12 kwietnia 2015

20.1. Ain Eingarp

Poprzednio + podsumowanie, co działo się z medalionem dla ciut zagubionych:
Syriusz przypomina sobie o swojej umowie ze Skye DeVitt rok temu, kiedy James czekał na rozprawę w sądzie - został niesłusznie oskarżony o zabójstwo swojego kuzyna, Phila van Weerta. Skye postanowiła uzgodnić ze świadkami fałszywe zeznania, które miałyby wrobić Serenę Marceau, narzeczoną Phila. Lily i James zakładają się - usiłują odtworzyć przyjazne, koleżeńskie stosunki z zakazem dotykania się, flirtowania i napastowania ich "indywidualnych znajomych". 
W roku 1960 Lukrecja Prewett (matka Jo) zostawia Ethanowi Evansowi (ojcu Lily) rodzinny medalion Prewettów, który to został wykorzystany przez Trevora Monroe (ojciec Isaaca) do "ukrycia" w nim autorskich, nielegalnych zaklęć. Zapieczętowany medalion miał chronić Ethana przed niebezpieczeństwem, który mógłby zagrażać mu ze względu na romans z czystokrwistą czarownicą. Problem w tym, że medalion znalazł się w rękach żony Ethana, Mary Oldisch, która sześć lat później porzuciła rodzinę i wyjechała do Nowego Jorku, aby zrobić karierę na deskach Broadwayu. W 1994 umarła, a medalion został odziedziczony przez Lily. Otrzymawszy go z liście i zrozumiawszy, że jest to strategiczny przedmiot dla Jo i Isaaca, Lily schowała medalion w - jej zdaniem - najbezpieczniejszym miejscu - Pokoju Życzeń.

 „Jeżeli chcesz wiedzieć, co ma na myśli kobieta, nie słuchaj tego co mówi - patrz na nią”
-Oscar Wilde


Skye mruknęła z zadowoleniem, kiedy język Caspera Dabneya, jej nowego chłopaka, zatoczył koło na jej szyi i zjechał w dół, ku obojczykom. Miał on na sobie jedynie podkoszulek i bokserki, ale posiadał usprawiedliwiające skąpy ubiór powody – jego kostium treningowy przemókł do suchej nitki i obecnie schnął wywieszony pomiędzy dwoma szafkami, należącymi do pałkarzy. Zaatakował dziewczynę zaraz po tym, jak wyszła spod prysznica. Fakt, że jego niezwykle aktywne tego wieczora ręce zaczynały wyswobadzać ją z ręcznika, nie spotkał się ze zbytnią aprobatą z jej strony.
─ Alyssa jeszcze się myje, Casper – zestrofowała go. – I ma jedynie trzynaście lat. Cokolwiek chcesz zrobić, nie jest to dla niej odpowiedni widok.
Casper jęknął jej do ucha, wyszeptał kilka krótkich, dwusylabowych wyrazów i odsunął się, pozwalając Skye poprawić ręcznik. Puchonka trzepnęła go z rozbawieniem w ramię, po czym wspięła się na ustawioną w poprzek ławę i stanęła przodem do rzędu starych, spróchniałych drewnianych szafek. Te z nich, które należały do puchońskiej drużyny, pomalowano złotawą, nierównomiernie rozłożoną farbą.


Dziewczyna otworzyła na oścież swoją szafkę i schyliwszy się, wyłamała uszkodzony zamek drugiej, znajdującej się pod spodem. Drzwiczki obydwu z nich zakrywały ją niczym prowizoryczna zasłonka przebieralni. Casper zachichotał i ostentacyjnie odwrócił się do niej tyłem.
Zbliżała się dwudziesta druga, godzina ciszy nocnej. Według przepisów nadanych puchońskiej drużynie przez profesor Sprout, czas ich treningu nie powinien przekraczać półtorej godziny (dzisiejszy trwał cztery), a ubrani, wymyci i świeży wrócić do Hogwartu musieli jakieś trzy godziny temu.  Zarówno Skye, kapitanka, jak i Casper, oraz reszta drużyny, uważali, że te przepisy podetną im skrzydła i będą miały przykre konsekwencje na meczu z Gryfonami pod koniec lutego.
Puchonka szperała w swojej szafce w poszukiwaniu stanika, niestety z marnym rezultatem. Poddając się, wcisnęła na nogi spodnie i chwyciła pierwsze ubranie zasłaniające górną część ciała, jakie udało jej się znaleźć – czyli koszulę jakiegoś chłopaka (modliła się, żeby należała do Caspera). Głośno wypuściła powietrze z ust. Sięgnęła jeszcze po parę bawełnianych skarpetek w renifery i już miała zamykać szafkę, gdy przypadkiem wyrzuciła z szafki ozdobną, kremową papeterię. Liścik delikatnie odpadał na dół, przyciągany przez bezlitosną siłę grawitacji, a Skye nie zdążyła go złapać, nim zatrzymał się w ręce Dabneya.
Świetnie, pomyślała sceptycznie Skye, zamykając szafkę z głośnym łoskotem. Głupia, głupia, głupia! Jak mogła trzymać tutaj ten list?
─ To pieczęć Harpii – zauważył Casper, odwracając papeterię to na jedną stronę, to na drugą. ─ Czy to… ─ spojrzał na nią, szczerze zaskoczony, i uniósł brwi niemal tak wysoko, że dotknął nimi swojej grzywki.
─ Przyjęcie do składu? – spytała, zamykając dolną szafkę. Nie patrzała Casperowi w oczy. ─ Tak sądzę.
─ Tak sądzisz? – zachichotał nerwowo. List wyleciał mu z dłoni. – Miałaś zamiar mi o tym powiedzieć?
Skye wzruszyła ramionami, pieczołowicie zapinając każdy guzik nie swojej koszuli. 
─ Nie widziałam w tym sensu.
─ Sensu? – wydukał Casper, kręcąc z niedowierzaniem głową. Podniósł list z podłogi i przeczytał całą jego treść – Skye znała już ją na pamięć – jeszcze raz. Czytając, bezgłośnie poruszał ustami, gdzieniegdzie wtrącając ciche przekleństwo.
Puchonka bardzo nie chciała dopuścić do spojrzenia chłopakowi w oczy, dlatego znajdowała sobie coraz to nowsze zajęcia – teraz na przykład, przepakowywała całą zawartość swojej torebki do plecaka. Casper zirytował się jej ignorancją i – w jego mniemaniu – głupotą, więc po prostu złożył list na prowizoryczny samolocik, i wymierzył nim prosto w jej głowę. Nim Skye podjęła karierę ścigającej, przez długi czas piastowała stanowisko szukającej, dlatego posiadała ten dar, który fani Quidditcha zwykli nazywać „intuicją nadgarstka”. Samolocik natychmiast przerwał lot, a gdy znalazł się już w jej zgubnych łapskach, nikt nie łudził się, że to koniec jego krótkiego bytu.
─ To nic – odparła tylko, ostentacyjnie gniotąc papeterię. – Zupełnie.
─ Masz siedemnaście lat, Skye. To wielka rzecz. Nie przechodziłaś nawet specjalistycznego szkolenia, nie mam pojęcia, jak…
─ Na przyjęciu zaręczynowym mojej kuzynki pojawił się delegat Harpii – odparła niechętnie. – Na poprawinach urządziliśmy mały meczyk – DeVittowie i strona pana młodego – Skye urwała. Kilka razy poprawiła swoją fryzurę, kolejno zaczesując sobie grzywkę na bok i na środek. Po tych pedantycznych zabiegach zdecydowała się otworzyć ponownie swoją szafkę, w poszukiwaniu kremu. Casper odchrząknął.
─ Pewnie był pod wrażeniem – domyślił się, wpatrując w swoją dziewczynę z podziwem.
Kiedy widział ją w akcji – nieważne, czy na treningu, czy meczu – czuł się zupełnie tak, jak delegat Harpii mógł. Nie spotykał się ze Skye długo, ale zdążył zauważyć, że Quidditch jest całym jej życiem. Dziewczyna nie należała do zbytnio bystrych osób, dlatego praca w ministerstwie czy gdziekolwiek indziej, a nawet zdawanie owutemów w tym roku, nie miało sensu. Nigdy nie zdobyłaby dobrze płatnej pracy, a DeVittowie, podobnie jak wiele liberalnych rodzin czarodziejskich zostali odcięci od rodowych pieniędzy, dlatego nie pracować również nie mogła.
Ale on się o nią nie martwił. Skye miała dar, prawdziwy talent, taki, z którym rodzą się tylko wybrani. Energiczna, sprytna i skłonna do współpracy stanowiła idealną ścigającą, a jeśli dodać do tego jej niespotykaną wprawę w locie na miotle, refleks i celność rzutów, to można by powiedzieć, że spełniała wszystkie warunki profesjonalnego gracza.
Jednocześnie była taka nieśmiała, taka niepewna swojego talentu! Nie miała nikogo, prócz Caspera, kto mógł pchnąć ją do Harpii, kto mógł pomóc jej w dokonaniu właściwego wyboru. Sama była zbyt niepewna siebie, żeby na coś się zdecydować.
Ach, kto zrozumie kobiety!
─ Może – burknęła Skye, wcierając zieloną maź w swoje opuchnięte nadgarstki. – Powiedział, że weźmie mnie do drużyny już teraz, ale będę musiała jeszcze przejść szkolenie i eliminacje do pierwszego składu. Sęk w tym, że w każdej chwili może im się odwiedzić, i mogą mnie wyrzucić.
─ Nie będą mogli tego zrobić. Podpiszesz umowę.
─ Nie chcę spędzić reszty życia, siedząc tam na ławce.
Skye głośno zamknęła szafkę. Zakręciła nakrętkę po kremie i włożyła go do przedniej komory plecaka.
─ Zostałaś przyjęta przed naborem. Facet proponuje ci darmowe szkolenie, Skye. W wakacje zamkną już rekrutację i będziesz musiała nieźle do wszystkiego dopłacić. O ile cię przyjmą, po tym jak odrzucisz ich propozycję sprzed pół roku.
─ Są inne drużyny niż Harpie – oświadczyła zimno.
Casper przetarł oczy z niedowierzania.
─ Przepraszam, co ty powiedziałaś? INNE DRUŻYNY? Skye, przecież ty marzyłaś o graniu w cholernych Harpiach odkąd skończyłaś sześć lat!
─ Rzeczy uległy zmianie.
Rze… Skye, dobrze się czujesz?
Dziewczyna nie odpowiedziała.
Casperowi nie mieściło się to w głowie! Chyba każdy zawodnik domowych drużyn w tej szkole, a nawet zwykły qudditchowy laik, po cichu marzył o takiej szansie, którą otrzymała Skye. Jasne, wśród amatorów królewskiego sportu czarodziejów byli i pilni uczniowie, którzy mieli wyższe ambicje i pragnęli zdobyć kwalifikacje do stałego, dobrze płatnego zawodu, ale jednak… każdemu z nich równocześnie marzyła się sława i chwała, konferencje z czasopismami sportowymi, sesje zdjęciowe, pozaklejane plakatami z ich podobiznami młodzieżowe pokoje … Jedyne, co ich przed tym powstrzymywało to ta nieznośna niepewność, od zawsze towarzysząca sportowej profesji. Wystarczyło stracić formę, przejść przez ciężki wypadek, a nawet ukończyć ten trzydziesty piąty rok życia, i już traciło się źródło wyżywienia. Plus, zaiste nigdy niewiadomo było czy faktycznie do tego pierwszego składu się dostanie.
Pierwszy skład pierwszym składem, ale sama w sobie rekrutacja do tak silnych, pierwszoligowych zaspołów jak Harpie z Holyhead czy Osy z Wimbourne, ulubiony zespół Dabneya, była istnym piekłem. Ambicje do bycia magomedykiem, aurorem czy łamaczem uroków mógł mieć każdy z nich, ale gdyby stanął przed taką szansą jak bezpłatny program treningowy i zapewnione miejsce w składzie, nie sądził, żeby się wahał. 
Zwłaszcza jeśli nie miał na siebie żadnego innego pomysłu, tak jak Skye.
─ Inny zespół może cię zawsze kupić – wzruszył ramionami. – Jak już raz zaistniejesz, to nie dadzą ci tak po prostu zniknąć. Przecież wiesz, że…
─ Myślę, że powinieneś już sobie pójść, Casper.
Dabney zamrugał. Chociaż jego dziewczyna wyraziła się raczej dobitnie, to chwilę zajęło mu przeanalizowanie tego nakazu.
─ A… Skye, no co ty…
Słyszałeś? – powtórzyła. Zamiast przychylnego, sympatycznego wydźwięku, jaki zwykle przybierał jej głos, gdy się do niego zwracała, doszukał się tylko nut tylko i wyłącznie poirytowanych.
W jego głowie natychmiast zapaliła się czerwona lampka.
─ Chcę tylko, żebyś wiedziała, że nikt z tej zakichanej szkoły nie zasłużył na to bardziej niż ty – odparł ostrożnie. –  Skye, słyszysz mnie?
Przez sekundę wydawało mu się, że dziewczyna nie odpowie. Kiedy jednak przypomniała sobie o języku w gębie, wciąż brzmiała niepewnie i niewyraźnie:
─ To nieprawda.
─ Kto? – spytał na wpół ironicznie, wpatrując się intensywnie w jej oczy. Skye wzruszyła ramionami. – Twój kumpel, Black?
─ Jayden Rasac wymiata – oświadczyła. – Gavin Jepson też jest niczego sobie.
Casper parsknął.
─ Już dawno nie widziałem tutaj dobrego ścigającego. I ty też. Och, daj spokój, Skye, przecież dobrze wiesz, że…
─ Naprawdę musisz się już zbierać – powtórzyła.
Casper spojrzał na nią w taki sposób, jakby chciał się jeszcze długo wykłócać, ale ostatecznie dał za wygraną. Z głośnym łoskotem zamknął swoją szafkę, przerzucił torbę treningową przez ramię i opuścił szatnię.
Skye po jego wyjściu siedziała w szatni jeszcze pół godziny. W końcu, kiedy zaczęło robić jej się zimno, a burczenie w brzuchu przemieniło się w dotkliwe głodowe skurcze, doszła do wniosku, że musi wziąć się w garść. Ostatni raz obejrzała się za siebie, potrzaskała trochę szafką z wyłamanym zamkiem, próbując ją zamknąć.
Kiedy wyszła na zewnątrz, było już bardzo ciemno, ale Skye nie bała się ciemności. Orzeźwiający zapach wiatru zakręcił jej w głowie, a swojskie, leśne odgłosy przyczyniły się do powstania półuśmiechu na jej twarzy. Naprawdę nie miała serca zostawiać Hogwartu.
Ukojona aurą nocnego, świeżego powietrza, flegmatycznie pociągnęła za gałkę drzwi. Miały one to do siebie, że bardzo ciężko się otwierały i zamykały, bo swego czasu opadły w zawiasach i nikt nie miał czasu ich naprawić. Teraz jednak drgnęły bez zbędnych ceregieli.
To był dopiero niepokój.
Prawdziwe przerażenie narodziło się w Skye dopiero wówczas, gdy w oczach stanęła jej druga strona drzwi. Na gładkim, jasnym drewnie roiło się od odprysków krwistoczerwonej farby, powstałych jako skutek uboczny stricte specyficznego sposobu na ozdobienie drzwi – a mianowicie, wypisania na ukos niezdarnych, kolosalnych liter, formujących się w wyraz: TCHÓRZ.
─ Cześć, Skye – dobiegł ją znajomy głos, kiedy wyciągnęła rękę w kierunku napisu – masz pozdrowienia od Sereny.

♣ ♣ ♣
Po zaledwie kilku poniedziałkowych spotkaniach plus ekstra dwóch godzinach w tygodniu obrony przed czarną magią, które przesiedziała, by zaczepić potem Liama, wszystkie ołówki Dorcas Meadowes nadawały się do wyrzucenia, bo taka wielka artystka, jaką była Gryfonka, nie mogła znieść w swoim najbliższym otoczeniu czegoś tak niechlujnego jak ślady po obgryzaniu. Dor obgryzała bowiem ołówki, pióra, mankiety swojej koszuli, a nawet własne paznokcie, co doskonale obrazuje, jak bardzo była zdesperowana.
Za wiele rzeczy na nią spadło! Nie dość, że na zajęciach MUSIAŁA siedzieć z Blackiem (mogła pogratulować sobie, że przyczepiła się do niego na początku roku, a teraz żaden z nauczycieli nie wyrażał zgody na powrót Blacka do ławki Pottera, żeby ta dwójka znowu mogła terroryzować Ślizgonów z sąsiedniej ławki lub robić coś równie nikczemnego), to jeszcze Argent ewidentnie się do niej przyczepił. Dorcas czuła jego niechęć.
Zdawała sobie doskonale sprawę, że jej stosunek do nauczyciela jest zbyt poufały, ale dziewczyna nie była w stanie udawać, że go nie zna. Na początku roku dała mu jasno do zrozumienia, że w ich przypadku nie będzie relacji „nauczyciel-uczennica” i miała ku temu dwa dobre powody. Po pierwsze – ona jego uczennicą nie jest (a na obronie jej stanowisko ograniczało się do wolnego słuchacza), a po drugie – po zerwaniu z Bertą, straciła do niego resztki szacunku, a – w jej mniemaniu – uczennice powinny respektować nauczycieli. Liam przyjął jej oświadczenie do wiadomości bez gwałtownych reakcji, więc pozostało pomiędzy nimi tak, że ona mówiła do niego per „Liam”, a nie „profesorze Argent”, a on do niej per „Dor”, a nie „panno Meadowes”.  Ale na lekcjach starali się do siebie nie zwracać bezpośrednio, żeby nie doszło do krępujących sytuacji.
Przełom nastąpił w poniedziałek dwudziestego trzeciego, na drugim spotkaniu całego tego kółka dla problematycznych uczniów, nazywanego przez Lily „kozą”, „poprawczakiem” albo alternatywnie „zjazdem rodzinnym”. Chociaż prosiła Luke’a Davisa (który obligował już na jej oficjalnego chłopaka), żeby uciekł z zajęć Ksylomancji (notabene, jak wiele nadobowiązkowych zajęć miał ten chłopak? Ksylomancja? Czy ktoś, z wyjątkiem Hestii wierzył w te dyrdymały?), jak zrobił tydzień temu i jak zapowiadał się robić jeszcze wiele razy, spotkała się z odmową:
─ Nie mogę, Dor – wyjaśnił, lekko niespokojnie. – Zaczynamy wróżenie z gałązek białego dębu. To niemal tak znaczące dla mojego przedmiotu, jak dla transmutacji przemiany humanoidalne.
Dziewczyna oczywiście roześmiała się, z daleka wyczuwając dowcip. Cały Hogwart od słynnego spięcia pomiędzy Mary i Lily, żartował z tej dziedziny magii oraz tłumaczył się nią, gdy zrobił coś nieetycznego. Evansówna wczoraj na przykład narzekała na przypadek Earla Greya:
─ Nie dość, że jego rodzice musieli być niezłymi fanatykami herbaty, to jeszcze odziedziczył po nich żałosne poczucie humoru – odparła, kręcąc głową. – Przyłapałam go na bójce z Dwyerem, wiesz, tym chuderlawym pałkarzem, który chociaż warzy mniej niż ja, potrafi prawdopodobnie kopniakiem zrobić dziurę w ścianie. Spytałam się ich: „chłopcy, co was skłoniło do kroków tak drastycznych jak wzajemna przewalanka?”, a oni na to, że trenują, bo jutro zaczynają transmutację humanoidalną!
Dorcas doceniała poczucie humoru swojego chłopaka, ale nie zamierzała ukrywać, że trochę zrobiło jej się przykro, kiedy zamiast towarzyszyć jej, wybrał naukę o wróżeniu z drewna. Była uprzedzona co do jakiekolwiek wyrobu drzewnego, począwszy od ławek, a skończywszy na błotoryjach, które mogły biologicznie nie zaliczać się do królestwa roślin, ale w praktyce chyba fotosyntezowały.  Meadowes miała lekkie wyrzuty sumienia, że tak niesprawiedliwie osądziła Blacka podczas ich korepetycji. Zachodziła w głowę, co spowodowało u niego tak zły nastrój, ba, nawet dociekała wśród największych plotkar, co one wiedzą na ten temat. Jedyne, czego zdołała się dowiedzieć, to to, że Regulus został zawieszony, bo przyłapano go na handlu ciekłym akonitem, opium z mandragor czy jakimś innym magicznym narkotykiem. Wątpiła jednak, że ten fakt ruszyłby Syriusza.
Dzisiaj u Argenta siedziała z Mary, bo Black, mający chyba jakieś skłonności masochistyczne, padł na krzesło obok Jo Prewett, Emmelina dobrała się z Remusem, a Lily świetnie bawiła się w pierwszej ławce, wymieniając komplementy z Jamesem (ta dwójka robiła się coraz dziwniejsza każdego dnia). Syriusz, przynosząc Argentowi na śniadanie ciabattkę z serem (cholerny lizus!), zagadał go na temat jakiś tajemnych przejść, a Liam zaczął dryfować. Opowiadał o rzeczach w ogóle niezwiązanych z tematem, a chyba nawet opisywał jakąś swoją przygodę, kiedy pracował jako auror. Potwierdziła to i Lily, która w nagłym akcie łaski postanowiła wstać z ławki i sprawdzić, co słychać u jej najlepszej przyjaciółki:
─ Jestem pewna, że ostatnio, kiedy zaprosił nas na kółko przygotowawcze do zdawania owutemów na aurorstwo, plótł coś podobnego. Facet ma obsesję.
Kółko przygotowawcze na aurorstwo? Ksylomancja? Teoria magii? Czy tylko ona nie chodziła w tej szkole na żadne zajęcia dodatkowe? To faktycznie było nieco żałosne, zważywszy, że miała tylko dwa przedmioty.
─ Zdaje się, że on bardzo cię lubi, Dorcas – odezwała się milcząca dotąd Mary. Jej uśmieszek zdradzał kpinę. ─ Chyba już wiem, w jaki sposób wyleci na koniec roku. Romanse z uczennicami zawsze są takie głośne.
Meadowes cała się spięła. Przepowiadanie Argentowi krótkiej kariery jako nauczyciel miało może i swoje usprawiedliwienie – od ładnych paru lat żaden profesor obrony przed czarną magią nie zabawił u nich dłużej niż trzy semestry – ale uwagi Mary były obcesowe i nieparlamentarne.
Ona i Liam…? To było tak abstrakcyjne jak potajemny romans Hagrida i ministra magii.
─ Musiałaś naprawdę nisko już upaść, Mary, że z braku towarzystwa podsłuchujesz cudze rozmowy – odparła dumnie, zdumiona, że Lily nie dorzuciła czegoś od siebie. Zwykle nie szczędziła nikomu ciętych ripost. W sumie to – nie czarujmy się – łagodnym potraktowaniem z jej strony było wysłanie spojrzenia naładowanego energią Avady Kedavry. Nigdy, ale to nigdy, swojej reakcji nie ograniczała do zerknięcia w kierunku Jamesa, jakby z obawy, że słowa Dorcas mogły mu się nie spodobać. Nigdy.
Co za szaleństwo?!
Jeśli przyjmiemy, że Dorcas była w tamtym momencie bardzo zaskoczona, to Mary możemy uznać za nieprzytomną z szoku. Nieprzytomna czy przytomna, mowa wciąż o Mary McDonald, która nigdy nie szczędziła zbędnych pytań:
─ Co jest pomiędzy tobą a Jamiem? – spytała oschle, uwalniając trochę uroku wili, jakby chciała dodać tym sobie pewności siebie.
Lily wzruszyła ramionami. Dor ze zdumieniem odnotowała, że wśród licznych odznak i broszek, które Evansówna zwykle przyczepiała sobie do krawata, brakuje tej, którą razem zrobiły dwa lata temu: POTTER TO PLUSKWA.
Robiło się coraz dziwniej.
─ Przyjaźnimy się – odparła grzecznie, uśmiechając się delikatnie. Dor miała ochotę się uszczypnąć. – Ale przekażę mu, że się niepokoisz.
Z tymi słowami wstała i wróciła do swojej ławki, uśmiechając się do Jamesa tak szeroko, że na pewno rozbolały ją policzki.
─ To zakład – mruknęła Mary, przyglądając im się spod zmarszczonych brwi. ─ To musi być zakład.
─ O co mieliby się zakładać? Komu pierwszemu odpadnie język od wzajemnych uprzejmości?
─ Nie wiem – pokręciła głową wila. Jej mózg zapewne pracował już na najwyższych obrotach. ─ Ale wydaje mi się, że chodzi o mnie.
Przynajmniej ona nigdy się nie zmienia, pomyślała Dor. Zawsze tak samo zajęta swoją osobą. Meadowes pokiwała niemrawo głową, szczęśliwa w duchu, że do końca tej dziwnej lekcji, Mary się do niej nie odezwie. Dor znała wilę wystarczająco, żeby przewidzieć jej reakcję. Kiedy coś tyczyło się Jimmy’ ego, jego dziwnego zachowania, nagłego pójścia po rozum do głowy czy wyjątkowo ciepłych kontaktów z innymi dziewczynami, dla Mary był to znak, żeby uruchomić swój specjalny tryb awaryjny. Myślała wtedy i knuła tak gorliwie, że bijąca od niej złośliwość i egoizm zdawały się promieniować. W tym momencie na przykład jej oczy, dotąd błękitne jak tafla jeziora, zaczęły gwałtownie ciemnieć i się powiększać, jak to dzieje się u głodnych wampirów (tak przynajmniej mówiła Berta). W każdym razie Mary, przeniesiona do Niegodziwolandu, była w tamtej chwili zbyt zaabsorbowana, by dokuczać jednostkom tak mało istotnym jak Dorcas, dlatego ta mogła skupić się na czymś naprawdę ważnym – projekcie jej nowego ponczo.
Ledwie zdążyła musnąć palcem ołówek HB, gdy ciepła, aksamitna ręka Mary chwyciła ją za rękawek swetra. Dorcas uniosła brew do góry.
─ Chodzi o Chamberlaina – zawyrokowała z tryumfalną miną. – Jamie dostał szału, kiedy tylko po powrocie do szkoły zobaczył go na korytarzu. Serio, myślałam, że oderwie mu głowę.
─ To byłoby całkiem fajne – przyznała Dor. – Od dawna marzyłam, żeby w moim pokoju u Evansów nad biurkiem zawieszona była czyjaś głowa.
Mary posłała jej żałosne spojrzenie. Dorcas nie wiedziała, czy to przez niski poziom jej komentarza, czy też dlatego, że zamieszkała u mugoli.
─ Musimy pomóc Evans wygrać ich zakład. Znam ich oboje – odparła głucho – na pewno poszło o nietykalność.
─ O nietykalność? – powtórzyła jak echo Dor. ─ Nie… to nie jest ich… styl.
Chociaż…, pomyślała Meadowes, drapiąc się po głowie. Analizując typowy tok myślowy Lily Evans…
James bezustannie kręci się wokół niej. Wraca Dorian. Lily zaczyna panikować, bo za dużo uczuć – i byłych, które zaczynają się reaktywować, i tych stałych, niezmiennych i nieznośnych – przytłacza ją. W głowie tak powściągliwej osoby jak ona zapala się czerwona lampka. Ruda przestaje ufać samej sobie. Potrzebuje ustabilizowania, równowagi, punktu odniesienia, którego w razie napadu szaleństwa może się uczepić. Potrzebuje…
Cóż, nietykalności.
Mary była naprawdę dobra.
─ Dobra… to definitywnie jej styl, ale… ─ zerknęła w stronę Lily, jakby z obawy, że ta może podsłuchiwać. Rudowłosa zataczała się właśnie ze śmiechu, a chichoczący obok niej James kontynuował swoją przekomiczną opowieść. To przestawało być zdrowe. Dorcas przełknęła głośno ślinę.
─ Mary, nie wydaje mi się, żeby Lily jakoś się od niego izolowała… Oni raczej…
─ Zachowują się jak psiapsiółki.
Taaa…
─ Nie zapominaj o tym, że Evans ma rozdwojenie jaźni. Na większość jej zachowań nie ma wytłumaczenia. Jednak… ─ Mary uniosła brew do góry i zadumała się głośno. Jej oczy ponownie pociemniały. ─ Wydaje mi się, że ona wodzi Jamesa. Na pewno założyli się o coś dużego, a ona bardzo chce wygrać. Musimy jej w tym pomóc.
Dorcas zmarszczyła brwi. Normalnie nie widziałaby nic złego w pomocy przyjaciółce, ale skoro Mary nawoływała ją do tego, to na pewno miała ukryty cel. A cele McDonaldówny najczęściej krzywdziły wiele osób, zwłaszcza Evansównę, która od niedawna awansowała na ulubionego kozła ofiarnego Mary.
Meadowes nie była wcale taka głupia, jak większość myślało.
─  Myślałam, że jesteś jedną z obsesyjnych fanek twojego Jamiego i każde jego niepowodzenie jest dla ciebie powodem do żałoby i kilkutygodniowego postu.
Mary prychnęła.
─ W przeciwieństwie do Evans, ja przejęłam się nim choć odrobinę i spróbowałam go poznać. James nienawidzi przegrywać, dlatego właśnie biega za tą łachudrą cały czas. Jeśli sprawimy, że przegra, to się wścieknie, a to spowoduje, że nabierze dystansu. Wystarczy tylko pomyśleć, Meadowes – dziewczyna popukała ją ostentacyjnie w głowę i zachichotała złośliwie, jak miała w zwyczaju.  
─ Przestań rżeć, Ruda – powiedział Syriusz. Mary natychmiast umilkła. Zrobiła to w klasie jeszcze jedna osoba, siedząca w pierwszej ławce, która jednak nie śmiała się szyderczo i złośliwie, lecz perliście i głośno. Syriusz roześmiał się jeszcze głośniej, kiedy odnotował, że obydwie zareagowały na jego uwagę.
Reszta klasy poszła w jego ślady, niewątpliwie przypominając sobie pewną sytuację z lekcji o transmutacji humanoidalnej.
 Nagła poprawa nastroju klasy była dla Argenta jak zimna woda. Momentalnie przestał nadawać o praktycznym wykorzystywaniu korniczaków i przypomniał sobie, że czasy uganiania się za magicznymi stworzeniami, by przerobić ich na super-broń dawno minęły. Teraz adrenalinę dawać mu mogło ewentualnie wstawianie trolli do dziennika.
─ Właśnie mi o czymś przypomnieliście! Mam dla was misję – odparł dziarsko, wyraźnie dumny z tego, że jednak nie zapomniał o swoim zadaniu. Jęk przeszedł przez klasę.
Mimo że ich spotkań, nie można było nazwać ani szlabanem, ani zajęciami, ani konsultacjami, ani niczym, bo powinno odbywać się w szkole, Argent nie cofał się przed zadawaniem im bzdurnych, wyczerpujących zadań, po to, żeby – jak sam powiedział – „była jakaś kara”. W zeszłym tygodniu na przykład kazał im odszukać w Hogwarcie boginy i uwięzić je specjalnej szkatułce, tylko po to, żeby na dzisiejszych zajęciach mógł ostentacyjnie wszystkie je wypuścić. Nie dość, że Dorcas zemdlała, widząc około dwudziestu  dementorów, wirujących w powietrzu jak żałosne latawce, to jeszcze poczuła się wybitnie niedoceniona, bo straciła około pięć godzin, na szukanie tego głupiego potwora.
─ Tym razem podzielimy się w zespoły – zawyrokował. Chwycił swoją różdżkę, wykorzystując ją jako specyficzną kredę, piszącą w powietrzu złocistożółtymi iskrami. Bawił się nimi, dopóki nie uformował czegoś w rodzaju tabeli z dwoma kolumnami. 
─ Skoro mamy dwie drużyny, to sądzę, że najsprawiedliwszy byłby podział na zespół chłopców i dziewczyn, jednak… wciąż pamiętam, że kiedy ostatnio zabawiliśmy się w projekt na obronie o takich składach, skutki były raczej opłakane – spojrzał wymownie na Syriusza, który wówczas urządził sobie trening transmutacji zwierzęcej, zamieniając bandę ślizgonów w rybiki. James zachichotał.
─ W takim razie chyba urządzimy losowan…
─ Profesorze Argent – przerwała mu Lily, która od zawsze miała pecha w jakichkolwiek płaszczyznach, gdzie decydował tylko i wyłącznie los. – Mamy tutaj tylko Gryfonów i Ślizgonów… sądzę, że hmm… może lepiej podzielić się na domy?
Zarówno James, jak i Syriusz, Remus, Emmelina i dziewięćdziesiąt procent pozostałej grupy, niezwykle entuzjastycznie poparło jej pomysł. Argent klasnął w dłonie.
─ To dobry pomysł – zgodził się. – I w dodatku to wyjdzie mniej więcej po równo…
Liam musi być naprawdę beznadziejny w liczeniu, pomyślała Dor. Jestem przecież ja, Mary, Emmelina, Remus, Syriusz, Lily, James i jeszcze Chris i Luke, a Ślizgonów jest troje.
Nie wyjdzie – wtrąciła Mary, która uwielbiała rujnować jakiekolwiek ugody, choćby dla samego umiłowania do mącenia. – Ale… jeśli przerzucimy do Ślizgonów Wooda, chłopaka Meadowes, który siedzi na Ksylomancji, i Evans, to będzie mniej więcej sprawiedliwie.
─ No chyba cię… ─ zaczęła Lily, jednak natychmiast zamknęła usta, bo James spojrzał na nią wymownie. ─ …wzięło na żarty.
─ Nie zostawimy jej, Mary – odezwał się Rogacz, bardzo wyrozumiałym tonem.
─  Dobrze. Meadowes i Titanic razem to i tak jedna trzecia mózgu, więc…
─ …mamy skład? – ucieszył się Liam, klaszcząc w dłonie.
Rozległy się szmery i podekscytowane odgłosy, które mogły zostać zinterpretowane jako potwierdzenie. Ślizgoni i Gryfoni mieli to do siebie, że uwielbiali rywalizować ze sobą we wszelki sposób. Choć grupa Argenta we większości składała się z nieletnich, szóstorocznych dzieciaków, u których lenistwo przeżywało swój złoty wiek, to w przypadku możliwości „skopania tyłków tym struchlałym glizdom” tudzież „brudnym hybrydom” przedstawiciele obydwu domów odzyskiwali wszelkie siły witalne. Nie da się ukryć, że w tymże współzawodnictwie najbardziej nieugięci byli Huncwoci, zwłaszcza James i Syriusz, dlatego w Hogwarcie zapowiadało się nie lada przedstawienie.
─ W takim razie, oto moje zadanie: prawdopodobnie nie opowiadałem wam jeszcze o tym, jak na pierwszym roku w Szkole Aurorstwa, dokonano ataku na nasz rocznik i jedynie dzięki moje…
Jak brzmi zadanie? – przerwała mu obcesowo Mary.
Argent lekko się speszył.
─ Uratowała mnie wtedy jedynie znajomość mojej szkoły, czyli to, czego Śmierciożercy nie mogli mi odebrać. Jestem ciekawy, na jakim poziomie wy znacie Hogwart, dlatego właśnie… proszę was o wskazanie wyjątkowego miejsca w Hogwarcie. A mówiąc wyjątkowe, mam na myśli takie, które faktycznie zapewnia wam pewną przewagę nad tymi, którzy o tym miejscu nie widzą. Zrozumiano?
Przerwał mu szaleńczy wybuch śmiechu Blacka, przypominający skowyt psa. Ten typ śmiechu występował u niego za każdym razem, kiedy wpadał na coś niecnego, czyli takiego, co mogło pogrążyć jego wrogów.
Zaczyna się, pomyślała Dor.
Usłyszała słodki śmiech Lily, kiedy James szepnął jej coś do ucha. Dobrze wiedziała, skąd u Gryfonów wzięły się tak dobre humory – ich zespół miał przecież Huncwotów, a nikt – być może nawet sam dyrektor – nie znał tego zamku lepiej niż ci chłopcy. Black i Potter zaraz zaczną się targować.
─ Co z przegranymi? – zapytał Łapa. Oczy lśniły mu tak jaskrawo jak żyrandol w Wielkiej Sali. Argent podrapał się po głowie.
─ Cóż, nie patrzałem na to w taki sposób, Syriuszu, jednak… sądzę, że aby podkręcić emocje powinniśmy faktycznie przygotować jakieś nagrody dla wygranych i…
─ …tortury dla przegranych – szepnął Rogacz.
─ Wiecie co? – zreflektował się nauczyciel. – Sądzę, że wygrani będą mogli wymyśleć jakąś karę dla przegranych, co będzie dla nich swego rodzaju… nagrodą?
Dorcas uśmiechnęła się do samej siebie. Oczami wyobraźni już widziała, co James i Syriusz wymyślą, kiedy  wygrają – a wygrają na pewno. Może jakiś Basen Wstydu z rekinami i aligatorami? A może wymyślne tortury, jak na przykład
 Kiedy Liam oświadczył, że to koniec dzisiejszych zajęć, w dość rozmarzonym nastroju opuściła salę. Pomyślała, że zajdzie pod salę Ksylomancji i opowie Luke'owi, co go ominęło. Może uda jej się jeszcze złapać Lily, zanim ta ruszy z gromadą Puchonów i Gryfonów na zielarstwo? A może po prostu skoczy do kuchni i poprosi o sałatkę Cezar? 
Z każdym krokiem cała rozmowa z Mary na temat Lily i Jamesa powoli uciekała z jej niezbyt wyćwiczonej pamięci.

♣ ♣ ♣

Za dziecięcych lat Mary McDonald uwielbiała chować się w szafie swojego starszego brata, Kenny’ego, i podsłuchiwać jego rozmowy z kolegami. Zwykle nie rozumiała za wiele z tego, co mówili, ale pamiętała, że słowa brzmiały szorstko i wulgarnie. Było to bardzo dawno temu, tak dawno, że wtedy jeszcze  podejmowała wiele nieprzemyślanych decyzji, takich jak nagminne wyskakiwanie ze swojego bezpiecznego azylu – szafy. Swoją zabawę praktykowała, dopóki Kenny nie cisnął nią o drzwi wejściowe i złamał jej rękę. To dało jej do zrozumienia, że trzeba nauczyć się wykorzystywać słabości innych, należy wysłuchiwać i kolekcjonować ich sekrety, ażeby w razie nagłego wypadku mieć przeciw nim najskuteczniejszą amunicję – cząstkę ich tajemnicy, cząstkę ich samych. Żałowała, że nie zapisywała rozmów Kenny’ego ze znajomymi, bo na pewno wiele z tych rzeczy zainteresowałoby jej matkę. Och, ile Kenny byłby w stanie zaoferować, byle tylko Mary nabrała wody do ust!
 Zarówno w Hogwarcie, jak i w Beuxbatons nadano jej łatkę intrygantki i szantażystki. Chyba nikt nie posiadał tak wielu wrogów jak ona, ale jednak nigdy nie znalazła się osoba wystarczająca silna, żeby wyruszyć przeciw niej na wojnę. To było dla niej wygodne – mogła dalej wtykać nos w nie swoje sprawy i kolekcjonować następne sekrety, bo i tak nie czekają ją żadne smutne konsekwencje. Kiedy znajdywał się ktoś problematyczny, to niemal natychmiast znikał – w przenośni i dosłownie.
Bo Mary miała w swojej kolekcji kawek i tej osoby. Mary miała w swojej kolekcji kawałek każdego.
Rzadko dochodziło do sytuacji, w której nie mogła czegoś zdobyć czy osiągnąć, choć wcale nie urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą. Najcenniejszą rzeczą była gotowość do posunięcia się do wszystkiego, brak wszelkich skrupułów i zahamowań. Stanowiła twardy orzech do zgryzienia, ale tylko w ten sposób mogła zgarniać wszystkie karty.
Czas rozpocząć grę.
─ Mary – skinął głową Dorian.
─ Cześć, krzepiarzu.
Wila postanowiła zrobić sobie dzisiaj wolne od zielarstwa – jej skromnym zdaniem najmniej wartościowego przedmiotu ze wszystkich wykładanych w tej szkole. Po pierwsze, cierpiała na przemęczenie związane z nadrabianiem materiału, ponieważ – jak się okazało – w Beuxbatons realizowany był zupełnie inny program niż w Hogwarcie. Po drugie, nie spała dzisiaj przez całą noc, bo musiała wyjaśnić pewne kwestie z Jamesem. Po trzecie, musiała złapać Chamberlaina zanim siódma klasa ruszy na popołudniowe rozszerzenia, bo nie miała pojęcia, gdzie ma go szukać. 
O tej godzinie wszyscy prócz garstki puchońskich szóstoklasistek, które miały bardzo ubogi plan zajęć, siódmoklasistów i Dorcas Meadowes, siedzieli na zajęciach. Nikomu stanowiącemu potencjalne zagrożenie nie powinno zdarzyć się spacerować w tej chwili po korytarzach czy podjadać parówki w Wielkiej Sali. Mary mogła więc liczyć na dyskrecję, ciszę, spokój i skupienie Doriana.
Wyśmienicie.
─ Mam do ciebie sprawę.
Dorian parsknął.
─ Nie jestem zainteresowany.
Mary przechyliła głowę i wypuściła trochę uroku wili. Nie lubiła, gdy ktoś jej odmawiał.
Chamberlain zamrugał i lekko poczerwieniał. Mary uwielbiała rumieńce wypływające na jej widok, nawet jeśli pojawiały się na twarzach tak przez nią nielubianych jak na przykład ta Doriana. Wykorzystując jego zmieszanie, przełożyła nogę przez ławę i dosiadła się do stołu Krukonów, naprzeciw swojego towarzysza.
─ Może jednak? - szepnęła kokieteryjnie, trzepocząc rzęsami. Dorian przełknął głośno ślinę.
Nie...
─ Zaufaj mi.
Krukon wyglądał, jakby miał dużo do powiedzenia na temat ufania osobom pokroju Mary, ale po raz kolejny nie docenił potencjału swojej przeciwniczki. Mary zacmokała, ujęła jego dłoń i uspokajająco pogładziła jej wierzch. Palce wili muskały jego skórę tak delikatnie jak dotyka się drogocenny materiał, zataczały koła, przebiegały wzdłuż wzgórków i linii jego ręki, jakby dziewczyna usiłowała przepowiedzieć mu przyszłość. Napięcie momentalnie go upuściło.
─ Już dobrze?
Dorian spojrzał na nią wściekle.
─ Miałaś przestać – zabrał rękę. ─ To... nieuczciwe.
─ Nie wydajesz się być specjalnie pokrzywdzony.
─ Czego chcesz, Mary?
Wila błysnęła uśmiechem.
─ Przechodzisz do rzeczy. To mi się podoba.
─ Pójdź w moje ślady, proszę.
Mary zachichotała, nalewając sobie do szklanki soku dyniowego. Czasami nawet brakowało jej Chamberlaina, mimo że ich związek już dawno przestał nawiedzać ją w głowie. Zresztą, cała ich relacja zrodziła się z chęci utarcia Evans nosa – Mary zwyczajnie uwielbiała posiadać wszystko, co niegdyś należało do tej szlamy. Dobrze się czuła, wyzbywając z jej dawnej własności resztek przywiązania. Z Dorianem poszło łatwo – wystarczyło dwa razy się z nim przespać i Evans już wyleciała mu z głowy. Szkoda, że z Jamesem nie poszło tak łatwo.
Wiedziała, że dla obserwatora z zewnątrz to ona była bez serca, a Lily – jej ciągłą ofiarą. Mary doświadczyła jednak jej okrucieństwa na własnej skórze, dlatego nie miała najmniejszych skrupułów przed odbieraniem jej wszystkiego, co mogła. Mimo że nie podobało jej się to, że Dorian na nowo zainteresował się swoją byłą dziewczyną, była w gotowości po raz kolejny wybić mu tę rudą wywłokę  z głowy. Oczywiście tak, żeby James nic nie wiedział.
 ─ Chodzą plotki, że przeszkadzasz Evans i Jimmy'emu w ich... pożyciu w związku ─ odparła, wyraźnie krzywiąc się na słowie „pożycie”.
Dorian uniósł  brew.
─ Co proszę?
Mary wywróciła oczami.
─ Dlaczego z nią kręcisz?
Dorian parsknął. Jego talerz z jajecznicą niebezpiecznie drgnął.
─ Nie kręcę. Robię z nią projekt.
Dokładnie. Dobrze, że sam się przyznajesz.
Chłopak pokręcił głową. Mary była niemożliwa. Mogła mieć najwyższe wyniki w praktycznie każdym przedmiocie, być geniuszem zbrodni, intrygi i manipulacji, ale to nie oznaczało jeszcze, że wyzwoliła się z tej szerzącej się epidemii, której zasięg obejmował głównie nastoletnie dziewczyny – niewyobrażalnej głupoty.
─ Nie będę z tobą dyskutować na ten temat – odparł rozeźlony, pakując na swój talerz jeszcze trochę bekonu.
Wielkie, niebieskie oczy wili śledziły każdy jego ruch. Chłopak chwycił nóż i widelec, ale nie mógł skupić się nawet na tak prozaicznej czynności jak przekrajanie kawałka mięsa. Oblizał wargi. Złapał za solniczkę, starając się tym samym odwrócić uwagę od emanującej, wilej aury. Posolił jedynie serwetkę i swój sweter. Warknął. Niemal zupełnie zrezygnowany, złapał za dzbanek z sokiem dyniowym. Ręce zadrżały mu i w ostateczności cały napój chlusnął na podłogę. Wszystko to przez dwoje wielkich, niebieskich, wybałuszonych nań oczu, jakby mówiących „dobrze wiesz, o czym mówię”.
Ale Dorian nie wiedział.
Nie poddawał się dopóki nie przeciął sobie palca, łapiąc nóż ze złej strony. Wówczas zrozumiał, że jest w środku jednej z tych walk, których nie można wygrać. Spojrzał wściekły na Mary, wciąż wpatrującą się na niego jak na cholernego clowna, po czym wyrzucił z siebie:
─ Nie powinnaś w tej chwili pilnować twojego Jamiego przed angażowaniem się w pożycie z Lily Evans?
─ Nie musisz być o mnie zazdrosny – odpowiedziała, cmokając powietrze. Nim Dorian zdołał to zripostować, ponownie zabrała głos: „Jednak zmierzasz do celu, jak zwykle. Mówiłam ci jak ja uwielbiam tą twoją treściwość?”
─ Nie i nie musisz – odparł. ─ Słuchaj ─ spojrzał na nią wymownie. Mary przybrała minę niewiniątka. ─ Jeśli przyszłaś tutaj, bo wydaje ci się, że wspomogę plan terroryzowania Lily, to się naprawdę mylisz.
─ Tym razem nie o to chodzi – zapewniła go, uśmiechając się zachęcająco. ─ Ja chcę jej pomóc.
Myślisz, że w to uwierzę? - prychnął. ─ Każdy w tym zamku wie, że jej nienawidzisz.
─ Och, nie bądź taki absolutny. Owszem, nie lubimy się, ale pamiętaj, że kiedyś byłyśmy przyjaciółkami na śmierć i życie. W dalszym ciągu mam w sobie resztki lojalności, która zobowiązuje mnie do pomocy tej biednej i zdesperowanej dziewczynie, niepotrafiącej poradzić sobie z feralnym pożądaniem Jamesa.
Dorian spojrzał na nią dziwnie.
─ A tak poważnie?
Mary uśmiechnęła się, sięgając ręką po swoją torbę. Wyciągnęła z niej na stół kilka podręczników, ale widocznie nie tego szukała, bo wciąż szperała i przewracała zawartość swojej torby. Po pewnym czasie jej ręka znieruchomiała, a na twarzy dziewczyny pojawił się niecny uśmieszek. Nachyliwszy się ostrożnie, wyjęła z torebki małą piersiówkę i uprzednio rozglądając się po sali, dolała sobie jej zawartość do soku dyniowego. Dorian zamrugał. Widząc to, Mary pochyliła się w jego stronę, jakby bała się, że ktoś podsłucha ich w całkowicie pustej sali.
─ Musimy współpracować ─ szepnęła, dając mu powąchać otwór butelki. Pachniała wódką. ─ Nie wiem, co w niej widzisz, ale wyraźnie pragniesz Lily Evans, a ja chcę Jamesa. Kiedy już uda nam się ich rozdzielić, a ty zdobędziesz dziewicę, wciąż będziesz mógł odwiedzać mnie wieczorami ─ mruknęła zmysłowo, wypuszczając trochę uroku wili. Dorian odwrócił wzrok.
─ Naprawdę, naprawdę, Mary – ja nie jestem zaintereso... ─ Dziewczyna przyłożyła mu palec do ust.
─ Wiem, że nie umiesz myśleć, więc ja będę to robić za nas oboje – zdecydowała. ─ Jedyne, czego od ciebie oczekuję, to bezwzględne wykonywanie moich poleceń. Rozumiesz?
Ja...
─ Świetnie.
─ Mary, ale ja napraw...
─ ZWYCIĘSTWO DLA PUCHONÓW!
Dwie czupryny – ruda, bujna i kędzierzawa oraz ciemnobrązowa i poczochrana – zwróciły się w kierunku drzwi wejściowych. Do pustej sali wpadł tuzin sportowych maniaków – łączyło ich to, że szyję każdego z nich zdobił żółtoczarny szalik. Mary i Dorian wymienili skonsternowane spojrzenia. Głośne wiwaty kibiców, zwłaszcza puchońskich, nie były niczym nadzwyczajnym podczas meczu. Jednak obecnie, kiedy to  najbliższe rozgrywki Hufflepuffu miały odbyć się dopiero za miesiąc, ich entuzjazm zaliczał się do zjawisk nietypowych.
Mary i Dorian, oddani swoim drużynom całymi sercami, cali struchleli, słysząc to hasło. Obawiali się, że wśród puchonów odnalazł się jakiś niesamowity, sportowy talent albo opracowali oni nową, bezbłędną strategię. Wszystko, co mogło zaszkodzić ich reprezentacji wzbudzało niepokój.
Obserwowali przemieszczających się puchonów, dopóki ci nie zasiedli przy swoim stole. Okrzyki nasilały się, a zbiorowisko ludzi otoczyło środek stołu, przepychając się wzajemnie. Wyglądało to tak, jakby starali się  dotknąć kogoś, kto siedział tam na krześle. Mary i Dorian wymienili spojrzenia po raz kolejny.
Wila musiała odchrząknąć kilka razy, zanim Chamberlain poderwał się z ławy i trącił ramieniem najbliższą puchonkę. Nie zareagowała.
─ Caitlin.
Wielkooka dziewczyna o bardzo podobnych do Doriana rysach, odwróciła się. Mary zmarszczyła brwi.
─ Co się dzieje? - zapytała z grymasem na ustach, wskazując palcem na krzątaninę wokół stołu puchonów. Caitlin przymknęła swoje wielkie powieki.
─ Nic nie wiecie? ─ pisnęła. ─ To przecież takie głośne. My wszyscy, my, puchoni, jesteśmy dzisiaj tacy dumni...
─ Naprawdę myślisz, że gdybyśmy wiedzieli, to byśmy pytali taką idiotkę jak ty?
Mary...
Nic nie szkodzi, Dorian ─ mruknęła młodsza Chamberlainówna. ─ Chodzi o to, że Skye DeVitt otrzymała propozycję od HARPII z HOLYHEAD i...
Co?!
Ciało McDonald przeszedł dreszcz, kiedy usłyszała znajomy głos.
 James.
No, pięknie.
Wyglądało na to, że pomimo perfekcyjnie obmyślanej przez nią dzisiaj rano strategii, los jej nie sprzyjał. Odwróciła głowę w kierunku Jamesa i reszty powracających z zielarstwa szóstorocznych Gryfonów. Ku jej zdziwieniu nigdzie nie było widać Evans i Meadowes.
James patrząc na Caitlin, miał tak zszokowany wyraz twarzy, że Syriusz musiał aż grzmotnąć go w potylicę, by oprzytomniał. Chłopak cały się wzdrygnął i, śmiertelnie urażony, trzepnął w podzięce swojego najlepszego przyjaciela po ręce (kusiło go, bo uderzył w złamaną kość, ale ostatecznie obrał zupełnie inny cel). Złapał Caitlin za ramię i poprosił słabo, żeby opowiedziała mu wszystko po kolei.
Tylko tego teraz brakowało, pomyślała z przekąsem wila. Jak nie Evans, to DeVitt musi odwracać jego uwagę.
Nie ulegało wątpliwości, że Skye i jej sytuacja bardziej niż zainteresowały Jamesa. Nie dość, że DeVittowie byli bardzo bliskimi sąsiadami Potterów i ta dwójka znała się od zarania dziejów, to jeszcze swego czasu byli oni parą – w sumie to nawet długo razem wytrzymali, bo z licznymi przerwami ciągnęło się to półtora roku. Chociaż Rogacz nagminnie dopuszczał się zdrad, wykorzystywał bezkonfliktowe usposobienie Skye i nierzadko okrutnie się z niej naigrywał, plebs hogwarcki plotkował o nich jak o praktycznym narzeczeństwie. Sytuacja ta zakończyła się jakiś rok temu, kiedy to James zaczął spotykać się z Mary i – niestety – interesować Evans. Niewiadomo do końca, czy to w młodym Potterze odezwało się sumienie i postanowił on zdegradować relację jego i Skye do stopy tylko i wyłącznie przyjacielskiej, czy to też puchonce wyczerpał się limit cierpliwości. Cokolwiek zaszło, ważne, że oboje przestali się do siebie odzywać, a raczej to dziewczyna zaczęła unikać Jamesa jak ognia.
Mary znała Pottera i wiedziała, że w sytuacji jak ta – kiedy on i Skye mogą się już nigdy nie zobaczyć – chłopak nie odpuści, dopóki nie wyprostuje w jakiś sposób ich relacji. A choć DeVitt ponoć spotykała się z tym obrońcą drużyny Hufflepuffu, Dabneyem i śmiertelnie obraziła się na Jamesa, była tylko dziewczyną. Nie ulegało wątpliwości, że wykorzysta nagłe całkowite i absolutne zainteresowanie nią Pottera, czyli to, czego zawsze od niego oczekiwała.
Problem Lily Evans momentalnie uciekł jej z głowy.
─ Wygląda na to, że nasz problem sam się rozwiąże, Dorian – szepnęła, rozentuzjazmowana. Chłopak zmarszczył brwi. ─ Tylko poczekaj i rób, co ci powiem.
Kiedy cała czerwona z przejęcia Caitlin streściła już Jamesowi wszystko, co wiedziała (Skye spotkała delegata Harpii, zaimponowała mu, dostała list, rozpoczyna szkolenie, jako pełnoletnia może opuścić szkołę), chłopak wycofał się i dość agresywnie rozepchnął pomiędzy tłum puchonów, chcąc chyba wyrwać stamtąd Skye i porozmawiać z nią w cztery oczy. Sekundę później do sali wkroczyły trzy śmiejące się postacie – trzymający się za ręce Dorcas i Luke oraz Lily, z wiankiem na głowie i uśmiechem od ucha do ucha. Mary schowała piersiówkę z powrotem do torby. Dorian pośpiesznie usprzątał cały swój bałagan – począwszy od rozlanego ketchupu, skończywszy na plamach soku na mankietach.
 ─ Cześć, Dorian, Mary – uśmiechnęła się Lily. Mary ze zdziwieniem odnotowała, że miała czymś wymalowaną twarz. Niewykluczone, że wczoraj uderzyła się mocno w głowę i po obudzeniu zgodziła się przetestować nowe kosmetyki Dorcas. – Możemy tu usiąść?
─ Jasne – odparł uprzejmie Dorian, zanim Mary zdołała go uprzedzić. Wyglądał na zdumionego niesamowitą uprzejmością rudowłosej w towarzystwie McDonaldówny.
Lily błysnęła uśmiechem, przełożyła nogę przez ławę, swoją torbę usadowiła pomiędzy sobą i Dorianem, po czym rozejrzała się po całej sali. Wyglądała na nieco zdezorientowaną.
─ Widzieliście może Jamesa? – zapytała, poprawiając wianek na głowie.
Dorian zamrugał. Mary otworzyła usta – trochę z oburzenia, a trochę z szoku – i spojrzała w kierunku Dor. Ta wzruszyła ramionami i wróciła do obściskiwania się z Lukiem.
─ Nie – odparł Chamberlain i złapał ją za rękaw, próbując powstrzymać ją przed szukaniem go wzrokiem.
Tam jest – pokrzyżowała mu szyki Mary, pokazując palcem na wielkie zgromadzenie puchonów. Lily zmarszczyła brwi.
Po tym, jak sam James Potter zaczął przedzierać się przez tłum osób, wielu gapiów rozeszło się do swoich stołów, ewidentnie chcąc doprowadzić do konfrontacji tej dwójki. Evansówna spojrzała w tamtym kierunku właśnie wtedy, gdy Rogacz przysiadł – a raczej przyklęknął – przed Skye i ściszonym głosem zaczął się o coś pytać. Wianek lekko przekrzywił się na głowie Lily.
Niemal natychmiast odwróciła wzrok. Nie pytając Doriana o zdanie, sięgnęła po jego kubek do połowy wypełniony sokiem dyniowym oraz wódką Mary i łyknęła odrobinę płynu.
Wyczuwając posmak alkoholu, spojrzała na niego z zaskoczeniem. Dorian już przygotowywał jakieś usprawiedliwienie, spodziewając się tyrady o szkodliwości picia, ale ku jego zdumieniu Lily darowała dobie temat. Ponownie spojrzała w kierunku Skye i Jamesa.
─ Myślałam, że nie rozmawiają – odparła ostrożnie.
Mary uśmiechnęła się ze zrozumieniem.
─ To musi być bolesne, nagle stracić całe jego zainteresowanie, co nie, Evans? – Wila wydała z siebie fałszywy dźwięk, który miał świadczyć o tym, że jest jej przykro. – Takie jest życie i taki to chłopak. Komu jak komu, ale tobie chyba nie muszę tego tłumaczyć.
Lily prychnęła.
─ Wiem, że Potter bawi się ludźmi, ale żeby pójść w odstawkę, trzeba najpierw stać się jego zabawką, czyli dziewczyną. A ja nią nigdy nie zostanę.
─ Daj spokój, Evans – zaśmiała się Mary.  – Przecież wiem, że wewnątrz szalejesz z wściekłości. Powiem ci coś w sekrecie –  ściszyła głos. – DeVitt przeszkadza i mnie. Możemy połączyć siły i razem zlikwidować jej problem.
Lily prychnęła.
Dorian, wyczuwając narastające napięcie, postanowił zmienić temat:
─ Ładny wianek.
Ruda zdjęła wianek z głowy.
─ To… założyłam się z Jamesem, że… ─ urwała. Pokręciła głową, wywróciła oczami i machnęła ręką, jakby to już i tak nie miało znaczenia, po czym pogrzebała w swojej torbie i wyjęła książkę z transmutacji.
W międzyczasie Dorcas odkleiła się od swojego chłopaka i zaczęła głęboko oddychać, by uspokoić oddech.
─ Nie poszłaś na zielarstwo, bo dzisiaj lekcje odbywały się w nawiedzonej cieplarni? – zapytała się Mary, śmiertelnie poważnie. Wila zmarszczyła brwi.
Co?
─ Mieliście lekcje w szóstej cieplarni. Gdybym nie została wyrzucona z grupy owutemiakowej, to też bym dzisiaj nie poszła – oświadczyła godnie Meadowes. – Berta powiedziała mi kiedyś, że jakiś chłopak tam zginął i ponoć jego duch wciąż szaleje.
Nie bądź śmieszna, Dorcas.
─ Mówię prawdę! Och, Lily czy to nieprawda, że tam dzieją się dziwne rzeczy?
Lily wzruszyła ramionami.
─ Dzisiaj Eric Stimpson odrobaczał swoją mandragorę wprost na moje włosy – przyznała. – Nim dalej się odsuwałam, tym więcej glizd wchodziło mi pod grzywkę.
Dorcas uderzyła rękami w stół.
─ Mamy dowód! Sądzę, że powinniście zbadać tę sprawę, wiesz, Dorian? To byłby idealny temat na was projekt – trochę w tym historii magii, trochę transmutacji humanoidalnej, obrony przed czarną magią, nawet zielarstwa… co o tym myślisz, Lily?
Rudowłosa podrapała się po głowie. Minęło już trochę czasu odkąd zgodziła się na współudział w projekcie, jednak ani Dorian, ani ona nie mieli jeszcze pomysłu na temat. Lily na czas zakładu wolała za bardzo się w to nie angażować. Wcześniej szczerze wątpiła w swoją przegraną, ale w miarę czasu przekonała się, że James faktycznie potrafi się powstrzymywać. Nie dość, że był bardzo przyjazny, nie kombinował tak jak zwykle, nie mącił, nie próbował przekonać jej, że jest w nim zakochana. W dodatku był dosyć… kochany. Lily zdołała się przekonać, że całkiem zabawnie można spędzić z nim czas i choć wciąż myśl, że mogłoby łączyć ich coś więcej niż potencjalna przyjaźń, nie mieściła jej się w głowie, zaczynała dostrzegać w Jamesie coraz więcej pozytywnych cech. Zaczynała się obawiać, że wkrótce jej temperament weźmie górę – tak jak prognozował Potter tydzień temu – i to ona ostatecznie przegra.
Dzisiaj, kiedy zobaczyła go przy Skye DeVitt ta myśl natychmiast uleciała z jej głowy. Spojrzała na Doriana z kpiną wymalowaną na twarzy.
─ Widzę, że podzielasz entuzjazm Dorcas, co do takiego tematu.
─ Nie do końca – odparł, równie rozbawiony. – Ale mam już pewien pomysł – wyprostował się dumnie i, nie spuszczając wzroku z Lily, pociągnął łyk swojego soku dyniowego z wódką. ─ Gotowa?
Lily kiwnęła głową, niezbyt zaciekawiona.  
─ Myślę, że powinniśmy uderzyć w elfy.
W co?
W pierwszej chwili Dorian pomyślał, że pytanie wypłynęło z ust Lily, ale prawie natychmiast rozpoznał różnicę w głosach. Mary patrzała na niego jak na uciekiniera z oddziału zamkniętego w Mungu, na przemian to zerkając w jego oczy, to na swoją piersiówkę z wódką. W jej oczach Chamberlain dostrzegł sygnał ostrzegawczy.
Elfy – mruknął, wzruszając ramionami. – Wiesz, długie uszy, przepowiadanie przyszłości, nieśmiertelność…
─ Nie wiedziałam, że jesteś fanem Tolkiena – zażartowała Lily. Kiedy dziewczyna zobaczyła miny towarzystwa, domyśliła się, że nie zrozumiał, o co jej chodzi. ─ To taki mugolski pisarz.
─ W każdym razie… Ojciec często mówił mi, że w większym stopniu to elfy niż jasnowidze odpowiadają za powstawanie przepowiedni…
─ Jestem przekonana, że w ten sposób próbował cię nastraszyć, żebyś przestał malować ściany, kopać młodszego brata albo ganiać się z gnomami w ogródku – zgasiła go Mary. – Moja matka mówiła mi, kiedy byłam mała, że naprawdę jestem adoptowaną córką inferiusa.
─ A moja, że w mojej szafie mieszka Śmierć z Opowieści o trzech braciach i jeśli nie będę jej słuchać, to ona ją uwolni – odezwała się Dorcas. – Wciąż się boję tej szafy.
─ Czy tylko mój ojciec jest zwolennikiem bezstresowego wychowania? – odezwała się Lily, woląc nawet nie pytać, czym jest inferius albo Śmierć z Opowieści o trzech braciach.
─ Jestem pewna, że Potterowie również – szepnęła Dorcas, chichocząc pod nosem. – Będziecie się z Jamesem zgadzać przynajmniej w kwestii wychowania dzieci.
Lily postanowiła zignorować tę uwagę:
─ Mów dalej, Dorian.
─ Nie wiem jak wasza klasa, ale my na Historii Magii mieliśmy zarys wojen elfickich. Historia zgadza się, co do tego, że kiedyś elfy żyły pośród nas, ale ponoć wyginęły przez represje goblinów czy coś takiego… nie ma obecnie żadnych dowodów na to, że ich gatunek przetrwał.
─ Jeszcze sekunda i zawołam Jones, Powell i tę dzikuskę, Evę Carver, żebyś mógł z nimi pogadać o nieistniejących stworzeniach – mruknęła Mary.
Dorian obdarzył ją mało łaskawym spojrzeniem.
─ To w pewien sposób obejmuję historię. Jeśli chodzi o transmutację, to mamy przecież Legendę o Sobowtórach…
Lily spojrzała na niego bez zrozumienia.
─ To jedna z czarodziejskich bajek, Lily – odezwała się Dorcas. – Ponoć istniały cztery czarodziejki o elfickim pochodzeniu, które posiadały zdolność zmieniania się w dowolną osobę... wiesz, tak jakby naćpały się Eliksirem Wielosokowym czy czymś.
Luke zachichotał.
─ Na koniec wszystkie pozabijały siebie nawzajem – dokończył Dorian. – Poszło o czarodzieja, który zakochał się w jednej z nich, Priscilli. Każda z sióstr przybrała jej postać, żeby uwieść tego czarodzieja… jest to dokonały przykład transmutacji humanoidalnej.
Lily zamrugała.
─ Mówiąc o transmutacji humanoidalnej masz na myśli zmianę ludzi w innych ludzi czy też fakt, że pozabijały się o chłopaka?
─ Pewnie i to, i to – mruknęła Mary.
─ Nieśmiertelność elfom zapewniał legendarny eliksir – kontynuował niezrażony Chamberlain. – Z jakieś niesamowitej rośliny. To jest temat na eliksiry i zielarstwo. Jeśli chodzi o zaklęcia, to sam opis magii elfickiej będzie w sam raz. Moim dodatkowym przedmiotem są runy – pismo wykorzystywane przez elfy – oraz wróżbiarstwo, a tutaj możemy wcisnąć ich dar przepowiadania przyszłości i całą tę plotkę o przepowiedniach…
─ Pomyślałeś o wszystkim – stwierdziła Lily. – Mnie temat odpowiada. Jednak muszę zgodzić się z Mary, że…
─ …to kompletny absurd. Stąpacie po cienkim lodzie, prając brudy z Departamentu Tajemnic. Nikt nie weźmie was na poważnie, jeżeli zaczniecie rzucać niepotwierdzonymi, wyssanymi z palca hipotezami i…
─ Mój wujek był Niewymownym – przerwał jej Luke. – Zobaczył ponuraka, dwa dni później ukąsił go Boomslang i w agonii przed śmiercią zaczął majaczyć o przepowiedniach pozamykanych w kulkach, czy coś takiego.
─ Wszystko owiane tajemnicą – rozmarzyła się Dorcas. – Totalnie powinniście to zrobić. No – zreflektowała się – o ile mój pomysł z nawiedzoną cieplarnią jest zbyt ambitny.
─ Dorian, chyba nie bierzesz tego na poważnie – parsknęła Mary.
Lily bardzo zdziwiło to, że zwróciła się do niego po imieniu. Po tym, co usłyszała o niej z ust Doriana, miała wrażenie, że ta dwójka nie przepada za sobą w porównywalnym stopniu jak Dorian i James. Oni tymczasem wyglądali jak Jessica Beinz i Phil Estradoth, czyli związek składający się z chłodnej despotki i posłusznego pantoflarza.
Ciekawa odmiana. W jej pamięci Dorian zachował się zawsze jako bardzo temperamentna i niezależna osoba.
─ Przykro mi to mówić, Mary, ale, no wiesz… ─ Dorian spojrzał na nią złośliwie – nie sądzę, że to twój interes.
Jednak się nie zmienił, uśmiechnęła się w duchu Lily. McDonaldówna prychnęła głośno, wstała, odrzuciła lśniące włosy za ramię i machając biodrami opuściła Wielką Salę.
Evansówna wykonała ten sam gest, prychając pięć razy bardziej donośnie. Najwyraźniej z powodzeniem przedrzeźniła nielubianą koleżankę, bo towarzystwo zaniosło się śmiechem. Kątem oka zauważyła, jak wila chwyta Jamesa za kołnierz i z powodzeniem odciąga od Skye DeVitt.

Nawet osoby jej pokroju czasem mogą okazać się przydatne.

♣ ♣ ♣
Hestia z niemrawą miną opuściła klasę starożytnych runów. Profesor Peyne miała dzisiaj okropny katar i najwyraźniej zaraziła Hestię, tłumacząc jej przez pół godziny kolejne, skomplikowane znaki. Dziewczyna miała okropne mdłości, zresztą niepierwszy raz od daty feralnego zabiegu. Usłyszenie własnego głosu po tak długim czasie było przepięknym doświadczeniem, ale niosło to za sobą tak wiele negatywów, że Hestii daleko było do poskakiwania ze szczęścia. Belle mówiła jej nawet na King’s Cross, że może czuć się „jakby miała wieczną jelitówkę”.
W poprzednim korytarzu złapał ją Jayden i jak zwykle zadał tuzin absolutnie nudnych, bezsensownych i niezbyt poprawiających humor pytań. Chociaż wciąż ledwo kojarzyła, kim on jest, jego rysy zaczynały robić się coraz bardziej znajome, problem w tym, że Hestia nie wiedziała, czy to objaw powolnego przypominania sobie tego, co utraciła, czy też po prostu przyzwyczaiła się do jego towarzystwa.
Zerknęła na swój zegarek. Ósma pięćdziesiąt cztery.
Pogrzebała w kieszeni swojej kamizelki, mając nadzieję na znalezienie zawieszki do swojego łańcuszka w kształcie trzeminorka. Zamiast tego, w jej dłoni znalazł się pozłacany medalik z przeczepioną do niego klepsydrą.
Dziwna energia rozeszła się po ciele Hestii, tak jak wtedy, kiedy Emmelina dała jej go w Sylwestra, mówiąc, że to prezent od Chase’a. Chase i ten wisiorek, no, może jeszcze czekoladowe croissanty, to jedyne, co wzbudzało w niej bardzo pozytywne emocje. Zarówno pozłacana klepsydra, sypiący się w niej piasek, jak i twarz i uśmiech tego złotowłosego chłopca wydawały jej się znajome, co stanowiło bardzo miłe uczucie, zważywszy, że nie pamiętała praktycznie niczego.
Zamrugała, po czym wyciągnęła medalik z kieszeni i przyłożyła go sobie do oka, jak lupę. Towarzyszyło jej uczucie, które zwykle prześladuje uczących się żmudnie studentów, którzy po powtarzaniu tysiąc razy jednej nazwy, nagle tydzień później jej zapominają i z rozpaczą proszą towarzystwo o „pierwszą literę”. Podobnie Hestia wiedziała, że gdzieś spotkała się z tą specyficzną biżuterią, ale desperacko potrzebowała jakieś wskazówki, która mogłaby ją na to naprowadzić. Z każdym dniem czuła, że jest coraz bliżej rozwiązania zagadki, coraz bliżej przypomnienia sobie, ale ostatecznie odpowiedź wyślizgiwała jej się z rąk, jakby próbowała złapać dym.
Szła tak dalej, kompletnie nie patrząc przed siebie, tylko na przesypujący się piasek. Klepsydra o mało nie wyślizgnęła się z jej dłoni, dlatego Hestia przezornie zawiesiła długi, misterny złoty łańcuszek na szyję. Wkładając go za kołnierzyk, przypadkiem pozwoliła piaskowi przesypać się w całości na drugą stronę. Poczuła zawroty głowy.
Przymknęła oczy, czując ostrą migrenę. Miała wrażenie, że otaczające ją obrazy zaczynają się rozmywać, że jacyś ludzie przebiegają obok niej w zawrotnej prędkości. Musiała zamrugać parokrotnie i trochę pomachać głową, żeby nieprzyjemne uczucie odeszło.
Praktykując tę amatorską gimnastykę, wpadła na jakąś osobę. Usłyszała znajomy łoskot uderzających książek o podłogę. Otworzyła oczy.
Przed nią leżała Jo Prewett, usiłująca rozmasować sobie obolałe od upadku pośladki. Hestia spojrzała na nią nieprzytomnie.
─ Gdzie byłaś? – zapytała sennym głosem. – Profesor Peyne pytała o ciebie. Ponoć chciałaś od niej jakieś materiały do nauki.
Jo zaklęła, podnosząc się z podłogi. Hestia pomogła zebrać jej porozrzucane książki.
─ Mam dzisiaj wolny dzień – warknęła Jo, otrzepując swoją zielono-srebrną spódniczkę. – Muszę się uczyć do egzaminu.
Hestii zawsze wydawało się, że jeśli ktoś robi sobie dzień nauki, to może spokojnie posiedzieć w łóżku i piżamie, a nie – jak Jo – biegać po Hogwarcie w obcasach. Chociaż w Wielkiej Brytanii Jones poznała wiele osób, które – o zgrozo! – nie sypiały w piżamach, tylko w bieliźnie. Kiedy pierwszy raz usłyszała takie zdanie – wypłynęło ono z ust Jamesa, a następnie potwierdził je Syriusz, May, Belle i Seth Potter – nie mieściło jej się to w głowie. Jo wygląda na równie niezrównoważoną jak Potterowie. Może sypiała w miniówce i koturnach.
─ Te rzeczy mogą ci się przydać – nalegała Hestia. – To jakiś zbiór wszystkich znaków czy coś.
Jo jęknęła, przejeżdżając otwartą dłonią po twarzy. Zastanowiła się przez moment, uśmiechnęła się słodko i spojrzała na Hestię wcale nie tak wyniośle i złośliwie jak zwykle:
─ Zaraz mamy runy, prawda? Weźmiesz to od niej, dobrze? Naprawdę się dzisiaj śpieszę.
─ O co ci chodzi, przecież dopiero co skoń…
─ Dzięki! – Jo już zniknęła za jednym z korytarzy. Hestia wzruszyła ramionami. Widać, że nie tylko Dorcas Meadowes nie ma pojęcia o swoim planie lekcji.
Ruszyła dalej, chowając medalik z powrotem do kieszeni. Nic już dzisiaj nie wymyśli. Pomyślała o cieplutkich czekoladowych croissantach czekających na nią w Wielkiej Sali i ochoczo ruszyła w tamtym kierunku. Ku jej zdumieniu, bardzo wiele mijanych przez nią osób szło w kierunku skrzydła, gdzie znajdowały się sale z przedmiotami do wyboru – jak mugoloznastwo, runy, numerologia czy wróżbiarstwo. Hestia dobrze wiedziała, że o dziewiątej w poniedziałki wszystkie te zajęcia się konczą.
─ Hej, Hestia!
Szatynka odwróciła głowę. Uśmiechnęła się, bo zobaczyła Luke’a McDonwera, jej sąsiada z ławki na runach.
─ Idziesz w moją stronę, no nie? – zapytał, przywołując ją gestem dłoni. Hestia zmarszczyła brwi. ─ No chodź, bo zaraz spóźnimy się na runy. Peyne jest chora i wściekła. Nie popuści nam.
Jonesówna chciała coś powiedzieć, ale zamiast to spojrzała w zegarek. O mało nie krzyknęła.
Siódma pięćdziesiąt dziewięć.



♣ ♣ ♣


James miał zastąpić dzisiaj Franka w trenowaniu drużyny. Dowiedział się tego raptem siedem minut temu od Elise Gonzales, trzeciorocznej Gryfonki, która wcześnie rano wyszła ze skrzydła szpitalnego i zwolniła kapitanowi łóżko:
─ Dostałam smoczej ospy – tłumaczyła mała, szczerze wzburzona. – Powiedziano mi, że będę leżeć w skrzydle jeszcze minimum trzy dni, a wtem zjawia się wielki Frank Longbottom i Pomfrey mówi mi, że nie jestem wystarczająco chora. Musiała to zrobić właśnie wtedy, kiedy mam te głupie projekty z transmutacji!
Potter co prawda nie znał przyczyny niedyspozycji swojego kapitana, a nawet zbytnio się nią nie interesował, ale w pokrętnych tłumaczeniach udzielonych drużynie niesamowicie demonizował jego samopoczucie, dodając przy tym, że Frank wręcz błagał go, aby poprowadził dzisiejszy trening. Trzy minuty zajęło mu znalezienie pięciu pozostałych graczy z pierwszej siódemki, i Syriusza, w dalszym ciągu z osłabioną ręką, oraz rezerwowego obrońcę. Nie chciał tracić czasu na poszukiwania ławkowych – bądź co bądź mogła to być jego ostatnia okazja na zasmakowanie słodkiej, sportowej władzy. Longbottom słynął bowiem z tego, że bardzo szybko się kurował, a w przyszłym roku opaska kapitana wcale nie musiała przypaść Jamesowi (co byłoby najgorszą możliwą alternatywą, bo przepadłby następny rok, który Potter mógłby spędzić na prześladowanie Evans w łazienkach dla prefektów).
Ku zdziwieniu Jamesa, nikt nie doszukiwał się problemów, które zawsze pojawiały się z chwilą podjęcia decyzji o spontanicznym treningu. Być może wzbudzał większy respekt niż wiecznie bojący się postawić na swoim Frank. Co dziwne, to wcale nie łechtało przyjemnie jego ego.
Nieciekawie działo się ostatnio w drużynie. Bez Syriusza, który zwykle rozpogadzał nadętych graczy, bez Chrisa, agresywnego i przerażającego, ale jednak bezcennego w defensywie i  z Mary,  która chyba przyjęła sobie za cel doprowadzić do obłędu każdego z drużyny; to wszystko straciło swój osobliwy urok, przynajmniej dla Jamesa.
Trenowali bardzo zacięcie, chociaż w sumie nie mieli po co. Najbliższy mecz czekał ich dopiero pod koniec lutego, i to w dodatku z Hufflepuffem, który po odejściu Skye będzie już cieniem drużyny. James wiedział, że to niepoprawne nastawienie, zwłaszcza, że w Qudditchu zdarzały się już większa cuda, ale jednak lenistwo dopadało powoli i jego, chłopaka jak dotąd z największym zapałem do gry.
Maszerując w kierunku boiska, przypomniał sobie o Skye. Niełatwą ścieżkę wybrała dziewczyna dla siebie. Nie chodziło o to, że James wątpił, iż w Harpiach DeVitt da sobie radę – Merlinie, chyba nikt, kto widział tę dziewczynę w akcji, nie miał takich wątpliwości. Bawiło go to tylko, bo on też całkiem niedawno łączył swoją przyszłość z Qudditchem. Teraz doszedł do takiego etapu, w którym powinien się nakierować – albo postawić wszystko na sport, albo na naukę, bo innej drogi nie było. 
James wolał się uczyć.
Szósty rok to nie piknik, jak często mawiała do niego Lily. James odczuł to na własnej skórze. Przez pięć poprzednich lat nie przykładał się do nauki ani trochę, a jednak zdobywał dobre stopnie, bo miał bardzo chłonny umysł i wszystkie wymagane informacje zapamiętywał już na lekcji. Teraz jednak lekcje stanowiły jedynie praktyki do tego, co musieli nauczyć się samemu, dlatego sielanka się skończyła. Nie zdawał sobie nawet sprawy, jak wiele energii podręczniki i teorie potrafią wyssać, a co dopiero pisanie pięciostopowych esejów. Obiecał sobie, że zostanie aurorem, jak jego ojciec, chociaż w gruncie rzeczy nie musiał wcale w przyszłości pracować. Miał przypisaną niezłą fortunkę, którą będzie mógł dysponować po ukończeniu siedemnastki. Nie musiał wcale się kłopotać z przyswajaniem nauki niezbędnej do aurorskiej profesji, mógł skupić się tylko i wyłącznie na wymyślaniu kawałów i trenowaniu Qudditcha, no, ewentualnie jeszcze dręczeniu Evans.
Naprawdę mógł.
Ale James by sobie tego nie wybaczył.
Źle się działo na tym świecie – i mowa tutaj o rzeczach gorszych niż wyrzucenie jego najlepszego przyjaciela z domowej reprezentacji w Qudditchu. Codziennie dokonywano mordów na mugolach, mugolakach, zdrajcach krwi, a nawet na Aurorach, działaczach Brygady Uderzeniowej i innych obrońcach czarodziejów. Wiele osób mogło opuszczać Anglię, ukrywać się pod Fideliusem czy wymyślać jeszcze inne sposoby na przezimowanie całej tej wojny, ale te rozwiązania nie podobały się Jamesowi. Nie był on typem człowieka, który stoi z boku i przygląda się cierpieniom niewinnych. Nie był typem człowieka, który ze strachu zmienia swoje poglądy, swoją ideologię. Nie był też typem człowieka, który ima z czarną magią, dławi swoje człowieczeństwo czy umywa ręce na dławienie go przez swoje otoczenie. Od zawsze spostrzegał świat w sposób prosty i absolutny – istnieli bohaterowie i tchórze, a ci, którzy trzymali się od tego podziału z daleka, również zaliczani zostawali do tchórzy. Natomiast James został przydzielony do Gryffindoru – domu prawych i odważnych. W jego osobowości nie było ani miejsca, ani prawa na tchórzostwo. Samemu Godrykowi Gryffindorowi winien był walkę, a skoro podobne zobowiązania wiązały go z martwym od tysiąca lat czarodziejem, to co dopiero z osobą tak teraźniejszą, codzienną i obecną w jego życiu jak Lily.
Państwa Potter mugole pasjonowali. Pete często porównywał ich do zbzikowanego małżeństwa Weasleyów, swoich sąsiadów i przy okazji autorów uwielbianych przez Setha Pottera książek: „Mugole i my”. Od dzieciństwa wpajali oni Jamesowi równość pomiędzy magicznymi i niemagicznymi, zachęcali go do znajdywania przyjaciół wśród mugolaków i do wprowadzania ich w magiczny świat. Mimo to mugole wciąż stanowili dla Jamesa inny, skrajnie różny świat. Nie znał ich wielu, ponieważ wszyscy jego znajomi, jego sąsiedzi, krewni, przyjaciele i wrogowie pochodzili z czystokrwistych rodzin, i to wcale nie było dziwne, bo krąg towarzystwa zamykał się na Dolinie Godryka – bogatej czarodziejskiej wiosce. W jego sercu zasiano ziarenka tolerancji, ale jednak niemagiczni wciąż stanowili dla niego szeroką, nieznaną populację, wzbudzającą najwyżej obojętność.
Sytuacja zmieniła się, kiedy pojechał do Hogwartu i poznał Lily Evans. Owszem, James zdawał sobie sprawę z jej licznych wad – jak strach przed okazywaniem uczuć, wybuchowość, zadziorność i ośli upór. Nie utrzymywał z nią też żadnych bardzo zażyłych stosunków. Jednak nigdy nie spotkał istoty równie niewinnej, ciepłej i pełnej czystej dobroci, takiej, która próbuje doszukać się pozytywnych cech nawet w osobach zepsutych do szpiku kości. Takich osób powinno być na świecie jak najwięcej. Takie osoby powinno się ochraniać, a nie zabijać, ośmieszać i torturować.  
Spoglądając na nią, nierzadko zastanawiał się, co się z nią stanie. Wiedział, że Lily również nie zamierza pozostać bezczynną podczas wojny, że chce zostać uzdrowicielką lub aurorem. Jednak czasami uderzała go przerażająca świadomość, że ona może nawet nie dożyć podjęcia któregoś z tych zawodów.  Znajdowała się na samym szczycie listy osób do usunięcia, sporządzonej przez Śmierciożerców. O tak, poczucie odpowiedzialności za tę rudę istotkę nie dawało mu spokoju. Dlatego starał się być wielozadaniowy, wielokrotnie przekładając ponad Qudditcha ciężką pracę. Było to jeszcze bardziej męczące, kiedy Qudditch, dotąd rozluźniająca dla niego forma rozrywki, stawała się męczarnią.
Miał nadzieję, że dzisiaj będzie inaczej.
Gryfoni wpadli do szatni, wedle swojej tradycji dewastując każdą uporządkowaną cząstkę materii. Po przejściu takiego tornada, jak drużyna czerwonych, skrzaty musiały sprzątać kilka ładnych godzin, ale to był ważny element ich taktyki – cała ta szybkość, zamieszanie i rozgardiasz. W dalszym ciągu zadumany James ruszył w kierunku swojej szafki, gdy nagle zauważył coś bardzo dziwnego.
Niebieskie szafki były pootwierane. W ich wnętrzu znajdowały się ubrania, bidony, różdżki i kanapki. A przed nimi stała drużyna Krukonów, przebrana w swoje stroje treningowe i z bardzo niezadowolonymi minami.
Cudownie, pomyślał.
─ Mieliśmy zarezerwowane boisko na dzisiaj – odparł, szukając wzrokiem kapitana Krukonów, Luisa Hayesa.  Nie było widać ani jego, ani większości pierwszego składu Ravenclawu. Gdzie się podział Podmore? Estradoth? Jepson? A nawet ten przygłup, Chamberlain?
─ Nasi już są na boisku – zwróciła się do niego stojąca blisko blondynka. – Rozmawiaj o tym z Luisem.
James warknął, zniecierpliwiony. Kątem oka zauważył, że jego drużyna nie zaczęła się jeszcze przebierać. Ruchem głowy kazał im zacząć.
─ Wypieprzymy ich, nie martwcie się.
On sam, zamiast zrzucić z siebie mundurek, poszedł na boisko, gotowy, by stawić czoła Hayesowi. Krukoni musieli wejść na boisko stosunkowo niedawno, bo wciąż jeszcze się rozgrzewali. Zagwizdał. W jego kierunku obejrzała się cała drużyna.
W Krukonach ciekawe było to, że ich reprezentacja składała się tylko i wyłącznie z chłopaków, szósto- i siódmorocznych. James pamiętał, że kiedyś grała z nimi jeszcze Mayie, ale Chamberlain – który był wówczas kapitanem, wyrzucił ją z drużyny za „niepoczytalność”. Od tego czasu zaczął go szczerze nienawidzić, a potem jego antypatia już tylko przybierała na sile.
Minęła chwila zanim Hayes uspokoił swoją drużynę i wskazał osobę, która miała pójść rozmówić się z Jamesem. Wybór padł na – o, ironio! – Doriana.
Chamberlain wyszedł mu na spotkanie mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Mary i Syriusz wrócili z szatni poprzebierani. Zawsze szło im to najszybciej, bo nie mieli zwyczaju plotkować przed treningiem, jak reszta drużyny.
Potter.
Chamberlain.
Kiedy stawali twarzą twarz o wiele łatwiej było dostrzec istniejące pomiędzy nimi podobieństwo – oboje nosili okulary, byli wysocy, podobnej budowy, mieli taki sam kolor oczu, a nawet ciut podobne do siebie włosy. Chociaż James i Dorian szczerze sobą gardzili i nie dostrzegali jeden w drugim niczego dobrego, to często bywali porównywani przez uczniów czy nauczycieli. Posiadali w końcu podobne zainteresowania, ambicje, dobrze szły im jednakowe przedmioty, a nawet podobała im się ta sama dziewczyna.
Odkąd Chamberlain opuścił Hogwart rok temu, James nie widział go na oczy i wolał pozostać przy takim stanie rzeczy. Owszem, dostawał białej gorączki, kiedy dochodziły go wszystkie te pogłoski o nim i Lily, jednak wolał wysłuchiwać ich dalej niż skonfrontować się z Krukonem. Syriusz często żartował, że James jest na niego uczulony i on wierzył głęboko w tę hipotezę. Kiedy tylko Dorian stanął przed nim w całej okazałości, doznał wrażenia, że zaraz kichnie.
─ Ugniatacie dla nas trawkę? – zapytał Potter, wskazując głową na rozgrzewającą się drużynę, która teraz rozpoczęła serię skłonów w siadzie rozkrocznym.
─ Spóźniliście się – odparł, niby to uprzejmie, ale jednak głosem przesyconym jadem. – Za trzy godziny kończymy trening, możecie wtedy tutaj zajrzeć, ale nie gwarantuję, że…
─ Mieliśmy rezerwację na dzisiaj – przerwał mu butnie okularnik. – Flitwick na pewno wie co nieco na ten temat.
─ Och, po prostu zjeżdżaj, Chamberlain – wtrącił się Syriusz. W jego szarych oczach pojawiły się iskierki podekscytowania, jak zawsze, kiedy przeczuwał, że zbliża się jakaś awantura.
James uśmiechnął się z kpiną.
─ Wiesz, Syriuszu, Dorian bardzo lubi przywłaszczać sobie moje rzeczy – odparł butnie. – Wykłóca się nawet o zarezerwowane przez moją drużynę boisko.
Zacmokał i poklepał Krukona po plecach.
─ Ostatecznie wszystko i tak dostaje się mnie, ale jeśli to podwyższa ci samoocenę, to baw się dalej, kto ci broni.
─ Och, zapominasz o pewnym wyjątku – wtrącił Dorian z cwanickim uśmieszkiem. – Sądzę, że Lily poczułaby się trochę urażona, że nazywasz ją rzeczą. Dzisiaj powiedziała coś zabawnego na śniadaniu, wiesz? Jak to było, Mary, „żeby stać się zabawką Pottera najpierw trzeba z kim chodzić, a to mnie nigdy nie spotka”?
James zacisnął pięści i spojrzał ze złością na McDonaldównę. Ta wzruszyła ramionami
─ Evans nie jest miłą osóbką, to prawda.
Syriusz zagwizdał, odnotowując, że policzki Jamesa robią się purpurowe.
─ Dobrze wiedzieć, że w trójkę obgadujecie mnie i zajadacie się parówkami.
─ Jestem pewien, że Evans nie je parówek – szepnął – jak zwykle bardzo szczegółowy i pocieszający – Syriusz.
─ Lily jest po prostu szczera – sprostował Dorian. – I na pewno nie jest czymś, co może kupić ci twój tatuś, Potter.
Następne, co dało się usłyszeć na boisku, w szatni, i na trybunach, to dźwięk łamanych kości. Dorian złapał się za krwawiący nos i syknął – trochę z bólu, a trochę z wściekłości. Nie pytając nikogo o zdanie, sam wymierzył Jamesowi z pięści. W czepku urodzonemu Rogaczowi jak zwykle dopisało szczęście i choć siła, z którą uderzył go Dorian nie była mała, skończyło się tylko na podbiciu oka.
Mary wrzasnęła. Syriusz wyciągnął różdżkę zza pazuchy i, chcąc pomóc przyjacielowi, wymierzył w Chamberlaina Expelliarmusem.
─ Syriusz, przytrzymaj go! – rozkazała wila, niemal błagalnym głosem.
Syriusz – niestety lub stety – bawił się zbyt dobrze. Tak dawno on i James na nikogo nie napadali. Ile straconych okazji!
James poszedł w jego ślady i wyciągnął swoją własną różdżkę. Tę chwilę nieuwagi wykorzystał Dorian, który zdążywszy wstać z ziemi i pochwycić swoją różdżkę, uderzył w Jamesa Drętwotą. Syriusz rzucił Protego za przyjaciela.
Kiedy Potter był już uzbrojony i przytomny, i kiedy zdążył już podziękować sekundantowi za krycie jego pleców, błysnął tak znajomym i tak zniewalającym łobuzerskim uśmieszkiem. Mary w tej chwili wiedziała, że nie da się go już uspokoić.
Różnokolorowe groty zaczęły błyskać, a jedyne o czym McDonaldówna myślała, to jak je wszystkie ominąć. Bała się spuścić Jamesa, Syriusza i Doriana z oczu choćby po to, żeby wyciągnąć różdżkę, bo mogłaby skończyć naprawdę źle. Rozgrzewający się Krukoni zwrócili uwagę na bójkę powstałą pomiędzy ich obrońcą a gryfońskim szukającym. Niektórzy z nich ruszyli pomóc koledze, jednak znaczna większość skupiła się na unikaniu odbijających się zaklęć, tak jak Mary.
James nie spoczywał jedynie na zaklęciach. Omotany nieopisanym szałem, na przemian to rzucał najokrutniejsze uroki, jakie przychodziły mu do głowy, to kopał i uderzał przeciwnika po twarzy i w inne, wrażliwie miejsca. Po boisku rozchodziły się odgłosy tłuczonych kości, pisku Mary, krzyków starających się uniknąć wirujących zaklęć Gryfonów i – naturalnie – maniakalnego śmiechu Syriusza, na przemian przerywanego kolejną falą podżegających Jamesa tekstów w stylu:  
─ James, ja go będę trzymać, a ty trzep, ale mocniej. Błagam, włóż w to serce. Pomyśl tylko, on się całował z Lil. On próbuje do niej wrócić.
─ Nie próbuję! – krzyknął Dorian, unosząc ręce do góry.
─ Nie próbuje! – potwierdziła przerażona Mary.
Jednak jedyną osobą, która przekonywała Jamesa, był jego najlepszy przyjaciel. Jeśli wcześniejszy stan ducha Pottera można było nazwać szałem, to teraz ogarnęła go czysta, zimna furia. Rogacz po raz kolejny udowodnił jak bardzo bezlitosną i bezwzględną potrafi być osobą, a wyraz jego twarzy przeraził nawet tak zakochaną w nim istotę, jak Mary.
Syriusz zaśmiał się szaleńczo.
─ Teraz lepiej! ─ pochwalił go Black, rzucając Levicorpusa. ─ Pomyśl o tych wszystkich razach, kiedy to ona odmawiała ci przez niego. Pomyśl o tym, James! To się nazywa rozgrzewka, żałośni tchórze! Mamy tu trening! Mocniej, Rogasiu… o, wracasz do różdżki! Nie… Hahaha, tak trzymaj! Wynoś się Mary, bo zaraz to tobie Rogaś rozkwasi nos.
─ Mary? – zapytał bardzo charakterystyczny, wyniosły i chłodny głos.
Syriusz przełknął ślinę. Kiedy tylko to imię, wymówione tak protekcjonalnie i wściekle, dotarło do uszu Jamesa, niemal natychmiast zaprzestał on całego przedstawienia. Podobnie rzecz się miała, jeśli chodziło o Doriana.
Ta dziewczyna była dobra.  
─ Eee… oo… uu… Cześć, Lil! ─ przywitał się serdecznie Łapa, zarzucając jej ręce na bark. Ruda strzepnęła ją niemal natychmiast. ─ Wyglądasz dzisiaj świetnie. Widzisz, kochana, my tu właśnie…
─ Bijemy się o boisko – dokończył James, zbyt wściekły, by spojrzeć w umiłowane, szmaragdowozielone oczy w kształcie migdałków.

♣ ♣ ♣

Przecież wiesz, że czekam na moją analizę – droczyła się Jo, maczając swoje nachos w sosie guacamole. ─ To idiotyczne, jak bardzo się wykręcasz.
Jo i Jordan siedzieli właśnie w Mojo, świeżo otwartej londyńskiej knajpce z meksykańskim jedzeniem. Dziewczyna zaczepiła Jordana tuż po jego zajęciach z podstaw psychopatologii. Zarwała dzisiaj następny poniedziałek, ale nie przejmowała się tym zbytnio, bo Slughorn przyznał jej dwa dodatkowe dni nauki na przyszłotygodniowy egzamin, który miał rozstrzygnąć, czy może przeskoczyć klasę czy nie. Ślimak co prawda nie sprecyzował dokładnie charakteru tych bonusowych, wolnych dni. Nie powiedział na przykład, czy Jo może odstąpić od nauki i w ramach przedegzaminowego odpoczynku nielegalnie wybrać się do Londynu na tortillę. Ona natomiast wierzyła, że po prostu zapomniał o tym napomknąć. Złudzenia pozwalały jej lepiej funkcjonować. 
W Mojo było całkiem sympatycznie. Pomieszczenie utrzymane zostało w ciepłej tonacji, jedyny kontrast stanowiła posadzka, inkrustowana w ciemne gwiazdy wykonane z hebanowego drzewa. Na ścianach wszystkie spojrzenia zbierały finezyjne arabeski, a najróżniejsze lampiony, zwisające gościom nad głowami i kołyszące się jakby w takt orientalnej melodii, rzucały miodową poświatę. Co jakiś czas do stolika numer trzynaście podchodził niezwykle pozytywnie nastawiony kelner o imieniu Javier, z wielkim sombrero na głowie, i pytał się, czy amantes nie chcą jeszcze salsy.
Chociaż Jo nie przepadała za żadną specyficzną kuchnią prócz rosyjskiej, polubiła intensywny smak burrito i enchiladas, które to zamówiła. Nie można było tego powiedzieć o Jordanie, który – jak przystało na prawdziwego Brytyjczyka – co sekundę łapał się za szyję, nie mogąc zdzierżyć pikantnego posmaku dań, i zamawiał o kelnera kolejny dzban mrożonej herbaty. Przy każdej okazji zarzekał się również, że następnym razem zabierze ją na frytki i pudding.
─ A więc będzie następny raz? – zainteresowała się Jo, oddając biednemu Jordanowi swoją frescę grejpfrutową. W międzyczasie do pary podszedł Javier, proponując doprawienie ich dań ostrym kminkiem. Jordan mruknął pod nosem coś, co brzmiało jak: „idź do diabła”. 
─ Twoja analiza – przypomniał jej, oddając kelnerowi swoje chile relleno z bardzo wymowną miną. ─ Jutro wraca do mnie od Andersa.
─ Mówisz tak od tygodnia – zauważyła Jo. – Ten Anders musi się naprawdę obijać.
─ Wczoraj wrócił z urlopu na Teneryfie – zripostował Jordan. – Jutro na pewno mi ją odda, bo do piątku mam czas na poprawki. Potem przekierują mnie na praktyki…
─ Mówiłeś, mówiłeś… zdecydowałeś już, gdzie chcesz pójść? – przerwała mu Jo, odgarniając niesforny kosmyk włosów za ucho.
Steele pokiwał głową ochoczo. Wzmianka o praktykach oderwała go od nieprzyjemnego, palącego  uczucia w gardle. Jo nadstawiła uszu.
─ Pójdę do Maudslaya, wyobrażasz to sobie? Myślałem, że odeślą mnie do jakiegoś śmiesznego szpitalika w Ealing, gdzie oddział psychiatryczny ledwo się trzyma, podczas gdy trafiam do jednego z najstarszych londyńskich szpitali, w którym opieka psychiatryczna ciągnie się od minimum siedmiuset lat! Wyobrażasz to sobie, J.? Tak wiele beznadziejnych przypadków. W Maudslayu zamknięci są najwięksi szaleńcy z całej Wielkiej Brytanii – będzie świetnie.
Jo nigdy nie spotkała osoby, która do tego stopnia podekscytowałaby się praktyką w wielkim, londyńskim psychiatryku, ale mowa tu przecież o Jordanie – chłopaku zupełnie jednorazowym.
─ Cieszę się, że jesteś zadowolony – uśmiechnęła się dziewczyna, po czym przełożyła rękę przez stół i złapała dłoń swojego towarzysza. Jordan splótł ich palce.
─ A ja… hmm… cieszę się, że się cieszysz.
Tkwili w tej pozycji przez kilka chwil. W międzyczasie Javier zdążył zapytać się Jordana pięć razy, czy nie chce jeszcze oranżady, pojawił się też jakiś zatrudniony grajek, wirtuoz banjo, który wyraźnie prosił ich o dziesięć funtów, nadstawiając swoje sombrero. Steele zignorował obydwu Meksykanów, zbyt zajęty wpatrywaniem się w niebieskie tęczówki skośnych oczu Jo, a ten widok wydawał mu się nawet bardziej hipnotyzujący niż wywiad z schizofrenikiem, który mógł przeprowadzić dwa tygodnie temu na zajęciach. Z tego swoistego transu wyrwał go dopiero właściciel knajpki, informując parę, że już zamykają.
Jordan poderwał się, cały czerwony.
─ Miałem jeszcze skoczyć do Dereka po notatki… - wydukał, szperając w kieszeniach w poszukiwaniu portfela. ─ Odwiozę cię do domu albo do internatu… ja…
─ Umówiłam się na Leicester Square z koleżanką – skłamała giętko Jo. ─ Nie musisz…
─ W takim razie West End! – wydukał. – To spory kawałek stąd. Nie pozwolę, żebyś sama jechała metrem o tej godzinie.
Jo na pewno wymyśliłaby bardziej przekonywującą wymówkę, gdyby wiedziała, czym właściwie jest metro, ale nie miała czasu na wyjęcie kieszonkowego słownika terminów mugolskich, który ukradła z klasy mugoloznastwa. Bąknęła więc tylko:
─ Javier mnie odwozi.
Oczy Jordana rozszerzyły się niemal do tego stopnia, że ich średnica mogła konkurować z lampionem.
─ To eee… brat tej koleżanki.
Jordan odetchnął głęboko i błysnął swoim firmowym, sympatycznym uśmiechem. Mimo tego Jo mogła się założyć, że przez sekundę po jego twarzy przemknęła ulga.
─ To dlatego był tak napastliwy! – domyślił się. Wyraz jego twarzy zdradzał tryumf, jakby sprawdziła się jego pierwsza psychologiczna analiza.
Jo pokiwała głową, lekko się krzywiąc. Wcale nie podobało jej się okłamywanie Jordana, chociaż można by pomyśleć, że osiągnęła w tym już poziom mistrzowski. Naprawdę starała się ograniczyć te wszystkie przekręty, ale istniały kwestie, o których nie mogła wspominać, bo złamałaby tym samym prawa czarodziejów. Jo nigdy nie należała do konformistycznych osób, to prawda, ale miała na tyle rozumu w głowie, żeby nie rozpowiadać na prawo i na lewo, że jest magiczna, chodzi do szkoły czarodziejstwa i znalazła się dzisiaj w Londynie tylko dlatego, że zawarła umowę z barmanką Świńskiego Łba.
Jak dobrze, że udało jej się znaleźć Lissę! Z początku nie było to łatwe, trzeba przyznać. W Hogsmeade zawsze roiło się od podejrzanych typów, to prawda, którzy pozabijaliby własne dzieci i żony za trochę złota, jednak Jo wolała osiągnąć porozumienie z kimś mniej przerażającym. Opracowała swój własny, nieomylny system, z którego była zadowolona niemal całkowicie:
Z Hogwartu wymykała się przez tajne przejście, które kiedyś pokazał jej Peter Pettigrew. Kiedyś, to znaczy, kiedy jeszcze byli parą, jakkolwiek idiotycznie to nie brzmi. Tajne przejście kończyło się w Miodowym Królestwie, skąd Jo dochodziła do Świńskiego Łba. Zwykle kupowała dwa piwa, żeby podlizać się Lissie, a ta użyczała jej swój kominek i proszek Fiuu za jedynie dwa sykle. Lissa pracowała w drugim barze, londyńskim i w dodatku mugolskim, gdzie zainstalowała potajemnie kolejny kominek. Zwykle Lissa zabierała się razem z Jo, żeby udać się na drugą zmianę, a Prewettówna wskakiwała do londyńskiej taksówki i prosiła o podwiezienie pod uniwersytet Jordana. Zanim zdołała uwinąć się z tym wszystkim, ten kończył swoje wykłady i proponował, gdzie we dwójką mogą się udać.
Lissa zapoznała ją również z charłakiem, który wtopił się w mugolski świat i pracował jako listonosz. Zawarła z nim umowę, że jej będzie odbierać jej sowy i dostarczać je do mieszkania Jordana. Jedyne, czego ten od niej żądał to pieniądze na znaczki, czymkolwiek one były.  
Jo wciąż miała problem z kontrolą więzi umysłów jej i Evans, ale szło jej to coraz lepiej. Czasem udawało jej się „złapać” myśli rudowłosej, przebić się do umysłu dziewczyny i sprawdzić znaczenia słowa „karetka”, ale najczęściej całe starania kończyły się fiaskiem, dlatego Jo zapisała się na mugoloznastwo. Nowe wyrazy zapamiętywała, a następnie albo zbliżała się do Lily, gdzie „włamywała się” do jej umysłu z większą łatwością, albo prosiła profesor Garcię o ich wytłumaczenie. Rozmowy z Jordanem szły jej coraz lepiej, chociaż wciąż zdarzało jej się mówić coś, z czego Steele po prostu się śmiał, bo myślał, że ta żartuje.
Jo doszła do wniosku, że niełatwe jest kolegowanie się z mugolem, nawet jeśli miało się do czynienia z osobą tak otwartą i towarzyską jak młody pan psycholog.
Tak właśnie nazywała relacje ze Steelem – koleżeństwem. Należał on do bardzo wąskiej garstki osób, których Jo nie nie lubiła, dlatego lubiła spędzać z nim czas. Potrafił ją rozbawić. Spoglądał na świat przez różowe okulary, dlatego zawsze, po spotkaniu z młodym psychologiem, Jo uśmiechała się do końca dnia. Chodziło tylko o to.
Naprawdę.
Jo wstała, gotowa, by pożegnać się z chłopakiem. Steele szybkim ruchem chwycił swoją wiatrówkę i niezdarnie zarzucił ją sobie na plecy. Zapinając zamek dynamicznie, o mało nie udusił się przez zbyt ściągnięty kaptur. Jo uśmiechnęła się pod nosem i pomogła Jordanowi zarzucić kaptur na głowę, zanim doszło do poważnych obrażeń.
─ Dzięki – parsknął, patrząc niepewnie w kierunku drzwi.
Ich pożegnania zawsze stawały się takie niezręczne.
Jo, nie do końca świadoma tego, co robi, zakończyła cierpienie Jordana – stanęła na palcach i cmoknęła go prosto w usta.
Opamiętała się niemal natychmiast.
─ Przepraszam – mruknęła, odsuwając się na pół metra. Prawie się zarumieniała.
Jordan spojrzał na nią, szczerze zaskoczony. Przez kilka chwil milczał, co było do niego niepodobne, ale potem, gdy Javier rzucił ku nim swoje sombrero, przypomniał sobie o języku w gębie:
─ Według definicji pocałunek jest oznaką bardzo pozytywnych emocji – wydukał Jordan, drapiąc się po głowie. – Z kolei przeprosiny – żalu, czyli negatywnej emocji. Mamy tu niezły przykład kompletnego, psychologicznego absurdu. Nie widzę powodów, dla których powinnaś mnie przepraszać.
Zanim zdążyła mrugnąć, Jordan nachylił się doń jeszcze raz i pocałował ją ponownie. Trwało to dwie, może trzy sekundy, zanim oboje oderwali się od siebie z wybałuszonymi oczami. Jo usłyszała jeszcze głośne przełknięcie śliny, po czym Jordan zniknął w drzwiach, krzycząc głośne „adiós” do Javiera.
Oh, este amor – mruknął meksykanin, podnosząc swoje sombrero.  

♣ ♣ ♣

Powinnam być w tej chwili w gabinecie McGonagall – oświadczyła czerwona ze złości Lily, tupiąc nogą dla większego efektu. – Powinnam opowiedzieć jej, jak wielkimi jesteście idiotami i podsunąć pomysł, żeby zdyskwalifikowano was z tej głupiej gry raz na zawsze. Powinnam tak zrobić.
James i Dorian siedzieli w starej klasie historii magii. Obydwoje mieli skrzyżowane ręce na piersiach, grymasy na ustach i wiele zadrapań i siniaków na swoich do niedawna przystojnych  twarzach. Bijący od nich lekceważący stosunek stanowił nie lada kontrast do bezowocnych starań Lily, aby zmoralizować ich chociaż odrobinę. Oprócz tej trójki w klasie znajdował się jeszcze Syriusz Black, który zająwszy ostatnią ławkę w klasie, zaczął grawerować w niej swoje inicjały. Tyrada Lily niezbyt go interesowała i, mówiąc szczerze, rudowłosa również zapomniała na chwilę o jego obecności.
 ─ Quidditch nie jest głupią grą, Lily.
Milcz – ucięła Jamesowi, obdarowując go spojrzeniem tak złowrogim, że aż Dorian odwrócił spojrzenie. ─ Z. Tobą. Rozprawię. Się. Później.
Syriusz zagwizdał z końca klasy. Evansówna machnęła różdżką, a krzesło Blacka, na którym się bujał, rozpłynęło się w powietrzu.
─ Co macie w ogóle na swoje usprawiedliwienie? – wybuchnęła, coraz bardziej rozgoryczona. – I przysięgam, że jeśli któryś z was powie, że to były ćwiczenia przed transmutacją humanoidalną, to jutro będzie wisieć martwy, wiotki i zakrwawiony na żyrandolu w Wielkiej Sali.
James zdusił chichot. Dorian spojrzał na nią ze zmęczeniem, natomiast Black, nieźle rozeźlony swoim zagadkowym upadkiem z krzesła, wybuchnął szaleńczym śmiechem, przeplatanym co jakimś czas soczystym przekleństwem.
─ Spróbuj zsolidaryzować się z naszą drużyną, Lily – odparł zaskakująco pogodnie James. – Nie widzę sensu, dlaczego oni – wskazał niedbale w kierunku Doriana – mieliby ćwiczyć, skoro każdy wie, że nie mają szans na zwycięstwo.
─ Poza tym, oni nie mają w najbliższym czasie ważnego meczu, Złośnico – dodał butnie Black.
─ Dla twojej wiadomości, Black, w tę niedzielę gramy ze Slytherinem – zripostował Dorian, bardzo już poirytowany. – A wasz najbliższy mecz nie dość, że odbędzie się za pieprzony miesiąc, to jeszcze gracie z Hufflepuffem, a odkąd Skye DeVitt stwierdziła, że rzuca szkołę, to sądzę, że mecz jest w sumie już ustawiony. 
─ Ona nie musiała o tym wiedzieć – mruknął półgębkiem Syriusz.
Lily zadrżała.
Czy oni dobrze się czuli? Lily, będąca PREFEKTEM, przyłapała ich na bójce o boisko do Qudditcha. To przecież do niej należała decyzja, czy zgłosić ów incydent osobom wyżej od niej postawionym – na przykład McGonagall. Nie dość, że gniew profesorki raczej nie należał do miłych doświadczeń, to niewykluczone, że  za podobne zachowanie Potter i Chamberlain mogliby zostać zawieszeni w grze na jeden czy dwa mecze. Miała ogromną władzę. Zaciągając ich do tej sali, przypuszczała, że czeka ją dobre kilkanaście minut intensywnego przepraszania i tłumaczenia się – jednak nawet w swoich najbardziej fatalnych scenariuszach nie spodziewała się, że może zostać potraktowana tak pobłażliwie.     
Och, powinna ukarać ich bardzo okrutnie.
─ Jesteście po prostu dziecinni – prychnęła, wydymając usta. - Będziecie przychodzić do mnie, na szlaban, co czwartek. NIE OBCHODZI MNIE, czy macie w ten dzień jakieś głupie treningi, korepetycje, spotkania Klubu Idiotów czy innych takich. Zrozumiano?
James zarechotał.
─ Dobrze wiesz, że nie możesz nic zrobić, Lily.
─ Tak ci się wydaje? – warknęła. ─ A kto mi zabroni? Jestem PREFEKTEM. Mam prawo karać szlabanami.
─ Mnie nie możesz ukarać – wtrącił się Dorian ─ bo też jestem prefektem.
─ Ja nie – zgodziła się ─ ale Frank może. Jest Prefektem Naczelnym i musisz się go słuchać. Z kolei Longbottom słucha mnie i tylko mnie.
─ Rozumiemy istotę twojej dyktatury, Evans – O swojej obecności przypomniał i Syriusz. ─ Ale dotąd myślałem, że jesteś bystrą dziewczynką. Trzeba mieć chyba na bani, żeby dobrowolnie zgłosić się do pilnowania Rogasia i Chamberlaina.
─ Ty do nich dołączysz, Black.
─ Och, daj spokój, ślicznotko – wtrącił się James. ─ Po prostu... rozwiązaliśmy sprawę po swojemu. To... męski sposób.
Męski sposób?! Poważnie, Potter?
─ Wiesz, Rogasiu, Evans i McDonald mają podobne sposoby, a bynajmniej nie podejrzewałbym...
─ MILCZ!
Cała trójka zamilkła.
Lily oblizała wargi i uniosła dumnie głowę.
─ Macie stawić się W TEJ KLASIE w ten czwartek. Wskażę wam, co będziecie musieli zrobić. Zrozumiano?
James wywrócił oczami, a Dorian otworzył usta, jakby chciał coś jeszcze powiedzieć. Lily zacisnęła pięści.
Zrozumiano? – powtórzyła, cedząc sylaby.
Przed niebezpieczną obietnicą chłopców uratował odgłos otwieranych drzwi.  

_________
rozdziału jestem bardzo niezadowolona. Plan na "Ain Eingarp" był bardzo zwięzły, przez myśl mi nie przeszło, że będzie trzeba go rozbijać na dwie części. Cała dzisiejsza część w początkowym szkicu miała wynosić około 7 stron, tymczasem jest dłuższa cztery razy. Usprawiedliwię cię tym, że naprawdę, naprawdę nie miałam weny. Żadnego dotychczasowego rozdziału nie pisało mi się tak źle.
Przyznam szczerze - dzisiaj naszla mnie ochota, żeby usunąć wszystko i zacząć pisać jeszcze raz, na temat, ale doszłam do wniosku, że zbyt długo już czekaliście i niesprawiedliwe byłoby znowu nie dotrzymać obietnicy. 
Rozdział bardzo przegadany, to prawda, ale takie też czasami są potrzebne. Przyznam, że bardzo ciężko jest przebierać tak dużą ilością postaci, jaką natworzyłam (zawsze muszę rzucać sobie kłody pod nogi, nie ma bata) tym bardziej, że dla każdej zaplanowałam pewną rolę i miałabym wyrzuty sumienia, żeby na chwilę się w nią "nie wcielić". Ale wkrótce wszystko powinno się uspokoić, grunt to pootwierać wszystkie wątki. 
W następnej części będzie dość dużo Jamesa - ze Skye i z Lily. Pojawi się też Mary, naturalnie kombinująca i knująca, no a jak. Wyjaśni się też, dlaczego na samym początku przypominałam wam historię z medalionem i dlaczego tytuł rozdziału to "Ain Eingarp". Może macie jakieś hipotezy ;>?
Mój styl ostatnio przechodzi rewolucję, dlatego wszystko dzisiaj jest takie toporne. Mam nadzieję, że ukierunkuje się on wkrótce i będę mogła lepiej przekazać swoje myśli. Starałam się odtworzyć lekko sentymentalną atmosferę, skupić się wreszcie na Jamesie, bo mam wrażenie, że strasznie go zaniedałam i teraz trzeba wszystko nadrobić. Chyba po prostu myślę za dużo... ech. 
Korzystając z okazji, chciałabym podziękować wszystkim za lajki na fejsie - nawet nie wiecie, ile to dla mnie znaczy. Kiedy widzę, że z każdym dniem ilość polubień rośnie, to w serduszku robi mi się tak cieplutko i... och, to po prostu przemiłe uczucie ;).
Przepraszam z miejsca wszystkich, których zaniedbałam w komentowaniu, mowa tutaj o Wesołym Kostku, Rogatej i Padfoot. To dla was dzisiaj dedykacja, w ramach przeprosin. Dziewczyny, musicie wiedzieć, że JA ZAWSZE czytam Wasze rozdziały, bo są fenomenalne, często robię to nawet kilkakrotnie. Jestem po prostu leniwa i... leniwa, dlatego zwlekam z komentowaniem. Jestem u was wszystkich jak najbardziej na bieżąco i od jutra zacznę wszystko nadrabiać w komentowaniu. Wiem, że miałam to zrobić w ten weekend, ale byłam zajęta pisaniem. Spięłąm się, skoro obiecałam. 
Przepraszam za te dwa miesiące przerwy. Mogło to wyglądać, jakbym porzuciła bloga w cholerę, ale możecie mieć pewność, że naprawdę nie mam zamiaru tego robić. Jestem do tej historii przywiązana całym duchem, podobną więź czuję do was wszystkich, którzy czytają, komentują, czekają na kontynuację. Chociaż jestem zdrowo rypnięta, nie do tego stopnia, żeby z tego wszystkiego zrezygnować.
To chyba tyle ;). Dziękuję wszystkim komentującym, czytającym i odwiedzającym. Jesteście wielcy :*.

37 komentarzy:

  1. Pierwsza! ZAJEBISTY SZABLON <3 zakochałam się w nim !
    tu będzie mój komentarz, jutro pewnie jak się ogarnę -,-
    Nic się nie stało kochanie, rozumiem! Jestem człowiekiem i mi się też to zdarza, jestem cierpliwa <3 U mnie za szybko się nie pojawi pewnie nic, bo zbieram wenę na dłuższy, o wiele dłuższy rozdział...
    PRZECZYTAM NA STÓWKĘ !!!! ;**:*:*:*:* i dziękuję za dedykację <3 jesteś kochana ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem okropna -____-

      Rozdział fenomenalnie długi - podoba mi się, bo jak się wciągam to na maxa :D
      Jo - nawet ją lubię, zmieniła się na lepsze i bardzo się cieszę!
      Mam nadzieję, że będą szczęśliwi z Jordanem - liczę na to! <3
      Ojjj James... jednak przegrał ygh, w sumie nie wiem co o tym myśleć... teraz się pewnie wszystko pokiełbasi z Lily -,- zabiję go!

      pisz szyciutko i nie waż się kasować, zawieszać i cokolwiek ;(
      ostatnio zauważyłam, że większość fajnych blogów które czytałam, co zrobiły? Pouciekały. :(

      Usuń
    2. ZŁOOOTO! <3. Dziękuję :D. Szablon to była miłość od pierwszego wejrzenia, jednak... wiecie, już jaka jest moja wierność :D. Zaczyna mi się nudzić i mam wrażenie, ze jest za ciemny, ale dobra. Załóżmy, że nie zmieniam go obecnie.
      Nie jesteś okropna :*. Komentujesz i tak 219829127864 razy szybciej niż ja u cb... a właśnie - a propos tego, nwm czy widziałaś, ale odpisałam ci w spamowniku :*.
      Skoro mówisz "nie waż się", to sie nie ważę :D.
      Dziękuję za koma :*

      Usuń
  2. Trzecia! Czytam i olewam matme
    Wiatr :***

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, powiedziałabym, że brąz, ale skoro olałaś dla moich wypocin Królową Nauk... to grand prix :*.

      Usuń
    2. Smacznego bloggerku ;/
      Mam nadzieje ze sie najadles moim komem -,-
      No nic, Abby, mialam sliczny, nawet dlugi kom i blogger nagle okazal sie glodny -'-
      Licz na kom za kilka godzin. Moge obiecac ze dzisiaj bedzie na bank!
      Jeszcze raz, smacznego ;/
      Wiatr

      Usuń
    3. Nie no, ten to ma spust o.O. Nie zliczę, ile razy zeżarł moje wypociny. To jest według mnie ostre przegięcie i to powinno być jakoś ureguluowane, ale co my możemy :C. Rozumiem twoją sytuację i wiem, jak to wkurza, ale zamieniam się w czekanie. Tak właśnie.
      Do przeczytania :*
      Abigail

      Usuń
    4. Nie zasługuję na grand prix, Abby ;/ Przepraszam ciebie! Kom miał być po chorobie, a jest... dopiero teraz! Ale oceny, katkówki i sprawdziany skutecznie zabierają jakże mój cenny czas, Abby!
      Ale jestem! Mam ochotę napisać kom! Masakra, wiesz kiedy ja je ostatnio pisałam? XDD Nie chcesz chyba wiedzieć xd ;p
      Zacznę od Hestii! Lubię ją, wiesz? Jest taka pełna optymizmu! Ma taki wspaniały charakter! Kocham ją! Ciekawi mnie skąd ona ma zmieniacz czasu, wiesz! One były chyba bardzo nie spotykane! Tak mi się przynajmniej wydaje! Jessssu, mam nadzieję, że ona będzie z Chasem! Błagam! Oni starsznie do siebie pasują!
      Mary strasznie mnie ostatnio śmieszy wiesz? Jest taka zabawna jak jest zazdrosna o Jamesa! ;') Zasatanawia mnie czy one kiedykolwiek z Lily się pogodzą...
      Zasatanawia mnie czemu Dorian na temat projektu wybrał akurat Elfy... I dlaczego Mary tak nerwowo zaerogowała...
      Stwierdzam, że wybierasz śliczne imiona dla bohaterów, wiesz? Najpierw zaczarowałaś mnie May, a teraz Skye! ;** A tak wgl skąd Skye zna Serenę? Gadajaj mi tu i to szybko!
      Powiem ci jedno, Abby! Przez te kilkanaście rozdziałów poznałam twoją dziwną manię do tworzenia nieodpowiednich par! Nie wiem co kombinujesz z Argentem i z Dori, ale nie podoba mi się to! Jeżeli bd razem, to spowoduje to powrzechny bunt i głodówkę! Nie przesadzam! Dori pasuje tylko i wyłącznie do Syriusza, jasne? ;-;
      Jo&Jordan=LoveForever <333 Ahh... jak oni do siebie pasują <333 Kocham ich! Tylko niech oni się może troszkę szybciej zejdą, co? Jestem ciekawa kiedy Jordan się skapnie, że Jo nie chodzi do żadnej mugolskiej szkoły! Będzie afera, prawda?
      Ha! Jamesie Potterze wyskakuj z tajemnic! Przegrałeś, przystojniaku! Ale pewnie i tak znajdziesz jakąś głupią wymówkę i nic nie powiesz ;< Żal mi ciebie, przystojniaku ;////
      No! To chyba wszystko co chciałam dzisiaj napisać ;>
      Chyba, bo pewnie znowu o czymś zapomniałam XDD
      No nic, Abby! Czekam na następną częśc i pisz szybko ;>
      Koffffam, twoja psychofanka, Ola ;***
      Aaaa... one more thing, Abby XDD Chciałam ci powiedzieć, że masz bardzo ładny Avatar ;> I szablon *,* Cód, miód i orzeszki!
      Bay! <333 :*** ;>

      Usuń
    5. Nie zasługujesz na grand prix? Nie ZASŁUGUJESZ? Ja ci dam, nie przyjąć mojego grand prix... grrr.
      Ja też w sumie dawno nie pisałam komów. A jestem pewna, że u kogoś zalegam, ale u kogo? ??? *osobo, która czeka na mój kom - odezwij się xd*.
      Cieszę się, że lubisz Hestię <333. Skąd? ;>. Hmm, niedługo się dowiemy.
      W sumie to ja też śmiałam się, kiedy tworzyłam postać Mary. Brakowało mi w opku kogoś tak zdeterminowanego, żeby utrzymać Jamesa z daleka od jakiejkolwiek dziewczyny, takiej... hmm... takiej mnie xD. W sumie to Mary faktycznie występuje jako ratownik Jily w tym opku. Tą swoją zazdrością wszystkich odpędza :D.
      A wiesz, że skąd Skye i Serena się znają wyjdzie już w... drugiej części tego rozdziału? Skąd wiedziałaś? xD.
      Argent? Dori? Ja? *robi niewinna minkę*. Nie wiem, o co ci chodzi. Dobra, wiem. Ale cciiii.
      Tak bardzo się cieszę, że JOrdan przypada do gustu! Ogólnie ciężej jest stworzyć parę całkowicie niekanonową i dlatego bałam się, że będą irytujący, nudni i będą sprawiać wrażenie "zapychacza" :P.Dlatego, coż... cieszę się :D.
      Czy to aż takie oczywiste, że James będzie kręcił? Dobra, wiem, że tak. Ale to część Jamesa Pottera. On nie przegrywa :D.
      Dziękuję :* Za komentarz i za pochwałę mojego avka. Straaasznie mi sie podoba. Chyba poproszę kogoś o zrobienie szablonu w z nim. Może wtedy zrodzi się szansa, że pobędzie tutaj na dłużej niż 3 dni xD.
      Papatki :*
      3maj sie :*
      Abigail

      Usuń
  3. UWAGA! HA KURWA!
    ODTAŃCZAM TANIEC NIE-WIEM-CZEGO-ALE-JESTEM-W-PIZDU-HEPI!
    James przegraaaaał!
    Naruszył nietykalność Doriana! BUAHAHAHAHAHAHA! ♥
    Wyskakuj z sekretów przystojniaku!
    HA!
    Więcej później XDDDDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahha <333. Cieszę się, że taka jest twoja reakcja :D. Taka ma być, to był mój plan ;>. Ale czy przystojniak faktycznie cię posłucha, Padfót...?

      Usuń
    2. 3 kwietnia... jest 6 września (chyba)... co oznacza, że pobilam wszelkie rekordy w nie-komentowaniu! Dostanę nagrodę? Nie no żart. Nie chce rózgi. Tylko na to zasłużyłam ;-;. Bądź co bądź mam wytłumaczenie! Nie będę tu o tym pisać, jeśli chcesz wiedzieć to na ma o im blogu jest wszystko wytłumaczone. Teraz po prostu przepraszam i nadrabiam komentowanie. A wiec... może zacznę PRAWDZIWY I TEMATYCZNY (który powinien pojawić się tu 5 miesięcy temu) komentarz od odniesienia się do mojego ostatniego komentarza (tego na górze w sensie). Soł...
      JAMES TY GUNWIU (przezwisko made by Padfoot, zastrzegam sobie wszelkie prawa autorskie, bo moge, lel).
      CO TY...
      JAKIM PRAWEM...
      NIE NIE NIE NIENIENIENIENIE. NIE!
      To co on... później tam... to powinno znaleźć się w komentarzu pod kolejnym rozdziałem (fuk u spojler alert), ale tutaj tez walne, bo to niszczy mój mózg. MINDFUCK w skrócie. Więcej na tena temat w innym komentarzu.
      Teraz ładnie będę czytać po kawałku rozdziału, żeby sobie odświeżyć co tu było. Swoja drogą tydzień temu (chyba) przeczytałama twój blog od nowa. Kocham tego bloga, kocham Jamesa, kocham Lily, kocham Jo, i cb tez kocham. Jesteś po prostu genialna. Luv u.
      Zaczne od początku, czyli od Skye. Teraz, kilka rozdziałów dość trudno pisze się komentarz, ale pamiętam, że kiedy czytałam to pierwszy raz to byłam strasznie zainteresowana o co chodzi z tą Sereną. Serio, czasami zanim leżąc w łóżku przed zaśnięciem zastanawiałam się o co chodzi, a uwierz mi że zazwyczaj myślę o innych rzeczach. EKHEM, SZAT AP. No i ja zawsze myślałam, że to James i Harry wymiatają w quidditch, a tu taka Skye (cudne imię swoją drogą). Dostać taką szansę? Nawet ja wiem, że to... WOW. Jacy ludzie są głupi. Powinna to natychmiast przyjąć, szczególnie jeśli tak jak pisałaś, nie ma żadnych lepszych perspektyw.
      "Meadowes miała lekkie wyrzuty sumienia, że tak niesprawiedliwie osądziła Blacka podczas ich korepetycji."
      No i poprawnie? Matko, jak ja nie lubię Dorcas! Zachowuje się jak ostatnia kretynka, serio. Ja kretynów nie znosze. Dorcas jest moja drugą najbardziej hejtowaną postacią na twoim blogu. Chociaż jest blisko prześcignięcia McDziwki i dostania się na pierwsze miejsce.

      Usuń
    3. "Kółko przygotowawcze na aurorstwo? Ksylomancja? Teoria magii?Czy tylko ona nie chodziła w tej szkole nażadne zajęcia dodatkowe? To faktycznie było nieco żałosne, zważywszy, że miała tylko dwa przedmioty."
      Kolejny dowód na to, ze Dorcas to najbardziej tępa postać. To przejmowanie się przyszłością tak bardzo. Miała 3 przedmioty (chyba) i jeden oblała, bo nie chodzila. Serio, nie znoszę jej. Wolę Emmelinę, zdecydowanie.
      Co do Mary... z tym swoim "na pewno chodzi o mnie" jest tak zapatrzona w siebie! To aż straszne. Ale co jest bardziej przerażające? Jej inteligencja. Serio. Gdybym znała taką Mary, to trzymałabtym się od niej z daleka. Tacy ludzie mnie aż przerażają. Szczególnie jeśli są przy tym takimi CENZURA.
      "Och, nie bądź taki absolutny. Owszem, nie lubimy się, ale pamiętaj, że kiedyś byłyśmy przyjaciółkami na śmierć i życie. W dalszym ciągu mam w sobie resztki lojalności, która zobowiązuje mnie do pomocy tej biednej i zdesperowanejdziewczynie, niepotrafiącej poradzić sobie z feralnym pożądaniem Jamesa."
      HAHAHA, NO BŁAGAM. Czy istnieje ktoś na tyle głupi (Meadowes się nie liczy), żeby się na to nabrać? Bosz, Mary... wysil mózg. Powiedz że jej zwycięstwo jest ci na rękę i amen! Oezu. Ja gadam do... Mary. Serio?! Mamooooo! Masz nadal tą wizytówkę psychologa?
      Wiesz... moim ulubionym wątkiem na twoim blogu jest "przyjaźń" Lily i Jamesa :D Oni to tak cudownie i nieudolnie robią....i jeszcze Lily zazdrosna o Skye <3
      Teraz cos o Hestii... skąd ona ma zmieniacz czasu? Huh, nieźle.
      "Chase i ten wisiorek, no, może jeszcze czekoladowe croissanty, to jedyne, co wzbudzało w niejbardzo pozytywne emocje."
      Poziom słodyczy bijący z tego zdania jest zniewalający. No i to nie dlatego, że zawiera w sobie słowo czekolada XDDDDD Hestia i Chase są jedną z moich ulubionych par na twoim blogu <3 Są w sumie na trzecim miejscu. Pierwsze jest ofkors Jily, a potem Jo i Jordan o których zaraz kilka słów <3
      W sumie teraz kilka slow o nich. Ja przez cały czas mam nadzieję, ze ani Isaac ani nikt taki nie dowie się o nim. Ciekawie mnie tez kiedy Jordan dowie się prawdy o Jo i jak zareaguje. Serio, mam nadzieję, że dobrze. Trzymam za nich kciuki.
      No i James vs Dorian... tego nawet nie chce mi się komentować, bo przyniosło mi niezłe rozczarowanie w następnym rozdziale. Ten cholerny napuszony Potter zawsze musi postawić na swoim. Płakać mi się chce ;-;
      Soł... to w sumie na tyle! Pierwszy komentarz w nadrabianiu za nami! Mam nadzieje, ze jutro pojawi się kolejny, chociaż ze mną nigdy nic nie wiadomo...
      Najgorszy-komentator-wszechświata śle całusy,
      Padfót. <3

      Usuń
  4. Hmmm... To jest komentarz, który piszę w weekend (nieważne, że dzisiaj środa xd), dlatego masz go przeczytać w weekend :) Bardzo logiczna wypowiedź... No cóż... Jak zawsze :P Ale już przechodzę do rzeczy. Tak! Nareszcie jest rozdział! :D Czekałam na niego okropnie długo i teraz jest! JEST! JEST! JEST! :D Tak się bardzo cieszę! I jak zawsze był świetny. Przecież nie mogłoby być inaczej :D Niestety czytałam go na ileś podejść, bo oczywiście przeklęte słowo SZKOŁA :/ Teraz przyszło mi do głowy... Ciekawe, czy jakbym chodziła do szkoły, uczyłabym się z przyjemnością, czy tylko na przymus. Na pewno bym lubiła chodzić, bo nawet teraz lubię, ale czy uczyć... Pewnie miałabym kilka ulubionych przedmiotów, których z chęcią uczyłabym się. A Ty? :D Naprawdę masz bardzo dużo postaci i szczerze to są momenty, kiedy się gubię. Potrzebuję chwilki, by ogarnąć kto jest kim. Ale pewnie wynika to z odstępów czasu i mojego problemu z zapamiętywaniem imion. Podziwiam Cię za to, że nie mylisz się w tym wszystkim (porównuje Cię do Georga Martina, a to wielki komplement :D) i dla każdego masz określona rolę. Tu każdy coś robi, po co jest. To jest fascynujące. Cały czas trzeba uważać, o kim mowa, bo prawdopodobnie będzie miał jakieś znaczenie. To trochę jak kryminał... Trzeba zwracać uwagę na każdy szczegół. W życiu nie napisałabym czegos takiego :D Szacun ;) Całkiem ciekawe te spotkania. Na pewno mozna rozwinąć się towarzyszko :D Obgadać innych, obmyślić złowieszczy plan. Przydałoby się u mnie takie coś w szkole. No i piękna przyjaźń między James i Lily ♥ Piękne :) Choć pewnie po tym cyrku z Dorianem ewidentny koniec "przyjaźni"... Niech to! Ale przy tym jak się bili, byłam po prostu na maksa podekscytowana. Nawet nie wiem czemu, ale to było extra! :D Chyba mam masochistyczne zapędy :P Jakoś nie lubię Doriana. Nawet nie wiem czemu. No i Jo! ♥ Kiedy ja zaczęłam tak bardzo ją lubić/ Po prostu uwielbiam tę dziewczynę. Ona w nietypowy sposób motywuje mnie do działanie... Nie wiem, jaki to ma sens, ale tak jest. Ona się zmienia. I podlega regule, że nikt nie jest doszczętnie zły. Choć już jakiś czas temu stwierdziłam, że ona w ogóle nie jest zła, tylko ma ciężkie życie, z którym jakoś musi sobie radzić. I to akurat jej sposób. W dodatku jeszcze towarzystwo i ta cała historia... A Jordan jest idealny dla niej. To jest para ever. Niech oni będą szczęśliwi, pliiiiiis (słodkie oczka). To by było piękne i może Jo ogarnęłaby się do końca. Co ta miłość potrafi zrobić z człowiekiem :D Chyba wyszłam z prawy (tak to się pisze?) w komentowaniu, bo już nie wiem, co napisać... A ja zawsze wiem, co napisać (może t nie do końca prawda :P). Czekam na następny, jak zawsze genialny rozdział :)
    Pozdrawiam cieplutko :**********

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeczytałam w weekend :D. Tydzień później.Nie tak na serio, to nie dało rady i przeczytałam od razu :c. Przepraszam.
      Hahhahah, to jest komentarz <3. Mógłby spokojnie konkurować z moim planem lekcji w konkurencji: wyczerpujący i obszerny :D.
      Wiesz... przypuszczam, że gdybym chodziła do Hogwartu, to też bym się uczyła - bo to też robię teraz.. załóżmy. Ale na pewno bym narzekała ;D. Nie ma bata. Może byłoby trochę zabawniej, bo w końcu inteerrrnat <333. Cieżko mi wyobrazić sobie uczenie się w internacie. To zawsze wydawało mi się abstrakcyjne. I jeszcze jak pomyślę o tym, że w Hogwarcie nie działałby telewizor i nie mogłabym oglądać seriali (ok, i tak ogladam na laptopie, ale to szczegół) i hitów Disneya, to to też stanowi pewien problem. ale.. no Hogwart to Hogwart :D. Na pewno byłoby fajniej.
      Poranne obgadywanko zawsze spoko :D. To dość ciekawy pakiecik - kanapka, twarożek, gofr, dźemik, naleśnik, croissant czy co tam sobie wymarzysz, a do tego zrzędząca na rudowłosą prefekt rudowłosa wila... boże, jak ja to wymyśliłam xD? Teraz, jak o tym pomyślę, to naprawdę nie mogę sobie tego wyobrazić.
      Ja i Martin? Kochana jesteś <333, ale nie... nie ma szans :D. Facet jest geniuszem, a ja... trzy kropki :P. Ale i tak jesteś przemiła i dziękuję :*.
      Mamy ze sobą cos wspólnego, Elfiku - ja tez zawsze jestem na maksa podekscytowana na mordobicie. To znaczy nie w realu... wtedy mi się nie podoba... ale w literaturze i telewizji zawwsze spoko :D.
      Widzę, że jesteś patronką JOrdana :D. Dla ciebie postaram się więcej ich scen gdzieś wcisnąć <3. Gdzieś. Ogólnie cieszę się, że ci się spodobali :* To w końcu para 0 % kanonowa, więc na pewno jest do nich mniejszy sentyment, dlatego najciężej stworzyć wokół nich jakąś atmosferę ;). Baaardzo mi miło, że nie zostali niezauważeni :*.
      Dziękuję z całego serca za komentarz :* Nie zdajesz sobie nawet sprawy, jak zawsze czekam na Twój komentarz i jak zawsze się cieszę, keidy się ostatecznie pojawi :*. Zawsze okropnie mnie motywuje do pracy :D.
      3maj sie i pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  5. Jak dla mnie rodział Ci wyszedł, jak zawsze.
    Czekam na część drugą,
    Do Zobaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział moim zdaniem jest super;)
    Czekam nn <3

    OdpowiedzUsuń
  7. Do ludzi którzy lubią Lily: Za co ją lubicie? Mi jakoś nie przypadła do gustu. Ani na blogach, ani w książkach, ani w filmie.Po prostu mnie irytuje. Jest denerwująca i wymadrzała.
    A teraz co do rozdziału to jest ekstra. Czekam na 2 część.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rozumiem cię doskonale, bo w sumie to ja również umiarkowanie lubię Lily. Wiem, wiem, tylko ja tak potraię - średnio lubić jakiegoś bohatera, ale na głównego go walnąć :D. W sumie to najchętniej pisałabym z POV'a Jamesa, ale wtedy na pewno spartoliłabym jego osobość, więc zostało jak zostało ;).
      Powiem tak - ja zawsze miałam zupełnie inną wizję na Lily niż większość osób, których opka czytałam. Moja Lily jest na pewno bardziej kapryśna, zgorzkniała, nieufna i anty-związkowa, ale to jest część całego Jily. Wierzę, że z czasem James ją "urobi" :D. Poza tym w każdym opie potrzebna jest irytująca osoba, bo bez takich byłoby słabo i nudno.
      Co do twojego pytania - ta mała część mojej sympatii do Lily zrodziła się chyba z samego szacunku do niej. Znaczy się, ja patrzę na wszystko inaczej niż Wy, kochani czytelnicy, bo wiem, co dalej (aaach, ta moc *_*) , ale ja ją szanuję za to, że nigdy się nie poddaje, że ma zdanie na każdy temat, swoje ideały, których nie porzuca :D. To jest w niej fajne i to chyba najbardziej łączy ją z Jamesem, no, może jeszcze przerost dumy :P. Ale podbijam twoje pytanie dalej, bo jestem ciekawa, co inni maja do powiedzenia o.O.
      Dziękuję ci za szczery komentarz i cieszę się, że sie podobało :*.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  8. Hej! Zaczęłam czytać Twojego bloga z dwa tygodnie temu i strasznie mnie wciągnął! (Jesteś mi winna parę nieprzespanych nocy) Nigdy nie spotkałam się z tak długimi rozdziałami i normalnie miałabym dosyć, a tutaj, mimo że zaczynałam z przekonaniem, że dużo jeszcze przede mną to już dotarłam do 'końca' i będę musiała cierpliwie czekać na następny post! ;)
    Nie spotkałam wcześniej bloga, który miałby aż tyle wątków i to jeszcze kał sprytnie powiązanych. Naprawdę, gdyby nie było to ff to bez skrupułów możnaby wydać to w formie książki ;) Jestem naprawdę pod gigantycznym wrażeniem twojej pomysłowości, nigdy nie wpadłabym na pomysł by rozdział (podzielony na 3) napisać w formie spotkania Piękności.
    Strasznie jestem ciekawa jak potoczy się los umowy Lily i Jamesa, bo oboje po części ją naruszyli. Albo jak Jo zmieni się od wpływem naszego psychoanalityka <3. W sumie to dawno nie było Marlene, jednak nie specjalnie przypadła mi do gustu. Tyle tego jest, że nie wiem o czym pisać :P. I naprawdę nie pisz, że coś jest słabe, jeśli ja nienapisałabym tego w najskrytszych marzeniach ;).

    Z niecierpliwieością czekam na ciąg dalszy!
    Życzę jak najwięcej weny ^^
    Lydia

    I przepraszam za ewentualne literówki, ale piszę na telefonie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha! Nowa dusza! Hej :*. Zawsze się cieszę, jak widzę kogoś nowego, dlatego może zacznę od tego, jaką mi sprawiłaś miłą niespodziankę ;). Dziękuję za to, że skomentowałaś, bo wiem, że wiele (nowych) osób tego nie robi (uwierzcie, moi drodzy, ja widzę ile osób wyświetliło rozdział i to bynajmniej nie jest adekwatne do komów ;>).
      Mega się cieszę, że dobrze się czytało ;). Ja osobiście jestem maniaczka wielkich tomisk, wg mnie nim dłuższa książka/rodział/opko tym lepiej, ale wiem, że wiele osób nie znosi takich rozmiarów, daltego zawsze boję się, że one będą odstraszać i nudzić. A skoro mówisz, że nie nudzą, to mi baaaardzo miło :D.
      Kiedy pisałam 19 i stwierdziłam, że swoje własne myśli, co do akcji włożę do ust jakiś bohaterek z zewnątrz, i tak zrodził się pomysł z Pięknosciami, nie spodziewałam się, że to zrobi taką furorę :D. W sumie myślałam, że to będzie typowy zapychacz i wszyscy będą nerwowi ;>. Bardzo mi miło, że się spodobał pomysł/opko/rozdział/ogół :D.
      Daję na razie przerwę od Marley, ale ona jeszcze się pojawi (niestety lub stety). Ktoś mnie ostatnio też pytał o Snape'a i on też będzie miał swoją reaktywację, i Emmelinka też. Yey! W sumie to ich wątki zawsze najłatwiej się pisze, bo nie staram się tak mocno, więc je lubię xD.
      Dziękuję ci jeszcze raz za przemiłe słowa, bardzo zmotywowałaś mnie do dalszego pisania :*. Bóg zapłać, bóg zapłać :*. Mam nadzieję, że zostaniesz tutaj jeszcze ;>.
      3maj się i pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
    2. Zawsze staram się komentować wszystko, co czytam, bo na własnym przykładzie wiem jakiego to daje kopa i bardzo cieszę się, że Cię zmotywowałam :).
      Osobiście też uważam, że im dłuższa książka tym lepiej :>. Taka reakcja głównie z przyzwyczajenia, teraz gdy będę musiała czekać na każdy rozdział takie długości będą zbawieniem ;).
      Kurczę, nie lubię Snape'a :/. Jestem mocno poddenerwowana tym, co napisałaś o postaciach; że Lily wstąpi do Śmierciorzerców. No jak to? Lily?! Chyba w następnym wcieleniu, albo pod wpływem Imperiusa. Ewentualnie w formie szpiega. Mam nadzieję, że już Ci się odwidziało.
      Na koniec jeszcze dodam, że cudny szablon (wcześniej był chyba Anusi), taki minimalistyczny <3.

      Jeszcze raz weny, a co tam, może się przyda :*
      Lydia

      Usuń
    3. Przybij nielubiącą Snape'a pjonę! Strasznie gościa nie lubię -,-. Wszystko niszczy, wpieprza się w związek Jily, a potem dba o to, żeby ich syn nie zaznał spokoju. Tak, wiem, bla bla bla, on go chronił, był człowiekiem Dumbledore'a, ryzykował życie, kochał Lily do końca życia bla bla bla... ale ja nei kupuję jego wizerunku męczennika. Zawsze myślałam, że całe te wspomnienia, które dał Harry'emu było wyssanym z palca majaczeniem umierającego faceta, za którym nikt w normalnych okolicznościach by nie płakał. Ale dobra xD. Jak ja się rozgadam na temat Snape'a, to polecę po nim równo, a nie chcę narażać się trupie obrońców Snape'a... z doświadczenia wiem, że oni są wszędzie.
      Heh... mam dużo głupich pomysłów, a co zabawne one nigdy mi się nie odwidują ;>. Jakoś to będzie :D.
      Dziękuję :*. To znaczy spóźnione dziękuję, zważywszy, że szablonu już nie ma. To takie klasyczne. Moja choroba. W kółko zmieniam szablony. Tak, tak ostatni (okej, przedostatni) był Anusi :D. Skoro już zeszliśmy na tematykę szablonów, to się ujawnię (groźnie się zrobiło, wiem) - uwielbiam twoje szablony z LoG'a :D. Twój ostatni z Jily chciałam już czapnąć (te ciepłe kolory, cudowny *_*), ale Padfoot mnie wyprzedziła, a te drugi też gdzieś widziałam i stwierdziłam, że poczekam, aż one zmienią :D. Ale serio, podziwiam cię, dziewczyno, ja nie potrafię nawet pobrać Photoshopa, ale przemilczmy to, bo po raz kolejny - nie będę się pogrążać w Internecie :D.
      Wena przydaje się zawsze. Zbieram ją do specjalnego worka, ale póki co pustoo tam i pusto. Dobrze, że nadchodzi koniec roku. To zawsze przypływ amunicji.
      3maj się,
      Abigail

      Usuń
    4. Pjona! Mam dokładnie jak Ty! Niby jest mnóstwo powodów by lubić Snape'a, ale ja go po prostu nie trawię i tyle. Koniec.
      Ojejku, nie wiesz jak mi miło <3. Ogółem Jily jest moim ulubionym parringiem i nigdy nie potrafiłam przeczytać do końca innego bloga niż opisującego lata Huncwotów, a szablony o tej tematyce mogę robić bez końca :>.
      Ogółem nie pracuję w Photoshopie (kosztuje chyba parę tysiaków ;<), więc zadowalam się aktualnie Gimpem, który jest darmowy i ma większość podobnych funkcji ;).
      Niestety aktualnej szaty nie mogę przetrawić ;-;. Myślę, że to głównie przez tą dziewczymę na zdjęciu, która nijak przypomina mój wizerunek Lily, jednak jako osoba zajmująca się kodami na co dzień widzę tu mnóstwo rzeczy, które bym poprawiła ;). Ale są to takie detale, na które każdy normalny człowiek nie zwraca uwagi :P.

      Kurczaki, trzeba czymś napełnić ten worek... Weny, wenusi i wenusinieczki <3
      Lydia

      Usuń
  9. Może zacznę od bloga, bo pare dni temu dopiero na niego wpadłam. Jeszcze nigdy nie spotkałam się z opowiadaniem które by mnie aż tak wciągnęło. Na pewno będę już stałą obserwatorką. Co do rozdziału to bardzo mi się podobał zresztą jak wszystkie <3 Czekam z niecierpliwością na nexta ;D
    Pzdr;****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O! Kolejna nowa duszyczka ♥, Strasznie miło mi, że ci się spodobało :*. Cieszę, że zostaniesz na dłużej ;). Dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam :*

      Usuń
  10. Czekam. Czekam. Czekam na kolejny rozdział koleżanko. Zdaję sobie sprawę z mej wścibskości. ale cóż :D Rozdział przeczytałam już ruski rok temu, ale dopiero teraz zabieram się za komentarz *brawa dla mnie*
    Dziewczyno. W przyszłości chce widzieć twoje książki na szczycie list bestsellerów. JA będę tą, która powie ,,Ja ją znałam." Tak ma być, chce twoje dzieła w wersji papierowej, tak aby cały świat o tobie wiedział!
    Wgl weź mi wyjaśnij jedną rzecz! >.< Czy ty masz jakiś nowszy model mózgu czy jak! Nie potrafię ogarnąć tego, jak ty to wszystko wymyślasz, rozpracowujesz etc.! Kim jesteś? XD
    Żałuj, że nie widziałaś mnie podczas czytania tych cudownych do porzygu chaotycznych pocałunków Jilly! Zachowywałam się niczym małpa wypuszczona z zoo! :D XD
    Możesz mnie wpisać na listę członków Klubu Tępicieli Mary McDonald (plus Emmelina Titanic). Coś czuję że Mary zajmie miejsce mojej Emci :C No cóż, wielka szkoda, ale zawsze to więcej postaci do hejtowania! ^^
    Mam nadzieję na jakiś wielki powrót Marlena+Remus (zapomniałam ich nazwy! XD) Wcześniej już pisałam, że na nowo zaczeli mnie interesować i. chce. ich. widzieć. razem.
    tak.
    No, to chyba tyle :D A więc czekam niecierpliwie na kolejny rozdział i postaram się oczywiście skomentować go jak najszybciej.
    Aleksja

    PS: Powiedz mi, czy tobie też łatwiej idzie opis postaci pobocznych, a tych głównych to istna masakra? Czy tylko ja jestem tak pokręcona?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie. Aleksja, wróciłaś <333. Zawsze tak mi się facjata cieszy jak widzę Twój nick, że... nie, lepiej nie będę pisać o swoich typowych reakcjach w Internecie.
      Oooo tak, postacie poboczne zawsze są najłatwiejsze. Karty postaci dla nich mam prawie skończone, a np. z Jamesem i Syriuszem prawie w ogóle nie ruszyłam xD. Tak samo mam zresztą z pisaniem fragmentów. Piszę sobie plan, co mam napisać. Do tego momentu wszytsko gra i tańczy. Pierwszy fragment napiszę po ludzku, a potem zaczynam wybierać xD. I kończy się to tak, że wszystko oprócz najważniejszego wątku, CELU rozdziału, jest napisane, a ten najważniejszy wątek zostaje napisany na szybko i jest do dupy :D. Jeśli to nienormalne, to obydwie w tym jesteśmy, kochana :D.
      Widzę, że Klub Tępicieli MM się rozrasta ;>. Ja chyba też do Was dołączę. Może zaczniemy się spotykać na hejterskich mitingach? Wiesz, kawka, ciasteczka z przekreśloną głową Mary, potem rzucanie rzutkami w jej łeb... takie klimaty :D.
      Remmy i Marley... hmm... hmm... pomilczę na ten temat.
      Dziękuję ci meeeega za komentarz, jak zwykle dający niesamowitego kopa :D. Cieszę się, że wróciłaś <3. I czekam na reaktywację twoich blogów. Pisz koniecznie, jaki jest postęp ;>.
      Papa :*
      Abigail

      Usuń
    2. Postęp jakiś tam jest :D Od czasu do czasu wrzucam coś na tą moją prywatną stronkę ;)
      Zapraszam, jeżeli chcesz czytać te bzdety :D
      <3
      Aleksja

      Usuń
  11. Odpowiedzi
    1. Eee... rozdział... w sensie następny, tak? *mina niewiniątka*. Heh <3. Tak poważnie, to jestem już raczej przy końcu. Korektę robię na bieżąco - piszę fragment, sprawdzam, więc końcowych poprawek też nie będzie (okej, ostatecznie nigdy ich jeszcze nie było, ale przemilczmy ten temat). Jutro kończę wcześniej lekcje o dwie godziny (!!!) jak nie wcześniej, bo może pani będzie tak dobra i zwolni mnie po konkursie z geografii (trzymajcie kciuki ;>), tak więc cały grafik prawdopdoobnie mi przeskoczy. W tym tygodniu trafiła mnie fala weny, więc muszę wykorzystać ją, zanim zniknie. Wyjdę z siebie, żeby to pojawiło się jutro w godzinach późnowieczornych, jeśli jednak nie, to najwcześniejszą datą jest 3 czerwca. W weekend mam komunię, całą sobotę jadę, całą niedzielę siedzę, a w tygodniu nie dam rady :C. Tak więc albo w piątek, albo 3, albo później. Tym razem naprawdę, naprawdę jestem już przy końcu.

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).