzał się dookoła w poszukiwaniu jakiegokolwiek źródła rozrywki. Niestety, pani Pomfrey najwyraźniej nie potrzebowała do pracy magazynu z krzyżówkami i sudoku, bo oprócz Proroka Codziennego nie znalazł niczego interesującego.
Jego wzrok zatrzymał się na gazecie dosłownie przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło. Zamarł.
To niemożliwe, pomyślał. To jakiś żart.
Zerwał się na równe nogi. Niedowierzanie mieszało się w jego głowie z szokiem i przerażeniem. To nie mogła być prawda. Nikt by do tego nie dopuścił. To jakiś żart. Przywidzenie. To… musi mu się wydawać.  
Chwycił gazetę do ręki.
Nie wydawało mu się.
W jego głowie zrodziło się niesamowicie silne uczucie, z tych, które mają moc otępienia zmysłów, oderwania ich obiektu od ziemi, od rzeczywistości. Jeśli kiedykolwiek doznaliście lub zastanawialiście się jak to jest, bać się kogoś przez całe życie, śnić o jego twarzy w najgorszych koszmarach, przypuszczać, że Zło wygląda w ten sam sposób jak on, a następnie stanąć z tą osobą twarzą w twarz, to przywołajcie je do siebie i wiedzcie, że to samo spotkało Remusa w tamtej chwili.
Odkąd skończył pięć lat bał się wymówić imienia tej osoby bardziej niż Voldemorta. Czasami zdawało mu się, że widzi ją za rogiem, a potem płakał godzinami, nawet pomimo tego, że nie była to prawda. Pomimo złotego serca i anielskiej cierpliwości Remus temu człowiekowi życzył jedynie cierpienia, nieszczęścia i śmierci.
 Fenrir Greyback.
Wilkołak, który uczynił z niego potwora.
─ Będę twoim nowym tatusiem – szepnął wówczas, kiedy pięcioletni Remus obudził się w środku nocy i zobaczył, że w jego pokoju jest obcy pan. Jego głos, przyprawiający o dreszcze i budzący w nim obrzydzenie, prześladował go w najgorszych momentach jego życia.
Ręka mu drżała, kiedy odczytał treść artykułu.
─ Jest coś ciekawego? – zapytał piskliwy głos, jeśli można zadać pytanie tonem pozbawionym jakiegokolwiek zabarwienia uczuciowego. Remus wydał z siebie cichy okrzyk i upuścił gazetę.
Przed nim stała Bree Angelo. Jej wielkie oczy wpatrywały się z niego z zaciekawieniem i oczekiwaniem.
─ B… Bree – wydukał, łapiąc się za serce. – Przestraszyłaś mnie.
─ Przepraszam – odparła. Remus nie mógł poznać, czy faktycznie jest jej przykro, ponieważ jej twarz pozostała nieprzenikniona. Bree podeszła do niego i nienaturalnym ruchem sięgnęła po gazetę. Poruszała się jak robot. ─ To moja gazeta – odparła. – I to moje łóżko.
Remus pokręcił głową, na wpół przepraszająco, na wpół wciąż z niedowierzaniem.
─ Przepraszam, nie powinienem…
─ Nic nie szkodzi – przerwała mu. Gestem zachęciła go żeby ponownie usiadł na łóżku. Remus zrobił to tylko dlatego, bo w przeciwnym wypadku bez wątpienia by zemdlał. ─ Dlaczego tu jesteś?
─ Ból głowy – odparł ostrożnie. Nie patrzał na swoją rozmówczynię. Po jego wyrazie twarzy widać było, że jest w pewnym bardzo oddalonym od ziemi miejscu – krainie rozmyśleń. ─ I kości. Potworny. Rozrywający. To chyba grypa.
Bree kiwnęła głową. Zapanowała krępująca cisza. Remus nie czuł potrzeby przerywania jej, bo targający nim szok znacznie osłabił mu orientację w czasie. Szczerze mówiąc nawet nie zdawał sobie sprawy, że milczy od jakiś dziesięciu minut. Bree natomiast wiedziała:
Ja dostałam alergii – przyznała, łapiąc się za szyję. – Na kminek. Przypadkiem zjadłam go przy obiedzie. Nieprzyjemna sprawa, wiesz? Nie mogłam oddychać.
Remus wzdrygnął się, bo zabrzmiało to bardzo złowieszczo. Oblizał parokroć wargi i niespokojnie rozejrzał się po pomieszczeniu. Był zbyt wstrząśnięty, żeby usiedzieć tutaj do powrotu Pomfrey z lekami dla niego. Musiał wyjść. Uciec. Gdziekolwiek. Daleko.
─ Muszę iść – powiedział głośno i poderwał się z łóżka. Bree pokiwała głową, jakby powiedział jej właśnie, że musi skoczyć podlać kwiatki.
Remus nawet nie obejrzał się za nią, tylko jak najszybciej opuścił pomieszczenie. W drzwiach dosięgnął go okrzyk Bree:
─ Polecam akonit! Dwie łyżeczki co godzinkę.
Odwrócił się. Konsternacja odbijała się na jego twarzy. Bree siedziała dokładnie w tym samym miejscu na łóżku, gdzie Remus przed chwilą. Rozczesywała splątane włosy palcami.
─ Powiedziałeś, że bolą cię kości – uśmiechnęła się lekko, nawet nie patrząc na Remusa. Chłopak zastanowił się, skąd ona wie, że ten ją słucha. – Akonit działa świetnie na ból kości.
─ Czy ciekły tojad nie jest przypadkiem narkotykiem?
Bree uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
─ Działa tylko na ludzi.


✾✾✾

Lily wyprowadzona z równowagi była jeszcze godzinę po przyłapaniu na bójce Chamberlaina, Pottera i Blacka. Kiedy jej współlokatorki opuściły dormitorium, chcąc zająć się czymś ciekawym do kolacji, ona została w sypialni. Pierwiastkowała tak długo i zawzięcie, że aż zasnęła. Śniły jej się bijące o korzeń cyfry. Obudziła się dopiero, kiedy usłyszała, że ktoś puka do dormitorium.
Z niezadowoleniem wstała i ruszyła otworzyć drzwi. Nie miała ochoty nawet uporządkować włosów przed pokazaniem się przed ludźmi. Pociągnęła klamkę ze złością wymalowaną na twarzy. Kiedy zobaczyła, kto czeka po drugiej stronie, ogarnęło ją zaskoczenie, o wiele silniejsze od wcześniejszej irytacji.
Jakaś o ponad pół stopy wyższa od Lily szatynka stała, obgryzając paznokcie. Na widok rudowłosej natychmiast wyjęła palce z ust.
Cześć, Lily – odparła Skye DeVitt, lekko zakłopotana. – Czy… jest tu gdzieś może Mary?
Skąd znasz hasło? – prychnęła Lily, zakładając ręce na piersi. – Przegapiłam coś czy zamiast spieprzać z tej szkoły, zmieniłaś dom?
Skye uśmiechnęła się nieśmiało.
─ Eee… nic z tych rzeczy. Czy… czy mogłabym…?
Lily warknęła i z impetem otworzyła drzwi na oścież. Aż uderzyły o ścianę.
─ Właściwie to chciałam poprosić cię tylko o przekazanie Mary, że jej szukałam, ale… dziękuję za zaproszenie.
Błysnęła uśmiechem i bardzo niepewnie przekroczyła próg dormitorium. Lily przyglądała jej się tak uważnie, jak pies gończy przed obwąchaniem dowodu. Bezskutecznie próbowała doszukać się w zachowaniu Skye jakiegoś sygnału antypatii. Ku jej rozczarowaniu DeVitt nie okazywała nawet obojętności – była po prostu ekstremalnie uprzejma. Evans zastanawiała się, jak wiele konkursów na przyjazność z Jamesem wygrała. Była w tym naprawdę dobra.
Chociaż taka osoba jak ona raczej nie musi się zmuszać do lubienia Pottera, pomyślała z przekąsem. Lily zamknęła drzwi, dając sobie kilka sekund na przybranie maski obojętności. Nie mogła pozwolić sobie na zdradzenie, jak bardzo jest wściekła przybyciem Puchonki.  
Odwróciła się na pięcie. Skye stała wyprostowana jak na baczność. Wpatrywała się w Lily bardzo intensywnie, zastanawiając się zapewne jak rozpocząć rozmowę. Jeśli chodziło o Rudą, to ta nie miała zamiaru jej w tym wyręczać.
─ Posłuchaj, Lily… ─ westchnęła Skye, wzruszając ramionami na znak rezygnacji. – Nie mam pojęcia, ile wiesz i co sobie o mnie myślisz… ale… musisz pamiętać, że nawet w tych rzeczach, których jesteś pewna na sto procent może kryć się jakieś kłamstwo i…
 ─ Nie lubię cię – przerwała jej chłodno. – Tego jestem pewna na sto procent.
Skye potaknęła, wbijając wzrok w ziemię.
─ Rozumiem to – przyznała. – I zaraz sobie stąd pójdę, obiecuję. Ale najpierw… czy… czy mogłabym prosić się o przysługę?
Lily zamrugała. Zastygła jak słup soli. Skye DeVitt, wielka gwiazda Qudditcha, kompletnie tępa krzepiara, pasująca pod względem intelektualnym do swojego byłego chłopaka, prosiła ją o przysługę? Co to miało znaczyć? W porządku, Evans mogła jej tylko nie lubić, a nie jak Mary – życzyć najgorszego, ale to nie zmieniało faktu, że Skye musiała być kompletnie szalona, łudząc się, że to implikuje do wyświadczania sobie nawzajem przysług.
I owszem – Qudditch z pewnością zmniejszał objętość mózgu, ale czy mógł go Skye zupełnie zredukować?
─ Eee… to zależy?
─ To nic takiego – obiecała Skye. W jej oczach czaiła się tak wielka prośba, że nawet Lily nie mogła pozostać na nią obojętna. Niechętnie pokiwała głową.
Puchonka przybliżyła się do niej o dwa kroki. Patrzała nań tak intensywnie, że niemal wypalała jej dziury w oczach. Lily podtrzymała dzielnie to spojrzenie. Wciąż nie miała pewności, czy Skye patrzy w ten sposób na nią z góry, czy nie ma złych intencji.
─ Obiecaj mi, że będziesz o niego dbać.
Obiecaj mi, że będziesz o niego dbać.
Lily zamarła. Ani przez sekundę nie wątpiła, o kogo chodzi.
A o kogo innego mogło? Evans nie była głupia. Wiedziała, że ta Skye kocha Jamesa – tego nie dało się inaczej nazwać, ale jednak… Jednak było w jej uczuciu coś niesamowitego. Przełożyła szczęście Pottera nad swoje własne, dała mu odejść, łamiąc sobie samej serce, a mimo tego, że James długo za nią nie rozpaczał i praktycznie nazajutrz miał już nową dziewczynę, potrafiła przełknąć złość, dumę, zapomnieć o zranieniu i wciąż stawiała dobro byłego chłopaka na pierwszym miejscu.  
Na Boga, ona nawet nie była złośliwa dla Lily! Nie była nawet  złośliwa dla Mary ani dla żadnej z tych dziwek Pottera. Przyglądała się temu z boku, spokojnie i wręcz obojętnie, podczas gdy  po jej sercu za każdym razem przejeżdżał czołg. Lily to zaimponowało. Nie, zaimponowało to zbyt mało. Ona czuła się niewiarygodnie żałośnie przy Puchonce, tej samej, z której przez cały dzisiejszy dzień kpiła, że jest zwykłą krzepiarą. Mogła jej nie lubić, ale nie potrafiła jej nie szanować. Jeśli ktoś z nich zasługiwał na respekt, to właśnie Skye. Nie James. Nie Mary. Nie Syriusz. Nie Remus. Nie Dorcas. Nie Lily.
Rudowłosa to wiedziała. Potrafiła przyznać to w myślach. Jednak u niej pomiędzy przyznaniem na głos a w myślach istniała autostrada. Duma nie pozwalała jej na odpuszczenie Skye, nieważne, ile tamtą kosztowało proszenie o coś Lily.
─ J… James jest wystarczająco dorosły, żeby samemu dbać o siebie – odparła bezlitośnie. Już wyciągała rękę, żeby chwycić za klamkę i wyprosić z pokoju Skye, gdy jej towarzyszka wyciągnęła dłoń i wpiła w jej ramię bardzo głęboko paznokcie. Lily aż syknęła.
Posłuchaj mnie – poprosiła ją niemal rozpaczliwie. – Nie obchodzi mnie, ile on dla ciebie znaczy. Nie obchodzi mnie, czy go lubisz, czy nawet bardzo lubisz, ja… ja po prostu wiem, że nie jest ci obojętny. To widać, Lily. On już dawno nie jest dla ciebie nikim. To powinno wystarczyć. Obiecaj mi. Nie rób tego dla mnie. Zrób to dla Jamesa. Twojego Jamesa. Naszego Jamesa.
Lily zaniemówiła. Wpatrując się w błagające oczęta Skye i słuchając jej dosadnych słów, w pewnym momencie zapomniała, czym jest myślenie. Gdyby nasz organizm składał się tylko z dwóch przycisków – GŁOS SERCA oraz GŁOS ROZUMU i włączony mógł być tylko jeden, to w tamtym momencie drugi przycisk nie dość, że się wyłączył, to jeszcze zniknął. Lily długo stała w milczeniu. Ramiona jej drżały, jakby płakała. Paznokcie Skye wżynały jej się skórę wręcz do krwi.
─ O… obiecuję – szepnęła.
Uścisk Skye zelżał. Lily dyszała ciężko, jakby wykonała właśnie pięćset przysiadów. Przypuszczała, że podobna gimnastyka kosztowałaby ją mniej wysiłku niż wypowiedzenie tego jednego słowa.
─ Przekażę Mary, że jej szukałaś – odparła cicho. Skye przeszedł dreszcz.
─ To bardzo ważne, Lily – mruknęła, krzywiąc się. – Jeśli on znowu z nią będzie, i to wszystko rozpocznie się od nowa… nie możesz do tego dopuścić, Lily. Mary ma fatalny wpływ na Jamesa. Oni mają fatalny wpływ na siebie. Niszczą się nawzajem. Musisz… ty… Ty masz na niego gigantyczny wpływ. Naprawdę. On… on cię posłucha.
Skye podciągnęła nosem i sięgnęła po klamkę. Otworzywszy drzwi, pokonała dzielący ją i framugę dystans bardzo prędko. Czerwona lampka zapaliła się w umyśle Lily.
─ Dlaczego? – praktycznie krzyknęła. Skye odwróciła się na pięcie.
Widać było po niej, że przeżywa wewnętrzną walkę. Naprawdę chciała jej powiedzieć. Lily była o tym przekonana. Niestety, łączyło się to ze zdradzeniem Jamesa, a do tego Skye chyba nie była zdolna.
─ Przekaż Mary, że jej szukam – szepnęła i zatrzasnęła za sobą drzwi. Lily mogła przyrzec, że usłyszała jeszcze szloch na korytarzu.

✾✾✾
 


Głupia, głupia, głupia historia! Jo miała ochotę wydrzeć każdą stronę tej głupiej książki i spalić ją razem z głupim, przeklętym młodszym Blackiem w piecu. Co w nią wstąpiło, że zgłosiła się na ten głupi egzamin, że chciała przeskoczyć tę głupią klasę? Czy ona ma poukładane w głowie. Szczerze w to wątpiła. Nikt, kto ma poukładane w głowie nie robi tak wielu głupot.

Muszę zrobić sobie przerwę od tego syfu, pomyślała, ciskając książkę z powrotem do torby. Siedziała w Wielkiej Sali, czekając na kolację. W sumie to tak wyglądał każdy jej dzień teraz, kiedy postanowiła skrócić swoją edukację o rok. Siedziała w Wielkiej Sali, wkuwała mnóstwo kompletnie bezużytecznych bzdur, modliła się o koniec tego piekła, a jedyną jej przerwę stanowiły posiłki. Nawet do toalety chodziła z podręcznikami!
Dumbledore poszedł jej na rękę z tym egzaminem, dobrze o tym wiedziała. Gdyby nie fakt, że w Durmstrangu w tym roku kończyłaby szkołę, na pewno nie poszłoby tak łatwo. W tym momencie jednak szczerze wątpiła, iż faktycznie był to akt łaski. Chyba każdy, kto przeżył kiedyś bardzo długą, nudną i intensywną sesję nauki, może to potwierdzić.
Zerknęła na swoją dzisiejszą pocztę. Zaszyfrowane runami wiadomości od znajomych. Pieniądze od matki. Buty, które zamówiła z Mediolanu. Prorok Codzienny. Nie miała ochoty oglądać nowego obuwia, a tym bardziej zamęczać mózg rozczytywaniem wymarłego pisma germańskiego, dlatego sięgnęła po Proroka. Miała zamiar odszukać felieton Rity Skeeter – nic bardziej nie ogłupiało i tym samym wspomagało w nauce. Jo chwyciła gazetę do ręki.
Zamarła.
DWUDZIESTU WIĘŹNIÓW OPUŚCIŁO AZKABAN ZA ZGODĄ MINISTRA
Emerytowanego szefa biura Aurorów, Harolda Minchuma, powołano na stanowisko Ministra Magii w nadziei, że powstrzyma on rosnącego w siłę Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać oraz jego popleczników. Ludzie mieli nadzieję, że zapewni on im pokój bezpieczeństwo oraz wspomoże on bankrutujące rodziny półkrwi. Czy faktycznie wywiązuje się ze swoich obowiązków i ziszcza nadzieje czarodziejów? Jest to kwestia dyskusyjna.   
„Zdążył podjąć już wiele kontrowersyjnych decyzji”- mówi Albert Rowle, szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. „Wiele osób było niezadowolonych zwłaszcza z obciążenia podatkami krewnych azkabańskich więźniów oraz za małżeństwo z mugolem. Ludzie uważają, że to uwłacza ich wolności obywatelskiej”.
„Minchum jest zdecydowanie za stary, żeby piastować tak wysoką pozycję” – komentuje jego zastępca, Frederic Moon. „Zdecydowanie nie powinien przekładać swoich poglądów nad dobro całej wspólnoty czarodziejskiej”.
Minchum obiecał, że zwiększy ilość miejsc pracy w Ministerswie. I faktycznie, wywiązał się z obietnicy. Zwalniając wszystkich mugolaków.
 „Dzieje się bardzo niedobrze w Ministerstwie” – mówi co drugi pracownik. „Osobiście mam nadzieję, że Minchum oprzytomnieje”.
Niestety, na to się nie zanosi. Minister podjął dzisiaj kolejną skandaliczną decyzję – podpisał reformę więzienną. Według niej „należy wypuścić wszystkich więźniów, którzy nie doczekali się wyroku”. Minister zapomniał, że wielu z nich wyroku nie otrzymało ze względu na tak oczywiste dowody jak na przykład przyłapanie na zabójstwie przez działacza Brygady Uderzeniowej bądź wykwalifikowanego Aurora, który – jak wiadomo – co miesiąc ma obowiązek przejść zabiegi sprawdzające, czy nie jest pod działaniem zaklęcia Inferius.
Kogo wypuścił Minchum? Szczegóły w naszej galerii na stronie 7-17.
Jo odszukała pośpiesznie stronę siódmą. Na niej, oraz następnych dziesięciu stronach widniało  dwadzieścia ruchomych fotografii, przedstawiających więźniów ubranych w całości na czarno, z wyrazem obłędu w oczach.
Fenrir Greyback.
Skrzywiła się, rozpoznając w nim poszukiwanego kilka lat temu wilkołaka.
Abraxas Malfoy.
Przekartkowała.
Nicholas Parkinson.
Prewett…, pomyślała gorączkowo. Prewett… Ignatius Prewett…
Rowle. Greengrass. Avery. Lestrange. Czterech Blacków. Van Weert.
Prewett… Prewett…
Proszę – jęknęła. – On też nie dostał wyroku.
Blishwick. Crabbe. Flint. Yaxley. Selwyn. Rosier. Fairchild.  
Przełknęła ślinę.
TREVOR MONROE.
Boże – wyszeptała.
Spojrzała jeszcze raz, nie mogąc w to uwierzyć.
Nie było mowy o pomyłce.
Mężczyzna na zdjęciu miał włosy czarne jak noc, oczy puste, szaleńcze i obłąkane chęcią mordu, i tą samą, kwadratową szczękę co Isaac.
Co on zrobił – szepnęła jak w amoku. Zaczęła kręcić głową, jakby od tego zależało, że wszystko się zmieni, że minister się pomylił i że odeśle Trevora – że odeśle ich wszystkich – z powrotem do więzienia.

Nie zauważyła nawet, że z wrażenia łokciem trąciła kubek z sokiem dyniowym, rozlewając go tym samym na podręcznik Bathildy Bagshot. Bez wahania wydarła z Proroka artykuł oraz zdjęcie Trevora. Następnie chwyciła kartkę z runami, które otrzymała bodajże od kuzynów Tony’ego i z drugiej strony nabazgrała niedbale:
I-
Zaczęło się.
-J

Wiesz do kogo – szepnęła do sowy, uprzednio wrzuciwszy wszystko do koperty. Liczyła na to, że Isaac szybko jej odpowie i znajdzie jakieś racjonalne wyjście z sytuacji.
Zanim jej sowie udało się podnieść ze stołu i odfrunąć, jakiś irytujący głos krzyknął:
Hej, Jo!
Ptak odleciał, a dziewczyna spojrzała z niechęcią na nawołującą ją osobę.
To tylko Regina, odsapnęła. Regina Bulstrode.
Miałam ci przekazać, że chyba mamy już miejsce na projekt dla Argenta – mrugnęła do niej porozumiewawczo. – Może spodoba mu się do tego stopnia, że zaprosi nas obie na drinka?
Jo uśmiechnęła się sztucznie.
Czasami naprawdę żałowała, że nie urodziła się taka, jak głupiutka i nieszkodliwa Regina. Ile by dała, żeby jej największym zmartwieniem było zadurzenie się w nauczycielu. 

✾✾✾



Skye zawsze zaskakiwał porządek rzeczy we wszechświecie. Niektóre cechy – takie jak cierpliwość, zrozumienie, uczynność, lojalność – zawsze miały swoje granice. W końcu nawet najcichszej osobie w końcu puszczały nerwy, nawet najbardziej wyrozumiali ostatecznie załamywali ręce nad głupotą społeczeństwa, nawet ci wiecznie oddani wystawiali zaufanie do nich na próbę.  Dobre cechy zawsze w pewnym momencie się kończyły. Osiągały swój poziom maksymalny, a następnie, tak jak siła tarcia, odpuszczały i pozwoliły zepchnąć siebie na złe tory.
Natomiast wady – jak głupota, złośliwość, a przede wszystkim buta, arogancja i chamstwo – takich ograniczeń nie miały. Za przykład można postawić Mary McDonald, która pomimo niebywałej inteligencji, zaskakiwała Skye coraz bardziej swoją bezmyślną naiwnością, zakłamaniem i pazernością. Z roku na rok pogrążała się w swojej własnej pułapce, w stworzonej przez siebie sieci kłamstw, intryg i podstępów. DeVitt myślała kiedyś, że po pewnym czasie ilość przekrętów Mary zacznie być zbyt ogromna nawet dla niej samej, a wtedy każdy – jeden po drugim – zaczną wychodzić na jaw w efekcie domina. Problem w tym, że jednak na to się nie zapowiadało.
Mary postanowiła złożyć jej wizytę, podczas gdy Skye pakowała się do domu. Świstoklik był już przygotowany i zgłoszony do Ministerstwa. Ojciec załatwił już wszystkie kwestie z Dumbledore’em. Chociaż zgodnie z prawem czarodziejskim po ukończeniu siedemnastu lat obowiązek szkolny zostawał znoszony jak namiar, profesor wolał rozmówić się jeszcze z panem DeVittem. Ojciec nie widział żadnych przeszkód ku szybszym zakończeniu edukacji przez córkę. A zresztą, spójrzmy prawdzie w oczy – zależało mu tylko na szybkim odzyskaniu pieniędzy i spłaceniu gigantycznej pożyczki, a płaca, jaką oferowały jej Harpie nawet na samym początku kariery, wystarczyła na polepszenie bytu rodziny. Wcześniej dodatkowy zysk DeVittowie czerpali z pracy Elijaha, trudniącego się łamaniem uroków i sprzedawaniem prochów na czarnym rynku, ale o tym szkoda było Skye nawet myśleć. Co więcej, nowy minister nałożył na rodziny więźniów wysokie podatki za „utrzymanie skazańca”.
Dziewczyna przeczuwała, że owutemy jej nie pójdą i że w najlepszym wypadku zostanie wpisane na listy rezerwowe na kursy zawodowe.  
Najlepszym.
Prawdopodobnie skończyłoby się to tak, że DeVittowie musieliby dopłacać do dalszej edukacji Skye, a na to pieniądze by się już nie znalazły. Nie dość, że byłaby dodatkowym obciążeniem dla rodziny, to jeszcze takim rozczarowaniem.
Harpie pozwoliły jej udowodnić, że jednak jej obecność była znacząca.
Skye długo zajęło pakowanie – Mary przyglądała się temu bardzo długo, prawdopodobnie chcąc podpatrzeć coś ciekawego. Oprócz albumów ze zdjęciami, piżamą z jednorożcem i napisem SKyE, koszulkami z dwuznacznymi napisami, kupowanymi jej namiętnie przez Jamesa i Syriusza oraz skarbonki-świnki Skye nie miała nic, co darzyła większym sentymentem. Mary liczyła na ucztę, a otrzymała marną przystawkę.
─ Ponoć mnie szukałaś.
DeVitt odwróciła się na pięcie. Zapewne wiele osób na jej miejscu czułoby pewne przerażenie – w końcu Mary McDonald, zakradająca się do nich do pokoju i zaskakująca od tytułu na pewno nie kojarzyła się pozytywnie. Skye jednak czekała na konfrontację z dziewczyną przez cały dzień, i była pewna, że nie może być gorzej niż w jej wyobrażeniach.
─ To ty wysłałaś do mnie… hmm orędownika? – zapytała niepewnie, przypominając sobie małą Piękność, Liesel McCourtney. Dziewczynka, wyraźnie zmartwiona wyjaśniła, że Mary chce widzieć się ze Skye. W jej ustach brzmiało to niemal jak wyrok śmierci. – Tak więc… czego chcesz, Mary?
Wila zachichotała. Puchonce zakręciło się lekko w głowie, przypominając sobie rozmowę z Lily. Teraz Mary w zależności od ułożenia głowy wyglądała albo jak ona, albo jak Evans. Szybko pokonała dystans dzielący ją ze Skye. Chodziła wokół niej niczym lew przygotowujący się do ataku.
─ Mój brat twierdzi, że wiesz, co się stało z Sereną – mruknęła i strzeliła balonem z gumy Drooblesa. Z zadziorną miną wyglądała zupełnie jak w czwartej klasie, kiedy blisko przyjaźniła się ze Skye. – Pytam się ciebie, bo obstawiam, że jesteś mniej psychiczna niż Kenny.
Obstawiasz? – skrzywiła się Skye. – Kochanie, nie trzeba wykazać się niczym nadzwyczajnym, żeby kwalifikować się jako mniej psychiczny niż jakikolwiek McDonald.
Mary uśmiechnęła się sztucznie.
─ Jesteś niesprawiedliwa. Ja mam pojebanego brata, i ty masz pojebanego brata. Ale ja nie uważam, że ty jesteś taka sama. Dlaczego więc ja mam być?
─ Myślisz, że nie wiem, co zrobiłaś? – Skye łypnęła na nią spode łba. – Pogrywasz wszystkimi, łącznie ze swoim ukochanym, niemal tak okrutnie jak twoja pieprzona bliźniaczka.
Na twarzy Mary zagościł grymas.
─ Hamuj się, DeVitt. Mam wystarczającą ilość dowodów przeciwko tobie. Może udało ci się okłamać wszystkich dookoła, ale ja nie jestem idiotką. Wyjeżdżasz, bo masz coś do ukrycia. Ty. I Black. Mylę się?
Skye opuściła wzrok. Los musi mieć naprawdę ironiczne poczucie humoru, skoro obdarzył osobę tak podłą taką inteligencją. Mary zawsze stwarzała problemy, to była jej funkcja na tym świecie, ale Skye nigdy nie traktowała jej jako faktycznego zagrożenia. Wydawało jej się, że obydwie znajdują się w tej samej drużynie, grają o tę samą stawkę. Wila zawsze należała do specyficznych, skomplikowanych osób, których znaczna część społeczeństwa nie znosiła. DeVitt jednak darzyła ją sympatią – szanowała przede wszystkim jest determinację, upór, spryt. Teraz, z rudymi włosami niesamowicie utożsamiała się z lisem.
To mógłby być jej patronus, pomyślała, przełykając głośno ślinę.
Ludzie się zmieniają. Skye to wiedziała. Była świadoma, że Mary McDonald również się zmieniła – i to do niewiarygodnego wręcz stopnia. Jednak w każdym pozostaje cząstka ich dawnego ja. Nieważne, jak głęboko byłaby ukryta. Zawsze istnieje szansa, że ktoś albo coś, uwolni ją z węzłów umysłu i pozwoli na wielki powrót. Skye nie była w stanie tego zrobić w przypadku Mary i, szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, kto miałby taką moc. Mimo to wierzyła, że warstwa lodu, otaczająca serce McDonaldówny, stopi się, kiedy ta zrozumie, że to wszystko było dla Jamesa. Że to wszystko było dla niej i dla Jamesa.
Bystre oczy Mary świdrowały ją spojrzeniem pełnym wyższości. Skye zastanawiała się, czy wila wie, o czym ona myśli.
─ Zadam tylko jedno pytanie – odparła Mary, przeciągając sylaby. – Gdzie jest Serena Marceau?

✾✾✾





Lily wiadomość od Syriusza dostała przez jego sowę, Angusa. Chociaż nigdy nie widziała ptaka Blacka na oczy, a jedynie o nim słyszała, nie musiała bardzo wysilać swojego umysłu, aby domyślić się, że to właśnie on złożył jej wizytę. Jedynie Black został obdarzony tak fatalnym poczuciem humoru, żeby kazać biednemu stworzeniu podziobać palce Lily.
Z listu wynikało, że zarówno Lily, jak i cała grupy Argenta miałaa się spotkać i uzgodnić temat projektu w cieplarni numer trzy. Syriusz poprosił ją, żeby przekazała wiadomość dziewczynom, jednak ostatecznie każda odmówiła udziału w spotkaniu:
─ Jeśli naprawdę myślisz, że pójdę z tobą spotkać się z Blackiem, to chyba przebywanie z Potterem zaczęło ci szkodzić – odparła Emmelina, po czym bardzo szybko czmychnęła z dormitorium.
─ Hmm… Lily, ja nie chodzę z wami na te zajęcia – zauważyła rezolutnie Hestia.
─ Muszę skończyć projekt na astronomię, Lily – mruknęła Marley. – Syriusz nie gryzie. Możesz pójść tam sama.
Na szukanie Dorcas Evans nie chciało się nawet tracić czasu, bo dobrze wiedziała, jaką otrzyma odpowiedź:
─ Czyś ty zwariowała?! Cieplarnia numer trzy jest nawiedzona. NA-WIE-DZO-NA, Lily! I Black nie jest jedynym upiorem tam przebywającym!
Ach, jak to dobrze, że zostałam obdarzona takimi przyjaciółkami! Nigdy nie zostawią mnie w potrzebie!, pomyślała rudowłosa z przekąsem. Wiedziała, że wypadałoby jeszcze przekazać informację Syriusza do Mary, ale nie chciała z nią rozmawiać, a już na pewno nie chciała siedzieć sama z nią, Potterem, Blackiem i resztą Huncwotów w nawiedzonej cieplarni. Za dużo upiorności na raz.
Dobiegała godzina kolacji, ale Lily nie była specjalnie głodna. Zresztą, jeśli znała Huncwotów, na pewno na całe przedsięwzięcie zabrali trochę naleśników owocowych z kuchni, ot tak, żeby ją przekupić. Ciekawiło ja, dlaczego Remus – jedyny cywilizowany z tej szalonej bandy – zgodził się zorganizować spotkanie poza terenem zamku. Nawiedzone cieplarnie zdecydowanie trafiały w gust osób tak odchylonych od normy jak Black czy Potter, ale Lupin zwykle mówił veto, kiedy chodziło o angażowanie innych w takie dziwaczne plany.
Chyba że…
Merlinie, przecież jutro jest pełnia!, przypomniała sobie. Czy to oznacza, że nawet Lupin nie zaszczyci ich swoją obecnością? Czy zostanie skazana na towarzystwo Pettigrewa, Pottera i Blacka (oraz błąkających się po cieplarni dusz czyśćcowych)?
Czy istnieje fatalniejszy scenariusz?
─ LILY! – krzyknęła jakaś niższa od niej istotka (a więc mierząca około metra czterdzieści) bardzo piskliwym głosem. Nim Evansówna zdążyła się zorientować, już znajdowała się w objęciach młodszej siostry Doriana, Caitlin.
Istnieje fatalniejszy scenariusz.
No, pięknie. A więc Pettigrew, Potter, Black i Chamberlain.
─ Caitlin – prychnęła, próbując wyrwać się z jej żelaznego uścisku. – CAITLIN! FAJNIE cię spotkać, ale pragnę przypomnieć, że widziałyśmy się dzisiaj na śniadaniu.
Caitlin odsunęła się od niej. Na jej twarzy zagościł diaboliczny uśmieszek.
─ Idziesz spotkać się z Jamesem Potterem, prawda?! – zapytała, strasznie podekscytowana.  Zaczęła podskakiwać jak piłka. – Wymykacie się razem, prawda?
─ Co ci w ogóle przyszło do gło…
─ Lily? - zapytał znajomy jej głos, z wyczuwalną nutką konsternacji.
Z ust Chamberlainówny wymsknął się cichy pisk. Jej idol, James Potter w całej okazałości, stał słup soli na środku korytarza i spoglądał na nie jak na obściskujących się Hagrida i McGonagall. Lily niespecjalnie się mu dziwiła. Jeszcze kilka sekund temu Caitlin tuliła się do niej jak dziecko do matki. 
─ Co ty tu robisz? – zapytała słabo.
A więc istnieje jeszcze bardziej fatalny scenariusz.
─ Syriusz zostawił mi wiadomość, że… - poczochrał z zakłopotania swoje włosy, przez co Caitlin praktycznie się posikała.
─ …że mamy spotkać się w sprawie projektu dla Argenta? – domyśliła się, wzdychając ciężko.
─ No… tak. Widziałaś go tu gdzieś może?
─ Ja go widziałam! – pisnęła z uciechy Caitlin. Lily i James odwrócili głowy w jej kierunku niemalże równocześnie. ─ Szedł w stronę cieplarni. Chcecie żebym was podprowadziła?
─ Nie, Caitlin, dzię…
Ale odmówienie Caitlin Chamberlain towarzystwa Jamesa Pottera było niczym więcej jak walką z wiatrakami. Ostatecznie sytuacja malowała się następująco – po prawej stronie Caitlin szedł James, warto napomnieć, że głowa dziewczyny spoczywała w najlepsze na jego brzuchu, bo tylko tam sięgała, a po lewej kroczyła Lily, patrząca na to z dezaprobatą. Caitlin trzymała ich oboje za ręce, jakby stanowiła most łączący ich serca. Gdyby nie fakt, że cała trójka była rówieśnikami, można by uznać ich za małżeństwo z córeczką. 
Odległość cieplarni od Drzwi Wejściowych zawsze wydawała się Lily wręcz śmieszna, podczas gdy jej koleżanki (szczególnie Dorcas i Emmelina) narzekały na to, że klasy zielarstwa nie znajdują się w szkole. Teraz jednak zrozumiała ich ból. Te dwieście jardów, które pokonywała z przyjemnością co poniedziałek, w towarzystwie Caitlin i Jamesa stało się najdłuższymi dwustoma jardami jej życia. Chociaż nie aprobowała przemocy, szczególnie wobec kobiet, to miała szczerą nadzieję, że James nie wytrzyma i przyłoży siostrze Doriana.
Niestety, akurat wówczas, gdy jego impulsywność i huśtawki nastrojów mogły okazać się przydatne, chłopaka wzięło na dżentelmenerię. Mało tego, Evansówna podejrzewała, że jego bawiły żałosne uwagi Caitlin! Wśród nich pytanie: „Lily, kto lepiej całuje – James czy mój brat?” było naprawdę najmniej irytujące i kłopotliwe.
Dokładnie wtedy, kiedy Lily, Caitlin i James doszli do cieplarni numer cztery, w głowie rudowłosej zrodziły się pierwsze wątpliwości. Wcześniej umówienie się w tak dziwacznym miejscu wydawało jej się naturalne, w końcu zaprosił ją Syriusz Black. Kiedy jednak znikąd zmaterializowała się Caitlin Chamberlain, a Łapy nigdzie nie było widać, zaczynała wyczuwać kłopoty.
─ Gdzie on jest?! – Z pretensjami zwróciła się do Jamesa, jako że był osobą, która zwykle maczała palce we wszystkim, co jej się nie podobało.
Okularnik wzruszył ramionami, sam rozglądając się nerwowo.
─ Może czeka na was…
─ Cicho, Caitlin.
─ Nie podoba mi się to – odparła szczerze Lily. – Kto jak kto, ale ty chyba wiesz, do czego Black jest zdolny. Może nasłać na nas stado rozwścieczonych hipogryfów.
James pokiwał głową.
Na dworze było tak zimno, jak bywa pod koniec stycznia wieczorami. Panowały nieprzeniknione ciemności, co nie podobało się im jeszcze bardziej. Evansówna poprawiła kurtkę i kaptur. Trochę śniegu wleciało jej za koszulkę. Syknęła.
─ Popraw mi kołnierz – poprosiła Jamesa, odwracając się do niego tyłem. Pomimo tego, że kurtka Lily wykonana została z jasnego, świecącego wręcz materiału, Potter nie widział za dużo.
─ Wejdźmy do cieplarni – westchnął. – Dobrze jest oświetlona.
Lily potaknęła niechętnie. Liczyła na to, że uda im się to załatwić jak najszybciej, a potem będzie ona mogła wrócić do swojego cieplutkiego dormitorium, gdzie okryje się kocem i powdycha ciepły aromat herbaty.
Trójka była jedyną cieplarnią, w której nie działało światło. Jedynym jasnym punktem były rośliny Świetlika – błyszczące ciepłym, pomarańczowym kolorem. Atmosfera w cieplarni przypominała Lily klimat romantycznych restauracji, gdzie takie światło wydobywało się z lampionów. To było bardzo nieodpowiednie skojarzenie.
─ Odwróć się -  poprosił James, skierowując ją bliżej światła emitowanego przez rośliny. – Przesuń się bardziej w prawo… Ech, czekaj, kaptur zaczepił ci się o koszulkę.
Wkrótce okazało się, że koszulka była cała przemoczona od śniegu, tak samo jak podkoszulka, dlatego Lily musiała zdjąć to wszystko i założyć kurtkę na mokre ciało. James pomógł jej w odpinaniu zamków. Niestety, pomimo dobrych chęci i naprawdę żadnych dwuznacznych komentarzy, pewna osoba znalazła w tej sytuacji sensację.
Błysk flesza rozjaśnił całą cieplarnię. Lily pisnęła, kiedy zobaczyła Syriusza, który wyglądał na zachwyconego. Przy jego oczach znajdował się magiczny aparat. James natychmiast oderwał ręce od pleców Lily. W tamtej chwili okrywał ją jedynie stanik.
─ Bla… ─ westchnął i zbliżył się do swojego przyjaciela, chcąc zapewne wyrwać aparat i roztrzaskać go o ziemię. Syriusz był jednak szybszy.
Sprawnym ruchem zamknął drzwi cieplarni. Lily usłyszała tylko brzdęk zamka i przekręcanego w nim klucza. Do cieplarni wleciał podmuch zimna.
To chyba jakiś żart.
Spojrzała na Jamesa, mając nadzieję, że z jego twarzy odczyta, co to wszystko ma znaczyć. Był nie mniej zszokowany niż ona. W rękach wciąż trzymał jej biały, bawełniany podkoszulek z wilgotną plamą od śniegu na plecach. Lily włożyła ręce do rękawów kurtki i zapięła zamek aż po szyję.
Jeśli te zdjęcia ujrzą światło dzienne, to zapowiada się bardzo ciekawa historia, pomyślała.
James podszedł do drzwi i zaczął w nie pukać, wyraźnie wściekły. Lily skierowała się w kierunku okna. Znajoma twarz wyłoniła się z mroku i przybliżyła do okna. Z ust rudowłosej wydarł się cichy okrzyk.
Zanim jednak Syriusz choćby uśmiechnął się do niej słodko przez brudne, zaparowane okno, jej oczy wyłapały kogoś innego, kogoś, czyja obecność przesądziła o nędznej doli zarówno Lily, jak i Jamesa. Evansówna wiedziała już, że nie ma dla niej ratunku – Caitlin Chamberlain bowiem, z charakterystycznym dla siebie uśmiechem od ucha do ucha, pomachała do niej ochoczo. Lily poczuła się w tej chwili jak bohaterka greckiej tragedii, z góry skazana na porażkę z fatum pod postacią niskiej, chuderlawej siostry Doriana.
Jeśli istniał ktoś bardziej niepoczytalny od Syriusza Blacka i Jamesa Pottera, to była to ta mała.
Potter najwyraźniej zauważył zmieniające się kolory twarzy Lily, bo podszedł do okna z bardzo zaciekawioną miną. Caitlin momentalnie zarumieniła się jak piwonia i odwróciła na pięcie, szepcząc coś Syriuszowi do ucha. Rozmawiali ze sobą parę chwil, a kiedy w końcu podali sobie dłonie, jakby zawierali jakąś umowę, Caitlin przysiadła na trawie, mając znakomity widok przez okno, co dzieje się w środku, natomiast Syriusz skierował się do zamku, zataczając się ze śmiechu.
─ Czy on... czy on zostawił tutaj tę małą wariatkę... ─ jęknęła Lily, wciąż wlepiając wzrok w jedyne okno w cieplarni.
─ ...siostrę twojego chłopaka, opętaną hmm... niczym nieuzasadnionym przekonaniem, że jesteśmy w sobie zakochani do grobowej deski? ─ dopowiedział James z błyskiem w oku.
Jak zwykle, świetnie odnalazł się w ich opłakanej sytuacji. To chyba stało się poniekąd jego dominującą cechą – umiejętność odwrócenia losu na swoją korzyść. Najpierw zastosował tę taktykę u niej, po inwazji Jo Prewett w Boże Narodzenie, potem w Sylwestra na tej okropnej karuzeli, a teraz – w nawiedzonej, opuszczonej cieplarni, która prawdopodobnie była siedzibą kilkunastu poltergeistów.
Chociaż podobna sytuacja dosłownie zataczała koło, Lily wolała zostać przy swojej tradycyjnej roli – wykłócania się do ostatniej kropli krwi:
─ Dorian NIE JEST moim chłopakiem – fuknęła, piorunując Pottera spojrzeniem, którym nie powstydziłby się bazyliszek.
─ I nim nie zostanie ─ uściślił James. ─ Kiedy już przegrasz zakład.
Kiedy już przegrasz zakład. Co za czelność! Rudowłosa głośno prychnęła i odwróciła się na pięcie, by odejść w jak najdalszy od Jamesa kąt pomieszczenia. W tamtej chwili wszystko – łącznie z obrzucającymi glebą i nawozem duchami, przestało ją interesować.  Chciała tylko opuścić to miejsce, a raczej – opuścić bliskie towarzystwo Pottera.
On na pewno to wszystko obmyślił z Blackiem. Ten chłopak zaprzedał duszę diabłu, w dodatku nie potrafił przegrywać, a te dwie rzeczy powinny dać jej do myślenia, żeby nigdy, przenigdy się już z nim nie zakładać. Bo i po co? Nie miała szans w starciu z kimś bez najmniejszych zahamowań moralnych, z kimś niewychowanym, niezrównoważonym, kto pretendował spokojnie na socjopatę.
Jeśli przegra ten zakład to, to tylko przez jego żałosne przekręty i…
Zaraz, zaraz, uspokoiła się Lily. JEŚLI przegram.
A przegrywać nie zamierzała. Chciała dowiedzieć się, dlaczego James zerwał z Mary, i dlaczego tak nie cierpi Doriana, a już na pewno nie chciała się z nim całować czy robić innych skrajnie nieprzyjacielskich rzeczy. W poprzednich przypadkach, kiedy ona i Potter utknęli w jakimś dziwnym miejscu razem, zbytnio nie mogła się przed nim bronić, a teraz zapewne i on będzie trzymał się daleko niej, żeby sam nie przegrać zakładu.
Jedyna broń, jaka mu pozostała to słowa, którymi co prawda potrafił świetnie operować, doszukując się we wszystkim drugiego dna i wyimaginowanych dowodów na to, że ona się w nim kocha. Ale Lily też miała swoją słowną broń. On atakował swoimi podstępami, a jej słowa były jak prawdziwe militaria – nikt do tej pory nie mógł wygrać z nią jakiegoś sporu (oprócz tego rozczochranego wypłosza, ale to tylko dlatego, że dalsza debata z kimś znajdującym się w jej brodziku intelektualnym, nie miała sensu) a kiedy irytacja zaczęła potęgować się w niej do niezdrowego stopnia, była nie do przegadania.
A kto zazwyczaj sprawiał, że się irytowała? Potter.
Ich szanse były więc wyrównane, o ile tylko Evans nie zapomni, że sama nie jest całkowicie bezbronna. Mogła wręcz wygrać, biorąc pod uwagę fakt, że James miał do niej słabość i był przerażająco niewyżyty. Wystarczy tylko, że podkradnie mu strategię…
Uśmiechnęła się, kiedy w głowie zaczął rodzić się idealny plan.
James siedział tuż pod oknem i uśmiechał się sztucznie do Caitlin, a kiedy zaczęło mu się nudzić, spojrzał na Lily, zajmującą się obecnie myśleniem o niebieskich migdałach i, wedle jej planu, postanowił o sobie przypomnieć:
─ Znowu bawimy się w berka, Evans? ─ zakpił.
Lily zeskoczyła ze stołka w swoim najbardziej oddalonym od Jamesa kącie i podjęła jego sceptyczny ton: 
─ To pewnie szok dla człowieka tak odchylonego od normy jak ty, ale wyobraź sobie, Potter, że wcale nie uśmiecha się mi siedzieć tutaj z tobą.
James zaśmiał się, jakby powiedziała niezły żart.
─ Co więc proponujesz?
─ Złamiemy zakład – odparła z błyskiem w oku.
Potter zmarszczył brwi i spojrzał na nią, jakby oświadczyła, że ma zamiar włamać się do Banku Gringotta.
─ Co?
─ Caitlin siedzi tutaj zapewne po to, żeby zobaczyć, co będziemy robić – spojrzała na niego sugestywnie. – Jestem pewna, że pisnąłeś swojemu kumplowi o zakładzie i teraz on próbuje ci pomóc.
James zadumał się.
─ To jest prawdopodobny scenariusz. Ale nie jestem ku temu przekonany.
Lily zmarszczyła brwi.
─ A to dlaczego?
─ To wszystko było po to, żebym zobaczył cię na staniku, nie wpadłaś na to jeszcze?
  Aha.
James westchnął i podrapał się po głowie.
─ Naprawdę nie wiem, o co mu chodzi. Syriusz zmienia zdanie co ułamek sekundy. Podejmuje same spontaniczne decyzje. Naprawdę ciężko za nim nadążyć.
Lily spojrzała na niego z zaciekawieniem.
─ Skoro zacząłeś, to powiedz – jak myślisz – dlaczego on nas tam w ogóle zostawił? – szepnęła, krzyżując ręce na piersi. – Podaj jakiś rozsądny powód, oprócz tego, że jest psychiczny.
─ Pas – szepnął James. Lily zachichotała.
─ A tak poważnie… Syriusz chciał mnie zapewne odciągnąć od tego wszystkiego… wydaje mi się, że zaczyna coś kręcić i że nie tylko on coś przede mną ukrywa.
─ Myślisz, że zgadał się z Mary?
James parsknął.
─ Wiem, że ciężko ci to sobie wyobrazić, ale jeśli czyjeś prawdomówności jestem absolutnie pewien, to właśnie Mary.
Najwyraźniej zauważył, że Lily nie wygląda na przekonaną, bo westchnął ciężko, niczym zmęczony życiem staruszek. Dziewczynę strasznie rozbawiło to porównanie.
Dotychczas myślała, że James był mądrym facetem – to znaczy – w znaczeniu lotnym, pojętnym, bystrym – a nie inteligentnym. Inteligentnych ludzi zwykle nie pasjonowało znęcanie się nad hogwarckim woźnym i jego kotem. Wiedziała, że jest jednym z lepszych uczniów w klasie, ma świetną pamięć i zdolność do łączenia informacji w jedną, spójną całość. Wydawało jej się, że takie osoby nie są z natury naiwne.
A jednak James głupio wierzył w dobre intencje Mary i potrafił wytłumaczyć każde z jej okrutnych zachowań. Chciała powiedzieć, że on i ona byli siebie warci, ale w głębi duszy zdawała sobie sprawę, że to kłamstwo. Potter pomimo swojego zachowania nigdy nie knuł, nie wykorzystywał innych i nie oszukiwał każdego dla własnej zabawy.
Nie był jak ona.
─ Pewnie pożałuje, że ci to powiedziałam, ale z dwojga złego pewniejszym źródłem informacji wydaje mi się Black – oświadczyła chłodno. James parsknął.
─ Ostatnio Syriusz i ja przeżywamy kryzys w związku – odparł szczerze. Lily wywróciła oczami. – Zaczynamy się coraz częściej nie zgadzać… wiesz, Lily, mimo tego co sobie o mnie myślisz, spróbuj uwierzyć, że… że zachowuje się inaczej niż wcześniej. Zmieniłem swoje poglądy, co do niektórych rzeczy, a Syriusz – nie. Ja i Mary… był taki okres, kiedy ona była jedyną osobą, która próbowała mnie zrozumieć, wiesz? Popełniła wiele błędów, ja też, ale to nie jest tak, że ona mogłaby zmawiać się za moimi plecami. Naprawdę, Lily.
─ Ale ona dokładnie to robi!  
─ Nie jesteś obiektywna – pokręcił głową. – Nie chcę brać strony żadnej z was. Spróbuj postawić się w jej sytuacji. Spróbuj zrozumieć… jak ona się czuje.
Lily jęknęła głośno, wyrażając dobitnie, co myśli o empatii względem Mary. Zapanowało milczenie. Pomimo pozytywnie kojarzącej się nazwy: „cieplarnia”, w pomieszczeniu panowała chłodnawa temperatura. Po kilkunastu minutach nienaturalne światło roślin sprawiało, że rozbolały ją oczy. Każda z nich rozbłyskała i gasła raz na kilka sekund, co przypominało przepalone jarzeniówki. Lily kręciło się od tego w głowie.
James wyczuł najwyraźniej, że rozmowa o Mary znacznie zagęściła atmosferę, dlatego postanowił wrócić do Adama i Ewy:
─ Mówiłaś coś o złamaniu zakładu?
Lily pokiwała niepewnie głową. Myślami ewidentnie była gdzieś indziej.
─ Nie musimy robić tego na serio, wiesz – odparła, oblizując wargi. – Możemy na chwilę go zdjąć, a potem wrócić do dawnego stanu rzeczy.
─ Dawnego stanu rzeczy – czyli tego sprzed zakładu czy…
─ Nie, nie – zaprotestowała. – Zakład cały czas będzie nas obowiązywać, po prostu… zapomnimy o nim na ten wieczór.
James potaknął, ale wyglądał raczej sceptycznie.
─ Aha. A więc ja mam przegrać, myśląc, że zakład jest nieaktualny, a potem jednak zmienisz zdanie, jak masz w zwyczaju, i będę musiał ryzykować złość Mary McDonald? Wybacz, ale nie. Jak już – to ty to zrobisz.
─ Jeśli cię pocałuję, będziesz mi to wypominać do końca życia, prawda?
─ Już raz to zrobiłaś. A nie – czekaj – więcej niż raz. Nawet parę razy. Przypomnieć ci nasze niebywale... platoniczne schadzki w schowkach na miotły?
Lily posłała mu spojrzenie godne gorgony.
  To... ─ głos jej się złamał. Myślami próbowała wyszukać odpowiednio przekonywującej wymówki. ─ To wszystko przez... stres. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie.
James zaśmiał się krótko i nieco szyderczo. Pokręcił głową.
  Nie.
  Nie?
─ Nie, kochanie. Obiecuję, że nawet jeśli wszyscy zginiemy w najgorszych możliwych okolicznościach, nie przestanę wypominać ci tego do końca świata... a nawet dłużej.
Lily ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami. Siedzieli obydwoje na jednym ze stołów pełnych magicznych roślin. James usiadł tak, że jego nogi w kolanach zginały się i spływały z krańca stołu, tak, że mógł nimi machać. Evansówna natomiast nie miała takiej możliwości. Z niewygody usiadła po turecku. Opierała się o plecy Jamesa.
─ Tego się właśnie obawiam – przyznała, patrząc na drzwi cieplarni. Lekko ruszyła się, trącając go w łopatkę. – Wiesz co? Czym ja się właściwie przejmuję? Zaraz po fakcie walnę cię Obliviate i po problemie.
─ Och, dobrze, Evans. Również wolę oszczędzić sobie koszmarów po nocach. Poza tym od zawsze cierpiałem na buntujący się żołądek, jestem świeżo po kolacji… Caitlin się patrzy, wiesz jak to jest…
─ Więc mówisz mi teraz, że całowanie ze mną jest obrzydliwe – rzuciła dobitnie. Nagle zachciało jej się śmiać, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.
James tego nie zrobił. Pomiędzy salwami śmiechu wymamrotał coś jak: „Hm... tak”
─ A więc zadowoli cię jeśli cmoknę cię jedynie w cztery litery, co?
─ Och, kochanie, rozebranie się tutaj oczywiście nie jest problemem, ale chyba nie chcesz dzielić się najpiękniejszym wieczorem twojego życia ze smarkatą Caitlin Chamberlain, co?
─ Czy ty wszystko musisz... czynić tak... – wzdrygnęła się. Intymnym? Obrzydliwym? Dwuznacznym? Nie mogła znaleźć odpowiedniego słowa. ─ Ech, nie będę wchodzić z tobą w takie dyskusje. Sprawa wygląda tak – zdejmujemy zakład, całujemy się szybko i bezboleśnie, byle tylko Caitlin nas wypuściła i żyjemy dalej, jakby to nigdy się nie wydarzyło, tak?
─ Wszystko gra i tańczy, Evans, ale jednak... szybko i bezboleśnie? To takie nieefektowne... no i... mówimy o Caitlin, prawda? Ta dziewczyna będzie od nas oczekiwać czegoś więcej niż niezobowiązującego cmoknięcia w policzek, nie sądzisz? Stała tu tyle godzin... pewnie ma nadzieję na prawdziwe przedstawienie.
Teraz i Lily się roześmiała.
─ Nie będziemy się tutaj bzykać, Potter.
─ O, fuj, Evans! Jakaś ty rozwiązła... za kogo ty mnie masz, hę? Za typa, który bzyka się z dziewczynami w nawiedzonych cieplarniach, przy oczach nieletnich? Jeśli mnie pragniesz to po prostu powiedz, możemy się umówić, ale...
─ Jeśli myślisz, że mnie do czegoś sprowokujesz, to się mylisz, Potter.
James złapał jej rękę. Jego uścisk był mocny do tego stopnia, że mógł swobodnie nią dyrygować. Bez najmniejszego problemu skierował Lily z powrotem w jego stronę, wykręcił swoją głowę tak, że stykali się praktycznie nosami. Nozdrza dziewczyny wypełnił intensywny zapach mięty, piżma i szałwii. Lily poczuła, że jej ręce zaczynają się pocić. Chciała oblizać wargi, ale chłopak znajdował się tak blisko, że obawiała się, iż może przypadkiem przejechać językiem po tych należących do niego.
Przypomniała sobie jeszcze raz o romantycznym klimacie panującym w cieplarni. Pamiętała o tym, jak Caroline opowiadała o oświadczynach jej ojca – ponoć zabrał ją łódką o nazwie CARRIE na sam środek cokeworthowego jeziora o zachodzie słońca, w noc, kiedy całe miasto puszczało lampiony na koncercie Beatlesów.
Pomarańczowe, hipnotyzujące światło sprawiło, że niemal usłyszała melodię All You Need is Love.
Ręce Jamesa wplotły się w jej włosy. Gładziły je delikatnie, ich zwinne palce muskały skórę jej głowy niczym taflę jeziora, wtedy, kiedy nie chcemy, żeby po palcu pozostała chociaż zmarszczka, ale nigdy się to nie udaje. Gorący oddech chłopaka pomagał jej znieść panujące w cieplarni zimnisko.
─ Obiecałem, że pobawimy się dzisiaj inaczej, prawda? – wyszeptał jej do ucha. Ich nosy się zetknęły, zupełnie jak kilka godzin wcześniej w klasie historii magii, po tym, jak Lily przyłapała Pottera na bójce z Dorianem.
Na bójce o nią.
─ Co proponujesz? – wyszeptała. Głos miała zachrypnięty. James uśmiechnął się lubieżnie i poruszał sugestywnie brwiami. Lily wymiękła. ─ Okej. Jeden, dłuższy pocałunek.
─ Grzeczna dziewczynka – wyszeptał. Zabrał dłonie z jej włosów i przejechał nimi wzdłuż łuku kręgosłupa. Dziewczynę przeszedł miły i znajomy już dreszcz.
Ich czoła się spotkały, oczy zamknęły. Zapach Jamesa zaczął dominować nad wszystkimi innymi, którymi przepełnione było pomieszczenie. Woń ta doprowadzała ją do obłędu. Podświadomie zarzuciła swoje rece na jego barki i przyciągnęła go jeszcze bliżej. Ich klatki piersiowe się zetknęły. Nawet pomimo grubej kurtki czuła przyśpieszone bicie serca Pottera. Serca, bijącego tylko dla niej…
I właśnie wtedy, wtedy, gdy poczuła jego usta na swoich, a pocałunek zmył wszystkie troski i zmartwienia dzisiejszego dnia, krzyknęła:
─ Stop!


✾✾✾




Dorcas od zawsze uwielbiała lustra. Kiedy była mała chowała się w szafie swojej mamy. Na tylnej jej ścianie znajdowało się ogromne, magiczne zwierciadło, przypominające trochę te w wesoło-miasteczkowych Domach Luster. Potrafiła spędzać tam godziny, raz przyglądając się sobie niezwykle szczupłej i wysokiej, a raz niziutkiej i pyzatej. Ojciec przyłapał ją tam pewnego dnia, odkrywając, że jego córka nie siedzi w pokoju. Następnego dnia szafa została zastąpiona nową, bez lustra w środku.
Zwierciadło Ain Eingarp nie przypominało w niczym tamtego lustra. Nie było spłaszczone, nie znajdowało się w szafie i przede wszystkim – nie zmieniało swojego obrazu. Za każdym razem był on tak samo dobitny i poruszający.
Dorcas podciągnęła nosem. W lustrze stała ona – ubrana w piękną, tiulową sukienkę, pewną siebie, promieniejącą, szczęśliwą. Obok niej stała niziutka dziewczynka. Miała twarz jak anioł – szlachetną, opanowaną, alabastrową, odznaczającą się chłodnym pięknem. Jej włoski kręciły się w dystyngowane fale, ich kolor był taki sam jak ten Dorcas.
Calliope.
Syriusz stanął obok niej. Chociaż ściągnął brwi, wyglądał na poruszonego i zdezorientowanego.
  Wiesz, co widzę? – zapytał, muskając palcem gładką powierzchnię lustra. Dorcas przełknęła głośno ślinę.
Nie chciała wiedzieć.
  Wyprzedaż sukienek w Harrods? – zapytała żartobliwym tonem. Nie miała pojęcia, jak się zachować, żeby znowu czegoś nie zepsuć. Syriusz zmarszczył czoło. Wpatrywał się w Dorcas, jakby kompletnie zwariowała.
  Nigdy nawet tam nie byłem.
Dorcas wybałuszyła oczy.
─ Chcesz mi wmówić, że nigdy nie byłeś w Harrods? TY – Londyńczyk?
─ Będąc ekstremalnie szczegółowym, to obecnie nie jestem Londyńczykiem, tak jak ty rzuciłaś Walię, droga Dor. Jedyne wielkie, mugolskie miasto, pod które się podciągam, to Manchester.
─ Harrods to dom towarowy – odparła Dor. – Mnóstwo tam ciuchów. Niebo na ziemi.
─ Jestem pewien.
W opuszczonej klasie, gdzie znajdowało się zwierciadło Ain Eingarp, oprócz nich przebywało troje Gryfonów – Emmelina, Remus i Mary. Ta ostatnia, stojąca obok Meadowes i Blacka, głośno warknęła. Odkąd pojawiła się w klasie i zobaczyła swoje odbicie, irytowało ją dosłownie wszystko. Dorcas podejrzewała, że jeszcze chwila, a wila wymierzy w lustro silnego kopniaka.
Najwidoczniej ludzie różnie reagowali na największe pragnienia ich serc.
─ Gdzie jest James? – zagadnęła, chcąc zdenerwować ją jeszcze bardziej. Emmelina puściła do niej perskie oko, a Remus odwrócił spojrzenie, jakby z obawy, że Mary rzuci się na niego w ramach kary za patrzenie.
─ Zapytaj swojego chłopaka – zaproponowała, zakładając ręce na piersi. Dorcas chwilę zajęło zrozumienie, że w tym wypadku chodzi jej o Syriusza.
─ Co zrobiłeś? – zapytała, patrząc na niego z zainteresowaniem. Chłopak już otwierał usta, ale został  uprzedzony przez dziewczynę, która sekundę temu zleciła Dorcas zadanie tego pytania. Mary była naprawdę skomplikowaną istotą.
– Syriusz boi się, że James zdradzi go ze Skye DeVitt.
─ Co?!
Black nie patrzał na nią, kiedy ta przeniosła wbiła w niego wzrok, czekając na wyjaśnienia.
─ Jasne, McDziwko – prychnął. – Zamykając go w cieplarni z Lily Evans.
Emmelina drgnęła. Jej oczy przypominały dno butelki – były wielkie, wypukłe i widziała przez nie wszystko w innych barwach.
─ A więc po to to zrobiłeś… po to wysłałeś tę sowę.
─ Jaką sowę? – zdumiała się Dorcas.
─ Chciałeś zamknąć ją ze swoim kumplem w cieplarni?
─ Jakiej cieplarni? Jakim kumplem? O co chodzi?
Titanic, słodziutka… - Syriusz kompletnie zignorował szereg pytań Dorcas. – Nie pytaj. Nie zrozumiesz.
Czego nie zrozumie? – naciskała Dor.
Policzki Emmeliny zrobiły się fioletowe. Nienawidziła, kiedy ktoś lekceważył ją w ten sposób. Szczególnie jeśli był to Syriusz Black.
─ Musimy iść ich uwolnić! – odparła, wyrzucając ręce do góry. Spojrzała w stronę Remusa, swojego jedynego sojusznika. – Wiedziałeś, co on zamierza zrobić?
─ No wiesz, Emm…
─ Jasne, że wiedział – wyręczyła go Mary. – Wszyscy maczali w tym palce. Radzę ci trzymać się od tego z daleka, droga Spasła Emmo. Lepiej zanotuj, że widzisz w lustrze siebie jako Miss Wenezuela i idź już sobie, dobra?
Emmelina prychnęła. Nie miała zamiaru pozwalać Mary na mówienie o niej takich rzeczy.
─ Nic o mnie nie wiesz – syknęła. Oblizała wargi i odwróciła się w kierunku Blacka. – Dlaczego ona się na to godzi? – spytała. – Myślałam, że ostatnie, czego chce, to James i Lily razem w ciasnym pomieszczeniu.
Syriusz wzruszył ramionami i popukał się w głowę, na znak, że Mary jest po prostu psychiczna.
─ Wolę go z nią niż z DeVitt – oświadczyła niepytana wila i strzeliła balonem z gumy.
─ Dlaczego? – zdziwiła się Emmelina. – Przecież on i Skye są tylko przyjaciółmi.
Mary zaśmiała się szyderczo. Syriusz do niej dołączył. Dorcas, Emmelina i Remus wymienili na wpół zdziwione, na wpół przerażone spojrzenia.
─ No… tak – przyznała Mary, wciąż z wyższością. – Jeśli dodasz do tego: "była dziewczyna przyjaciółka" i odejmiesz słowo "przyjaciółka" to faktycznie, będzie w tym trochę prawdy.
Dorcas wydała z siebie jęk czystej desperacji.
─ Czy ktoś może mi wreszcie powiedzieć, o co chodzi?
─ Nie ma na to czasu – przerwał Remus. Podejrzewał on, że jeszcze chwila i dojdzie tutaj do rękoczynów, a to mogłoby doprowadzić do uszkodzenia lustra lub ich samych.
Ale zdecydowanie bardziej żałowałby lustra. Zwłaszcza, że pokazywało go w ludzkiej postaci podczas gdy księżyc przybrał postać okrągłego placka.
─ Napiszę coś o tym lustrze, ale powiedzcie, co widzicie, okej? – westchnął i przysiadł na podłodze. Cała reszta wciąż stała, z założonymi rękami. – Emma, ty pierwsza.
Blondynka wbiła wzrok w ziemię.
─ Ja…
─ Dobra, idziemy dalej – klasnęła w ręce Mary. – Black.
Remus spojrzał na nią gniewnie.
Mary…
─ No przecież powiedziała, że widzi siebie!
─ Nie skończyłam – burknęła Emmelina.
─ Aha. To wybacz.
─ Nie sądzicie, że lepiej byłoby gdyby każdy z nas zapisał to sam? – zaproponowała Dorcas. – Połowa i tak pozmyśla, a nie wiem, jak wielkim trzeba być idiotą, żeby powiedzieć swoje największe pragnienie przy Mary McDonald.
Syriusz syknął, jak zwykle robi się, kiedy ktoś powie coś bardzo niemiłego.
─ A może po prostu ją stąd wyproście? – zaproponowała Emmelina, krzyżując ręce na piersi.
Emma…
No dobra – prychnęła Mary. – Mnie to i tak nie obchodzi.
─ Poczekajmy, aż będą tu James i Lily – zadecydował Remus. – Chodź, Emma… Syriuszu, Dorcas, posprzątajcie tu, dobrze?
Titanicówna wydukała jakieś słowa sprzeciwu, ale nie została wysłuchana. Mary wywróciła oczami i wyszła z klasy, błyszcząc w ciemności od uroku wili niczym świetlik. Dorcas zrozumiała aluzję Lupina i domyślała się, że Syriusz również. Udała, że schyla się, aby coś podnieść, ale prawda była taka, iż nawet gdyby chcieli, nie mogliby posprzątać, bo nie było czego.
Black wciąż wpatrywał się w taflę lustra. Dorcas zdziwiła się, jak rożne potrafią być ludzkie reakcje na zobaczenie tego, czego pragnie się najbardziej. Jej na widok Calliope łzy napłynęły do oczu; Emmelina uśmiechała się lekko i nieśmiało na to, cokolwiek widziała; Remus szeroko, lecz melancholijnie; Mary szalała ze złości; natomiast Syriusz przyglądał się swojemu odbiciu uparcie i bez przekonania, jakby nie mógł uwierzyć, że to, co widzi, może jego dotyczyć. Ciekawość obudziła się w sercu Dor.
─ Mary bym nie powiedziała, ale tobie chyba mogę – odparła, przerywając milczenie. – Widzę Calliope. Żywą.
Syriusz przeniósł spojrzenie z lustra na nią. Jego wzrok był nieco mniej nieprzenikniony niż zwykle, Dorcas udało się wyszukać w nim nawet trochę współczucia.
─ Przykro mi.
Nie powinno.
─ Ale jest.
Zapanowało milczenie. Kolejne dzisiejszego dnia.
Dorcas przełknęła ślinę.
─ A ty co widzisz? – zaryzykowała.
Syriusz przyglądał się jej uważnie, jakby w ten sposób chciał sprawdzić, czy jest pewną osobą do zdradzania sekretów. Dorcas starała się wypaść jak najlepiej.
─ Też widzę moje martwe, młodsze rodzeństwo – odparł ostrożnie. Dorcas zamrugała.
─ Regulus umarł?
─ Już dawno. Dla mnie.
Pokiwała głową. Chyba rozumiała, dlaczego Syriusz był taki zdumiony, kiedy patrzał na zwierciadło.
─ I? – spytała łagodnie.
─ I ożył.
Dorcas uniosła jedną brew.
─ Uratował się.
Dziewczyna zastanowiła się nad tymi słowami. Czy chodziło mu o to, że uratował się, wychodząc na ludzi? Że… że przestał wspierać złą stronę podczas tej wojny?
Bała się zapytać. Bała się, że Syriusz dostanie szału.
─ Przykro mi – odparła po prostu.
Nie powinno.
─ Ale jest.
Syriusz uśmiechnął się lekko.
─ Z powodu korepetycji. Nie powinnam… cóż, nie powinnam panikować. Powinnam przestać traktować cię jako szatana, który zszedł na ziemię, by doprowadzić mnie do zagłady. 
Black przybrał tak diaboliczny uśmiech, że Dorcas natychmiast pożałowała swoich słów.
─ Uspokój się.
─ Nie jestem na ciebie zły. Nie z tego powodu.
Dorcas otworzyła szerzej oczy.
─ A…  w takim razie z jakie…?
─ Muszę iść, Dorcas.
─ Ale…
─ Pa.
Syriusz wychodząc, trzasnął głośno drzwiami. Dorcas łzy napłynęły do oczu. Kątem oka zauważyła, że obraz jej lustra się zmienia. Na miejscu Calliope pojawił się pewien niebywale przystojny chłopak, uśmiechający się, jakby zrobił właśnie coś bardzo złego.



✾✾✾



James odskoczył od niej jak oparzony.
Co się stało? – zapytał zaniepokojony. – Czy zrobiłem coś, co cię…
Tam… tam się coś poruszyło – jęknęła Lily, wskazując palcem na stolik gęsto zapełniony magicznymi roślinami. James zmarszczył brwi. Niespecjalnie wyglądał, jakby jej wierzył.
Wydawało ci się – zbagatelizował to.
Nachylił się, gotów by ponownie złamać dzielący ich dystans, ale Lily już zeskoczyła ze stołu. Cała drżała.
Nie… nie, zostaw mnie… jęknęła słabo.
─ Lily, kochanie, przysięgam, że nic tam nie ma. Przecież wiesz, że to całe gadanie o nawiedzonej cieplarni to zwykłe b…
─ Co jeśli tam jest szczur? – pisnęła. ─ Boję się szczurów – odparła, bladnąc. – Tak strasznie boję się szczurów.
Lily, spokojnie…
Ale Lily nie była spokojna. Jej fobia na punkcie gryzoni rozpoczęła się, kiedy miała sześć lat. Wówczas często bawiła się w piwnicy u Evansów, gdzie bawiła się starym pianinem swojego ojca i malowała po ścianach kredą. Pewnego dnia żywy szczur spadł jej na głowę. Krzyczała tak głośno, że aż sąsiedzi Evansów, Fellowie, przyszli zobaczyć co się stało. Od tego wydarzenia może i minęła dekada, ale fobia dziewczyny raczej się nasilała niż słabła.
Nie potrafiła być racjonalna w takiej sytuacji.
Dobrze… dobrze, sprawdzę to, ale usiądź, dobrze? Lily, usp…
Nie dotykaj mnie – wydukała, wyrywając rękę z jego objęć. – Nie… po prostu… nie.
James wciągnął głośno powietrze. Zaczął robić się poirytowany.
Merlinie… Evans, dlaczego musisz być taka problematyczna? Jeśli szybko wrócimy do tego, co robiliśmy, to istnieje większa szansa, że szybciej stąd wyjdziemy. Po prostu… chodź tutaj…
Lily uderzyła Jamesa w ramię. Bardzo mocno. Potter aż się skrzywił.
Merlinie… Potter, dlaczego musisz być taki… sprośny? – przedrzeźniła go. – A poza tym – zobaczy tylko – Caitlin Chamberlain sobie poszła.
Była to prawda. Za oknem cieplarni nie znajdowało się nic oprócz krzywego bałwana, któremu spadający grad odrąbał marchewkowy nos. Caitlin zapewne uciekła do zamku natychmiast, kiedy kryształki lodu zaczęły sypać się z nieba.
James westchnął.
No to nasz problem rozwiązał się sam.
Jakby na potwierdzenie jego słów, z tego samego miejsca, co ostatnio, rozległ się szmer. Jakieś stworzenie krzątało się wśród magicznych roślin. Lily wrzasnęła. James otworzył szerzej oczy.
Spokojnie – powtórzył. Sam już nie wiedział, czy uspakaja siebie czy Evansównę.
Powoli zbliżył się w kierunku przeciwnego stołu. Choć jego mina zdradzała pewność siebie, ręce lekko mu drżały. Przystanął kilka stóp przed blatem. Szmer nasilił się, aż ławka zaczęła się trząść. Takiego zamieszania na pewno nie narobiłby byle jaki szczur.
James zamarł. Odczekał kilka sekund, a potem, zgoła nieoczekiwanie, rzucił się na stół, zrzucając tuzin doniczek z Świecącymi Kwiatami. Mocował się ze stworzeniem przez parę chwil. Każdemu szarpnięciu i zachwianiu się stołu towarzyszył pisk Lily. W końcu James, z refleksem szukającego, złapał zwierzę w pasie i podniósł do góry, do światła.
W rękach trzymał szczeniaka o trzech głowach.
Natychmiast go upuścił.
Lily zbladła.
Co to… co to… co…
Nie wiem – wydukał. Szczeniak wbiegł w rozrzucone doniczki, zakładając łapami je sobie na głowę. Bawił się wyśmienicie.
Za oknem grzmotnęło. Lily jęknęła.
Nie wierzę. Jesteśmy zamknięci w cieplarni z trójgłowym psem podczas burzy. Czym ja sobie na to zasłużyłam?
Pierwszy szok zniknął z twarzy Jamesa, zastąpiony lekkim rozbawieniem. Szczeniak, widząc błysk w oknie, pisnął niemal tak żałośnie, jak parę minut temu Lily, po czym czmychnął pod stół.
Biduczek boi się burzy – zagruchał, naśladując sposób mówienia Hagrida. Sugerował w ten sposób, że dziwaczny piesek należy do Hagrida, gajowego Hogwartu. Lily niespecjalnie to zaskoczyło.
I to jest nasz upiór z cieplarni numer trzy – pokiwał głową z uznaniem. Evans zatkała sobie prowokacyjnie uszy. Wciąż była lekko wystraszona.
─ Przestań! – zażądała. – Musimy odnieść go do Hagrida. Jak skończy się burza. Chcę usłyszeć jego wyjaśnienie, dlaczego trzyma zwierzęta w szklarniach.
Ja też chętnie wybiorę się na herbatkę. Ale najpierw…
Nie pytając o pozwolenie ani nie bawiąc się w żadne gry wstępne, James skoczył ku Lily, chwycił ją w swoje ramiona i pocałował gwałtownie. Towarzyszył temu kolejny błysk.





James wstał tego poranka nadzwyczaj wcześnie. Kiedy wyskoczył nieprzytomny z łóżka i po omacku rozpoczął poszukiwania swojego krawata, słońce wciąż jeszcze nie wzeszło. Przebierając się z bokserek w mundurek (chłopak nie uznawał piżam, dlatego bez względu na porę roku i temperaturę pokoju sypiał bez koszulki), obserwował widok zza okna. Prócz szronu osiadłego na parapecie i wszechobecnego, granatowego mroku, ogarniającego zamek niczym chmara posępnych, pasywnych dementorów,  nie było widać niczego; jednak James wiedział, że obudził się w jeden z tych nielicznych, rzadkich dni, kiedy to dzieje się coś niepowtarzanego i istotnego dla naszego dalszego istnienia.
Można bowiem wstać we wtorek dwudziestego czwartego stycznia i pomyśleć: „hmm, dzisiaj dwie godziny numerologii” albo obudzić się i wiedzieć, że ten dwudziesty czwarty stycznia wniesie do życia podmuch nowości, przerwania rutyny i że jego skutki będą odbijać się czkawką do końca roku szkolnego, a nawet – kalendarzowego.
Dla takich dni James Potter miał ochotę wstawać wcześnie.
Pośpiesznie przełożył przez głowę białą polówkę i szarą kamizelkę, zawiązał luźno krawat, wciągnął na nogi spodnie i pognał na śniadanie, nawet nie zastanawiając się, czy Wielka Sala jest już otwarta.
Gdy tak gnał przez znajome korytarze, sporadycznie wpadając na jakąś żywą o tej godzinie istotkę, usilnie próbował przypomnieć sobie, co takiego istotnego miało mieć dzisiaj miejsce, oprócz tych wcześniej wymienionych dwóch godzin numerologii z ześwirowanym Abbotem. Niewątpliwie konfrontacja z Evans, która będzie odgrażać się, że wygrała zakład. Wargi Jamesa drgnęły. Dzisiaj wypadała też pełnia, a więc niewątpliwie urządzi sobie wycieczkę po Zakazanym Lesie. Ale było coś jeszcze… coś, co miał zaplanowane.
Myślał tak dopóty, dopóki nie trafił do Wielkiej Sali, a dokładnie nie stanął w jej drzwiach.
Z pomieszczenia wychodziła właśnie wyrośnięta szatynka o cienkich włosach i – ponownie – lekko poobgryzanych paznokciach.
Skye.
Oczywiście.
Jeszcze wczoraj planował, jak by tu pożegnać ją w sposób spektakularny i godny osoby jego ulubionej byłej dziewczyny, ale dzisiaj wszystko to wyleciało mu z głowy. Zeszłego dnia późno wrócił z cieplarni, potem trochę poznęcał się nad Syriuszem, odwiedził Remusa około drugiej nad ranem w Skrzydle Szpitalnym i wmówił pani Pomfrey, że przyszedł tam z powodu skręconego nadgarstka… te wszystkie czynności lekko wybiły go z rytmu. Czuł wyrzuty sumienia, że nie przygotował niczego specjalnego, jednak znał Skye i wiedział, że to zrozumie.
─ Cześć, James – przywitała się dziewczyna. – Miło że przyszedłeś mnie pożegnać.
─ Wyjeżdżasz tak wcześnie? – zdziwił się. – Myślałem, że po wczorajszej imprezie przeczekasz, zanim pokażesz się ojcu skacowana.
Skye parsknęła.
─ Skąd wiedziałeś, że była impreza? – zaciekawiła się. – Casper i Millicenta zaskoczyli mnie wczoraj tak bardzo.
James uśmiechnął się łobuzersko.
─ Byłem facetem do noszenia wódki. Nie wierzę, że mnie nie widziałaś.
Skye otworzyła szerzej oczy, kiwając głową z uznaniem.
─ To dlatego cała wódka zniknęła…
Zachichotali oboje. W powietrzu tkwiło coś duszącego i krępującego ich rozmowę.
James przegryzł dolną wargę. Bardzo chciał zapytać się Skye, co wie na temat zniknięcia Sereny (a według Mary wiedziała bardzo dużo), ale z drugiej strony czuł, że to nie jest dobry pomysł.  Dziewczyna mogła mieć anielską cierpliwość i wspaniały charakter, ale James nie był pewien, że tym razem zrozumie. W końcu, spójrzmy prawdzie w oczy – nie dość, że kompletnie ją wczoraj ignorował (w porządku, Syriusz, ta niemota, maczała w tym palce, ale powinien być na coś takiego przygotowany), to jeszcze zachowywał się, jakby nie zależało mu na Skye, tylko na tym, co ona wie.
A tak przecież nie było.
Chyba lepiej dać sobie spokój, pomyślał. Był przecież pewny, że gdyby Puchonka wiedziała coś konkretnego na temat Sereny, dałaby mu znać. Oddanie Skye nie miało granic. Potrafiła ona przecież przełknąć swoje uprzedzenie, jeśli chodziło o cudze dobro. Pomimo całej niechęci do Sereny, na pewno nie siedziałaby cicho, gdyby wiedziała, że może spotkać ją coś złego.
Mary wszędzie doszukuje się podstępów, pomyślał. Nie. Zdecydowanie nie widział sensu, żeby psuć Skye zarówno humor, jak i opinię na jego temat tuż przed tym, jak wyjeżdża z Hogwartu i nigdy nie wraca.
─ Jak samopoczucie? – zagadnął. – Wiesz… Na twoim miejscu chodziłbym teraz po całym zamku i czule żegnał się z każdą salą, z każdą osobą… ze szczególnym naciskiem na panią Norris i Filcha.
Skye uśmiechnęła się lekko.
─ Od dwóch godzin wałęsam się tam i z powrotem – przyznała. – Strasznie mi przykro.
─ O której masz świstoklik?
─ Za dwadzieścia minut. Powinnam już się zbierać…
─ Nie pożegnałaś się ze mną.
Dziewczyna spojrzała na niego z zaskoczeniem. Czy właśnie tego nie robiła? Czy nie stała przed Jamesem, rozmawiając z nim być może po raz ostatni? Czy to nie kwalifikowało się jako pożegnanie?
─ O co ci… o!
Cała zadrżała, kiedy chłopak przyciągnął ją w swoje ramiona. Oblizała wargi i nerwowo zawiesiła ręce na jego szyi. Pachniał proszkiem do prania, szałwią, miętą i dobrem. Zapach ten sprawił, że Skye zakręciło się w głowie. Poczuła się niezwykle lekka, szczęśliwa, pełna sił. Uśmiechnęła się i chowając głowę w zgięcie jego szyi, przeciągnęła ręką po jego włosach. Uwielbiała mu je czochrać.
James odsunął ją od siebie niemal natychmiast po tym.
─ Ej! – oburzył się, strzepując jej rękę ze swojej czupryny.
─ Za wiele się nie zmieniło.
─ Haha.
Skye zachichotała. Śmiech wydał jej się zbyt ciężki i trudny, dlatego zamilkła od razu potem. James spojrzał na jej smutną minę, skonsternowany.
─ Czy… czy ja popełniam błąd, James?
Chłopak zaniemówił.
─ Zrobiłem coś nie ta…
─ Nie, nie, tu nie chodzi o to! – westchnęła, wbijając wzrok w swoje poobgryzane paznokcie. – Ja… mam wrażenie, że robię coś okropnego. Coś mi ciąży na sercu… ale kiedy zastanawiam się, dlaczego, to… ─ przejechała otwartą dłonią po twarzy. Nie wiedziała, jak wyrazić swoje uczucia. ─  Wciąż nie wiem, czego chcę… ─ szepnęła.
Odwróciła głowę. Nie chciała, że James na nią patrzał, nie chciała, żeby wiedział, jak bardzo się go wstydzi. Czuła, że zdradziła go w najokrutniejszy możliwy sposób, że nie zasłużyła sobie na to, żeby z nim teraz rozmawiać.
Jak Syriusz sobie z tym radzi?, pomyślała. Przecież rozmawia z Jamesem codziennie… jest do niego przywiązany o wiele bardziej niż ja…
Bolało ją to, jak wyglądało jej pożegnanie z Jamesem. Nie mogła znieść uczucia, że za jego plecami zrobiła coś tak okropnego, że przyczyniła się do ukarania niewinnej osoby… Że skłamała.  Nie należała do osób, które potrafiły kręcić. Wyrzuty sumienia gryzły ją nawet, kiedy warknęła na obcą osobę w gorszy dzień. To, co zrobili Serenie – ona i Syriusz – to było dla niej zbyt wiele.
Chciała już odwrócić się na pięcie i uciec, niegodna, by rozmawiać sobie przyjaźnie z Jamesem, gdy chłopak złapał ją za rękę i powiedział:
─ Chodź ze mną.
Nim Skye zdążyła zaprotestować, James już prowadził ją wzdłuż hogwarckich korytarzy i dławił każdy protest w zarodku.
─ Ja muszę lecieć na świstoklik! – jęczała, próbując wyrwać się z żelaznego uścisku chłopaka. James parsknął.
─ To nie zajmie długo – obiecał.
Nie kłamał – dotarcie do miejsca, które chciał jej pokazać James trwało najwyżej trzy minuty. Skye była lekko zaskoczona, bo mogła dać głowę, że minęli wiele korytarzy, zakrętów i pięter.
Cóż, czasami fajnie jest być sportowcem, pomyślała.
Stali z Jamesem przed niewielką klasą. Drzwi były uchylone, jakby ktoś przed chwilą stamtąd wychodził. Skye nie wydawało się, żeby ktokolwiek przeprowadzał tu zajęcia. James chwycił za klamkę i otworzył drzwi na oścież. Dziewczyna dawała głowę, że oprócz sypiącego się z sufitu tynku, w środku nic nie ma.
─ Nie bój się – uśmiechnął się łobuzersko James. – Zostawimy otwarte drzwi.
─ Nie ciebie się boję – odparła. – Myślisz, że ktoś będzie słyszał stąd mój krzyk?
─ Niedaleko jest gabinet Dumbledore’a.
─ Uspokoiłeś mnie.
James przepuścił ją w przejściu. Tak jak podejrzewała Skye, w środku nie znalazły się żadne meble ani przedmioty świadczące, iż klasa ta jest czynna. Jednak było tam coś oprócz sypiącego się tynku.
W rogu stało wielkie, bogato zdobione lustro, świadczące o kunszcie jego twórcy. W złotej ramie wygrawerowano napis, kropki nad „i” zastępowały rubiny:
„AIN EINGARP ACRESO GEWTELA Z RAWTĄWT EIN MAJ IBDO”.
Skye zamrugała.
─ Przeczytaj od końca – polecił, uśmiechając się poczciwie. – Wczoraj siedzieliśmy tu i spisywaliśmy nasze odbicia na projekt dla Argenta.
Dziewczyna zmarszczyła brwi. Ich „odbicia”? Spisywali? Chcąc dowiedzieć się, o co chodzi, zabrała się za czytanie napisu od tyłu:
─ Odbijam nie twą twarz, ale twego serca… pragnienia.
─ Tak – potwierdził James, uśmiechając się nieznacznie. – Lustereczko prawdę ci powie.
Skye zrobiła krok w przód. Zmarszczyła brwi. Stanęła jeszcze bliżej. Na jej twarz wkradł się lekki uśmiech. James obserwował z zainteresowaniem jak jej poobgryzane paznokcie muskają taflę zwierciadła. Wyglądała na zachwyconą.
─ Już lepiej? – szepnął, przybliżając się do niej. Skye pokiwała głową.
─ Dużo.
Zapanowało milczenie. Oczy dziewczyny wędrowały od lustra do Jamesa, jakby nie mogła zdecydować się, który widok bardziej jej się podoba. W końcu westchnęła ciężko, odwróciła się tyłem do lustra i zapytała nieśmiało:
  A ty co widzisz?
James uśmiechnął się huncwocko.
─ Nie mogę powiedzieć – odparł. – Pomyślisz, że jestem nienormalny.
─ Za późno na takie obawy – oświadczyła brutalnie.
─ Stoję przed Voldemortem – oświadczył. Skye zmarszczyła czoło.
─ No co? – parsknął. – Podoba mi się od dawna. Ten jego nos…
Dziewczyna zachichotała.
─ Co dalej?
─ Stoję przed Voldemortem, wyciągam z kieszeni łajnobombę i rzucam prosto w jego twarz – rozmarzył się. – Nie ma szans, żebym spudłował.
─ Miałeś rację – wzdrygnęła się. – Pomyślałam, że jesteś nienormalny. 
James wyszczerzył do niej rządek równych, białych zębów.
─ A wiesz co jest z tego wszystkiego najlepsze?
─ To, że cię nie zabił?
─ Nie – parsknął. – Chciałem powiedzieć: „jego mina”, ale to też jest dobre.
Skye westchnęła, próbując w ten sposób powstrzymać raczej nieuchronny napad śmiechu. Spojrzała przez ramię. Jej odbicie wciąż tam było. Widok ten pozwolił jej się opanować.
─ Widzisz Mayie, prawda? – szepnęła, odwracając się do niego podobnie. Przybliżyła się i dotknęła jego policzka, widząc, że smutnieje, słysząc to imię. – Wyleczoną?
James westchnął. Widać było, że niechętnie o tym mówi.
─ Nie tylko ją – przyznał, drapiąc się po głowie. – Was wszystkich. Bezpiecznych. Jest po wojnie. Nic się nikomu nie stało – uśmiechnął się smutno. – Możemy rzucać w Voldemorta łajnobombami ile wlezie.
Puchonka uśmiechnęła się ponuro, zabierając dłoń z jego policzka. Spojrzała na niego raz jeszcze, jakby spodziewała się, że w jego oczach dojrzy coś więcej niż zwykłą dumę i lekki smutek, ale nie taki romantyczny, a przyjacielski, lekki, przesycony zrozumieniem i sympatią.
─ Muszę już iść – szepnęła, przygryzając wargę.
James potaknął.
Chociaż żegnali się jakieś pięć minut temu w Wielkiej Sali, Skye dopiero teraz naprawdę poczuła potrzebę pożegnania się. Przypuszczała, że zaraz się rozpłacze albo że poczuje niemiłe uczucie, jakby wielka, lodowata dłoń ścisnęła jej serce. Nic takiego nie nastąpiło.
Spodziewała się, że będzie to dla niej bardziej przykre.
Nie było.
  Dobry z ciebie chłopak, James – odparła na pożegnanie. ─  Szalony – przyznała, wytykając do niego język – ale dobry.
  Pięknie podsumowałaś kwintesencję mojego istnienia, słodka.
  Ona też kiedyś to zrozumie – mruknęła. – Wiem, że tak będzie.
James spojrzał na nią, poruszony. Oblizał nerwowo wargi i zaśmiał się niepewnie, chcąc to zbagatelizować.
  Skye, posłuchaj… Lily to tylko…
  Wiem, kim jest Lily, James – przerwała mu. – Nie powinieneś wstydzić się tego, że ją kochasz.
  Ja nie…
Skye poderwała się na palce, przyciągnęła go do siebie i zamknęła jego usta pocałunkiem. Trwał on ułamek sekundy, o wiele za krótko, że James mógł w jakiś sposób zareagować, ale Skye musiała to zrobić. Dopiero teraz czuła, że naprawdę się z nim pożegnała.
  Zawsze wiedziałam – szepnęła, po czym wybiegła z klasy.


✾✾✾



Jo czytała o Pokoju Życzeń podczas swojej naukowej sesji, bodajże w Historii Hogwartu. Zgodziła się w kwestii, że to miejsce pasowało na projekt – zdecydowanie dawało im swoistą przewagę nad tymi, którzy o nim nie wiedzieli.
Niesamowitą przewagę, jak się później okazało.
Ślizgoni cały wieczór spędzili, sprawdzając, na ile rzeczy ten pokój stwarzał możliwości. Jo, która bardzo nie chciała wracać do Wielkiej Sali uczyć się historii, została w nim dłużej.
Pokaż mi to, co powinnam zobaczyć, pomyślała, okrążając wejście do Pokoju trzy razy.
Pokaż mi to, co powinnam zobaczyć.
Pokaż mi to, co powinnam zobaczyć.
W ścianie zmaterializowały się drzwi. Jo spojrzała za siebie, jakby z obawy, że ktoś ją śledzi, a zobaczywszy, że korytarz jest pusty, przekroczyła próg pomieszczenia.
Wnętrze było ogromne. Dziewczynie wydawało się, że znajduje się na środku pustyni – z tym, że zamiast piasku roiło się tam od porzuconych rzeczy. Uwielbiała takie miejsca. Wśród tych wszystkich śmieci buszowała pół godziny. Przeglądała książki, puzderka, komody, szafy, pudełka i pudełeczka, oglądała pierścionki, kolczyki, pamiętniki, butelki po alkoholu. 
To się stało, kiedy postanowiła opuścić pokój. Idąc tyłem, potknęła się o jeden z tysiąca pozostawionych tu kufrów. Podnosząc się, jej ręce napotkały na coś znajomego. Wrzasnęła.
Przez moment trzymała Medalion Prewettów.
 




_______________________________

Ufff... nareszcie koniec tego szańskiego rozdziału. Nie mam pojęcia dlaczego, ale napisanie go było dla męką. Gdybyście wiedzieli, moi kochani, co ja wyprawiałam, żeby tylko tego nie pisać! Zmieniałam szablony, ZAMÓWIŁAM SZABLON, co - jak wiecie - często się nie zdarza, zaczęłam tworzyć karty par (co to wgl za pomysł? taki zapychacz, ot co), założyłam chomika i wrzuciłam tam rozdziały, wkleiłam je na fanfiction i wattpada (btw - zapraszam tam ;), ponabijajcie mi statystyki i wgl :D) zaczęłam sama kleić jakiś zwiastun (-,-), pisałam rozdziały do przodu, ZROBIŁAM 100 ZADAŃ Z CHEMII Z WŁASNEJ INICJATYWY, pierwiastkowałam (stąd postać profesora Roota, odpowiednik mojego matematyka xD - panie D. - jeśli pan to czyta, to pozdrawiam) a nawet wróciłam do oglądania TVD, chociaż obiecałam sobie, że nigdy już tego nie włączę. Wszystko po to, żeby tego nie pisać. Ale już po! To mój osobisty sukces. Szczerze wątpiłam, że kiedykolwiek to ukończę. 
TAK, wiem, ten rozdział prawdopodobnie zagmatwał wszystko jeszcze bardziej, podczas gdy powoli mieliśmy wychodzić na prostą i na wyjaśnianie. Jestem zupełnie jak Marlene King z Pretty Little Liars - mówię, że zbliża się "sezon wyjaśnień", a jest tylko więcej pytań, bohaterów i członków A Teamu... chyba zaczynam pomału rozumieć tę kobietę. A tak poważnie - ciężko mi teraz pisać rozdziały, bo to co piszę, niekoniecznie pokrywa się z tym, co było. Dlaczego? Jesteście, moi drodzy, wybaczcie określenie, ale - "pokoleniem mojej starej wizji". Czytaliście stare, niepoprawione rozdziały (co jest zrozumiałe, zważywszy, że poprawionych nie ma) i pewnie teraz łapiecie się za głowę, bo to co się teraz dzieje, a co się działo to niebo i ziemia. Usprawiedliwię się tym, że na początku drugiej części zmieniła się trochę moja wizja na tę historię, zdecydowanie przedłużyłam podchody Lily i Jamesa, zdecydowałam się, że zamiast Lily jako głównej bohaterki, będziemy śledzić losy całej ferajny, a przede wszystkim - zmieniłam swoje wyobrażenie mojego Jamesa. Jeśli ostatnia część mogła zostać nazwana częścią Lily, to ta powinna ukierunkować sie jako część Jamesa, problem w tym, że ten Potter z pierwszych rozdziałów jest po prostu zupełnie inną osobą niż teraz... a przynajmniej ja mam takie wrażenie. Jeśli czegoś nie rozumiecie, to śmiało możecie pytać - te dwie nowe wizje na te opowiadanie będą cały czas tutaj wojować, a dopóki nie poprawię wszystkich rozdziałów (haha, poczekamy sobie), to raczej ilość takich nieporozumień będzie tylko rosła. Mam nadzieję, że wiecie, do czego piję :D.
Czy tylko ja mam wrażenie, że powielam stare schematy? Kiedy pisałam Ain Eingarp stwierdziłam, że cała drama w cieplarni będzie nudna, ale już nie było odwrotu, bo fabułę i akcję mam tak rozplanowaną, że jak coś wyleci, to już tego się nie naprawi... mniejsza. Obiecuję, już koniec narzekania :D. 
Ostatnio przysiadłam sobie i porównałam pierwszy rok istnienia HzTL'a (17 rozdziałów) i drugi (3). (To nie narzekanie, to suche fakty) Okej, mam jeszcze 3 miesiące na napisanie tych 14 rozdziałów (heh, już to widzę), ale to i tak prezentuje sie niezwykle żałośnie. Postanowiłam, że do drugich urodzin - czyli 12 września - wyjdę z siebie, byle dobić do imprezowego rozdziału tj. 24. Mam wakacje przed sobą, więc może się uda xD.   Trzymajcie za mnie kciuki.
Sprawa numer dwa - czy ja jeszcze u kogoś wiszę komentarz? :D. Pisać śmiało, ja mam białe plamy na mózgu i zanik pamięci krótkotrwałej - ja nie pamiętam nawet o tym, że trzeba zjeść obiad albo ściągnąć buty xD.
Postanowiłam wrócić do przeszłości i - wedle zaniedbanej przeze mnie tradycji - dać zainteresowanym garść spoilerów dotyczących 21:

ODSŁOŃ SPOILERY
1. Będzie on zaetykietowany - Lily, James, Mary, Syriusz, Dorcas, Luke, Emmelina (!), Snape (!!!), Chase (!), Jo (!) i - uwagauwaga - SERENA. Yey... nie wiem jak wy, ale ja zaczynam się bać, jak ja będę musiała to wszystko upchać. 2. Będzie to rozdział zaczynający się od retrospekcji i kończący się retrospekcją. Wewnątrz rozdziału również znajdzie się wiele retrospekcji. 3. Rozdział prawie na pewno będzie rozbity, bo plan na niego jest wieeeelki. 4. Pełnia w tle - i będzie to ta pełnia, w której James uratuje Snape'owi skórę - yey. 5. Będzie to jeden z "wyjaśniających" rozdziałów.(Przemilczmy kwestię, że ten też miał wyjaśniający) 6. Będzie on prawdopodobnie również wypruty z podchodów Lily i Jamesa. Trzeba dać wam od nich odpocząć.

23 komentarze:

  1. Pierwsza! Zaklepuję miejsce ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Długi ten rozdział... Z resztą jak zawsze ^^. Musiałam czytać na raty (niestety) i nareszcie udało mi się skleić (i tak wyszło chaotycznie) komentarz.
      Nie będę iść chronologicznie, bo...
      OBożejamesprzegrałjamesprzegrałjamesprzegrał ^^ Jaram się strasznie, ale pewnie i tak się okaże, że Huncwoci coś wykombinują i nic się nie dowiemy -,- (ale tak nie będzie, prawda?). Fragment w cieplarni był strasznie słodki <3 NIE WIEM JAK PRZEŻYJĘ NASTĘPNY ROZDZIAŁ BEZ JILY ;<
      Gdy czytam o Serenie to kojarzy mi się ona z Sereną z Percy'ego Jacksona, czyli przyjazna i łagodna córka Afrodyty. Mam nadzieję, że nie będzie kolejnej Mary i niech ZA NIC NIE TYKA JAMESA! Btw czemu postanowiłaś przedłużyć ich (Lilki i Jamesa) 'podchody'? ;-; Wgle to ciekawe jak zareaguje James o wieści, co zrobiła Skye... Nie specjalnie ją lubię, ale i tak szkoda że nią napisałaś, co ona widzi w lustrze.
      Jo... Bez komentarza, już trzęsę portkami.
      Snape... Nie nie nie nie nie, strasznie go nie lubię :/

      Weny!
      Mam nadzieję, że wytrwasz w swoich planach z tyloma rozdziałami ;>
      Lydia

      Usuń
    2. Hej :* Gratuluję złota ;>
      Moje rozdziały muszą być długie :D. Czeka się na nie po dwa miesiące, ale jak już są, to jest przynajmniej co poczytać.
      Ach, ten James... dałby dziewczynie wygrać, nie? Jestem pewna, że w ten sposób bardziej zachęciłby ją do siebie, ale czy on na to wpadnie... hmm?
      Haha, kiedy ja tworzyłam Serenę, to miałam przed oczami przede wszytskim Serenę van der Woodsen (stąd np. wzięło się nazwisko "van Weert") i nawet początkowo miała "grać" ją Blake, ale się rozmyśliłam. A Silena nawet nie przyszła mi do głowy, chociaż... obydwie są w pewien sposób podobne ;>. chociażby pod tym względem, że chłopak im zmarł - i tutaj Phil, i w "Olimpijczyku" Charlie. Hmm... teraz mimowolnie będę je utożsamiać dzięki tobie :D. <3
      Dlaczego chciałam przedlużyć jilowego podchody? Hmm... po prostu pomysły na ich sceny mnożyły mi sie w głowie, i wciąż mnożą, a nie było gdzie tego wszystkiego wrzucić. W starym szkicu np. wgl nie byłoby ich zakładu, ani zamknięcia w cieplarni, ani schadzek w schodkach na miotly... stwierdziłam, że ponieważ ten blog jest głównie o nich, to trzeba przede wszytskim skupić się na ich relacji. Nie chciałam, żeby to wyglądało sztucznie, jak czasami bywa w opowiadaniach o tje tematyce. To nie miało być tak, że przez całe opko, 50 rozdziałów Lily nienawidzi Jamesa, a potem nagle się w nim zakochuje. Tutaj ich relacja będzie na pewno ewoluować i jeszcze daleeeeka droga przed nimi :D. A poza tym... nim dłuższe podchody, tym potem bardziej się człowiek cieszy, jak sie para schodzi, c'nie? ;>.
      Ja też go nie lubię, ale dawno gościa nie było, a teraz akurat się przyda. Bedzie miał w najbliższych rozdziałach mały wątek, ale potem będzie go tylko mniej i dobrze.
      Dziękuję bardzo za komentarz :*.
      Pozdrawiam,
      Abigail <3

      Usuń
  2. Druga! Skomentuję jak wrócę z Poznania <3
    ( u mnie masz prolog :P powróciłam ) :*:*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko jaki długi rozdział xD Musiałam czytać na raty :D
      Oh James! *.* Skradłeś moje serce, swoim rycerskim zachowaniem - to było mega słodkie :D <3
      Tytuł rozdziału można rozszyfrować pewnie na Pragnienia :D Tak mi wyszło :D haha
      Sky to dziewczyna zagadka... nic do niej nie mam, oprócz wyskoku z James'em -,-
      Mam nadzieję, że nie doporowadzisz do sytuacji, kiedy syriusz pożre się z Jamesem, co? Plis -,- :P
      Co jeszcze ja bym mogła... aha! rozdział fenomenalny i morderczo długi :D Yeah <3333
      weny :*

      Usuń
    2. Kochana, czy ja jestem az tak głupia, czy to nie przypadek, że nie mogę dostać się na twojego bloga? o.O Przepraszam, że obudizłam się dopiero teraz, ale byłam przez cały weekend w Wawie, a w tygodniu miałam dwa sprawdziany z fizyki, i z matmy, i geograficzy konkurs. Nie miałam w co rąk włożyć :c.
      Ech... taki braterski fajt musi czasem być ;>. Ale specjalnie dla cb postaram się, żeby nie było ostro :*.
      Dziękuję ci bardzo za komentarz :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  3. Czwarta!!! Kurde... za podium XD

    OdpowiedzUsuń
  4. Piąta! Heuheu xd Zaklepuję miejsce!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! ;D
      Przeczytałam! :D Należy mi się jakaś nagroda... Serio!
      Nie wiem... Może na początku poinformuję, że jestem nowa? :D To chyba pierwszy rozdział, który komentuję, a już wszystkie przeczytałam ;p No cóż... Nie chciało mi się xd
      Okey...
      James bijący się o Lilkę... Aww! *oo* I powiedźcie mi, że to nie miłość... To wykastruję! :3 Albo kogoś do tego najmę... Tak...
      "─ Chodziło o ciebie – powiedział po prostu." ♥♥♥ UROOOCZE! <33 Meega <33 Rozpłyyywam sięę...
      W ogóle ta rozmowa... Chyba miałam ją inaczej odebrać, ale ona i cieplarnia to moje ulubione wątki z tego rozdziału, serio, e... Wszystkie wątki gdzie jest coś o nich i tej ich "wyjątkowej relacji" są świetne ^^ Tak romantyycznie <3 Caitlin... Nie za bardzo ją lubię, ale chociaż w paru procentach przyczyniła się do pocałunku Evans i Pottera i tym ich "sam na sam" :D Caitlin, planuj z Blackiem więcej takich akcji! :3 Zdecydowanie więcej!
      Nie wiem co sądzić o Sky... Hmm...Z jednej strony jej nie lubię, może dlatego, że pocałowała Jamesa i w ogóle była blisko jego? Nie wiem... Ale za to była uprzejma, miła dla Lilki chociażby i dlatego mam straszny dylemat xd Chyba już pożegnała się na dobre z Rogaczem, chodzi mi o tę ich e.. "relację", która wpadała chyba w zakochanie czy zauroczenie.
      Jestem chociaż jednego w 100% pewna. Nie lubię "McDziwki"... Najbardziej z mojej listy "Bohaterzy, których nie lubię/nie cierpię". Ma chociaż gdzieś pierwsze miejsce (u mnie na liście ^^) Ta to mi na poważnie szarpie nerwy. Idiotka się pomalowała na rudo... No wtf... Ruda jest tylko jedna, no, hello! I ona myśli, że James do niej wróci? Myli się i to grubo. (Myli się, prawda? ;-; Proszę napisz, że to prawda :')) Dobrze, że Syriusz ją wyzywa i w ogóle... BARDZO dobrze robi ^^ Syriuszu, jesteś wspaniały! <3 ( :'DD)
      AIN EINGARP... Świetny wątek. Dużo można wywnioskować :) Choć to, że James rzuca w Voldiego łajnobombami... Haha xdd
      Serena jest owiana wielką tajemnicą. Również nie mogę się doczekać, aż w końcu się pojawi. Mam nadzieję, że nie będzie taka jak McDziwka (spodobało mi się to "przezwisko"), lepiej, aby była podobna do Sky: miła, uprzejma, a szczególnie, aby zaakceptowała związek, którego jeszcze nie ma, ale będzie tylko potrzeba czasu, Lily i Jamesa i ich miłość. Niech tylko im stanie na drodze do szczęścia... Wrr! Ukatrupię!
      Jo... Napotkała Medalion Prewettów... Oj... Zobaczymy co z tego wyniknie...
      Właśnie... Przypomniało mi się (sorry, że tak mieszam te rozdziały, ale chcę chociaż w paru procentach to nadrobić). Tata Lilki. Uwielbiam go! Zabawny, dusza towarzystwa( i co z tego, że zmienia żony? Nikt nie jest idealny). Rozbawiła mnie ta sytuacja jak James się z Evans po raz pierwszy (pierwszy, tak? już mi się wszystko miesza... * ooo... jak mój kom!*) całował, tam u niej w domu... Haha :D
      Chciało mi się śmiać z tego profesora Pierwiastka... I tego pierwiastkowania... Litości! :D
      Dobra...
      Rozdział cudowny! ^_^ :D Wcale nie jest szatański... Pf... Jak możesz tak myśleć?!
      I nie wiem dlaczego, ale zdaje mi się taki... Krótszy :P
      Weeny! Duużo weny! :3 I żebyś mi potem nie pisała, że rozdział nudny czy coś...
      A i przepraszam, że ten komentarz jest taki pogmatwany :'D
      Pozdrawiam!
      Kathrine ;**
      {jily-love-forever.blogspot.com}
      {http://zlap-jelenia.blogspot.com/}
      ^ zapraszam serdecznie!

      Usuń
    2. Kochana, wybacz, że odpowiadam po takim czasie, ale moją pierwszą odpowiedz sprzed jakiś dwóch tygodni pożarł Blogger i byłam tak zła, że potrzebowałam kilku(nastu) dni, aby ochłonąć :P.
      Na początku standardowe - heeeej :*. Nawet nie wiesz, jak się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam taaak długi komentarz od całkowicie nowej osoby :D. Podziękuję za niego na początku, bo chociaż na pewno będę dziękować przez całą moją odpowiedź, tak wypada zacząć <3.
      Na twoje blogi już wpadłam i obydwa zaczęłam czytać (nowszy skończyłam, ale wolę, żeby moje komentarze pojawiły się równoczesnie, więc sądzę, że gdzieś w przyszłym tygodniu). Okej, a teraz po kolei :D.:
      Jeeej, ja też uwielbiam wszelkie bójki w imię miłości i te klimaty xD. Jeeeny, ile dałabym za takiego Jamesa w mojej klasie/szkole/mieście. Wszystko. Pomyśleć, ze Lily go nie chce... od razu chce mi się rzucić opowiadanie xD.
      Wieesz, Skye jest na tyle trudna, że na starcie dostała mało pozytywną rolę - byłej dziewczyny Jamesa, a chociaż nadrabiała to charakterem, to jednak wciąż była byłą dziewczyną Jamesa xD. Ciężko mi ocenić, czy ją lubię, czy nie, bo ja w sumie lubię wszystkich moich bohaterów, ale chyba potrafię sobie wyobrazić, co bym czuła do niej, gdyby to nie było moje opowiadanie xD. I chyba też bym jej nie lubiła. Moja szalona zazdrość o Jamesa by wygrała.
      Hahha, "McDziwka" ponownie. Nie spodziewałam się, że to przezwisko okaże sie takim hitem... jesteś kolejną osobą która wspomina o tym w komentarzu... to pewnie dlatego, że jest niezywle trafne xD.
      Hmmm... James i Mary... Mary i James... Ja nic nie wiem ;>.
      Serena pojawi się już w następnym rozdziale :D. W retrospekcji, ale zawsze. I... nie, raczej nie jest taka jak Mary. Mary McDonald jest tylko jedna xD.
      Ach <333. Tak się cieszę, że przypadł ci do gustu pan Ethan Evans :D. Inspirowany jest trochę moim tatą, dlatego mam do niego ogromny sentyment :D.
      Co do profesora Pierwiastka... przypomniałaś mi o moim matematyku, który też zamiast grać na komórkach każe ludziom na przerwach pierwiastkować xD. Nei zrobiłam dla niego zadania... muszę się za to zabrąć.
      Ech... odpowiedź tym razem wyszła słabiej niż pierwsza, ale co przepadło, to przepadło :C.
      Najważniejsza sie jest część, w której dziękuję za komentarz i zrobię to znowu, żeby nie mieć wyrzutów sumienia. A więc... DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ, DZIĘKUJĘ ZA KOMENTARZ <333. Niesamowicie mnei podbudował :D. Czekaj na rewanż u cb ;>.
      Pooozdrawiam :*
      3maj się i weeeeny :*
      Abigail

      Usuń
  5. Na podium nie jestem, ale mój cały komentarz jest pierwszy! :D To głupie, ale cieszy mnie to :P Więc pora zacząć koooooooomentarz :)
    Minęło tyle czasu, że na początku nie mogłam ogarnąć, o co chodzi, ale po chwili przypomniałam sobie. Uwielbiam te sceny z Jamesem i Lily. Oni są genialni! James jest arogancki, bezczelny i niepoważny, ale tylko pozornie. Kocham tą jego wielopoziomowość. Lubi robić pozory, ale przy tym jest niesamowicie dobrym człowiekiem, honorowym, lojalnym, kochającym i nie wiadomo ile jeszcze takich komplementów. Dlatego właśnie tak bardzo go lubię. Lily jest bardzo podobna do niego. Nie ukrywa swoich uczuć, ale właśnie pod tymi uczuciami są jeszcze inne, których nikt nie umie przejrzeć. Czasami mam wrażenie, że wszyscy ją olewają i nie chcą znać prawdy... Nie wiem skąd mi się to wzięło xD To tak przy dzisiejszym rozdziale pomyślałam. Jeszcze ta scena ze Sky... Raczej była mi obojętna, ale dzisiaj pokazałaś ją z takiej strony, że czuje tylko szacunek zmieszany z czcią. Tak, dzisiaj pokazała, że jest wyjątkowa. I to ona dała mi tez taki wizerunek na Lily. Ten rozdział dał mi nowe spojrzenie na tę historię ;)
    Nie mogę się doczekać, aż nareszcie pojawi się Serena. Ta postać zaczęła mnie ciekawić. Niech to! Nie mogę się doczekać, aż wreszcie dowiem się, co zrobił Syriusz ze Sky Serenie. To naprawdę coś takiego super strasznego? A jeśli Syriusz pokłóci się z Jamesem? Nie rób mi tego! Błagam! Ja tego nie wytrzymam! :P
    I nareszcie pojawił się Remus! :D Remus zawsze był moją ulubioną postacią. Jego historia jest ciężka i przez to podziwiam go, że daje sobie tak dobrze radę. Kto by dał? Chciałabym, żeby był z Marleną, dlatego cieszę się, że nadal o niej myśli. Może ta historia jakoś się ułoży... Nie wiem, do jakiego stopnia chcesz zmienić oryginalną opowieść, ale stworzyłaś coś niesamowitego, co długo zapadnie mi w pamięci.
    Ten rozdział był takie wzruszający... Ta scena ze Sky i Jamesem, kiedy powiedziała mu coś, co sam wie. Przynajmniej mam tak nadzieję. To było fantastyczne i przy tym szczere. Tak, on ja kocha. I jeszcze Dorcas i Syriusz. Syriusz jaki jest taki jest, ale też nie jest do końca szczęśliwa osobą. I ten moment, kiedy James mówi, co widzi w lustrze. Automatycznie skojarzyłam to z tym co się stanie (chcesz to zmieni, prawda? :) ) i myślałam, ze się poryczę trzeci raz w życiu z powodu jakieś opowieści. To byłby szok. Oni nie będą szczęśliwi i bezpieczni! A muszą! to mnie załamało :'(
    Tak, historia i ludzie się zmieniają. Ty znacz Jamesa, którego wymyśliłaś. Pamiętasz swoje plany. Ja to trochę inaczej odbieram. Zmienił się, jak wszyscy. Ludzie, wydarzenia zmienią każdego. Tylko pytanie czy każdego na lepsze? Tutaj jest dobrze. Tak, jak powinno być. Naprawdę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. !!!!!!!!!!!!TO JEST MOMENT, W KTÓRYM CIĘ UKATRUPIAM!!!!!!!!!!!!!!!!
      Powiedz mi: CO TO MA BYĆ?
      "No a poza tym... to głupie, ale to zawsze marzenie - chciałabym chociaż spróbować wysłać coś do jakiegoś wydawnictwa. Chciałabym pozostwaić po sobie coś trwałego, jak książkę ;). No, ale, żeby zostać pisarzem wypadałoby mieć dwie rzeczy ktorych nie mam ja:
      a) talent,
      b) kwalifikacje do innego zawodu, bo bycie jakimkolwiek artysytą jest dosyć ryzykowne."
      Nie możesz tak mówić! Po pierwsze człowieku mas talent! To wszystko, co tu jest, o tym świadczy. Poza tym 10% talentu, 90% wytrwałości. Udowodniłaś już, że ją masz, mimo że pewnie wydaje Ci się inaczej. Wiem, co mówię. Spędzam swoje życie na myśleniu zamiast działaniu. Sama nie umiem działać, ale wiem, jak powinno być. Ten blog ma już ponad rok! To coś znaczy! Zobacz: rozdziały pojawiają się rzadko, ale zawsze jest ktoś, kto czeka, przeczyta, skomentuje. Osiągnęłaś sukces. Przynajmniej jedna osoba (czyli ja, a myślę, ze jest ich więcej) wierzy w Ciebie i liczy, że kiedyś coś napiszesz i to wydasz. Już od roku nie czytam żadnych blogów, a tutaj nadal jestem. Dzień dzień wchodzę, choć wiem, że nie pojawi się teraz nowy rozdział. Dlaczego? Bo wierzę w Ciebie i w to, co stworzyłaś. Teraz chyba już się zagalopowałam, ale to nic. Może doda ci to wiary w siebie. Bo sukces to wiara, ze się uda. Pamiętaj o tym. To ona pozwala spełniać marzenia.
      Już z utęsknieniem czekam na kolejny rozdział! :D
      Pozdrawiam :*****************
      PS: Pierwszy raz przekroczyłam limit :P

      Usuń
    2. Wybacz za zwłokę w odpisywaniu, Elfiku, ale kiedy ostatnio odpisywalam Katherine (leciałam po kolei) to usunęło mi długi komentarz i byłam tak zła, że sobie aż poszłam. Okej... zacznijmy od początku ;>.
      Maaatko, jak ja kocham te twoje analizy zachowania bohaterów i ich rozbieranie na czynniki pierwsze <3. Moim priorytetem w tym opowiadaniu są właśnie bohaterowie, dlatego poświęciłam multum czasu na wykreowanie ich na wlasnie takich "wielowarstwowych". James był jednym z najważniejszych dla mnie postaci, dlatego ta jego "wielopoziomowość" (świetne słowo :*) jak najbardziej powinna być widoczna. Cieszę się, że ty to dostrzegasz :*. Dobrze równiez podsumowalaś Lily, która różni się na tyle od swoich koleżanek, że naprawdę nie może zwrócić się do nich z prośbą o radę :D. Miejmy nadzieję, że w przyszłości takim powiernikiem jej sekretów zostanie Jimmy, skoro tak do siebie pasują ;>.
      Och, no cieszę się bardzo, że polubiłaś Skye, chociaż jak czytam komentarze to jesteś w mniejszości ;*. Jej pozycja jest na tyle niewygodna, że czuje coś do Jamesa, ale jednak nie kręci jak Mary i szacunek jej się należy :D.
      Och, rozpisalam sie o takich głupotach, ale po prostu chciałam ci jeszcze raz podziękowac, bo w każdym twoim komentarzu przyglądasz się sylwetce kolejnego bohatera i zawsze twoje spostrzeżenia strasznie mi pomagają wszystko uporządkować :D. Jeszcze raz wieeelkie dzięki :*.
      Serena "w realu" pojawi sie... hoho, poczekamy sobie :D. Ale tak w retrospekcji to już w przyszłym rozdziale ;>.
      Wieesz... kto się lubi, ten się czubi :D. Jamesowi i Syriuszowi nic się nie stanie, jak od czasu do czasu się gołąbeczki pokłócą ;>. Nie chcę walic spoilerami (i tak to robię), ale nie będzie tak źle ;).
      Och <3. Po raz kolejny trafiłaś w dokładnie to, co chciałam przekazać. Pisząc Ain Eingarp chciałam właśnie stworzyć coś sentymentalnego, takiego wzruszającego, bo takich rozdziałów wkrótce będzie coraz mniej, bo akcja zaczyna się powoli rozpędzac... Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że udało mi się "wydusić" z ciebie jakieś emocje :D. To strasznie... ech, miłe dla mnie :D. Powtarrzam to przez cały czas, ale po raz kolejny - dziękuję <3.
      *rumieni się*
      Kurczę, wygrzebałaś to z aska... aż się głupio mi zrobiło. Twoje komentarze są takie motywujące i dodające wiary... naprawdę, Elfiku, cięzko mi w ogóle na nie odpowiadać, bo nigdy nie potrafię wydukać z siebie nic poza: dziękuję. Bo naprawdę dziękuję za to, że czytasz tego bloga od (?) zarania dziejów, motywujesz mnie i napędzasz do akcji tak skutecznie, że czasem piszę rozdziały tylko dlatego, że jestem ciekawa twojego komentarza pod :D. Serio. Dziękuję ci jeszcze raz za dłuuugi i przemiły komentarz :* Jesteś wspaniała.
      Pozdrawiam :****
      Abigail

      Usuń
  6. Przepraszam, że nie przeczytałam rozdziału a komentuje, ale aktualnie mogę korzystać tylko na telefonie, ale chyba zrobiło się coś z szablonem (chyba), bo interfejs jest trochę nieczytelny i jakbyś mogła spróbować coś w nim zmienić to byłabym niezmiernie wdzięczna :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osz kurczę, to mamy problem :D. Postaram się pomóc, alr kiepski ze mnie informatyk... Korzystasz z wersji normalnej czy mobilnej? Mobilną mogę zmienić w każdej chwili, a z normalną o tyle jest ciężko, że mam ograniczone pole do popisu... kochana, skoro jesteś na telefonie to radziłabym korzystać mimo wszystko z wersji mobilnej, bo wiem, że te szablony na każdym urządzeniu inaczej się prezentują. Jakbyś dalej miała problem, to mogę ci przesłać plik do pobrania w wersji pdf... zmienię jeszcze szablon mobilny, a ty koniecznie odpisz, czy jest lepiej i czy przesyłać plik czy nie.
      Pozdrawiam i dzięki za lekturę :*
      Abigail

      Usuń
  7. Korzystamy z mobilnej oczywiście ;) Dziękuję za zmianę, teraz jest perfecto ;) Jutro zabieram się za czytanie, chyba znowu muszę przeczytać połowę bloga, żeby ogarnąć o co chodziło. Niestety pamięć dobra, ale krótka :D
    Jeszcze raz dziękuję :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że działa :D. Podbudowałaś mnie teraz, wiesz? Jutro sprawdzian z informatyki, a ja naprawiając to, czuje się pewniej :D.
      Jeszcze raz życzę miłej lektury :*

      Usuń
  8. Witaj :) Wchłonęłam to opowiadanie w przeciągu 3 dni. Czytałam w czasie wykładów, w pracy na nockach, w domu, zamiast się uczyć do sesji xD Całą akcję z bohaterami bardzo przeżywam i czuję ciągły niedosyt ;) Uwielbiam sposób w jaki kreujesz bohaterów, są bardzo wiarygodni. Cieszę się, że inspiracje czerpiesz z seriali, które uwielbiam oglądać. Tutaj mam taką mieszankę wybuchową dosłownie wszystkiego! Super :D Pragnę wiecej Jily, pragnę rozwiązania zagadek, pragnę kolejnych rozdziałów! do zobaczenia pod kolejną notką :) pozdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heeej :*. Strasznie mi miło i cieszę się, że fabuła pochłonęła cię do tego stopnia :D. Dziękuję oczywiście za lekturę i za to, że skomentwalaś, bo chociaż każdy komentarz okropnie mnie cieszy, to ten od nowych osób dwa razy bardziej :D. Mam nadzieję, że zostaniesz na stałe :*.
      Powodzenia na sesji ;>
      Pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  9. Hop hop!
    Pamięta mnie ktoś jeszcze?
    Piszę z anonima więc będziesz miała niespodziankę na samym końcu, przy podpisie (oczywiście optymistycznie zakładając, że mnie jeszcze pamiętasz)
    Aż nie wiem od czego zacząć, tyle się wydarzyło. Do bloga już pewnie nie wrócę, ale wróciłam tutaj i przeczytałam wszystkie rozdziały, które przegapiłam, siedząc w książkach i tonąc w rozpaczy, że się nie wyrobię z nauką przed testami.
    Oto jest już po zakończeniu roku szkolnego, egzaminy poszły mi lepiej niż oczekiwałam, a w piątek dowiem się, czy przyjęli mnie do jednego z lepszych liceów w moim mieście, do którego złożyłam papiery. Wszystko wskazuje na to, że mnie przyjmą.
    I choć rezygnacja z bloga miała wiele minusów (jak ten, że nie dam już rady go kontynuować), to jednak wiem, że gdybym go pisała i jednocześnie się uczyła, nie miałabym tak wysokich wyników na koniec gimnazjum.
    Może już się domyślasz kim jestem. A jak nie, to pozwalam zajrzeć na koniec i się przekonać. Ale to taki spoiler. Niefajnie. Nie rób tego.
    No to może czas przeprosić za nieobecność - PRZEPRASZAM. Serio. I dopóki nie nadrobiłam tych wszystkich rozdziałów, nie miałam pojęcia jak bardzo mi tego brakowało. Teraz mam. I podoba mi się kierunek, w jakim idzie ta historia, że schadzki L. i J. wciąż trwają, choć minęło pół roku, od kiedy byłam tu ostatni raz. Albo i więcej.
    Czytanie wielu rozdziałów na raz jest super. Kończę jeden - od razu mam następny. Zupełnie jak oglądanie poprzednich sezonów serialu. Kilka tygodni temu, po miesiącu oglądania, nadrobiłam pięć sezonów Pretty little liars, po czym nadszedł sezon szósty i boleśnie zderzyłam się z rzeczywistością. Chlip.
    Generalnie przygotuj się na to, że mój komentarz za dużo do treści się nie odniesie, bo jakoś się skupić nie umiem. No i ciężko się skupić jednocześnie na tylu rozdziałach. Mogę Ci powiedzieć ogólnikowo - pomysł z zakładem jest nietuzinkowy i pełen nieoczekiwanych zwrotów akcji - jak na przykład ostatni pocałunek. Który btw był moją ulubioną sceną. bosz.
    Brakuje mi bardzo Marleny i Remusa.
    Bardziej Remusa niż Marleny.
    A najbardziej Marleny i Remusa.
    Razem.
    Jestem ich zaciekłą fanką. Natomiast zupełnie zgubiłam się w wątku Syriusz - Dorcas. Mam wrażenie, jakbym czytała nieuważnie (co nie zaszło) bo pogubiłam się kompletnie. Musiałabym sobie wszystko poprzypominać.
    Ładny szablon tak w ogóle.
    Dobra, kończę na razie, bo jeszcze nie odzyskałam wprawy w komentowaniu. Pół roku przerwy! o jeżu.
    Podsumowując - przeczytałam jednym tchem, z przyjemnością. Jesteś super. Uwielbiam tę historię. Wróciłam. Nie na inne blogi, nie na własny. Do Ciebie.
    Czekam na nowyyy.
    Lumossy (ponawiam pytanie czy pamiętasz XD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lumossy! Jak mogłabym cię nie pamiętać, pytam się, JAK?! Boże, tak się cieszę, że wróciłaś <3. Ostatni czasy tak wiele "uchodźców z Bloggera" powraca i jestem normlanie w siódmym niebie, że ty też do nich dołączyłaś <3. Nawet jeśli nie chcesz wracać na im-possible-dramione. Co byłoby moja osobistą tragedią, bo brakuje mi Blejziego :(. Oczywiście rozumiem cię i jestem z ciebie dumna, moja droga. Potrafiłaś odłożyć wszystko na bok, skupić sie na nauce i dotarłaś do swojego celu :D. Hahha, szkoda, że jestem taka głupia, i kiedy zobaczyłam, że Anonim od razu zjechałam na dół... miałabym niespodziankę ;(. Ciekawe. czy bym się w trakcie czytania domyśliła, że to ty...? Hmm...
      Nie dowiemy sie już ;c.
      Szczerze? Ja też pogubiłam sie w wątku Doriusza. Piszę właśnie ich scenę i naprawdę nie wiem, w co teraz uderzyć. Lubimy się? Nie lubimy...? Bardziej niż lubimy? Tak więc, nie jesteś sama, moja droga :*.
      Znam tą radochę, kiedy nadrabia sie rozdziały albo sezony serialu. Mhymmy... to taka kontrola, że możesz "dozować" tyle odcinków, na ile masz aktualnie ochotę. A tak... dupa -,-. Czekam na środę, na PLL, ale doczekac się nie mogę. W wakcje zawsze jest ciężej... ;c.
      Dziękuję cii tak bardzo za komentarz i jeszcze raz - tak strasznie ciesze się, że wróciłaś <3. Powodzenia w przyjęciu do liceum :*. Ściskam za ciebie kciuki i duże palce u stóp ;>.
      Pooozdrawiam :*
      3maj się :*
      Abigail
      NajwiększaFankaBlejziego

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X