21 lipca 2015

21.2. Przyjaciele i Wrogowie

„Trzymaj swoich  przyjaciół blisko, ale jeszcze bliżej trzymaj swoich wrogów”-Mario Puzo




Poppy Pomfrey była bardzo rzeczową kobietą. Postrzegała świat w prosty sposób, w którym ludzi dzieliła na przystosowanych do życia i aspołecznych. I niestety, doszła do wniosku, że dorasta coraz więcej tych drugich. Może i nie miała dzieci, ale przecież pamiętała jeszcze, jak to jest – mieć szesnaście lat. Musiała zgodzić się, że ten okres nie należy do najłatwiejszych, ale na pewno nie odbijał się na niej tak dotkliwie, jak na współczesnej, hogwarckiej młodzieży. To niemożliwe, że stanowiła wówczas wyjątkową jednostkę. Dzisiejsza rzeczywistość sprzyja nabierania u nastolatków aspołeczności, i tyle.
Najlepszym na to dowodem była ilość problemów, z którymi musiała się zmierzyć w tym roku szkolnym. Pomijając tak wiele wypadków, zaskakujących przypadłości, a nawet epidemię mugolskiej mononukleozy, wciąż wybuchały tu awantury! Tak jak dzisiaj – dobre pół godziny zajęło jej uspokojenie tej gryfońskiej bandy i ostateczne przywrócenie porządku do skrzydła szpitalnego. Ich wrzaski i zwierzęce ryki słyszalne były wszędzie – nieważne, czy przekrzykiwali się w sali, w przedsionku dla odwiedzających, czy na korytarzu, poza skrzydłem. Dziwne dzieciaki. Aspołeczne i jakieś głuche, z defektami. 

Sytuacja na chwilę obecną wyglądała następująco – rudowłosa dziewczyna, która wściekała się najbardziej z całej tej podburzonej masy, siedziała sama w przedsionku dla odwiedzających, z pomiętoloną kamizelką i polówką, podartym krawatem i gumami do żucia we włosach. Ten biedny likantrop i pucołowaty miłośnik cukierków otrzymali jej pozwolenie na zostanie w sali chorych. Black, razem z dziewuszyskami maltretującymi swoją cerę, został wypędzony daleko, bo na pierwsze piętro. Ostatnią sztukę, obiekt napaści ze strony kilku dziewczyn, w tym rudej, rozczochranego chłopaka z astygmatyzmem, umieściła w swoim gabinecie. W ten sposób nikt nie zakłócał rekonwalescencji jej pacjentów.
Syriusz z Wielkiej Sali w przeciągu piętnastu minut przymaszerował pod drzwi skrzydła, zbierając po drodze tyle zdjęć Evans  i Rogasia, ile pomieścił w tornistrze. Naprawdę, nigdy nie zobaczył tak wiele znajomych twarzy na tak krótkim odcisku drogi. Nigdy nie dowiedział się tez tylu rzeczy podczas pieszej wędrówki. Powinien częściej dawać się wyrzucać Poppy, bo wychodziło mu to na dobre.
Zaczęło się od jakże miłego incydentu na korytarzu, tuż nad dwudziestoma zbieranymi przez niego zdjęciami powtykanymi w okno. Luke Davis, nowa zdobycz Meadowes, i Clemence Grant, niedawna przewodnicząca Piękności, siedzieli na ławeczce, trzymali się za ręce i gruchali jak gołąbeczki. Dochodziła godzina dziewiąta, dlatego zagęściła się ilość uczniów oblegających korytarze. Wszyscy jednak byli zbyt zainteresowani zdjęciami, żeby przejąć się nowym, kwitnącym romansem.
Syriusz poczuł się jak niebywale spostrzegawcza osoba.
Stanął bokiem pomiędzy kłócącymi się Shaunee Greengrass i jej siostrą bliźniaczką, ustawiając się tak, że mimochodem słyszał zarówno lamenty sympatii Luke’a, jak i dwóch Ślizgonek.
 — Ponoć Jessica słyszała od Luisa, że… — ciągnęła Clemence, wbijając wzrok w kant ławki. Luke wyglądał na coraz bardziej zirytowanego.
— Shaunee, czy Luke przypadkiem nie jest z tobą umówiony w sobotę? – zapytała Martha, jej ślizgońska bliźniaczka.
Syriusz zmarszczył brwi.
—…słyszała, że niby umówiłeś się z Mią Bones…
— Clemence i Phoebe się do niego przyczepiły, Martho.
— Clemence, tłumaczyłem ci, że ani Mia, ani Milicenta…
— …a ta cała historia z siostrą McDonwera…
— Jaka Milicenta? Pytałam cię o Rachel!
— Z kolei Dorcas…
Dorcas.
Syriusz wciągnął powietrze. Towarzyszący temu syk sprawiał złudne wrażenie, że Syriusz mówi w języku węży. W przeciągu tych kilku sekund podsłuchiwania usłyszał tak wiele imion, z którymi Luke prawdopodobnie miał jakąś przygodę. Shaunee, Clemence, Mia, Phoebe, Milicenta, Rachel, Sally… Dorcas.
Co za historia.
Ten chłopak sam dałby radę pozarażać mononukleozą całą szkołę.
Syriusz nie wiedział, jak zareagować. Musiał dokonać trudnego wyboru pomiędzy własną chęcią, a powinnością, problem w tym, że nie był pewien, jaki charakter ma owa powinność. Nie musiał długo się zastanawiać, żeby wiedzieć, iż chce podejść do Davisa i nastrzelać mu niemal tak bezlitośnie, jak wczoraj Rogaś potraktował Chamberlaina. Z drugiej strony był zły na Dorcas i nie miał ochoty wysłuchiwać jej długich i nudnych pretensji i wątpliwości, co do niewierności Luke’a. Nie chciał też atakować go teraz, przy licznych świadkach i przy Clemence. Znał tę dziewczynę wystarczająco, żeby domyślić się, iż podobny gest źle zinterpretuje. Ubzdura sobie, że Syriusz pobił Davisa z zazdrości o nią czy coś równie irracjonalnego.
Nie, zdecydowanie lepiej poczekać, aż napadnie go na jakimś pustym korytarzu. Uda mu się zadać dotkliwszą karę.
Syriusz ruszył naprzód, bardziej lub mniej umyślnie spychając ślizgońskie bliźniaczki pod ścianę, tuż na Clemence i Luke’a. Po raz pierwszy postanowił zostawić zdjęcia jego przyjaciół same sobie. Doszedł do pesymistycznego wniosku, że nawet jak je pozbiera, Rudej humor się nie poprawi.
Przypomniał sobie piekło, jakie zgotowała Rogasiowi Evans, kiedy dochodziły do niej kolejne elementy historii Piękności (prawdę poznała bardzo zdemonizowaną, w dodatku słyszała tylko najgorsze, wykrzykiwane fragmenty, bo przy całym tym zgiełku i fali zaprzeczenia ze strony Jamesa, naprawdę ciężko było wysłuchać do końca całej plotki). Pamiętał te oskarżenia, komentarze i tak charakterystyczne dla Evans podsumowanie wszystkiego brutalnie, w jednym zdaniu.
Tuż obok: „Masz dziecko?! Przecież ty masz szesnaście lat!” oraz: „Nie byłeś jedynym kandydatem?! Czy wy tam urządziliście sobie orgię?!” roiło się od innych uwag, które dosłownie wbiły Jamesa w łóżko Remusa, na którym wciąż siedział. Był w jej oczach skończony tak samo, jak Syriusz byłby w oczach Dorcas, gdyby jednak skutecznie uśmiercił Lucasa Davisa.
W złym, pesymistycznym i lekko wzburzonym nastroju pognał przez następny korytarz, wpadając na schody. Jakby tego było mało, postanowiły sobie one z niego zażartować. Syriusz zupełnie niechcący w połowie drogi na górę, zleciał ze schodami w dół, wprost do najniższego piętra, czyli lochów. 
Oprócz odrzucającego zapachu, którego Syriusz nie znosił bardziej niż pani Norris, nieprzyjemny kłąb zimna buchnął mu prosto na twarz, jakby duch chodzącego bałwana postanowił przejść go na wskroś. Chciałby powiedzieć, że od razu poczuł się jak w domu, ale lochy – siedziba zarówno Ślizgonów, jak i Puchonów oraz miejscówka, w której odbywały się eliksiry – odwiecznie kojarzyły mu się z prosektorium.
Już chciał wrócić z powrotem na schody, gdy zza zaułka dostrzegł ruszający się, głęboki cień. Jako że w lochach panował półmrok, a cienie wirowały po ścianach jak na parkiecie, ów ślad musiał znacząco się od nich wyróżniać. Syriusz, który obecnie nie miał nic do roboty, a chętnie polepszyłby sobie nastrój, demolując coś, postanowił udać się w kierunku tamtego zaułka.
Kilka susów wystarczyło mu na złamanie dystansu, kilka następnych – na dogonienie napastnika, a na samo rozpoznanie w nim kogoś znajomego wystarczyło mgnienie oka. Po tych wszystkich żartach, kawałach i napadach z Jamesem, twarz swojej ulubionej ofiary zakodowała mu się w głowie niczym sylwetka matki czy brata. Chociaż z całej siły starał się ją wymazać, byle nie oglądać jej również w głowie, było to ponad jego możliwości.
Garbiący się chłopak o ziemistej cerze, z haczykowatym nosem, niemiłym spojrzeniem i z połową twarzy ukrytą za firanką strąkowatych, tłustych włosów – czy istniał drugi taki człowiek na świecie? Unikatowe skrzyżowanie mugolskich alkoholików śpiących w parkach, inferiusa, upiora spod łóżka oraz starej panny – tak, to musiał być nasz Ślizgon!
Smarkerus! – zaśmiał się, zachwycony. – Kopę lat.
Humor Syriusza niemal natychmiast zaczął się poprawiać. Uwielbiał szydzić ze Smarka. Już pierwszego dnia ich kariery w magicznej szkole, on i James obrali go sobie jako ofiarę i pozostali mu „wierni” aż do teraz. Co prawda, coraz rzadziej urządzali sobie wypady represyjne, ale od czasu do czasu wymykali się, żeby trochę podręczyć znienawidzonego Ślizgona. To od razu poprawiało im nastroje.
Black i Potter traktowali prześladowanie Ślizgonów jak trening, szkolenie przed prawdziwą działalnością jako aurorzy. Byli przekonani, że cały Slytherin zasili w przyszłości szeregi Tego, Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać, dlatego nie mieli najmniejszych skrupułów przed działaniami, które w innej sytuacji odebraliby jako okrutne. Lubili wcielać się w wymierzających sprawiedliwość. Fascynacja czarną magią, dręczenie mugolaków, ich skrajne, szowinistyczne poglądy – to wszystko napawało ich obrzydzeniem i usprawiedliwiało bezlitosne traktowanie.
A Severus był najbardziej zafascynowany czarną magią ze wszystkich Ślizgonów. Najbardziej pragnął zostać Śmierciożercą, stanąć po przeciwnej, złej stronie wojny. Najbardziej zasłużył na wstręt, gnębienie i odrazę. W przypadku Jamesa jeszcze obraził jego Lily, a każda dopuszczająca się tego osoba musiała ponieść przykre konsekwencje. Nie mogło być inaczej. Chłopak z haczykowatym nosem musiał stać się główną ofiarą ich żartów.
— Bez obstawy, Black? – wysyczał chłopak, przywołując na twarz kpiący uśmieszek. – Proszę, proszę, czyżby nasza ulubiona sfora zaczęła się rozpraszać? Niebywale chory Lupin lekko się dzisiaj zagalopował?
Syriusz najeżył się. Nienawidził osób, które mówiły na temat, o którym nie miały bladego pojęcia, a jeszcze bardziej nie znosił, gdy ktoś obrażał jego przyjaciół. Wiedział, że użycie słowa „sfora” nie było przypadkowe i że Snape, który jak powszechnie wiadomo – nie miał życia, ponownie śledził i podsłuchiwał jego rozmowy z Huncotami. W głowie stanęły mu obrazy najgorszych tortur i najdotkliwszych w skutkach zaklęć.
Już miał wyciągnąć swoją różdżkę i wprowadzić swoje plany w życie, gdy z konsternacją zerknął na swoją pierś. Snape zdołał go wyprzedzić, sam wyciągając różdżkę i skutecznie zatrzymując go w poczynaniach. Syriusz zaśmiał się, co przypominało skowyt psa. Mógł być nieuzbrojony, ale wciąż pamiętał o języku w gębie i swoim darze prowokacji.
— Nie bądź niegrzeczny, Śmieci…
Snape, słysząc znienawidzone przezwisko, zareagował błyskawicznie. Pchnął różdżkę mocniej w brzuch Blacka, tak, że ten aż wzdrygnął się z bólu. Krzywy uśmiech nie schodził z jego twarzy.
— Będę trzymał kciuki, żeby twój kumpel był dzisiaj głodny – wycedził. – Wystarczy zwykłe, niedbałe... podgryzienie.
Syriusz roześmiał się sztucznie. Gdyby nie fakt, że nie potrafił odnaleźć różdżki w tylnej kieszeni spodni, Snape byłby już martwy.
— Naszemu Wycierusikowi wydaje się, że ma najmniejsze pojęcie na jakikolwiek temat – zagruchał, naśladując ton dumnej ze swojego syneczka matki. – Jak zwykle ktoś sobie z ciebie kpił, a ty wziąłeś to na powa…
Chłopak upadł, porażony zaklęciem rzuconym przez poirytowanego Snape’a. Nie sądził, że został ugodzony Petrificusem albo Drętwotą, jednak nie mógł się zmusić do ruchu. Zorientował się, że Śizgon splunął w jego stronę, i to ostatecznie sprowokowało go do dźwignięcia się na łokcie. Niewiarygodny ból przeszył jego brzuch, jakby nabawił się silnych zakwasów. Zadarł głowę. Nienawistne spojrzenie wspierało w ciężkich próbach stanięcia na nogi.
— Mam nadzieję, że wkrótce was stąd wyleją – warknął Snape, kopnąwszy podnoszącego się z ziemi Syriusza. Black zatoczył się z powrotem na podłogę. Roześmiał się, kręcąc głową z niedowierzaniem.
— Nie płakałabyś za nami, Smarku? – sapnął, ponownie opierając się na łokciach. Zaklęcie Ślizgona najwyraźniej było silne, ale krótkotrwałe, bo ból mięśni nie był już tak dotkliwy. — Tylko ja, Glizdek, Luniak i Rogaś sprawiamy, że twoje życie ma jakiś sens – odparł, wciąż chichocząc. – Daj spokój, Śmiecierusie… co miałbyś robić, gdybyś nie mógł nas śledzić i donosić Dumbledore’owi?
Twarz Snape’a zrobiła się purpurowa. Syriusz wykorzystał chwilę jego dekoncentracji i rzucił na niego Levicorpusa – autorskie zaklęcie Ślizgona, które James podkradł mu rok temu i zaczął wykorzystywać przeciwko jego konstruktorowi. Severus wybałuszył oczy, upadł na podłogę, żeby zaraz potem poderwać się w powietrze i zawisnąć do góry nogami. Różdżka wypadła mu z dłoni. W przeciwieństwie do Syriusza nie śmiał się w kryzysowej sytuacji.
Black parsknął. Widok ośmieszonego Snape’a dodał mu na tyle otuchy, żeby ostatecznie podnieść się z podłogi. Zmęczony do imentu, resztkami energii nabrał siły i kopnął Ślizgona prosto w głowę. Gniew i upokorzenie – u Snape’a obecne, u Syriusza już należące do przeszłości – wymalowane było na twarzach ich obydwu. Zarówno Black, jak i Snape przez wpadnięciem na siebie byli wyprowadzeni z równowagi – Syriusz nie mógł przeboleć, jak Davis traktował Dorcas, z kolei Severus wciąż widział przed oczami fotografię przedstawiającą Lily z jej nowym gachem. Z tego powodu obydwoje kompletnie zapomnieli się w wściekłości i mogli zrobić coś bardzo lekkomyślnego.
— Chciałbyś być taki jak my, co? – szepnął butnie Black, od czasu do czasu zadając Snape’owi cios w brzuch lub twarz. — Chciałbyś być popularny, zdolny… przystojny? – zakpił, uderzając go w nos, by podkreślić ostatnie słowo. – Chciałbyś sobie kogoś pobzykać?
Snape skrzywił się. Syriusz nie wiedział, co bardziej rani jego dumę – jego słowa czy kolejne ciosy.
Chciałbyś…
— Mieć dzieciaka w wieku szesnastu lat? – dokończył Snape, krzywiąc się. – Być po rozprawie sądowej? Czy chciałbym, żeby moje nagie zdjęcia były porozwieszane na każdym korytarzu? Być taką szumowiną, żeby wykorzystać do tego nieświadomą dziew…
Ślizgon zdążył urwać, pojmując, że zagalopował się w swoich oskarżeniach, ale Syriusz „domknął” mu usta ciosem. Zmarszczył czoło, chcąc przeanalizować komunikat Smarka. Sekundę zajęło mu pojęcie aluzji, a gdy tylko do tego doszło, ryknął głośnym, perlistym śmiechem. Snape krzywił się, jakby salwa znienawidzonego śmiechu raniła go bardziej niż uderzenia pięści.
— Podoba ci się Evans? – wydukał. – Co jeszcze? Może myjesz włosy?
Snape zachwiał się, jakby chciał uderzyć Blacka pomimo zaklęcia. Syriusz parsknął, przytrzymał jego głowę i szepnął: Aquamenti, kierując zaklęcie do jego nosa. Z uśmiechem na ustach obserwował, jak Ślizgon krztusi się i nie może nabrać powietrza. Przez moment przyglądał się, jak ze Snape’a uchodzi życie, ale szybko mu się to znudziło. Kopnął go w brzuch, równocześnie zadając mu ból i pomagając w wypluciu wody. Snape kaszlał jeszcze trochę, nienawidząc faktu, że Black jawnie sobie z niego kpi.
Miał powyżej uszu wszystkich tych kompromitacji zadawanych mu przez Blacka i Pottera. Kiedyś przynajmniej przyjaźnił się z Lily, która pomagała mu się z tym wszystkim uporać. Teraz, kiedy nie miał już nic do stracenia, zniknęły jakiekolwiek skrupuły przed rzucaniem na Huncwotów czarnomagicznych uroków. Owszem, zdarzało mu się śledzenie ich, zwłaszcza podczas pełni, ale robił to w imię większego dobra. Nie chodziło tylko o zemstę, ale też o nieświadomych ludzi, którzy mogli paść ofiarą ich żartów. Z pewnością igranie z wilkołakiem mogło być śmiercionośne. Snape lubił usprawiedliwiać się w ten sposób.
Śledząc ich, nie tylko poznawał plany wroga i zyskiwał nad nimi przewagę, ale też uczył się niezdradzania przy nich swoich tajemnic.
Teraz mógł zdradzić jedną z najważniejszych.
— Chciałbyś być na miejscu Rogasia, co? – zakpił Black. Machnął różdżką, a Snape runął na ziemię, uderzając z impetem głową o podłogę. — Chcesz, żeby zniknął. Myślisz, że w ten sposób Evans przestanie się tobą brzydzić.
Snape chwycił swoją różdżkę, wciąż leżącą na podłodze. Syriusz zapobiegł temu i nadepnął butem prosto na długie, krzywe palce Smarka. Zabolało tak, jakby smagnął mu dłoń wielkim biczem.
— Mną przynajmniej nie brzydziła się własna matka – syknął, mając nadzieję, że Black podniesie nogę. Wściekły błysk zaiskrzył w jego oku. Syriusz kopnął go prosto w brzuch, tak, że jego ofiara przeturlała się pod ścianę. Przepełniony nieopisanym gniewem, zbliżył się do Snape’a, szarpnięciem podniósł go na nogi i przyszpilił go ramieniem go ściany.
— Myślisz, że jesteś taki mądry? – zapytał Syriusz zimnym tonem, chwytając go za gardło. Snape wierzgał się, ale nie mógł zapobiec temu, że Gryfon podnosił go coraz wyżej, aż w końcu nogi oderwały mu się od ziemi, tak samo jak wtedy, kiedy oberwał Levicorpusem.  – Chcesz wiedzieć, co robimy w czasie pełni? – obił jego głowę o ścianę. Snape syknął z bólu. – Przyjdź dzisiaj pod Wierzbę Bijącą. Jest tam pewien konar – przyciśniesz go, a drzewo będzie grzeczne – opisał mu pokrótce, o jaki konar chodzi. – Tam zrobimy sobie babski wieczorek.
Puścił jego szyję. Snape upadł na podłogę z głośnym hukiem. Syriusz nie chciał jeszcze skończyć zabawy, ale zza zaułka zaczęły dochodzić głosy budzących się Ślizgonów. Najwyraźniej przywołały go one do porządku, bo zadowolił się zwykłym kopnięciem. Spojrzał jeszcze na obolałego, zhańbionego, leżącego pod ścianą Snape’a, zaśmiał się szyderczo i rzucił:
— Wyjdź, ściągnij spodnie i sprawdź, czy masz jaja.
Kopnął go jeszcze raz, tym razem we wspomniane przez siebie miejsce, po czym opuścił korytarz i skierował się z powrotem do skrzydła szpitalnego. Na tym punkcie skończyła się jego bogata w przeżycia pielgrzymka od Wielkiej Sali. Miał nadzieję, że uda mu się złapać Evans, bo chciał przemówić jej do rozsądku, zanim zrobi coś impulsywnego i zrani Rogasia. Ponownie.
W tym samym czasie Lily miała bardzo złe przeczucia. Ona i Severus funkcjonowali podobnie jak ta i Jo – ich umysły były połączone. Nie dosłownie, zaklęciem, ale więzią budowaną przez wiele lat, stanowiącą jakby most pomiędzy nimi. Dziewczyna od dawna próbowała go zburzyć. Chociaż wszystkie te rozczarowania, które zadał jej Snape, odcisnęły głębokie piętno na jej sercu i równie głębokie dziury w tym moście zaufania, to wciąż był zbyt solidny i niezawodny. Nie miała pojęcia, czy Sev ma podobnie, ale jeśli chodziło o nią, to posiadała coś na kształt intuicji dwojga bliźniąt. Przeczuwała pod skórą, kiedy ze Ślizgonem działo się coś niedobrego, zupełnie jakby był jej bratem bliźniakiem.
Jednak w tamtym momencie była zbyt wyprowadzona z równowagi i rozdarta, aby zidentyfikować podłoże tych dziwnych złych przeczuć. Można się w końcu pogubić pomiędzy gniewem i rozczarowaniem do Jamesa, zmartwieniem nad poczynaniem Doriana i zaskoczeniem, że Severus znowu zaczął się do niej odzywać oraz – oczywiście – kompletnym załamaniem nad tym, że ktoś porozwieszał jej zdjęcia po całej szkole. Reasumując, z każdą jej relacją z którymś z trzech mężczyzn jej życia, było coś dzisiaj nie tak. A nie zaczęły się nawet jeszcze lekcje.
Wiedziała po prostu, że w tym momencie dzieje się coś złego z którymś z nich, i to wystarczyło, żeby wyrwać ją ze specyficznego stanu pomiędzy snem a rzeczywistością. Zrobiła to, co potrafiła najlepiej – zamiotła wszystkie problemy pod dywan, wybierając sobie jeden, ten najmniej trudny do rozwiązania. Musiała znaleźć w końcu Luke’a Davisa, bo nie pozwoliłaby, żeby banda nastoletnich chłopców wmieszała się w jej przyszłą karierę.
Nie zawali tej transmutacji. Chociażby musiała zniżyć się do najgorszych przekrętów. Czym prędzej wypadła ze Skrzydła Szpitalnego i pognała w dół, z trzeciego piętra przenosząc się na parter. Zostały jakieś dwa minuty przerwy, potem miała jeszcze godzinę na przygotowanie się do dzisiejszego pytania z transmutacji, i zaczynały się lekcje. Jeśli nie złapie Luke’a teraz, to będzie miała szansę dopiero na obiedzie, a liczyła się szybkość.
Na szczęście, los po raz pierwszy dzisiejszego dnia postanowił się do niej uśmiechnąć. Luke razem z tłumem innych uczniów ze starszych klas, opuszczał właśnie Wielką Salę. W dłoniach trzymał pozwijane w papier kanapki. Lily nieświadomie oblizała wargi, w lekko prowokującym geście. Wystarczyło, że przyjrzała się mu z bliska, i już wiedziała, jak należy go podejść, by osiągnąć swój cel. Odpięła dwa górne guziki swojej polówki, poluzowała krawat i obciągnęła z całej siły bluzkę. Podciągnęła spódniczkę z bioder na talię, zapinając górny guziczek i przywołała na usta uwodzicielski uśmieszek. Nie zastanawiała się wtedy nad reakcją Dorcas na jej przedstawienie – ta osoba po prostu wyleciała jej z głowy, zepchnięta na drugi plan przez niebezpieczną dawkę determinacji.
Luke zauważył ją niemal natychmiast, bowiem poruszała się w wyczerpujący, bardzo nietypowy dla niej sposób, polegający na zataczanie lekkich półokręgów biodrami. Zmrużył oczy i przystanął. Uśmiech wkradł się na jego usta niemal bezwiednie.
— Cześć, Luke – rzuciła, przybliżając się do niego i obdarzając zalotnym uśmiechem. – Jak ci idzie Projekt Absolwencki?
Syriusz, wracający z lochów do skrzydła, zauważył co prawda Luke’a. Co więcej, dostrzegł, ze towarzyszyła mu jakaś rudowłosa kokietka, ale po tym, co usłyszał, przypuszczał, że to jego następna dziewczyna. W życiu nie rozpoznałby w niej Evans, która zazwyczaj nie kokietowała ani tym bardziej nie rozmawiała z chłopakami pokroju Luke’a. Wściekał się tak bardzo, że gdyby nie misja, której celem była pomoc najlepszemu przyjacielowi, bez wątpienia wymierzyłby w Davisa przynajmniej cruciatusem.
Chrzanić wszystkie moje zasady, pomyślał, zaciskając pięści.
I tutaj właśnie skończył Black – w piętnaście minut doszedł do Skrzydła Szpitalnego i chociaż odbył najkrótszą i najbardziej bogatą w doświadczenia podróż w całym swoim pełnoletnim życiu, dosłownie szalał z wściekłości – i dlatego, że Evans uciekła z przedsionka dla odwiedzających, i przez męską dziwkę Davisa, i przez Snape’a, który mógł naprawdę im dzisiaj zaszkodzić.

♣♣♣

Zmierzch zapadł szybko, bo już o piątej. Remus zawsze uważał, że najpiękniejszy zachód słońca był przez pełnią. Magia unosiła się wówczas w powietrzu, a poza tym piękno chowającego się słońca stanowiło ostatnie wynagrodzenie dla chłopca przed nastaniem nocy. Madame Pomfrey prowadziła go w kierunku Wierzby Bijącej, a on wpatrywał się w górę, bo tylko na to – na przyglądanie się – miał jeszcze siłę. Pomarańczowe wstęgi przecinały purpurowe obłoki niczym rzeka Alchatz hałdy w jego rodzinnym miasteczku. Szarobłękitne punkciki, powtykane pomiędzy pasy w kolorze bordo i złota kojarzyły mu się natomiast z kwitnącymi tam kwiatami – niezapominajkami, pełnikami i tawułkami. Powietrze niemal pachniało miodowym tortem, specjałem kuchni Hope Lupin. To był jeden z tych momentów, kiedy Remus czuł się naprawdę jak w domu, tyle że przed pakowaniem i wyjazdem w nieznane.
Z każdym krokiem słabł, jakby całe jego ciało buntowało się przed wejściem do środka Wierzby Bijącej, a potem – Wrzeszczącej Chaty, co równoznaczne było z przemianą. Po pewnym czasie pielęgniarka musiała go ciągnąć, a potem wręcz nieść do wlotu tunelu. Kręciło mu się w głowie, co pewien czas dosięgała go potworna, przewlekła migrena, jakby czołg wojskowy przejeżdżał po jego mózgu. Ból w kościach i dziwne rwanie w mięśniach, jakby dynamicznie się rozciągał, również nie ułatwiały mu pokonania krótkiego odcinka tunelu.
Drzewo, wyczuwając chyba pod skórą – a może raczej pod przetchlinkami – ruch, rozpoczęło leniwe wierzganie i powłóczenie gałęziami, jakby dopiero się rozgrzewało. Lupin przełknął ślinę. Nie przepadał za tym drzewem. Zbliżyli się na najbliższą bezpieczną odległość.
Jak zwykle, widząc przeklęto drzewo, Remusa zalała fala wyrzutów sumienia i obrzydzenia do samego siebie.  To pierwsze, dlatego że była ona pomnikiem starań Dumbledore’a, żeby nie zrobił nikomu krzywdy, pomnikiem, który on z taką łatwością lekceważył, opuszczając nocą Wrzeszczącą Chatę. To drugie, z powodu nie tyle, co samej przyczyny zasiania drzewa (czyli jego), ale dlatego, że przypominała mu o Peterze, który pod postacią szczura dociskał odpowiedni konar i pozwalał reszcie Huncwotów wejść do środka. Przypominało mu to o samym fakcie, że trójka jego najlepszych przyjaciół z jego powodu opanowała animagię, sztukę ograniczoną prawnie. On natomiast… Ani ich nie powstrzymał, tylko przyglądał się z założonymi rękami, jak co pełnię ryzykują dla niego własne życie i zdrowie, ani nawet nie drążył tego tematu, nie odwodził ich od pomysłu towarzyszenia mu co pełnię. To było egoistyczne z jego strony, ale… oprócz potwornego bólu towarzyszącemu przemianie, utrudniała mu ją jeszcze uciążliwa, dobijająca samotność. Czuł się potworem sam w sobie, a kiedy nie było obok niego nikogo, czuł, że inni również się nim brzydzą. To było jak polewanie wrzątkiem oparzenie. A kiedy… kiedy Huncwoci stali obok niego we Wrzeszczącej Chacie, czuł się pewniej, bardziej ludzko, bardziej… akceptowany.
Odgonił od siebie te myśli. Zawsze starał się być empatyczny i myśleć o innych, dlatego wstydził się tego, że z egoistycznych pobudek jak potrzeba akceptacji naraża życie swoich przyjaciół. Sposępniał jeszcze bardziej. Nie dość, że potworem za nocy, to jeszcze tyranem w ciągu dnia, pomyślał melancholijnie, bo przemiana sprzyjała depresyjnym pobudkom.
Pielęgniarka wyciągnęła różdżkę i wycelowała zaklęciem w odpowiedni konar, stanowiący swoistą dźwignię do zatrzymania wierzby. Drzewo, które już zaczynało obracać jednym ze swoich gałęzi jak dyskiem, nagle spowolniło, a w końcu zatrzymało się, jakby zaspane.
— Idziemy, panie Lupin.
Nogi Remusa ledwo unosiły się z ziemi, ciężkie, jakby ciągnął za sobą kamienie. Kolejna fala bólu przeszyła mu czaszkę. Jęknął. Pomyśleć, że to dopiero początek.
Przejście do tunelu, nawet przy asekuracji pielęgniarki, było dla Lupina ciężkim wysiłkiem. Potykał się co kilka kroków, nogi i ręce mu mdlały, w głowie przewracały się niespójne obrazy, jak miraże pustynne. Na zewnątrz ściemniało się coraz bardziej, tak, że złoża miki w sklepieniu tunelu zaczynały świecić się jak robaczki świętojańskie. Remus wiedział, że musi przyśpieszyć, bo inaczej nie zdąży przed transformacją trafić do Wrzeszczącej Chaty.
Żeby nie myśleć o przeciwnościach, skupił się na innych tematach. Ciekawe czy chłopcy już stoją pod drzewem? Zwykle czekali na wyjście madame Pomfrey, a następnie przebiegali już w zwierzęcych formach przez tunel. Teraz jednak zmrok zapadał tak wcześnie, Remus był bliski transformacji… nie wiedział, czy zdążą dotrzeć na czas.
Wydawało mu się, że minęły lata, zanim ujrzał przesmyk światła z innego źródła niż migoczącej miki. Do wnętrza Wrzeszczącej Chaty ledwo się doślizgnął. Osłabienie było silniejsze od faktycznego bólu, czuł się jak staruszek przed śmiercią. Padł na podłogę. Oddech miał nierówny, bladł w oczach. Madame Pomfrey zwykle wykonywała jeszcze szybkie badania, które – choć kompletnie bezsensowne – miały ją uspokoić przed zostawieniem Remusa samego. Teraz jednak studium transformacji było zbyt zaawansowane. Kobieta drżącymi rękami wyciągnęła z kieszeni szklane buteleczki z kolorowymi miksturami. Jedna z nich była wzmacniająca, dwie pozostałe – przeciwbólowe. Jeśli następowała po nich jakakolwiek ulga, to raczej przez efekt placebo. Lupin dobrze wiedział, że ból uśmierzyłyby tylko silne, czarodziejskie narkotyki.
Nie miał siły, by jej podziękować, dlatego jedynie skinął głową. Resztami człowieczej woli sięgnął po butelkę… była pół stopy od jego palców, zaczął po nie sięgać… jeszcze trochę… ból przeszył jego rękę tak, jakby ktoś połamał mu wszystkie, kolejne kości. Wrzasnął. Zamiast ludzkiego krzyku z jego gardła wyrwało się coś na kształt skowytu. Przełknął ślinę. Nie da rady zażyć tych eliksirów. Podobna sytuacja nigdy mu się nie zdarzyła, toteż nie wiedział, czego może się spodziewać. Odetchnął ciężko. Tlen dusił go jak ostry zapach spalin.
— Remusie? – szepnął znajomy baryton gdzieś obok drzwi. Lupin nie miał siły, aby spojrzeć w tamtym kierunku, ale domyślił się, kto to mógł być. James na co dzień zawsze nazywał go Luniakiem, Lunatykiem, Luniaczkiem albo wymyślał jeszcze inne zdrobnienie od tego pseudonimu, ale w sytuacjach poważnych, zawsze używał jego imienia. Potter zwykle był tu pierwszy.
Spojrzał na swojego przyjaciela znad okularów i westchnął. Kilka susów wystarczyło mu do przykucnięcia obok Lupina, pochwycenia buteleczek w swoje dłonie i otworzenia korka. Pomógł chłopakowi usiąść, wyprostować plecy, a potem nalał mu eliksir prosto do gardła. Miał nieprzyjemny, cierpki smak.
— Nie zauważyła cię? – szepnął Remus, pomiędzy kolejnymi łykami. James pokręcił głową.
— Poppy ma sprawne ruchy. Szybko stamtąd wyszła.
Sięgnął po drugi eliksir, jeden z przeciwbólowych. Zerknął na niego z powątpieniem – najwyraźniej wiedział, to samo, co Remus, że oprócz magicznego opium albo Demencji nic mu nie pomoże. Lupin przypomniał sobie o tym, co powiedziała Bree Angelo w skrzydle, że powinien wziąć akonit… Akonit…
Czerwony napój smakował trochę lepiej, jak kompot truskawkowy. Miał podobną, rozcieńczoną konsystencję, a miejscami coś w nim pływało. Trzecia mikstura szczypała go w język, jak papryczka chili albo imbir. Zanim skończył pić, do środka już wbiegł kudłaty, czarny wilczarz, a tuż za nim szary, potężny szczur. Wszyscy w komplecie. James upewnił się, że Remus wypił wszystkie eliksiry i  zapytał, czy może coś jeszcze dla niego zrobić. Lupin odmówił. Okularnik wystarczająco mu pomagał samą swoją obecnością. Nie mógł zrobić nic więcej.
Syriusz szczeknął. Przybliżył się do Remusa i polizał go po twarzy, mocząc mu koszulkę. Następnie otarł się o nogi Jamesa, naskoczył i zwalił go z nóg, jakby chciał krzyknąć: „Rusz się, Potter! Nie mamy całej nocy!”. Lupin zaśmiał się ostatkiem sił. Chociaż szyja i gardło rozbolały go od nadmiernego wysiłku, od razu zrobiło mu się lżej na sercu. Potter jęknął, zrzucił psa z siebie i usiadł. Sekundę później rozpłynął się w powietrzu, a na jego miejscu pojawił się wysoki, urodziwy jeleń z wielkim, jasnym porożem. Wyglądał jeszcze bardziej dumnie niż zwykle.

 Na zewnątrz robiło się coraz mniej różowo, a bardziej szaro. Stopniowo siwizna nieba zaczęła ciemnieć, robić się granatowa, a następnie zupełnie czarna. Kiedy Poppy Pomfrey wróciła do swojego skrzydła i wyjrzała za okno, wielkie, ciężkie chmury, przepowiadające chyba ponownie grad i kłujący, siarczysty deszcz, zakrywały księżyc niemal w całości. Chłodny powiew wiatru zapiszczał w oknach i rozwiał jedną z tych chmur. Dokładnie w tym momencie rozpoczęła się transformacja Remusa.
Chłopak zawsze wiedział, kiedy ona się zaczyna. Przez cały dzień słabł, doskwierały mu bóle i pobolewania, ale wszystkie te nieprzyjemności znikały na jedną, krótką i ulotną chwilę, sprawiając, że Remus czuł się szybszy, zwinniejszy i silniejszy niż kiedykolwiek. Przemiana rozpoczynała się od zmysłów. Oczy zaiskrzyły mu i pociemniały, źrenice powiększyły się tak, że przysłoniły niemal całe tęczówki. Białka poczerwieniały, jakby krwawiły. Chłopak widział najmniejszy ruch, drgnięcie palca, pajęczynę, kępę kurzu w absolutnych ciemnościach. Następnie rozwijał się u niego słuch, najbardziej dokładny ze wszystkich zmutowanych zmysłów.
Usłyszał bicie własnego serca. Usłyszał szybkie tętno szczura, krew płynącą w żyłach jelenia, dźwięk śliny połykanej przez psa. Usłyszał odgłosy życia nie tylko z najbliższego otoczenia, ale też praktycznie wszystkich miekszańców zamku i Hogsmeade. Słyszał, jak proszą się, żeby do nich przyszedł. Słyszał wołanie ich krwi, która chciała uwolnić się i wylać w całości na zewnątrz z ich krępych ciał. Pragnął usłyszeć donośniejsze odgłosy, ich wrzaski, jęki od bólu…
Jego pysk zaczął ulegać zmianie. Dwudniowy zarost na policzkach rósł w niesamowitym tempie, włosy pojawiały się nad i pod wargami, na brodzie, wyrastały z brwi, z czoła, ze skroni…  Szyja się wydłużyła, nos zmienił kształt… i wtedy rozpętało się piekło.
Ostatnią człowieczą rzeczą, jaką doznawał w czasie pełni był ból. Psychiczny, fizyczny, dojmujący i przewlekły. Mięśnie rozciągały się, wydłużały, wzmacniały, zmieniały kształt i piekły przy tym tak dotkliwie jak podczas średniowiecznych tortur. Kości pękały, łamały się, a następnie krzywo zrastały, ponownie łamały… przemieszczały… strzelały…
Remus już nie krzyczał z bólu, tylko wył. Wilczy skowyt przenikał Wrzeszczącą Chatę, wydobywał się na zewnątrz, słyszalny nawet w Hogsmeade. Kręgosłup wygiął mu się, zachrzęścił jak stare narzędzia w pudełku, a potem nacisnął niemiło na mięśnie. Zrywały się ścięgna. Dziwna energia wypchała część kurcząco-rozciągających się części owłosionego ciała, formując długi, dyndający ogon. W agonii zerknął na troje zupełnie różnych zwierząt. Ich widok dodawał mu sił. Przewrócił się na brzuch i zaczął chodzić na czworaka, bo nie mógł ułożyć kończyn inaczej. Płytki paznokci odrywały się od palców, a na ich miejscu pojawiały się ostre, zakrzywione pazury. Ręce i nogi zarosły mu futrem, spodnie i koszulka zerwały się i opadły na podłogę.
Remus stracił kontrolę nad sobą. Władał nim instynkt drapieżnika i wyostrzone zmysły. Czuł krew płynącą przez tętnice. Bicie serc. Oddech. Tętno.
Zerknął na swoich przyjaciół. Nie tego poszukiwał. Ich funkcje życiowe były za mało rozwinięte, pragnienie rozlewu krwi prawie w ogóle nie występowało. Czuł… czuł, że człowiek jest blisko.
Zawył i wybiegł przez tunel. Intuicyjnie czuł, że pies, jeleń i szczur depczą mu po piętach. Przyśpieszył.
Kiedy wybiegł na zewnątrz, nareszcie poczuł, że jest w swoim środowisku. Z dala od duszącej, ograniczającej go chaty. Miliony zapachów, dźwięków i obrazów zalało jego umysł, lecz tylko jeden dominował – zapach człowieka. Pobiegł w tamtym kierunku, wyjąc i łamiąc gałązki na trawie. Był jak w amoku. Nie potrafił się zatrzymać.
Tuż za nim jeleń zatrzymał się i spojrzał w kierunku psa. Oboje przez chwilę zamienili się w ludzi, czym zdezorientowali oddalającego się wilka. Nie miał pojęcia, w którą stronę pobiec.
Tymczasem kompletnie nieświadomy czyhającego nad nim niebezpieczeństwa czarnowłosy chłopiec z haczykowatym nosem zbliżył się do Bijącej Wierzby. Słyszał wycie wilka i skowyt psa, ale wydawały mu się bardzo odległe. Myślał, że echo przygnało je z Zakazanego Lasu. Różdżką wycelował w odpowiedni konar, prawie pewien, że został oszukany. Ku jego zdumieniu drzewo zaprzestało ataku. Przejście do tunelu stanęło otworem.
Severus Snape leniwymi ruchami skierował się do wlotu tunelu. W czarnej pelerynie był niemal niewidoczny dla ludzkiego oka. Wycie ponowiło się, wyraźniejsze niż wcześniej. Severus pomyślał, że powinien jak najszybciej znaleźć się w środku.
Wilkołak znajdował się właśnie na jednej z polan w Zakazanym Lesie. Nie chciał wracać do Bijącej Wierzby i znowu utkwić we Wrzeszczącej Chacie, jednak instynkt krzyczał, że musi wrócić do tego miejsca. Obwąchiwał teren i nasłuchiwał odgłosów przyrody, ale rytm wybijany przez ludzkie serce stał się mnie równy, melodyjny i mylący. Nie miał pewności, skąd dobiega.
Snape wyciągnął różdżkę i Lumosem oświetlił sobie drogę. Czuł się jak w pułapce. Nigdzie nie dało się słyszeć czegokolwiek, co świadczyłoby o tym, że Huncwoci byli kiedyś w tym miejscu. Wyk się ponowił. Severus podskoczył z zaskoczenia i upuścił różdżkę. Zgasła, a on nie potrafił znaleźć jej na ziemi.
Oprócz refleksów miki jedynym oświetleniem w tunelu była para wielkich, błyszczących oczu.  


♣♣♣


Lily postarała się o to, żeby Dorian był w bibliotece równolegle do tego, jak ona i Luke zaczynali pracę nad projektem. Co więcej, zorganizowała wszystko w taki sposób, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia – albo opuści z bibliotekę, pogrążając się możliwie jeszcze bardziej, albo spędzi kilka godzin na oglądaniu swojej byłej dziewczyny i wroga. Postąpił tak, jak przypuszczała – dumnie. Udawał, że nie interesują go ich poczynania, ale rudowłosa widziała, że co parę chwil podnosił wzrok znad książek, a jego twarz wykrzywiał grymas niezadowolenia.
Jaka szkoda.  
Może i nie powinna czuć takiej satysfakcji z robienia mu na złość, ale obecnie potrzebowała worka treningowego, by rozładować emocje. Każdy kolejny cios był jak uderzenie Pottera prosto w twarz. Och, jak bardzo chciałaby to teraz zrobić!
Luke otwierał właśnie podręcznik od historii magii i wypisywał wszystkie znaczące informacje. Jako że był opanowany, z pewnością pracował intensywniej niż Lily, ale dziewczyna musiała go pochwalić za jeszcze wiele rzeczy. Naprawdę nie wiedziała, o co chodziło Dorianowi, kiedy powiedział, że tak nie znosi Davisa, który był naprawdę sympatyczny. Od razu zauważył zły humor Lilu i wychodził z siebie, by ją rozchmurzyć. Wyciągał dowcipy z rękawa, pracował za nich dwoje  i co chwila zagadywał ją na jakiś bezpieczny temat, byle tylko skierowała swój tok myślowy na inne tory niż te związane z Potterem. Chamberlain przedstawił go jako tępego idiotę, podczas gdy był on naprawdę błyskotliwy i światowy – jak na Krukona przystało.
Ojciec Luke’a pracował jako członek w Wizetgamocie, dlatego chłopak miał bardzo dużą wiedzę na temat sądownictwa w magicznym świecie. Stwierdził, że ich temat powinien być powiązany z prawem, ale widząc, że Lily ten temat ewidentnie nie podchodzi, poszedł na kompromis. Taki bezproblemowy facet! Doprawdy, dlaczego ona od razu do niego nie lgnęła?
— Moja siostra jest na prawie – odparła, by się wytłumaczyć. – To znaczy… idzie… jest w college’u… Nie za bardzo ze sobą przepadamy. Sądzę, że… że będzie mi się to z nią za bardzo kojarzyć.
— Nie ma problemu – odparł, zbywając całą sytuację ręką. – Nie możemy dopuścić do sytuacji, w której czujesz się niekomfortowo, co nie? – Lily potaknęła, uśmiechając się ciepło.
Pomysł we wciągnięcie Luke’a w projekt podobał jej się coraz bardziej. Nie to, że z Dorianem źle jej się pracowało – wyręczał ją w zagadnieniach z transmutacji, a Luke – niestety – nawet jej nie miał – ale jednak rozmawiając z nim czuła się skrępowana. Z Davisem nie dzieła żadnej przeszłości, właściwie to niewiele dla niej znaczył, i dlatego mogła pozwolić sobie na więcej swobody. Zabawne, że czasami rozwiązania, które podejmuje się na gorąco i w złości, okazują się genialne.
— W takim razie myślałaś już nad czymś? – kontynuował Luke swobodnym tonem. – Ty i Chamberlain nad czym pracowaliście?
My… — Lily zawahała się. Z jednej strony spodobał jej się pomysł Doriana i z pewnością zahaczał o wymiar jej zainteresowań, jednak trochę głupi było jej się przyznać przed Lukiem, że jak fanatycy fantastyki śledzili poczynania dawno już wymarłych elfów brytyjskich.
Oblizała wargi.
— Nie… to znaczy, nie chcę kraść Dorianowi tematu.
— Należy mu się – parsknął Luke i wzruszył ramionami. – No wiesz, skoro wywalił cię z projektu.
Niby tak…, chciała powiedzieć Lily, ale jej podejrzliwa natura obudziła się po bardzo długiej hibernacji. Uniosła jedną brew do góry, po czym mruknęła:
— Dlaczego właściwie jesteście z Dorianem tacy na siebie cięci? No wiesz… skoro jesteście współlokatorami…
Luke skrzywił się, jakby słowo „współlokator” strasznie go obraziło.
— Nie przypominaj – wydukał, wzdrygając się. – Nie jesteśmy na siebie cięci… Po prostu Chamberlaina nie da się lubić.
Da – uparła się Lily, chcąc go jak najbardziej przyszpilić i uzyskać wreszcie jakiekolwiek odpowiedzi. Skoro zarówno Potter, jak i Black, a teraz jeszcze Luke, nie znosili Doriana tak bardzo, musiał stać za tym jakiś rzetelny powód, jakieś splamienie na nieskazitelnej dotąd reputacji tego chłopaka. – Da się nawet więcej niż go lubić. Wiesz… byłam jego dziewczyną.
—Współczuję – uciął dobitnie Luke. – Całe szczęście, że w miarę poszłaś po rozum do głowy.
Lily wolała już nie mówić, że w tym „pójściu po rozum do głowy” pomógł jej Potter i jego paszcza, która nie mogła odpędzić się od całowania jej nawet – a raczej zwłaszcza – wtedy, kiedy rozmawiała ze swoim chłopakiem. 
— Nieważne. W każdym razie myślę, że możemy pójść w podobnym kierunku, co on – odparła. – Nie dlatego, że chcę mu zrobić na złość. Po prostu… zebrałam już dużo materiałów i…
— Jaki to temat? – przerwał jej Luke, ewidentnie rozczarowany, że zabraknie robienia na złość Dorianowi.
— Mitologia.
— Mitologia magiczna?
— I mugolska. Skoro masz mugoloznastwo i opiekę nad magicznymi zwierzętami… ja mam numerologię i wróżbiarstwo. Poza tym historia magii, zaklęcia, obrona… to zahacza też o transmutację.  To na pewno ciekawsze niż analiza jakieś ewolucji feniksów.
Luke zmarszczył czoło, ale nic nie powiedział. Na jego twarzy nie było żadnych oznak, czy faktycznie uważa mitologię za ciekawszą niż procesy biologiczne ptaków.
I wtedy rozpoczęli pracę.
Lily przyglądała się profilowi chłopaka, sama nie bardzo wiedząc, gdzie włożyć ręce. Niby wybrała dla siebie teksty źródłowe i miała zarys projektu w głowie, ale nie potrafiła przełożyć swoich wyobrażeń na coś trwałego. Kiedy wydawało jej się, że zaczyna wpadać w wir pracy, od razu przypominała sobie całą historię o Potterze i Blacku. Może i nie była to jej sprawa, w końcu nie spotykała się i w sumie nawet nie przyjaźniła ani z jednym, ani z drugim, ale zwyczajnie nie potrafiła trzymać się od tego z daleka. Ludzie w bibliotece wytykali ją palcami i szeptali o jej zdjęciach z Jamesem, mówili, że jest „następna w kolejce”, a ona jakoś nie mogła temu zaprzeczyć. Przez dwa lata odpierała jakiekolwiek ciepłe uczucia do Pottera, wiedząc, że myśli on tylko o jednym, że chce ją po prostu „zaliczyć”, potem udało mu się lekko ocieplić swój wizerunek w jej głowie, i to wszystko wydarzyło się po to, żeby cała ta sytuacja pchnęła ją z powrotem do punktu wyjścia.
Skoro próbowała się skupić na tematyce mitologicznej, mimowolnie całą ta sytuacja skojarzyła jej się z pewnym greckim mitem. Czuła się trochę jak Syzyf, który musiał wnosić na szczyt ciężki głaz, a kiedy już tam dotarł, bogowie spychali go z powrotem w dół. Przez cały czas w relacji z Jamesem wnosiła ten głaz, a kiedy udawało im się dotrzeć do jakiegoś jasnego punktu, do szczytu, to nagle działa się sytuacja tak jak teraz, a ona znów musiała wnieść ciężar z powrotem. A to było trudne i bolesne. I chyba nie chciała przechodzić przez to jeszcze raz.
To była jedna z przyczyn – oprócz oczywistego wątpienia, że James jest z tym zainteresowaniem nią poważny – dlaczego nie chciała angażować się z nim w jakiś związek. Obawiała się, że za bardzo się różnią, że nigdy nie znajdą porozumienia, że nigdy nie wyjdą na prostą. Że ten głaz nigdy nie stanie na szczycie stabilnie. Bała się, iż czeka ją masa rozczarowań. A w życiu doznała ich aż za wiele.
— Myślisz o Potterze, co, Lily? – Z rozmyśleń wyrwał ją głos Luke’a. Podskoczyła na krześle i spojrzała na niego, zaskoczona.
— Jesteś rozproszona – usprawiedliwił się chłopak, spoglądając na nią z czymś, co można było uznać za troskę. – Zastanawiam się, czy chodzi o te plotki.
Dziewczyna westchnęła.
— Obawiam się, że to coś więcej niż zwykłe plotki.
Luke uniósł spojrzenie znad papierów. Na jego twarzy malowały się mieszane uczucia. Westchnął, wyprostował się na krześle i spytał:
— Chcesz o tym pogadać?
Lily przekrzywiła głowę, na znak, że nie jest do końca pewna. Luke powtórzył jej gest, wysyłając uśmiech pełen otuchy. Gest ten nakłonił dziewczynę do wyrzucenia z siebie chociaż części problemów, które zwykle spychała pod dywan.
— Pewnie myślisz tak jak cała ta zakichana szkoła, że ja i Potter… no, kochaliśmy się. W sensie… czynnym. No wiesz, że się bzykaliśmy.
— Wiem, o czym mówisz – odparł, lekko rozbawiony.  Lily zarumieniła się wściekle.
— No więc… nie.
— Mówisz o tym każdej zaczepiającej cię osobie – zauważył. Dziewczyna zarumieniła się, bo chociaż było w tym trochę prawdy, zabrzmiało to strasznie prześmiewczo w ustach Luke’a. Jakby zapreczała oczywistemu. – Wiesz, kojarzę cię z tych twoich… poglądów – odparł, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. – Czy to nie ty i Mary McDonald w czwartej klasie zorganizowałyście w czwartej klasie bunt feministyczny?
Lily zarumieniła się jak piwonia. Och, w czwartej klasie ona i Mary były najlepszymi przyjaciółkami i robiły razem dużo więcej podobnych rzeczy. Ledwo już pamiętała całe przedsięwzięcie, ale to zdecydowanie brzmiało na ich robotę.
Nie… nie pamiętam – odparła wstydliwie. – Ale… biorąc pod uwagę fakt, że zorganizowałam strajk z powodu różowej choinki w naszym pokoju wspólnym… — Luke parsknął, najwyraźniej myśląc, że żartuje – …to możliwe. 
— No więc… — analizował jej słowa Luke – chyba nie martwisz się, że ktoś nazwie cię za plecami dziwką. To chyba jedna z zasad feministek, co nie? Skoro faceci się puszczają, to czemu laski nie mogą?
Lily potaknęła, bo zgadzała się z tą zasadą, ale jednak nie chciała, żeby rozmowa zeszła na feministyczne tory. Mogłaby się lekko zapędzić i odstraszyć Luke’a od siebie.
— Nie martwi mnie to – przyznała, nie do końca prawdziwie. – Po prostu… naprawdę tego nie robiliśmy.
Luke spojrzał na nią sceptycznie. Nie wyglądał na przekonanego.
— To wszystko było wyrwane z kontekstu – brnęła, usiłując za wszelką cenę przekonać choć jego. Davis westchnął i chciał już uciąć temat, gdy Lily wykrzyknęła: „Och! To po prostu wy wszyscy jesteście zboczeni!”.
Najwyraźniej wykrzyknęła to trochę zbyt głośno (chociaż chciała, żeby wszyscy słyszeli), bo niemalże wszystkie głowy w obrębie najbliższych działów książek, zwróciło na nią rozbawione spojrzenia. Łącznie z Dorianem. Tyle że on nie wyglądał na skorego do śmiechu, tylko wściekania się.
Najbardziej zachwycony jej wybuchem był Luke, który z całych sił starał się zachować poważny wyraz twarzy, ale wychodziło mu to kiepsko. Lily jęknęła i spiorunowała wzrokiem każdy zakątek biblioteki. Miała nadzieję, że pani Pince nie wyrzuci ją za podobne zachowanie na korytarz. Dziewięćdziesiąt procent gapiów wróciło do swoich poprzednich zadań, resztę (w tym Chamberlaina) Lily zignorowała.
— Dobrze, nie robiliście tego – zgodził się Luke, rozsiadając się wygodnie na swoim krześle. – Po prostu pozwoliłaś mu siebie rozebrać, żeby potem cię ubrał.
Lily westchnęła.
— Daruj sobie ten sarkazm. Śnieg wpadł mi zza kurtkę – tłumaczyła. – Miałam zmarznięte palce i nie mogłam… no wiesz, odpiąć zamka. Potem okazało się, że… że mam mokrą koszulkę, a w cieplarni było chłodno, i…
Urwała, bo sama zwątpiła w swoją wymówkę, chociaż była prawdziwa.
— Nieważne – westchnęła. – Chodzi o to, że do niczego nie doszło, ale…
— Ale mogło? – pomógł jej Luke. Lily pokręciła głową.
— Raczej: może. Jeśli wszystko będzie dalej się tak toczyć, a ja się nie uspokoję, to… kiedyś może się coś takiego stać. A dla niego to nie będzie nic nowego i…
— Czyli… jesteś zła, bo Potter nie jest prawiczkiem? – domyślił się.
— NIE! – jęknęła. – Chodzi mi o tę dziewczynę. Plotka czy nie plotka, tak James by się zachował, również gdyby… gdyby to spotkało mnie.
Luke przyjrzał jej się uważnie, jakby takie wyjaśnienie – zdaniem Lily najbardziej logiczne – kompletnie do niego nie przemawiało. Zadumał się głośno, najwyraźniej potrzebując czasu na przeanalizowanie całego tego galimatiasu. Evans nawet mu zazdrościła. Sama chciałaby potrafić wyciszyć się na tyle, by to dokonać.
— Możesz się ze mną nie zgodzić, Lily – zaczął niezbyt obiecująco Luke – ale nie chcę być z tobą nieszczery. Potter może i nie powinien zabawiać się z tą dziewczyną. Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem, ale Rachel Sommers powiedziała mi, że ona była zaręczona z jego kuzynem – Lily potaknęła, bo tę część historii dobrze pamiętała. – Ale stało się. Spanikował i nie można się dziwić. Czy ty byś nie świrowała, gdybyś dowiedziała się dzisiaj, że jesteś w ciąży?
— Och, oczywiście, że bym świrowała, ale…
— No i to samo stało się z nim. Życie nie jest sprawiedliwe – odparł brutalnie. – Wy, dziewczyny, macie na tyle gorzej, że na skutek błędu jesteście załatwione na dziewięć miesięcy, a może nawet dłużej… jeśli tak zdecydujecie. Ale co on mógł zrobić? Tak szczerze? Miał rzucić szkołę, ożenić się z laską jego kuzyna i wychowywać dzieciaka, o którym nawet nie miał pewności, czy jest jego?
— Na pewno nie powinien zostawić jej samej sobie. I nie powinien pozwolić na to…
Luke kompletnie zignorował wtrącenie Lily i brnął dalej:
— A co z tego, że powinien? Czy ktoś wyszedłby na tym szczęśliwie? Potter, który miałby zrujnowaną całą przyszłość? Serena, która po mieszkaniu przez długi czas zaręczona z jakimś facetem, nagle dostaje zamiast niego zupełnie obcego gościa? A może ten dzieciak, który dorastałby, wiedząc, że jego rodzice się nie kochają?
Lily pokręciła głową, nie mogąc uwierzyć w to, co słyszy.
— Mój ojciec był świeżo po szkole, kiedy urodziła się moja siostra – zaczęła takim głosem, jakiemu nikt nie ośmieliłby się przerwać. – Zaliczył wpadkę. Wcale nie kochał mojej matki, ale ożenił się z nią i był wierny – co w jego przypadku jest faktycznie zaskakujące – przez dziesięć lat małżeństwa. To ona rzuciła go bez powodu. Może i mam swoje wady, ale chyba nie uważasz, że dopadł mnie jakiś defekt psychiczny, skoro moi rodzice się nie kochali?
— Nie, no co ty, Lily oczywiście, że zdarzają się i takie sytuacje, ale…
— Mój ojciec wcale nie jest wzorem do naśladowania – kontynuowała, chcąc wyrzucić z siebie cały gniew, który nosiła w sercu przez cały dzień. – Nie czarujmy się, facet jest nieodpowiedzialny, roztrzepany i kochliwy jak nastolatka. W naszym wieku zachowywał się dokładnie tak samo jak Potter i Black. Ale był przyzwoity. Wiedział, że trzeba zapłacić za swoje błędy.
Zrobiła dramatyczną pauzę, trochę po to, żeby Luke mógł zastanowić się nad jej słowami, a trochę po to, by samej uporządkować słowa w głowie. Kiedy zaczęła mówić ponownie, jej głos nie brzmiał już tak ostro, ale raczej głucho, z goryczą:
— Ja wcale nie mówię, że jeden z nich musiał się z nią żenić i płacić do końca życia za błędy, które zrobili w wieku piętnastu lat, no, w przypadku Blacka prawie szesnastu. Ale powinni chociaż się nią zainteresować. Powinni też nie posuwać się do wtrącania tej dziewczyny do więzienia!
— Plotki plotkami – potwierdził Luke. – Ale ja szczerze wątpię, że odesłano ją do Azkabanu. Ciężarne kobiety nie mogą tam trafić. Takie jest międzynarodowe prawo czarodziejów.
— Może na odsiadkę odesłano ją po rozwiązaniu.
— Pomyśl – zaśmiał się. – Skoro James nic nie wiedział o jej skazaniu, nie mogła zasiąść przed Wizetgamotem.
Lily spojrzała na niego bez zrozumienia. Była zbyt wstrząśnięta, kiedy usłyszała o ciąży Sereny Marceau, żeby skupić się na dalszego ciągu całej historii. Kiedy Summer Blake relacjonowała jej wszystko, a James próbował ją przepędzić, musiała ograniczyć ilość zdań do minimum, pomijać wiele faktów, a Lily i tak ledwo przyswajała te najważniejsze słowa. Luke, który nie przeżywał całej tej historii tak jak ona, na pewno zapamiętał więcej wypadków i gdyby postanowili zagrać teraz w głuchy telefon, bez wątpienia doprowadziłby swoją drużynę do zwycięstwa.
Nawet nie myślała o całym elemencie z rozprawą sądową! To znaczy, myślała o losie Sereny, ale nie zwróciła uwagi na tak istotny fakt, jak to, że James miał problemy z prawem. A powinna. Nie chciała udawać, że zna się na prawie, nieważne, czy mugolskim, czy czarodziejskim. Posiadała jednak minimalną wiedzę na ten temat, chociażby z rozmów dorosłych albo z filmów i oper mydlanych (dawała głowę, że kiedyś w Coronation Street działo się coś podobnego). Rozprawa Jamesa mogła zostać odroczona, nawet kilka razy, ale ostatecznie wyrok musiał otrzymać. Skoro uniewinniono go, a cała wina przeszła na Serenę, James nie mógł o tym nie wiedzieć.
 Chyba.
Niepewna, przełknęła ślinę i zapytała naiwnie, licząc, że Luke lepiej jej to wytłumaczy:
— Dostałby wezwanie?
Chłopak potaknął.
— Jeżeli ta kara miała przypaść jemu – ale James jest nieletni, więc i tak nic poważnego by mu się nie stało – na pewno dostałby wezwanie. Owszem, coraz częściej w ministerstwie aresztują kogoś bez procesu, ale w tym przypadku to raczej mało prawdopodobne – rozejrzał się po bibliotece, jakby z obawy, że ktoś ich podsłuchuje, a następnie pochylił się nad Lily. Jego nos praktycznie muskał ją w czoło. — Główną przyczyną braku procesów jest obawa przed korupcją, ale to ma się głównie do majętnych rodów. Bardzo często odkupują więźniów. Zmylają kontrolę, która sprawdza, czy Wizetgamot nie jest pod Imperiusem, dają sędziom w łapę… albo jeszcze inaczej. Jest wojna i naprawdę ostatnim, czym przejmuje się minister Minchum, jest niezawisłość Wizetgamotu. Wszystko łatwiej jest załatwić.
Lily oblizała wargi. Próbowała przypomnieć sobie, co Summer mówiła jej na temat całego procesu, ale niewiele potrafiła przywołać do głowy. Wiedziała na pewno, że rodzina Jamesa, z którą Serena miała się skoligocić, uznała ją za winną i nie wsparła w sądzie.
Cmokierki mówiły, że od tej dziewczyny wszyscy się odsunęli – powiedziała na głos – a rodzina Jamesa kazała jej wypłacić jakieś odszkodowanie… czy coś.
 — W tym wypadku nikt więc jej nie wykupił – zawyrokował Luke. – W takim razie, jest jeszcze jedna przyczyna odsyłania przestępców bez wyroków – czyli kompletny brak czasu w ministerstwie. Sam-Wiesz-Kto ma wielu zwolenników, którzy zostają łapani dziesiątkami. Często zdarza się, że tych, którzy nie mają szans na wygranie rozprawy – i są również biedni, jak Serena – idą do Azkabanu chociażby niewinni, bo po prostu Wizetgamot nie ma czasu wszystkich przesłuchać. Ale tutaj wracamy do ciąży. Skoro czekano do jej rozwiązania, mieli mnóstwo terminów. To nie jest możliwe.
— Co to zmienia, czy był wyrok, czy nie? – zapytała, prychając. – James nie wiedział o wtrąceniu tej dziewczyny za kratki – tego jestem pewna. Skoro twierdzisz, że to oznacza, iż nie miała procesu – to w porządku, wierzę. Zostaje więc opcja, że odesłano ją do Azkabanu bez niego. Chociaż jest mało prawdopodobna, to po co w nią wnikać? Jakoś to tam się stało. Dziewczyna jest za kratkami. Czy to coś zmienia, że trafiła tam bezprawnie?
— Zmienia – odparł z uśmiechem. – Bo wczoraj Minchum uwolnił wszystkich skazańców bez wyroku. Tych, którzy trafili do Azkabanu bezprawnie.
Lily zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc, o co mu chodzi. Minister Minchum uwolnił więźniów? Czy on postradał zmysły? Skąd Luke ma takie informacje? Już chciała zadać te wszystkie pytania, kiedy nieoczekiwanie tuż pod nos podsunięto jej Proroka Codziennego z wczoraj. Lily zerknęła na nagłówek i zamarła, bo tylko tak potrafiła na to zareagować. Już na pierwszej stronie redaktorzy przeżywali odważną decyzję nowego ministra i odsyłali na stronę siódmą, gdzie rozpoczynała się galeria wypuszczonych na wolność przestępców.
Zdjęć naliczyła dwadzieścia, i oczywiście nie wiedziała nic na temat osób, które przedstawiały (chociaż mogła przysiąc, że Trevor Monroe, ostatni wymieniony, wyglądał nieco znajomo), ale miała pewność, że każdy z nich naprawdę zasłużył na pobyt w Azkabanie. Potwierdzał to amok w oczach, zabójczy wyraz twarzy, emanująca od nich bezwzględność…
I nigdzie nie było Sereny Marceau.
— To wszyscy? – zdziwiła się, przekartkowując Proroka dalej, jakby w poszukiwaniu dalszej części galerii.
Nie – odparł Luke. – To tylko ci najgorsi przestępcy.
Spojrzała na niego z naganą. Nie powinien żartować z takiego tematu, bo wypuszczenie takich ludzi mogło stanowić przewagę dla Voldemorta na wojnie. Każdy z nich wyglądał jej na doświadczonego Śmierciożercę.
— Na pewno wypuścił więcej osób – brnął Luke, wpatrując się w sufit. – Do gazety na skargę poszły tylko majętne rodziny, które nie są zależne od ministra. Skoro van Weertowie czuli się tak obrażeni, na pewno wydrukowano by zdjęcie Sereny w tej „galerii”.
W to akurat Lily nie wątpiła. Rodzina Jamesa musiała należeć do tych majętnych i niezależnych od ministra. Na Boga! Przecież ona była w jego domu, widziała, jak tam wygląda! Do pełni szczęścia Potterom brakowało tylko gadających mebli. Skoro łaknęli zemsty i sprawiedliwości do tego stopnia, że wytoczyli sprawę członkowi własnej rodziny, to na pewno nie pozwoliliby, żeby sytuacja, w której ktoś psułby ich  wendetę, przeszłaby nieroztrąbiona. Zmarszczyła brwi.
—Myślisz, że oni o tym nie wiedzą? – zapytała, myśląc w tamtej chwili bardziej o jej znajomych niż o starszym pokoleniu rodziny Jamesa. Luke zachichotał.
— Black, DeVitt i Potter? – domyślił się inteligentnie Luke. – Może i nie wiedzą, ale wątpią, że faktycznie coś jej się stało. A Mary? Mary jest zbyt bystra, żeby coś takiego umknęło jej sprzed nosa. Jestem pewien, że wie. Ale będzie udawać, że nie, aby zrobić z tego większy dramat. 
Lily potaknęła, wciąż zamyślona. Nowe informacje chyba były wciąż zbyt świeże, żeby Lily mogła ustalić swoją nową postawę w całej sprawie. Fakt, że Serena nie trafiła do więzienia może i lekko upiękniał całą historię, ale wciąż stanowiła ona wielkie splamienie na życiu Jamesa i Syriusza. Wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niepewnie w stronę Davisa. Pomimo tego, że miejscami irytował ją podczas ich ostatniej rozmowy (jak mógł uważać, że zachowanie Jamesa nie było karygodne?!), naprawdę wiele mu zawdzięczała. Był jedyną osobą od dawna, która pomogła jej coś zrozumieć, która dostarczyła parę odpowiedzi na dręczące ją pytania.
Nie był tak zakłamany jak Mary, Potter, Black czy nawet Dorian, którzy wkręcili ją w całą swoją zabawę, przypominającą powieść kryminalną, po to, by mącić jej w głowie i karmić kłamstwami. Luke wytłumaczył jej jak funkcjonuje współczesny świat czarodziejów czarno na białym, nie demonizował go ani nie gloryfikował. Wytłumaczył jej brutalnie, że w czasach wojny i anarchii władzę mają czystokrwiste rody, a więc poplecznicy Voldemorta. Jako jedyny nie bał się tego przed nią przyznać.
Zupełnie jakby jedyny uwierzył, że prawda jej nie przerazi.
Luke był naprawdę inteligentnym gościem. Zdecydowanie nie pasował do Dorcas, której wiedza ograniczała się do tego, że nie wolno zasypiać w makijażu i myć włosów po trwałej. Chłopak odpowiedział na jej uśmiech.
— Szkoda, że oni nie są tacy jak ty… — powiedziała na głos. Coś w oczach Luke’a zabłysło.
— Twoi chłopcy? – domyślił się. – Potter i Chamberlain?
Potaknęła, mimowolnie przypominając sobie, że dzisiaj rano nazwała tych dwóch i Snape’a mężczyznami jej życia. Czasami czuła się jak bohaterka romansów, które czytała z wypiekami na policzkach Emmelina. One miały podobne rozterki.
Tak – potaknęła. – Chciałabym, żeby przestali ukrywać przede mną tyle rzeczy. Żeby porozmawiali ze mną i po prostu wytłumaczyli… tak jak ty.
Lily Evans potrzebuje kogoś, kto będzie jej wszystko objaśniał? – przetarł oczy z niedowierzania. – Gdzie się podziała twoja słynna duma?
Dziewczyna roześmiała się, bardziej z jego miny niż z żartu.
— Wciąż jest na swoim miejscu, ale… nie ukrywam, że jestem mugolaczką. Dużo rzeczy w waszym świecie jest dla mnie niezrozumiałych – odparła, rumieniąc się wściekle. Nienawidziła przyznawania się do słabości. – Wszyscy traktują mnie jak osobę, którą trzeba chronić przed prawdą, a ty… ty nie karmisz mnie kłamstwami jak oni wszyscy.
Lily nie chciała, żeby ostatnie zdanie zabrzmiało tak ciepło i filuternie, ale kiedy słowa opuściły jej usta, nie było już odwrotu. Otworzyła szerzej oczy, sama zszokowana, na jaki ta rozmowa zeszła tor. Jeszcze bardziej zdziwiony był Luke, jednak na jego twarzy nie dało się dostrzec żadnych zniesmaczonych oznak, jak w przypadku Lily. Wyglądał raczej, jakby… jakby mu się to podobało.
Rudowłosa pamiętała jeszcze niebezpieczne błyski w jego oczach i to, że miała ochotę zerwać się z krzesła i schować za Dorianem. W następnej sekundzie zapomniała już o jego obecności. Co więcej, zapomniała o Potterze, o Blacku, o ciężarnej Serenie Marceau, o Mary i… i niestety, również o Dorcas.
Pozwoliła Lukowi Davisowi na złożeniu na jej ustach gorącego i bardzo odważnego pocałunku. Fala gorąca zalała jej umysł i odcięła od zmysłów. Siedziała jak sparaliżowana. Nie mogła, a nawet nie była świadoma, że może coś zrobić. Bardziej intuicyjnie niż świadomie położyła ręce na jego piersi i przybliżyła twarz jeszcze bardziej.
Stojąca w drzwiach biblioteki Dorcas zawróciła w korytarz natychmiast potem. Prawie wszyscy – oprócz Lily i Luke’a – usłyszeli jej szloch.  

♣♣♣



Lily nigdy nie była dobrą biegaczką. Pamiętała, jak w pewne wakacje jej siostra uparła się, że zacznie uprawiać jogging, żeby schudnąć. Znała swój słomiany zapał, dlatego potrzebowała partnera w tych zmaganiach, który pilnowałby ją i wspierał w regularnycah treningach, ale niestety, jej przyjaciółka, Charlotte, spasowała. Chociaż wybitnie nie było jej to na rękę, zgodziła się biegać z Lily. Rudowłosa po cichu marzyła o tym, że podczas truchtania ona i siostra ponownie odnajdą wspólny język i ostatecznie zażegnają te wszystkie trudne spory. Niestety, nie dość, że jogging okazał się męką, to jeszcze Tunia nie odezwała się do niej ani słowem. Obydwie przyjęły z radością koniec wakacji i równocześnie koniec sesji biegowych.
Pamiętała również jeden raz, kiedy podczas przerwy świątecznej musiała zatrzymać się w szkole swojej macochy, Caroline, gdzie ta prowadziła sekcję baletową oraz nauczała biologii. Siedziała na zapleczu i czekała na kobietę, która miała wrócić z nią do Surrey. Klasa Caroline miała lekcję na temat hormonów i rozmawiali o adrenalinie. Lily mimochodem słuchała wykładu swojej macochy i zapamiętała z niej wystarczająco, żeby stwierdzić, iż w momencie rozpoczęcia biegu zalała ją szalona dawka tego hormonu.
Po tym, jak Luke Davis ją pocałował, w rudowłosej obudził się tłumiony przez lata duch sportowy, potencjał lekkoatlety i przede wszystkim olbrzymia chęć, by trochę sobie pobiegać. To było jakby przez całe życie miała skute nogi, a Luke wraz z dotykiem swoich ust stopił krępujące je kajdany. Wybiegła z biblioteki, a następnie przemierzała przez korytarze z taką prędkością, że uczniowie – nawet gracze w Qudditcha – odwracali się za nią i przecierali oczy z niedowierzaniem. Biegła tak szybko, że aż się za nią kurzyło. W trakcie kilkuminutowego sprintu oraz pokonania podskokami kilkudziesięciu stopni, nie odczuła żadnego zmęczenia. Płuca nie paliły jej jak podczas joggingu, nie chciało jej się pić, położyć ani wymiotować. Jedyne, na czym się skupiła, to dobiegnięcie do celu i zostawienie Davisa daleko za sobą.
Zatrzymała się dopiero przed portretem Grubej Damy, a wtedy adrenalina przestała ją zalewać. Momentalnie zatoczyła się na podłogę, oparła głowę o ścianę i zaczęła oddychać ciężko i krztusić się, jakby miała astmę.
─ Wyglądasz jakbyś połknęła stado hipogryfów – mruknęła Gruba Dama, odnotowując ciężki oddech Lily, która praktycznie zwracała swoje płuca, o ile już nie spaliły się z tego wysiłku. ─ Gdzie ci tak śpieszno, kochanieńka?
─ Wpuść mnie… ─ wydukała. ─ M… muszę zobaczyć się z Syriuszem Blackiem. Cy…Cygnus dwunasty.
Chociaż Gruba Dama była starym obrazem i równocześnie martwą kobietą, czasami plotkowała z innymi obrazami, zwłaszcza ze swoją przyjaciółką Violet. Najwyraźniej nawet ona pojęła powagę sytuacji, w której Lily Evans prosi Syriusza Blacka o rozmowę, bo natychmiast otworzyła przejście, nie potwierdzając nawet, że podane przez nią hasło jest prawidłowe.
W pokoju wspólnym nie było żywej duszy, mimo że nie dobiegała wcale późna godzina. Najwyraźniej, pomyślała Lily, dzisiejsza dawka skandali dostarczyła im za dużo emocji jak na jeden dzień.
Ledwo stojąc na nogach, poczłapała w kierunku schodów do dormitoriów, ale tym razem skierowała się na prawo, gdzie mieściły się sypialnie chłopców. Znalazłszy się na klatce schodowej, niemal identycznej do tej po drugiej stronie, przed dormitoriami żeńskimi, zaczęła przeglądać tabliczki wywieszone na drzwiach.
Fairchild… Clearwater… White… Collins…
Dwyer…
BLACK, Syriusz. LUPIN, Remus. PETTIGREW, Peter. POTTER, James.
Przystanęła. Na wpół ze zdumieniem, na wpół z rozbawieniem zerknęła na numer sypialni – sześć. Od razu widać, że chłopcy trafili we właściwe miejsce.
Bez zbędnych ceregieli chwyciła za klamkę i pchnęła drzwi bokiem, obawiając się, że nie starczy jej siły, by je otworzyć. Niestety, ani drgnęły. Coraz większe zmęczenie dawało po sobie znać, toteż Lily – trochę z obawy, że nie ustoi na nogach, a trochę ze zwykłego zniecierpliwienia – zaczęła pięścią uderzać w drzwi i framugę. Minęła chwila, zanim usłyszała szelest po drugiej stronie.
─ Lily? – zdziwił się Potter, otwierając jej drzwi. Chociaż nie było późno, przebrał się już w bokserki i podkoszulkę. Dziewczyna wyminęła go w drzwiach i upadła na najbliższe łóżko, ciężko oddychając.
─ Ty… biegłaś?
Lily pokręciła głową z rezygnacją, ale przypomniała sobie szybko, że nie przyszła tutaj po to, żeby wylegiwać się w łóżku na oczach Jamesa Pottera. I tak dostarczyła ludziom zbyt wielu okazji do plotek na ich temat. Nie chciała na niego patrzeć. Nie chciała mieć z nim nic do czynienia. Leniwie uniosła się i oparła brodę na ręce. Znajome, orzechowe oczy wlepione były w nią z wyrazem konsternacji i oczekiwania na wyjaśnienia.
─ Gdzie on jest?! – wydukała piskliwie Lily, postanawiając być najbardziej oschła jak się dało. Chciała, żeby zabrzmiało to ostro, ale ciężki oddech i napływające do jej oczu łzy skutecznie to udaremniły.  James spojrzał na nią bez zrozumienia. Rudowłosa zaklęła pod nosem, zdenerwowana, że chłopak z góry nie wie, o co jej chodzi.
─ Och! Twój kumpel!
─ Mam trzech kum…
─ BLACK! Gdzie jest BLACK?!
Jeśli wcześniej można mówić o tym, że James był zaintrygowany, to w tamtej chwili praktycznie umierał z ciekawości. Znał Lily i swojego przyjaciela na tyle, że wiedział, iż pomiędzy nimi pełnej zgody chyba nigdy nie będzie. Owszem, mieli lepsze momenty, kiedy mogli uchodzić nawet za dobrych znajomych, ale ostatecznie kłócili się na śmierć i życie i wracali do wzajemnego wstrętu. Sama skrajna różnica charakterów skutecznie ich od siebie odpychała, a jeśli dodać do tego Jamesa, to o zgodzie nie mogło być mowy. Syriusz uważał bowiem, że Lily psuje jego najlepszego przyjaciela, wykorzystuje go i mąci mu w głowie, z kolei Evansówna utrzymywała, iż Black ma na Pottera negatywny wpływ i podjudza go do amoralnych zachowań. Skoro Lily chciała porozmawiać z Syriuszem Blackiem, to koniec świata najwyraźniej się zbliżał.
─ S… Syriusz? Chcesz porozmawiać z Syriuszem?
Lily spojrzała na niego gniewnie i już chciała odpowiedzieć coś niemiłego, gdy nagle, zupełnie nieoczekiwanie, głos jej się załamał, wzrok wlepiła w podłogę, a ramiona zatrzęsły nerwowo. James uniósł brew. Nie miał pojęcia, co się dzieje, więc jego pierwszą reakcją było sprawdzenie, czy oby Lily coś nie boli. Zdziwił się potwornie, kiedy odkrył, że po jej policzkach ciekły łzy, a dziewczyna nieumiejętnie tłumiła szloch.
Nie czuł się dobrze przy płaczących dziewczynach, a już na pewno nie przy płaczącej Lily. Zakłopotanie, połączone z niepokojem i smutkiem zalało go falą tak potężną, jak w jego opinii jedna kropla z oczu Evansówny. Przysiadł na swoim łóżku, bo właśnie na nie padła Lily, wpadając tu jak burza. Niepewnie pogłaskał ją po głowie i szepnął: „ciiii”, jakby pocieszał zapłakane dziecko. Lily chwyciła w ręce poduszkę i na oślep wymierzyła nią cios w Jamesa. Trafiła go w klatkę piersiową.
Tutaj kończyło się pocieszanie.
James westchnął, wstał, by nie pogarszać jeszcze sytuacji, po czym zbliżył się do swojej szafki nocnej i poszukał w niej haftowanej chusteczki. Kiedy nareszcie ją znalazł, przykucnął i ujął zwisającą z łóżka rękę Lily. Wepchnął w nią chusteczkę i zamknął jej dłoń. Palce dziewczyny zacisnęły się na chusteczce jakby ściskały złotego znicza. Rudowłosa wyprostowała się. Ręka drżała jej, kiedy podnosiła kawałek materiału na wysokość twarzy. James poklepał ją delikatnie po plecach, kiedy z całej siły wydmuchiwała sobie nos.
─ Jestem taka żałosna – wydukała, po czym znowu zaniosła się szlochem. James jęknął i objął ją ramieniem.
─ To nieprawda. Księżniczko
─ Ja… ja nie płaczę – pociągnęła nosem. – Nie jestem płaczącym typem. Nie… nie przez takie idioctwo.
James w myślach przeliczył wszystkie te razy, w których Lily rozpłakiwała się bez większego powodu albo kiedy był świadkiem jej histerii. Jak przystało na osobę bardzo emocjonalną, płakała równie często, jak wpadała w szał. Troszeczkę przesadziła z tym „niepłaczącym typem”, ale James nie winił jej za to teraz. Najwyraźniej robiło się z nią lepiej, skoro zaczynała martwić się o swoją dumę.
─ Nie przejmuj się – szepnął. Opuszkiem palca starł z jej policzka łzę. Tęczówki Lily opadły na dół i upatrzyły sobie w nim cel. Ramiona dziewczyny lekko zadrżały. – Przynieść ci coś do picia? – zapytał wyrozumiałym tonem. Lily pokręciła głową.
Potter, kompletnie nie zważając na jej sprzeciw sięgnął po swoje kakao, po które poszedł do kuchni. Chociaż było w połowie wypite, a James miał na nie wielką ochotę, wcisnął kubek w zarumienione od płaczu dłonie Lily. Łzy dziewczyny zmieszały się z czekoladowym napojem.
Długo zajęło Lily uspokojenie się na tyle, żeby móc z nią porozmawiać. W miarę kolejnych płytkich siorpnięć, ramiona dziewczyny przestawały drżeć rozpaczliwie, uspokajał jej się nierówny oddech, wypieki znikały z policzków. Po jakimś kwadransie, kiedy Evansówna pociągnęła ostatni łyk napoju, wszelkie oznaki płaczu zniknęły jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. James chusteczką wytarł jej wilgotne policzki. Ciepłe uczucie ulgi przeniknęło go do głębi, zmazując niepokój i zatroskanie, niczym deszcz ścierający brud z okien.
Lily oblizała wargi. Milczała.
─ Syriusz nie przyjdzie, Lily – odparł spokojnie. – Dzisiaj jest pełnia, pamiętasz? On i Peter będą tutaj dopiero po wschodzie słońca, jak nie później.
Rudowłosa zacisnęła powieki i syknęła, jakby z bólu. James wiedział jednak, że w ten sposób po prostu przeklina się za bezmyślność.
─ Dlaczego nie jesteś z nimi? – zapytała ściszonym tonem.
Odkąd poznała prawdę o tajemniczych zniknięciach Lupina raz w miesiącu, nie mogła pozbyć się natrętnego uczucia szacunku do Huncwotów. Wcześniej traktowała ich raczej niesprawiedliwie, szczerze wątpiła, że potrafią się poświęcić w imię przyjaźni, a nawet ryzykowała stwierdzenie, że ich wielkie „braterstwo” jest jedynie na pokaz. Kiedy w pierwszą noc szóstej klasy cały sekret wyszedł na jaw, poczuła palące, wewnętrzne wyrzuty sumienia. Towarzyszyło jej uczucie zakłopotania i brutalna świadomość, że nie jest nieomylna i osądza czasami wielce niesprawiedliwie. Oczywiście, co innego podziwiać poświecenie Huncwotów, którzy ryzykowali życie, zdrowie, a także zarezerwowali szmat czasu na naukę animagii, a co innego zgadzać się z tym. Być może Lily nie miała w sobie tego pierwiastka dobrego przyjaciela, ale zwyczajnie uważała, że łamanie ogólnopaństwowego prawa czarodziejów i wystawianie się na praktycznie pewną śmierć, to trochę za dużo.
Jeśli James zmądrzał i przestał się w to bawić, to chwała mu za to. Lily wcale nie uważała, że przez to stał się gorszym przyjacielem. Zrobił już przecież tak wiele dla Remusa.
─ Chcesz, żebym do nich wrócił? – zapytał chłopak swoim firmowym, nonszalanckim tonem. – Nie mogę pozostać bierny twojemu życzeniu, Księżniczko.
─ Nie, nie! – zaprotestowała. Poluzowała sobie złoto-czerwony krawat, który od dłuższego czasu ją przyduszał. ─ Po prostu się zastanawiam, bo…  Od ilu godzin mamy już księżyc?
─ Jakiś czterech. Może nawet więcej… Zimą dłużej to wszystko się ciągnie. Czemu nie jestem z nimi? Widzisz, przytrafił się pewien wypadek i…
Wypadek? – wydukała Lily, jakby chciała sprawdzić, jak to słowo zabrzmi w jej ustach. – Ktoś jest ranny?
James przeczesał nerwowo głowę. Wyraźnie nie chciał jej martwić, ale wolał też nie kłamać. W myślach testował wszystkie te gotowe odpowiedzi, które stosuje się, żeby uciąć jak najszybciej temat.
─ Tak jakby – odparł. ─ To nic takiego, nie martw się. Poprosiłem Teddy’ego Millera, żeby dał mi znać, w jakim on jest stanie, kiedy będzie wracać ze Skrzydła. Chciałem zaczekać na niego w pokoju wspólnym, ale…
Lily poderwała się z miejsca. Rumieńce wdarły się na jej policzki.
─ Nie powinnam tutaj przychodzić. Ja…
─ Daj spokój, Lily. Siadaj. Sam podejdę do skrzydła, przyniosę ci jeszcze kakao z kuchni, dobrze? Poczekaj na mnie, ja zaraz…
─ Nie chcę już pić – odparła, wpychając w jego dłonie kubek. ─ Pójdę do dormitorium, ty zejdź na dół.
─ Nie zostawię cię w takim stanie.
Nic mi nie jest.
─ Nic ci nie jest? Jaja sobie robisz, Evans? Przed chwilą byłem świadkiem potwornej histerii, a ty chcesz mi wmówić, że nic się nie stało?
Lily zdławiła jęk. Co ona sobie myślała, zalewając się łzami przed Jamesem Potterem?
─ Poczekam z tobą na dole – zadecydowała, ostatni raz pociągając nosem. ─ Powiesz mi, co się stało.
James niechętnie przystał na jej propozycję. Przepuścił Lily przodem, otworzył przed nią drzwi i sam zgarnął koce i poduszki ze swojego łóżka. Kiedy zeszli po schodach do pokoju wspólnego, ten wciąż pozostawał pusty. Evansówna zastanowiła się, która jest godzina. Kiedy opuściła bibliotekę, dobiegała cisza nocna, a więc dziesiąta. Jak długo mogła siedzieć u Jamesa, wylewając z siebie morze łez? Pół godziny? Może trochę mniej? Zerknęła na wielkie, strzeliste okno w kształcie złożonych rąk, jakby do modlitwy.  Jego szkielet składał się z popielatej, wąskiej koronki, przez którą do środka wlatywało wątłe, pozornie poharatane światło księżyca. On sam, okrągły, majestatyczny i tajemniczy, wyglądał jak mleko, rozlane na kropiastym, granatowo-złotym obrusie firmamentu.
Lily poczuła gęsią skórkę na plecach. Pełnia, złudnie piękna i najbardziej intrygująca faza księżyca, odbijała tak dotkliwe piętno na Remusie, jej przyjacielu…
James usiadł na kanapie tuż pod oknem, w ten sposób, że odwracali się do księżyca plecami, ale jego rozmazany, migocący cień rozciągał się od ich nóg do stołka na środku pokoju. Chłopak okrył ją złotym, polarowym pledzikiem, z tych, które czekały w szafie na każdego Gryfona w Hogwarcie. Sam oparł głowę o szkarłatną poduszkę z frędzlami.
─ Zaczynaj mówić, Evans – odparł łagodnie, usiłując usadowić się wygodnie, ale równocześnie w odpowiedniej przestrzeni od niej. – Co się stało?
─ To ty powiedz – zaparła się, przełykając głośno ślinę. – Przecież był jakiś wypadek.
─ Nie ma mowy. Ty zaczynasz. To moje może zaczekać, a im dłużej każesz mi domyślać się, co się tobie przytrafiło, tym bardziej będę zły. A tego nie chcemy.        
Lily poddała się bez dalszej walki, chociaż nie przytrafiało jej się to często. Najwyraźniej szlochanie wyczerpało ją do niewiarygodnego stopnia. Zalało ją uczucie samotności i beznadziei, bo w obecnej sytuacji nie miała z kim porozmawiać. Ostatnio coraz częściej się tak czuła. James może i nie był najlepszą osobą do zwierzeń i zdecydowanie nie należał do osób obojętnych w całym wydarzeniu, ale co jej pozostawało? Tak bardzo chciała się komuś teraz wygadać! Jeśli chodzi o niego… już się przed nim wypłakała. Jest mu winna jakieś wyjaśnienia, nieprawdaż?
Nabrała wielki haust powietrza do płuc i wyrzuciła z siebie:
─ Co byś zrobił, gdyby dziewczyna Syriusza cię pocałowała?
James spojrzał na nią, zaskoczony. Zmarszczył czoło, zerkał na Lily pod różnymi kątami, ale nigdzie nie dopatrzył się śladów nieszczerości lub podstępu. Nie zauważył też żadnych oznak słabo skrywanej zazdrości, takich jak zaciśnięte pięści czy spuszczone ramiona. Nie chodziło więc o Serenę… Widząc, że Lily nie żartuje, zmieszał się, poczochrał włosy ręką i wydukał niepewnie:
─ Eee… to podchwytliwe pytanie?
─ Nie – pokręciła głową. – Co byś zrobił, gdyby… ─ urwała, kiedy uświadomiła sobie ważny fakt – dziewczyny Syriusza niejednokrotnie całowały Jamesa, i na odwrót, bowiem w czwartej klasie bezustannie się oni nimi wymieniali. Poza tym to za miało zbyt wiele wspólnego z dzisiejszymi plotkami. Nie, to zdecydowanie zły przykład. ─  A może inaczej. Co byś zrobił, gdyby dziewczyna Remusa – dajmy na to Marley – cię pocałowała?
Potter oblizał wargi. Temat ewidentnie mu nie leżał.
─ No… Raczej bym ją odepchnął ─ zastanowił się. – Nawrzeszczał i…
─ Powiedziałbyś o tym Remusowi?
─ Raczej tak – James pokręcił głową bez przekonania, po czym wyrzucił: ─ Nie wiem czy pamiętasz, ale ostatnio przez takie całowanie ostro pokłóciłem się z Peterem i…
Lily wzdrygnęła się na samo wspomnienie. James i Jo… ta para wciąż śniła jej się w najgorszych koszmarach.
Merlinie, z kim ona rozmawiała?!
Taa. Pamiętam. Ale… Jeśli wiesz, że ona i tak długo z nim nie będzie i…
─ Jedno „ale” – Remus raczej nie jest „nią”.
─ No tak, ale… och, wiesz, o co mi chodzi.
James już miał coś odpowiedzieć, ale zamknął usta i przyjrzał się rudowłosej z fascynacją. Błyski w jego oczach zdradzały, że zastanawia się nad nią intensywnie.
─ Tak, wiem… ─ wymamrotał, wciąż zamyślony. Lily musiała go szturchnąć, żeby wrócił na ziemię. ─ Boże, Lily – wzdrygnął się. – Tutaj nie ma nad czym się zastanawiać. Możesz powiedzieć, że brzmię lekko hipokrycko, ale uważam, że powinnaś powiedzieć jej czy tam mu – Lily wywróciła oczami – o tym jak najszybciej. Takie sekrety prawie na pewno wyjdą potem na jaw, a jak wytłumaczysz się potem? Ona doda kilka teorii na temat, dlaczego jej nie powiedziałaś.  Pomyśli, że ukrywałaś ognisty romans. No wiesz coś jak ─ w tym miejscu zapiszczał falsetem:  „Nie powiedziała mi, więc to coś dla niej znaczyło, a to oznacza, że jest wywłoką, która kradnie chłopaków!!!!”
Lily nie rozbawił ten teatrzyk, pomimo tego, że James przez chwilę wyglądał jakby miał makijaż i tipsy.
─ Kogo w tej chwili udajesz? Czy inaczej – kogo w tej chwili nieudolnie PRÓBUJESZ udać?
James skinął nisko głową, niczym wybitny aktor, kłaniający się pod koniec przedstawienia.
─ Nieznaną z imienia i nazwiska dziewczynę – odparł. – Przypomniało mi się właśnie, co powiedziałaś na początku roku, przed naszymi korkami w Hogsmeade – że dziewczyny są zawistne i nienawidzą, by nienawidzić*. To przez ciebie mam tak negatywne skojarzenia.
Lily spróbowała się uśmiechnąć, ale nie wyszło to przekonywująco.
─ Wybacz, ale niespecjalnie mi teraz do śmiechu – przyznała. Momentalnie poczuła się jeszcze bardziej podle. James od razu to zauważył i przełożył ramię przez jej barki, żeby dodać jej otuchy.
─ Chodzi mi o to, że być może trochę się poobraża, ale w głębi duszy, będzie ci wdzięczna za to, że jej powiedziałaś – powiedział miękko, odgarniając przydługie kosmyki jej grzywki za ucho. Kąciki ust Lily lekko drgnęły. – Przecież ją znasz. Nie będzie się długo złościć.
Westchnęła i obróciła głowę w kierunku chłopaka. Widząc jego znajome, ciepło-orzechowe oczy, udało jej się uformować coś na kształt półuśmiechu.
─ Dzięki – szepnęła. – Tak zrobię.
─ Mówisz to bez przekonania.
Jego głos był niemal tak irytujący, jak prośby jej babki Agnese, by spaliła swoje bojówki. Lily spojrzała na niego niechętnie.
─ Uważasz, że kłamię?
─ Nie – odparł James. – Uważam, że będziesz próbowała jej powiedzieć, ale ostatecznie tego nie zrobisz.
Dziewczyna skrzywiła się, jakby wypiła żrący kwas.
─ A to dlaczego?
─ Niespecjalnie lubisz być nosicielką złej nowiny. Kiedy z twojego powodu komuś może zrobić się przykro, dostajesz napadu paniki. Boisz się niewygodnych dla ciebie rozmów.
─ Nie boję się! – odszczekała się niemal natychmiast. – I porozmawiam z nią. Zobaczysz, że to zrobię.
James nawet nie ukrywał rozbawienia, kiedy przyglądał się jej zdeterminowanej postawie, zupełnie jakby miała się zaraz poderwać i stanąć z kimś w szranki.
─ A co zrobisz z Lukiem? – spytał. Jak przewidział, tą odezwą natychmiast ostudził jej zapał.
─ Co?
─ Skoro cię pocałował, to chyba nie może zostać taki niewinny… ─ wzruszył ramionami. – To, co zrobił, oddali cię od przyjaciółki.
Lily wybałuszyła oczy. Sprzeczne emocje, wirujące w jej głowie jak ubrania w mugolskich pralkach, nagle znieruchomiały i zaczęły zlewać się w szczere, niekłamane zdziwienie. Momentalnie dziewczyna przypomniała sobie puste oczy profesor Powell, nauczycielki wróżbiarstwa, starą, opętaną przez własne demony, ale jednak obdarzoną darem jasnowidzenia. James może i nie miał za wiele z nią wspólnego – ani nie nosił turbanu na głowie, ani korali ze zgniłych oliwek, ani nawet nie chodził na wróżbiarstwo – ale doznał podobnego jak ona nagłego olśnienia.
─ Ale… Skąd… Jak… ─ wydukała Lily, zanim oprzytomniała na tyle, żeby kontrolować własny głos. ─ Boże, skąd wiedziałeś, że mówię o Luke’ u i Dorcas?
─ Magia – odparł zagadkowym tonem. – To nie była wielka zagadka, Lily. Znam  Davisa, może niezbyt dobrze, ale na tyle, że mogłem się czegoś takiego po nim spodziewać. Szczególnie po tym, co powiedział mi Syr… ─ urwał, zapewne mówiąc coś, czego nie zamierzał.
Co powiedział mu Syr.
Ciekawe, kto to może być, pomyślała Lily, przyglądając się Jamesowi beznamiętnie.
— Gadałeś z Syriuszem. On coś wie.
James westchnął, wywracając oczami niemal do sufitu.
— Jasne, że coś wie. Na pewno szpiegował Davisa i Dorcas. To jego klimaty.
— Syriuszowi nudzi się ostatnio.
 Lily zmarszczyła czoło.
— Co on wie?
Nic.
— James.
— Lily.
— Potter!
— Kobieto… — westchnął „mężczyzna”, prowokacyjnie zatykając sobie uszy dłońmi. – Nie dasz mi chwili wytchnienia? Zawsze musisz tak cisnąć?
Rudowłosa uśmiechnęła się nieznacznie, jakby chciała powiedzieć: „To moje zadanie”. Zacmokała i spojrzała na Pottera zza firanki jasnobrązowych rzęs. Otarła się o jego ramię.
— Nie.
Lily otarła się o niego jeszcze raz.
— Daj mi spokój, Evans. Znowu zaczniesz dramatyzować.
Nie zacznę – przekonała go, praktycznie podskakując na kanapie. Westchnęła. – Już i tak jestem w rozsypce. Ploteczkami poprawisz mi humor.
James jęknął.
 Syriusz po prostu zobaczył dzisiaj Davisa z Clemence Grant. W dodatku kłócili się o jego relacje z szeregiem innych dziewczyn. Nie jesteś jego jedyną ofiarą. Zdradza wszystkie swoje dziewczyny równocześnie.
Lily wybałuszyła oczy. Chmury, które wcześniej zgromadziły się wokół okrągłego księżyca, odkryły go z powrotem, tak, że na twarz rudowłosej padł blady cień. Wyglądała, jakby momentalnie zrobiło jej się słabo.
Zaklęła głośno, wyzywając Krukona. James się roześmiał. Uwielbiał, kiedy ułożona i pilna uczennica przemieniała się w temperamentnego diablika.
— Jesteś taka skorumpowana.
— To ty mnie skorumpowałeś. Zawsze byłam grzecznym dzieckiem.
— A teraz jesteś złodziejką chłopaków i gwiazdą pornograficznych ulotek, porozwieszanych po całej szkole… jaka przemiana.
Lily uderzyła go mocno w ramię. Temat był zbyt świeży, żeby zacząć się z niego śmiać. Zignorowała docinki Jamesa, który wymieniał kolejne jej świętokradztwa i podjęła próbę uporządkowania nowych wiadomości w głowie. Skoro Luke Davis był zdecydowanie większą męską dziwką niż można by było przypuszczać, a Black dowiedział się, że spotyka się równocześnie z kilkoma dziewczynami, to dlaczego…
Ale… — zawahała się, nie wiedząc jak sformułować wątpliwości zrodzone we własnej głowie. – Skoro Black o tym wiedział… to dlaczego nie powiedział Dorcas?
James przyjrzał się jej uważnie.
— Jestem pewien, że dlatego, abyś ty mogła to zrobić.
— Po…
— Pomyśl o tym, Lil. Jeśli opowiesz historię Syriusza, zmieniając tylko to, że to ty przyłapałaś Luke’a z Clemence, na fragmencie „pocałował mnie” Dorcas bardziej porazi pocałował niż mnie.
Lily spojrzała na niego bez przekonania. James pokiwał głową, żeby wbić jej do głowy swój punkt widzenia. Dziewczyna westchnęła, wbiła wzrok w sufit, pozwalając następnej fali słów na wypłynięcie z jej ust:
─ Chodzi o to, że jeśli jej o tym powiem, to popchnę ją w ramiona Blacka… I… Nie zrozum mnie źle – ja go bardzo lubię i w ogóle, ale… — zawahała się, bo James parsknął. Lily spiorunowała go swoim najpaskudniejszym spojrzeniem. — Dobra, źle ruszyłam – kontynuowała, nie zwracając uwagi na jego minę niewiniątka – ty go bardzo lubisz i w ogóle… Och, Syriusz nie jest specjalnie stały w uczuciach, co nie? A ona tyle razy się mu poddała i…
─ Serio chciałaś to powiedzieć Syriuszowi? No, wiesz – przecież to jego właśnie szukałaś– zaśmiał się. Lily jęknęła głośno.
— Gdybyś był Blackiem, inaczej bym to sformułowała.
James pokiwał głową, ruszając sugestywnie brwiami. Rudowłosa momentalnie zapragnęła cofnąć się w czasie o siedemnaście lat i odwieźć państwa Potterów od pomysłu powiększenia rodziny. Dała chłopakowi parę chwil na uspokojenie nagłej głupawki, żeby móc kontynuować w pewien sposób tę rozmowę.
W końcu, po jakiś siedmiu minutach niezbyt inteligentnego chichotania pod nosem, Potter spoważniał na tyle, żeby przez moment zadumać się i sformułować jakieś mądre w jego opinii zdanie. Kiedy już zebrał wszystkie swoje myśli, postanowił przybrać ton charakterystyczny dla osób, starających się pomóc i doradzić:
 — Nie możesz być jej Aniołem Stróżem, Lil.
Lily zmarszczyła brwi.
— To znaczy?
— Pozwól jej popełniać własne błędy – Lily już otwierała usta, żeby zaprotestować, dlatego James uniósł ręce i szybko dokończył: „Ja rozumiem, że się o nią martwisz, ale… Sama nie byłabyś zachwycona, gdyby ktoś wtrącał się w twój związek, prawda?”
─ Nie umówiłabym się z Blackiem!
─ A jeśli Dor stwierdziłaby, a raczej nareszcie zrozumiała, że Dorian jest zdemoralizowany, nie wie czego chce i złamie ci serce? I powiedziałaby ci, że pocałował ją, żeby popchnąć cię do mnie?
Lily prychnęła. Też coś! Ten chłopak igrał z ogniem, porównując tę sytuację do niej, jego i Doriana.
─ To zupełnie na odwrót! – wypaliła. – Poza tym nie miałaby takich idiotycznych pomysłów bez najmniejszych szans na powodzenie!
— Wiem, wiem… Chociaż polemizowałbym przy tym, że twoja przyjaciółka nie miewa idiotycznych i niewykonalnych pomysłów – Lily zaczęły drżeć ręce, co należało do pierwszych symptomów, że zaraz dostanie białej gorączki. – Ale dobra - próbowałem ci tylko to uświadomić. I widzisz? Na samą myśl się wściekasz.
— Ty sprawiasz, że jestem wściekła! Wkurzasz mnie jak nikt inny.
— Doprowadzam cię do szału? –  odgadł. Powiedział to tak słodko, jakby dziękował za komplement.
— TAK! Kompletnie szaleje za tobą! — wykrzyczała, wyrzucając z siebie pierwsze, co jej przyszło do głowy.
Niemal natychmiast pojęła swój błąd. Jej policzki i uszy zaczerwieniły się jak po bardzo zimnym spacerze. Ruda grzywka w świetle księżyca przybierała podobną barwę. James natomiast aż zbladł ze zdziwienia i rozbawienia. Lustrował ją swoim firmowym, przeszywającym i prowokacyjnym spojrzeniem, jakby z nią flirtował czy coś podobnego.
Chociaż, pomyślała niespokojnie Lily, przed chwilą powiedziałam mu, że za nim szaleję. To ewidentnie BYŁ flirt.
Powiedz coś!, rozkazała sobie, przeklinając w myślach swoją skłonność do czerwienienia się. Byłaby o wiele bardziej wiarygodna, wyglądając jak śmierć na chorągwi.
Eee… to znaczy PRZY tobie. Przez ciebie. Nie chichraj się! Przestań! To twoja wina – masz talent do… — przełknęła głośno ślinę i odwróciła wzrok. Nie mogła nic powiedzieć, kiedy James patrzał na nią w ten sposób. — Przy tobie zawsze wszystko co mówię, nabiera zupełnie innego, ohydnego charakteru.
Niemal mogła sobie wyobrazić jego przekorne spojrzenie i filuterne błyski w oczach. Jak dobrze, że nie widziała tego na żywo! James od razu zorientował się, na czym polega przewaga Lily i postanowił czym prędzej ją niej pozbawić. Ujął jej podbródek pomiędzy kciuk a palec wskazujący i delikatnym, ale naglącym gestem skierował jej spojrzenie prosto na swoje ciepłe, orzechowe oczy.  Dziewczyna poczuła, jak przez jej ciało przechodzi lodowaty dreszcz.
— Jaaasne – mruknął przeciągle James, nie ośmielając się kontynuować uwodzicielskiej gierki. Lily nie była pewna, czy jest mu za to wdzięczna, czy nie. – Wybacz, że roztaczam wokół siebie tą szaleńczą aurę, która sprawia, że jesteś romantyczna jak zdechła glizda.
Mówiąc „glizda” przybliżył się jeszcze bliżej. Łobuzerski uśmieszek zagościł na jego twarzy. Lily przypomniała sobie, że jeszcze sekundę temu zastanawiała się, czy wolałaby, żeby z nią kokietował. Teraz miała pewność, że nie.
Zaraz… kokietował?
Lily odskoczyła na drugi koniec sofy, zszokowana, jak bardzo James ją omotał. Zapomniała o wszystkim! O zdjęciach, o plotkach, które przekazała jej Summer Blake, o Serenie, o dziecku… oddech jej spłyciał, serce zaczęło dźwięczeć w piersi niczym dzwony kościelne, wybijające na mszę. Niemal słyszała swoje tętno na szyi.
Potter, który najwyraźniej opatrznie odebrał nagłe oziębienie ze strony Lily, przybrał zaniepokojony wyraz twarzy i spytał:
— Przepraszam, uderzyłem c…?
— Eee… panie Potter?
Lily i James zwrócili głowy z kierunku dziury w portrecie niemal równocześnie. Tuż przy portrecie stał niski blondwłosy chłopiec, na oko wyglądał Lily na pierwszą klasę. Chyba nie sprawiał żadnych problemów, bo dziewczyna nie pamiętała, żeby kiedykolwiek ukarała go szlabanem albo chociaż zwróciła uwagę. To musiał być Teddy Miller, który miał powiedzieć Jamesowi jak się ma... on? ona? Lily zadumała się. Nie miała pewności, ale Potter chyba zaznaczył, że ofiarą dzisiejszych zdarzeń był osobnik płci męskiej, a więc zapewne któryś z chłopców. Chociaż… czy nie powiedział, że Peter i Syriusz jeszcze są na zewnątrz? Czy gdyby stało się coś któremuś z Huncwotów, wszyscy nie siedzieliby tu i nie umierali z niepokoju?
Zaczęła wiercić się na kanapie, zerkając na chłopca z niepokojem.
— Co się stało? – zapytała Lily Teddy’ego.
Teddy wyrzucił z siebie jedynie nieartykułowane: „eee…”, lekko zbity z tropu tym, że Lily zareagowała na nazwisko Potter. Zerknął niemrawo w stronę prawowitego posiadacze tego nazwiska. Evansówna mogła przysiąść, że pokręcił on głową, jakby kazał Teddy’emu milczeć. Lily spiorunowała go spojrzeniem, a on – oczywiście – przybrał minę niewiniątka. Rozgoryczona i wściekła przeniosła spojrzenie na Teddy’ego, który ewidentnie był mniej odporny na jej gniew i zły humor, bo natychmiast się zmieszał i przestraszył.
— To… — głos mu zadrżał, jakby dawno nie otwierał ust. – Przyszedłem, żeby powiedzieć, że z nim… że się obudził i że nic mu nie jest… eee… ten Ślizgon…
— JAKI ŚLIZGON?! – wykrzyknęła, patrząc to na chłopca, to na Jamesa.
Teddy wyglądał na przerażonego i rozdartego zarazem, natomiast Potter nie patrzał w jej stronę, jakby czekając na ostateczny cios. Chyba oddał Teddy’emu zaszczyt powiedzenia Lily, co się stało.
— J…James – odparł Teddy, pokazując palcem na Pottera, w razie gdyby Lily nie wiedziała, o kogo chodzi – przyprowadził do skrzydła tego… tego chłopaka…
— Jak on wyglądał? – przerwała mu, obawiając się najgorszego. – Miał taki… taki haczykowaty nos?
— J… jaki? – powtórzył Teddy, coraz bardziej zmieszany. – Nie wiem. Miał takie… ciemne, długie… ech, tłuste włosy.
Lily zapowietrzyła się. Gdyby nie siedziała na sofie, bez wątpienia upadłaby i zemdlała. Mroczki przed oczami, gorące i miażdżące głowę od środka, zamigotały i niemal pozbawiły ją tchu. Szok uderzył w nią tak bardzo, że aż serce poskoczyło jej do gardła, a płuca zaczęły palić, zupełnie jak po jej długim biegu z biblioteki. Nie musiała widzieć siebie z lustrze, żeby wiedzieć, jak wygląda. Oczy na pewno jej podpuchły, policzki zapadły, a cała twarz przybrała barwę mleka.
James najwyraźniej również zauważył fakt, że Lily traci kolory, bo przybliżył się do niej, ozwolił oprzeć się o ramię i zapytał z niepokojem:
— Chyba nie zemdlejesz, nie? Lily?
Lily nie była tego taka pewna. Odkąd zaczęła dojrzewać bardzo często mdlała – najczęściej rano, po wyjściu z łóżka. Jednak nawet w dzieciństwie zdarzało jej się tracić przytomność na skutek jakiś wstrząsających wydarzeń.
A to bez wątpienia był wstrząs.
— Co się stało z Severusem?! – wydukała. Jej głos był przejęty paniką. Kątem oka zauważyła, że Teddy Miller zniknął z pokoju wspólnego. Wyglądała już trochę mniej jak śmierć na chorągwi, ale panika z pewnością nie dodawała jej uroku. James westchnął, powoli przeciągając otwartą dłonią po twarzy.
Wiedziałem, że nie zachowasz się racjonalnie.
Lily prychnęła. W głowie wciąż jej się kołysało, jak w szalupie na statku podczas sztormu.
— Racjonalnie?! A gdzie tu miejsce na zachowywanie się racjonalnie? To straszna tragedia! Sev… Sev…
Zakryła dłońmi usta i skuliła się lekko. James objął ją ramieniem, z obawy, że zaraz ponownie się rozpłacze. Jak ktoś już raz został wytrącony z równowagi, potem bardziej jest podatny na każdy inny cios.
— Nic się nie stało, Lily – uspokoił ją. Dziewczyna spojrzała na niego jak na zbiegłego więźnia, jednego z tych, których minister wypuścił na wolność.
Nic się nie stało?! – wycedziła. Jej twarz z mlecznobiałej zrobiła się purpurowa. – JAK MOŻESZ MÓWIĆ, ŻE NIC SIĘ NIE STAŁO?! On mógł zginąć! Ty też mogłeś zginąć! Wy wszyscy mogliście zginąć! – panikowała. James westchnął i złapał ją za przegub dłoni, powtarzając: „Spokojnie, Księżniczko”.
— Jak do tego w ogóle doszło?! – wypluwała kolejne słowa Lily, jakby były to najgorsze obelgi. – Skąd on w ogóle się tam znalazł? Czemu błąkał się po Zakazanym Lesie?
James jęknął. Dochodzili do tego punktu historii, który rozeźli Lily jeszcze bardziej.
— Nie błąkał się po Zakazanym Lesie – odparł, głaszcząc ją po dłoni. – To… to było nieporozumienie. Był… był z nami w tunelu.
Lily zamrugała. Chociaż należała do wąskiego kręgu osób zaznajomionych z przykrym sekretem Lupina, jej informacje były dość skąpe. Wiedziała jedynie, że Remus został ugryziony w dzieciństwie, że jest wilkołakiem i że Huncowci opanowali dla niego sztukę animagii. Teraz dowiadywała się o jakiś tunelach. Zmarszczyła brwi.
— Eee… Luniak odbywa transmutację we wnętrzu Bijącej Wierzby… dlatego ona tam jest – wytłumaczył James, drapiąc się po głowie. Jego głos nie brzmiał tak gładko, filuternie i perswazyjnie jak zwykle, ale i przez niego przemawiał niepokój i niepewność. Lily wydymała usta.
— Przechodzi transformację we wnętrzu szalonego drzewa?
James potaknął, przemawiało przez niego coraz większe wahanie.
— Tam jest taki konar… — wytłumaczył, rękami formując w powietrzu nienamacalny korzeń – kiedy się go… przyciśnie, to wierzba się uspokoi i tam… tam właśnie jest tunel.
— Dokąd prowadzi ten tunel? – zapytała. Tajne przejścia i tunele pasowały do czwórki Huncwotów jak ulał, ale jednak wydawały jej się niepotrzebną komplikacją w całej tej historii.
— Do Wrzeszczącej Chaty.
Lily wybałuszyła oczy.
Taa. Nie ma tam duchów. Tylko my.
— Przerażające.
— Dzięki.
Dziewczyna przekrzywiła się na kanapie, w myślach analizując nowe wiadomości. Każdy w tym zamku znał usposobienie Wierzby Bijącej i trzymał się od niej z daleka. Nie wiedziała dokładnie, kiedy została tu zasadzona, ale wydawało jej się, że mniej więcej równolegle do jej przybycia do zamku. Miałoby to sens, gdyby Dumbledore zasadził ją w celu ochrony Lupina. Jednak… skoro pierwszej nocy szóstej klasy natknęła się na Lupina w Zakazanym Lesie, oznaczało to, że on i jego koledzy zlekceważyli środki bezpieczeństwa narzucone im przez dyrektora.
Gdyby to było chociaż zaskakujące!
— Zaczekaj… — zmarszczyła brwi. – Skąd Sev wiedział o tym… tajnym przejściu? Dobra, facet ma lekką obsesję na waszym punkcie i to nie jest szokujące, że was… no, śledził, ale nie mógł wiedzieć o tunelu. Ktoś… ktoś z was musiał mu powiedzieć.
Nie chciała, żeby jej głos zabrzmiał tak oskarżycielsko, ale nie potrafiła nadać mu innego tonu. Tak musiało być! Snape i Huncwoci prześcigali się w tym, który któremu zrobi bardziej na złość. Lupin starał się trzymać od wszystkiego z daleka, ponadto był zbyt pokornym i odpowiedzialnym człowiekiem, żeby narazić kogoś na śmiertelne niebezpieczeństwo, ale… ale Pettigrew? Potter? BLACK?! Mogła się założyć, że przynajmniej jeden z nich uznał dzisiejszą tragedię za zabawną. W porządku, ci chłopcy nie zrobili jej nic poważnego, a ponadto nie znała ich wystarczająco, żeby wydawać sądy, ale nie było żadnego innego logicznego wytłumaczenia. Tajemnicę Wierzby Bijącej mógł zdradzić mu któryś z Huncwotów albo sam Dumbledore.
Niewykluczone, że Snape zaczaił się na nich i podejrzał, jak wchodzą do środka drzewa, ale obserwując ich z daleka, nie mógłby domyślić się, jak uspokoili drzewo. Ktoś… ktoś musiał mu o tym powiedzieć.
James spojrzał na nią niechętnie. Ewidentnie nie chciał drążyć tego tematu.
— To nie ma znaczenia, Lily… — westchnął. – Zorientowaliśmy się w porę i Snape’owi nic się nie stało.
— Nie… nie ma znaczenia? – spytała z niedowierzaniem. Wypieki na jej policzkach zdradzały, że jest na pograniczu szału. W myślach już zaczynała pierwiastkować. – Jesteś mi to winny! – wyrzuciła oskarżycielsko. – Nie powiedziałeś mi nic przez cały wieczór! Milczałeś nawet, kiedy pojawił się Teddy! Przecież wiesz, że on… że Severus… — Głos jej się załamał. Nie potrafiła powiedzieć nic więcej.
Czuła na sobie wzrok Jamesa i wiedziała, że jest wściekły – zresztą, on za każdym razem, kiedy broniła Severusa, wpadał w szał, jakby stawienie się za starym przyjacielem oznaczało równocześnie odwrócenie się od Pottera plecami czy coś podobnego. Wiedziała, że tych dwóch za sobą nie przepadało, ale James nie powinien wymagać od niej, że kompletnie odetnie się od Severusa. Tak samo, jak ona nie miała prawa oczekiwać, że ze względu na nią on zaprzestanie rozmawiać z Mary. Mimo wszystkich nieprzyjemności, Snape pozostał ważną częścią jej życia. Pomiędzy nimi mogło być wszystko skończone, ale Lily nie potrafiła wykreślić go do tego stopnia, aby życzyć mu wszystkiego najgorszego. Kiedy przywiązywała się do kogoś, trudno było jej po prostu o tej osobie zapomnieć. Choćby nie wiadomo jak się starała, nie byłaby w stanie nie martwić się o los Severusa.
James westchnął. Ostre spojrzenie dziewczyny wpłynęło na niego silniej niż słowa, ale wyraźnie wahał się przed powiedzeniem jej prawdy.
Znowu to samo, pomyślała z przekąsem. Jak ten facet może oczekiwać ode mnie, że się z nim zwiążę, skoro kompletnie mi nie ufa?
— Słuchaj, Lily – spojrzał w jej oczy z mocą. – Musisz obiecać, że nikomu nie powiesz… to bardzo ważne, on może mieć przez to straszne kłopoty…
— Obiecuję – ucięła krótko.
James westchnął.
— No więc… mówiłem ci, że Syriusz zobaczył dzisiaj Davisa z Clemence Grant.
— Tak – potaknęła Lily, jakby twierdzenie James było pytaniem.
— Lekko wytrąciło go to z równowagi.
Dziewczyna przełknęła ślinę.
— Lekko?
— Znasz przecież Syriusza… — kontynuował Potter, gubiąc się w swojej opowieści. – Jest nieobliczalny. Impulsywny. Najpierw działa, potem myśli.
— Aha – potaknęła, przypominając sobie o tym, że to właśnie Black uwięził ją i Pottera na diableskim młynie i zrobił nagą sesję.
— Snape po prostu się nawinął… znowu nas śledził. On liczy na to, że zrobimy coś nienormalnego, żeby mógł donieść na nas Dumbledore’owi. Liczy na to, że wydalą nas ze szkoły.
— Kontynuuj – poprosiła, przeczuwając, że ta historia jej się nie spodoba.
— On… powiedział mu – oczywiście pod wpływem emocji! – że jeśli chce dowiedzieć się czegoś ciekawego, to… to powinien podejść dzisiaj po zmroku pod Bijącą Wierzbę. I… i opisał dokładnie, jak należy ją unieszkodliwić.
Lily spojrzała na niego z niedowierzaniem. Owszem, podejrzewała wcześniej, że coś takiego mogło mieć miejsce (oraz wskazywała, że Black prawdopodobnie się tego dopuścił), ale co innego podejrzewać, a usłyszeć to na własne uszy. Nie chciało jej się w to nawet wierzyć! Mogła nie przepadać za Syriuszem i uważać go za niedojrzałego tyrana, który nie jest przystosowany do życia w społeczeństwie, ale nawet ona nie spodziewała się po nim czegoś… takiego. Może i nie była w tamtym momencie racjonalna i nie patrzała na sytuację obiektywnie, ale wizerunek Blacka w jej głowie uległ gwałtowniej przemianie. Zdziecinniały chłopak stał się naprawdę bezwzględną i okrutną osobą.
— Zachował się dokładnie tak samo, jak ci wszyscy Ślizgoni – oświadczyła zimno. – Może i nie prześladuje mugolaków, ale równie okrutnie prześladuje Severusa i to, co zrobił jest po prostu… nieludzkie.
James pokręcił głową. Wyglądał na rozeźlonego i gotowego na wszelką cenę bronić dobrego imienia najlepszego przyjaciela.
— Snape też nie jest święty – prychnął. – Możesz myśleć o nim, co chcesz, ale daję słowo, że Syriusz nie ma w zwyczaju wystawiania ludzi na śmierć. Snape musiał ostro przegiąć, sko…
— Jak możesz go bronić?! – przerwała mu, nie dowierzając. – To, co zrobił jest niewybaczalne. Przegiął, nawet jak na niego!  
— On też nie jest z tego dumny, Evans! – zaparzył się. Lily nie wiedziała, co go bardziej denerwuje – oczernianie Syriusza czy obrona Snape’a?
— I lepiej, żeby nie był! Dzisiaj z jego powodu mogła zginąć więcej niż jedna osoba!
— Kiedy nareszcie przestaniesz być taka absolutna?! – wyrzucił z siebie, chyba bardziej wściekły niż sama Lily. – Kiedy nareszcie pojmiesz, Evans, że istnieją również okoliczności łagodzące i że zdarzają się sytuac…
— I kto to mówi?! – prychnęła dziewczyna, krzyżując ręce na piersi. – To ty słyniesz ze swojego czarno-białego światopoglądu! Czyż nie uważasz, że jesteś więcej wart od innych? Że mamy dwa typy ludzi, a ty należysz do tego lepszego?
— KAŻDY należy do lepszego typu niż Snape! – warknął. – Takie osoby jak on są zwykłymi zabójcami i należy się ich pozbyć jak najszybciej. Kto jak kto, Evans, ale ty powinnaś to rozumieć. Snape popiera Voldemorta i uważa, że wszystkich mugolaków należy zmieść z powierzchni ziemi!
— Czy ty siebie słyszysz? – spytała z niedowierzaniem. – Nie widzisz na jakiego hipokrytę wychodzisz?! Kto wychodzi na tym gorzej – Severus, który ma swoje szowinistyczne plany w głowie, ale oprócz paru siniaków nie zrobił żadnemu mugolakowi większej krzywdy – czy ty, bo chociaż kreujesz siebie na wielkiego obrońcę, masz własnego kuzyna na sumieniu!?
Kiedy te słowa opuściły jej usta, natychmiast ich pożałowała. Ze zgrozą przyglądała się, jak twarz Pottera traci kolory i jakikolwiek wyraz. James przybrał swoją bezuczuciową maskę, tą samą, której Lily tak bardzo nienawidziła. Łzy znowu zalśniły w jej oczach, a ona spojrzała na chłopaka błagalnie. Nie poznawała samej siebie! Jak mogła powiedzieć coś takiego? Nie miała prawa wydawać jakichkolwiek osądów, bo plotki pozostawały plotkami, a ona nie znała prawdziwego biegu tej historii.
Przecież znała Jamesa! Pomimo swoich licznych wad, takich jak wygórowane ego, arogancja i bezwzględność, przecież pozostawał on dobrym człowiekiem! Chociaż publicznie uchodził za zepsutego, nieco pyszałkowatego macho, jednak kto jak kto, ale ona wiedziała, że to tylko pozory… przecież James nigdy nie skrzywdziłby niewinnej osoby. Mógł pastwić się nad słabszymi, ale w swoich prześladowaniach nie przekraczał pewnych etycznych barier. Miał trudny charakter, ale z pewnością zasłużył na większy szacunek niż wszyscy Ślizgoni razem wzięci.
— Mój Boże, James, przepraszam – wyrzuciła z siebie. – Nie powinnam… to było okrutne, tak bardzo cię…
— Za co? – roześmiał się pusto. Serce Lily boleśnie się ścisnęło. – Wiesz co, czasem zaczynam rozumieć, jak to się stało, że z ciebie i Chamberlaina była taka świetna para. Pasujecie do siebie jak ulał. Oboje macie tak głębokie przekonanie o własnej nieomylności.
Najwyraźniej uznał, że na tym rozmowa się skończyła, bo pokręcił tylko głową, zerwał się i ruszył z powrotem w stronę dormitoriów, licząc zapewne na to, że Lily go zostawi, jak robiła zawsze w podobnych sytuacjach. Teraz jednak coś pchnęło dziewczynę w ślad za nim. Nie zdążyła się nawet zorientować, a już biegła za Jamesem, nawołując go i prosząc o to, żeby się zatrzymał i z nią porozmawiał. Potter przemknął przez klatkę schodową, nie odwróciwszy się do niej ani razu. Dziewczyna nie dała za wygraną i kiedy tylko zbliżyli się – on przodem, idąc krokiem tak szybkim, że aż w tempie sprintu, ona za nim, biegnąc i przepraszając – pod drzwi dormitorium numer sześć, a James zniknął za drzwiami, ona wsadziła stopę pomiędzy framugę. Chłopak spojrzał na nią ze zmęczeniem i nieprzyjemnym tonem, oświadczył:
— Powiedziałaś, co czułaś, Evans, i lepiej się tego trzymaj.
Lily zadrżała. James ostatnio bardzo rzadko zwracał się do niej po nazwisku, a gdy już to robił, to najczęściej po to, żeby się z nią podrażnić. Teraz wymówił je w tak chłodny i odpychający sposób, że dziewczyna poczuła ponownie niemiłe skręcenie się serca. Jak sięgała pamięcią, nigdy nie usłyszała u niego takiego tonu. Zawsze, nawet kiedy w trakcie zakładu starał się być przyjazny, mówił do niej w ciepły, trochę nawet filuterny sposób. Teraz zwrócił się do niej tak, jak do znienawidzonych przez niego Ślizgonów.
— Ale ja wcale tak nie uważam! – zaparzyła się, łzy już ściekały po jej policzkach. – Przecież wiem, że nie jesteś taki jak oni… James. Jesteś dobrym człowiekiem i nigdy nie skrzywdziłbyś nikogo, gdyby… gdybyś nie uznał, że na to zasłużył. Nie chciałam tego powiedzieć! Ja po prostu… — Głos jej się załamał, a ona głośno pociągnęła nosem i otarła łzy z policzków. Potter nawet nie drgnął. – Jest mi przykro, że mi nie ufasz – odparła nareszcie. – Wszyscy zdają się wiedzieć, o co chodzi, każdy mówi mi o tobie co innego, a… a to wszystko jest takie niespójne. A ty… ty nie chcesz mi niczego powiedzieć i jedyne, co mi pozostaje to wierzyć w te wszystkie plotki! Bo lepsza jest nawet najgorsza prawda niż kłamstwa, a to, że wszystko przede mną ukrywasz, też jest kłamstwem!
Spojrzała na niego błagalnie, rozklejając się na dobre. James stał we framudze drzwi. Bez problemu mógł je teraz zamknąć, bo Lily cofnęła swoją nogę, ale nie zrobił tego. Wpatrywał się w nią po prostu intensywnie, jakby zastanawiając się, w jaką grę ona go teraz wciąga. W jego oczach nie dało się dostrzec żadnego ciepła. Dziewczynie wydawało się, że cała sprawa jest już przegrana, gdy nagle chłopak otworzył drzwi na oścież i pozwolił na wejście do środka. Nie patrzał w jej oczy.
Lily bez zastanowienia wbiegła do dormitorium Huncwotów i zarzuciła chłopakowi ręce na szyję. Głowę usadowiła na jego ramieniu, bo tylko tam sięgała, stojąc na palcach. James nie objął jej mocniej, tylko po prostu stał i się nie ruszał.  
— Przepraszam – szepnęła, wtulając głowę w jego pierś. Wyraz twarzy Jamesa pozostawała beznamiętna, ale mięśnie lekko się rozprężyły, co Lily uznała za dobry znak. – Tak bardzo cię przepraszam.
Wydawało jej się, że minęły całe wieki, zanim otrzymała jakikolwiek sygnał ze strony Jamesa. Było to westchnienie.
Głośne, ostre i długie westchnienie, nie z tych, które towarzyszą nam przy wąchaniu kwiatów, ale raczej po zrozumieniu czegoś przykrego.
Mimo wszystko to westchnienie – nacechowane pozytywnie czy nie – było o wiele lepsze niż wygonienie Lily z dormitorium, tak więc przyjęła je z ulgą i spokojem. Zaraz potem James uniósł dotąd zwisające bezczynnie ręce, złapał ją w talii i przyciągnął do siebie, pozwalając na zamoczenie całej swojej koszuli od łez.
Stali w takiej pozycji przez parę ładnych chwil. Lily tuliła się do Jamesa, płacząc coraz głośniej i przejmująco, on wyraz twarzy miał nieprzenikniony, ale gładzenie dziewczyny po włosach i pewne trzymanie w talii zdradzało łagodność i powolny powrót do spokoju.
— Ćśś – szepnął w końcu, kiedy Evansówna szarpnęła się i ręce, dotąd spoczywające na jego ramienicach, wplotła w kruczoczarne, rozczochrane włosy. – Nie płacz.
— Jestem taka g…głupia, James – rozpłakała się na dobrze. – Zaw…wsze wszystko roz…rozwalam. Jestem taka bez...zmyślna – łkała. – To nic dziw…dziw…nego, że wszyscy mnie nie…nie…nawidzą.
— To nieprawda – szepnął jej do ucha. Zawahał się, ale po sekundzie dodał, nieco cieplejszym tonem: — Księżniczko.
— To nie twoja wina – kontynuował. Jego głos wciąż brzmiał sucho, ale nie był już tak ostateczny i bezuczuciowy. – Masz rację. Nie powinienem pozwolić, żebyś dowiadywała się takich rzeczy od Summer Blake.
Lily pociągnęła głośno nosem i pokręciła głową, chcąc zaprzeczyć.
— Tak jest, Lily – ciągnął. – Ale… ale nie możesz myśleć, że ci nie ufam. Nikomu nie ufam tak bardzo jak tobie… naprawdę.
— T…tak? – sapnęła. Łzy przestały lecieć z jej oczu, ale wciąż miała problemy ze złapaniem oddechu. James pokiwał głową i pocałował ją w czubek głowy.
— Powiem ci jak było, dobrze?

Dziewczyna pokiwała niemrawo głową, patrząc w kierunku Jamesa nieśmiało, ale ciepło. Potter z ciężkim westchnieniem odsunął się od niej na stosowną odległość i posłał w jej kierunku nieśmiały uśmiech.
— Poczekaj na mnie – poprosił. – Przyniosę z powrotem koce z pokoju wspólnego. Połóż się – powiedział łagodnie. Powinnaś odpocząć.
Kiedy tylko James zniknął za drzwiami, Lily rozpoczęła oględziny dormitorium. Nie było tu żadnych miejsc do siedzenia z wyjątkiem pięciu łóżek. Musiała więc liczyć się z tym, że będą leżeć z Jamesem w jednym łóżku, co stanowiłoby jeszcze lepszy temat do plotek niż ich dwuznaczne zdjęcia. Westchnęła ciężko. Czy pozostawało jej coś innego?
Wcześniej, kiedy wpadła tu jak burza, nawet nie zwróciła uwagi na wystrój. Tym razem miała na to czas i co więcej, odkryła, że zna Huncwotów na tyle, żeby bez trudu odgadnąć, kto gdzie spał. Jedne posłanie było zarzucone gratami, butami, krawatami, czymś, co wyglądało na pistolety na kulki, i innymi przerażającymi rzeczami, służącymi do robienia komuś świństw. Tutaj zapewne nikt nie spał. Spojrzała w bok. Jedyne łóżko i kąt pokoju, który wyglądał teraz tak samo jak pierwszego dnia szkoły. Ba, od niego wręcz biło od schludności, od takiego wręcz porządku, który panowałby w celi mnicha. Tam musiał spać Remus.
Tuż obok, we wnęce w ścianie, pod oknem, stało kolejne łóżko. Na podłodze obok niego roiło się od czekoladek i pustych opakowań po cukierkach. Uśmiechnęła się w myślach. Potrafiła niemal odtworzyć wizję niskiego Petera, który zbierał w popłochu upuszczone czekoladki.
Dalej od pozostałych posłań, od strony piątego, bez właściciela, stało niedbale pościelone łoże. Na ścianie obok niego i nad szafką nocną poprzyklejane były plakaty. Niektóre, te przedstawiające zespoły hardrockowe, wisiały i w pokoju Lily w Cokeworth, jednak znaczna większość przyprawiła ją o zniesmaczenie. Powycinane sylwetki hojnie obdarzonych przez naturę kobiet, zapewne z gazety Playboy, zajmowały niemal całą długość od szafy do drzwi. Tu mógł wypoczywać jedynie Syriusz Black.
Naprzeciwko niego, znacznie odsunięte od ściany, stało łóżko Jamesa. Lily zauważyła, że to należące do Syriusza również jest osunięte, w ten sposób, że wezgłowia mebli się ze sobą stykały. Potter i Black mogli rozmawiać całymi nocami tak cicho, że nie słyszał ich nikt, nawet pozostali współlokatorzy. Ku uldze Lily, ściana Jamesa nie została zdominowana przez króliczki Playboya, ale przez jakieś plakaty z drużynami Qudditcha. W sumie to przez jedną drużynę, ubraną w żółte stroje. Lily nie znała się na tej grze, ale miała wystarczający dobry wzrok, żeby przeczytać napis: Osy z Wimbourne.
Intuicyjnie przysiadła się na łóżko Pottera, nie odrywając wzroku od plakatów. Nawet nie usłyszała, kiedy James wrócił do dormitorium.
— Podoba ci się któryś? – zapytał z rozbawieniem, sam też spoglądając w stronę swoich plakatów. Lily ucieszyła się, że powoli wraca mu humor.
Przekrzywiła głowę. Wzrokiem przebiegła przez wszystkie plakaty, zatrzymując się dopiero tam, gdzie gracze tańczyli i śmiali się przy wielkim pucharze. Żaden z nich nie miał koszulki. Uśmiechnęła się lekko.
— Ten blondyn jest całkiem niezły – odparła, wskazując palcem na pałkarza, bez wątpienia najmłodszego z całej drużyny. James uśmiechnął się od ucha do ucha.
— Bagman? – zaśmiał się i pokręcił głową. – To świetny znajomy mojego ojca. Znam go praktycznie od urodzenia – spojrzał w jej kierunku z łobuzerskim uśmiechem – mogę was zapoznać.
Lily zachichotała.
— Skąd twój ojciec go zna? – zapytała, patrząc na Jamesa przekornie. Nie chciało jej się wierzyć, że mówił poważnie.
James wyszczerzył zęby.
— Mój ojciec grał w Osach, kiedy był jeszcze młody – odparł. – Co więcej, był kapitanem. Zapytaj się każdego faceta w tej szkole, kim był Seth Potter i każdy odpowie, że legendą tego klubu.
Lily wciąż nie była pewna, czy James mówił poważnie, ale z drugiej strony… dlaczego miałaby w to wątpić? Po kimś musiał odziedziczyć sportowy talent, a wystarczająco już przypominał swojego ojca. Uśmiechnęła się nieznacznie.
— Jest chyba dla mnie za stary – odparła. – A poza tym wydaje mi się, że nie ciągnie mnie do blondynów.
James parsknął śmiechem. Ostatnia uwaga ewidentnie poprawiła mu humor. Przysiadł się na swoje łóżko obok Lily.
— A już liczyłem na to, że zaciągnę cię na najbliższy mecz – uśmiechnął się, obejmując ją ramieniem. Lily pokręciła głową z lekkim uśmiechem.
— Sport mnie nudzi, dzięki.
James nie wchodził z nią w dalsze dyskusje, chociaż ewidentnie nie mógł uwierzyć, że Qudditch może być dla kogoś nudny. Położył zabrane do pokoju wspólnego poduszki z powrotem na swoje miejsce. Lily przyglądała się mu, kiedy dłonią przeprasowywał poduszkę po jednej stronie. Spojrzeniem nakazał jej się położyć. Spojrzała na niego z lekkim zaskoczeniem, ale w końcu uległa, nie chcąc denerwować Jamesa. To mogło przyczynić się do jeszcze większego zamknięcia w sobie, a teraz, kiedy postanowił nareszcie do czegoś ją dopuścić, było to niewybaczalne.
Nieśmiało przykryła się kołdrą pachnącą Jamesem i zrobiła mu miejsce, po drugiej stronie łóżka. James usiadł, opierając się o wezgłowie. Nie wchodził pod kołdrę, chociaż z pewnością było mu zimno.
Lily dała chłopakowi parę chwil na uporządkowanie całej historii głowie, a po paru minutach – wedle jej oczekiwań – rozpoczął swoją opowieść. Mówił powoli i ostrożnie. Nie patrzał jej w oczy.
— Sam dzisiaj dowiedziałem się nowych rzeczy – odparł szczerze, marszcząc brwi. – Ostatni raz rozmawiałem z Sereną rok temu i myślałem… byłem pewny, że była w ciąży z Philem – mruknął, oblizując wargi. – To znaczy, okej, może mieli dość dziwne relacje, ale to nie jest coś, co mógłbym ci opowiedzieć – wyznał. Lily spojrzała na niego z lekkim rozczarowaniem. Chłopak westchnął. – To źle zabrzmiało. Chodzi mi o to… to dosyć intymna sprawa Sereny i wielu rodzin magicznych. Nie zrozumiesz.
Znowu to samo, pomyślała z przekąsem. Nie zrozumiesz, nie dowiesz się, nie powinnaś być tego świadoma.
James najwyraźniej odgadł, o czym myśli, bo skrzywił się znacznie, a mina mu skwaszała.
─ Lily – westchnął, kręcąc głową. – Uwierz mi, sam chciałbym tego nie wiedzieć. To nieprzyjemna sprawa. Skomplikowana, toksyczna, nieprzyjemna… nie ma po co wchodzić w szczegóły.
Evans wywróciła oczami, ale zostawiła to bez komentarza. Lepsza okrojona historia niż jej zupełny brak. James jęknął.
— Mój kuzyn źle ją traktował. A kiedy mówię źle, to mam na myśli okropnie. Serena musiała z nim być, bo tego oczekiwała jej rodzina i… ech, wiem, że to dla ciebie niezrozumiałe, ale tak to wszytsko funkcjonuje w czystokrwistych rodach. Nie można się z tego potem wykręcić. Nikomu nie podobało się zachowanie Phila, ale nikt nie mógł nic zrobić.
— Nie mogła po prostu od niego odejść? – wyrwało jej się. – Nie chcę być znowu… przekonana o własnej nieomylności – powtórzyła, a James się wzdrygnął – ale moim zdaniem wybielasz to, że była zbyt słaba i bojaźliwa, aby powiedzieć: dość!
— Tu nie chodziło tylko o nią – ciągnął James, przejeżdżając otwartą dłonią po twarzy. – Tu chodziło o jej rodzinę, o bliskich, o… przyjaciół – przełknął ślinę. – O pieniądze.
Lily mimowolnie wybałuszyła oczy i zwróciła głowę w stronę Pottera. Uśmiech miał smutny. Wciąż nie patrzał jej w oczy.
— Ktokolwiek puścił tę plotkę w obieg, pominął bardzo ważny szkopuł – kontynuował. – Summer mówiła o tym tak, jakby… jakby na tym kotylionie Serena i mój kuzyn padli sobie w ramiona, zakochani do grobowej deski. To było zupełnie inaczej. Ona ledwo wiedziała, kim jest Phil, kiedy Lizzy… to znaczy, matka Mary, przedstawiła jej nowego narzeczonego. Kotyliony nie są fajne – odparł, krzywiąc się znacznie. – Mam nadzieję, że nigdy tam nie trafisz. Współczynnik sztywności tych imprez jest potworny. Roi się tam od dziwnych typów, starych ludzi o starych poglądach… Śmierciożerców…
Urwał w tym momencie, jakby zastanawiając się, czy może nazwać ich tak odważnie. W końcu odchrząknął, i kontynuował z większą werwą:
— Serena nie znała tych ludzi, dlatego trzymała się razem z Mary… która z kolei przyczepiła się do mnie i do Syriusza. I do Skye. Wtedy… wtedy jeszcze spotykałem się ze Skye – pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć, że to było tak dawno temu. – Od samego początku do końca znała tak naprawdę tylko naszą czwórkę. No, i Kenny’ego, brata Mary. I… chociaż w mniejszym stopniu… moją siostrę.
James zatrzymał się tu, wyglądając, jakby nie chciał dalej mówić. Lily zdążyła przekonać się już, że jeśli chodzi o May, to trzeba mówić o niej przy Jamesie bardzo ostrożnie. Był to dla niego niewygodny i drażliwy temat. Obawiała się, że jeśli May Potter była zamieszana w całą sytuację, to ciężko będzie podpytać chłopaka o szczegóły.
— No więc… — rozpoczął beznamiętnie – wszystko sprowadza się do May. Ona… Ona… — nabrał gwałtownie powietrza do ust, jakby następne słowa, choć ułożone w głowie, były dla niego zbyt trudne do wymówienia. Wreszcie, przymknąwszy powieki, rzucił z furią:  — Ona jest szalona, dobra, Lily?
Rudowłosa zerknęła w jego kierunku, niepewna zbytnio, jak zareagować. James już teraz wyglądał, jakby miał ochotę coś rozwalić. Być może przyszpilenie go wcale nie należało do dobrych pomysłów? Nie chciała jeszcze bardziej go dzisiaj rozeźlić.
Jednak z drugiej strony… co się tyczyło May… przypomniała sobie sytuację z grudnia, kiedy ona i James spotkali się w św. Mungu. Już wtedy zachowywał się, jakby czuł się winny za problemy ze swoją… siostrą. Słyszała mnóstwo niesamowitych historii z jej udziałem, ale właściwie nigdy nie widziała May „w akcji”. Niewiele wiedziała o… szaleństwie, jak to ujął James. Tylko tyle, co zdołała jej opowiedzieć trudniąca się psychologią strona rodziny. Aha, wiedziała co nieco z mugolskich filmów, ale były to wciąż bardzo skąpe informacje. Biorąc pod uwagę tylko je, musiała przyznać, że May w niczym nie przypominała jej obłąkanych ludzi. Przełknęła ślinę. 
─ Ja… jestem pewna, że…
─ Ale tak jest! – James wyglądał jakby chciał wyrwać sobie z głowy wszystkie włosy. – Z Mayie zawsze były problemy. Nieco ponad dwa lata temu znalazła sobie starszego chłopaka – zaczęła wtedy ćpać, ryzykować własne życie i robić wiele różnych bzdur. Uparła się, że chce spędzić z nim Sylwestra – twarz Jamesa traciła kolor. – Była wtedy pod moją opieką, bo rodzice wyjechali do Francji, a ja... w sumie to trochę za karę... miałem zostać tam i ją pilnować. Wolałem się jej pozbyć… — westchnął ciężko, jakby przyznawał się do grzechów przed Sądem Ostatecznym. – Myślałem, że nic sie nie stanie, skoro do May przyjedzie jakaś tam koleżanka, a ja zamiast nudzić się w Sylwestra razem z nimi... pojechałem z Syriuszem i mary do Declana Sterne’a, na prywatkę. 
Przełknął głośno ślinę, ale przerwał tylko po to, żeby nabrać tchu. Widać było, że jak zaczął, nie mógł się uspokoić.
─ Nie masz pojęcia, co poczułem, kiedy wróciłem do domu i zobaczyłem, co się stało z May. Była w rozsypce. Mało! Ona postradała zmysły. Jej chłopak co prawda umarł tej samej nocy, ale mój ojciec nie odpuścił i pozwał całą jego rodzinę przed Wizengamotem. Gość pochodził z wpływowej rodziny, czy raczej - miał dobre koligacje i poparcie głowy Wizengamotu, dlatego sądzenie się z nim było potwornie kosztowne - na te wszystkie łapówki, ugody, odszkodowania... Nasz system sądowniczy jest na tyle skorumpowany, że zawsze wygrywa ten, kto więcej zaoferuje przysięgłym i sędziemu. Czy wiesz, co rodziny magiczne robią, żeby zdobyć pieniądze?
Lily pokręciła głową. Kręciło jej się z lekka w głowie. Najpierw James udzielił jej bardzo okrojonych informacji o Serenie, tylko po to, żeby nagle przeskoczyć na temat swojej siostry. Na razie nie widziała między tym żadnego stosunku.
─ Aranżują małżeństwa.
Lily zamrugała. James parsknął.
─ Może to być dla ciebie śmieszne, ale nie rozumiesz, jak bardzo niektórym rodzinom zależy na skoligaceniu się z czystokrwistymi. Za samą czystokrwistość płaci się dużą sumę. Czysta krew jest cnotą, taką, którą można sprzedać.
Wieje średniowieczem, pomyślała ponuro. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł jej po ciele. Ale skoro można handlować dziewictwem, to dlaczego nie statusem krwi?
─ Phil był moim najbliższym kuzynem, chrześniakiem mojej matki – kontynuował James, dając jej chwilę na przyswojenie nowych, nieprzyjemnych wiadomości. – Nassowie zapłacili ogromną sumę za wydanie go za Serenę, tym bardziej, że jej status krwi był bardzo wątpliwy. Żeniąc się z jakimś van Weertem gwarantowało jej to naprawdę wysoką pozycję. Moja matka, żeniąc się z ojcem w pewien sposób połączyła budżety… możesz nazwać to posagiem, jeśli chcesz…
Lily wzdrygnęła się po raz drugi. Przez moment poczuła się jak na lekcji historii.
— Od wielu lat w ministerstwie chcą zerwać z posagami – ciągnął. – Ale to zbyt zakorzenione w czystokrwistej tradycji. Nie można tego ruszyć, i tyle. Od starych posagów współczesne różnią się tym, że majątek żony – czyli w tym przypadku mojej matki – staje się własnością męża. Tak więc mój ojciec mógł –tylko dlatego, że jest czystej krwi i ożenił się z moją matką – przejąć całe pieniądze z zaręczyn Phila z Sereną. Oczywiście, gdyby sytuacja była odwrotna, to van Weertowie mogliby również upomnieć się o posag May. To… w sumie nie wiem, chyba jest po to, żeby jednoczyć rodziny – wywrócił oczami. – Nim bardziej będziemy powiązani majątkowo, tym mniejsza będzie ilość osób, które zdecydują się na małżeństwo z kimś, kto nie jest czystej krwi.
Lily zakręciło się w głowie. Zaczynała rozumieć, dlaczego wszyscy jej czystokrwiści znajomi powtarzali uparcie hasełko: nie zrozumiesz. Faktycznie, nie potrafiła tego zrozumieć. Szczerze mówiąc, uważała, że tego typu manipulacje starych rodów sprzyjają przedmiotowym traktowaniu kobiet, ale najwyraźniej czystokrwista dziewczyna nie mogła być feministką.
— To jedynie kawałek całego tego bałaganu – mruknął James. – Naprawdę wolałbym nie być w to zamieszany. W każdym razie… małżeństwo Sereny i Phila było wiązaną transakcją, w którą na pewno maczała palce matka Mary, bo tylko ona byłaby w stanie coś takiego załatwić. Ona sama też zakręciła się obok pana McDonalda, chociaż status krwi miała wątpliwy. Czyli tak… Serena przez małżeństwo zostałaby wepchnięta do całego czystokrwistego towarzystwa, na co nie miałaby zapewne szans, biorąc pod uwagę, że była dziewczyną właściwie z przypadku. Z kolei cała moja rodzina łączyła się z McDonaldami, a co za tym idzie – posadowo z Rowle’ami, a to już poważna rodzina i bardzo duży majątek. Świetna okazja. Mówię ci, Lily, wszyscy byli zachwyceni, że udało im się dobić tak świetnego targu.
— Wszyscy, oprócz Sereny – domyśliła się. James pokiwał smutno głową.
— Nie mam pojęcia, co się działo z Sereną przez ten czas, kiedy byłem w Hogwarcie, a ona w Wenecji. Na pewno nic dobrego. Nie przepadałem za Philem. Nie zrozum mnie źle, ale ogólnie nie przepadam za moją rodziną z Włoch. Wszyscy tam są strasznie zdemoralizowani – a skoro ja to mówię, to uwierz mi – coś naprawdę jest nie tak – wysłał jej znaczące spojrzenie. – Phil był cholernie agresywny – od zawsze. Serena nie była z nim szczęśliwa, ale potrafiła zaakceptować małżeństwo, ponieważ to było ważne dla jej rodziny. Przede wszystkim ona była od niego dużo młodsza. Nie ukończyła nawet nauki. To tak jakby twój ojciec nagle wyciągnął cię z Hogwartu, wywiózł z Anglii na Cypr i kazał wyjść za zupełnie obcego ci gościa, bo to pomoże twojej rodzinie w kwestiach finansowych.
Lily stanął przed oczami obraz jej ojca – roztrzepanego, zapracowanego, czasami wręcz zaniedbującego swoją córkę, ale jednak pragnącego jej szczęścia w pierwszej kolejności. Nieważne, jak wielkie miałby kłopoty pieniężne – a przecież już je miał – w życiu nie handlowałby jej czystokrwistością czy dziewictwem.
A poza tym, Ethan Evans zawsze powtarzał, że nie zgodzi się u niej na ślub przed trzydziestką. A co dopiero przed siedemnastką. 
James uśmiechnął się smutno.
— Przez całą czwartą klasę niewiele myślałem nad całą tą sprawą. Serenę widziałem tylko raz, na kotylionie, i chociaż zrobiła na mnie wrażenie, to… no wiesz, w sumie prędko mi przeszło. Tym bardziej, że pod koniec lipca miała wychodzić za mojego kuzyna. Dopiero w wakacje mieliśmy więcej czasu, żeby się poznać. Wtedy jeszcze Mary mieszkała z matką i bratem w Dolinie Godryka, dokładnie na tej samej ulicy, co ja. Syriusz przyjechał do mnie na wakacje – zaśmiał się w tym momencie. – Musiał przyjechać, po tym, jak pozapraszał czterdziestkę mugolskich dziewczyn do siebie na imprezę. Jego matka była wściekła.
Lily zastanawiała się, co bardziej ją rozsierdziło – to, że za jej plecami pozapraszał bandę dziewcząt, czy też fakt, że były mugolkami. Obawiała się, że jednak to drugie.
— Serena przed ślubem dostała zwolnienie od mojej ciotki, a swojej przyszłej teściowej. Mogła przyjechać do Mary i nacieszyć się kresem… wolności. I w sumie robiła wszystko, żeby się nim nacieszyć. Trzymała się z nami – ze mną i Syriuszem – od samego początku. Tutaj… w tym momencie plotka jest prawdziwa – pojechaliśmy razem na biwak. Byłem tam oczywiście ja, Mary, Syriusz i Skye. Poza tym Mayie, starsi bracia Skye i Mary – Kenny i Elijah. Pojechał też mój kuzyn Phil, jego brat Jesse oraz Serena. I Bree Angelo. Aha, no i twój chłopak, Chamberlain.
─ CO?! – wrzasnęła Lily, patrząc na Jamesa tak, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu. James zignorował jej wybuch i spokojnie powtórzył:
— Ja, Syriusz, Mary, Kenny, Skye, Elijah, Serena, Jesse, Phil, Colette, Mayie, Chamberlain… Dwanaście osób. Może ktoś jeszcze… może któryś ze starszych Chamberlainów – Finn, Jet, naprawdę nie pamiętam…
— Nie… — zaprzeczyła Lily. Rozbolała ją już głowa od tych wszystkich nowych imion. Skupiła się więc tylko na osobach, które znała – szalona May, impulsywni James i Syriusz, manipulantka Mary, Skye, Dorian i ta albinoska, Bree Angelo. Razem. Na biwaku. Jak uroczo. —  Znaczy się – tak! Chodzi mi o to, że … Dorian?
Przecież on i James nie znosili siebie nawzajem! Wczoraj, kiedy tylko jeden drugiego zobaczył, już rozpętała się krwawa jatka! To… to po prostu śmieszne, że nieco ponad rok temu jechali razem na obóz! Akurat w te wakacje, kiedy ona i z Dorianem zerwała. Przez Jamesa. To nie mogło skończyć się dobrze.
Tak – potaknął Potter. Wyglądał na jeszcze mniej zadowolonego z tego faktu niż Evans. – Nie wiem, czy ci się chwalił, ale… on też jest bardzo blisko ze mną spokrewniony.
Lily przypomniała sobie, o tych wszystkich podobnych cechach Jamesa i Doriana – wadzie wzorku, zamiłowaniu do Qudditcha, ciemnych włosach, brązowych oczach, podobnym wzroście, a nawet trochę charakterze.
Rodzina. Ach, to wiele wyjaśniało.
─ Dlatego jest do ciebie taki podobny! – wyrzuciła z siebie, przyglądając się chłopakowi z zupełnie innej perspektywy. Czy intuicyjnie wybierała chłopaków z tej samej rodziny?
James się wzdrygnął.
─ Nie przypominaj. Jego matka jest siostrą ciotki Carlotty, matki Phila i Jesse’ego, a bratowej mojej matki. Czy coś takiego. Może to moja babcia miała siostrę… Wiesz, kiedyś, kiedy jeszcze jeździłem na zjazdy rodzinne, orientowałem się w tym lepiej. Teraz naprawdę ledwo ich wszystkich rozróżniam. W każdym razie… nie uznaję go. Rodzina to nie tylko więzy krwi. Tak nienormalny facet nie może być dla mnie kimś bliskim.
Lily mogła być w tamtym momencie zła na Doriana, ale jednak nie była też do końca zachwycona Jamesem, dlatego jej pogląd można uznać za względnie obiektywny. Chamberlain pewnie przegiął na biwaku, być może obraził Pottera czymś śmiertelnie, ale sam wówczas nosił w sercu okropną obrazę. Ci chłopcy – jak wcześniej zauważyła – strasznie siebie nawzajem przypominali, a to oznaczało, że oboje równie zawzięcie dąsali się, zapewne już dawno nie wiedząc, o co poszło.
Dorian pojechał na biwak wściekły, że James namieszał w jego relacjach z nią, Lily. Do dzisiaj miał mu to za złe. Potter wrócił z biwaku wściekły, bo Chamberlain dopuścił się tam czegoś, co on odebrał jako uwłaczenie jego godności. I również do dzisiaj miał mu to za złe.
Przypomniała sobie założenie zakładu, kiedy jednym z warunków Jamesa było powiedzenie Dorianowi, że Evans uważa go za winnego i bierze stronę Pottera. Kiedy zapytała się, o co chodziło, okularnik powiedział, że „Dorian będzie wiedział”.
Wychodziło na to, że wkrótce Lily też będzie wiedziała.
─ To było duże przedsięwzięcie – wrócił do tematu James. – Moja matka i Lizzy Nass, matka Mary, zmusiły nas w sumie do tego. Mieliśmy się integrować z rodziną – Ton chłopaka zdradzał, że uważał ten pomysł za absurdalny. – Moi rodzice są bardzo zajęci, zwłaszcza ojciec. Wiesz, daleko nam do końca wojny, półtora roku temu ta sytuacja jeszcze bardziej się nasiliła... Ja i Syriusz chyba lekko przeszkadzaliśmy – powiedział, jakby sam się nad tym zastanawiał  - ale moja matka nie chciała, żeby nam się nudziło. Uważała, że pomysł Lizzy – Lily wzdrygnęła się mimowolnie. Była ciekawa, czy matka Mary pozwalała Jamesowi tak się nazywać – jest uroczy. Phil, Dorian, Jesse, starsi bracia Skye i Mary zajęli jeden namiot, a my – razem z Sereną – drugi.
Unikaliśmy się praktycznie przez cały czas. Zwłaszcza Serena i Phil. Ona nic nie czuła do mojego kuzyna, a za dwa tygodnie miała związać się z nim na zawsze. Na zawsze, bo odwrotu po prostu nie ma. Jej rodzina musiałaby wypłacić tak potężne odszkodowanie, że zbankrutowałaby bez wątpienia. I… chyba po prostu trafiła kosa na kamień – James zmieszał się, bo chyba musiał zacząć mówić o sobie.
Zawahał się przez moment. Jego wzrok krążył od drzwi, przez swoje własne łóżko, po leżącą na nim Lily. Patrzał niepewnie w jej oczy, jakby walczył sam ze sobą, a sylwetka dziewczyny dopingowała tę część jego tożsamości, która chciał, żeby wygrała. Evansówna uśmiechnęła się do niego nieśmiało. W dormitorium było bardzo ciemno, a James ściągnął okulary, dlatego nie miała pewności, czy zauważył ten gest. Być może wcale na nią nie spoglądał, tylko układał w głowie plan ucieczki?
Facet ma jeszcze inne zmysły, pomyślała, skoro nie mogła liczyć na jego wzrok. Wyciągnęła spod kołdry swoją rękę i splotła ją z dłonią Jamesa. Rozluźnił on trochę mięśnie, co jawnie zakomunikowało, że ten gest mu pomógł.
— Czy… — przemówił nareszcie, bardzo niepewnym tonem. – Czy jeśli ci powiem, to między nami dalej będzie tak samo?
Lily sposępniała. A więc jednak plotki nie były aż tak zdemonizowane. Czuła się rozczarowana – więcej! – czuła się beznadziejnie. Dzisiaj rano przeklinała Pottera i żałowała, że w ogóle przyszedł na świat, ale kiedy tylko spojrzała mu w oczy… kiedy po pocałunku Luke’a wpadła zapłakana do dormitorium Huncwotów, a on ją pocieszył… po prostu zwątpiła.
Zwątpiła, że którykolwiek z tych nonsensów mógłby być prawdą. Myślała, że z całą tą sytuacją było jak z ich zdjęciami – stało się, ale ktoś coś sobie dopowiedział i wprowadził w błąd tłum. Stwierdziła, że to musiało być tak samo wyrwane z kontekstu. Że to musiał być ktoś inny.
Nie James. Nie… nie, jej James.
Kiedy to zdanie opuściło jego usta, poczuła się jak idiotka, że kiedykolwiek mu zaufała.
Chciała stamtąd wybiec, uciec z dormitorium, z Wieży Gryffindoru, najlepiej z całej tej pieprzonej szkoły i rozpłakać się jeszcze raz, trzeci tego wieczora. Problem w tym, że nie mogła sobie na to pozwolić. Nie po to naciskała na Pottera i zmusiła go do ujawnienia całej historii, żeby teraz zwyczajnie z tego zrezygnować.
James – wymówiła jego imię najcieplej, jak tylko potrafiła. Ku jej zdziwieniu, nie wyszło wcale tak źle. Modliła się o to, żeby James zgodnie z jej podejrzeniami praktycznie nic nie widział, bo bez wątpienia po wyrazie jej twarzy odgadłby, że blefuje. – Usłyszałam dzisiaj straszną wersję tej historii, a jednak cały czas tutaj siedzę. Sądzę, że nie możesz już pogorszyć sytuacji.
Chłopak westchnął, przyznając jej rację. Wcale nie wyglądał na pocieszonego.
— Ja… słuchaj, Lily, to nie był łatwy okres w moim życiu. Dużo się zmieniło, zwłaszcza jeśli chodziło o May. Nie mogłem sobie wybaczyć – wciąż nie mogę, ale wtedy szczególnie – że zostawiłem ją w tego Sylwestra i przyczyniłem się do… do tego obłędu. Byłem wściekły. Nie… nie zachowywałem się wtedy racjonalnie. I… Merlinie, miałem piętnaście lat! Chyba pamiętasz jak wielkim byłem kretynem w czwartej i piątej klasie… o ile, no, wciąż nie jestem kretynem.
Lily zaprzeczyła w duchu. Musiała przyznać, że Potter bardzo się zmienił. Owszem, wciąż był arogancki, lekkomyślny i kompletnie miejscami absurdalny, ale jednak pozwolił swoim bardziej pozytywnym cechom ujrzeć światło dzienne. Sama już to dzisiaj przyznawała! Sama przyznawała to już wiele razy. Pomimo okropnych, irytujących wad, był dobrym człowiekiem i miał pewien system wartości w głowie. Dla rodziny – i dla przyjaciół – zrobiłby wszystko. Kiedyś też taki był – oczywiście! – ale jednak teraz starał się poprawić i wydorośleć, i te właśnie starania stanowiły największą zmianę. Szło mu coraz lepiej.
Nie powinienem tego robić, wiem, ale… ona była zupełnie inna niż jakakolwiek poprzednia dziewczyna. Byłem nią oczarowany. Przedtem zabawiałem się dziewczynami i przyznaję się do tego, ale to Serena jako pierwsza zabawiła się mną. Ja…
— Przespałeś się z nią? – zapytała, zaskoczona stanowczością swojego głosu.
Proszę, powiedz nie. Proszę, powiedz nie.
— Ona była moją pierwszą – zarumienił się tak wściekle, że nawet w ciemnościach to było widoczne. – Ale… ale to nie było moje dziecko – zaprzeczył, bardzo gwałtownie. – Summer… Piękności mówiły w skrzydle, że oszczędzam na eliksirach, ale wcale tak nie było. One… och, wiem, że mugolska antykoncepcja nie jest stuprocentowa, ale czarodziejska jest. A poza tym… to miało miejsce dzień przed śmercią Phila. Mary powiedziała mi, że już cztery dni później zrobiła test eliksirem. To nie jest możliwe, żeby… żeby wykrył ciążę tak szybko. Musiała zajść wcześniej – mówił coraz szybciej, chcąc mieć to jak najszybciej z głowy. – Kiedy dowiedziałem się, że jest w ciąży, wpadłem w panikę. Chciałem z nią porozmawiać, ale Serena kazała mi się od siebie odpieprzyć. Powiedziała, że nie mam się, o co martwić. Czytałem dużo na ten temat. Pytałem położnych z pracy mojej matki. Każdy powiedział mi, że nie ma tak dokładnych i szybkich eliksirów wykrywających ciążę. I że to niemożliwe, żebym zabezpieczony miał się o co martwić.
Umilkł. Myśli krążyły niebezpiecznie w głowie Lily. Nie wiedziała, czy może mu wierzyć. Z drugiej strony, gdyby postanowił ją okłamać, nie przyznałby się do nocy z Sereną. Coś w jego głosie było zbyt rozpaczliwego, zbyt prawdziwego, żeby mogła podejrzewać choć drobny element nieprawdy. James naprawdę przejął się całą sytuacją. Nie zostawił jej samą sobie, jak przedstawiła jej Summer. Jak głosiła plotka. Nie zrobił tego, czego Lily najbardziej się obawiała.
To pewna ulga. Ale… ale jednak nie czuła się dobrze z tym, co usłyszała. Chyba to wszystko działo się po prostu zbyt szybko. Chyba nie była gotowa na podobne wyznanie. Westchnęła.
Sama się o to prosiłaś, skarciła się w głowie.
— Wciąż jej szukam – odparł James. – Wiem, że to jest niemożliwe, ale… ale chcę usłyszeć to z jej ust. Wtedy dopiero… będę miał stuprocentową pewność – westchnął ciężko. – Nie wiem, co myśleć o końcowym odcinku tej plotki. Nie wydaje mi się prawdopodobne, żeby została odesłana do Azkabanu, ale z drugiej strony… gdzie miałaby się ukrywać? Moja rodzina i van Weertowie szukali jej wszędzie. Ja szukałem jej wszędzie. To… to nie ma sensu.
Lily westchnęła. Przypomniała sobie mimowolnie swoją rozmowę z Davisem. Pomyślała, że to, co powiedział Luke, może trochę podniesie Jamesa na duchu. Krótko streściła mu ich rozmowę. James lekko zadrżał, kiedy usłyszał o tym, że Minchum wypuścił więźniów na wolność, ale chyba towarzyszyły mu dzisiaj podobne myśli, bo nie dał po sobie poznać, że to dla niego coś nowego.
— No cóż – podsumował, marszcząc brwi. – Davis raczej ma rację. Ale zniknięcie tej dziewczyny i tak pozostaje zagadką – pokręcił głową i – chyba bardziej, aby uciąć ten temat na dobre niż faktycznie dla jej dobra – dodał: — Masz jakieś pytania?
Było dużo rzeczy, o które chciała go jeszcze dopytać. Przede wszystkim, w swojej opowieści pominął całą śmierć swojego kuzyna na biwaku. Summer twierdziła, że powiązana z tym była również May. Nie zdradził też, co zaszło pomiędzy nim a Dorianem na tym wyjeździe, dlaczego tak się nienawidzą. Nie powiedział jej też w końcu, jak się skończyła cała rozprawa przeciw chłopakowi, który doprowadził May do szaleństwa w Sylwestra.
Postanowiła jednak, że zamilknie. James był z nią szczery w kwestii z dzieckiem i Sereną, a mimo to prawda nieprzyjemnie ciążyła nad nią, jak ciężki przedmiot na lince, który w każdej chwili mógł spać prosto na jej głowę. Naciskała na niego za bardzo. Nie tylko Potter nie był gotowy, żeby jej o tym opowiedzieć – skoro pominął tę kwestie przed chwilą, ale ona również nie była gotowa na to, aby to wysłuchać. Lepiej dać mu przestrzeń, na którą chłopak zasługiwał po bez wątpienia wstydliwym i niekomfortowym wyznaniu.
Spytała więc:
— Co z Syriuszem?
James zmarszczył brwi.
— Jest cały czas na dworze.
— Nie, nie – pokręciła głową. – Summer… Piękności powiedziały, że on był drugim kandydatem do roli tatusia. No, trzecim, jeśli liczyć twojego kuzyna. Czy to była czysta fikcja czy jednak…?
Wiesz… — Potter westchnął ciężko. – Syriusz nigdy nie był w tym precyzyjny. Kiedy go o to pytałem, zwykle dawał jakieś ogólnikowe odpowiedzi albo kierował rozmowę na inne tory. On… on chyba nie chce on tym rozmawiać. Nie mam pojęcia, czy faktycznie… jest kandydatem. Ale obawiam się, że jeśli byłby, to pewniejszym niż ja.
Lily przełknęła ślinę. Poczuła się jeszcze bardziej zmieszana. Wiedziała, że jeśli zakończą rozmowę teraz, będzie musiała wrócić do dormitorium, a tam czeka na nią Dorcas. Chyba nie była jeszcze gotowa na to starcie. Musiała przygotować sobie w głowie odpowiedni scenariusz… rozegrać to tak, żeby powiedzieć jej o niewierności Luke’a i jednocześnie nie doprowadzić do szału.
To było dziwne, ale chciała przedłużać rozmowę z Jamesem w nieskończoność, byle tylko nie wracać do własnego łóżka i sypialni. W dormitorium Huncowtów panowała inna atmosfera. Lepsza atmosfera.
James? – zapytała, przewracając się na bok w jego kierunku. Chłopak potaknął. – Możesz się położyć, jak chcesz. Widzę, że jest ci zimno.
Potter spojrzał w jej kierunku (o ile faktycznie widział, pomyślała po raz kolejny) z wyraźnym zaskoczeniem. Zabrała swoją dłoń i schowała ją na nowo pod kołdrą, żeby zapewnić mu własną przestrzeń. Chłopak podziękował jej niepewnie i sztywnymi ruchami położył się i nakrył własną pierzyną. Łóżko było tak małe, że ich nogi mimowolnie się dotykały.
— Mogę zapytać się o coś jeszcze? – ściszyła głos do szeptu, bo James był bliżej i lepiej ją słyszał. Chłopak uśmiechnął się szczerze.
— O co tylko zechcesz, Księżniczko.
Uśmiechnęła się mimowolnie na to określenie. Z początku wydawało jej się irytująco i zbyt… pieszczotliwe, ale teraz kojarzyło jej się z czymś ciepłym i… rodzinnym.
─ To znaczy… ja wiem, że to nie jest moja sprawa, ale… — zawahała się, wypieki wkradły się na jej policzki — aż takie mieliście problemy finansowe? Przecież… wydawało mi się, że rodziny czystej krwi dostają jakieś tam pieniądze, no wiesz, mają dużo łatwiej tylko dlatego, że… że są tej czystej krwi. Tak jak powiedziałeś. A rozprawa sądowa to… aż takie sumy?
 Przez chwilę wydawało jej się, że James poczuł się zniesmaczony tym pytaniem i dlatego tak długo nie odpowiada. Zrobiło jej się gorąco. Zdecydowanie nie powinna pytać go o pieniądze! Co ona sobie myślała? Już chciała przeprosić i zmienić temat na bezpieczniejszy (może zagadać go na temat tego przystojnego Bagmana od Qudditcha? Albo ogólnie zagadać o Qudditchu?), gdy w dormitorium rozległ się perlisty, szczery śmiech. Kamień spadł jej z serca.
─ Chcesz rozeznać się w terenie? – zapytał złośliwie. Lily kopnęła go pod kołdrą. James uśmiechnął się jeszcze szerzej. – Masz rację, jednak… znaczna część majątku znajduje się w mieniach. Czystokrwiści nie sprzedają – dajmy na to – jakieś drogocennej biżuterii, nawet jeśli jej nie noszą. To symbol ich bogactwa. Pieniądze same w sobie najczęściej dostają co miesiąc od protoplasty rodu, za to, że przedłużają linię czystej krwi. Rodzina mojej matki podchodzi pod Rosierów. Jednak pieniądze jakimi dysponują na co dzień, nie są wcale imponującą sumą. O wiele lepiej jest ze stroną ojca, ale szału jakoś specjalnie też nie ma – zawahał się. – Zacznę cię teraz zanudzać, ale i tak nie jest ci zbytnio śpieszno do sypialni… a jak już chcesz wiedzieć, co w trawie piszczy – poruszał sugestywnie brwiami – to mogę ci opowiedzieć o rodzinnych brudach.
Moja matka pochodziła z Rosierów, a ojciec z Blacków i Potterów. Rosierów w sumie też, ale w mniejszym stopniu. W ciągu ostatnich lat wszyscy, z wyjątkiem moich dziadków, odcięli nas od pieniędzy. Taka jest kara za zdradę krwi. Mamy duży majątek również w mieniach – trzy wille w Dolinie Godryka, rezydencja w Paryżu, Wenecji, Cardiff… — mrugnął do niej porozumiewawczo. Lily poczuła, że to pytanie nie było nikomu potrzebne. — Jedna jest już nawet na mnie przepisana, a to dopiero początek.
— James, ja nie pytam się po to, żeby dowiedzieć się, jaki ty wniósłbyś posag, ale…
— Mężowie nie mają posagów, Lily. Mężowie jedynie korzystają z tych posagów. W sumie to ja powinienem wypytywać się ciebie o…
— Jedynie, czym dysponuje moja rodzina to rozpadający się dom na prowincji Surrey w Cokeworth pod Staines – skrzywiła się. – Badania mówią, że każdy kiedyś był w Cokeworth, ale nikt o tym nie wie. To taka dziura, że nawet mój ojciec, wracając z pracy z Londynu, nigdy nie może trafić do domu.
James parsknął śmiechem.
— Kuszące.
— Moi dziadkowie mają jeszcze wielką farmę kukurydzy w Alabamie, ale ja tam nie zamieszkam, bo naprzeciwko znajduje się rzeźnia. To dla mnie zbyt wiele.
Razem się roześmiali. Napięcie pomiędzy nimi zaczęło lekko ustępować. James postanowił chyba wrócić do pierwotnego pytania, tym razem bez niemądrych przytyków:
— Nie dostajemy żadnej… no nie wiem – „wypłaty” od rodu, bo zostaliśmy z niego wykreśleni. Moi dziadkowie wszystko przelewają do mojej skrytki w Gringottcie… której z kolei nie można otworzyć przed tym, jak się ożenię - nie mógł się powstrzymać i  znowu sugestywnie zatrzepotał rzęsami. Lily westchnęła. – To był pomysł mojej babki z obawy, że będę żyć na kocią łapę… W każdym razie na pewno było nam ciężko, zwłaszcza, że próby uratowania May i samo chodzenie po sądach, i comiesięczne wydatki, znacznie przekraczały dochód moich rodziców. To McDonaldowie wyciągnęli do nas pomocną rękę. Mary miała na to duży wpływ.
Urwał w tym momencie, być może dlatego, że nie chciał rozmawiać z nią o miłosierdziu Mary McDonald. Nie miała mu tego za złę.
Evansównie przypomniało się, co spotkało rodzinę Doriana. Za zbyt liberalne podejście do czystości krwi zostali momentalnie odcięci od pieniędzy, a na karku mieli ośmioro dzieci (plus synowa i wnuk) oraz ciężko chorą matkę. Z utrzymaniem rodziny było tak ciężko, że pan Chamberlain ściągnął Doriana do domu, uczył go sam, a w wolnym czasie kazał pomagać sobie w pracy. Coś podobnego musiało dosięgnąć Potterów. Pamiętała ojca Jamesa, chociaż widziała go tylko raz, w Mungu. Co chwila podchodził do niej, próbował zeswatać ją ze swoim synem, a kiedy żona go upominała, wypytywał ją o mugolskie pierdoły, takie, jak dzwonki do rowerów i piszczałki dla psów. Interesował się mugolami… nikogo już nie obchodziło to, że był miłym gościem i zrobił wielką karierę w Qudditchu. Własna rodzina narzucała mu to, co ma go interesować, a co nie, a to było już bulwersujące.
Spojrzała na Pottera jeszcze raz. Żartował sobie z niej, kiedy wymieniał wszystkie swoje dobra, ale czy… gdyby hipotetycznie postanowił ożenić się z jakimś mugolakiem – niekoniecznie z nią, po prostu była ciekawa – to nie utraciłby nawet tego? Powiedział jej, że majątek ma zabezpieczony i nie może z niego korzystać aż do ślubu, ale… ale czy jego rodzina uznałaby ślub ze szlamą za prawomocny. Możliwe, że napiętnowano by go znacznie bardziej niż jego rodzinę, której zdrada polegała jedynie na tolerancji mugoli. Przełknęła ślinę.
James chyba odgadł o czym myśli, bo przybliżył się do niej i zaczął obracać rude kosmyki wokół swoich palców. Uśmiechnął się miło. Lily momentalnie zrobiło się ciepło w okolicach serca.
─ Trzymanie czystej krwi jest moim zdaniem chore – odparł zwyczajnie James, patrząc jej prosto w oczy (no, może nieco niżej niż na oczy, ale facet miał przecież astygmatyzm). – Nie możesz myśleć, że się z tym zgadzam, Lily. Nigdy nie patrzałem na to w ten sposób i nigdy nie będę. Owszem – gdybym ożenił się z dajmy taką Jo Prewett – Lily parsknęła. Nie wiedziała, czy próbuje on ją teraz zirytować czy znowu sobie dowcipkował.
– Nie śmiej się! – odparł przesadnie poważnym tonem. – To jest świetna partia… Prewettowie z jednej linii, Blackowie z drugiej… Nie musiałbym nic robić przez całe życie. Albo chociaż Mary – Nassowie, McDonalowie, a co za tym idzie Angelowie, i Rowle’owie… mógłbym kąpać się w złocie.
Lily skrzywiła się mimowolnie. James chyba tego nie zauważył, bo ciągnął swoją tyradę:
— Ale wiesz co? Po nocy poślubnej chyba podciąłbym sobie żyły. Całe życie miałbym z góry przesrane, i zacząłbym kompletnie świrować jak cały ten czystokrwisty tłum. Ja… nie możesz myśleć, że jeśli wyszłabyś za czystokriwstego czarodzieja przyniosłabyś mu zgubę. Dobrze – jako że nie masz czarodziejskiego rodu, nie zwiększyłabyś przychodów rodzinnych. I w porządku – jego ród pewnie za zdradę również odciąłby go od pieniędzy, ale… ale po co miałby chcieć spać na kasie, skoro, no… mógłby
─ Spać ze mną? – domyśliła się. Zabrzmiało ostro i lekko sarkastycznie. James uśmiechnął się, jakby chciał nazwać ją głuptasem.
─ Mieć ciebie.
Mieć ciebie.
Kolejna fala ciepła zalała Lily od stóp do głów, a że noc była zimna, a dormitorium chyba nie miało domkniętego okna, takie fale były bardzo przyjemne. Powinno to wydać się jej dziwne, ale momentalnie zrobiła się strasznie senna. Stłumiła ziewnięcie. Półprzytomnym wzrokiem obserwowała bawiącego się jej grzywką Pottera.
Przez głowę przemknęła jej myśl, czy James miał na myśli siebie, kiedy mówił jej o „czystokrwistym czarodzieju”, za którego hipotetycznie miała wyjść. Odrzuciła pośpiesznie tę hipotezę, czując się strasznie zmieszana. 
─ Wiesz o tym, prawda? – szepnął chłopak, chyba nie zauważając jej nagłego zmęczenia.
Wiem – odszepnęła. — Oczywiście, że wiem, że nie jesteś taki.
— To dobrze.
Po tych słowach nastąpiło milczenie. Nie było ono jednak ani krępujące, ani ciężkie i zwisające w powietrzu. Wydawało się czymś naturalnym, zwykłym następstwem po ich długiej, intensywnej rozmowie. Złotą ciszą, powoli kołyszącą ich do snu.
─ Wiesz co, James? – szepnęła sennym tonem. Chłopak potaknął. ─ Jesteś całkiem przyjazny.
Usłyszała jeszcze stłumiony chichot, po czym zanurkowała głębiej pod kołdrę, zamknęła powieki i pozwoliła fali zmęczenia porwać ją na przyjemny rejs spokoju. Objęcia Morfeusza dopadły ją nagle i niespodziewanie. Zasnęła właśnie tam, w męskim dormitorium numer sześć, na łóżku Jamesa Pottera i z Jamesem Potterem obejmującym ją w pasie i wdychającym zapach jej włosów.

♣♣♣
Dorcas tego dnia ubrała opaskę w piórka, jako manifest, jak bardzo jest jej przykro. Była dopiero środa, ale dziewczyna miała wrażenie, że ten tydzień przeciąga się w nieskończoność. Wczorajszą noc prawie całą przepłakała, a dzisiaj obudziła się z wielkimi, różowymi odciskami. W bardzo pesymistycznym nastroju liczyła wszystkie te nieprzyjemności, z którymi przyjdzie jej się dzisiaj zmierzyć. Rozmowa z Lily. Zerwanie z Lukiem. I nieszczęsne korepetycje z Blackiem, które wywalczyła po długich, żmudnych i ośmieszających przeprosinach.
Cudownie, pomyślała. Już nie mogę się doczekać.
Przyjrzała się sobie jeszcze raz w lustrze. Jednym z plusów uczęszczania na jedynie dwa przedmioty było fakt, że prawie zawsze lekcje zaczynała na późniejszą godzinę i miała czas na opracowanie przyjętej na ten dzień strategii. Dzisiejszego dnia postawiła przed sobą tylko jeden cel: przetrwać.
No, przetrwać i zlikwidować wory pod oczami.
Nie miała już chłopaka i równocześnie pragnęła jak najbardziej zrazić do siebie Blacka, dlatego była gotowa nawet się oszpecić, byle nieszczęsne sińce zniknęły. Po kilkuminutowym zastanawianiu się, postanowiła ubrać stare okulary Emmeliny, wymieniając jedynie szkła na zerówki. Chociaż wyglądała niezwykle głupio z opaską w piórka i okularami-kujonkami, udało jej się zdławić swój szósty zmysł dyktatorki mody.
Uszyję sobie dzisiaj wieczorem piżamę, postanowiła. Będę siedzieć w niej przez cały weekend.
Z miną skazańca opuściła dormitorium żeńskie numer cztery i wyszła na czerwoną, ciasną klatkę schodową. Było na tyle późno, że światło wylewało się do przedsionka z wielkich, strzelistych okien w Pokoju Wspólnym. Słońce musiało wzejść już dawno temu.  Dorcas rozmasowała sobie skronie. Od wczorajszego płaczu bolała ją głowa, zupełnie jakby miała kaca.
Spodziewała się zastać pusty, okrągły i ciepły Pokój Wspólny, pełen ulotek pozawieszanych na ścianach, ogłoszeń dotyczących zgub i upchanych na stolikach czasopism młodzieżowych. Nie chodziło o to, że tych rzeczy brakowało, ale o to, że ktoś jeszcze tam był. Czarnowłosy chłopak opierał się nogą i plecami o dwie ściany pomiędzy przejściem do dziury w portrecie. W rękach trzymał magazyn motoryzacyjny. Wyglądał, jakby czekał na Dorcas.
─ S… Syriusz – zdziwiła się. Intuicyjnie ściągnęła okulary. – Powinieneś mieć mugoloznastwo… no nie?
Syriusz uniósł spojrzenie znad magazynu, ale nie zatrzymał go na Dor zbyt długo. Leniwie wyprostował się i ruszył nonszalancko w jej kierunku. W normalnych warunkach dziewczyna puściłaby to płazem, ale tym razem jego lekceważący stosunek wybitnie ją zirytował.
─ Jestem pewna, że James cię szuka – naciskała dalej. – Ja zaczynam dopiero za dwie godziny, porozmawia…
─ Jestem zajęty wieczorem – uciął jej w połowie zdania – dlatego zrobimy te korepetycje teraz – zadecydował. – Nic się nie stanie jak raz nie będzie mnie na mugoloznastwie. Zresztą, Rogaś też zrobił sobie dzisiaj wolne.
─ No nie wiem, Syriuszu… Jeśli McGonagall się dowie…
Black machnął ręką.
─ Robię to na jej zlecenie, co nie? Powinna się cieszyć, że jestem tak bardzo zaangażowany w te prace społeczne. Siadaj, droga Dor. Dużo przed nami.
Dorcas niechętnie zajęła miejsce na czerwonej, wyściełanej sofie. Syriusz w dalszym ciągu stał, dla odmiany leniwie wertując podręcznik do transmutacji.
─ Co robisz wieczorem? – zainteresowała się. – No wiesz… skoro wolałeś ryzykować gniew McGonagall niż to przełożyć.
Syriusz obdarzył ją bardzo nieprzychylnym spojrzeniem.
─ Nie twój interes. Załóż okulary.
Dorcas ściągnęła opaskę i kilkoma sprawnymi ruchami przekształciła ją w bransoletę. Kiedy naciągnęła bryle z powrotem na nos, miała nadzieję, że wygląda bardziej jak pilna uczennica niż jak idiotka.
Dorcas ściągnęła opaskę i kilkoma sprawnymi ruchami przekształciła ją w bransoletę. Kiedy naciągnęła bryle z powrotem na nos, miała nadzieję, że wygląda bardziej jak pilna uczennica niż jak idiotka.
Black spojrzał na nią niechętnie. Coś w jego wyrazie twarzy zdradzało brak entuzjazmu, ale Dorcas znała go wystarczająco, żeby zauważyć, że próbuje stłumić śmiech. Och, a więc tyle zostało jej z pilnej uczennicy! Tak, niech od razu zabiorą ją do cyrku! Dorcas Meadowes w okularach – będzie większym hitem niż kot grający na fortepianie!
— Jak Hogsmeade? – zapytał nagle Black, nieco przyjemniejszym tonem. Miał większe huśtawki nastrojów niż jej kuzynka, kiedy była w ciąży.
Dorcas wydymała usta.
— Nie twój interes. Załóż… hmm, spodnie?
Black parsknął.
— Słyszałem, że Davis niezbyt się spisał.
Dziewczyna nie skomentowała tego. Miała nadzieję, że opaska (obecnie bransoletka) z piórami była wystarczająco wymowna.
— Mam chyba słabość do dupków – odparła po prostu, krzyżując ręce na piersi. – Wiesz coś o tym, nie?
Syriusz uśmiechnął się sztucznie. Ktoś chyba przed momentem wytrącił go z równowagi, bo wyglądał, jakby chciał w coś (lub kogoś) kopnąć.
— Zostaniesz chyba w Hogsmeade sama z Evans i Titanic – parsknął. – Uroczo. Może pójdziecie na babeczki.
— Może ty pójdziesz po Eliksir Antykoncepcyjny? – odgryzła się złośliwie. – Słyszałam wczoraj od Rachel Sommers, że ostatni lekko się rozczarował.
Chłopak nareszcie znalazł odpowiednią stronę w podręczniku. Rzucił go na stołek z głośnym łoskotem. Dorcas posłusznie odnalazła stronę sto piętnastą.
WSTĘP DO TRANSMUTACJI ZWIERZĘCEJ
O tak! Jej ulubiona dziedzina! Nie mogła się doczekać, żeby zacząć nad nią pracować!
— Transmutacja zwierzęca? – skrzywiła się. – Po co mam się tego uczyć? Nie sądzę, żeby kiedyś naszła mnie ochota na przemianę moich zębów na wiewiórcze.
— Możesz dorobić ryjek Davisowi – zaproponował. – Pasuje mu do cery.
— Jeśli będę mogła poćwiczyć na tobie robienie ryjków, to się zgodzę.

 Meadowes – zaczął Black, patrząc na nią wymownie. – Jestem pewien, że twoje zaklęcia nawet nie podłubałyby mi w nosie. Zacznij może na pluszakach? Poduszce? Spódniczce Evans? Możesz zajmować się tym przez całe Hogsmeade. Przy większym szczęściu może uda ci się sprawić, że wiewiórka zacznie chrumkać.
— Skąd taka pewność, że nie mam co robić w Hogsmeade? – prychnęła, po przeczytaniu pierwszego zdania ze strony sto piętnastej. – Może jestem już umówiona z jakimś super-ekstra ciachem z kaloryferem i dołeczkami na policzkach? – Syriusz wywrócił oczami. Dorcas mimowolnie zauważyła, że on też ma dołeczki. – To ty wyglądasz na zakompleksionego, Black. Pewnie chciałeś mnie śledzić, co? Teraz przepadło?
Black przeniósł na nią znużone, wyniosłe i dumne spojrzenie jednocześnie. Wyglądał jak starszy człowiek, który musiał stawić czoło rozwydrzonemu dziecku – nie miał na to ani zdrowia, ani ochoty.
— Czy ty siebie słyszysz? Sama chyba w to nie wierzysz.
Dorcas westchnęła ciężko. Nie miała pojęcia, co i kiedy zrobiła, ale rozmowy z Syriuszem ostatnio zrobiły się nieznośnie trudne i krępujące. Przy innych Black był po prostu sobą – śmiał się, dowcipkował, ironizował połowę tego, co ktoś do niego mówił. Był impulsywny, energiczny i pełen życia, nadziei, chęci do walki. Kiedy natomiast zostawał sam w jej towarzystwie stawał się oschły, zmęczony i wyniosły. Dziewczyna zastanawiała się, co zrobić, żeby lekko go ożywić. Wolała utrzymywać z nim przyjazne kontakty, chociażby tylko ze względu na korepetycje. Zły humor Syriusza Blacka był tak nieprzyjemny i zaraźliwy, że jej też robiło się od razu słabo. To złe warunki do przyswajania transmutacji.
─ Masz rację – odparła zadziornie – nie wierzę, że już udało ci się załatwić randkę.
Zgodnie z jej przypuszczeniem, Black uniósł głowę. Jego mina zdradzała zawziętość i niedowierzanie.
— Dorcas, ja jestem Syriuszem Blackiem. W Ameryce wiedzą, co to znaczy. Na Marsie wiedzą nawet, co to znaczy – odparł nieskromnie. – Nawet jeśli nie mam randki teraz, wystarczy, że podejdę do którejkolwiek i już ją mam.
Meadowes roześmiała się, jakby nie wierzyła w to, co mówił.
─ Szczerze? Sądzę, że nie uda ci się zaprosić nikogo porządnego. A porządnego znaczy kogoś, kto nie jest Pięknością.
─ Ty też kiedyś byłaś Pięknością, droga Dorcas – zauważył trzeźwo.
─ Ja wciąż jestem pięknością.
Black parsknął.
─ Jasne.
 — No ba, że jasne! Dlatego właśnie wyrwałam tego super-ekstra przystojnego chłopaka z kaloryferem i dołeczkami.
— Też jest Pięknością? – zagruchał.
Dorcas wywróciła oczami.
─ Chodzi mi o takie… ekstremalnie pięknościowe dziewczyny. Takie jak siostra Doriana albo Prefekt Naczelna.
─ Nie krytykuj Larissy! – obruszył się. – Ona jest świetna.
Czy to ona nie brała udziału w wojnie o różową choinkę?
— Czy to nie ty robiłaś się na nią w czwartej klasie? – zapytał złośliwie. – Kradłaś jej nawet spinki do włosów.
Szatynka westchnęła. Chciała uderzyć się otwartą dłonią w czoło, ale okulary uniemożliwiały taki odważny ruch. Jak on mógł wypominać jej takie rzeczy? W czwartej klasie Syriusz robił większe głupstwa. Nie wolno oceniać ludzi za to, co robiły w wieku czternastu lat. Wtedy każdemu miesza się w głowie. Jej kuzynka Berta chciała wtedy ogolić się na łyso, żeby zapobiec wypadaniu włosów.
— Och, Black, nie wchodźmy w szczegóły – wzdrygnęła się. – Sprawa wygląda tak, że ja mam randkę, a ty…
— Słuchaj, Meadowes – przerwał jej, wyraźnie poirytowany. – Chętnie zobaczę twojego chłopaka z dołeczkami i z twarzą boskiego bękarta. Zobaczmy się w Hogsmeade – odparł wyzywającym tonem. – Ja przyprowadzę swoją dziewczynę.
— Chcesz umówić się na podwójną randkę? – zapytała z niedowierzaniem.
— Jeśli liczyć wiewiórkę z ryjkiem, to potrójną. 




Lyon, lato 1975
Promień słoneczny załamał się, przebijając się przez szklany świetlik w suficie willi McDonaldów. Elizabeth wstała znad basenu, przeciągnęła się jak kotka i ziewnęła, znużona całodziennym leniuchowaniem. Obejrzała się jeszcze przez ramię, zerkając na dwie blondyneczki ukrywające się pod kocami. Wyglądały jak osoby przyłapane na gorącym uczynku.
Serena zarumieniła się, wyglądając nawet jeszcze bardziej rewelacyjnie niż zwykle, o ile nie graniczyło to z niemożliwością. Z kolei córka kobiety, Mary, uśmiechnęła się nieszczerze i pomachała do matki, jak osoba żegnająca się przez szybę pociągu. Serena niepewnie wsparła ją w tym geście. 
Elizabeth westchnęła ciężko, po czym zniknęła w korytarzu do kuchni. Mary nachyliła się do koleżanki niemal natychmiast. Miały kilka minut na szczerą rozmowę.
Krew van Weertów? – powtórzyła. Różowy błyszczyk lśnił na jej ustach jak świetliki w środku nocy. – Czy ty i Jesse?
— C-co? – wydukała, krztusząc się herbatą z konfiturą jagodową. – Z tym smarka…? MARY!
Musiałam zapytać – sapnęła, kręcąc głową. – Bo kto jeszcze jest kandydatem od van Weertów? Jego ojciec? M… matka? Ty i Carlotta…
Serena zacisnęła powieki, rozbawiony uśmiech wkradł się na jej usta. Mary szturchnęła ją parę razy w bok, ale Serena nie otworzyła oczu, jakby zasnęła.
— Przestań – powiedziała w końcu, łapiąc się za bok. – To o Carlotcie było poniżej pasa. Nie powinnyśmy się z niej śmiać.
Mary wywróciła oczami, ale rozbawione spojrzenie mówiło samo za siebie. Serena od razu poczuła się lepiej, mimo że Mary nie zrobiła nic innego, jak po prostu ją wyśmiała. Otoczyła młodszą od siebie blondynkę kocem i położyła głowię na jej kolanach, jak kiedyś robiła z Philem. Plątanina niespójnych wspomnień wybuchła w jej duszy niczym fajerwerki, ale ona nawet nie chciała się im przyglądać. Zerkała na obrazy, ale jedynie powierzchownie, zaledwie muskała ich istotę w pamięci. Wchodzenie w szczegóły było dla niej zbyt bolesne i dobitne. Mówiło samo za siebie i dawało odpowiedzi na pytania… na te pytania, które lepiej brzmiałyby retorycznie.
Mary pogłaskała ją po złotej głowie, odgarniając dłuższe kosmyki za ucho. To był jeden z ich ostatnich, tak błogich momentów.
─ Serena… ─ szepnęła Mary, oblizując nerwowo wargi. Nie chciała wyrywać przyjaciółki z transu, ale jednocześnie musiała poznać odpowiedź na to jedno, dręczące ją pytanie. – Wiesz… czyje ono jest?
─ Domyślam się – mruknęła. ─ I myślę, że ty również.
Mary spojrzała na nią ze zgrozą. Czuła, że pęka również jej serce, nie tylko poprzez ból Sereny, ale również jej własny, indywidualny. Przyjaciółki nie zauważyły nawet, że do atrium wróciła matka Mary, zacierając ręce i przyglądając się torebce z cukrem waniliowym.
─ No nic, dziewczynki – pociągnęła nosem Elizabeth, spoglądając na Mary i Serenę. – Rozumiem, że pieczemy te pierniczki?


____________


Heeej :*.
Zacznę od tego, że chcę podziękować wszystkim osobom, które powiedziały mi, kiedy jest Harry :D. Nie ma szans, że sama bym to wyczaiła. Czy tylko ja robię co wakacje wielką potterowską trasę? Jeśli o mnie chodzi, to co roku czytam całą serię. Już skończyłam "Kamień".
Co do rozdziału... poznaliśmy dwie wersje zdarzeń - Mary i Jamesa. Obydwie na pewno są subiektywne i podkoloryzowane, tyle że Mary Jamesa chciała pogrążyć, a on siebie - naturalnie - wybielić. Jak myślicie, kto z nich kłamał? Jak według Was naprawdę wyglądała cała ta historia z Sereną? Jestem strasznie ciekawa Waszych wersji zdarzeń :D.
Przypominam o ankietach, do których linki można znaleźć w poprzednim poście oraz na facebooku - okienko wyskakuje po kliknięciu "f", o tam ----->. Zapraszam też wszystkich do dołączenia do urodzinowego wydarzenia, bo chciałabym, żeby druga rocznica bloga była bardziej uroczysta :D.
U kogo, u kogo zalegam z komentarzami? Bo według mojego rozrachunku w głowie, to ja wszędzie już o sobie przypomniałam. Jeśli jakimś cudem coś mi umknęło (co nie byłoby szokujące) - piszcie i się nie krępujcie! 
Próba Regulusa się pisze. Dobrze to wygląda ;).
To co? Czas na spoilery, co do niej, nie?
SPOILERY
1. "Próba Regulusa" zaetykietowana będzie (najprawdopodobniej) Jo, Snape, Regulus, Syriusz, James, Lily, Emmelina, Dorcas, Dorian, Luke. Rozdział z naciskiem na Syriusza, i Regulusa. W sumie na całą rodzinkę Blacków. 
2. Będzie duuużo Ślizgonów, możliwe, że zdominują nawet gryfońskie dramaty. Wrócimy do jakże zapomnianego i porzuconego przeze mnie wątku Łowców Śmierci, całej tej grupki założonej przez Jo. Wrócimy również do wątku z medalionem. Jo wpadnie na kolejny błyskotliwy pomysł, postanowi więc wykorzystać młodszego Blacka (zła dziewczyna wraca, a co!).
3. Lily, którą Dorian załatwił, i która nie może spotykać się z Lukiem z oczywistych powodów, będzie musiała napisać słynny egzamin. 
4. Ruszy kolejny wyścig o randkę! Dorcas i Syriusz nie będą spoczywać!
5. Dojdzie do interakcji braci Black. 
6. Zimna wojna pomiędzy naszymi przyjaciółmi będzie trwać. Zarówno Dorcas, jak i James są wściekli - ona na Lily, on na Blacka, teraz jeszcze dojdzie do tego Emmelina, i... no, chyba przeleje się szala goryczy.  

Trzymajcie się wszyscy :*. Miłej lektury ;>.

34 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Miałam bardzo długi komentarz na telefonie, ale tylko do pewnego momentu byłam w stanie wyciągać wnioski na bieżąco, potem już się zniechęciłam i postanowiłam zacząć od początku.
      Syriusz zazdrosny o Dorcas? No pięknie. Może i Doriusz mi się przejadł, ale i tak cieszę się jak dziecko, gdy czytam o zazdrości Łapci. Oni i tak pewnie będą razem, a potem będę ryczała, że wszyscy poumierali albo wylądowali za kratkami. Tak, Ayd, która przywiązuje się do bohaterów :')
      Z początku nie byłam pewna, czy lubię Luke'a, czy wręcz przeciwnie, ale po przeczytaniu całości wyciągnęłam jeden wniosek - męska dziwka. Tak samo mam z Sereną (nie, nie uważam jej za dziwkę, tym bardziej męską) - nie wiem, czy lubię ją, czy nie. Zapewne jeszcze się przekonam.
      Co do tej sprawy z jej ciążą... Myślę, że przydałoby się wypośrodkować te obie wersje. Na pewno nie można osądzać Jamesa i wyzywać go od najgorszych, bo był tylko głupiutkim gówniarzem. Nie wiem, co jeszcze o tej sprawie mogę powiedzieć, zwyczajnie wątpię, by to Potter był ojcem. Chociaż... Biorąc pod uwagę ostatni fragment tekstu... Kurcze, dziewczyno, wprowadzasz mnie w niepewność!
      Co do fragmentu Jily - faktycznie dużo gadają ;_; Ale była to bardzo ciekawa rozmowa, ogólnie cały fragment o nich był taki słodki... Poziom cukru skoczył mi do takiego poziomu, jakbym zjadła cztery Snichersy XD Jak sobie ich wyobraziłam, śpiących tak razem... Awwww. Najbardziej magiczny moment w całym rozdziale *-*
      Dobra, żegnam się. Baju!

      Usuń
    2. Złoooto!
      Haha, też tak zawsze robię przy komentowaniu :D. Najpierw postanawiam ogarnąć koma, żeby nie było tradycyjnego chaosu i po kolei przechodzę do każdego poszczególnego elementu,a potem mówię: "W dupę!" i... dupa :D.
      Skąd ja znam przywiązywanie się do bohaterów... skąd ja znam rozpaczanie za każdym razem, kiedy Syriusz umiera/za kratki idzie (DLACZEGO ROWLING TO NIE OSZCZĘDZIŁA?! CZY TA KOBIETA NIE MA SERCA?!) ;c.
      ;>.
      No... najpierw oszacowałam, że to rozmowa potrwa z pięć kartek Worda, a skońcyzło się na... chyba 15, nie pamiętam. Takie gaduły.
      Wielkie dzięki jeszcze raz za komentarz :*. I za przeczytanie oczywiście ;>. Cieszę się, że jesteś z nami <3.
      Papa :*
      3maj się :*
      Weeeny :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Okej, Abby, oficjalnie możesz się na mnie rzucić z pazurami, wojennym okrzykiem i nożem. Nie będę ciebie powstrzymywać, kochana. Tylko mam do ciebie prośbę: Jak już mnie zabijesz, to błagam powiedz/napisz/cokolwiek komukolwiek, o tym gdzie mnie zakopałaś, dobrze. Już mnie zabiłaś?
      Okej, przemawiam do ciebie z zaświatów. Mój duch mówi jedno: Cudowny rozdział! Pełen emocji, miłości, szczrości i wgl <3333 Dotychczas najbardziej podobał mi się rozdziały o Bożym Narodzeniu, ale ten przebił tamte ponad wszystko!
      Normalnie zgłoszę ciebie do jakiegoś konkursu litareckiego z tym rozdziałem. Oczywiście ty nie musisz o tym wiedzieć, ale ciiii ;*
      A tak ogólnie, to co tam u cb? Jak tam wakacje? U mnie nudy, zwłaszcza, że moje koleżanki urządziły sobie dzień-nie-wychodzenia-na-dwór-z-wkurzajacą-olą ;-; Żal mi ich trochę ;(
      Powiem ci, że na jakiś miesiąc (a może i dłużej) odpuściłam sobie HP i wiesz co? Wyszło mi to na dobre, bo pokochałam go jeszcze bardziej, tak, że w mojej głowie zrodził się jeden z moich niesamowicie głupich i szalonych pomysłów xd Postanowiłam napisać list do J.K. Rowling z prośbą o autograf! Prawdopodobnie zaczęłaś się teraz śmiać z mojej głupoty, ale walić to! Jak mi odpisze, to dam ci znać, oczywiście, jeżeli tylko chcesz ;D Tylko najpierw muszę go napisać... echhh, nie ważne. Zapomnij.
      DOBRA. KONIEC. MOJEGO. POZBAWIONEGO. SENSU. PISANIA.
      Biorę się za rozdział. A więc szykuj się na moje arcydzieło, którego dawno nie widziałaś ;p
      Moja droga, Poppy, chciałam ci powiedzieć, że wszystkie dzieciaki są aspołeczne i z defektami. Nie ma w tym wyjątku, chyba... Nie za bardzo się na tym znam, ale walić to!
      (wgl, Abby, zauważyłaś, że zwrot "walić to" jest taki cudowny? On wyraża tyle emocji, czyż nie?)
      Kurwa, nie mogę się skupić, leci moja piosenka i nie mogę, po prostu, nie mogę jej opuścić. Poczekaj trzy minuty ;D
      Jestem... co tam dalej... ach tak!
      Luke to dupek. W ogóle facieci to dupki, nie? Przez nich coraz bardziej mam ochotę zostać feministką, wiesz? -.-
      No ale jak, powiedz mi jak, można się umawiać z kilkoma dziewczynami naraz? Czy ten chłopak w ogóle wie co to jest miłości? -.- Nie przyszkadzał mi, nawet wtedy kiedy kręcił z Dorcas, ale teraz go usuń, Abby. niech twoja wyobraźnia zabłyśnie, zabij go w wyjątkowy sposób ;*
      I kocham Syriusza za to, że tak się przejął, ale osobiście to walałbym gdyby zaatakował Luka niż Smarka. Lukas więcej zawinił! A poza tym, czy on na głowę upadł aby mówić Smarkowi, gdzie Remus jest w nocy, podczas pełni. To było bardzo nie odpowiedzialne i dziecinne z jego strony! A tak poza tym to nieźle mu wygarnął i przywalił, nie? xd
      Sposób w jaki opisałaś przemianę Remusa i jego przeżycia był moim zdaniem najsilniejszą sceną w tym rozdziale. Wcale nie Jily, wcale nie Doriusz, tylko Remus. Pprzyjaźń jaka łączy Huncwotów w twoim opowiadaniu jest magiczna i piękna. Bardzo się na tym momencie popłakałam, wiesz?

      Aha, jeszcze jedno! Muszę dzielić koma! :D

      Usuń
    2. Jeszcze raz - Luke to dupek -.- Nie rozumiem dlaczego pocałował najlepszą przyjaciółkę jednej ze swoich dziewczyn -.- Jak już się z kimś umawia, to mógł przynajmniej wyczaić z kim. Tak bardzo było mi szkoda Dorcas w tatmtym momencie, że masakra. A z Doriana to się śmiałam, wiesz? On jest taki... zabawny xd
      Jily. Mówiłam ci, że kocham ich w twoim opowiadaniu? Jak nie, to powiem to teraz, okej ;) Kocham twoje Jily.
      Tylko szkoda, że w ich "związku" jest tyle kłamstw i przekrętów, czyż nie? Najpierw Mary, Dorian i Serena, a później co? A tak z innej beczki... Mogłabyś podać mi taką mniej więcej przybliżoną datę kiedy Lily dowie się o ciąży z Caroline? A tak wgl nie mogę tego doczekać! Będzie się działo, oj będze!
      "— Ty sprawiasz, że jestem wściekła! Wkurzasz mnie jak nikt inny.
      — Doprowadzam cię do szału? – odgadł. Powiedział to tak słodko, jakby dziękował za komplement.
      — TAK! Kompletnie szaleje za tobą! — wykrzyczała, wyrzucając z siebie pierwsze, co jej przyszło do głowy."

      *.* Najlepszy cytat ever mimo, że całość była zupełnie inna, ale walić to!

      Dlaczego Lily tak bardzo przejęła się Smarkiem? To... takie niesprawiedliwe! Mam nadzieję, że nie pójdzie go odwiedzić, czy coś! -.-

      Tak, tak, tak! James opowiedz jej wszyssstko, proooszę!

      A tak wgl, to Jmaesowi bardzo szybko przeszła złość, czyż nie? ;)

      Mam nadzieję, że to wszystko co James opowiedział Lily było prawdą, a nie kolejnym kłamstwem! Błagam!

      Doriusz *.* KOCHAM ICH! Są śliczni, czyż nie? Jestem tylko ciekawa kogo zaproszą na randki! Będzie zabawnie, coś tak czuję ;*

      Jestem bardzo ciekawa kim jest ojciec dziecka Sereny! Wydaje mi się, że Syriusz, tylko Mary źle to wszystko zrozumiała. Z Jamesem rzeczywiście trochę za wcześnie, chyba, że bzykali się jeszcze wcześniej!

      Ogólnie rozdział jest naprawdę dobry i ciekawy, bardzo mnie wciągnął i żałuję, że był taki krótki <3

      Dobra pochwaliłam ciebie, a teraz opieprzę - Masz tylu innych bohaterów, których jest tak mało w twoim ff!
      Taka Marlena, Peter, Jo, Jordan ;( Szkoda, że jest ich tak mało, ale i tak cb kocham <33

      Bay, Wiatr :*

      PS Kiedy nn?

      PS 2 Masz zupełną rację! W Wordzie komy pisze się dużo łatwiej i szybciej ;*

      PS 3 Wspominałam już jak kocham tego bloga!

      PS 4 Życz powodzenia co do listu do J.K. Rowling

      PS 5 Zauważyłaś ile u mnie jest dużo nie potrzebnym wzmianek? Masakra!

      PS 6 Pies chce na dwór! Teraz na poważnie pa! Wysłam komentarz!

      PS 7 Wielbię za bloga! <333 ♥♥♥

      Pa!

      Usuń
    3. Wiaaaatruś!!! Rany, a ja myślałam, że stało się z Tobą, to co ze mną - ktoś zabił duch komentatora ;P. Ja po prostu komentować już nie potrafię, zastanawiam się czy tylko ja muszę zawsze coś takiego odwalać, przypominam sobie o Tobie, a potem Ty... a potem ty przybywasz z TAAAKIM komentarzem i ja nie wiem, co teraz zrobić.
      Ba - ja nie wiem nawet, co sobie pomyśleć.
      Pomysł z listem do Rowling jest świetny! Dawaj, napiszemy go we dwie. Wiesz, kiedyś zrobiłam coś podobnego, tyle tylko, że napisałam do Nate'a Buzolica, kiedy jeszcze był Kolem z TVD na Twitterze o tym, jak bardzo jest seksowny xD. Więc powiedziałabym, że mam doświadczenie w tej materii, ale dajmy sobie spokój, bo chyba nie napiszemy do Jo, że jest seksowna o.O. To trzeba dobrze przemyśleć.
      Och, daruję sobie zabójstwo. Zamordowałam wczoraj zbyt wiele istot żywych - tyle komarów nawlatywało mi do pokoju... więc korzystaj z mojej łaski :D. Nie, a tak poważnie, to przecież wiem, że miałaś problemy z dodaniem koma i musiałabym mieć coś nie tak w głowie, żeby cię za to zabijać :*. Poza tym bez twoich komentarzy to opo nie byłoby już takie same <3.
      Ja też najbardziej lubię/lubiłam Boże Narodzenie :D. Ale teraz chyba najbardziej lubię Sylwestra, ale co do tego rozdziału, to nie mam uprzedzeń :D.
      Moje koleżanki też mnie ignorują xD. Wymyślają, że niby gdzieś wyjeżdżają czy coś tam, ale kto by im uwierzył ?
      Ja w sumie to już jestem feministką. Po osiemnastce pojadę normalnie na pikietę feministyczną, chociaż to w sumie nie od razu musi być pikieta/bunt/strajk/protest feministyczny... po prostu pojadę na strajk, bo uwielbiam krzyczeć i wymachiwać transparentami.
      Syriusz jest ostry, nie ma co. Ale Snape to też nie świętoszek. W sumie... póki co, to on u mnie jest świętoszkiem. Ale do czasu ;>. *zamykaobrzydłąwalącąspoileramigębę*. Walić to!
      Rany, ten zwrot jest faktycznie zajebisty :D.
      HAhah... zniszczyłaś mnie tym, że mógł wyczaić, z kim się umawia xD. To takie... takie... prawdziwe :3.
      Dorian zabawny? Hmm... wiesz, rzuciłaś mi zupełnie inne światło na tę postać. Faktycznie, prawdziwy z niego clown xD.
      O Carrie już ci napisałam w poście pod Jamesem. Tutaj już nie będę walić tymi spoilerami, bo ile można... sama rozumiesz :D.
      Kurde, ja też byłam zła, że Lily przejeła się Smarkiem. Byłam zła na to, co sama wymysliłam, a więc w sumie miałam focha na siebie, ale przemilczmy to. James niech trochę się poderwuje... niby złość piękności szkodzi, ale Jamesowi to nie grozi xD.
      Krótki? Krótki? O kurde, uratowałaś moje samopoczucie. Ja zawsze się zadręczam, że zmuszam tych biednych ludzi do czytania takich tasiemców. Ale skoro mówisz, że on był krótki xD. No to spoko.
      Masz rację *kuli się ze strachu*. Ja też jestem na siebie zła za to, że jest tak mało Remusa i Petera. Jo i Marleny nawaliłam tyle w poprzedniej części, ze muszę wziąc sobie na chwilę wakacje, ale będą :D. Remusowi też wymyśliłam coś, co skutecznie utrudni mu życie... nazwijmy to wątkiem. Jeśli chodzi o Petera, to walę głową o ścianę, ale naprawdę nie wiem, co mu zrobić.
      Może będzie miał jakiś wypadek, czy co?
      Dziękuję ci za cudowny kom :*. Naprawde, aż dostałam kopa w tyłek i zabrałam się za pisanie :*
      Papapap :*
      Abisiek
      Odpowiedź na PS1: NN nie później niż 12. Muszę się uwinąć do 12, bo potem wyjeżdżam i to byłoby takie... no, niefajne, nie skończyć przed 12.
      Odpowiedź na PS2: Word w ogóle ma jakąś magię w sobie :D. Zauważyłam, ze nie potrafię pisać tak "goło" długopisem na papierze, ani na OpenOffisie ani na Kingsofcie... ani w Notatniku, jak jesteśmy w temacie. Tylko Word ;>.
      Odpowiedź na PS3: Dziękuję <3
      Odpowiedź na PS4: Masz jej adres? Wyślemy we dwie, mówię ci :D.
      Odpowiedź na PS5: Niepotrzebne wzmianki są super :D. Off-top/Spam też. The Spammers forever <3.
      Odpowiedź na PS6: Pozdrów swojego pieska ode mnie :*
      Odpowiedź na PS7: Kc <3333
      Papa :*

      Usuń
  3. Gratulacje. Doprowadzilas do łez dziewczynę która nie płakała na żadnym (ŻADNYM) filmie (oprócz końcówki if i stay, ale to take dwie łezki i koniec) i żadnej książce (oprócz Wiernej). Możesz byc z siebie dumna, jesteś lepsza niz Titanic, Gwiazd naszych wina, Pamiętnik, Jeden dzień i te inne smutne dzieła pisane i oglądane. Albo trafiłaś w moj kiepski dzień, albo masz niesamowity talent. Pewnie jedno i drugie, ale wiem na pewno że właśnie takiej relacji z chłopakiem bym chciała - żeby był kims, komu będę mogła się przekomarzać, ale też wyplakac w ramiona i zwierzac się w nocne wieczory. I chciałabym zeby moja relacja z nim rozwijala się powoli i stopniowo, jak tutaj, ale byla pełna zaufania. Zeby kontakt fizyczny nie był podstawą związku.
    Rozplakalam się na momencie gdy James powiedział ze ufa Lily bardziej niz komukolwiek. Dziewczynooo, zmiazdzylas mnie...
    Piszę z telefonu wiec kończę, ale cholera, kocham Cię za to opowiadanie.
    Lumossy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie. Lumossy, kochana, nawet nie masz pojęcia, jak bardzo mnie... nawet nie wiem, jak to powiedzieć... ruszyłaś? zmotywowałaś? dodałaś skrzydeł?
      Nie no, po prostu... Wiesz, ja też nie jestem płaczącym typem (tylko ryczę zawsze na śmierci Syriusza z ZF, dzisiaj też, i na Titanicu poryczałam się raz, ale potem już wiedziałam, co mnie czeka, i nie). Czuję sie tak... no nie wiem, z mocą, że aż nie mogę znaleźć słów.
      Ech, po prostu dziękuję Ci za komentarz i za to, że czytasz, i za to, że jesteś :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  4. Nareszcie się doczekałam :D Miałam nadzieję, że nowy rozdział przeczytam jeszcze w domu, ale niestety nie udało i zarwałam pół nocy, a musiałam wstać o 5:30 do pracy. Pozdrowienia z Thalmassing tak w ogóle �� Mam nadzieję, że nowy rozdział dodasz szybko, bo bardzo spodobał mi się wątek Lily i Jamesa... awhh, po prostu boski �� Schreiben, schreiben, schreibeeen! :D

    EDIT.
    Chciałam dodać pod tym, ale przez przypadek dodał mi się pod poprzednim rozdziałem więc sorkii :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo :*. Za komentarz i za to, że czekałaś :*. Eccchhh... powiało niemieckim... a ja przypomniałam sobie, że najwcześnie 2 września mamy sprawdzian ze wszystkiego, co robiliśmy przed wakacjami *wzdryga się*
      3maj się i pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  5. Jakim prawem nie skomentowałam? Matko -,- Ale pierdoła ze mnie, wybacz, że tak ciągle się spózniam, nie robię tego celowo... mam za dużo na głowie, teraz rzadziej na necie jestem -,-

    haha Syriusz zazdrośnik? No proszę proszę :D
    Nie jestem przekonana co do ojcostwa Jamesa.... Coś mi tu nie gra... Sereny nie lubię chyba jakoś, no nie wiem... jeszcze poczekam i stwierdzę, czy utrzymam tę opinię o niej :D
    oh Lily i James? Uroczeeee <3 No ja nie wiem, tak to stworzyłaś, że miałam ochotę być tam przy nich i cieszyć się z nich :D <3

    genialneeeeeee :****

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, dlaczego nie można komentować u cb na blogu? Wyskakuje informacja, że nowe komentarze są niedozwolone ;c.
      Ty się spóźniasz? TY?! Kochana, ty zawsze jesteś na czas, to ja pojawiam się 2 miesiące po publikacji postu i udaję, że nic się nie stało xD
      Dziękuję za komentarz :***.
      Życzę ci dużo weeny :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  6. Kurczę, spóźniona... Trudno.
    *chwila zazdrości*
    Wow chciałabym tak pisać. Żeby rozdział był długi i wciągający. A ta rozmowa Lily i Jamesa? Soł romantic (pomijając to, że urodziłam się z zerową ilością romantyzmu)
    *koniec*
    Nie mogę się doczekać wersji Sereny lub tej prawdziwej wersji. Napewno albo wiele zmieni, albo wiele zniszczy.
    Co do Syriusza i Dorcas nigdy nie wiem, czy będą razem, czy znów któreś z nich wyciągnie jakieś "brudy z przeszłości" lub zrozumie wypowiedź inaczej niż powinien. Jak dla mnie są pełni sprzeczności...
    Ogólnie to czekam na kolejną część. Wybacz, że krótko, ale piszę z telefonu
    Pozdrawiam i życzę weny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heeej :*. Jakie tam spóźnienie ;*.
      Cieszę się, że Ci się podobało *rumieniec* :D. Na wersję Sereny trzeba będzie trochę poczekać... aż do finału tej części, czyli rozdziału 42. Taa... to za pięć lat xD. Ale mogę powiedzieć, że odpowiedzi na wszystkie pytania są w tym rozdziale. Dużo trzeba się domyślić, ale tropy zostawiłam ;>.
      Nie szkodzi, dziękuję bardzo za to, że skomentowałaś :*
      Pozdraaawiam :*
      Abigail

      Usuń
  7. Cześć!
    Przepraszam, że tak późno komentuję, ale jestem na wakacyjnym wyjeździe i rzadko mam dostęp do internetu. Piszę na telefonie, więc wybacz ewentualne błędy :).
    Zanim zapomnę, w treści masz dwa razy ten sam akapit pod rząd. 'Dorcas ściągnęła opaskę...'.
    Ogółem to myślałam, że dokładnie opiszesz sytuację, gdy James ratuje Severusa, jednak w sumie nie jestem zawiedziona, ponieważ rozmowa Jily była zdecydowanie bardziej interesująca :D. Gdybyś nie zapowiadała jeszcze długich pochodów, to możnaby pomysleć, że za chwilę będą razem. Jak zostaną przyjaciółmi to i tak sukces ;).
    Wersja Jamesa rzuca całkowicie inne światło na całą historię. Nie sądziłam, że to będzie aż tak skomplikowane! Ulżyło mi strasznie, na myśl, iż James prawdopodobnie nie jest ojcem. Na myśl od razu przyszedł mi ten http://funkyimg.com/i/Zuf3.jpg obrazek, znasz PLL, więc chyba wiesz o co chodzi ;). Wyobraź sobie Lily na miejscu Lucy.
    Ech, szkoda że Lily będzie musiała pisać ten test. W twoim opowiadaniu nie jest ona tak idealna, jak w innych, więc prawdopodobnie go zawali :/.
    Mam wrażenie, że tak dawno nie było Jo i innych Ślizgonów, wolę przyziemne, szkolne wątki. Jednak trzeba będzie wrócić do smutnej rzeczywistości i Voldemorta :(.

    Całuję i czekam z niecierpliwością :*
    Lydia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heeej :*.
      Nie szkodzi :D. Mogę zapytać, gdzie pojechałaś? ;>/
      Goszz... znowu? Nie wiem, co się ostatnio dzieje, ale dubluje mi się tekst. To chyba Word jakoś tak podwaja... zresztą, nie wiem sama... Taaa... są tacy sobie oddani i ogólnie zachowują się jak gołąbeczki, ale... nie xD.
      Hahaha <3. Trochę faktycznie tak było :D. Ale ja, jako że nigdy nie szalałam za Ezrią, aż tak się nie cieszyłam, kiedy to oglądałam :3.
      Z testem to jeszcze będzie dłuższa sprawa... wszystko z następnym rozdziale ;>.
      Ja też bym mogła cały czas pisać o sielanie, ale... no, nie można tak :C. Jednak tam panuje wojna i trzeba to uszanować.
      Dziękuję bardzo za komentarz i pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  8. Rozdział jest świetny ;D Ta rozmowa Jily *o* Awww... ;*
    No nic czekam nn <3
    Pzdr. R&A
    PS. Jak zrobiłaś to, że kiedy naciskasz na spoilery to, to się tak rozsuwa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :*
      Jeśli chodzi o pojawiająco się-znikający tekst, to jest to ciężka sprawa... mój kuzyn mi to ustawiał i to był dosyć skomplikowany proces. Nie wiem, czy ci pomogę... Nie mogę wkleić tych rzeczy do komentarza, bo wyskakuje wiadomość o niedozwolnym skrypcie HTML (taka moc :3), jak coś to mogę ci wysłać to wszystko na mejla, ale uprzedzam, że to bardzo skomplikowane i ja sama tego nie rozumiem :D. Po prostu wklejam jak taki robot...

      Usuń
  9. Mój Boże. Ostatni rozdział jaki komentowałam to eee...chyba ostatnia część "Prawda czy fałsz", ale głowy nie dam. Wiem, że pod którymś rozdziałem zajęłam miejsce, ale komentarz się nie pojawił, a potem nie komentowałam... Mniejsza. Gubię się w tym gdzie mnie nie było, a gdzie powinnam być xD.
    Oto uroki wakacji, ot co. W roku szkolnym rozdzielam się na części niczym sam Voldzio, żeby u każdego skomentować, pisać regularnie i jeszcze ogarniać całą masę szkolnych spraw. A w wakacje? Mam naprawdę dużo czasu, ale nic nie robię, bo a to książkę chcę przeczytać, a to film obejrzeć, a to obejrzeć "Rodzinę zastępczą" i "Nianię" (Jestem fanką tych dwóch seriali xD) po raz enty. I cóż... Komentarzy u innych nie napisałam, rozdziału do siebie nie skończyłam, a miesiąc wakacji już minął.
    Dobra. Czas na komentarz.
    Wspominałam już kilka, a raczej kilkanaście razy jak ja nie lubię McDziwki, prawda? Oh, trudno. Wspomnę jeszcze raz. Nie lubię McDziwki. Co prawda nawet niechęć do tej postaci nie może równać się z niechęcią (ha! Chyba z nienawiścią) do Wycierusa Smerkusa. Serio, nienawidzę gościa. No i nigdy nie ruszały mnie gadki wszystkich jego fanów, że on dbał o Harry' ego, sratatta... Zbaczam z tematu. Wracając do McDziwki: Nie no serio jej nie lubię. Mimo to, że jest ruda, a uwierz mi Abi, że ja bardzo lubię rudych (Lily i rodzinka Weasley mieli w tym swój udział)… Ona nie powinna mieć tych zdjęć, przez to wszystko się poknociło i ah… Lepiej by było gdyby ich po prostu nie dostała.
    A teraz o Wycierusie Smarkusie! Jak wspominałam wyżej nienawidzę gościa. Nawet jakby ktoś zrobił z niego anioła w jakimś ff, mam to gdzieś, to i tak Wycierus Smarkerus. No i cóż… u Ciebie też go nienawidzę, żadna nowość. Mógł pomylić konary, wtedy Wierzba Bijąca by go trzasnęła i bum, śmierć na miejscu. Cóż za świetny scenariusz, prawda? xD
    A teraz wątek Lily-Debil (znaczy Dorian)– Szuja (Luke). Nie lubię tych dwóch ostatnich (Merlinie, wychodzi na to, że ja prawie nikogo nie lubię). Czy Debil musiał zrezygnować z tego projektu? Ehh… No a Szuja była spoko, ale czy on naprawdę musiał całować Lily? Rozumiem hormony, ale chyba potrafi opanować własne usta, nie? XD McDziwka, Debil i Szuja. PIĘKNY TRÓJKĄCIK BY BYŁ XD Szkoda mi Dorcas, serio. Ale mam nadzieję, że między nią a Lily będzie okay.
    Ta ciąża... Kurde. Pogmatwane to jak cholera, ale jakoś nie wydaję mi się, żeby James był ojcem. Tak samo Syriusz. Chociaż nic nie wiadomo... Ehh... Sama nie wiem.
    Ale uwaga, uwaga... FRAGMENT JILY WYMIATA. Mega wielkie loff. Serio. Nie napiszę o tym nic sensownego, bo tego nie da ubrać się w słowa. Kocham te dwójkę. Jezu, serio. KOCHAM ICH. Było tak słodko, że... AWW <3
    Mam nadzieję, że napisałam wszystko co napisać chciałam, bo piszę ten komentarz kilka dni po przeczytaniu rozdziału i nie wszystko pamiętam. No i nie możliwe, że któraś część komentarza odnosi się do poprzedniego rozdziału, czytałam je jedno po drugim, więc możliwe, że się pomyliłam. No i komentarz pewnie jest pozbawiony ładu i składu, ale mimo to mam nadzieję, że cóż z niego zrozumiesz xD
    Baju,
    Moony ^.^

    PS. Jestem pewna, że o czymś zapomniałam, ale kurde nie wiem o czym xD Cóż, najwyżej jak mi się przypomni to dopiszę xD
    PS2. Pisałam Ci gdzieś, że świetny szablon? Bo ja serio nie łapię się w tym co ja napisałam/zrobiłam, a co nie xD Jeśli nie to właśnie Ci to mówię: Świetny szablon :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobra, lecimy dalej z odpisywaniem. Skąd ja znam ten brak czasu na cokolwiek w wakacje? xD W roku szkolnym jakoś daje ze wszystkim radę, chociaż pół dnia nie ma mnie w domu, siedzę w szkole. W wakacje cały dzień mam na załatwienie swoich spraw, a ostatecznie wychodzi dupa.
      Doskonale cię rozumiem, ponieważ sama też nienawidzę Smarka. Nie przemawia do mnie to, że troszczył się o Harry'ego i stał do początku do końca po właściwej stronie. Poznaliśmy w końcu tylko jego subiektywną wersję wydarzeń, którą przekazał na łożu śmierci (chciał zrobić z siebie hiroł, żeby ktoś chociaż na pogrzeb przyszedł xd), a mi się wydaje, że on ułożyl się tak, żeby zawsze wyjść zwycięsko. Gdyby dobra strona wygrała, to on ofc: "jestem z wami, jestem z wami!", gdyby Voldek wygrał to on ofc: "jestem z tobą, Panie, zabiłem Dumbe'a i wgl". Cóż. Po prosu go nie lubię. Chyba po prostu nie jestem w stanie zanować ludzi, którzy tak zabijali swoje włosy.
      Kurde... mogłaś przysłać mi ten scenariusz konarem wcześniej, to by przynajmniej on był z głowy x.X. Teraz dupa.
      Nie no... McDziwka, Debil i Szuja w trójkącie *_*. Tego jeszcze nie grali. Cóż to by było za destrukcyjne trio o.O.
      Dziękuję za komentarz :*
      3maj się, kochana <3
      Czekam na nn u cb ;>
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  10. Merlinie! Merlinie! Jej! Zostałam oczarowana przez ostatni fragment! Lily i James<3
    Ale, ale...
    Syriusz zachował się jak ostatni gnom, choć każdy kto czytał HP wie, że tak po prostu było i już. Jego lekkomyślność każdy akceptuje. Szkoda było by Remusa gdyby szumowinie zrobił krzywdę, pewnie nie wybaczył by sobie tego do końca życia. A tego byśmy nie chcieli. Opis pełni był wspaniały, cudowny, majstersztyk jednym słowem! Czułam jak cały ból fizyczny i psychiczny Remusa przenika i mnie. Taki talent!
    Co do sprawy z Sereną i pozostałą resztą. Nie wiem sama co myśleć... Myślę, że między tym co mówi Mary a James na pewno są nieścisłości, ale prawda zawsze jest gdzieś pośrodku. Co więcej uważam, że James nie zostawiłby dziewczyny w potrzebie. Może nie ożeniłby się z nią ale gdyby dziecko było jego, pewnie jakoś starałby się wesprzeć Serenę. Olanie sytuacji i nie zachowanie się odpowiedzialnie pasuje mi idealnie do Syriusza. "Ciąży, jakiej ciąży? Na mózg ci padło kobieto?! A skąd wiesz, że to ja? No właśnie! Przecież byli jeszcze inny. Och, nie dramatyzuj. Idź wciskać te kity komuś innemu." Tak widzę Blacka w tej sytuacji.
    Davis- a to cwaniaczek. Ileż on ma dziewczyn w jednym czasie?! Biedna Dorcas, tym bardziej, że wziął na celownik jej przyjaciółkę. Jest bardzooo ciekawa jak Ruda się wytłumaczy.
    Lily i James! Nie wiem jak to skomentować, ta sena mnie oczarowała. Czytałam chyba z pięć razy i wciąż mi mało! Więcej Lily i Jamesa zdecydowanie!
    Kocham bloga tak bardzo! Wielbię!
    Rogata:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję, dziękuję, dziękuję <3. Jesteś taka miła ;*. Pisałam to już ostatnio, ale mam potworne wyrzuty sumienia, że jestem taaaka leniwa i nie komentuję postów u Ciebie. Ale zawsze je czytam, naprawdę!
      Hahahha, tak przedstawiłaś reakcję Syriusza, ze aż zobacyzłam ją przed oczami xD. Faktycznie, tak by powiedział... :P. Ale i tak go kocham.
      Dziękuję ci bardzo :*. Za komentarz i za wszystko :*. I za to, że nie zostawiłaś takiej zołzy jak ja, która nie komentuje u cb ;c.
      Pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  11. Musiała podzielić komentarz na części, ponieważ blogger nie toleruje wartości większej niż 4 096 znaków.

    No więc tak... zapowiada się długi komentarz.

    Na HzTL trafiłam jakoś miesiąc temu szukając ciekawego i dobrze napisanego fanfiction o Huncwotach, ale z małym (ta, jasne) naciskiem na Lily i Jamesa. Rozejrzałam się po stronie i szczerze przyznam, że ilość szczegółów i zamieszanie jakie na niej zobaczyłam przeraziło mnie. Z jednej strony znalazłam to co chciałam, ale z drugiej po prostu trafił mnie piorun (ha ha, harry potter). Ale spróbowałam. Przeczytałam informację i gdy dowiedziałam się, że rozdziały mają po 20 stron w Wordzie pomyślałam ,,a co to dla mnie?''. No ale w każdym razie myliłam się.
    Zmuszałam siebie do czytania, co z czasem (nie dokończyłam pierwszego rozdziału) zwyczajnie mnie wykończyło. Dodałam sobie do zakładki Twój opis Lily i opuściłam stronę.

    Wyjechałam i nie miałam prawie w ogóle dostępu do internetu.Tak się zdarzyło, że gdy przez moment połączyło mi 3g pod wpływem chwilowego olśnienia przypomniałam sobie o Twoim blogu, odszukałam go w telefonie i załadowałam rozdział, żeby później, gdy znowu nie będę miała dostępu do internetu, na spokojnie go przeczytać.
    Zaczęłam od 10 albo 11 rozdziału. Nie lubię początków jakoś tak z zasady.
    Czasami trudno było mi zorientować się o co chodziło z całą tą Jo (rozumiesz, nowy wątek niezwiązany z książkami Pani Rowling) ale dałam radę.
    W każdym razie skończyło się na tym, że gdy wróciłam do domu, zamiast odespać czytałam przez 3 godziny w nocy (pogłębiając wadę wzroku, ale co tam) Twoją historię.
    Przyznam się bez bicia, że zdarzało mi się najzwyczajniej przewijać tekst, a nawet całe fragmenty kiedy trafiał się bohater, który akurat na daną chwile mnie nudził, ale ten temat poruszę później. (TAAK, JESZCZE DŁUGA DROGA DO KOŃCA)
    Jakiś czas temu skończyłam 21 część i no. Po prostu no.
    Pomyślałam, że poczekam na 22 rozdział, bo napisałaś, że dodasz 10 sierpnia, ale zdaję sobie sprawę jak to jest z blogami, bo sama się w to bawię, więc już napiszę to tu i teraz.

    NO WIĘC TAK. NIE MAM POJĘCIA OD CZEGO ZACZĄĆ.
    Hm... fabuła?
    Nie. Mam lepszy pomysł.

    1. BUDOWA ROZDZIAŁU 10/10
    (Wymyśliłam sobie, że ocenię każdą kategorię. Tak z nudów)
    Tak jak gdzieś wspomniałaś, Twoje rozdziały mają wzór serialowego odcinku/a (wybacz wyleciało mi z głowy) i przyznam, że szczerze mi się to podoba. Czytając każdą z części czułam się jakby oglądała coś w rodzaju TVD, bo na PLL mi to nie wygląda. W każdym razie genialny pomysł, który sprawił, że w trakcie czytania zdarzało mi się pomyśleć ,,Rany. Zazdroszczę jej. Przecież z tego można zrobić serial''. Dlatego dostajesz zasłużone 10/10.

    2. FABUŁA i BOHATEROWIE.../10
    Fanfiction zawsze ma jakieś ograniczenie jeżeli chcemy, żeby było spójne z pierwotnym dziełem. W każdym razie wydawać mogłoby się, że po za różnego rodzaju własnymi, krótkimi wątkami, nie ma za dużego pola do popisu. Ohhh... jak łatwo można się pomylić.
    Na początku cały pomysł z Jo i medalionem strasznie mi ciążył. Chciałam przeczytać opowiadanie o Huncwotach, a tu strasznie dużo o jakiś zaklęciach pierwotnych, zmiennokształtnych i głupim naszyjniku. Nie była to Twoja wina. Uwielbiam fanfiction potterowskie, ale wszelkiego rodzaju głębsze wątki mnie nudzą. Po prostu jestem wielką fanką zwykłych, skupionych na życiu codziennym opowiadań.
    W każdym razie przekonałam się. Coś sprawiło, że przestałam pomijać fragmenty z Jo i nawet polubiłam je.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś co chciałam poruszyć czyli: rodziny, połączenia, krew etc.
      Muszę uprzedzić Cie, że jestem strasznie negatywnie nastawiona na wszelkiego rodzaju zagmatwane więzy krwi.
      Czytając rozdziały miałam czasami wrażenie, że oglądam hiszpańską operę mydlaną, albo nawet samą Mode na Sukces (wszystko wina babci, że obejrzałam parę odcinków). Co chwilę słyszałam o kolejnym kuzynostwie, rodzeństwie, matce, ojcu etc. etc. i koszmarnie mi to przeszkadzało.
      Ale z czasem przyznałam Ci rację. W końcu wszystkie rody czystej krwi są ze sobą powiązane, prawda? Jakoś się musi utrzymywać ta i ich czystość i w ogóle. Tak więc trochę mi to zajęło, ale kiedy zrozumiałam, że głupotą jest odrzucanie więzów krwi bohaterów, polubiłam to nawet. Dawało to jako taką spójność i wszystko ładnie się łączyło.

      Poruszając temat fabuły muszę oczywiście wspomnieć o głównym wątku czyli o Huncwotach.
      Uwielbiam to, że bohaterowie nie są płytcy. Kocham fakt, że związek Emmeliny i Syriusza był taki prawdziwy, to znaczy jedna z współlokatorek głównej bohaterki, Lil nie była wielką miłością Blacka i pokazałaś jak on naprawdę bawi się uczuciami dziewczyn, co było naprawdę fajne. Zazwyczaj niestety okazuję się, że pierwsza opowiedziana przez autorkę kumpela Lily - jest od razu wielką, niespodziewaną miłością Syriusza i zmienia jego nastawienie. A to jest po prostu kiepskie.
      Lily i James to inna historia na kiedy indziej(rozumiesz, chcę skończyć ten komentarz przed północą). Remus i Marlena bardzo mi się podobają. Dorcas i Syriusz.. no coż, sami sobie komplikują życie, ale kiedyś w końcu będą razem. Ja to wiem.
      Ważne jest też to, że nie pomijasz Petera.
      Przyznam, że odniosłam wrażenie, że w opowiadaniu nie ma Severusa (czytam od 10 rozdziału, nie wiem co było wcześniej). To znaczy, że jest ale mało istotny, a trochę brakowało mi znęcania się nad nim. Ale przyznam, że nie jestem jego wielką fanką,nawet za nim trochę nie przepadam, więc nie przeszkadza mi to jakoś szczególnie.
      Mary jest świetna. W ogóle każdy bohater ma CHARAKTER. Coś czego tak często brakuje w opowiadaniach.
      W każdym razie kiedyś muszę skończyć podpunkt numer 2, tak więc 9/10.
      (Z winy zagmatwanych relacji z odnalezionym bratem, kolejną przyszywaną siostrą etc.)

      Przechodzimy dalej...
      3. JĘZYK .../10 (taka tam męczarnia i wyniki na dole)
      -Robisz coś czego ja nie potrafię i nad czym pracuję. Dzięki serialowej budowie rozdziałów nie musisz wspominać o dniach, tygodniach i potrafisz je pominąć. Ja mam ten problem, że najchętniej opisałabym cały dzień po kolei, bo nie umiem przeskakiwać. Nie wiem czy wiesz co mam na myśli.
      -Nie robisz błędów. Przynajmniej taki widocznych dla mnie. Zdarzały Ci się literówki, ale to pewnie wina klawiatury, więc nie obwiniam. Znam ten ból. Mi spacja szwankuje średnio raz na zdanie.
      -Styl masz przyjemny. Ogromnie różniący się od mojego, wiec mam chociaż nadzieję, że wymówką będzie wiek i jesteś starsza.
      -Nie robisz powtórzeń (nie to co ja) i bardzo podobają mi się Twoje dialogi. Zazwyczaj jest ich za dużo czy coś, ale u Ciebie jest w sam raz można rzec.
      -Czasami na telefonie rozjeżdżały mi się akapity, ale to pewnie kwestia urządzenia.
      Zasłużone i pełne zazdrości 15/10

      Oczywiście mogłabym rozpisać się bardziej na temat opowiadania, a szczególnie bohaterów, ale daruję Ci tej męczarni.
      Pozostaje jeszcze kwestia wyglądu strony.

      Usuń
    2. 4. SZABLON
      Nie wiem czy jest sens rozpisywać się o nim skoro nie jest Twojego autorstwa, więc wspomnę tylko jedno.
      Wygląd strony jest naprawdę bardzo ładny i oryginalny. Nie spotkałam jeszcze chyba podobnego, więc wielkie gratulacje i w ogóle, ale...
      tak jak wspomniałam na początku, moim zdaniem na pierwszy rzut oka, panuje tu po prostu bałagan. Za dużo napisów, małych litereczek, podkreśleń wyrazów, zarysowań, wzmianek, informacji, wiem, że się powtarzam, ale tak to na mnie działa. Może to kwestia koloru i mojego czepiania, ale po to są komentarze. Żeby wyrażać własną opinię.
      Tak wiec wyrażam. Szablon piękny i niepowtarzalny. Teraz po przyzwyczajeniu się do wyglądu strony, nie odczuwam już takiego zagubienia, ale pomyślałam, że warto wspomnieć.
      Pół na pół zasłużone, bo w końcu nie ty wykonałaś szablon, ale wciąż 9/10.

      No i czekam i czekam i rozdziału nie ma, a chciałam być pierwsza z tak dłuuugim i męczącym komentarzem. :/ No cóż... ale jak opublikujesz go minutę po moim komentarzu, to się zastrzelę. Szczególnie, że piszę go już godzinę.

      Podsumowując:
      Coś około 33/30, ale kto by liczył?

      A no i jeszcze jedna rzecz. Czytałam większość zakładek, więc wiem, że szanujesz pracę innych i w ogóle, ale z każdym rozdziałem widziałam co raz większe podobieństwo do pewnego zagranicznego ff ,,Commentarius''. Jeżeli nie czytałaś to serdecznie polecam, bo jest naprawdę genialne i macie sporo podobnych wątków, ale tak szczerze to strasznie trudno i wręcz niemożliwym jest napisanie 100% oryginalnego ff o Huncwotach, więc o nic Cie nie oskarżam. W końcu jest ich tyle, że to logiczne, że coś się może powtórzyć.

      W każdym razie plecy mnie bolą i idę na dwór, bo mam dosyć pisania.
      Miłego życia życzę!
      no i zapraszam też do mnie:
      red-flour.blogspot.com <- chętnie usłyszałabym Twoją opinię.

      Usuń
    3. Po pierwsze – wow *_*. Dziękuję ci strasznie, że taki długi (o.O), miły, ale też ważny komentarz, bo oprócz zalet napisałaś mi też, co ci się nie podoba i ja ci za to bardzo dziękuję :D. Dzięki Tobie zerknęłam na to opowiadanie z zupełnie innej perspektywy i to mi było bardzo potrzebne :D.
      Długość rozdziałów to jest coś, z czym próbuję walczyć, ale mi zwyczajnie nie wychodzi. Mam zrobione wykresy wydarzeń i staram się ich trzymać, a kiedy je pisałam, to chyba zapomniałam o mojej nieumiejętności przechodzenia do sedna xD. Rozumiem doskonale, że pominęłaś pierwsze rozdziały, które moim zdaniem są nie do przebrnięcia, ja sama podziwiam te osoby, które je czytają w całości i nawet do nich potem wracają… poprawiam je i poprawiam, ale przez to stają się tylko dłuższe, więc dałam sobie na razie spokój. Ale powinnam wywalić połowę opisów, bo zwłaszcza pierwszy rozdział jest jak ostatnia prosta do Rivendell u Tolkiena (dawno temu czytałam „Władcę”, ale pamiętam, że tego nie mogłam przebrnąć xD).
      Ja się bardzo cieszę, że nie poczekałaś z komem na 22 rozdział, bo pisanie idzie strasznie pod górkę xD.
      Och, dziękuję <3. Starałam się tutaj „zamknąć” moje dwa najbardziej ukochane zajęcia – pisanie i oglądanie seriali i wyszło takie coś :D.
      Rozumiem twoje uprzedzenie jeśli chodzi o koligacje rodzinne, bo to jest to, czego nigdy nie ogarniam, nieważne czy w książkach, czy w filmach, czy w serialach. Zawsze myli mi się, kto jest czyim bratem, siostrą i teściową, a jak jeszcze dochodzą do tego imiona, to już leżę całkowicie. Tutaj miałam jednak tak dużą ilość postaci (co jest według mnie największą wadą tego ff), że musiałam jakoś sensownie je wprowadzić, a sensownie wydawało mi się poprzez okrzyknięcie ich kuzynem/kuzynką/synową. Cieszę się, że przekonałaś się ostatecznie do tego mimo wszystko ;*.
      Jeśli chodzi o Snape’a to faktycznie słabo z nim, bo gdzieś po rozdziale 6 zniknął jak kamfora i pojawił się nagle teraz xD. Zawsze chciałam go gdzieś wcisnąć, najpierw w rozdziale 10, potem bodajże 16, 18 i tak w kółko, ale nigdy jakoś nie miałam na to siły. Tutaj dużo osób – tak jak ja – nie przepada za Snape’em, dlatego też nikt mi o nim nie przypominał i ja nie czułam potrzeby wkręcenia go w fabułę xD. No, ale teraz chyba będzie go więcej, bo to tak głupio ignorować postać, która w końcu była bardzo ważną częścią HP.
      O gossh, literówki. Mam strasznie starą klawiaturę, która lubi sobie ze mnie zakpić. Połączmy się w bólu <3. Akapity się rozjeżdżają w początkowych rozdziałach, a ja z nimi walczę… i walczę… i walczę… problem jest taki, że utworzyły się gigantyczne spacje, które po usunięciu, jeszcze bardziej się powiększają, ale w innym miejscu xD. Wojna trwa. Wiesz, nie mogę odwołać się na Twój styl, bo jeszcze nie przeczytałam (ale przeczytam! Mam dwa dni jazdy autobusem do Francji… zepsuł mi się telefon, ale coś wymyślę xD. Tak z ciekawości mogę się zapytać, ile masz lat? Jestem ciekawa, czy jestem największą staruchą/gówniarą w blogosferze :D.
      Jakiej tam męczarni ;>. Twój komentarz (komentarze raczej) był cudowny <3. Uwielbiam, jak ktoś zwraca uwagę nie tylko na to, co się działo, ale też na kreację bohaterów, styl, dialogi etc. :D. Za to ci strasznie dziękuję :*.

      Usuń
    4. Znowu się z tobą zgodzę, bo to kolejna rzecz, z którą walczę, ale to walka tym razem z moim charakterem. Bo widzisz, jestem strasznie chaotyczną, nieuporządkowaną gadżeciarą, dlatego zagradzam tego bloga miliardami niepotrzebnych informacji, które straszą zewsząd, ale ja nie mogę z tym wygrać, bo co chwila mi się coś przypomina i znowu coś dopisuję i doklejam xD. Obiecałam sobie, że zrobię tutaj porządek, ale obawiam się, że jednak nic z tego nie będzie :P.
      Rozdzialik dzisiaj późno w nocy albo jutro po południu. Ale będzie krótki i niepełny, bo chcę coś dodać przed wyjazdem, skoro obiecałam… pomińmy to, że zawsze obiecuję i potem – za przeproszeniem – dupa, ale to kolejna rzecz, z którą powinnam coś zrobić i próbuję.
      Co do Commentariusa, to hmm… fanfic oczywiście przeczytałam, ale całkiem niedawno, koleżanka przesłała mi linka, bo to były niby „moje klimaty”. Nigdy tak o tym nie myślałam, ale z drugiej strony… faktycznie, Comm jest lekko podobny (tylko o wiele lepiej napisany, odpukać) do moich wypocin, przynajmniej jeśli chodzi o postacie. Mary jest trochę jak Saunders, chociaż Saunders nienawidzę, a Mary wolałam wyobrażać sobie jaką połączenie mojej koleżanki (nie znoszę jej <,>) i Alison DiLaurentis, niż jako szaloną destrukcyjną alkoholiczkę xD. Tylko że ja patrzę na to trochę inaczej, bo lubię wszystkie moje postacie… no i James ma takie sekrety jak Commentariusowy… A poza tym – długość rozdziałów też zawrotna… no i Lily zawala transmutację… jakoś tak nigdy na to nie patrzałam, chociaż to by się nie zgadzało, bo Comma dopadłam gdzieś w kwietniu, no, może w marcu. Ale jednak…
      Coś w tym może być, wiesz, bo kiedy tworzyłam HzTLa, czyli dwa lata temu, miałam wielką fazę na TVD (do tego nawiązań jest aż za dużo -,-), PLL i… na „Pamiętnik Księżniczki”, a z tego do wiem, to Comm pisany jest niby w stylu Pamiętnika (nwm, czy przeczytałaś, dlatego daruje sobie wchodzenie buciorami w temat xD). Chyba trochę utożsamiałam Lily z Mią i Lilly Moscovitz, a Mary z Laną (chociaż – znowu – Lanę lubię, Mary lubię, Saunders… zabić). Dorcas jest lekko tinowata… gosh, nagle zaczyna mi przypominać bardziej Grace Reynolds xD. Masakra. Nawet nie byłam tego świadoma, ale chyba powinnam faktycznie uważać, bo to niefajnie. Dzięki, że to zauważyłaś :D. Czasem potrzeba takiej perspektywy „z zewnątrz”, żeby zdać sobie z czegoś sprawę. Na pewno nie chciałam ściągać, ale czasami naprawdę mimowolnie to robię, bo przypływ weny mam zawsze, kiedy czytam książki, opowiadania albo oglądam serial. Potem widać tego konsekwencje.
      Jeszcze raz dizękuję ci bardzo za komentarz, jesteś niesamowita *_*. Zawsze się cieszę na nowe osoby, jeszcze bardziej jak zostawią komentarz, jeszcze bardziej, jak będzie on długi, a już zupełnie najbardziej jak do tego konstruktywny i dający mi do myślenia :D. Dziękuję jeszcze raz :*.
      Pozdrawiam,
      Abigail
      PS. Bloga dodaję do obserwowanych, widzę, że też maraudersi *)*. Moje klimty, nie ma co :3.

      Usuń
  12. Sama uwielbiam sensowne komentarze dlatego zawsze staram się coś nabazgrolić, a ze akurat miałam wenę i czas to juz siła wyższa.
    Nawiązując do Twojego pytania: mam 16 lat.
    Dziękuję za obserwację no i wyczekuje rozdziału w najbliższym czasie! :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Po ponownym przeczytaniu tego rozdziału w mojej głowie utworzyła się teoria spiskowa :)
    Według mnie ojcem dziecka Sereny może być Dorian. Po co wrabiać w dziecko Jamesa i Syriusza... Niech pojawi się inny kandydat :D
    Wątpię, żeby moje przypuszczenia były prawdziwe, ale....
    Jak sama napisałaś zostawiłaś ,, odpowiedzi na wszystkie pytania w tym rozdziale".
    Jak już wspominałam myślę żeby pójść z tematem ojcostwa w drugim kierunku :)
    Według mnie twoimi wskazówkami może być fakt pokrewieństwa Jamesa i Doriana z van Weetami.
    W ostatniej części jest wspomniane, że dziecko Sereny jest z krwi van Weetów...
    Teoretycznie by się zgadzało, ale jak będzie przekonamy się później :)
    Co do Mary myślę, że jest lub była zakochana w Dorianie

    Pozdrawiam
    Anonimowa

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teorie! Yey <3.
      Nie powiem, bardzo spostrzegawcze ;>. Nie powiem ci, jak bardzo blisko/daleko jesteś, bo to byłby już szczyt mojego walenia spoilerami, ale wiedz, że bardzo podoba mi się twój tok rozumowania ;>.
      Pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
    2. Przyłączę się do dyskusji, bo leżę w hotelowym łóżku i czekam na nn, a że na komórkach nie mozna zerknąć na chat czuję się odsunięta od głównych wydarzeń.
      Zatem według mnie cos w tym jest, bo z któregoś tam rozdziału można wywnioskować, że Mary ma coś na Doriana. Moze właśnie to?
      Lumossy

      Usuń
    3. Mary ma coś do wszystkich.

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).