2 lutego 2015

19.3. Prawda czy fałsz?

„Tylko jedna rzecz jest gorsza niż gdy o nas mówią, a mianowicie: gdy o nas nie mówią.”-Oscar Wilde


Lily z niesmakiem odkleiła od swojej spódniczki klejącą, zaschniętą breję, która zapachem przypominała trochę krem jej babci na żylaki i pajączki – ostatnią niespodziankę, jaką zafundowała jej Mary w szaleńczym napadzie złości. Obie dziewczyny znajdowały się właśnie w gabinecie McGonagall, gdzie miały na nią zaczekać. Długo nie wracała. Niewykluczone, że była zajęta wypisywaniem długich, kuriozalnych listów, obfitych w przejaskrawione opisy dzisiejszego wydarzenia, które miała zamiar wysłać do pani Nass, pana McDonalda, ojca Lily i do Caroline, o ile już wróciła do Cokeworth z tego całego sylwestra na Majorce.


Kiedy tak myślała o wysyłaniu listów do członków rodziny i odklejała kolejne ohydztwa ze swoich ubrań, zauważyła pewne niepokojące podobieństwo pomiędzy nią a Mary: zarówno jej rodzice, jak i Evansowie, się rozwiedli. Co prawda u Lily sytuacja była nieco bardziej pokomplikowana, bo z trudem nazywała Mary Oldisch swoją matką, a Caroline również do końca nią nie była (o Rachel nawet nie chciała wspominać), a Mary nie miała tak patchworkowej rodzinki, ale jednak jakieś podobieństwo istniało. To nie było do końca tak, że oprócz koloru włosów (w dodatku nie do końca realnego u Mary) nie miały ze sobą nic wspólnego.
McDonald nie zwracała na nią uwagi. Nie zdawała się też ani trochę przerażona ani chociaż zaniepokojona tym, co może się z nimi teraz stać. Tu już nie chodziło tylko o to, że napadły na siebie nawzajem, ale o to, że zrobiły to na lekcji transmutacji, zignorowały jej polecenie, nie wykonały projektu, który został im przyznany w formie kary za poprzednią napaść i uszkodziły zaklęciami kilka rzeczy profesorki w klasie. To było naprawdę poważne. Mary w tej chwili powinna zainteresować się tym bardziej niż swoim złamanym paznokciem!
─ Czekamy na Doyle?* – spytała, sycząc z bólu od grzebania pomiędzy płytką a naskórkiem swojego kciuka.
Kiedy nie modulowała głosu, brzmiał on na bardzo niski. Evans spokojnie założyłaby się, że jej koleżanka została obdarzona altem, co wydawało się wręcz niewiarygodnie, zważywszy na to, że czasami piszczała bardziej niż Emmelina.
─ Wydaje mi się, że tę sprawę rozstrzygnie z nami McGonagall.
Mary wydała z siebie odgłos zniecierpliwienia.
─ Przysięgam, że jeśli zaraz łaskawie tu nie przyjdzie, to wychodzę – wybrzydzała. Lily sięgnęła po ciasteczko, leżące na talerzyku na biurku McGonagall, nie mogąc dłużej znieść tego marudzenia.
─ Wychodząc tylko pogorszysz swoją sytuację – ostrzegła ją ze stoickim spokojem. Sięgając po następne ciasteczko, przypadkiem popchnęła talerzyk i odsłoniła to, co – jak się okazało – próbował on zasłonić.
Leżało tam około pięciu plików papierów, spiętych spinaczami. Wszystkie poświęcone były jednej osobie – Liamowi Argentowi, ich nauczycielowi obrony przed czarną magią. Mary spojrzała na nią z zaskoczeniem i sięgnęła po kartki. Bez najmniejszego cienia krępacji zaczęła w nich szperać. Lily cała się spięła.
─  Nie powinnaś w tym grzebać.
─ Czy tylko ja mam wrażenie, że facet jest pedofilem? – zachichotała Mary, nic nie robiąc sobie z ostrzeżenia Lily.
─ Tak – odwarknęła, otaczając się ramionami. – To znajomy Dor. Chodził z Bertą i ponoć jest bardzo w porządku.
─ Według Dorcas każdy starszy mężczyzna jest w porządku. Skoro mówiłyśmy o preferencjach seksualnych Argenta, to u niej podejrzewałabym chyba gerontofilię.
─ Ja u ciebie w najlepszym wypadku podejrzewałabym kompleks niższości. Chociaż pretendujesz spokojnie na schizofreniczkę.
─ Masz coś do schizofreników? – parsknęła Mary, krzyżując ręce na piersi. – Powiem Jamesowi.
Przed oczami Lily momentalnie stanęła sylwetka May Potter i zrozumiała, że to porównanie było nie na miejscu. Przełknęła ślinę.
─ Nie, nie mam. Tylko mówię.
Mary prychnęła i wróciła do oglądania papierów. Co chwila parskała śmiechem, ale nie chwaliła się Lily, co tak niezwykle komicznego udało jej się znaleźć. Evansówna przez moment chciała stanąć na czatach, żeby ostrzec koleżankę o zbliżającej się McGonagall, co – miała nadzieję – przywołałoby ją do porządku, ale prawie natychmiast zmieniła zdanie.
Jak coś, to będzie na nią, pomyślała. Nie mogła pohamować uśmiechu, kiedy w wyobraźni zobaczyła wchodzącą McGonagall i spanikowany wyraz twarzy Mary. Och, to byłoby takie piękne.
  – Wiesz, ile on ma lat? – odezwała się nieoczekiwanie, unosząc spojrzenie znad dokumentów. – Niecałe dwadzieścia dwa. I ma już rozwód na koncie. Szybki facet. I dziwny. W dodatku…
─ …w jego szafie zamiast ubrań wisi kilka trupów – dokończył wilk, o którym mowa.
Liam Argent stał w drzwiach, podtrzymujących się o ich framugę i robił przy tym bardzo pedagogiczno-moralistyczną minę. Lily spodziewała się, że Mary upuści papiery z zaskoczenia albo przeprosi czy chociaż się zmiesza, ale po raz kolejny nie trafiła z reakcją koleżanki. McDonaldówna w dalszym wciągu wpatrywała się w jego papiery, kiwała głową, jakby do siebie i szeptała coś w stylu: „pieprzona suka”.
Profesor nie był wcale zgorszony jej zachowaniem. Zbliżył się do dziewczyn, stanął za nimi i rozłożył ręce, jedną sadowiąc na oparciu krzesła Lily, a drugą – Mary. Musiał odchrząknąć kilka razy, zanim wila odłożyła jego dokumenty z powrotem na katedrę, a gdy już to zrobiła, to ponownie w sposób ekstrawagancki i lekko ordynarny – cisnęła papierami o biurko, jakby z wściekłością.
─ Czy mogę wiedzieć, co wy, u diabła, robicie? – spytał łagodnie Argent. Mary wzruszyła ramionami.
─ Może pan nam powie.
Mężczyzna spojrzał na nią z naganą. Mary podtrzymała jego wzrok, swoje spojrzenie przepełniając rozczarowaniem, złością i pochopnymi oskarżeniami.
─ Pani Doyle nie ma? – spytała Lily, chcąc rozładować napiętą atmosferę.
Argent przeniósł na nią wzrok.
─ Przykro mi to mówić, ale pani Doyle została zwolniona – wyjaśnił, tym samym luźnym, spokojnym głosem. Lily przez sekundę wydawało się, że siedzi przed psychiatrą, a nie swoim nauczycielem.
─ Szokujące – mruknęła Mary. Argent zignorował tę uwagę.
─ Nie wywiązywała się ze swoich obowiązków należycie.
Lily przyznała mu cicho rację – raz, kiedy skierowano ją do pani Doyle, zastała ją grającą sama ze sobą w Eksplodującego Durnia. Nie słuchała jej wtedy w ogóle.
─ Znajdziemy jej ciało w tej pana szafie? – spytała bezczelnie Mary. Liam roześmiał się z trudem.
─ Przezabawne.
Zapanowała cisza.
─ Gdzie właściwie jest profesor McGonagall? – spytała cicho Lily. Mary wywróciła oczami, jakby zadała naprawdę idiotyczne pytanie.
─ Z tego, co wiem, to odpowiada właśnie twojej matce, Mary.
Dziewczyna pokiwała głową, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi.
─ Zamieniliśmy się gabinetami… pewnie zauważyłyście już różnice.
Oprócz ciastek i dokumentów Argenta Lily nie dostrzegała żadnej różnicy.
─ W każdym razie… a propos was… to musimy porozmawiać o waszej karze, co nie?
─ Pan będzie z nami rozmawiał? – odezwała się Mary, równie obcesowo jak za każdym poprzednim razem.
─ Tak – pokiwał głową. – Tak zdecydowaliśmy.
 ─ Nie rozumiem.
─ Obydwie macie już szlaban, miałyście także zadanie, którego nie wykonałyście. Oprócz chłosty u pana Filcha nie przychodzi mi do głowy żadna inna kara. Od dwudziestu lat nie stosuje się tu już jednak przemocy.
─ Czyli się nam upiecze? – niedowierzała Lily. Argent parsknął śmiechem.
─ Tak dobrze to nie ma. Będziecie musiały chodzić do mnie zajęcia.
Lily i Mary wymieniły skonsternowane spojrzenia.
─ Zarówno ja, jak i Mary, chodzimy już przecież na obronę.
─ Nie o to chodzi – Argent padł na swoje krzesło zza katedrą, przeprasował ręką swoje dokumenty i schował je do szuflady. Kilka razy ciężko westchnął, jakby nie wiedział, od czego zacząć. McDonaldówna przyglądała mu się tak uważnie, że niemal nie mrugała. ─ Z panią Doyle większość z was prowadziła rozmowy, prawda? No cóż, my będziemy robić dokładnie to samo, ale regularnie. Chodzi o to, że…
─ Kto to wymyślił? – przerwała mu natychmiast Mary.
Liam wcale nie wyglądał na zaskoczonego jej nagłym wybuchem.
─ Wasza grupa powstała z inicjatywy pani Elizabeth Nass.
─ Wiedziałam! – jęknęła Mary, przekonana, że jeszcze nigdy nazwisko matki tak jej nie dobiło. – Kazała panu mnie pilnować, prawda? Mnie i… ─ urwała, przypominając sobie najwyraźniej, że w gabinecie była jeszcze Lily. ─ …innych.
─ Powiedziała, że martwi się o ciebie, Mary – odparł. – Że zrobiła wszystko, co tylko mogła – posłała cię do Francji, przymusiła do spędzenia czasu z Rowle’ ami… oddaliła od niebezpiecznych znajomych. Że to ostatnie, co może dla ciebie zrobić.
─ Tak powiedziała? – spytała retorycznie Mary, kiwając głową. ─ Niech pan przestanie kręcić. Widziałam dobrze w tych aktach, co na pana ma. Może pan sobie ją znać i wierzyć, że się o mnie martwi… jednego nie jestem jednak w stanie zrozumieć – jakim cudem Dumbledore w ogóle na to poszedł? Czy ta szkoła ma nieograniczony budżet?
─ Dostał na to fundusze – uciął jej Argent (─ Wszystko jasne – powtórzyła Mary.) – I zgadza się, co do tego, że potrzebujecie takich zajęć. W każdym miesiącu mamy kolejne ofiary wojenne, często są to krewni naszych uczniów. Jednym łatwiej jest się z tym uporać, a innym… ciężej. I nie myśl, że będziesz tam sama, Mary. Możesz w to nie wierzyć, ale parę osób zgłosiło się do udziału dobrowalnie. Kto wie, może tobie i pannie Evans uda się osiągnąć dzięki temu porozumienie?
─ Może – mruknęła jadowicie Mary, wstając z krzesła. Było to najwyraźniej o wiele za dużo na jej nerwy, bo po słowach Argenta, kiedy i gdzie mają się spotkać (poniedziałek o szóstej), wybiegła z klasy, nawet nie mówiąc „do widzenia”.
VIII
Z chwilą, gdy Sue Renner przestała opowiadać całe zdarzenie, Larissa wróciła, ciągnąc za sobą Liesel. Zwykle szalała z wściekłości, gdy ktoś miał odwagę opuścić spotkanie, ale teraz wyglądała raczej na podnieconą niż wytrąconą z równowagi.
Może chce urządzić tutaj dla niej jakieś tortury, pomyślała A.B. Norton i puściła perskie oko w kierunku Sary Stimpson. Obydwie nie przepadały bowiem za Liesel – wydawała im się okropnie roztargniona, niemądra i wcale w ogóle nie ekscytowała się, gdy temat plotek schodził na Jamesa lub Syriusza. Słowem – nie spełniała podstawowych wymagań Piękności, dlatego właśnie spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem i dalszym traktowaniem.
Larissa zanuciła You’ve got a friend Carole King, co było chyba aktem solidarności z Liesel, bo ta przyłączyła się do nucenia, po chwili już na głos wyśpiewując tekst. Lekko fałszowała:
Winter, spring, summer or fall, all you have to do is call…
─ Dobra, dobra, ja też to znam – przerwała jej obcesowo Summer Blake. – Dlaczego nie przyszłaś na dzisiejsze spotkanie?
─ No, dlaczego tego nie zrobiłam, Larissa? – spytała prefekt naczelną, która pogłaskała ją po głowie, tak poczciwie, jakby Liesel była jej ukochanym kotem Glimmerem.
─ Liesel się spisała – przyznała. Mówiąc to, wyrwała z rąk Rachel szkatułkę z jedynymi smacznymi cukierkami w tym pomieszczeniu (czyli takimi, które nie zostały sztucznie połączone z eliksirem z odżywką do paznokci) i pozwoliła jej zjeść wszystko.
─ Nie martw się – pójdzie w cycki – obiecała, pakując do ust Liesel łakocie. Dziewczyna z trudem je przełknęła.
Rachel skrzywiła się na ten widok. Przyzwyczaiła się do tego, że to ona i Summer były ulubienicami Larissy.
─ Niby dlaczego się spisała? – spytała Sally, która także nie pałała sympatią do osoby Liesel.
─ Po pierwsze, udało mi się podejrzeć cały przebieg korepetycji Syriusza i Meadowes – wyznała spóźnialska, uśmiechając się tryumfalnie – a po drugie, wracając do wieży Gryffinodru, zauważyłam Jamesa Pottera, podążyłam jego śladem i podsłuchałam calusieńką rozmowę jego i Evans. To wszystko działo się podczas naszego spotkania.
Caitlin wrzasnęła z uciechy.
─ Nie zsikaj się, Caitlin, ale kiedy znalazłam Liesel, pokazała mi ona dokładnie Jima i Evans – całowali się tak, że myślałam, iż rozerwą sobie nawzajem paszcze – odparła Larissa, która nagle zapomniała o tym, że pół godziny temu miała po dziurki w nosie tematu „Jily”.
─ A co z Doriuszem? – spytała Kylie Migean, która zaangażowała się w kibicowanie tej pary, niemal tak bardzo jak Caitlin.
─ Oni nie – pokręciła głową Liesel, uśmiechając się przy tym łobuzersko. ─ Ale wygląda na to, że Syriusz ma rywala.
Zapanowało milczenie. Dorcas była oczywiście bardzo atrakcyjną dziewczyną, przynajmniej jeśli chodzi o wygląd, ale po tym, jak zaczęła spotykać się z Syriuszem, żadna z Piękności nie podejrzewała, że może kiedykolwiek spojrzeć zalotnie na jakiegokolwiek innego chłopaka. Zwykle dziewczyny po zerwaniu z Blackiem lub Potterem zasilały szeregi Piękności, ewentualnie zamykały się w sobie i podupadały, ostatecznie zamieniając się w kopię czternastoletniej Krągłej Emmeliny Titanic, zanim jeszcze ta wzięła się w garść i została Miss.
Ale kto powiedział, że Dorcas Scarlett Meadowes ma w sobie coś ludzkiego?
─ Och, przestań mącić i opowiadaj, o co chodzi – zażądała Rachel Sommers. Liesel uśmiechnęła się do niej słodko.
─ Od czego zacząć?
─ JILY! – ryknęła Caitlin. Larissa skrzywiła się.
─ Przysięgam, Caitlin, że z dnia na dzień coraz bardziej przypominasz małą, irytującą kapucynkę, którą z chęcią oddałabym do zoo – oświadczyła, wzdrygając się teatralnie. – A poza tym, to do mnie na leży decyzja. Jestem ciekawa tego chłopaka Meadowes, więc proszę cię – najpierw korepetycje.
Liesel nie śmiała sprzeciwić się przewodniczącej.

13 stycznia
Dorcas Meadowes zawsze była osobą emocjonalną. Zdarzało jej się wylewać morza łez, by zaraz potem śmiać się do rozpuku, i na odwrót. Jej wieczne huśtawki uczuciowe czy skrajna egzaltacja dawno przestały budzić zdziwienie wśród jej znajomych, a raczej owocowały rozbawieniem i pobłażliwością. Wszyscy wiedzieli, że taka właśnie jest Dorcas – niepokój przeżywa jak chorobliwy strach, drobne niepowodzenie jak wyrok śmierci, chandrę jak daleko posuniętą depresję. Kiedy tęskniła, to usychała jak kwiat pozbawiony światła. Kiedy pragnęła, to każdym włókienkiem duszy. Kiedy nienawidziła, to zdawała się palić w wewnętrznym ogniu, rozpalonym przez jej duszę. Kiedy kochała, to do grobowej deski. Natomiast kiedy panikowała, występował u niej zespół kilku nietypowych objawów fizjologicznych, do których należały:
Przed korepetycjami – na uspokojenie
Dorcas Scarlett Meadowes
1.       Zabrać krem i chusteczki nawilżające do rąk, kiedy moje ręce zmienią się już w dwa aktywne hydranty,
2.       Związać włosy w koka tak ciasnego jak McGonagall, żeby ich nie dotykać i nie rwać, i żeby nie dopuścić, by Black przypadkiem/nie przypadkiem odgarnął mi je za ucho,
3.       Przywiązać się do krzesła, żeby w razie nawrotu Zespołu Niespokojnych Nóg, nie uciec z biblioteki/piętra/szkoły/terenu szkoły/Szkocji/Wielkiej Brytanii/Europy/szerokości północnej/świata,
4.       Ubrać okulary zerówki, żeby nie trzeć oczu,
5.       Zdjąć krawat, medaliki, łańcuszki, chustki, apaszki, bandanki, inne ozdoby szyi, by się nie udusić,
6.       Wziąć pigułki na ADHD, które podwinęłam z domu Evansów,
7.       Kazać Luke’owi być w bardzo bliskim sąsiedztwie ławki mojej i Blacka, żeby w razie co, dał mu minimum z trzech sierpowych,
8.      Schować różdżkę na dnie torebki i kazać Marley zawiązać ją na super-nierozwiązywalny węzeł, żeby potem nie móc go rozwiązać i wkurzyć Blacka,
9.       Zrobić sobie herbatkę z melisą.
Dor wykonała większość z tych rzeczy (dobrze, pigułek nie wzięła, bo Lily przyłapała ją na gorącym uczynku i urządziła makabryczną spowiedź, skąd ona, u licha, wytrzasnęła mugolskie tabletki na zespół nadpobudliwości psychoruchowej) i teraz siedziała, przywiązana nogami do krzesła, biedna, smutna, spanikowana i pijąca herbatkę z melisą i rumiankiem. Luke miał zajęcia z teorii magii,  a Dorcas – w dużej mierze dlatego, że nie wiedziała, iż takie zajęcia w ogóle istnieją – zmieszała się tym faktem na tyle, że nawet nie naciskała, by jej tu towarzyszył.
A to był błąd. Taki sam błąd, jak ten, jaki Marilyn Monroe popełniła rozwodząc się z Arthurem Millerem. Albo jaki popełniła jej kuzynka Berta, kiedy na swoje przyjęcie zaręczynowe zamówiła dekoracje z kalii, a nie z amarylisów, jak proponowała jej Dorcas.
Syriusz spóźniał się już dwie minuty i pięćdziesiąt cztery sekundy.
Pięćdziesiąt pięć.
Sześć.
Siedem.
Meadowes wydała z siebie jęk czystej desperacji, wstała gwałtownie z krzesła i – nim przypomniała sobie, że ma związane nogi – padła jak długa, obijając sobie kolana. Przed tym, jak rozległ się tak klasyczny do podobnych sytuacji chichot młodzieży hogwarckiej, ktoś chwycił ją w pasie, jednym ruchem rozwiązał śmieszny supeł krępujący jej kostki i usadowił ją z powrotem na krześle.
Był to osobnik o ciemnych oczach, ciemnych, kędzierzawych włosach i oliwkowej karnacji, z daleka przypominający trochę Latynosa, a z bliska Lucyfera.
─ Pieprznęło cię, Meadowes? – zapytał Black, łapiąc za uszko kubka i samemu upijając kilka łyków herbatki z melisą i rumiankiem. Przełknąwszy ciecz, skrzywił się cały. ─ Są szybsze samobójcze metody niż upadek z krzesła.
─ Kilka chwil temu nie chciałam się zabić – mruknęła, rozmasowując sobie łokcie i kolana. ─ Teraz nie wydaje mi się to takie straszne.
Syriusz prychnął. Kiedy padł na krzesło naprzeciw niej, Dorcas doszła do jednego, bardzo ważnego wniosku – jej korepetytor był ranny. Miał opatrunek na ręce, ledwo się poruszał i chyba jeszcze nigdy nie widziała u niego tak złego humoru. W sumie, jak sięgała pamięcią, to Black zawsze albo tryskał entuzjazmem, albo robił głupie, nieprzewidywalne rzeczy, albo się wściekał. Ale nigdy nie był przygnębiony jak teraz. Nigdy.
 ─ Co ci się stało? – zapytała, teraz już szczerze zaniepokojona.
Jeśli spodziewała się, że Syriusz opowie jej dokładnie, co takiego mu się przytrafiło, albo chociaż odpowie coś poważnego, to musiała doznać okropnego rozczarowania:
─ Zostałem napadnięty w obronie niewiasty, a dobił mnie twój anioł stróż, który obecnie straszy panią Norris, czatując drzwi od biblioteki.
─ Mój anioł stróż, o czym ty w ogóle… ─ Dor urwała. W jednej chwili podniosła się z krzesła (tym razem nie przewróciła się, bo nie miała już związanych kostek) i wychyliła się na tyle, żeby wzrokiem móc dosięgnąć drzwi.
Był tam. Patrzał na nią i uśmiechał się pokrzepiająco.
─ Luke – ucieszyła się i pomachała do niego serdecznie.
Nie mogła uwierzyć, że jednak się pojawiał! Że uciekł z teorii magii, czy jakkolwiek to się nazywało, dla niej, żeby tylko uchronić ją przed nieprzewidywalnym (i rannym) Syriuszem Blackiem. To było… tak słodkie, że Dor nawet nie obchodziło, że dobił (cokolwiek to miało znaczyć) rekonwalescenta, jeśli Blacka można w ten sposób określić.
─ Przestań cudaczyć, Meadowes i siadaj z powrotem na miejsce. Nie mam dla ciebie całego dnia – wydukał Syriusz, co chyba miało zabrzmieć agresywnie.
Dor puściła jeszcze oczko do Luke’ a i posłusznie wróciła na swoje miejsce, czując się o niebo bezpieczniej. Niby nic się nie zmieniło – wciąż siedziała na korepetycjach, wciąż miała je z rozdrażnionym, ale w dalszym ciągu nieprzewidywalnym Syriuszem Blackiem, i wciąż zawalała obydwa ze swoich dwóch przedmiotów. Jednak nie robiło to już na niej tak piorunującego wrażenia.
W końcu, ludzie, to tylko korki. W bibliotece. Co Black może tutaj w ogóle zrobić?
─ Przestań się szczerzyć – warknął. – Uwierz mi, mam multum ciekawszych rzeczy do roboty niż tkwienie tutaj z tobą i wysłuchiwanie twojego żółtobiego trajkotu o kompletnie niczym.
─ Możesz na przykład zaczepić następnego gościa, który spuści ci łomot i złamie drugą rękę? – posunęła Dor. Syriusz spojrzał na nią ze zmęczeniem.
─ Takie uwagi raczej nie sprawią, że podniesiesz się z transmutacji, Meadowes. Weź pod uwagę, że mogę nafaszerować cię fałszywymi informacjami.
─ I tak mnie niczego nie nauczysz – prychnęła. – A zresztą, McGonagall twierdziła, że też będziesz z tego rozliczany.
─ Powiem, że jesteś beznadziejną jednostką. Wyprułem  flaki, a i tak niczego cię nie nauczyłem. Nie sądzę, żeby McGonagall mi nie uwierzyła.
─ A co z tobą, hę? McGonagall twierdziła, że Dumbledore jest bliski usunięcia cię ze szkoły.  Dlaczego wagarujesz? – wyrzuciła z siebie Meadowes, wykonując oskarżycielski ruch placem wskazującym.
─ Ty też wagarujesz – zauważył trzeźwo. – Sprout wywaliła cię z klasy, bo przez cały rok nie widziała cię na jej zajęciach.
─ Widziała! – wybuchnęła Dor. – Chodziłam… czasami. Ja… och, po prostu nie pamiętam swojego planu, w porządku? Nawet nie wiem, kiedy jest zielarstwo.
─ Masz trzy przedmioty! Jak MOŻNA nie zapamiętać TRZECH godzin?
─ Transmutacja i zaklęcia są trzy razy w tygodniu, a zielarstwo dwa. To razem sześć godzin.
─ Osiem.
─ To nieistotne!
Black wywrócił oczami. Naprawdę nie miał dzisiaj humoru. Z rezygnacją sięgnął po swoją torbę. Penetrował ją przez dłuższą chwilę, aż w końcu wyciągnął cały swój transmutacyjny ekwipunek – różdżkę, podręcznik i… kłodę.
Dorcas aż cofnęła się z krzesłem pod ścianę.
─ C… co to jest? – spytała. Głos jej zadrżał.
Syriusz westchnął ciężko.
─ To jest…
─ …kłoda.
Nie.
─ Nie?
─ Nie.
Dorcas spojrzała na niego bez zrozumienia.
─ To błotoryj. Takie zwierzątko, które bez ruchu do złudzenia przypomina kawał drewna. Kiedy je dotkniesz, to się zmieni. Spróbuj.
Dorcas nie spróbowała.   
─ Totalnie mnie wrabiasz –prychnęła Dor. – Jak to dotknę, to moją skórę pokryje straszna wysypka? Taki budyń, jaki dzisiaj Mary zafundowała ciuchom Lily? Trąd?
─ Nie.
─ Oślepi mnie to?
─ Właściwie to obiecałem Hagridowi, że wytransmutujesz dla jego zwierzaczka ładne ubranko. Pomyślałem, że to twoje klimaty, wiesz? Jeśli jednak stracisz przy tym wzrok, to nie ponoszę za to żadnej odpowiedzialności.
Dorcas nie połknęła haczyka. Dobrze znała poczucie humoru swojego kolegi – mógł przygotować niewiadomo jak sprzedajną historyjkę, byle tylko zrobić z niej pośmiewisko przed Lukiem i całym Hogwartem. Meadowes nie miała zamiaru dać się na to nabrać.
─ Nie, nie zrobię tego.
Wyraz twarzy Syriusza diametralnie się zmienił. Nie był już taki łagodny i opanowany, ale raczej niedowierzający i lekko podirytowany.
Skrzywił się, cisnął swój podręcznik z powrotem do torby, a różdżkę schował za pazuchę. Meadowes zmarszczyła brwi.
─ Gdzie ty idziesz?
─ Nie będę przeszkadzał ci w obściskiwaniu się z Davisem – oświadczył chłodno. – Rozumiem teraz, jakie masz o mnie zdanie. Nie będę się narzucać.
Dorcas ze zdumieniem obserwowała, jak czarnowłosy chłopak oddala się, a w końcu znika za drzwiami biblioteki. Przełknęła głośno ślinę.
Zbliżyła rękę do kłody. Musnęła ją ledwie palcem, ale to wystarczyło.
Kawał drewna natychmiast przybrał formę błotoryja.

***
Lily siedziała na schodach Wieży Astronomicznej i kreśliła na ręce kilka krzyżyków. Z każdym muśnięciem palca, przez jej zmarzniętą dłoń przechodził niemiły dreszcz, ale Lily nie miała pewności, czy to dlatego, że tej nocy brzydziła się sobą do tego stopnia, iż dotyk jej samej stał się nieprzyjemny, czy też z przyczyn tak prozaicznych jak zimno i dziwna reakcja jej organizmu na łaskotanie.
Jej myśli błądziły niczym chmury, które tej nocy pojawiały się i przynosiły grad wystukujący nierówny rytm o spadzisty dach wieży, a potem znikały, pozostawiwszy po sobie tylko gradziny na parapecie. Myśląc, analizowała całą swoją sytuację i starała się przedstawić ją w samych superlatywach, lecz niezbyt jej to wychodziło. Odtwarzając w myślach ostatnie wydarzenia, popadała w otchłań własnych rozważań, zapominając o bożym świecie. Poszczególne wspomnienia w jej głowie motały się jak niespójny film z bardzo głupiutką główną bohaterką i wcale nie chciały połączyć się z realnymi zdarzeniami i z realną Lily.
Dziewczyna znajdywała się więc w specyficznym stanie ducha, czymś pomiędzy chandrą, zadumą i nostalgią za dotychczasowym, bezproblemowym życiem. I nic nie mogło jej z tego stanu wyrwać. Żadne uczucie – ni to zimno, ni to smutek, ni to samotność. Jedyną przerwę – co prawda nie przynoszącą kresu temu stanowi ducha, ale jednak przypominającą o otaczającym ją świecie –  stanowiły kolejne fale wyrzutów sumienia, które – jakkolwiek tłumione przez całe dwa tygodnie – teraz atakowały ze zdwojoną siłą.
Zarobiła szlaban za kłótnię z Mary.
Zdała Dorianowi relację z całego swojego życia, jakby nie była już wystarczająco żałosna.
Praktycznie zaatakowała Mary podczas ich wspólnego odpracowywania projektu, a z rzetelnych relacji Dorcas dowiedziała się, że wyglądało to jak scena z Coronation Street:
─ No, wiesz… wtedy, kiedy Peter pobił się z tym gościem, co podobał się Lottie, jak oglądałyśmy powtórki w Boże Narodzenie.
Rodem z Coronation Street całowała się również z Jamesem – i w Sylwestra, i w Wigilię. Bardzo świątecznie.
Potem zaangażowała się w niemoralny związek z tą samą osobą, zwodząc ją, by uporządkować własne uczucia.
Po drodze namieszała w życiu swojej przyjaciółki i zdecydowała się na przekręt, zamiast z honorem pójść do McGonagall i powiedzieć, że niczego się nie nauczyła i że to sprawiedliwe, by wyrzuciła ją z grupy dla zaawansowanych.
Póki co tak wyglądał jej rachunek sumienia.
Chłodny wiatr rozdmuchał jej włosy, które unosząc się połaskotały jej policzek. Nie była z siebie dumna, a szczerze powiedziawszy, nie poznawała samej siebie. Minęły prawie dwa tygodnie od jej powrotu do Hogwartu, a narobiła już tyle głupot, że nie miała pojęcia, jak teraz to wszystko wyprostuje. Obawiała się, że ten rok zmieni jej dotychczasowe poukładane życie, zupełnie jak sztorm, który nieoczekiwanie atakuje spokojne morze, zatapiając wszystkie statki.
Przegięła dzisiaj z Mary. Właściwie to przegięła już pierwszego dnia, kiedy pokłóciła się z nią na uczcie, gdy tamta przeglądała ten okropny album i zaczepiała wszystkich dookoła. Być może całe jej zachowanie było sporym przegięciem, bo McDonaldównę skreśliła praktycznie na starcie, odnosiła się do niej jak do śmiecia i kompletnie spychała ze świadomości fakt, że ta sama znienawidzona przez nią wila, kiedyś bardzo się z nią przyjaźniła. Mogła spróbować naprawić ich relację, zrozumieć, że Mary jest po prostu zazdrosna i przestać na złość jej bawić się Jamesem.
Skoro o nim mowa, to absolutnie nie powinna pozwolić na to, co z nim wyprawiała przez ten krótki, wariacki tysiąc dziewięćset siedemdziesiąty siódmy rok. Ich schadzki w schowkach na miotły, jej prowokacje i bawienie się jego kosztem – to wszystko wyszło przypadkiem i niespecjalnie. Zdawała sobie sprawę, że jej wymówki coraz bardziej tracą na jakości i chyba nikt o zdrowych zmysłach już w nie nie wierzy, ale teraz wymyślała je raczej dla siebie samej, aby uspokoić sumienie, niżeli dla innych. 
Lily czuła się bardzo samotna, a powrót bliskich jej w przeszłości osób, takich jak Dorian, Mary czy Chase, jedynie spotęgował i wzmocnił to uczucie. Jednocześnie gnębiło ją zagubienie, niepewność, komu z nich może zaufać, a komu nie. Wzięła też na siebie zapoznanie Chase’ a z Hogwartem, mimo że rozmawiała z nim raptem trzy razy, odkąd przywitał progi tej szkoły, i teraz miała wrażenie, że jest straszną ignorantką i że myśli jedynie o sobie samej, jak kiedyś zarzucił jej Potter.
Nieodpowiedzialność, lekkomyślność, zabawa cudzymi uczuciami, nieufność i łatwowierność, zagubienie, tęsknota, smutek i samotność, i jeszcze wiele innych, depresyjnych emocji - to wszystko – wymieszane razem w jeden, nieznośny zespół – przełożyło się na jej zachowanie. Nie głupie hormony, jak usilnie próbowała sobie wytłumaczyć. Dotychczas świetnie szło jej twarde stąpanie po ziemi, oschłość, powściągliwość i dystans od bliskich, ale teraz, z dnia na dzień, robiło się to coraz trudniejsze i trudniejsze, tak że Lily bliska była wyzbycia się wszystkich swoich ograniczeń i barier, i puszczenia się naprzód, bez bezustannego zastanawiania się nad przyszłością i przeszłością.
Chciała tak zrobić.
Naprawdę chciała.
Ale nie mogła.
Nie była w stanie.
I czekała aż ktoś jej w tym pomoże.
─ Masz minę, jakby Mary McDonald została królową Anglii.
Z zamyśleń wyrwał Lily znajomy, aczkolwiek dawno nie słyszany głos. Poderwała głowę, serce przez chwilę przestało jej bić, dopóki nie połączyła barytonu z lekko szkockim akcentem z dobrze jej znaną personą rozczochranego okularnika. Oblizała nerwowo wargi i spuściła wzrok, odwracając głowę w przeciwną stronę.
Bardziej od faktu, że została tu znaleziona, zdumiało ją to, iż James zaczął znów z nią rozmawiać. Wygląda na to, że znalazła panaceum na wszelkie spory z Potterem – wystarczyło jedynie zaatakować Mary McDonald. Cóż, to nie wydawało się trudne czy nieprzyjemne.
─ A czuję się gorzej – przyznała i odważyła się spojrzeć w jego kierunku.
Lustrował ją spojrzeniem tak uważnym, tak przeszywającym, jakby chciał doczytać się z wyrazu jej twarzy wszelkiej prawdy o życiu, wszystkich rzeczy w nim najważniejszych i najgorszych, a przede wszystkim jakby próbował w tym momencie zagłębić wszystkie tułające się po jej duszy fakty, wspomnienia i informacje, i jakby pragnął uczynić z tego pożytek i dla siebie, i dla niej.
Tak zapewne pomyślałaby i Lily, gdyby urodziła się z dostateczną dawką romantyzmu i ckliwości. Ale się nie urodziła.
Według Lily więc, James patrzał się na nią tak, jakby chciał sprowokować ją do – niesłusznych, w jej mniemaniu – przeprosin. A że miała już dość kolejnych przypływów wyrzutów sumienia, postanowiła zająć swój umysł uczuciem prostszym i mniej bolesnym – rozdrażnieniem.
─ Rozmawiasz ze mną? – zainteresowała się, niedbale odrzucając rudawe pasma włosów za ramię.  ─ Co za miła odmiana. 
─ Usłyszałem od Łapy i Meadowes, że zaczynałaś się  już nieźle nami niepokoić, księżniczko – mrugnął do niej porozumiewawczo. Lily aż rozdziawiła usta z oburzenia. ─ Więc voila – oto jestem. Cały twój.
─ Wcale nie chcę, żebyś był mój – wywróciła oczami z pretensją – ani w całości, ani w ułamku.
─ Ale nie chcesz też, żebym był Mary – zauważył z satysfakcją, wedle swojego zwyczaju zarzucając jej ramię przez barki. Lily nawet nie zauważyła, kiedy chłopak wspiął się po schodach i znalazł się na Wieży, siadając tuż obok niej.
─ Jesteś niezwykle chętny do oddawania się każdemu, nie sądzisz?
─ Aż rwiesz się do irytowania się z tego powodu, nieprawdaż?
Lily prowokacyjnie zasłoniła dłońmi uszy.
─ Wiem, do czego zmierzasz – zakomunikowała, wydymając usta. – Ale nie uda ci się mnie sprowokować. Uodporniłam się na ciebie. Jeśli o mnie chodzi, to możesz sobie stąd pójść, zerwać z tą głupią tradycją bezustannego pocieszania mnie i przy okazji może jeszcze powiesić się na Wierzbie Bijącej – prychnęła, odsuwając się od niego jak najdalej tylko mogła.
─ Jeszcze raz – nie ustępował. – Jestem Jamesem Potterem, przyszedłem skrócić twoje bezustanne opłakiwanie mego braku przy twoim boku. Cześć, Mądralo.
─ Cześć, Paskudo – zripostowała Lily. ─ Jestem Lily Evans, nienawidzę osób w twoim pokroju, nie mam zamiaru podtrzymywać z tobą tej żałosnej wymiany zdań…
─ Księżniczko… ─ przerwał jej z u uśmiechem James, podnosząc ręce na znak pokoju. Lily wzburzyło to jeszcze bardziej:
─ Jeśli ponownie bierze cię na zgrywania rycerza na czarnym koniu, to ta księżniczka wstąpiła do klasztoru.
James westchnął teatralnie.
─ Wiesz… bez trudności nie ma sukcesu. Zawsze muszą być jakieś przeszkody. Mam nadzieję, że grzeszna będzie z ciebie zakonnica.
Lily prychnęła. Z jednej strony nie chciała widzieć go na oczy, a z drugiej nie miała siły dłużej się z nim kłócić. Irytacja słabła z każdą sekundą, a ustępowała lekkiemu rozbawieniu, co potęgował fakt, że James przyjął minę, przypominającą trochę łaszącą się do niego Mary – a mianowicie, wydymał usta, spoglądał na nią zalotnie i machał rzęsami średnio pięć razy na sekundę.
Chcąc się z nim jeszcze podroczyć, Lily głośno westchnęła i odparła:
─ Mogłeś się o tym przekonać jeszcze dzisiejszego poranka. Wybrałeś moją wilo-kopię. Wybacz.
─ Chciałaś się ze mną pogodzić tylko dlatego, że miałaś ochotę na niemoralne rzeczy – zauważył z błyskiem oku i z głupim uśmiechem. Lily nie miała pojęcia, czy to dlatego, że nazwała Maty swoją „wilo-kopią” czy po prostu chłopak urodził się z takim głupawym wyrazem twarzy. – A kim ja jestem, żeby naruszać twoją nietykalność osobistą? Lepiej poproś o to swojego chłopaka.
─ Dorian nie jest moim chłopakiem – warknęła, o wiele zbyt ostro, niżeli by chciała. Z nieznanych jej przyczyn wytknięcie Jamesa niezwykle ją dotknęło. ─ To znaczy… nie nazywaj go tak. Nie nazywaj go tak, nie używając czasu przeszłego. Po prostu… nie.
Wzrok Jamesa, wyjątkowo bardzo czytelny i oczywisty, wyrażał różne emocje po tym wyznaniu – przede wszystkim rozbawienie, na dalszym planie zdziwienie i ulgę.
Przez pewną chwilę, Lily wydawało się, że się udało. Sądziła, że udobruchała go niezbyt przychylnym odniesieniem się do Doriana i wszystko pójdzie już jak z płatka, ale po raz kolejny zapomniała, że rozmawia z osobą stricte nieobliczalną. 
─ Wiesz, skarbeńku – zacmokał, ścigając ramię z jej barków – nie myśl, że nie wierzę ci na słowo, ale jeśli naprawdę chcesz mi pokazać, jak bardzo na Chamberlainie ci nie zależy, to po prostu zerwij z nim kontakt – uśmiechnął się lubieżnie, zbliżył się do niej ponownie i, muskając uprzednio jego płatek, wyszeptał jej do ucha: „Wtedy będę baaaardzo zadowolony.”
Lily szturchnęła go łokciem w bok, a Potter posłusznie się odsunął. Miał zadowoloną z siebie minę, co przelało szalę goryczy. Znowu bawi się w stawianie warunków!, oburzyła się Gryfonka. To po prostu oburzające, zważywszy, że Lily upokorzyła się już wystarczająco, latając za nim przez te ostatnie dni, tak jak… tak jak on latał za nią za każdym innym razem!
Oczekiwanie od niej, że nie zrobi tego projektu, a jednocześnie nie zaliczy transmutacji i zostanie wyrzucona z grupy owutemowej, to stanowczo zbyt wiele. Nie chodziło jedynie o to, że w tej sprawie był okropnie egoistyczny, ale bardziej o to, iż miał w tym uprzedzeniu do Doriana swoje własne powody, w które zamieszana była w dodatku Mary. Bardzo jej się to nie podobało. Jakby tego było mało, Macdonald kiedy tylko mogła rzucała sugestywne uwagi, chcąc uświadomić jej, Lily, jak bardzo nie zna ona Jamesa, a jak bardzo jest on blisko z wilą. Na spotkaniu prefektów dwa dni temu Lily dowiedziała się, że Luke Davis wciąż szuka partnera do projektu i w najgorszym wypadku Evans mogła dołączyć się do niego, a nie do Doriana, ale nie miała zamiaru ulegać, dopóki nie dowie się, o co w tym wszystkim chodzi.
Gdyby James okazał zrozumienie, przestał naciskać i wytłumaczył jej czemu, u diabła, on, Chamberlain i Mary nienawidzą się wzajemnie, i gdyby te powody były sensowne, to Lily przypuszczała, że nie mogłaby patrzeć na Doriana w ten sam sposób i ostatecznie wycofała się z tego projektu. Szkoda, że Potter nie postrzegał tego w ten sposób.
─ Nie masz prawa żądać ode mnie czegoś podobnego.
─ Uważam tylko, że to niesprawiedliwe względem mnie, Evans – odparował James, krzyżując dłonie na piersi. – Robisz różne rzeczy ze mną, a na boku spotykasz się ze swoim byłym chłopakiem od siedmiu boleści.
─ Przecież mówiłam, że Dorian już mnie nie obchodzi – mruknęła zniecierpliwiona.
─ Ufam ci na słowo – przyznał, przejeżdżając opuszkiem palca po jej policzku – ale nie ufam temu pojebańcowi.
─ A ja nie ufam Mary! – odparowała. James zachichotał i pokręcił pobłażliwie głową.
To co innego.
─ Ty też spotykałeś się z Mary. Według mnie to jest dokładnie to samo – mruknęła, prychając. – Tyle tylko, że ja i Dorian nie mamy ze sobą nic wspólnego, a Mary wciąż jest w tobie cholernie zakochana.
James westchnął.
─ Nie jest we mnie zakochana.
─ Jest.
─ Uwierz mi – nie jest.
─ Mieszkam z nią, James. Nie masz pojęcia, co o tobie mówi. Dziewczyna świata poza tobą nie widzi.
Powiedziała to niemal z goryczą, co Potter przyjął dość entuzjastycznie – zachichotał i przyciągnął jej głowę do swojej piersi. Lily próbowała się wyrwać, ale James mocno objął jej szyję, po to, by zmierzwić jej włosy na czubku głowy. Dziewczyna mogła się założyć, że wygląda w tym momencie, tak jak okularnik lubił najbardziej – czyli jakby dopiero co zeszła z miotły.
─ Zazdrość naprawdę zmniejsza ci objętość mózgu, skarbie.
Nie jestem zazdrosna.
─ Nie – potwierdził przesadnie poważnie James i zachichotał irytująco.
Paskudny chłopak.
─ Unikasz tematu – zarzuciła mu. Jej głowa wciąż leżała na jego klatce piersiowej, przez co Lily mogła bezkarnie wdychać jamesowy zapach, bardzo przyjemny, jeśli miała być szczera. Lubiła jego perfumy, nawet powiedziała mu to raz czy dwa. Od tamtej pory zauważyła, że chłopak wylewał na siebie hektolitry tej swojej wody kolońskiej. To robiło się przerażające.
─ Mówiłem ci już, że Mary nie stanowi problemu.
─ Jestem odmiennego zdania.
James puścił ją i odsunął od siebie, żeby nawiązać z nią kontakt wzrokowy.
─ Ależ ty jesteś uparta.
─ Nie zaprzeczysz chyba, że ufasz Mary bardziej niż mnie – prychnęła, spoglądając na niego wyzywająco. James pokręcił głową na znak, że nie rozumie.
─ Nie masz przed nią tajemnic – stwierdziła beznamiętnie. – Za to mnie nie chcesz powiedzieć nawet, o co chodzi z Dorianem – Potter westchnął ciężko, przejeżdżając otwartą dłonią po twarzy – chociaż to mnie dotyczy.
─ To skomplikowane – odparł cierpliwie – ale, Lily – musisz mi zaufać. Dorian nie jest odpowiednią osobą dla ciebie, nie powinnaś…
─ Nie zrobię z nim tego projektu! – wyrzuciła z siebie, rozdrażniona pobłażliwym tonem Jamesa. Ten spojrzał na nią zaskoczony. Chciał coś powiedzieć, ale Lily natychmiast mu przerwała:
─ Załatwimy to po twojemu – zaproponowała, patrząc na niego zaczepnie. James jęknął. Lily kontynuowała, nie zważając na jego reakcję: „Zawrzemy wiązaną transakcję. Ja odmówię pomocy Dorianowi, a ty powiesz mi, dlaczego tak bardzo się nienawidzicie plus – czym twoja relacja z Mary różni się od mojej z Dorianem.
Okularnik wpatrywał się w nią bardzo długo, jednak jego spojrzenie było obecne, a więc Lily wątpiła, że moment ciszy poświęcił na rozważanie za i przeciw takiego rozwiązania. Wydawało jej się, że próbuje raczej odgadnąć jej powody do zawarcia takiej umowy, która zdaniem Evans była dość nieopłacalna, bo wymagała od Jamesa o wiele mniej, niż od niej.
─ Dobrze – powiedział wreszcie, dziwnie głębokim głosem. – Ale ty odmawiasz pierwsza.
─ Wykluczone! – zaprotestowała Lily. – Twoje słowo jest o wiele mniej warte od mojego. Ja stracę szansę na zdanie transmutacji, a ty nagle zmienisz zdanie i nic mi nie powiesz.
─ Czyn można odwrócić, a słowo nie – zripostował James. – Ja się tobie wygadam i nie będę miał żadnej gwarancji, że faktycznie zerwiesz kontakt z tym sukinsynem.
Lily wydała z siebie dźwięk zniecierpliwienia.
─ Zgadzam się, że jak już powiesz, to tego nie cofniesz, no chyba, że zaatakujesz mnie Obliviate. Zauważ jednak, że i ja nie mam gwarancji, czy nagle znowu nie zechce ci się do mnie nie odzywać.
─ Niby dlaczego miałbym się do ciebie nie odzywać? – spytał retorycznie.
─ A kto cię zrozumie? – odparowała.
James zachichotał.
─ Nie zrobię tego chociażby dlatego, że ze wściekłości niewątpliwie zabijesz Mary – jak dzisiaj próbowałaś – a tego bym nie chciał.
─ Dlaczego? – spytała chytrze.
─ Dowiesz się, gdy odmówisz Dorianowi – obiecał.
─ I znowu to robisz! – jęknęła. – Próbujesz wszystko kontrolować – ciągle i ciągle, i ciągle. Dlaczego mamy robić to po twojemu? Dlaczego mam ci znowu ulegać?
─ Ponieważ jesteś bardzo uległa, jeśli o mnie chodzi – zauważył, owijając kosmyk jej włosów wokół palca. – Zwłaszcza, jeśli wiąże się to z bardzo bliską bliskością.
Lily uderzyła go w brzuch.
─ Mogę się założyć, że jesteś dziesięć razy bardziej uległy względem mnie niż ja względem ciebie – odparła dumnie, na co James zareagował donośnym, szczerym śmiechem.
Temu to dzisiaj wesoło, zauważyła z niesmakiem Ruda.
─ Nie twierdzę, że pragnę cię mniej niż ty mnie – Lily prychnęła, a James uśmiechnął się lubieżnie – jednak, kochanie, po tych ładnych paru latach ganiania za tobą zdążyłem się już zahartować. Kilka zimnych pryszniców i gwarantuję ci, że opanuję swoje żądze – odparł z przekonaniem i niebezpiecznym błyskiem w oku. – Za to ty… jesteś o wiele bardziej impulsywna niż ja.
Lily polemizowałaby, czy faktycznie jest bardziej impulsywna (jak sięgała pamięcią, to nigdy nie zdarzyło jej się rozsadzać ławek kopniakiem ani nawet zaciągać kogoś w zimowy wieczór do Manchesteru, kiedy ten ktoś miał na sobie tylko sukienkę na ramiączkach i bardzo cienki sweterek, nawet jeśli dostałby potem cieplejszą kurtkę), ale była zbyt zajęta pobłażliwym chichotaniem, żeby jeszcze zacząć się wykłócać.
─ Jestem spokojną osobą, jeżeli mi na tym zależy – oświadczyła dyplomatycznie.  
─ Mogę założyć się, że nie.
─ Niech więc tak będzie! – wypaliła Lily, niż zdążyła się zastanowić (ach, ta impulsywność!). Nigdy nie była dobra w jakichkolwiek zakładach, układach czy kompromisach, ale James i jego wrodzona zdolność do zawierania umów czegoś już zdążyła jej nauczyć. Z miną godną huncwotki wyciągnęła swoją dłoń i uśmiechnęła się chytrze:
─ To będzie nasza umowa.  Jeśli wygrasz – powiem Dorianowi, że musi zrobić projekt z Lukiem Davisem albo sama go dopadnę, bo pomysł z projektem jest dla mnie bardzo wygodny. Jeśli natomiast ty wymiękniesz – powiesz mi, dlaczego w ogóle z nią rozmawiasz – wycedziła, krzywiąc się na samą wzmiankę o Mary. – I dlaczego się z nią spotykałeś… skoro twierdzisz, że to cos innego niż to pomiędzy mną i Dorianem.
─ Czy dobrze rozumiem? – spytał James, któremu wzmianka o wycofaniu się z projektu wyraźnie poprawiła humor. – Jeśli mnie pocałujesz, dotkniesz w sposób, który uznam za molestowanie lub zaczniesz ze mną chamsko flirtować, dajesz kosza temu sukinsynowi, a jeśli ja to zrobię, mam zdradzić ci szczegóły mojego życia miłosnego? Evans, pogrążasz się w tej zazdrości.
─ Tu nie chodzi o zazdrość – prychnęła. – Mary mówiła różne… rzeczy – mruknęła, a uśmiech Jamesa rozszerzył się. – Dorcas tak samo. Ja… chcę wiedzieć, o co chodzi.
─ Wiesz, myślałem, że zależy ci raczej na dowiedzeniu się prawdy o wrodzonej niechęci pomiędzy mną a Chamberlainem – zauważył trzeźwo.
Lily wybałuszyła oczy. Faktycznie, od Doriana się zaczęło i cała ta rozmowa narodziła się z jej chęci dowiedzenia się, dlaczego obydwoje tak łypali na siebie spode łba. Jednak… Czuła się na straconej pozycji. James wiedział o wiele więcej o jej byłym i o jej związku niż ona o jego. Nie żeby ją to interesowało, ale… chciała wyrównać swoje braki. Miała dosyć tego, że James nieustannie wygrywał, stawiał warunki, umiał ją sobie podporządkować i generalnie znajdował się w lepszej sytuacji. Zakład nie dość, że ją chronił, to jeszcze poniekąd stawiał ich w tej samej sytuacji i czynił tak samo ważnymi.
Chciała też raz odszczekać się Mary, kiedy ta ponownie zacznie mówić, jak wiele ona, Lily, jest nieświadoma na temat jej i „Jimmy’ego”. Chciała dowiedzieć się tego od Jamesa, żeby pokazać tej małej zołzie, kto tu naprawdę rządzi.
James był jej obojętny. Naprawdę. Ale Mary i chęć dokopania jej – nie. Wiedziała, że popełnia błąd, że zachowuje się nie w porządku, ale naprawdę chciała wiedzieć o niej i o Jamesie trochę więcej.
Poza tym – już dawno powinna zakończyć to niemądre dawanie się Potterowi. Miała nadzieję, że zakład przywróci porządek temu wszystkiemu. I będzie pierwszym krokiem ku normalności.
─ To też – westchnęła, poprawiając sobie włosy. – Pamiętasz jak w poprzednim semestrze zaproponowałeś mi bycie zwykłymi znajomymi?
James potaknął.
─ Nasze pokojowe stosunki trwały góra dwa tygodnie.
─ Cóż, teraz możemy podejść do tego na poważnie.
─ I po to bawimy się w celibat? – spytał ironicznie James. – Żeby być zwykłymi znajomymi?
Określenie zwykli znajomi jest takie chłodne – zauważyła, przygryzając wargę. – Możemy być…
─ Niezwykłymi znajomymi? Zwykłymi dobrymi znajomymi? A może zwykłymi nie-do-końca-nieznajomymi?
─ Potencjalnymi przyjaciółmi.
─ O.
James zamarł. Nie wiedział do końca, jak zareagować. Owszem, kiedyś marzyło mu się, żeby Lily zgodziła się na zakopanie toporu wojennego. Chciał przekonać ją, że nie jest uosobieniem zła, nie zaprzedał duszy diabłu ani nie szykuje zamachu na Ministra Magii, a plan ten wprowadzi w życie, gdy tylko opuści mury tej szkoły. Wiedział jednak również, że przyjaźń nie jest im pisana. Przyjaciele nie mogliby być tak do siebie niepodobni, a zarazem identyczni jak Ruda i on. Rozwiązanie to nie zadawalało go do końca, ale był osobą bardzo sprytną i bardzo przebiegłą, dlatego podejrzewał, że to, co według Evans stanowiło dla niej koło ratunkowe, będzie mogło zostać wykorzystane dla niego. Sprawa malowała się następująco – skoro Lily widziała w nim tylko przyjaciela, powinien rozegrać to tak, żeby widziała w nim przynajmniej przyjaciela.
A to wcale nie było awykonalne.
─ Jestem w stanie się na to zgodzić – skapitulował – ale musimy jeszcze raz określić zasady. Żeby nie doszło do jakiś nieporozumień.
Lily potaknęła i zaczęła wyliczać swoje warunki na palcach:
─ Zakład przyjmuje, że będziemy dla siebie przyjaźni, nie będziemy się wzajemnie podżegać, bo wiesz, jak to się kończy, kończymy również z wariackimi zachowaniami, w stylu atakowania na korytarzach, wydzierania się i demolowania mienia publicznego w postaci ławek – spojrzała na niego wymownie.
─ …oraz w postaci atakowania, prześladowania czy pastwienia się nad naszymi indywidualnymi przyjaciółmi, jak Mary – uśmiechnął się chytrze.
─ I Dorian – odparowała. James parsknął.
─ Drugą zasadą jest absolutny, nieprzyjmujący wyjątków, zakaz DOTYKANIA siebie nawzjaem, jeśli ma to podłoże nieprzyjazne – zażądała. – I bądźmy poważni w tej kwestii, James. Nie możesz uznać, że dotknięcie twojego palca, kiedy będę ci coś dawać, jest próbą molestowania. 
─ A jeśli wpadnę na ciebie na korytarzu, bo zostanę popchnięty przez osobę tak szaloną jak Meadowes? – zapytał, podnosząc rękę jak na lekcji. – Wpadanie na siebie, spychanie się ze schodów, taranowanie… to wszystko jest takie nieprzyjazne.
Lily westchnęła.
─ Mówiąc „nieprzyjazne”, miałam na myśli „nieplatoniczne” – wyjaśniła.
─ Czyli mogę na ciebie wpadać, czy nie?
Nie – zawyrokowała, ale natychmiast zrozumiała, na czym polega to niedociągnięcie: „Proszę cię jednak, żebyś nie wynajmował jakiś wielkich facetów od Qudditcha, no… tych z kijami bejsbolowymi…
─ Pałkarzy? – spytał James, chowając twarz w dłoniach. Jako miłośnik Qudditcha nie mógł wysłuchiwać tak amatorskich określeń, nawet jeśli wypływały z ust takich żółtodziobów jak Lily.
─ No, chyba. Proszę, żebyś nie wynajmował ich i nie kazał im zepchnąć mnie na siebie, po czym uznać, że wygrałeś zakład.
─ Nie miałem takiego zamiaru.
─ Z pewnością.
─ Coś jeszcze? – zapytał, patrząc na nią z wyraźnym rozbawieniem. Był świadkiem, jak jego towarzyszka, miłośniczka zasad, robiła się coraz bardziej podstępna. Lily zadumała się.
─ No, nie wiem… oczywiście nie ma żadnego kokietowania ani flirtowania, ani natarczywych pytań o randkę. Ty masz jakieś uwagi?
─ Sądzę, że jak calibat, to taki porządny. Mam na myśli, że obowiązuje na wszystkich – uściślił. – Nie możesz mieć do mnie pretensji, że się wściekam, kiedy dowiaduje się, że obściskiwałaś się gdzieś z Chamberlainem.
Lily niechętnie potaknęła, chcąc jak najszybciej zakończyć to targowanie się.
 ─ Jeśli przegrasz, to odmówisz Dorianowi pomocy całkowicie i nieodwołalnie oraz przestaniesz utrzymywać z nim kontakt – upewnił się. Evans wyglądała, jakby chciała coś jeszcze powiedzieć, ale ostatecznie poddała się i potaknęła.
─ Natomiast ty powiesz mi dokładnie: po pierwsze, o co chodzi z tobą i z Dorianem?
James potaknął.
─ Po drugie – dlaczego relacje pomiędzy tobą a Mary są inne niż pomiędzy mną i Dorianem?
Potaknięcie.
─ I po trzecie – dlaczego się z nią spotykałeś?
Chłopak cały drgnął.
O nie – zaprotestował. – Tego zakład już nie obejmuje.
─ Dlaczego? – prychnęła Lily, patrząc na niego bez zrozumienia. – Według mnie i tak jestem na straconej pozycji.
─ A moim zdaniem jest kompletnie na odwrót. Byłbym skłonny się na to zgodzić, gdyby warunków było po równo. Ty oczekujesz ode mnie spowiedzi na trzy tematy, a ja od ciebie tylko dwóch rzeczy – odmówienia pomocy Dorianowi i zerwania z nim kontaktu, a jeśli mam być szczerzy, to jedna z tych rzeczy wyklucza drugą, więc poniekąd ja wymagam od ciebie tylko jednego.
─ Jeśli masz jakąś sensowną propozycję, to się zgodzę – odparła, nie mając siły dłużej się targować.
─ Randka.
─ Absolutnie nie.
James westchnął.
─ W takim razie będziesz musiała wyznać osobie wskazanej przeze mnie, że pałasz do mnie wielką, gorącą i wieczną miłością.
─ Rozumiem, że mówiąc „osoba przez ciebie wskazana” masz na myśli siebie samego?
─ Właściwie to myślałem o Dorianie, ale twoje rozwiązanie też jest niczego sobie.
Lily uderzyła go w ramię.
─ Proszę cię, bądź poważny.
Jestem. Ale dobra, niech ci już będzie – pamiętasz tę część, w której odmawiasz Dorianowi i zrywasz z nim kontakt?
─ Dam głowę, że do tego nie dojdzie, ale przypuszczam, że pamiętam – mruknęła ironicznie.
─ Kiedy on zapyta cię o przyczynę tego… rozsądnego według mnie zachowania, powiesz, że „bierzesz moją stronę”.
─ Twoją stronę w czym?
─ On będzie wiedział.
Evans nie wydawała się być usatysfakcjonowana podobną odpowiedzią.
─ Jesteś taki dziecinny – pokręciła głową – ale niech ci będzie.
─ Mamy umowę.
─ Mamy.
Na znak szacunku wyciągnęli ku sobie prawe ręce i ścisnęli nawzajem swoje dłonie, tak oficjalnie, jak pracodawca i jego podwładny. To miała być ta magiczna chwila, ostatni kontakt fizyczny na cały czas trwania zakładu. Miała.
Popatrzeli na siebie jeszcze przez chwilę, już mniej oficjalnie, a bardziej poufale, blisko, pożądliwie.
─ Zakład już obowiązuje? – szepnął James, jakby wcale przed chwilą go nie zatwierdził.
─ Chyba nie – pokręciła głową Lily, uśmiechając się tak, jak nigdy nie uśmiechała się do któregokolwiek ze swoich potencjalnych przyjaciół.
─ Świetnie – ucieszył się chłopak, po czym ujął jej twarz w dłonie i złożył na jej ustach bardzo nieprzyjazny i bardzo nieplatoniczny pocałunek.
***

James, mój drogi, mógłbyś podać mi, proszę, ten dżem? – spytała przyjaźnie Lily, wysyłając Potterowi przyjazny uśmiech i będąc przy tym bardzo przyjazną.
Syriusz zauważył to podejrzanie przyjazne zachowanie niemal natychmiast. Evans nie była przyjazną osobą, a już na pewno nie była przyjazna względem Jamesa. Jeśli miał być szczery, to chyba nigdy nie widział jej do tego stopnia miłej, opanowanej i koleżeńskiej, wręcz tryskającej optymizmem, jakby miała dobry humor czy coś równie surrealistycznego. Przed chwilą na przykład, kiedy upadł mu widelec, a następnie potoczył się po podłodze i zatrzymał dopiero koło jej nogi; ta podniosła się z krzesła, sięgnęła po sztuciec i oddała mu go bez najmniejszych komentarzy o dziurawych rękach czy byciu łamagą. Słowo huncwota! A gdy zapytał się jej, co jest przyczyną takiej evansowej euforii, ta odparła, że mamy ładny dzień. ŁADNY DZIEŃ! Dzisiaj rano obudził go grad, zamieć i taka wichura, że bał się wyjść po południu do cieplarni na zielarstwo. Ładny dzień, psiakrew. Przepiękny.
Dzisiaj o szóstej do profesora Argenta wpaść miała tylko Lily, Mary, Wood i dwie ślizgońskie dziewczyny, z których jedna wczoraj zaatakowała jakąś mugolaczkę z pierwszej klasy, a drugiej jeszcze nie było – czyli razem pięcioro uczniów. Ostatecznie jednak do towarzystwa i dla towarzystwa dołączył James (jaki wspaniałomyślny!), Titanic, Remus, Meadowes i jej nowy chłopak, a za nimi – naturalnie – Syriusz, a niewykluczone, że ktoś jeszcze zamierzał wpaść.
Ich grupka jadła w klasie obrony jedzenie, które Rogacz przyniósł dla Lily z kuchni. Poprosił skrzaty o dwa delikatnie przypieczone belgijskie gofry, jeden z bitą śmietaną, malinami, jagodami i kawałkami ananasa (─ Koniecznie! Ona uwielbia ananasy! – lamentował), a drugi kompletnie suchy (─  Żeby jej poczucie wolnej woli nie ucierpiało – dodał, po czym wziął wszystkie możliwe dodatki do gofrów, jakie tylko znał – cukier puder, pięć smaków dżemu, marmoladę, bitą śmietanę, różnorodne polewy i nawet głupie wiórki czekoladowe), a dla całej reszty towarzystwa wziął jajecznicę z bekonem. Najgorsze było to, że gdy Syriusz zapytał się go, dlaczego, u diabła, dla Lily wziął specjalne śniadanie, ten odparł: „Bo Lily nie je mięsa”. Tak, tak odpowiedział! Wszyscy – prócz przeklętej Evans – byliby skazani na jajecznicę, gdyby Black nie był wspaniałomyślny i nie zabrał ze sobą pieczywa, wędliny i twarogu.
Pierwsza myśl Syriusza była kompletnie irracjonalna – Ruda zgodziła się na randkę i teraz ona i Jim są razem. Kiedy jednak pojawili się w klasie obrony przed czarną magią, a Lily bardzo miło, przyjaźnie i grzecznie podziękowała za śniadanie – ani ona nie rzuciła się Jamesowi w ramiona (mało tego, gdy odbierała od niego cały ten balast, który przyniósł z kuchni, to zdawała się uważać, żeby go przypadkiem nie dotknąć), ani on jej nie przyciągnął do siebie, a to przekreślało całą sprawę.   
─ Ależ oczywiście, moja najdroższa, kompletnie platoniczna, przyjaciółko – odpowiedział James i podał jej ten dżem, bezinteresownie jeszcze go otwierając.
Szaleństwo.
─ Co się tu wyprawia? – spytał, bo zdążył się już przekonać, że nikt inny nie interesuje się dziwnymi stosunkami Rogacza i Evans. Dorcas na przykład, była zbyt zajęta flirtowaniem z Davisem, a Luniak gadką o pogodzie z Emmeliną. Mary siedziała na samym tyle klasy, rozmawiając z jedną z tych odpracowujących karę Ślizgonek, bodajże Reginą Bulstrode albo Marthą Greengrass.
─ Co masz na myśli, Syriuszu? – spytała – o ironio, znowu przyjaźnie – Evans.
─ Jesteś miła. To nie zdarza się w realnym świecie.
Miał nadzieję, że tą uwagą sprowadzi ją na ziemię i sprowokuje do chociażby nieprzychylnego spojrzenia na jego osobę, ale się pomylił. Lily tylko roześmiała się bałamutnie i powiedziała coś tak niepoważnego jak: „Syriuszu, ale z ciebie kawalarz”. 
─ Poza tym Lily jest bardzo miłą osobą – stanął w jej obronie Rogacz. Syriusz, nie wiedząc jak zareagować, zachichotał. ─ Miłą i mało impulsywną.
I uśmiechnął się do niej przyjaźnie.
Black zaczynał się bać.
─ Zaraz się porzygam – odezwała się z końca klasy Mary, prychając przy tym tak donośnie, że aż zatrzęsła się jej ławka. Jedna zachowała zdrowe zmysły. – Jesteście niemal tak beznadziejni w udawaniu uprzejmych jak Dorcas w udawaniu przed Davisem rozgarniętej na jakikolwiek temat.
Spodziewał się ciętej riposty ze strony Rudej, ale ta tylko zachichotała, jakby Mary powiedziała naprawdę dobry żart, co było absurdem, bo McDonald nie miała poczucia humoru.
Wtedy właśnie Syriusz pomyślał, że Lily Evans ma dzisiaj naprawdę dobry humor, który przytrafia się nawet osobom tak wiecznie niezadowolonym jak ona. Nic dziwnego, że Rogaś to wykorzystuje. Pewnie uśmiechnęłaby się tak miło i do niego, gdyby tylko postarał się być miły. Tak. Zdecydowanie nic niepokojącego nie dzieje się pomiędzy jego przyjacielem a panią prefekt. Może teraz z powodzeniem podokuczać Davisowi i Meadowes, a – kto wie? – może królowa złośliwości, rudowłosa wila, mu w tym pomoże? Przypuszczał, że gdyby ten jeden, jedyny raz złączyli siły, okazaliby się duetem nie do poskromienia, a głupi i żałosny Luke Davis zniknąłby tak szybko, jak się pojawił.
Już chciał wprowadzić swój plan w życie, gdy zdarzyło się coś o wiele ciekawszego, co zepchnęło na dalszy plan nawet chęć dogryzienia nowemu chłopakowi Dorcas, a mianowicie – przybycie drugiej ślizgonki, która razem z Regino/Marthą miała przyjść tutaj za karę. A była to – o zgrozo! – Jo Prewett.
─ Co ty tu robisz? – spytała Evans, znana dzisiaj jako pani „jestem przyjazna”, do tego stopnia nieprzyjaźnie, że aż ciarki go przeszły.
─ Prześladuję cię – prychnęła brunetka, puszczając w kierunku Syriusza perskie oczko.
Robiło się coraz bardziej ciekawie.
─ To zdążyłam zauważyć przez ostatnie kilka miesięcy – kontynuowała jadowicie, niegdyś milutka, Lily Evans. – Jednak doceniłabym, gdybyś znalazła sobie jakieś inne hobby – jak szydełkowanie, skakanie z wysokich klifów albo coś innego, co pasuje do ciebie, ale o tym nie wiesz.
─ Evans, co to jest sankcja? ─ przerwała jej, kompletnie niezrażona. Lily uniosła brwi w wyrazie zaskoczenia, a napięcie pomiędzy nimi utrzymało się przez jakieś dwie sekundy. Ta swoista walka na spojrzenia została najwyraźniej wygrana przez Jo, bo Evans cała się zjeżyła, a Prewettówna tylko wyszczerzyła zęby z satysfakcją. – Dzięki.
─ Wynoś się albo przysięgam, że…
─ Idź już lepiej, Jo – przerwał jej James, spoglądając na nią z bijącym, zimnym spokojem.
─ Skoro tak mówisz, misiaczku – uśmiechnęła się zalotnie, a Syriusz mógł sobie rękę uciąć, że w zielonych tęczówkach Evans przez chwilę zażarzył się ogień.
─ Popieram Jamesa, Jo – szepnął trzeci głos, rozpoznawalny przez całe towarzystwo, ale jednak mniej powszechny i znany, a należał on do profesora Argenta.
Dor uśmiechnęła się do nauczyciela, gdy ten podkradł z jej talerza pajdę chleba z twarożkiem i pomidorem. Wyglądał on jak zwykle – świeżo, energicznie i o wiele za młodo jak na sprawowaną przez siebie funkcję.
 ─ Usiądźcie, dobrze? Ci, co są tu w kozie, i wolni słuchacze też – odparł, kiedy skończył przeżuwać kanapkę. – O, przyszłaś jednak, Bree.
Pierwszą osobą, która odwróciła głowę w kierunku drzwi, była – naturalnie – Jo, zwykle reagująca pięć razy szybciej niż przeciętny człowiek; a przykład z niej wzięli kolejno – James, Syriusz i Mary. Nikt z nich nie był zadowolony z jej przybycia.
─ Co tutaj robisz, Pokrako? – spytała Prewettówna, zanim ktoś (Mary) zdążył ją uprzedzić.
Bree zamrugała swoimi wielkimi oczami. Jej twarz tradycyjnie nie wyrażała żadnych emocji.
─ Znamy się? – spytała Jo, śmiertelnie poważnie. Prewettówna miała minę, jakby Bree dopiero co wypluła wszystkie swoje wnętrzności i odtańczyła polkę, a nie zadała niewinne, wcale nie retoryczne, pytanie.
─ Dobre nastawienie, Bree – pochwalił ją Argent i zachichotał. Mary rzuciła kilka złośliwych komentarzy, ale nikt zbytnio nie interesował się tym, co ma do powiedzenia. – Powiedziałem: usiądźcie!
Jo prychnęła, raczej po to, by ukryć zmieszanie, niż z faktycznego oburzenia, i odmaszerowała na sam koniec klasy, padając na krzesło obok Reginy. Argent kazał Gryfonom zostawić jedzenie na stoliku „dla swojskiej atmosfery”, a im samym usiąść w tym samym rzędzie, co Jo, Regina i Mary. Pierwszą ławkę zajęła Dorcas i Luke, drugą Syriusz i James, a trzecią Remus i chcąca usiąść z nim Emma, gdy została złapana za ramię przez Lily:
─ Siadaj ze mną, bo będę musiała pójść do Mary.
Remus został więc sam w trzeciej ławce, naturalnie chroniony przez swoich kumpli, Lily i Emmelinę, ale nawet tak starannie dobrana grupa protektorów nie mogła uratować go przed niechybnym losem:
─ Mogę się dosiąść? – zapytała go Bree, która mogła usiąść jedynie z nim albo z Mary, którą – w przeciwieństwie do Jo – pamiętała aż za dobrze.
Syriusz odwrócił się do niego i ordynarnie pokręcił głową, mówiąc bez głośnie: „Nie możesz się zgodzić”. Po Bree nie można było poznać, czy zwróciła uwagę na zachowanie Blacka, czy też nie.
─ Jasne – westchnął Remus, który miał trochę więcej kultury niż jego przyjaciel.
─ Cholera – zaklęła Jo, przyglądając się tej sytuacji z ostatniej ławki. Nie była w stanie zagłębić się w myśli małej Angelówny. Zdecydowała się więc na najbardziej desperacki krok, na jaki było ją stać, a mianowicie – pożyczyła od Reginy skrawek pergaminu i nabazgrała na nim niedbale:
Isaac –
Colette Rowle jest w Hogwarcie. Chyba wciąż JEST pod wpływem.
Odpisz,
-J
List zniknął, a Jo uśmiechnęła się słodko do Mary McDonald, która zerkała przez ramię, co dzieje się w ostatniej ławce.


____________________
Dobra, Koniec :D. Są fragmnty lepsze (które pisałam wczoraj) i beznadziejne (te dzisiejsze). Rozpiszę się jutro, bo póki co próbuje obsesyjnie zdążyć dodać rozdział do końca 2... a została mi minuta. 

19 komentarzy:

  1. Czyżbym była pierwsza *-*
    Szykuj się na długaśny kom, koffana ;**

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, chyba nie bedzie dlugasnego koma, bo mam randke z matma (znowu!)'-' Kill me x.x
      Ale postaram sie aby byl przynajmniej czytelny. Powinnam czytac teraz Krzyzakow, a nie odpisywac na to dzielo, wiec mozesz czuc sie zaszczycona, zwlaszcza ze jestem dopiero przy 4 rozdziale, a spr. piszemy 20!
      Zabij mnie x.x
      Dobra, konec zrzedzenia!
      Zaskoczylas mnie korkami Dorcas, myslalam, ze zamiast DRAMATYCZNIE, bedzie CALUSNIE! A tu taka niespodzianka...
      Duzo wiecej dzialalo sie u Jily <3333
      To było takie słodkie i romantyczne, że mialam ochote sie poplakac, ze w przyszlosci umrza :'(
      I ta umowa ;D Kazdy wie, ze przy pierwszej lepszej okazji umowa podnie! Pewnie Lily rzuci sie na Jamesa na srodku korytarza i beda sie dlugo calowac i nie beda zwracac uwagii na ludzi! PLOSE, ZROB TAK *-*
      Omom Kto teraz? Ahhh no tak... Mary... Tak sobie pomyslalam, ze nie nienawidze jej, ale tez jej nie lubie. Nie umiem tego wytlumaczyc, wybacz ;D
      Ale chodzi mi o to, ze jest spoko...
      Okej, to bez sensu
      Kazdy wie, ze lubie wszystkich bohatetow z wszystkich ksiazek/seriali/filmow. Jedynym wyjatkiem jest Piotr z Na dobre i na zle. On nie ZASLUGUJE na Hane! xd
      Dobra, nie pograzam sie jeszcze bardziej 😂😂😂😂😂
      No i dlaeczego mama Mary chce ja chronic? Dlaczego Lily chcialaby ja zabic, gdy dowiedzialaby sie prawdy? I o jaka PRAWDE chodzi? Blagam pisz szybko bo umieram *-*
      Ahhh i jeszcze jedno: Bree jest zdrajca i pod jakim wplywem jest? Jakies osoby, eliksiru?! Dlaczego jest zdrajcą?!
      Wspanialy rozdzial, koffana ;***
      Jestem zadowolona z dlugosci i tresci xd
      Dawaj szybko nn ;D
      jeszcze male pytanie :
      1. Blagam powiedz mi w jakim miesiacu urodzila sie Caroline Potter;***** Plosssseee
      Weny!
      Wiatr (Ola) ^^
      P.S. Przepraszam, za wszystkie bledy, ale pisze z komorki, wiec sama rozymiesz ;D

      Usuń
  2. Druga xD
    A teraz trzeba lecieć do szkoły... komentarz pewnie pojawi się jutro ;3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. NIE, NIE, NIE, NIE, NIE!
      Komentarz ten piszę po raz trzeci, ponieważ za pierwszym razem siadł prąd, a za drugim blogger postanowił sfiksować. Jak coś się jebie, to po prostu na całego. Nie no, zaraz się popłaczę :< Wniosek? Zapisuj wszystko... A miałam już taki fajny komentarz :ccc
      Użalania się chwilowy koniec.
      Na początek (póki pamietam) muszę ci powiedzieć, że masz tu świetną playlistę! Dużo piosenek, które kocham i bardzo klimatyczne *o* Tak dużo Queen, Aerosmith, Fleetwood Mac, Led Zeppelin, AC/DC, Beatelsów, The Rolling Stones... po prostu kocham! Jeszcze Bon Jovi i byłoby po prostu idealnie *szit, właśnie sprawdziłam i Bon Jovi powstało w '83 :c*. No i w tym rozdziale zakochałam się w piosence Bronze Radio Return - Further On. Jest świetna!
      Teraz przejdźmy do rozdziału. Postaram się napisać czysto i przejrzyście, pomimo anarchii panującej w moim mózgu. Serio, po tym rozdziale mój mózg prawie eksplodował. ♥
      Pierwsza sprawa - profesor Liam Argent (chyba dobrze napisałam nazwisko XDD). Nie no, dwadzieścia dwa lata, profesor, rozwód, trupy w szafie. Nie ma co, gościu ma ciekawe życie xD Co do jego komentarza apropo tortur u Filcha... mój mózg podpowiada mi wspaniałą wizję McDziwki powieszonej za kostki pod sufitem i chłostającego ją Filcha. To by było piękne. Aww. :D
      Druga sprawa - Doriusz. Po korepetycjach oczekiwałam... no cóż. Krzyków, gróźb, napastowania na tle seksualnym... a przynajmniej gorącego buzi - buzi xD A tu cóż... Dorcas naprawdę zaczęła mi działać na ustrój nerwowy *nie tak jak McDziwka, ale zawsze*. Taka tempa... to aż zaczyna boleć. Nie lubię idiotów, a Meadowes jest na najlepszej drodze, żebym ją za idiotkę miała. Syriusz się postarał, a ona... nie no po prostu brakuje mi na nią słów.
      Teraz coś naprawdę przyjemnego... JILY! Wiesz, nie byłam w stanie przeczytać tego całego kawałka na raz. Jak czyta się dobrą książkę, to czasami trzeba ją odłożyć, powiedzieć "o cholera" i czytać dalej. Ja miałam dokładnie coś takiego. Uśmiechałam się jak debil, łaziłam po pokoju, żeby mózg mi się nie przegrzał i czytałam dalej. Pod koniec zaczęłam wrzeszczeć jak debil takie głośne "AWWWWWWWWW". Tata zaczął na mnie krzyczeć, że mam się zamknąć... niesamowitejest to, że mnie słyszał, bo mam pokój na piętrze xD To znaczy, że chyba jest coś nie tak. Oprócz tego, James to dupek. Próbował manipulować Lily, nawet nie chcąc jej dać powodu. Naprawdę zachował się... dupkowato. Merlinie, jak ja go kocham xD.
      Udawanie przyjaźni... to było po prostu epickie! Przez cały ten czas śmiałam się jak idiotka. xD Kiedy poszłam do kuchni po herbatkę i sobie to przypomniałam, zaczęłam się śmiać. Tata uznał, że wyglądam jak hiena, a brat stwierdził, że mam nierówno pod sufitem *jakby dopiero się zorientował*. W tym jednym muszę *nie wierzę, że to piszę* zgodzić się z McDziwką (nadal chcę, żeby była wychłostana, proszę sobie nie myśleć). Byli w tym tacy beznadziejni xD To było wspaniałe!
      Zżera mnie ciekawość co to będzie z Jo i Jordanem. Podobają mi się razem i zdecydowanie trzymam za nich kciuki. Może Jordan sprowadzi Jo na jasnę stronę mocy, w stronę światła etc.
      Rozdział jak zawsze u ciebie - po prostu wspaniały! Niecierpliwie czekam na kolejny. :3
      Padfoot.♥

      Usuń
  3. Gdzie masz zakładkę z bohaterami?

    OdpowiedzUsuń
  4. Trzecia! xD
    Komentarz będzie... w tym tygodniu... xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No dobra, przeczytałam, mam czas, więc mogę skomentować xD
      Fajowo, wyczepiście (Tak bardzo po polsku...) i w ogóle ekstra, hiper, mega, że tak szybko kolejny rozdział *.* Zwłaszcza, że po dzisiejszej lekcji niemieckiego (o zgrozo! Kto wymyślił ten język? Nienawidzę bardziej niż fizyki! Dzięki Merlinowi, że w LO zmieniam drugi język, jeszcze te kilka miesięcy się pomęczę) jestem załamana psychicznie, więc no... Ale teraz przejdźmy (znaczy... ja przejdę) do rozdziału.
      Tym razem mniej McDziwki! JEJ! Spadaj Mary, nikt cię tu nie chce. A zwłaszcza ja, bo wchodzisz między Lily, a Jamesa! -,- Złota zasada „Gdy ciało A działo na ciało B, a ciało B na ciało A to ciało C się nie wpierdala! (Tak Muni nauczyła się trzeciej zasady dynamiki Newtona! :D)*Popieram pomysł ze zrzuceniem na nią fortepianu! Ewentualnie czegoś innego, co na dobre ją unieszkodliwi*. Serio, nienawidzę suk... znaczy tej idiotki xD Ograniczam brzydkie słowa! (Boże… kogo ja próbuję oszukać xD).
      A teraz skończmy temat McDziwki i przejdźmy do tematów dużo bardziej przyjemnych, jak na przykład korepetycje! Komunikat do Dor: Zawiodłam się, Meadowes! To miały być wyjątkowo fajne korepetycje! Ale nie – musiałaś wszystko zepsuć :c Wstyd mi za ciebie! Syriusz przyniósł od Hagrida tego zwierzaka, kawałek drewna, czy co to jest, a ty mu nie uwierzyłaś, no! DORCAS! -,- Miałam nadzieję, że całuśne korepetycje, a ty… no weź! Powtórka z korków! Powtórka! I NAPRAW TO! xD Liczę na ciebie Dor! Mówię serio! :D
      A teraz najprzyjemniejsza sprawa *zaciera rączki* JILY! James powiem ci jedno: Masz szczęście, że poszedłeś do Lily i w ogóle… bo jakbyś dalej się do niej nie odzywał to bym chyba zabiła gołymi rękoma. No! Ten zakład, warunki i na końcu całuśnie! *Dorcas i Syriusz również mogliby pójść w ich ślady, nie obraziłabym się! XD*. A najlepiej by jeszcze było, gdyby oboje złamali zasady i oboje musieliby wszystko powiedzieć. A potem byliby razem. Pojechaliby na bagna Shreka i żyliby długo i szczęśliwie! (Taki piękny scenariusz! OH AH!).
      To jak Lily i James byli dla siebie przesadnie mil… ohh ^.^ I reakcja Syriusza! xD Kocham i wielbię. Śmiałam się, jak debil przy tym. Serio, bez kitu, seryjnie! xDDD I tekst Mary: „─ Zaraz się porzygam – odezwała się z końca klasy Mary, prychając przy tym tak donośnie, że aż zatrzęsła się jej ławka. Jedna zachowała zdrowe zmysły. – Jesteście niemal tak beznadziejni w udawaniu uprzejmych jak Dorcas w udawaniu przed Davisem rozgarniętej na jakikolwiek temat.” – Ona jest beznadziejna w udawaniu fajnej i takie zajebistej, więc niech się zamknie, bo takie jak McDziwka mają mało do powiedzenia  XD
      Ja wiem, że autorzy mają życie prywatne… blablabablablablabla, ale najchętniej kolejny rozdział przeczytałabym od razu xD Więc zdecydowanie niecierpliwie czekam! *.*

      Moony.

      PS. Przysięgam, że jeśli blogger strzeli mi jakiś błąd to zamorduję xD OBY NIE!

      Usuń
  5. Przeczytałam, ale na razie zajmuję tylko miejsce. Komentarza nie spodziewaj się wcześniej niż w czwartek, ale na pewno będzie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Odpowiedzi
    1. Najpierw : super wyrąbiście długi rozdział ! <3 Matko, jak ty tak potrafisz pisać *....*
      No nie! Tak nie miało być, co to za korki xD Dorcas ! ;(
      No i niech się coś zadzieje między nią a Syriuszem, bo strzelę focha <3
      O co chodzi z matką Mary i tą ochroną i w ogóle? Matko ile pytań ;(

      WENY kochana <3333

      Usuń
  7. Jejku! Jeszcze nigdy nie widziałam tak długich, świetnych i najbardziej zajebistych notek w moim życiu! Serio!
    Jeśli chodzi Jily(Lily&James) to ciesze się, że trochę ocieplili te swoje "stosunki". Nie moge się doczekać, co będzie dalej.
    Zaś, jeśli o Doriusza to... no, szkoda. Chociaż Black, zapewne, zrobi coś, żeby Dorcas zerwała ze swoim chłopakiem.
    Zakład - hahahaha - na serio dobre! ;D Zżera mnie ciekawość, kto wygra! I, naturalnie, jestem również ciekawa, o co chodzi z Jamesem i Dorianem i O CO CHODZI z Mary!!! Czemu ta wywłoka wróciła?! Nie ogarniam!... Po prostu jej nienawidzę!! No, ale cóż, to Twoje pomysły, więc nie mam nic do tego :) Zaintrydował mnie najbardziej powrót Mary McDonald do Hogwartu. NAJBARDZIEJ wkurzam sie, kiedy rozmawia ona, w jakikolwiek sposób, z Jamesem. Troche długo nie było Severusa, nie chodzi o to, że za nim tęsknie czy coś, bo mam mieszane uczucia. Nie przynudzam, teraz najważniejsze.
    Długie opisy w ogóle mnie nie nudziły :) Pisz dalej, bo to naprawdę nie jest żadna amatorszczyzna, jaka na większości blogach. Życzę weny i wszystkiego dobrego.
    Nie moge doczekać się następnej notki. Liczę na dużo Lily&Jamesa. Muszę przyznać, że chyba najbardziej spodobała mi się, z Twoich notek część Sylwestrowa..
    WYBITNY BLOG :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Kiedy następny rozdział? :( Już nie moge sie doczekać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powinien się pojawić w ten weekend ;*. Miło mi, że ktoś czeka :D

      Usuń
    2. Jasne, zawsze będe czekać! ;* Nardzo podoba mi się to, co tutaj piszesz i mam nadzieje, że nn będzie niedługo :D

      Usuń
    3. Zaglądam tu prawie codziennie i czekam na nn! ;)

      Usuń
  9. Wiesz, nie chce nic mówić, ale powinnaś mnie zabić za zrobienie czegoś takiego. A może najpierw tortury, a potem śmierć?
    W ogóle nie rozumiem siebie! Zachowałam się jak największa idiotka na świecie! Zamierzam przeczytać twojego bloga od początku, o deski do deski! Powinnaś się zastanowić jak mam ci wynagrodzić moje zachowanie!
    Planuje swój powrót (bez blasku i chwały) i bardzo, ale to bardzo MUSZĘ z tobą pogadać. O ile wgl będziesz chciała rozmawiać z taką świnią jak ja.
    Jakby co to moje nowe gg to 53196454
    Pozdrawiam

    Ta Zła i Wyrodna Czytelniczka Aleksja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Droga Zła i Wyrodna Czytelniczko Aleksjo,
      Idę ostrzyć moje sztylety i poszukam gdzieś bicza ;>. Wyszkolę moje wściekłe psy, żeby na twój zapach wżynały kły, drapały oczy i rozrywały płaty skóry.
      Cieszę się, że wróciłaś/wracacz :*
      Jak mogłabym sie gniewać, skoro znowu piszesz? Pfi!
      Wbijam na gg
      Największa Fanka Prim

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).