28 czerwca 2016

26. "Zdrada"

"Natychmiastowa karma cię dopadnie"
-John Lennon, Instant Karma



Krople deszczu tłukły bezlitośnie o parapety, niczym grad armat rozsadzających kadłub statku. Akompaniował im wiatr, którego podmuchy ze świstem otwierały i zamykały nieszczelne okna chatki gajowego, wsypując przez szpary płatki bielutkiego, zimnego śniegu. Zapach melisy i rumianku tańcował w tęgim, lodowatym powietrzu i otumaniał zmęczony umysł Lily i Hagrida do tego stopnia, że ani gajowy nie mógł dostrzec przyczyny wizyty siedemnastoletniej Gryfonki, ani sama dziewczyna nie potrafiła mu jej podać.
Był piątkowy wieczór, godzina po ciszy nocnej i w dodatku sam środek wielkiej śnieżycy i zawieruchy. Leśne zwierzęta, w świetle dnia ukrywające się w grotach i jaskiniach Zakazanego Lasu, teraz zapuściły się niebezpiecznie blisko błoni i zamkowych areałów. Oczami wyobraźni Lily widziała polujące centaury i skąpane w śniegu bielutkie jednorożce, i pomyślała, że chciałaby cieszyć się z upragnionej samotności i świętego, nocnego spokoju, do tego stopnia, jak one.
W oddali zawył wilk, a Gladius cały się najeżył i wbił pazury w długi, kaszmirowy sweter Lily, pozostawiając jej blizny na brzuchu. Dziewczyna podrapała go za uchem, mimo bólu przytulając do serca, jako że kot był ostatnią istotą (no, oprócz Hagrida oraz jej współlokatorek), która pozostała jej jeszcze na tym okrutnym świecie.
— Hagridzie, moje życie towarzyskie jest już skończone – chlipnęła, pociągając dramatycznie łyk herbaty. Rozmazany tusz do rzęs wymalował na jej policzkach podłużne, szarografitowe wodospady zgryzoty. – Straciłam już wszystko. Nie mam już nikogo. Żadnych prawdziwych przyjaciół… żadnych fałszywych przyjaciół… nie mam już nawet niego, Hagridzie! Zawsze go miałam. On… on był zawsze przy mnie.
Pociągnęła głośno nosem i zaczęła szeptać pod nosem ciąg liczb tak dużych, że Hagrid z miejsca dostał migreny.
Pierwiastek z trzystu dwudziestu czterech… osiemnaście.
Pierwiastek z czterystu czterdziestu jeden… dwadzieścia jeden.
─ Nienawidzę siebie samej – dodała gwałtownie, odrobinę bardziej uspokojona. – Nie wierzę, że jestem taka głupia. Boże, on mnie nienawidzi. James mnie nienawidzi… i Syriusz też mnie nienawidzi, i nawet Dorian mnie teraz nienawidzi… A ja tylko chciałam im pomóc… ja tylko… ja nie spodziewałam się, że…
— Cholibka, Lily… — westchnął gajowy, stawiając przed roztrzęsioną dziewczyną talerzyk z samorodnymi ciastkami, twardymi niemal tak bardzo jak jego nerwy tego wieczora. – Nie może być przecie aż tak słabo… cuś na pewno w końcu się poukłada.
— Nie, to już koniec! – wypaliła, zasłaniając sobie dłońmi uszy, jakby nawet nie chciała dopuścić do wiadomości, że sprawy mogą się jeszcze ułożyć. – Nie chce litości. Nie chce poprawy. Zasłużyłam sobie na wszystko, co najgorsze, Hagridzie… Udowodniłam, że jestem niedojrzałą, pustą, głupią i egoistyczną wiedźmą, i mam nadzieję, że spotka mnie wszystko, co najgorsze!
Sięgnęła po jedno z hagridowskich ciastek, jakby pragnęła, by „wszystko, co najgorsze” dopadło ją już pięć sekund po swojej zapowiedzi.
— Ale wiesz co… ja naprawdę chciałam dobrze – uderzyła w zupełnie inny ton, z trudem przełykając trochę zwęglonego herbatnika. – Myślałam, że wszystko, co robię, może pomóc Jamesowi. Albo mnie i Jamesowi. Albo… och, na Merlina, nawet mnie, Jamesowi i Mary. I cały czas uważam, że to było warte swojej ceny! Straciłam go – straciłam ich wszystkich – ale… ale teraz przynajmniej wiem, co wyprawiało się za moimi plecami przez tyle miesięcy! I… i gdybym tylko dowiedziała się tego od niego, a nie…
Gladius zeskoczył zniesmaczony z kolan swojej pani, gdy ta dostała kolejnego nawrotu histerii. Hagrid o mało go nie przygniótł, przykucając obok Lily i wydmuchując jej nos swoją brudną, haftowaną chusteczką.
— Niech diabli wezmą tego kota – złapał się za serce, o wiele bardziej przerażony niefortunną stłuczką z Gladiusem niż sam poszkodowany. – Powinnaś już dawno wracać do zamku… Profesor McGonagall miałaby nizłego pietra, gdyby wiedziała, że wypuszczam cię w taką śniżycę… Chcesz tu zostać i powidzieć, co się stało?
Lily głośno zasmarkała w chusteczkę na znak zgody, a potem zjadła do końca przypalone ciasteczko –  albo na szczęście, albo by się ponownie ukarać.


♣♣♣
Trzy dni wcześniej. Środa, około ósmej rano.
Po mroźnym, gradowym i niezwykle mokrym styczniu, śnieżny, aczkolwiek słoneczny luty stał się miłą, entuzjastycznie przyjętą odmianą. Mgła okrywająca cały Hogwart niczym gruby, brzydki koc, rozpuściła się w nowym, przejrzystym powietrzu, zostawiając po sobie jedynie połacie szronu i szadź na gołych, samotnych gałązkach. Śnieg otulił cały zamek, a jego puchata, mięciutka postać przywodziła na myśl słodką, amerykańską watę cukrową. 
Lily i Chase siedzieli na grubym, białym konarze drzewa. Ich nogi dyndały, zupełnie jakby wcale nie znajdowali się tu, w zimnej Wielkiej Brytanii, ale tysiące mil dalej o zupełnie innej porze roku, na mostku albo wielkiej beli siana w ukochanej Alabamie. Obydwoje w każde wakacje spotykali się u swoich wspólnych dziadków (byli wspólni nawet przed tym, kiedy okazało się do jakiego stopnia) w niewielkiej wiosce Blue Springs, oddalonej od amerykańskiego Birmigham o czterdzieści mil. W upalne dni często brodzili nogi w pobliskiej sadzawce, przebierając nimi tak samo jak w tej chwili, przeżuwali domowe muffiny i brownies, i puszczali na wodzie kaczki. Lily niemal czuła unoszącą się w powietrzu woń kukurydzy.
— Mam dla nas babeczki – powiedziała, wyciągając ze swojego tornistra torebkę papierową wypchaną wysokocukrowym pożywieniem. – Są beznadziejne i niemal bez nadzienia, ale można je zjeść.
Chase sięgnął do torebki z nieukrywanym apetytem.
— Tu prawie nic już nie ma, AB – parsknął, wygrzebując trochę okruchów i odłamków posypki czekoladowej. – Głód cię złapał, jak wyszłaś ze śniadania?
— Te babeczki są z wczoraj – wywróciła oczami. – Musiałam coś jeść w skrzydle szpitalnym. Byłam strasznie wyczerpana. Umierałam. Potrzebowałam cukru. Dużo cukru.
Bardziej od cukru Lily potrzebowała paru godzin snu, ale nie zamierzała po prostu wpaść w objęcia Morfeusza, kiedy los obdarzył ją hojnie jednodniową służącą. Wykorzystywanie dość zaniepokojonej Jo, której Isaac przykazał zajmowanie się Lily jak najtroskliwiej, nie przysporzyło jej zbytnich wyrzutów sumienia – wręcz przeciwnie, rozbawienie z tego groteskowego odwrócenia ról, utrzymywało ją przy życiu i przytomności. Cały dzień spędziła na przeglądaniu Czarownicy, wertowaniu starych komiksów i powieści science-fiction, upychaniu się słodyczami i naśmiewaniu pod nosem z coraz bardziej rozdrażnionej Ślizgonki. Ubolewała nad końcem leniwego dnia, po którym musiała wrócić do pracy i stawić czoła tak dużej ilości problemów – począwszy od nauki, poprzez zmiennokształtność, animagię i Patronat, a na Jamesie Potterze skończywszy. Życie byłoby takie proste, gdyby na co dzień jej największy problem również stanowiła zawartość budyniu w pączku.
Chase sięgnął po jedną muffinkę i pochłonął ją całą niemal za jednym zamachem. Lily roześmiała się widząc jego wypchane policzki i trąciła go w potylicę, tak, że się zakrztusił.
— Spokojnie, przecież ci ich nie zjem – puściła mu oczko i przekornie wyciągnęła największą babeczkę z torebki. – Ewentualnie.
— Chcesz, żebym zrzucił cię z tego drzewa?     
Lily wzruszyła ramionami niewinnie:
— Skrzydło jest całkiem przytulnym miejscem.
— Nie ma tam Pottera, z którym formalnie się spotykasz, co nie?
Dziewczyna zakrztusiła się babeczką i wysłała Chase’owi najbardziej poruszone spojrzenie, jakie kiedykolwiek u niej widział.
— Och, nie rób takich oczu! Wszyscy już o was gadają.
— To…
— Nie dowiedzieli się od Jamesa – dodał szybko. – To znaczy… nie do końca. Wczoraj, kiedy leżałaś w Skrzydle – swoją drogą, wszyscy myśleli, że strułaś się wódą – twój chłopak odbył… rozmowę z Mary McDonald w Wielkiej Sali. Bardzo źle przyjęła wiadomość, że jesteście umówieni.
Lily uśmiechnęła się pod nosem, chociaż jej wyraz twarzy w dalszym ciągu zdradzał niesmak i niezadowolenie.
— Jak źle?
— Jestem zaskoczony, że nie odprowadzili jej do twojego skrzydła, by sprawdzić, czy czegoś nie wciągała.
Obydwoje parsknęli śmiechem – Chase na samo wspomnienie sceny, jaką Mary urządziła zeszłego dnia w porze lunchu, a Lily – wyobrażając sobie całe zajście w sposób o wiele bardziej komiczny i dramatyczny, niż był w istocie. 
— Och, Chase, ale mi jej szkoooooda – udała, że ociera niewidzialną łzę, przekrzywiając się na gałęzi do tego stopnia, że chłopak musiał ją podtrzymać, bo zleciałaby plecami do ziemi.
— Uważaj, A.B: to mi wygląda na natychmiastową karmę[1] - zachichotał, kiedy ręka Lily – po tym jak dziewczyna odzyskała równowagę – trąciła go żartobliwie w ramię.
—  Nawet jeśli karma zesłałaby na mnie dziesięć egipskich plag, nie zmieniłabym zdania na ten temat – powiedziała uroczyście. – To, co Mary wyrabia, jest już nie tylko żenujące i dziecinne, ale niezwykle męczące. James może i potrafi wykazać się cierpliwością, jeśli mu na tym zależy, ale każdy normalny człowiek już dawno przestałby pozwalać swojej byłej na takie zachowanie. Jest dla niej za dobry.
Chase odsunął się od niej na kilka stóp.
— Przestań tak mówić, bo zaraz konar się załamie i spadniemy w dół.
Lily zaśmiała się krótko, ale miała jeszcze dużo do powiedzenia, więc nie zastosowała się do ostrzeżenia Chase’a.
— Jak w ogóle James zareagował? – spytała. – Potrzebuję kilku szczegółów, Chase! Gdybym rozmawiała z Dorcas, wiedziałabym już nawet, jaki nosiła kolor majtek. Jesteś najgorszą plotkarą, jaką znam!
— Zachował się tak jak zwykle, tyle ci powiem – wzruszył ramionami. – Niezbyt wzruszył go ten jazgot, wydaje mi się wręcz, że praktycznie Mary nie słuchał – ale bronił cię za każdym razem, kiedy w ruch szły obelgi pod twoim adresem, więc zupełnie to się raczej nie wyłączył.
Lily uśmiechnęła się lekko i spojrzała w dal, w kierunku zamku. Chase kątem oka zauważył, że jej wzrok wspina się po całym zamku, aż do siódmego piętra i Wieży Gryffindoru, i dalej, do prawie najwyższego okna, otwierającego się na dormitorium męskie numer sześć. Chłopak pokręcił głową z niedowierzaniem i ponownie zajął miejsce na konarze obok Lily, stwierdzając w duchu, że karma jak już, to powinna zniszczyć ich oboje.
— O akcjach Mary zawsze śmiesznie jest porozmawiać, ale obecnie bardziej ciekawi mnie to, czy… czy słusznie się wściekała – spojrzał na Lily wyczekująco. Ta dalej spoglądała na zamek, nie odzywając się ani słowem. – W swoje urodziny stwierdziłaś, że kończysz cały ten zakład, a tu nagle dowiaduje się, że nie tylko trwał on dalej, ale zdołałaś po drodze go przegrać – ponoć świadomie i z własnej woli – i zostać dziewczyną…
— Nie jestem jego dziewczyną – zaprotestowała, zwracając głowę w jego kierunku. – Gdyby to zależało tylko ode mnie, Chase, to wolałabym niczego nie zmieniać i zachować stosunki moje i Jamesa na takiej stopie, na której są teraz – wzięła głęboki oddech. – Lubię go. Naprawdę go lubię. I nie byłam pijana ani chora psychicznie, ani nawet wytrącona z równowagi, kiedy go pocałowałam. I teraz też nie szaleję ani nie próbuję temu zaprzeczać. Po prostu… zaufam losowi w tej sprawie.
— Nie możesz zaufać losowi w takiej sprawie – zaprotestował Chase, pałaszując kolejną babeczkę. – To nie jest loteria. Albo chcesz z nim być, albo…
— Póki co z nim nie jestem, dobra? Przegrałam zakład… ale chciałam go przegrać, bo tak właściwie to nie miałam żadnych obiekcji przeciw tej jednej randce. Póki co nawet na niej nie byliśmy, na Merlina! Chcę pójść i zobaczyć jak bycie razem nam pasuje. Jeśli będę dobrze się bawić, a James nie nawali ani mnie nie zdenerwuje w przeciągu najbliższych dwóch tygodni – to będę myślała, co dalej. Jeśli nie – to mam nadzieję, że zostaniemy przyjaciółmi, bo to według mnie najbardziej do nas pasuje. Ale ta sprawa nigdy nie zostanie zamknięta ani zdefiniowana, jeśli będziemy tkwić w jakimś zawieszeniu pomiędzy związkiem, przyjacielstwem, byciem wrogami i kontrahentami.
Chase przez chwilę zastanowił się nad tymi słowami. Gryzło go dziwne, niejasne uczucie, że z tego całego bałaganu zrodzi się wielkie nieszczęście, chociaż nie mógł przyczepić się do żadnego argumentu Lily ani do ogółu jej rozumowania. Owszem, jak zwykle postępowała popędliwie i nieostrożnie, ale nie mógł zarzucić jej nic poza tym – wręcz przeciwnie, dziewczyna dokonała spory krok naprzód, zwątpiwszy w swoje przyzwyczajenia i poglądy. Pochwalał to, że dała szansę Jamesowi, zamiast obstawiać przy swoich przeczuciach, jak zwykle robiła. Cieszyło go też to, że była na tyle rozważna, aby z góry nie wskakiwać w związek ani z góry też go nie przekreślać. Jej delikatny dystans był gwarancją, że w razie niefortunnych wypadków nie będzie zmagać się ze złamanym sercem ani wielkim rozczarowaniem. Ale coś mu tu nie pasowało. Lily wykazała się zdrowym rozsądkiem i dała za wygraną, James też nie świętował jeszcze swojego zwycięstwa, a plotki krążyły, ale nie eksplodowały, i wszystko zdawało się być przytłumione i naturalne – jednak nie mógł pozbyć się przeczucia, że ten racjonalny kierunek, jaki nabrała relacja tych dwojga, nie zwiastuje niczego dobrego.
— Całkiem dużo masz wątpliwości, co nie? – powiedział po czasie. – Lubisz komplikacje.
— Wiem, że te wątpliwości zupełnie tutaj nie pasują, ale… po prostu są – wzruszyła ramionami. – I nie możesz się mi dziwić, Chase. Za każdym razem, jak przekonuję się do Jamesa, dzieje się jakieś szaleństwo, którego nie pojmuję. Mary snuje jakąś szaloną intrygę, wychodzą na jaw stare romanse, dzieci, morderstwa… I wszystko jest wielką, ezoteryczną tajemnicą – westchnęła.
Chase pokiwał głową, bo „ezoteryczna tajemnica” dosyć trafnie opisywała wszystko, co obracało się wokół Jamesa.
— Wiesz… dosyć zastanawia mnie ta cała… fascynacja Mary twoim Jamesem – powiedział powoli, zastanawiając się, czy sam może nie jest w posiadaniu rąbka ezoterycznej tajemnicy. –  Za moich czasów – czyli jeszcze pół roku temu – kręciła poważnie z młodym nauczycielem w Beauxbatons, a on zwariował na jej punkcie do tego stopnia, że zwolnił się z pracy, byle tylko móc bezkarnie się z nią gzić. A teraz… nagle przypomniała sobie o swoim byłym? To…
— Mówisz poważnie? – przerwała mu Lily, wybałuszając oczy. – Mary w Beauxbatons się z kimś spotykała? I to w dodatku z nauczycielem? Przecież ona zgrywa męczennice, która podda się ślubom czystości, jeśli James do niej nie wróci.
— Chyba trochę dramatyzuje – powiedział po prostu. – Albo zaczęła się z nim znowu interesować, kiedy wy dwoje zaczęliście mieć ku sobie.
Lily pokręciła głową, bo nie wydawało jej się, żeby tym razem chodziło Mary wyłącznie o rywalizację.
— James miał bardzo złe zdanie o Mary jeszcze w zeszłym semestrze – powiedziała. – Rozmawialiśmy o niej kilka razy i zawsze powtarzał, że przestał jej ufać, że zawiodła jego zaufanie… a potem przyjechałam do niego na Sylwestra, okazało się, że Mary jest u niego w domu, że oni znowu się przyjaźnią i…— westchnęła ciężko. – I teraz daje sobie wskoczyć jej na głowę. Oświeć mnie, o co tu chodzi?
— Spotkali się razem na kotylionie, co nie? – Lily pokiwała głową. – Może zbliżyli się do siebie, może Mary go przeprosiła, może ta ezoteryczna tajemnica pchnęła ich do siebie? A może… - zawahał się, a jego oczy zaszły mgłą. – Swoją drogą, czy ona nie ma coś wspólnego z Sereną Marceau?
Lily parsknęła.
— Ona ma bardzo dużo wspólnego z Sereną Marceau. Prze… — Słowa zamarły jej w ustach. Spojrzała na Chase’a tak, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu. – Zaraz… czy ty znałeś Serenę?
Chase uśmiechnął się do niej na znak, że zrozumiała aluzję.
— Beauxbatons to duża szkoła, ale bez przesady – mrugnął do niej. – Znałem większość obsady, o której plotkowano. Brata McDonald również. I Colette.
— Jaka ona jest?
To pytanie padło zanim Lily zdołała się nad nim zastanowić. Nie mogła jednak nic poradzić na to, że fascynowała i ciekawiła ją zarazem dziewczyna, z którą James przeżył swój pierwszy raz i którą wszyscy czcili niczym Afrodytę. Chase uśmiechnął się do niej znacząco, co tylko spotęgowało jej zainteresowanie, przemieszane trochę z nadzieją, że chłopak opowie o niej złe rzeczy.
— Bardzo naiwna – powiedział szczerze, nie zdając sobie sprawy, że spełnił pragnienie swojej siostry. – Bardzo podatna na wpływy. Bardzo łagodna. I, rzecz jasna, bardzo piękna. Rozumu to ona nie ma za grosz, ale wszyscy ją kochają, bo nigdy na nikogo nie podniosła głosu ani nawet nie powiedziała niemiłej rzeczy. Wiem, że strasznie bała się, że czymś rozzłości swojego narzeczonego, i nie rozmawiała nawet z nauczycielami, wyłącznie nauczycielkami.
— Dziewczyna, którą wybitnie łatwo kierować? Chyba nie jesteśmy zbytnio do siebie podobne – mruknęła. Chase pokiwał głową na znak zgody.
— Bardzo przypomina mi Emmelinę. Oczywiście, nie jest taka dramatyczna i emocjonalna, Serena to bardzo zrównoważona dziewczyna, ale biorąc pod uwagę pierwsze wrażenie, łagodność, słabość i podatność na wpływy…
— Emmelinę? – powtórzyła. James nie znosi Emmeliny… - Och, doprawdy? Zabójczo piękna półwila, o którą pozabijali się kuzyni, kojarzy ci się z Emmeliną? Może to o twoich sprawach osobistych powinniśmy porozmawiać, Chasey?
Chase uśmiechnął się pod nosem i rzucił:
— Wiesz co… kiedy tak żalisz się na swoje życie, zaczynam zauważać niepokojąco wiele podobieństw do mojej własnej sytuacji. W takich chwilach zaczynam wierzyć, że Ethan jest naszym ojcem. Jesteśmy takimi jego dzieciakami.
Lily zadarła brew.
— Och, serio?  Czy twoja własna sytuacja ma długie nogi i imię rozpoczynające się na „E”?
— Mam dwie sytuacje.  Jedna z nich straciła pamięć i wszystkie wspomnienia, a druga – resztki rozumu.
Oboje uśmiechnęli się porozumiewawczo.
— Czy Hestia wie, że całowałeś się z Emmeliną? – zrzuciła na niego bombę, dokładnie w ten sam sposób, jak on kilka minut temu pytaniem o jej związek z Jamesem.
Chase przejechał otwartą dłonią o twarzy.
— Skąd wiesz? – spytał słabo.
— To Emma, Chase. Jak sam zauważyłeś, jest bardzo emocjonalna. I żyje bardziej w świecie swoich wyobrażeń niż w rzeczywistości. Niedobrze zrobiłeś, tak brutalnie spychając ją na ziemię z różowego obłoku ZAKOCHANIE.
Chłopak spojrzał na nią z oburzeniem.
— Wiesz, że mam rację – odpowiedziała wzrokiem równie silnym. – Powiedziałeś Hestii?
— Nie musiałem – mruknął. – Hestię to chyba niezbyt rusza, bo tego samego dnia zabawiła się z Jaydenem.
Lily rozdziawiła usta.
— Skąd…
— Przypomnę ci, że ja z nim mieszkam, Lily. Z nim i z siódmoklasistami.
— Osz kurde – zaśmiała się bez humoru – wiesz co, Chase? My naprawdę mamy identyczne sytuacje. Jayden jest twoją… Mary. A Emmelina jest twoim Dorianem.
— To chyba trochę na odwrót A.B. Hestia to moja była, więc jest moim Dorianem. A Emmelina… z nią wszystko jest tak chaotyczne jak z twoim Jamesem.
— W każdym razie Jayden jest nadal twoją Mary, bo ona kręciła i z jednym, i z drugim – wywróciła oczami.
Chase roześmiał się, widząc jej minę.
— Nie miałaś spotkać się z Emmeliną? – spytał nagle, zerkając na zegarek. – Mugoloznastwo już pewnie się skończyło.
Lily pokiwała głową ociężale i zsunęła się z konaru.
— Taaaa…. Mam teraz dużo do przemyślenia. Możesz wziąć te muffinki – podniosła ręce do góry, kiedy Chase oddał jej opakowanie (chyba zapomniała już o tym, że wszystko zostało zjedzone).  – Mam dużo do przemyślenia, a Emma jest idealną osobą, przy której można się pozastanawiać. Pozdrowić ją od ciebie? – spytała zaczepnie. Chase widocznie zbladł, co było dosyć niesłychane, zważywszy, że twarz mu poszarzała od zimna, a śnieg okrył całe słomkowe włosy.
A.B...
Roześmiała się szczerze i przytuliła do jego zwisającej nogi.
— Chasey?
— Mhm?
— Przepraszam, że tak cię zaniedbywałam.
Lily aż pisnęła, kiedy noga Chase’a ruszyła się razem z ciałem chłopaka. Zrównał się z nią, zeskoczywszy z gałęzi, i ściągnął w rękawiczce trochę śniegu, którym następnie natarł jej roześmianą buzię.

♣♣♣
Środa.
Otwieraj w tej chwili, Larissa! – wrzasnęła Mary, z całej siły dudniąc w drzwi dormitorium siódmorocznych dziewcząt. – Nie uciekniesz przed odpowiedzialnością!
Próbowała się do nich dostać już po raz trzeci w ciągu tego ośmiogodzinnego zaledwie dnia, jednak za każdym razem Larissa i jej koleżaneczki z Piękności udawały, że jej nie słyszą (albo były mądrzejsze niż przypuszczała i ze strachu opuściły Hogwart). Kiedy jej próba rozmowy z nimi spełza na niczym o szóstej i siódmej trzydzieści, Mary doszła do wniosku, że da im kilka godzin zastanowienia się nad własną głupotą i że wróci tutaj dopiero po mugoloznastwie. Niestety, nie była w stanie skupić się na czymkolwiek oprócz układania w głowie najgorszych obelg, którymi mogłaby poczęstować Prefekt Naczelną, dlatego doszła do wniosku, że uczestniczenie w porannych zajęciach nie ma sensu i tylko spotęguje jej rozdrażnienie (a także może zepsuć cały plan!). Wróciła więc w te samo miejsce po raz kolejny, tym razem czując, że nie cofnie się przed niczym, by dostać się do środka.
— Dobrze wiesz, że nie uciekniesz od tej rozmowy, więc lepiej przeprowadźmy ją teraz, póki nie jestem jeszcze BARDZO WŚCIEKŁA! – ryknęła, wymierzając drzwiom ostrego kopniaka. – Larissa!
W tym momencie gwałtowne otwarcie o mało nie zwaliło ją z nóg, a o framugę oparła się znajoma brunetka odziana w skąpą piżamkę, z papilotami we włosach i kiczowatą, różową maską do spania na czole.
— Nie dociera, że nikt cię tu nie chce? – warknęła, pośpiesznie zrywając papiloty z głowy. – Spałyśmy.
— Bardzo mi przykro – odpowiedziała, przepychając się pomiędzy Larissą a szparą do środka dormitorium. – Ale zamiast odpoczywać, powinnyście od dawna MYŚLEĆ, JAK URATOWAĆ SOBIE SKÓRĘ. Ja dzisiaj nie spałam, tylko MYŚLAŁAM, CO WAM ZROBIĘ.
Larissa zamknęła drzwi, wyminęła Mary i zastukała kilka razy w ścianę naprzeciwko toalety, gdzie znajdowało się tajne przejście, łączące to dormitorium z sypialnią czwartoklasistek (siłą napędową Piękności oraz oficjalną siedzibą całej tej drużyny marzeń). Jej współlokatorki zapewne czmychnęły tam, kiedy tylko Larissa odważyła się wpuścić Mary do środka, zostawiając ją samą w jaskini lwa.
Rachel! – zawoła Larissa. – Mary już na nas czeka.
— Zwołaj cały zarząd – zadecydowała McDonaldówna, przysiadając na wielkiej, brokatowej pufie. Siódmoklasistka spojrzała na nią gniewnie.
— Rachel spokojnie wystarczy.
Okazało się jednak, że z „kwatery głównej” na spotkanie z Mary wyszły dwie członkinie zarządu i zaraze, najlepsze przyjaciółki Larissy – Rachel Sommers i Summer Blake. Przybrały co prawda całkiem niezłe zawadiackie miny, ale paniczny strach łatwo można by wówczas wyczytać z ich oczu i tym samym przejrzeć na wylot. Mary uśmiechnęła się z satysfakcją. Uwielbiała terroryzować te idiotki.
Larissa, Rachel i Summer usiadły obok siebie na najbardziej różowym łóżku w całym dormitorium, kryjącym się w alkowie, za którą powiększająco-zmniejszające się drzwiczki prowadziły do sąsiedniego dormitorium. Rachel z obawy złapała Summer za rękę.
— To jest śmieszne – rozpoczęła spokojnie Mary, chociaż w środku kipiała z gniewu. – Za mojej kadencji takie rzeczy nie miały miejsca. Nie było mnie tylko śmieszne cztery miesiące, a wy już zdołałyście wszystko spieprzyć.
— Nie możesz obwiniać nas za to, co było za kadencji Clemence – odezwała się piskliwie Rachel, kiedy Summer rzuciła tylko strapione: „racja, Królowo”, a Larissa zjadła z paniki ciasteczko dietetyczne. – To anorektyczna wariatka. Stwierdziła, że przyjmie każdego do naszego stowarzyszenia, jeśli będzie przestrzegał diety na pięćset kalorii dziennie.
— Czarne czasy – potwierdziła Summer, również sięgając po ciastko. – Ale dzięki niej schudłam pięć kilogramów.
— Och, czyżby? Moja rąbnięta ciotka Heather wygląda szczuplej niż ty w stroju kąpielowym.
Larissa zachichotała, plując przy tym okruchami brownie. Mary spojrzała na nią z dezaprobatą.
— Powiem szczerze, że obwiniam przede wszystkim ciebie, Larisso. Zdawało mi się, że jako jedyna z nich wszystkich masz coś w głowie. Że możesz mnie jako tako zastąpić. Że SPROSTASZ – nacisnęła na to słowo – JEDYNEMU zadaniu, jakie ci postawiłam. Bo poważnie, KRETYNKI – zerwała się na równe nogi i zbliżyła do trzech dziewcząt, które przesuwały się coraz bliżej siebie. – Prosiłam tylko o JEDNO. O JEDNĄ, GŁUPIĄ RZECZ. Jak ograniczonym trzeba być, żeby nie poradzić sobie Z GŁUPIMI HUMORKAMI EVANS!
Summer zerwała się z łóżka i jęknęła, że musi iść do toalety, chociaż każdy dobrze wiedział, że to nie potrzeba ją tam zagnała, a nieznośne napięcie, które ją przerosło. Prawdopodobnie nie wyjdzie ona ze swojego azylu aż do wyjścia Mary.
— Och, a więc chodzi ci o Jamesa i Ev… — zaczęła niewinnie Larissa, śmiejąc się nerwowo.
— NIE, WIESZ! O księcia Karola i twoją starą!
Rachel zaśmiała się grzecznie, ale z pewnością nie pojęła tego dowcipu, bo inaczej nie puściłaby później podobnej gafy:
— Myślisz, że Evans zechce do nas dołączyć? – spytała Larissy. – Jest beznadziejna, ale chodzi z Jamesem. Te idiotki ją polubią.
— ONA NIE CHODZI Z JAMESEM! – wrzasnęła Mary. Jej twarz nabrała niezdrowego odcienia dorodnej śliwki. – Jeszcze nie, kretynki.
Summer wypadła z łazienki razem z papierem toaletowym, którym wycierała swoje oczy. Najwyraźniej ciekawość po usłyszeniu nazwiska Evans, dało górę nad przemożnym strachem.
— Co mogłyśmy na to zaradzić, Mary? Ta podstępna, obrzydliwa krowa skradała się do niego przez kilka ładnych lat. Nie mogłyśmy zapanować nad sytuacją – powiedziała, wydmuchując nos i wzruszając ramionami. – A poza tym, kiedy to się stało, ty byłaś już w Hogwarcie.
— I byli ze sobą bliżej niż kiedykolwiek! – odparowała, tupiąc nogą ze złości. – Myślicie, że nie próbowałam temu zapobiec albo przemówić Jimmy’emu do rozsądku?! BYŁO JUŻ ZA PÓŹNO, przez wasz skrajny debilizm!
Rachel, Summer i Larissa na tamtą chwilę zdołały się względnie uspokoić i zrelaksować, bowiem wszystkie ich reakcje były krótkotrwałe – funkcjonowały w niezwykle korzystny dla swojej psychiki sposób, dzięki któremu odcinały się od bodźców zbyt intensywnych. Złość Mary przerażała je, jednak kiedy doszła do zenitu i przerodziła się w wściekłość, zanadto je przytłoczyła i w rezultacie musiały ją wymazać czy raczej – zresetować całą swoją świadomość.
— Nie mogłyśmy nic zdziałać ze swoich marnych pozycji – powiedziała tępo Larissa. – To nie moja wina, że te zdrajczynie wybrały Clemence i Phoebe.
— Och, a mi się wydaje, że to było zupełnie inaczej, Larisso – syknęła Mary. – Prawda jest taka, że jesteście zwykłymi kolaborantkami, i kiedy mnie już nie było, podporządkowałyście się Emmelinie i dlatego bardziej zajęło was sabotowanie cholernych Dorcas i Syriusza, co – nawiasem mówiąc – TEŻ WAM NIE WYSZŁO – bo są parą – ponownie.
Summer, Rachel i Larissa spojrzały na nią bez zrozumienia. Kolejną specyficzną cechą ich umysłów był fant, że wyłączały się natychmiast po usłyszeniu nowego, trudnego słowa – w tym wypadku padło chyba na „kolaborant”, chociaż może i dokonały tego dużo wcześniej.
— To Emmelina cieszyła się w zeszłym semestrze największym autorytetem – rzuciła słabo Larissa, mówiąc dokładnie to samo, co Mary przed chwilą. – Była dziewczyną Syriusza… ciebie Piękności szanowały tylko kiedy chodziłaś z Jamesem. Teraz raczej się z ciebie śmiejemy.
— Ale nie będzie chyba oddawać hołdu Meadowes i – Boże, Broń, to chyba jakiś żart! – Evans? – przestraszyła się Summer, do której dopiero teraz dotarła powaga sytuacji.
— Rachel, idź po Jessikę – dodała słabo Larissa, równie przerażona podobną perspektywą. Wizja dyktatury Evans i Meadowes w ich szeregach była zbyt ośmieszająca, przykra i surrealistyczna. – I po Sally. Mary ma rację, cały zarząd musi się spotkać w obliczu podobnego zagrożenia.
— Przecież ona nie należy do zarządu – zauważyła Summer, wskazując głową na Mary. – Nie jest jedną z nas.
— Och, jeśli masz na myśli to, że POTRAFIĘ UŻYĆ MÓZGU, to faktycznie – NIE JESTEM TAKA JAK WY!
Żadna z nich zbytnio nie przejęła się tym komentarzem – dziewczęta zbliżyły się teraz do siebie, formując półkrąg i zaczęły szeptem omawiać dalszą strategię, jakby myślały, że Mary nie jest w stanie ich usłyszeć.
— Co nam da zebranie zarządu?
— Przynajmniej nie będzie wydzierać się tylko na nas.
— A jeśli Sally się rozpłacze? To może źle na nią zadziałać, bo wiem, że zaczął jej się okres.
— Mnie zacznie się za kilka dni, a jakoś muszę to znosić!
— Myślicie, że Jessica powie nam, co robić?
— Tak, bo właśnie jej potrzebuję – wtrąciła się Mary, wpychając do ich „kółeczka”. – Jessica Beinz to największa suka, jaką kiedykolwiek poznałam. Truła May Potter eliksirem przeciw mdłościom w ciąży przez prawie sześć lat, kiedy dzieliły razem dormitorium. Właśnie taka osoba jest mi w tej chwili potrzebna. Wezwijcie ją.
Larissa zmarszczyła brwi i zawahała się poważnie.
— Do czego ci jest potrzebna Jessica?
No nie, zaśmiała się w myślach Mary. Czyżby nareszcie zaczęła myśleć?
Z jednej strony fakt, iż Piękności odważyły się ruszyć głową, przyniósł jej ulgę i utraconą wiarę w ludzkość, ale z drugiej dochodziła właśnie do tej części planu, która opierała się na założeniu, że jej koleżanki to potwornie naiwne idiotki – i dlatego lepiej byłoby, żeby zbytnio się umysłowo nie wysilały, bo – Merlinie, broń! – jeszcze by ją przejrzały.
Każdy myślący człowiek pamiętałby, że Mary nie pozostawiała mu żadnemu zadania, a już na pewno niczego tak istotnego jak pilnowanie Jamesa i Lily. Nie była dość głupia, żeby ufać Larissie i jej koleżankom, i nie dość naiwna, aby choć przez chwilę pomyśleć, że mogą się spisać. Oczywiście Pięknościom wmówić można było wszystko, a kiedy dokonało się tego jeszcze w wyjątkowy zmyślny sposób – udało przed nimi wielkie rozczarowanie, dopieściło swoją wypowiedź pejoratywnymi epitetami i wytknęło im ich porażki – sukces był niemalże gwarantowany. Piękności były teraz na tyle wzburzone, przerażone i podenerwowane, że mogłyby zrobić dla Mary wszystko – nawet załadować się w zepsutą rakietę i zapuścić na Księżyc.
— Potrzebuję tej z was, która jest umiarkowaną idiotką – odpowiedziała zjadliwie. – Trudne zadanie, ale Jessica nadaje się najbardziej. Evans jej nie zna i dzięki temu nasz plan może się jakoś powieść. Oczywiście zakładając, że znowu nie nawalicie na całej linii.
Rachel udała obrażoną, krzyżując ręce na piersiach. Larissa rozkręciła się na tyle, że nie pozwoliła na takie wybicie z rytmu:
— Jaki: nasz plan? Nie układałyśmy z tobą żadnego planu!
Mary wywróciła oczami.
— To chyba oczywiste. Gdyby to był nasz wspólny plan, to gdzieś na tym etapie – NA ETAPIE PRZYGOTOWAWCZYM – wszystko runęłoby jak domek z kart. To jest mój plan, w którym wy weźmiecie udział.
— Dlaczego?
Dziewczyna wypuściła trochę aury wili i zasyczała:
— Chcesz, żeby zemściła się na was okrutnie za zdradę czy wolisz choć raz się na coś przydać i nieco mnie tym ugłaskać?
Larissa zastanowiła się przez chwilę – tak, że w jej oczach niemal błyszczały trybiki i obracające się zębatki – ale w końcu przyznała Mary rację i powiedziała, że woli wziąć udział w planie.
To mnie zaskoczyłaś, Larisso, pomyślała wila i uśmiechnęła się sztucznie.
— Mądra decyzja.
Ale – wtrąciła się Rachel, bo teraz to ona odważyła się uruchomić mózg. – Skoro jest tu jakiś wielki plan, to dlaczego wczoraj zareagowałaś tak emocjonalnie w Wielkiej Sali? To była niby część planu?
Larissa uniosła palec do góry i potaknęła pseudointeligentnie. Mary wzniosła oczy ku niebu.
— Oczywiście, że tak, suki! Nie jestem w tym amatorką!
— I to niby zadziałało? – zakpiła Summer, przypominając innym o swojej obecności. – Nie wydaje mi się.
SZKODA, że ci się nie wydaje, ale JA znam Jamesa lepiej niż ty i wiem, co robić, żeby zaczął MYŚLEĆ ROZSĄDNIE.
— Och, tak? A ja myślę, że bardzo kręcisz – powiedziała dzielnie Larissa, uśmiechając się do Mary triumfalnie. – Wiemy dobrze o twoim kochasiu w blond włosach.
Wila trąciła się palcem w czoło i spojrzała na Piękności wyniośle:
— Myślisz, że nie wiem, że nasyłasz swoje służki, żeby mnie śledziły, Larisso?
Prefekt Naczelna rozdziawiła usta i natychmiast je zamknęła. To było przekomiczne, oglądać w przyśpieszonym tempie jak zdobywa pewność siebie i natychmiast traci rezon. Pokręciła głową i rzuciła słabo:
To…
— ZUPEŁNIE NIEISTOTNE! – machnęła ręką Mary, łypiąc groźnie na Rachel. – Idź po Jessikę albo dopiszę to na listę rzeczy, DLACZEGO TAK BARDZO WAMI GARDZĘ i jeszcze raz ROZWAŻĘ, jak was ukarać!
Rachel nie trzeba było dłużej przekonywać. Zerwała się z łóżka, otworzyła zamaszyście drzwi i wybiegła w kierunku Pokoju Wspólnego Krukonów. Mary pogoniła ją jeszcze, wychylając się na korytarz:
— BIEGNIJ! Masz pięć minut. Tik-tok! Tik-tok! TIK-TOK!

♣♣♣
Środa.
To wszystko zaczęło się od dziwnego zachowania Jamesa. Były inne zdarzenia poprzedzające jego kaprysy, w tym także bezpośrednia przyczyna odmiennego niż zwykle postępowania, ale Lily uświadomiła sobie, że nadciąga coś niepokojącego, coś, czemu powinna przeciwdziałać, gdy tylko zobaczyła twarz Pottera tego poranka. Kiedy z perspektywy czasu, opowiadając Hagridowi całą historię, Lily przypominała sobie wszystkie wydarzenia, zaczynała dostrzegać pewne szczegóły i detale, zbyt subtelne, by zwrócić na nie uwagę równolegle z chwilą, gdy się pojawiły. W środę rano, po śniadaniu na wynos skonsumowanym z Chase’em, miała dość dobry humor i wyjątkowo wyzbyła się swojej podejrzliwej i sceptycznej natury. Brak odwiedzin Jamesa, brak jakiegokolwiek odzewu z jego strony, a nawet to, że ostatnio pokłócił się o nią z Mary – to wszystko wydawało jej się błahe i niepowiązane. Zupełnie zapomniała o tym, że z Jamesem działo się coś niepokojącego od dłuższego czasu, nie pamiętała o dziwnym dystansie, jaki się pomiędzy nimi uformował, o ich kłótni, o ich zakładzie, o ich braku zaufania. Dwa dni później, po wielu naprawdę zatrważających wydarzeniach, klapki z oczu już jej opadły. Zaczęła dostrzegać, że James był niespokojny i rozproszony kilka dni przed takimi wydarzeniami jak powrót jego siostry i wizyta rodziców, jak kłótnie z Lily, z Mary czy nawet z Dorianem, tak jakby podświadomie wyczuwał zbliżającą się katastrofę.
A wszystko zaczęło się tak:
— James nie odwiedził cię wczoraj w skrzydle? – spytała Emmelina, wrzucając do torby kilka książek ze swojej szafki nocnej. Lily pokręciła głową.
— Pewnie był zajęty.
— Pewnie tak – odpowiedziała Lily, narzucając sobie wypchany tornister na ramię. – Albo Poppy nie chciała go wpuścić.
Spojrzała w kierunku drzwi wyjściowych, a potem zerknęła na inną ich parę, tkwiącą po przeciwnej stronie ściany.
 – DORCAS, WYŁAŹ WRESZCIE Z TEJ ŁAZIENKI! – krzyknęła, kiedy Emmelina pisnęła, że są praktycznie spóźnione. – Mówiłaś, że chciałaś porozmawiać z profesorem Argentem!
Dorcas wypadła z łazienki, ze szczoteczką do zębów w buzi i wielkim turbanem na głowie.
— Tołonkciałpolosmawjaćzemnom – wydukała, szorując zęby. – Ponoścosiestalo.
— Fajnie – przerwała jej Emmelina. – Ale musimy się pospieszyć, Dorcas.
Meadowes wywróciła oczami, jedną ręką ściągając ręcznik z wilgotnych włosów. Wróciła z powrotem do łazienki, przepłukała sobie gardło i złapała za swoją własną, praktycznie pustą torebkę, bo miała dzisiaj jedynie jedną godzinę transmutacji po południu. Emmelina zatrzasnęła drzwi i cała trójka pognała do Pokoju Wspólnego, gdzie okazało się, że zegarek Titanicówny śpieszy się i mają jeszcze dwadzieścia minut do lekcji.
— Wybaczcie mi, ale miałam fatalną noc – jęknęła Emma, kiedy dziewczyny zdecydowały się nie wracać do dormitorium, tylko wcześniej udać się do klasy. – Nie mogłam spać, a byłam w dormitorium sama z wściekłą Mary, która włożyła do gramofonu płytę z wyjącymi balladami o złamanym sercu. Do wczoraj lubiłam Celestynę Warbeck… ale w takich ilościach!
Lily uśmiechnęła się od ucha do ucha i zarzuciła ramiona na barki swoich dwóch koleżanek.
— Czy jestem złym człowiekiem, jeśli słuchanie o rozpaczy Mary sprawia mi satysfakcję?
Dorcas chciała jej coś odpowiedzieć, ale Emmelina weszła jej w słowo:
— Nie zmieniaj tematu, Lily! Gdzie byłyście wszystkie? Jesteśmy najliczniejszym dormitorium w tej szkole – SZEŚĆ osób – i nie wierzę, że wczoraj – WE WTOREK – szłam spać tylko ja i MARY MCDONALD! To my jesteśmy imprezowymi typami… tak mi się przynajmniej wydawało.
— To faktycznie trochę dziwne – zachichotała Dorcas, jak zwykle reagując nieadekwatnie do sytuacji. – Nie wiem, co porabiała Hestia i Marley, ale ja byłam u Syriusza. I nie było tam nikogo innego – zarumieniła się. – Szczerze powiedziawszy, myślałam, że reszta Huncwotów poszła do was.
— Może do Hestii i do Lenny. Ja spałam w skrzydle, w sąsiednim łóżku obok młodszego pana Blacka – Lily sugestywnie poruszała brwiami. – Chyba podobnie spędziłyśmy czas, Dorcas.
— Ty może trochę mniej czynnie – mruknęła cicho Emma.
Zbiegły ze schodów na trzecie piętro, gdzie wpadły na rozchichotaną Summer Blake i jej puchońską koleżankę, ale ominęły je bez zbędnych ceregieli. Lily zdołała jeszcze usłyszeć imię Jamesa i zauważyć, że siódmoklasistki przyglądają jej się niezwykle bacznie i szepczą coś pod nosem o jej pryszczu na policzku. Intuicyjnie dotknęła swojej cery. Nie wyczuwała żadnych zgrubień, ale może…
— Czy ja mam może…?
— Słodki Merlinie! – wykrzyknęła Dorcas, kręcąc głową. – Dzięki ci za Summer i jej pustą przyjaciółkę! Gdyby nie one, najważniejszy temat prześlizgnąłby nam się przez palce…
Dorcas – skarciła ją Emma, nie znosząca podobnej niedyskrecji, chociaż sama nie potrafiła powstrzymać kilku zaciekawionych spojrzeń w kierunku Lily i mijających je koleżanek.
— Umówiłaś się z Jamesem czy nie? – wypaliła Meadowes, gotowa w każdej chwili albo opaść z rozczarowania, albo wyskoczyć w niebo z głośnym piskiem. Lily wysłała jej zadziorne spojrzenie i rzekła:
— To tylko randka, Dorcas. Nic szczególnego.
Emmelina i Dorcas równocześnie wybałuszyły oczy tak mocno, że o mało nie wypadły im z orbit.
Że co?
— Lily!
Wymieniły spojrzenia, uśmiechnęły się pod nosem…
I ruszył koncert pytań.
— Co się stało, że nagle zmieniłaś zdanie, Lily?
— Pocałował cię?
— Robiliście to?
— Jesteście razem?
— Ale nie jesteś w ciąży?
— Jesteś szczęśliwa?
— HEJ! – Lily uniosła wysoko ręce i parsknęła. – Nie rozpędzajmy się tak, dobrze? Przegrałam zakład – zresztą, chciałam go przegrać – i dlatego muszę iść z nim na jedną randkę. Tyle przeżyję. Zobaczę, jak się dogadujemy i potem będę myśleć o wszystkim innym. Po prostu… chcę dać mu szansę, okej? Staram się podejść do tego zdroworozsądkowo i naprawdę nie rozumiem, dlaczego wszyscy tak strasznie szaleją.
Dorcas chciała powiedzieć, co myśli o „zdroworozsądkowym podchodzeniu do podobnych rzeczy”, ale Emmelina przerwała jej, wyrażając swoje myśli bardzo taktownie i oficjalnie:
— Myślę, że to dobra decyzja z twojej strony, ale musisz liczyć się z tym, że James może to źle odebrać. On myśli, że już po wszystkim i że nareszcie mu się udało, a jeśli po waszej randce stwierdzisz, że to wszystko było jedynie w ramach zakładu, on może…
— Nieźle się wkurzyć – dokończyła Dor. – Och, daj spokój, Lily! Zdroworozsądkowo! Z Jamesem? Z nim dziewczyna raczej nie myśli rozsądnie tylko skacze w bezdenną przepaść ryzyka.
Lily spojrzała na nią wściekle i już chciała spytać, co ona wie o skakaniu gdziekolwiek z Jamesem, gdy Emma wtrąciła pośpiesznie:
— Oczywiście popieramy twoją decyzję…
Serio?
— …ale postaraj się też zrozumieć, że z dnia na dzień twój stosunek do niego zupełnie się zmienił i to ma prawo szokować cały Hogwart.
Dziewczyna już otwierała usta, żeby zaoponować (z dnia na dzień? Czy ta dziewczyna miała pojęcie, co się wyprawiało pomiędzy Lily i Jamesem od początku tego roku szkolnego?!), ale rozmyśliła się ostatecznie i przyznała Emmelinie rację. Tylko garstka osób – właściwie to tylko ona i James – wiedziała o wszystkich układach, zakładach i porozumieniach, o wszystkich tych komplikacjach, które tworzyły się pomiędzy nimi przez kilka ostatnich miesięcy. W opinii szkolnej Lily wciąż pozostawała beznamiętna względem Jamesa, a on nadal bezskutecznie starał się zwrócić na siebie uwagę. Ta powszechna konsternacja, to hogwarckie niedowierzanie, nie powinno jej ani dziwić, ani denerwować, ani nawet martwić. Tak na ludzi wpływają ezoteryczne tajemnice.
Uśmiechnęła się życzliwie.
— Wiem, Emmie. I dziękuję ci za wsparcie. Ale…
— SZZZA! – odezwała się nagle Dorcas, zasłaniając Lily usta dłonią. Emmelina zmarszczyła czoło i odwróciła się na pięcie. Cała zesztywniała. Lily nadal nie widziała przyczyny ich nagłego osłupienia, ale udało jej się je usłyszeć.
— Jak możesz być tak naiwny, James!
Mary McDonald, skrząca urokiem wili, obrażona i rozgoryczona, stała przed nimi w swoich wielkich butach na obcasie, idealnie ułożonej fryzurze i zwisającej zewsząd drogocennej biżuterii. Towarzyszył jej James, i chociaż Lily dostrzegła go dopiero po chwili, ledwie usłyszała jak Mary wymawia jego imię z tak okropną pretensją, jej serce już o mało nie wyskoczyło ze środka piersi. Widok Pottera jak zwykle zwalał z nóg – chociaż nawet ona musiała przyznać, że miewał lepsze dni. Jego twarz poszarzała od zmartwienia i zdenerwowania, oczy spuchły, a pod nimi odcisnęły się sine półksiężyce, usta natomiast zbladły i nieco spierzchły. Lily nie widziała go zaledwie dobę, ale zdawać by się mogło, że przez te dwadzieścia cztery godziny wydarzyło się coś, co odcisnęło się na aparycji Jamesa równie bezlitośnie jak piętno czasu.
— Cholera jasna, Mary, nie wtrącaj się choć raz w swoim pieprzonym życiu…
— Ona wszystko zepsuje! – przerwała mu wila, krzyżując ręce na piersi i marszcząc nos, jakby jej coś śmierdziało. – Już wszystko zepsuła! Przecież chyba nie myślisz, że może wam kiedykolwiek wyjść! Nie zbudujesz dobrego związku na kłamstwie, a lepiej, żeby niektóre rzeczy pozostały tylko pomiędzy nami – no i może jeszcze Chamberlainem. W ogóle najlepiej – i najbezpieczniej! – było jeszcze rok temu, zanim zaczęło ci odpierdalać i zainteresowałeś się tą głupią szmatą, która wpędzi cię do grobu…
— Świetnie! – skomentowała głośno Lily, mijając zaskoczone przyjaciółki. Mary urwała. Obróciła się na pięcie w jej kierunku, uśmiechnęła sztucznie i – odczekując, aż Lily zbliży się wystarczająco – splunęła tuż pod jej nogi. James cały zbladł, ale nic nie powiedział. Jeszcze raz wymienił spojrzenie ze swoją byłą dziewczyną.
— Zapamiętasz moje słowa – powiedziała do niego sucho na odchodne i zniknęła za drzwiami klasy, dla efektu głośno nimi trzaskając.
James odetchnął głęboko i spojrzał na Lily, wciąż wpatrującą się w miejsce obok niego, gdzie przed chwilą stała Mary.
— Hej, Księżniczko – powiedział dość ciepło, chociaż ewidentnie przyszło mu to z trudem. Nachylił się i cmoknął Lily w policzek. – Wyzdrowiałaś już?
Złapał ją czule za rękę, ale Evansówna wyrwała mu się natychmiast, odchrząknęła i wskazała na korytarz zatłoczony uczniami czekającymi na swoje lekcje. James rozejrzał się i uśmiechnął bezczelnie.
— Nie zapędzaj się.
Lily, daj spokój…
Dziewczyna uniosła ręce do góry i oddaliła się o krok, nim ten zdążył ją ponownie dotknąć.
— Mam na myśli to, że nie powinniśmy się zapędzać  - powiedziała chłodno, otwierając gwałtownie drzwi. – Pogadamy na przerwie.
James nie zdołał nawet za nią zawołać, bo drzwi ponownie się zatrzasnęły, a oparła się o nie Emmelina z bardzo moralizującą miną.
— Wiesz, że nawaliłeś już pierwszego dnia? – spytała ze smutnym uśmiechem. Chłopak pokręcił głową w odpowiedzi, szepnął, podobnie jak Lily, „świetnie”, i wymierzył framudze drzwi solidnego, wściekłego kopniaka.

♣♣♣
Środa.
Wiem, że przegrałam zakład i nie mam prawa upominać się o jakiekolwiek informacje… ale zdołałam już zapomnieć, jak bardzo intrygowała mnie ta cała tajemnica, której Mary strzeże jak klucza do swojego serca.
Podczas przerwy pomiędzy obroną i transmutacją dziewczęta przysiadły na wykuszy wielkiego, witrażowego okna, tego samego, przy którym godzinę temu zobaczyły sprzeczających się Mary i Jamesa. Korzystny przypadek sprawił, że klasy do obydwóch przedmiotów mieściły się na tym samym korytarzu, a to oznaczało, że nawet najmniejsza obawa przed spóźnieniem na lekcję nie mogła przejść im przez głowę i w ten sposób oderwać od pasjonującej konwersacji.
Postanowiły jeszcze raz rozpatrzeć sens zdroworozsądkowego stosunku do Jamesa, argumentując, że chyba stracił on lekko na aktualności po ostatnich wydarzeniach. Dorcas i Emmelina bardzo niełaskawie skrytykowały zachowanie Mary i chociaż przyniosło to Lily pewną ulgę, i chociaż szalenie miło było wspólnie ją poobgadywać, obelżywe słowa nie mogły magicznie wymazać jej szkodliwego wpływu i destrukcyjnej siły, którą wymierzyła w dwudniowy związek Lily i Jamesa.
Mimo nieformalnej obietnicy, para nie porozmawiała na przerwie, i wyglądało na to, że wkrótce to również nie nastąpi. Nie tylko Evansówna jeszcze nie czuła się na siłach ani nie miała ochoty na zmierzenie się z wymówkami i przekrętami Pottera, ale też on sam ewidentnie stronił od jej towarzystwa. Ledwo skończyła się lekcja, a Argent wyszedł z klasy i wcisnął do ręki Dorcas jakiś świstek papieru, już James zerwał się na równe nogi i opuścił salę,  a następnie w eskorcie Syriusza zniknął w załamaniu korytarza, wymawiając się tym, że musi zapalić.
Na lekcji nie szukał kontaktu z Lily – wręcz przeciwnie, usiadł w ostatniej ławce razem z Mary i kłócił się z nią wytrwale o „ezoteryczną tajemnicę” i ewentualne dopuszczenie swojej nowej „dziewczyny” do skromnego kręgu w nią wtajemniczonych. Najwyraźniej poniósł zupełną porażkę w tej materii, bo po lekcji zniknął jak kamfora, by zatruwać swoje płuca uspokajającą nikotyną, a McDonaldówna niemalże wirowała na korytarzach, dając upust swojej satysfakcji.
— Nienawidzę jej – szepnęła Lily, krzyżując ręce na piersi. – Tak bardzo jej nienawidzę.
Jej uczucia bez dwóch zdań zostały odwzajemnione nawet z większą żarliwością, o czym Lily bardzo szybko mogła się przekonać.
Na przerwie z klasy zaklęć wypadli siódmoklasiści – łącznie z Larissą Richardson, Summer Blake, Sally McDonwer i Rachel Sommers – a te, zobaczywszy Mary, odłączyły się od swoich kolegów i przywitały się z nią przesadnie entuzjastycznie. Razem zgromadziły się przy oknie przeciwległym do tego ogromnego, witrażowego, przy którym stała Lily i jej koleżanki.
Cała ich gromada z szerokimi uśmiechami podsłuchiwała, jakie okropne rzeczy Lily, Dorcas i Emmelina mówią pod adresem Mary i odwdzięczały im się tym samym. Na początku zdobyły się na względną dyskrecję i jedynie szeptały coś między sobą, ale w miarę obgadywania zarówno one, jak i szóstoroczne Gryfonki  robiły się coraz bardziej głośne.
— Mary straciła już Jamesa, dlaczego trzyma się tych ich sekretów jak tonący brzytwy – powiedziała Emmelina. – Ale on wkrótce spostrzeże, że jest psychologicznie molestowany i zupełnie przestanie się do niej odzywać.
Poparła ją nie tylko Dorcas, ale i chichoty Summer i Larissy.
— Wiem chyba jak możesz jej utrzeć nosa, Lily – uśmiechnęła się na samą myśl Meadowes. – Sama podała nam rozwiązanie na tacy, głupia jak zwykle.
— No nie wytrzymam! – krzyknęła Mary. – Meadowes nazwała mnie głupią i w dwie sekundy zaplanowała, jak mnie przechytrzyć!
Lily pokazała jej środkowy palec i poprosiła Dorcas, żeby ściszyła głos z powrotem do szeptu.
— Mary powiedziała, że ich tajemnica powinna pozostać…
—…pomiędzy nimi – potaknęła. – Tak, to faktycznie wiele zmienia.
— …pomiędzy nimi i Chamberlainem, Lily. Pomiędzy tą wredną suką, Jamesem i twoim byłym chłopakiem. Czy muszę mówić więcej?
Zaiste, nie trzeba było nic poza tym dodawać. Dorian, Mary i James kiedyś trzymali się razem – no, jeszcze z Syriuszem i ze Skye (a może ostatnia dziewczyna stanowiła najlepsze rozwiązanie? Z całej tej bandy Skye DeVitt zdawała się lubić Lily najbardziej) – a dopiero niedawno doszło pomiędzy nimi do jakiegoś wielkiego rozłamu, gdzie Dorian i Mary pokłócili się ze wszystkimi (dobrze, Mary potem pogodziła się z Jamesem i chyba całkiem przepadała za Dorianem). Lily wiedziała, że Chamberlain nie znosi całej tej paczki nie mniej niż oni i nie zdziwiłaby się, gdyby łagodną perswazją przekonała go do zdradzenia kilku ich tajemnic.
Ale wcześniej musiałabym się z nim przeprosić, pomyślała pesymistycznie. Ten fakt zdecydowanie mógł stać się przeszkodą nie do przeskoczenia, gdyż po aferze zdjęciowej i po tym, jak okazało się, że była ona sprawką Doriana, Lily nie chciała mieć z nim więcej do czynienia. Co więcej, znała swojego byłego chłopaka na tyle, że wiedziała, iż obrazi się na nią za umówienie z Jamesem i nie będzie chciał odezwać się doń choć słowem.
Ciężka sprawa.
— Jak miałabym wyciągnąć to z Doriana? – spytała poważnie. – Ty chyba nie masz pojęcia, jaki to typ faceta. Straszny cham – słowa mi nie powie, choćbym na rzęsach stanęła.
— Wiesz, Lily – wtrąciła się Emmelina z błyskiem w oku. – Myślę, że spokojnie dałabyś radę przekonać Doriana, stosując odpowiednie metody. Kobiece metody.
— A wtedy będziesz znała już sekret Jamesa i on będzie mógł spiskować o nim z tobą, a nie z Mary.
To brzmiało pięknie, ale po raz kolejny obrazowało, jak bardzo jej koleżanki nie znały tych dwóch chłopaków. Już widziała Jamesa gadającego z nią o swoich ezoterycznych tajemnicach po tym, jak poznała je, uwodząc jego kuzyna. I już widziała Doriana, który po sprzedaniu garści sekretów po prostu daje jej spokój i nie robi afery przed Potterem.
To nie mogło się powieść.
— Myślicie, że miałabym… uwieść Doriana?
Zanim Emmelina i Dorcas zdołały odpowiedzieć cokolwiek, Lily dowiedziała się, co myślą na ten temat królowe hogwarckich plotek i złośliwości:
Roześmiały się głośno, a Summer – którą Lily zawsze uważała za najzłośliwszą i najbardziej zawistną o Jamesa – aż otarła łzy rozbawienia z kącików oczu. Rudowłosa skrzyżowała ręce na piersiach. Jej przyjaciółki obejrzały się za siebie.
— Wiem, że Chamberlain ma dziwny gust, jest dość niewyżyty i w ogóle trochę zbyt nadęty i mądry – zaopiniowała Rachel – ale chyba nawet jego Evans nie przekonałaby swoim urokiem.
— Nawet nie chodzi o urok, Rachel – wtrąciła się Sally McDonwer. – Evans jest odrażająca. W ogóle o siebie nie dba i nie ma za grosz kobiecości. Mogłaby podniecić tylko kogoś potwornie zdesperowanego.
Mary aż jej zaklaskała, zachwycona tą wygłoszoną i głęboko przemyślaną konkluzją. Lily otworzyła usta z oburzenia, ale natychmiast je zamknęła. Nie przychodziło jej do głowy nic, co byłoby dość dobrą ripostą. Spojrzała bezradnie na Emmę i Dor. Obydwie miały miny jak ryby wyciągnięte z akwarium.
— Hej, Evans! – tym razem odezwała się Larissa, wysyłając jej uśmiech, który ktoś nieznający jej paskudnego charakteru mógłby uznać za całkiem szczery, naturalny i sympatyczny. – Czy to prawda, że chodzisz z Jamesem?
Cała piątka zamilkła, a Mary wysłała jej wyniosłe spojrzenie – czekały na odpowiedź. Lily prychnęła głośno. Niech te zołzy gadają sobie, co im się żywnie podoba:
Tak.
Emmelina wypuściła głośno powietrze, Dorcas spojrzała na Lily bez zrozumienia, twarz Mary poszarzała z zimnej wściekłości, a szmer przeszedł przez grupkę Piękności. Larissa poprawiła włosy i odstąpiła od swojej paczki, wychodząc do Lily. Po raz pierwszy od zawsze obdarzyła jej spojrzeniem, w którym można było dostrzec coś innego obok pogardy – jakieś uczucie pochodne do respektu.
— Wiesz co? – zagadnęła Larissa, odważając się przejechać dłonią po włosach Lily. – Przyjęłabym cię do Piękności, gdybyś nie była taką ofermą. Ale w sumie… — wzruszyła ramionami - …mamy już Gretę, mamy Summer (Rachel i Sally zaniosły się śmiechem) i miałyśmy Meadowes – wysłała w  kierunku Dorcas sztuczny uśmiech - …to i ty się nadasz. Może gdybyśmy cię trochę odpicowały… co o tym myślisz, Mary?
Mary przyjrzała się Lily krytycznie, tak jakby ujrzała ją po raz pierwszy w życiu i musiała ocenić na jakimś castingu modelek.
— Nie wierzę, że to mówię, ale może James jest gejem? – wypaliła Mary, kręcąc głową. – Ona jest taka męska.
— Ma cycki wielkości złotych zniczów – pokiwała głową Summer.
— I nie zdziwiłabym się, gdyby miała włosy na klacie – poparła ją Sally.
— I na języku – dodała z mocą Rachel, chociaż nie było to z niczym powiązane.
Lily wysłała im pobłażliwe spojrzenie, nie dając po sobie poznać, że dotknęły ją te komentarze. Przywykła już do tego, że Piękności zaczepiały ją przy pierwszej lepszej okazji i dokonywały wszelkich starań, aby sprawić jej przykrość. Idealnie nauczyła się, jak zachować pozory dzielnej i niewzruszonej, a poza tym nie mogła robić z siebie nie wiadomo jakiej ofiary, bo nigdy nie puszczała im złośliwości płazem, a odwdzięczała pięknym za nadobne. Lily była osobą silną – osobą niezależną, twardą i mało ckliwą – a zwykle właśnie takie osoby mają największe kompleksy.
 — Ile wy macie lat? – spytała twardo i oschle. – Takie zachowanie można jeszcze wybaczyć waszym dwunastoletnim koleżankom, ale wy powinniście już dawno wyrosnąć z roli głupich księżniczek.
Larissa skrzyżowała ręce na piersi i zachichotała.
— To zabawne, że nazywasz nas dziećmi, kiedy sama wyglądasz ledwo na dwanaście lat. Miałaś już w ogóle miesiączkę, Lily?
— Wolę być nierozwinięta niż pusta jak czekoladowe jajko wielkanocne - burknęła Lily. – I tak. Miałam już miesiączkę.
Summer parsknęła. Mary szepnęła coś do ucha Sally, a potem obydwie zatoczyły się histerycznym śmiechem.
— Błagam cię, Larisso – westchnęła przeciągle Emmelina. – Zbierz swoje koleżanki i idź sobie.
—  Nie masz prawa rozkazywać mi już dłużej – odpowiedziała krnąbrnie Prefekt Naczelna. – Nie masz żadnego autorytetu w tej szkole.
Emmelina podeszła do niej i wyprostowała się – mimo obcasów i tego, że była jedną z najwyższych uczennic w szkole – nie mogła zrównać się z Larissą. Już chciała powiedzieć jej coś na tyle autorytatywnego, aby zarówno ona, jak i całe jej Piękności, natychmiast zmieniły drużynę i odwróciły się plecami do Mary – ale właśnie wtedy z klasy wyszła profesor McGonagall, by zaprosić uczniów na lekcję. Z nieukrywanym zdziwieniem przypatrzyła się wściekłej Lily, zdezorientowanej Dorcas stojącym przy wielkim oknie; Larissie i Emmelinie łypiącymi na siebie spode łba na środku; i w końcu  Summer, Rachel, Sally i Mary podpierającym się o przeciwległy parapet i uzbrojonym o miny równie zawzięte jak wszystkie pozostałe towarzyszki.
— Co to za zbiorowisko? Do klasy, dziewczęta – powiedziała sucho McGonagall, wpatrując się z zimną furią w siódmoklasistki. – A wy biegnijcie na eliksiry, zanim odejmę Gryffindorowi i Hufflepuffowi odpowiednią ilość punktów.

♣♣♣
 Środa.
James wpadł do klasy transmutacji tuż przed dzwonkiem, czerwony, zasapany i rozczochrany, ale uśmiechnięty. Kiwnął głową w kierunku Lily, tak jakby wcale nie unikał jej przez ostatnią godzinę, i zbliżył się do jej ławki. Bezceremonialnie rzucił swój plecak na sąsiednie krzesło, nachylił się nad nią i cmoknął ją w płatek ucha.
— Idź sobie – zakryła ucho kosmkiem włosów. – Śmierdzisz papierosami.
— Nie wolno nam zmieniać miejsc! – udał, że przeraziła go podobna niesubordynacja. – Oszalałaś? Co jeśli profesor McGonagall zobaczy, że nie siedzimy tak, jak na pierwszej lekcji?!
Cała ta afera z Pięknościami, ich złośliwe komentarze i zwątpienie w atrakcyjność i kobiecość Lily nie dawało jej spokoju i skuteczne pogłębiło brak chęci na rozmowę z Jamesem. Evansówna dobrze wiedziała, że próbowano ją podpuścić, aby sama straciło to, czego Piękności bezsprzecznie jej zazdrościły – czyli afektu Jamesa; wiedziała również, że czując się paskudnie, zachowuje się dokładnie tak, jak zaplanowała bez wątpienia uwikłana we wszystko Mary. Mimo to myślami bezustannie wracała do sytuacji na korytarzu, przyglądała się krytycznie całemu swojemu ciału i zastanawiała – nie planowała, ale po prostu gdybała – czy jeśli byłaby wystarczająco pusta, żeby wydobyć ezoteryczną tajemnicę od Doriana damskimi sposobami, to odniosłaby zwycięstwo. I niestety, dochodziła do wniosku, że chyba nie.
Piękności często kłamały i naginały prawdę, ale tym razem były z nią szczere – wdzięku to ona nie posiadała za grosz, nie umiała zbytnio flirtować i w ogóle brakowało jej wiedzy i praktyki w całym tym damsko-męskim maglu. Właściwie to zawsze zdawała sobie sprawę z tych uszczerbków w swoim wizerunku, ale jakoś ostatnio o tym zapomniała – może dlatego, że nagle przybyło jej dwóch poważnych adoratów, a nic tak nie potrafi podnieść samooceny jak świadomość, że komuś się szalenie podobasz.
— Nie siedzisz tutaj – burknęła w odpowiedzi i nagryzała na pergaminie szubienicę. Zwykle kiedy coś ją trapiło, rysowała makabryczne rysunki. James, w swojej nikotynowej euforii, chyba w ogóle nie zauważał tragicznego nastroju swojej towarzyszki.
— Od pierwszych zajęć siedzimy razem na transmutacji, kochanie.
— A ty od pierwszych zajęć – uniosła wściekle głowę, chcąc wyładować na nim całą swoją frustrację – ale nie w tym roku, tylko ogólnie w Hogwarcie – siedzisz na obronie z Syriuszem, a godzinę temu usiadłeś z Mary. Wiesz jak to się nazywa? Niekonsekwencja – przedrzeźniła go bez humoru, teraz rysując wisielca z wielką, atramentową czaszką. James roześmiał się, odbierając ten atak jako przekorny przytyk.
— Uwielbiam te twoje riposty, zazdrośnico.
Usiadł obok niej dokładnie w tym momencie, kiedy profesor McGonagall wyczytała nazwisko Evans i spojrzała w kierunku ich ławki. Lily niemrawo powiedziała, że jest obecna.
Rysując, przyglądała się swoim paznokciom – poobgryzanym, nierównym i nieznacznie przebarwionym. To śmieszne, ale z całej tej tyrady Mary i jej bandy, najbardziej zapadła jej w pamięć propozycja Larissy o przyjęciu jej do Piękności po wcześniejszym… pięknościowym zabiegom – dosłownie i w przenośni. Rzecz jasna, nie padła jeszcze na rozum i nie miała zamiaru krzyżować swojej drogi z tymi dziewuchami, ale… ale była ciekawa, co miałyby jej do zaproponowania.
Wykład McGonagall dłużył się i dłużył – jak zwykle cała klasa zamarła w milczeniu – jedni dzielnie słuchając, inni – tak jak Lily – jedynie udając, że cokolwiek z tego rozumieją. Zerknęła na Jamesa. Wpatrywał się na swoje ręce. Zastanawiała się, czy słucha czy myśli o czymś zupełnie innym – może o ezoterycznej tajemnicy. Wiedziała, że to głupie, ale… zastanawiało ją, co by było gdyby na przerwie wcale nie uciekł z Syriuszem zapalić, tylko został z nią porozmawiać. Oczywiście, wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej, ale gdyby jednak w jakiś sposób słyszał całą tę nagonkę na Lily… czy stanąłby w jej obronie czy jednak przyznał Larissie trochę racji? 
Lily zerknęła na nauczycielkę. Nawijała coś o transmutacji ludzkiej i plotła o różnicach w jakiś tam zaklęciach. Evansówna nie miała siły próbować nadgonić temat – zauważyła, że nauczycielka nie patrzy w jej kierunku, więc sięgnęła po pióro i pergamin i naskrobała krótką, i bardzo głupią, notkę do Jamesa:

ROZMOWNIK

Myślisz, że jestem ładna?
Podsunęła mu liścik pod łokieć. James odczytał go kilka razy z bardzo zdumioną miną. Spojrzał podejrzliwie na Lily. Udała, że wsłuchuje się uważnie w wykład McGonagall, ale łokciem podsunęła mu swoje pióro.
Co?, odpisał lakonicznie.
No, tak… Właściwie to mógł poczuć się lekko zdezorientowanym, po tym jak Lily wyskoczyła ni z gruchy ni z pietruchy z pytaniem wybitnie nie w swoim stylu, po tym jak wcześniej obraziła się na niego i burczała, że chce usiąść obok niej.
Ach, te nastoletnie wahania nastrojów.
Musiała jakoś racjonalnie wytłumaczyć swoje pytanie, możliwie jak najbardziej nawiązując do swojej sytuacji, ale nie mówiąc całej prawdy – tego jeszcze brakowało, by James pomyślał, że przejmuje się zdaniem Larissy Richardson!
Ładna, James. Dziewczyny chcą mi zrobić jakąś metamorfozę, przemianę czy inna bzdurę…, napisała, nie uwzględniając o jakie dziewczyny chodzi. Takie rzeczy robi się tylko niedowartościowanym samotnym matkom, które nie mogą po ciąży wrócić do formy. Ja tak chyba nie wyglądam.
James uśmiechnął się pod nosem.
Nie wyglądasz.
Przynajmniej tyle.
Ale nie wiem, co o tym myśleć, napisała. Nie wiem, czy to wybitnie głupi pomysł na stracenie czasu, który można by zagospodarować pożyteczniej.
Na przykład pouczyć się do owutemów, które mamy za dwa lata, nie?
Uch! Dlaczego nie potrafiła wyzbyć się tych szyfrów i niedomówień nawet w głupich liścikach?
Na przykład. Po prostu chciałabym zapytać cię o zdanie.
Lepiej. Teraz już nie mógł po prostu ominąć tego tematu.
Wybacz mi, Lil, ale dlaczego pytasz o to akurat mnie?
Cholera!
Lily zawahała się długo nad odpowiedzią. Nie wiedziała, czy James po prostu z nią flirtuje, doprasza się o czułe słówka czy tez po prostu stara się zamknąć ten temat. Dlaczego wszystkie ich rozmowy zawsze zbaczały w opatrznym kierunku. Sięgnęła po pióro i napisała pierwsze, co przyszło jej na myśl:
Bo jesteś chłopakiem.
— Te twoje spostrzeżenia – westchnął James. Dziewczyna wzruszyła ramionami w odpowiedzi.
Ale dlaczego pytasz akurat mnie, Księżniczko? Awansowałem na uzdrowiciela twojej samooceny?
Uzdrowiciel samooceny… jak bardzo Lily słaba była w wyrażaniu swoich myśli, że nadała tej rozmowie taki kierunek?
Niezbyt.
Po namyśle dopisała jeszcze:
Dobra, zacznijmy jeszcze raz.
Wyciągnęła nowy pergamin i podała go Jamesowi.

ROZMOWNIK

Dlaczego do mnie piszesz, Lily?
Uśmiechnęła się pod nosem. Uwielbiała Jamesa za to, że zawsze dawał się wciągać w jej gierki i zabawy. Nieważne, jak bardzo by zwariowała lub co głupiego by wymyśliła, on zawsze starał się jej w tym towarzyszyć – o ile, rzecz jasna, nie mogło mu to zaszkodzić. Pod względem dystansu do siebie i wyluzowania tak bardzo kontrastował z Dorianem!
Zauważyła to już wcześniej, ale do tej pory raczej tego nie doceniała – ale Jamesowi mogła mówić nawet najmniej przemyślane, najgłupsze i najbardziej żałosne rzeczy – podczas gdy przy Dorianie i przy kimkolwiek innym bardziej lub mniej świadomie musiała ważyć i dobierać słowa. James czasem na nią krzyczał, czasem nawet ją krytykował, ale jeszcze nigdy nie wyśmiał tego, co mu szczerze powiedziała. Dlatego właśnie wcale nie bała się napisać tego, co skierowane dla każdego innego nie przeszłoby jej przez gardło (lub dłoń):
Dziewczyny stwierdziły, że nie jestem kobieca.
James długo wpatrywał się w nowy pergamin, nie wiedząc, czy napisać Lily coś motywującego czy raczej obrócić wszystko w żart.
Cóż za oburzający zarzut.
Lily zmarszczyła brwi. Szczerze mówiąc miała nadzieję, że napisze jej coś bardziej budującego.
Nie doceniła Jamesa. Zupełnie zapomniała, że wolał on działać, zamiast gadać – przyciągnął on jej krzesło do siebie, objął oparcie i bezceremonialnie posadził Lily na swoich kolanach – tak, że mógł wymacać jej nogi, uda i brzuch, równocześnie całując płatek ucha. Dziewczyna przegryzła dolną wargę.
James, nie wypuszczając jej ani z uścisku, ani ze swoich kolan, wyciągnął ramię, podsunął do siebie pergamin i pióro, i naskrobał wielkimi literami, tak, żeby nie musiała zmieniać swojej pozycji, aby odczytać jego wiadomości.
Co ci zarzuciły?
Lily próbowała mu odpisać, ale skrępowana uściskiem Jamesa nie mogła sięgnąć po pióro. Chłopak roześmiał się i pocałował ją w głowę.
Szeptaj.
Lily przysunęła się w kierunku jego nastawionego ucha i wyszeptała:
— Powiedziały, że zachowuje się jak chłopak…
James kiwnął głową, na znak, że usłyszał.
— Że brak mi wrażliwości…
Kiwnięcie.
— A Mary – powiedziała nieco głośniej niż zamierzała z dziką satysfakcją, a James wywrócił oczami – dorzuciła jeszcze, że mam męskie kształty, że chyba jesteś gejem, i że moje piersi są wielkości złotego znicza – zawahała się przez chwilę i dodała: — Czy złoty znicz jest bardzo mały?
James zmarszczył brwi, uśmiechnął się pod nosem i przeniósł swoje dłonie z jej pasa na udo – jego palce wspięły się wyżej, rozpięły dwa guziczki polówki i podrapały fiszbinę jej koronkowego biustonosza.
JAMES! – strzepała jego rękę, zanim paluszki mogły podważyć fiszbinę i eksplorować teren pod miseczką. Westchnęła ciężko i zeskoczyła z jego kolan.
— Prosiłaś mnie o zdanie, co do wielkości – rzucił przekornie, ale ponownie umieścił swoją dłoń na oparciu krzesła i udał, że słucha wykładu McGonagall. Myślała już, że nie wrócą do tego tematu, ale kilka minut później  James trącił ją w ramię i wskazał na pergamin.
Nie przejmuj się nią Lily… Znicz to ten największy.
Lily uśmiechnęła się do siebie.
A nie ten, który ty łapiesz? Ten, którego ledwo widać.
Niee…. Chodziło jej o te wielkie piłki… O te brązowe, które przerzuca się przez bramki. I to pasuje.
To dość dwuznaczny komentarz, James. W każdym razie wyraziły chęć zorganizowania dla mnie typowej przemiany jak dla zakompleksionych, grubych kociar.
Co?
Lily odchrząknęła, powstrzymując uśmiech.
Och… No wiesz. Te osiedlowe kociary, które czują się nieatrakcyjne, idą do telewizji na metamorfozę, a my to potem oglądamy.
James zmarszczył brwi i dopiero wtedy Lily uświadomiła sobie, że James mógł nigdy nie oglądać telewizyjnych metamorfoz na ABC, bo nie miał w domu ani satelity, ani telewizora, ani szalonej siostry (cofnij: głupiej siostry, bo z tą „szaloną” nie do końca trafiła), która chronicznie wciskała na pilocie tę stację i zmuszałą innych do oglądania tych programów.
Chociaż znając jego rodziców, to nie było niemożliwe.
Nie mam pojęcia, skąd bierzesz te skojarzenia. Ale byłbym ciekawy, co ci zrobią.
— Panno Evans i panie Potter – co państwo robią jeszcze przy swojej ławce?
Lily oblała się szkarłatym rumieńcem. Cała klasa stała podobierana w pary na środku klasy, a praktycznie wszystkie ławki już odsunięto pod ścianę. Wyglądało na to, że McGonagall zarządziła ćwiczenia w parach, żeby utrwalić wszystkie nowe zagadnienia z lekcji – ostatnio robiła tak często, bo w transmutacji ludzkiej najlepiej było odróżnić działanie zaklęć w żywej praktyce – zmieniając partnerowi kolor oczu albo dorabiając wielką brodawkę.
Bosko.
Przez klasę przeszedł chichot, a Lily i James wyskoczyli ze swojej ławki – ona strasznie zmieszana, a on rozbawiony.
— Wiecie, co macie robić? – spytała sucho McGonagall. Jej wychowankowie pokiwali głowami bez przekonania. – Zobaczymy. Panno Titanic, dlaczego nie ma pani jeszcze partnera?
Emma stała na środku klasy transmutacji jak zbłąkana owieczka i wpatrywała się na nią wielkimi oczami.
— Proszę, podejdź do pana Reagana.
Ani Chase, ani Emmelina nie ruszyli się z miejsca.
— Pani profesor… — jęknęli obydwaj. McGonagall pokręciła kategorycznie głową.
—To tylko ćwiczenia – nacisnęła. – Nie musicie iść razem na wesele.
Mary roześmiała się histerycznie, a Syriusz – który był jej parą – zlustrował ją obrzydzonym spojrzeniem. McGonagall odchrząknęła.
Do pracy. Będę krążyć wokół was i sprawdzać czy pracujecie oboje – spojrzała tu głównie w stronę Lily i Jamesa. – Priori Incantatem.
Lily wywróciła oczami. Odgadnięcie zadanego tematu zajęłoby jej chwilę – należała bowiem do bystrych obserwatorów – ale rzucenie nowego transmutacyjnego zaklęcia z działu tak trudnego jak przemiany humanoidalne, bez uprzedniego wysłuchania teorii – to już abstrakcja. James złapał ją od tyłu w pasie, szepcząc, że ten temat to bułka z masłem. Evans wywróciła oczami i spróbowała się mu wyrwać.
Bezskutecznie.
— Poradzisz sobie – wywrócił oczami. – Skoro zdałaś ten mega trudny egzamin – uśmiechnął się. Lily poczuła, że zapada się w sobie. Gdyby on wiedział… — I pokazałaś Chamberlainowi, gdzie jego miejsce. Byłem z ciebie dumny.
Dobij mnie jeszcze bardziej, James, pomyślała melancholijnie.
— Puść mnie – wydukała. Potter zamruczał na wyraz protestu:
— A nie chcesz poczuć, jak bardzo działasz na facetów?
Nachylił się. Lily kopnęła go w kolano.
— To nie pora na twoje hormony, James.
— Flirtowałaś ze mną przez całą lekcje. Sama się o to prosiłaś…
— Mówiłam ci to już dzisiaj! – syknęła, odskakując od niego na dobre. Upokorzenie na oczach całej klasy i zwrócenie im uwagi przez McGonagall skutecznie zrzuciło ją z powrotem na ziemię. Chciała przecież rozmówić się z Jamesem – jeszcze przed obroną! – i powiedzieć mu o zdroworozsądkowości. Przez całą tę aferę z Pięknościami – i przez te głupie łaszenie się Jamesa – zupełnie wyleciało jej to z głowy.
– Dobrze wiem, że przegrałam i dobrze wiedziałam, co robię wtedy, w moje urodziny. I dalej wiem. Chcę spróbować, tym bardziej, że… zachowywałam się niemoralnie zdecydowanie zbyt długo.
James uśmiechnął się szeroko i skrzyżował ręce na piersiach.
— Lubię jak świntuszysz – mruknął, rzucając na jej włosy pierwsze zaklęcie. Koncówki natychmiast zajaśnialy brokatowo fioletowym odcieniem. Cholerny geniusz. – Daj mi swoją różdżkę – zażądał, rozglądając się szybko po klasie.
Lily zmarszczyła brwi, ale go posłuchała, kontynuując swój monolog:
— I chcę, żeby coś z tego wyszło. Dlatego potrzebna jest szczerość… I ja jestem… James, co ty…?
Kiedy ona w najlepsze wałkowała niezwykle ważne tematy, które będą miały wpływ na ich relację, James dotransmutował sobie różdżką Lily różową brodę – nie jednak delikatny zarost, jaki czasami zdarzało mu się nosić (i który Lily u niego uwielbiała), ale wielką, groteskową brodę, jakiej nie powstydziłby się Święty Mikołaj. Zanim zdążyła się chociażby roześmiać, już odczarował ją z powrotem i wcisnął różdżkę w otwartą dłoń Lily.
W sam czas, bo chwilę później była już u nich McGonagall, prosząc o podanie różdżek.
Priori Incantatem – sprawdziła najpierw jedną, a potem drugą. Eteryczne miniaturki różówej brody i końcówek włosów zmaterializowały się w powietrzu. Profesorka uśmiechnęła się nieznacznie, oddała im różdżki i popędziła dalej.
— Jesteś genialny – parsknęła Lily. James kiwnął głową, nachylił się i cmoknął ją w czoło. Dziewczyna skrzywiła się mimowolnie i odepchnęła go po raz kolejny.
— Czy zechcesz mnie wysłuchać? – spytała retorycznie. Chłopak zrobił niewinną minę.
— Słucham cię cały czas – zaprotestował. – Mówiłaś o szczerości. Zgadzam się. I powiem szczerze – za takie poświęcenie – broda, Lily! Broda! – za takie poświęcenie należy mi się jakaś nagroda. Teraz wszyscy są zajęci transmutowaniem, więc…
Pokręciła głową i zatrzymała go w ruchu, tak, że dzielił ich dystans jej wyciągniętych ramion.
— I ja też będę z tobą teraz szczera: nienawidzę ckliwości, przytulanek i publicznego okazywania uczuć – powiedziała poważnie. James westchnął ciężko, ale pozwolił jej kontynuować. – Mdli mnie na widok tych pokazowych par, które praktycznie współżyją na ławkach szkolnych, a kiedy przyjdzie co do czego, nie wiedzą nawet, kiedy… kiedy ich partner ma urodziny.
— Ja mam dwu…— chciał jej objaśnił, ale przerwała mu natychmiast:
— Wiem kiedy masz urodziny, James – wywróciła oczami. – Chodzi mi o to, że jeśli mamy być razem – jeśli mamy w ogóle spróbować – to musisz traktować mnie inaczej niż wszystkie swoje poprzednie… koleżanki. Musimy zachować zdrowy rozsądek.
 Chłopak zmarszczył brwi, jakby nie zrozumiał, o co tutaj chodziło, ale Lily przewidziała u niego podobną reakcję – tak jak powiedziała Dorcas – nie przywykł on do zdroworozsądkowości tylko raczej do skakania w bezdenną przepaść ryzyka.
— Nie wyrażam zgody na całowanie mnie podczas zajęć ani na rzucanie się na mnie w Wielkiej Sali, na korytarzach czy w bibliotece – powiedziała szczerze. James otworzył usta, ale nie dała mu dojść do słowa: - Nie będziemy trzymać się za rączkę, idąc na zajęcia ani wyjadać sobie z ust kiełbasek…
— Eee… Lily? – podniósł rękę jak na lekcji. Dziewczyna westchnęła.
 — Tak, wiem. Z kiełbaskami i tak by nie wyszło. Po prostu spróbujmy być oficjalni. Przynajmniej… na początku.
— Nie to chciałem powiedzieć, Lily – zaśmiał się i pokręcił głową. – To po prostu… było takie męskie.
Uderzyła go w ramię. James zaśmiał się durnie.
Czasem naprawdę brakowało jej na niego słów. Skrzyżowała ręce na piersi i udała wielce obrażoną – chociaż w głębi duszy sama miała ochotę roześmiać się z tego wszystkiego – przez tego chłopaka nadmiar powagi źle się nad niej odbijał.
— Czy to znaczy, że już nigdy nie będę mógł cię pocałować? – zapytał przekornie, przejeżdżając opuszkiem palca po jej wargach.
— Będziesz mógł… - wytknęła do niego język, tak, że oblizała mu palec. – Jeśli się zgodzę. I jeśli będziemy sami. I jeśli… nic nie będzie na pokaz.
— Ale to, co do ciebie czuję nie jest na pokaz – zaprotestował. – Jestem tak przepełniony namiętnością, że nie mogę się powstrzymać nawet w klasie Minnie.
— Wiesz co? – uśmiechnęła się delikatnie. – Wystarczyłoby mi, gdybyś napisał coś podobnego w tych liścikach. Nie miałabym już żadnych wątpliwości.
James odpowiedział tym samym, zabrał ręce z jej warg i powiedział chyba najbardziej uroczą rzecz, jaka kiedykolwiek opuściła jego usta:
— Może gdybym miał mniejszą obsesję na twoim punkcie, potrafiłbym więcej o niej mówić.
I właśnie wtedy… po tych umacniających, choć nie do końca poważnych liścikach, i po oszukaniu McGonagall z zadaniem, i po całej tej filuternej rozmowie – Lily zdała sobie sprawę, że ona i James są całkiem zgraną parą. Wiele ich różniło, ale potrafili się dogadać i zrozumieć – nie tylko na stopie przyjacielskiej. W tamtym momencie, w klasie transmutacji, Lily po raz pierwszy dopuściła do siebie myśl, że być może pomyliła się co do Jamesa, że ich randka wcale nie musi zakończyć się fiaskiem, a im być może wcale nie jest pisana jedynie przyjaźń. Po raz pierwszy… zaczęła dostrzegać w nim kogoś wyjątkowego.
I sekundę po tym, jak uzmysłowiła sobie tak znaczącą i przełomową rzecz, odezwała się natychmiastowa karma.
Ktoś zapukał do drzwi i zanim McGonagall zdążyła odkrzyknąć „proszę”, nacisnął na klamkę i wyrzucił z siebie:
— Przepraszam za spóźnienie, pani profesor. Czy mogłabym pożyczyć Jamesa  na słówko? Mama go prosi.
W drzwiach do klasy stanęła, po niemal miesiącu nieobecności, cała i zdrowa May Potter. 

♣♣♣
Środa.
Jakkolwiek pani Potter prosiła Jamesa jedynie „na słówko”, to chyba miała mu trochę więcej do powiedzenia, bo nie pojawił się on z powrotem do końca transmutacji. McGonagall natychmiast przyłapała Lily na niewiedzy i kazała jej i Jamesowi dokończyć zadanie na piątek – a było to trochę żałosne, bo prace pozaliczała praktycznie wszystkim parom (oprócz Emmeliny i Chase’a, którzy nic nie zrobili przez całe zajęcia). Lily z ulgą przyjęła dzwonek i koniec tych katuszy – zabrała z ławki torbę swoją i plecak Jamesa, po czym wybiegła go poszukać i zdobyć w miarę możliwości trochę informacji, co do stanu jego adopcyjnej siostry.
May Potter jak zwykle wzbudziła powszechne zainteresowanie i przysporzyła gorący temat do plotek – niezłą alternatywę dla ciągłych pogłosek dotyczących związku Lily i Jamesa. Tym razem jednak szokowała pozytywnie – a przynajmniej tak zadziałała na Lily, która w przeszłości była świadkiem jej histerycznych „ataków” i n podstawie własnych doświadczeń mogła dostrzec zmianę, jaka w niej zaszła. Wizualnie May wyglądała naprawdę nieźle – odzyskała trochę koloru, zapanowała nad włosami, a nawet pozbyła się narkotycznych podkrążeń pod oczami. Jej głos nie brzmiał tak paranoicznie i nieprzytomnie jak kiedyś, a oczy nie wirowały obsesyjnie we wszystkie strony świata. Wyglądała… normalnie. I zachowywała się w miarę zdrowo.
Dlaczego więc, kiedy tylko weszła, z twarzy Jamesa zniknęły wszystkie kolory? Czy nie cieszył się, że jego siostra wracała do zdrowia?
— No, no, no! Któż to wrócił do żywych?! – zawołał znajomy głos, nawiązując do jej myśli, które zapewne usłyszał we własnej głowie.
Jo Prewett wyłoniła się z załamania korytarza, nadchodząc chyba ze Skrzydła Szpitalnego. Lily złapała się za serce, słysząc jej głos.
— Nie jesteś już chora? – zagadnęła. Lily wzruszyła ramionami.
— Najwyraźniej.
— Pączki ci pomogły?
— Pewnie tak.
Jo przyjrzała jej się podejrzliwie.
No nie. Kolejne dramaty, pomyślała, „wysyłając” tę obserwację do Lily. Dziewczyna postanowiła zmienić temat, bo ostatnie, na co miała teraz ochotę, to gadka o Mary, Jamesie i May.
— Wracasz ze skrzydła? – rzuciła bez entuzjazmu. Jo pokiwała głową.
— Muszę przynosić pączki moim innym znajomym. Nie myśl, że tylko ciebie obsługuję.
Innym znajomym? Czego ona się tutaj dowiadywała!
— Byłaś u Regulusa?
— Nie, u Snape’a.
Lily spojrzała na nią jak na wariatkę.
— Co ty od niego chcesz?
— Wybacz, ale nie mogę ci powiedzieć. To nasza… jak to było? Ezoteryczna tajemnica?
Naprawdę, Jo?
Evansówna wywróciła oczami. Dlaczego natychmiastowa karma uwzięła się na nią od rana?! Czy nie zasłużyła na łagodniejsze przejście pomiędzy swoim brutalnym, pechowym życiem a szpitalną, pączkową sielanką? Dlaczego od samego rana musiała mierzyć się z humorkami Jamesa, obelgami Mary, nagonką Piękności, a teraz jeszcze z gierkami słownymi Jo i jej wariackim prześwietlaniem umysłu?
— Wiesz – zagadnęła ją Ślizgonka, przyłączając się do Lily i jej wędrówki bez sprecyzowanego celu, sama kierując ją w swoje strony. – Nie możesz mieć pretensji, że James ma swoje ezoteryczne tajemnice, skoro ty też dużo ukrywasz. I też dzielisz te sekrety z wąskim kręgiem twoich powierzycieli.
Puściła do niej oczko. Uwaga, chociaż trafna, wyjątkowo ją zirytowała.
— Nie mam pretensji o tajemnicę, tylko o to, że jego była wykorzystuje ją, by namieszać pomiędzy nim a mną.
Twój były śledzi nas i przez to – choć bez naszej zgody – jest wtajemniczony w trój własny ezoteryczny sekret – a mam tutaj na myśli sprawy elfickie i mało przyziemne. Czy nie sądzisz, że na jedno wychodzi?
Nie, bo z Dorianem już w ogóle nie rozmawiam, więc nie może w nic się wtrącić, chciała powiedzieć, ale odrzuciła ten pomysł, aby nie odkrywać przed Jo za dużo kart (o ile, rzecz jasna, do tej pory sama nie zdołała wyrwać ich z jej mózgu).
— Dorian wie dużo rzeczy w wielu kwestiach – mruknęła filozoficznie. – Czy rozgryźliście już, dlaczego tak was sprawdza? – zmieniła temat i spojrzała na Jo z zaciekawieniem. - Może ma to jakiś związek z…
— …z Mary i ezoteryczną tajemnicą Jamesa? – dopowiedziała, w trymiga odczytując jej myśli. – Nie wiem. On jest dziwny… i nie interesują mnie zbytnio jego niecne zamiary. Isaac ponoć próbował wybadać tę sytuację, ale nie jestem z tym na bieżąco – będziesz mogła sama się go spytać, kiedy tylko przyjedzie.
— Przyjeżdża w pełnię? – domyśliła się Lily. – Na otwarcie medalionu?
Jo pokręciła głową.
— Nie sądzę. On ma rozprawę w piątek, a pełnia jest w sobotę… niby teoretycznie mógłby zdążyć, ale to wszystko w jego przypadku nabiera bardzo nieciekawego obrotu i obawiam się, że mogą go na trochę w Ministerstwie zatrzymać. Chcieli aresztować go już dawno, ale jest pewna klauzula w prawie, a Isaac akurat w piątek skończy dwadzieścia lat i obejmą go już bardziej ostre przepisy. W ogóle jedziesz z nami do ministerstwa? Zapowiada się niezła wycieczka, więc może podstawią nam normalnie Ekspres Londyn. Połowa Hogwartu jedzie pogrążyć Isaaka.
Rozmawiając, minęły już kilka zakrętów, a potem schodami zeszły trochę w dół. Lily bardzo zaabsorbowała rozmowa (i pilnowanie, by nie myśleć za dużo) i w rezultacie zupełnie straciła orientację. Zdała sobie sprawę, że zeszły aż do najniższego poziomu lochów, dopiero z chwilą, gdy zderzyła się z Rosierem, Wilkesem i kilkorgiem innych Ślizgonów. Jo uniosła rękę na przywitanie, ale nikt nie odwzajemnił tego gestu – za bardzo skonsternowała ich obecność Lily.
— Kto jedzie na rozprawę? – spytała szeptem, po tym jak ostatni z bandy, Mulciber, zniknął z pola widzenia i stało się jasne, że nie ciśnie Avadą w jej plecy.
— Na pewno panienka Angelo – wywróciła oczami Jo. – Musi przecież opowiedzieć wujkowi Nickowi o wszystkich tych okropnościach, jakie zły Isaac jej wyrządził. Próbowałam przekonać Mary, żeby też się z nami zabrała i stawiła się za Isaakiem – bo wygląda na to, że tylko ja i Shelby powiemy cokolwiek dobrego na jego temat (chociaż z tą kobietą nigdy nic nie wiadomo). Mary teraz jest raczej po stronie bogatych krewianików i w dupie ma sprawiedliwość – bo bardzo uprzejmie i dyplomatycznie mi odmówiła.
Lily miała dość wyobraźni, żeby domyślić się, jak wyglądała „uprzejma i dyplomatyczna odmowa” w wykonaniu Mary. Chciała o coś zapytać, ale Jo natychmiast zmieniła temat, by nie wchodzić w szczegóły:
Ćwiczysz ani magię?
Hmm… Dzisiaj jako jedyna w klasie zawaliłam ćwiczenie z transmutacji ludzkiej, a to chyba nie jest dobry początek, co, Jo?
— Tak, Lily – odpowiedziała jej na głos i wysłała wymowne spojrzenie. Cholerne myśli. – To dupny początek. Czy nie możesz poprosić swojego chłopaka o drobną pomoc? On jest nie najgorszy z transmutacji, no nie?
—I co mam powiedzieć? – zakpiła Lily. – Ostatnie, co robiłabym w wolnym czasie, to nauka animagii i James o tym wie.
Jo wzruszyła ramionami.
—Możesz powiedzieć, że chcesz spędzić z nim więcej cza… jasny gwint!
Lily zmarszczyła brwi, kiedy jej towarzyszka zaczęła gorączkowo poszukiwać jakieś drogi ucieczki. Najwyraźniej usłyszała jakieś głosy albo chociaż myśli – a Evansówna od razu uwierzyła, że ktoś nadchodzi, bo znała już wystarczająco wyczulone zmysły Jo.
Ślizgonka w akcie desperacji podbiegła do najbliższego składziku na miotły, szarpnęła go i wrzuciła Lily do środka.
— Wskakuj!
Co?!
Zamknęła drzwi. Ciepłe światło wnikało do zakurzonego i klaustrofobicznego schowka przez dolną szparę – na tyle wysoką, że na kucaka można było względnie zobaczyć, co dzieje się po drugiej stronie. Jo rzuciła się w kierunku zamka w drzwiach, a Lily wbiła spojrzenie w szparę u dołu.
Przynajmniej się czegoś dowiemy, wysłała jej myśl.
Zaraz potem pod drzwi schowka zaczęły zbliżać się cienie – póki co nie dało się dostrzec twarzy ich właścicieli, ale ich głosy niosły się echem po całej długości korytarza. Lily o mało nie zemdlała, kiedy dotarł do niej pierwszy wyraźny komunikat:
— Czuję się lepiej – powiedziała May Potter. – Jest lepiej. Serio, jest mi o wiele lepiej. Jestem teraz lepszym człowiekiem. Lepszą dziewczyną. Mam lepsze życie.
Przełknęła głośno ślinę. Następny wstrząs spadł na nią sekundę potem:
— Czy matka zwariowała już do reszty? – warknął James. – Miałaś siedzieć na odwyku dwanaście tygodni. Czy minęły chociaż trzy?
—  Tata mnie wypuścił.
— No to wszystko jasne – odezwał się trzeci głos.
Mary, pomyślała Lily na tyle głośno, żeby mieć pewność, że Jo to usłyszała.
Taaaak.
— Wiem, że się martwisz, James, ale ja cały czas nic nie pamiętam w związku z tamtą nocą. Oni i tak nic ze mnie nie wydobędą.
— To jasne, że nie. Nikt nie ma prawa cię przesłuchiwać z tego, co było kiedyś – ani dzisiaj, ani kiedykolwiek.
— Ustrzeż ją w takim razie przed twoją nową dziewczyną – doradziła mu zjadliwie Mary. Lily poczuła szaloną ochotę, żeby wyjść ze schowka i uderzyć ją mocno w twarz. – Jeśli znam Evans, to zaraz przyleci węszyć.
Głosy całej trojki stały się teraz na tyle wyraźne, że chyba przechodzili tuż obok drzwiczki otwierających składzik. Lily zatkała usta, z obawy, że zdradzi się jakimś dźwiękiem – a upokorzenia po przyłapaniu jej na podsłuchiwaniu podobnej rozmowy chyba by nie zniosła.
— Jesteś z Evans? – zdziwiła się May. Lily nie miała pojęcia, czy wpada w obsesję, czy w jej ustach zabrzmiało to trochę… pobłażliwie? – Ile jej powiedziałeś?
— Nic – odpowiedział oschle James. – Ale nie wiem, czy Chamberlain tego nie zrobił.
— Nie rozśmieszaj mnie! – Głos Mary pobrzmiewał już teraz tylko echem. – Dorian będzie cicho jak myszka. On słucha mnie, a nie jej.
— Wierzę ci, Mary, ale osobiście nie ufam ani jemu, ani jej – Słowa May utwierdziły ją w przekonaniu, że siostra Jamesa nie należy do jej fanek.
— Lily nie musi wiedzieć wszystkiego – uciął James, a zaraz potem ich słowa stały się niezrozumiałe i mętne.
Evansówna opadła bezsilnie na podłogę. Wszelka ochota, by znaleźć Jamesa i z nim porozmawiać prysnęła niczym bańka mydlana. Jo spojrzała na Lily z czymś pochodnym do litości.
Może powinnaś uwieść Chamberlaina? , rzuciła stary pomysł. Rudowłosa o mało się nie rozpłakała. Myślę, że jest na tyle fałszywy, że powie ci dużo bez zbędnych namów. I… nie żeby coś, Lily, ale jeszcze trochę i Mary ukradnie ci chłopaka.

♣♣♣
Czwartek.
Czwartki od zawsze były najbardziej łaskawymi dniami dla Gryfonów. Zwykle właśnie tego dnia o północy odbywały się lekcje astronomii, a to niejako wymuszało, żeby plan dzienny był nieco rozluźniony. Większość klasy szóstej kończyła o dwunastej, a po obiedzie fakultatywnie część z nich szła na opiekę nad magicznymi stworzeniami albo alchemię. Same lekcje nie były też bardzo wymagające – najpierw numerologia z przysypiającym Abbotem, potem zielarstwo i historia magii. Czwartkowym lekcjom od zawsze towarzyszyło wielkie lenistwo, poczucie bezsensu, znużenie i tracenie czasu – i dlatego właśnie to w ten dzień najwięcej Gryfonów uciekało na wagary.
Lily, rzecz jasna, jako prefekt i przykładna uczennica, nigdy nie była na wagarach – no, nie licząc kilku sytuacji na początku tego roku szkolnego, kiedy dostała list z Medalionem prewetów, ale wtedy działała pod wpływem silnych emocji i nie podejmowała decyzji o uciecze świadomie. Jej koleżanki też zwykle przebolewały jakoś czwartek, ale nie mogła powiedzieć tego samego o kolegach, a zwłaszcza Syriuszu, któremu zdarzało się nie przychodzić parę razy pod rząd.
Evansówna z niepokojem wyglądała ósmej i pierwszej godziny numerologii, którą dzielili z Ravenclawem. Zastanawiało ją, czy May Potter przyjdzie na zajęcia i jak zareaguje na to James – miała nadzieję, że nie nastąpi u niego kompletny regres w otwieraniu się na Lily i znowu się zakopie się razem z Mary w swoich ezoterycznych tajemnicach.
— Smacznego – powiedział znajomy głos, dosiadając się do Lily na śniadaniu. James uśmiechnął się szeroko i podsunął jej pod nos talerz z kolorowymi, warzywymi kanapkami, robionymi tak jak dla małych dzieci – rzodkiewki symulowały oczy, ogórek usta, sałata cerę, a szczypiorek – chyba pryszcze albo piegi. Lily odstawiła na bok swój kubek z zieloną herbatą. – Zobaczyłem, że nic nie jesz… i stwierdziłem, że do niejadka trzeba podejść inaczej.
Lily uśmiechnęła się lekko, biorąc do ręki jedną kanapko-głowę i nadgryzając ją nieśmiało.
— Nie byłam głodna – mruknęła. – Jest czwartek i nic mi się nie chce.
James pokręcił głową, przesadnie poważnie skrytykował ją za „tak lekceważący stosunek do dnia roboczego” i podebrał jej jedną z kanapek, pochłaniając ją w dwa gryzy.
— Moja babcia zawsze robiła mi takie kanapki – uśmiechnął się pod nosem. – Kiedy byłem mały, nie chciałem jeść niczego oprócz suchych ziemniaków.
— Och, poważnie? – oblizała wargi i oderwała kolejnej głowie trochę kalarepkowych włosów. – I to chyba zadziałało, bo wyrosłeś na takiego silnego i dużego.
Wzruszył ramionami.
— Mam dobre geny.
 — Nie wątpię.
Zapanowało milczenie. Lily skończyła swoje śniadanie, dopiła herbatę do końca i pocałowała Jamesa w policzek, dziękując za kanapki. Już miała wstać, zabrać torbę i ruszyć w kierunku klasy numerologii, gdy dłoń chłopaka splotła się z jej palcami. Odwróciła się w jego kierunku.
— Co do wczoraj, Lily… — zaczął James, patrząc gdzieś w dal. – Przepraszam, że nie dałem ci znać… moja matka panikowała bez powodu… — wywróciła oczami. – Pouczała Poppy, jak ma zajmować się jej córką – te uzdrowicielskie gadki…
— Nic się nie stało – skłamała. Nie chciała opowiadać Jamesowi o tym, jak bardzo odchodziła od zmysłów i jak wściekała się, kiedy Mary nie wracała do dormitorium, tylko razem z nim działała. A już na pewno nie chciała wchodzić w szczegóły tego, że razem z Jo podsłuchała jego rozmowę z May, która ewidentnie za Lily nie szalała. – James…
— Siemasz, księżniczko! – Znikąd zmaterializował się Syriusz, uderzając swojego kumpla w potylicę. Lily aż się wzdygnęła. Mary stanęła obok nich, opierając rękę na swoim okrągłym biodrze. – Zrywamy się dzisiaj?
Przełknęła głośno ślinę, kiedy James spojrzał na nią niepewnie.
Syriuszu…
— Och, daj spokój! – nie dał mu dokończyć Black. – Praktycznie cały gang Bonneta idzie dzisiaj na kasyna. Paul wisi mi trochę złota.
Kasyna… Hazard…
O, nie!
Lily poczuła, jak krew odpływa jej od twarzy.
— Syriuszu…
— Przecież Evans nie ma nic przeciwko! – wskazał palcem na Lily, jakby chciał im pokazać, o kim mówi. Dziewczyna przygryzła nerwowo wargę. – Masz?
Spojrzała na Jamesa niepewnie. Uśmiechnął się do niej słabo i puścił oczko bo co więcej mógł zrobić? Otworzyła już usta, żeby dopytać się Syriusza o jakieś szczegóły (lub zapytać, czy ma rozum, łażąc sobie do domów hazardowych), ale Mary natychmiast wpadła jej w słówko, siadając na ławie obok Jamesa i bezczelnie mierzwiąc mu włosy. Otwarte usta Lily teraz rozszerzyły się mocniej, w wyrazie oburzenia.
— Daj spokój, Jimmy – pogładziła go po plecach McDonald. – Zasłużyłeś na trochę odpoczynku… z numerologii jesteś najlepszy, więc jedna lekcja nie zrobi ci różnicy… Binns nawet nie zauważy naszej nieobecności, a na zielarstwie nie przerabiamy ostatnio niczego z zakresu owutemowego…
— Mary, wolałbym…
— IDZIEMY! – zdecydowała Lily, zanim zdążyła to w ogóle przemyśleć. Mary, Syriusz i James natychmiast zwrócili zaskoczone spojrzenia w jej stronę. W nagłym napadzie paniki zerwała się na równe nogi i wzięła kilka głębokich oddechów. Mary zmarszczyła czoło.
— No, ruszcie się! – wydukała Lily, uśmiechając sztucznie. – Idziemy na wagary.

♠♠♠
Późny piątek lub wczesna sobota.
Herbata Hagrida musiała mieć bardzo wiele wspólnego z ambrozją czy nektarem bogów, bo po jej wypiciu do Lily powrócił chłodny spokój, żywość i trzeźwość umysłu, a także ponura sceptyczność i zrezygnowanie. Gladius wskoczył na drewniane krzesło obok niej, ustawiając się tak, żeby głaskanie było jak najbardziej ułatwione.
Hagrid słuchał jej ze spokojem i skupieniem, co bardzo dobrze o nim świadczyło, bo Lily nie łudziła się nawet, że interesowały go złośliwości wyciągane przez Piękności jak z rękawa czy też problemy w raju, jakimi do tej pory częstowała go w swojej opowieści. Kiedy doszła do wspólnych wagarów, po raz pierwszy zdobył się na jakąkolwiek reakcje, był to okrzyk zdumienia, chociaż raczej nie z faktycznego zdziwienia nad ich postępowaniem, a ze świadomości, że nareszcie coś zaczęło się dziać. 
— Ten pomysł z wagarami był głupi – powiedziała powoli. – Ale martwiłam się o Jamesa i nie chciałam puszczać go tam samego z Mary i Blackiem. Syriusz chciał iść do kasyna Bonnetów, a James był wściekły, wytrącony z równowagi i zupełnie nieobliczalny. Myślałam, że straci wszystkie pieniądze… że wda się w jakąś bójkę… że podpali dom hazardowy… sama nie wiem. I chociaż naprawdę nie chciałam nigdzie się z nimi włóczyć – pamiętasz pogodę w czwartek, prawda Hagridzie? Nikt zrównoważony w takie dni nie chodzi na wagary, bo to oczywiste, że będą beznadziejne.
I chociaż na początku mieliśmy iść w czwórkę – Syriusz, Mary i James by stracić wszystkie swoje pieniądze w pokera, a ja by ich pilnować i psuć całą zabawę. I wtedy – na szczęście – inni się do nas dołączyli, i to zupełnie przekreśliło cały wypad na dom hazardowy. Dorcas uparła się, że pójdą z Syriuszem do herbaciarni, ja namówiłam Emmę i Chase’a, żeby mi towarzyszyli… Potem Emma namówiła Remusa, a on namówił Bree… i zabrali się z nami Peter, jego nowa dziewczyna, i Hestia… A ostatecznie z lekcji urwała się też Marley, bo nie chciała zostać sama w klasie. Zaciągnęła ze sobą swoich nowych kumpli – jakąś młodszą od nas lesbijkę… Natalie czy jakoś tak… I innego geja-przyjaciela, tego komentatora Quidditcha w okularach. No i Franka, który potem zniknął, bo miał jakieś sprawy do załatwienia.
Tego dnia do Hogsmeade zajechało magiczne wesołe miasteczko. Jamesa cholernie to rozbawiło i uparł się, że pójdziemy właśnie tam, a Syriusz nie wiadomo dlaczego – poparł go i śmiał się przez całą drogę, że pracuje tam jego koleżanka. Dzięki Merlinowi, Mary wycofała się z tego planu zupełnie i poszła spotkać z Ally Rowle i Frankiem w Elizjum. Wszyscy mieliśmy do nich dołączyć dwie godziny później.

♣♣♣
Czwartek.
Ciężko winić Emmelinę za jej wrodzoną dramatyczność i skłonność do przesady, kiedy jej życie z dnia na dzień coraz bardziej przypominało grecką tragedię. Nie żeby miała cokolwiek przeciwko wagarom – właściwie to obudziła się z wielkim leniem i marzyła o tym, żeby odwołano im wszystkie lekcje – i nie można też powiedzieć, że nie przepadała za wesołymi miasteczkami, bo darzyła je wielkim sentymentem; ale żałowała, że nie urodziła się jako grzeczniejsza dziewczynka i nie została dzisiaj w zamku na lekcjach.
Wesołe miasteczko o tak wczesnej godzinie nie było zbytnio oblegane, dlatego dość szybko udało im się przejść przez wszystkie atrakcje. Emmelina bawiła się całkiem nieźle, trzymając razem z Remusem, Peterem i Gretą – chociaż na pewno nie na tyle, by konkurować z Syriuszem, Dorcas, Lily i Jamesem – śmiejących się jak małe dzieci na każdej karuzeli, zaczarowanych miotłach, gorących gejzerach smakowej wody czy – co było zwieńczeniem całego wypadu i zarazem najważniejszym punktem programu – w opętanych samochodzikach. Lewitujące, podskakujące i wywijające salta w powietrzu autka niemalże doprowadziły Syriusza, wielkiego fana motoryzacji, do łez, z kolei Emmelinę raczej rozdrażniły i zepsuły jej cały dzień. Przypuszczała, że w normalnych warunkach bardzo miło spędziłaby czas w zaczarowanym pojeździe, zderzającym się z szaleńczą prędkością z pozostałymi eksponatami, ale, zresztą jak zawsze, coś musiało po drodze się zepsuć. A ona wylądowała w samochodziku z Chase’em.
Na próżno błagała Remusa, żeby ją ocalił – a nie mogła zrezygnować, bo w takim wypadku wszystkie samochodziki nie zostałyby zapełnione, jazda nie mogłaby się odbyć, a ona swoim humorkiem uniemożliwiłaby wszystkim dobrą zabawę.
— Bree nie zna Chase’a w ogóle, Emmie. Nie mogę jej po prostu zostawić – położył jej rękę na ramieniu. – I dobrze wiesz, że kiedyś musisz z nim porozmawiać.
Chase również próbował się ratować, prosząc o towarzystwo najpierw Hestię (która wolała przejażdżkę z Marleną), a potem Lily (odpowiedzi, której udzielił mu za nią James, lepiej w ogóle nie cytować) – na próżno. Wszyscy inni podobierali się w zbyt dobrane pary i ani myślały o zamianie – a nie było czasu na kłótnie, bo samochodziki startowały za kilkadziesiąt sekund. Emmelina z wściekłością padła na siedzenie przed kierownicą i pozwoliła pracownikowi wesołego miasteczka rzucić na siebie Zaklęcie Trwałego Przylepca. Chase padł na siedzenie pasażera.
Zapanowało milczenie. Emmelina oblizała wargi z nieszczęścia i spytała grzecznie, która godzina, byle tylko sprawiać wrażenie uprzejmej.
— W pół do dwunastej – odpowiedział jej Chase, zerkając w kierunku samochodziku z roześmianymi Hestią i Marleną, które sprzeczały się o coś z sąsiednim miniaturowym fiatem, prowadzonym przez Natashę i jej kumpla, Harry’ego.
— Mieliśmy spotkać się z resztą w Elizjum kilkanaście minut temu – szepnęła i – chcąc wykorzystać to jako przykrywkę – spróbowała zerwać się z siedzenia. Na próżno.
Cholerny Przylepiec, pomyślała z furią, szarpiąc się z fotelem jak wariatka. Chase dyplomatycznie odwrócił się od całej tej sceny. Emmelina wyciągała się z całych sił, niemal czując jak każdy pojedynczy mięsień jej ciała rozciąga się jak różowa guma balonowa. Z bezradności i przerażenia miała ochotę się rozpłakać. Fotel chybotał niebezpiecznie w miarę jej desperackich ciągnięć, co chyba powoli zaczęło drażnić Chase’a, bo spojrzał on nią wściekle i rzucił:
— Przejażdżka trwa góra pięć minut, Emmelino. Wytrzymasz.
— Niech ktoś mnie wypuści, niech ktoś mnie wypuści, błagam! – pisnęła szaleńczo, zerkając w nadzieją w kierunku młodego pracownika lunaparku. Chłopak uśmiechnął się do niej pobłażliwie, myśląc zapewne, że ma do czynienia tylko z paniką głupiutkiej nastolatki, która boi się zabawek dla dzieci; a że skończył rzucać na ostatnią osobę Trwałego Przylepca, wycofał się szybko z toru autek i rzucił na nie zaklęcie Confundus.
Emmelina wrzasnęła raczej z rozczarowania niż z faktycznego szoku prędkości, kiedy jej autko uniosło się w powietrze i z szaleńczą prędkością uderzyło w zderzak renaulta Dorcas i Syriusza. Meadowes roześmiała się histerycznie, widząc jej minę, a jej chłopak szybko temu zawtórował, zachwycając się wytrzymałością pojazdu.
— Odkupię wszystkie te miniaturki i postawię je w ogródku w moim przyszłym domu, Dori! Myślisz, że wyczarują dla mnie też takie mini-skutery?
Emmelina przez całą przejażdżkę histerycznie płakała i próbowała oderwać się od swojego siedzenia – chyba zdołała do tego przywyknąć przez wszystkie te gorączkowe próby przechytrzenia zaklęcia – chociaż, rzecz jasna, wcale nie chciałaby wypaść z autka w tej chwili – kiedy wywijało ono salta w powietrzu i pędziło z największym możliwym przyśpieszeniem wprost w bok mercedesa Lily i Jamesa.
Niech on spadnie na dół! Chcę być na ziemi! Chcę być na ziemi!, powtarzała Emmelina gorączkowo w myślach, z takim pragnieniem i taką mocą, że niemal przemawiała do swojego autka telepatycznie…
Chase wrzasnął, kiedy tuż przed uderzeniem w bok samochodziku całujących się Petera i Grety, ich autko nagle zapikowało w dół, burknęło i… spadło z głośnym hukiem prosto na ziemię. Zaraz potem drzwiczki otworzyły się na oścież, a jego i Emmelinę wyrzuciło do przodu, na kierownicę i szybę – zaklęcie przylepca przestało działać.
Kiedy tylko jedno autko znalazło się z powrotem na ziemi – chociaż nie na swoim miejscu parkingowym -  wszystkie pozostałe zwolniły i opadły z głośnym hukiem na oblodzony żużel.
— Kto bawi się w magię niewerbalną?! – wrzasnął pracownik wesołego miasteczka, po tym jak sprawdził, czy nikomu nic się nie stało. – Dowcipnisie. To mogło się skończyć tragicznie!
Emmelina wyskoczyła jak oparzona z samochodziku. Wszyscy teraz zauważyli, że spod srebrnej czapki-smerfetki wystaje fragment czerwonej, wilgotnej i rozmazanej buzi sprawki całego nieporozumienia. Chase rozmasował sobie głowę, która trochę oberwała podczas nieoczekiwanego lądowania i spojrzał na Emmę bez zrozumienia. Lily wyskoczyła ze swojego autka i podbiegła do przyjaciółki, przy okazji mówiąc Chase’owi coś bardzo niemiłego.
— Merlinie, tej co znowu się stało? – spytał głośno Syriusz, rozczarowany nagłym zakończeniem przejażdżki. Dorcas parsknęła i wskazała palcem na Chase’a. Hestia oblizała nerwowo wargi.
— Nic jej nie powiedziałem – zaprotestował i spojrzał na Emmelinę dziwnie. – Co ci jest?
Blondynka głośno pociągnęła nosem, wyrwała się Lily i krzyknęła, że przeprasza za zamieszanie. Zanim ktokolwiek zdążył rzucić jeszcze jakiś komentarz, wybiegła przez ogrodzenie z powrotem do centrum wesołego miasteczka i dalej – w kierunku wyjścia.
Evansówna skrzyżowała ręce na piersi i spojrzała na brata z wyrzutem.
— Lily, na Boga, nie wiem, co znowu ją pieprznęło!
Idź za nią! – trąciła go w ramię. – Przeproś jakoś!
Chase zaśmiał się nerwowo i mimowolnie zerknął w kierunku Hestii. Ta pokiwała głową, jakby na znak, że zgadza się z Lily.
— Świetnie – mruknął pod nosem, wyskakując z autka. – Ona chyba potrzebuje terapeuty, a nie mnie.
Posłusznie dał się wyprowadzić pracownikowi ochrony, a potem ruszył w kierunku Elizjum, bo podejrzewał, że tam właśnie schowała się Emmelina. Znał jej masochizm na tyle, że zupełnie nie zdziwiło go to, że zapłakana i zdruzgotana biegnie na spotkanie z Mary McDonald, która z pewnością jeszcze bardziej ją dobije.
Zgodnie ze swoimi przepowiedniami, zastał Emmę siedzącą przy ławce z otwartym, zaszronionym parasolem ozdobionym logiem kremowego piwa, jednej z tych, które wystawione są na upalne, letnie popołudnia, a nie na lodowate, lutowe przedpołudnie. Dziewczyna natychmiast wyczuła jego obecność – unosząc trochę mniej już zapłakaną – a dalej rozmazaną – rozpaloną twarz. Uśmiechnął się niemrawo na przywitanie. Emma nie odwzajemniła tego gestu.
— Masz lęk wysokości? – zapytał, strzepując trochę zamrożonego śniegu z ławki. Emma pokręciła głową.
— Czy zrobiłem coś nie tak? – spytał ponownie, ale i tym razem odpowiedziało mu bezsilne pokręcenie głową. Zacisnął zęby z irytacji, ale przemógł w sobie jakoś lekki uśmiech i delikatne, uprzejme pytanie: — Czy chcesz ze mną pogadać? O tym, co się ostatnio między nami wydarzyło?
Tym razem Emma zawahała się przez chwilę, ale – nie będąc zbytnio zaskakującą – ostatecznie pokręciła głową po raz kolejny.
— To świetnie – powiedział szczerze. – Bo ja też nie.
Tym razem Emma zdobyła się na bardziej jednoznaczną reakcje – głośno prychnęła i spojrzała na niego z wyrzutem. Chase nie miał pojęcia, czy to on jest wybitnie niedelikatny czy też Emmelina choruje na poważną histerię.
Lubię cię – powiedziała ze ściśniętym gardłem. Jej słowa po raz kolejny były zupełnie nieadekwatne do mowy ciała. Reagan podrapał się po głowie. Nie miał siły wałkować tego po raz kolejny.
— Ja też cię lubię – rzucił niezbyt przekonującym tonem. Emmelina pociągnęła głośno nosem. – Ale… wiesz dobrze, że ja i Hestia…
— Podrywasz mnie cały czas! – krzyknęła. Jej oczy po raz kolejny wypełniły się łzami. – Nawet nie waż się wyjeżdżać tu z jakąś Hestią!
— Emmelino, przepraszam, jeśli wysyłałem ci sprzeczne sygnały, ale ja naprawdę…
Ale Emmelina nie słuchała tego już dłużej. Prychnęła głośno, otarła rękawem kurki łzy i sporą ilość mascary, i bez uprzedzenia wbiegła do środka bistra, zatrzaskując za sobą głośno drzwi. Chase schował twarz w dłoniach. Czy musiał dalej za nią ganiać i znosić te nienaturalne wahania nastrojów?
Machnął ręką i pogrzebał w kieszeni swoich spodni – wyciągnął z nich nieotwartą paczkę lucky strike’ów, paznokciem przeciął foliowe opakowanie i wyciągnął papierosa. Nie palił niemal nigdy – jedynie w wyjątkowo kryzysowych chwilach. Potrzebował aż czterech papierosów, by uspokoić się na tyle, aby wejść do środka knajpy i stawić czoła rozwydrzonej Emmelinie, Mary oraz Frankowi i Alicji. Otrzepał swoją kurtkę i włosy ze śniegu, wstał i wstąpił w sam środek jaskini lwa.
Po wejściu do bistra nie musiał się rozglądać w poszukiwaniu Emmeliny ani przez chwilę – usiadła ona centralnie naprzeciwko wejścia, tak, żeby wszyscy ją widzieli i słyszeli. Usiadła na jednym z tych okrągłych, wysokich krzeseł przed barem, jej długie nogi opierały się czubkami palców o podłogę. Wyglądała na lekko podpitą – oczywiście Chase nie dał jej za wiele czasu, żeby się upić, ale najwyraźniej Emma albo miała bardzo słabą głowę, albo piła na pusty żołądek (albo i to, i to). Barman świetnie się bawił, wysłuchując jej histerycznej opowieści o spadającym deszczu aut.
Chase usiadł przy najbliższym stoliku i zamówił piwo. Nie chciał przeszkadzać Emmelinie, chociaż czarno widział jej drinkowe podrywy, ale stwierdził, że nie może jej po prostu zostawić samej sobie. Gdyby upojenie alkoholowe naprawdę zaczynało skłaniać ją do wariackich rzeczy, po prostu po nią pójdzie i zaprowadzi z powrotem do szkoły. Jeśli odejdzie z godnością sama – odczeka trochę i będzie jej pilnować z takiej odległości, aby w tej śnieżycy pozostać niezauważonym.
— Wiesz co, przystojniaku? – usłyszał nieco obniżony, ale w dalszym ciągu bardzo dziewczęcy i wysoki, głosik Emmeliny. – Daj mi jeszcze jednego Orgasmu – zachichotała głupio, wpatrując się w tabelę drinków. Kącik ust barmana lekko zadrżał. – W ogóle nie znam twojego imienia – zauważyła nietrzeźwo. – Jak to mogło się stać.
— Paul – powiedział po prostu.
— Tak jak ta bazylika w Wenecji – zauważyła, śmiejąc się pod nosem. - Ach, świat jest mały.
Chase zamówił jeszcze dwa kremowe piwa, i zdążył wypić wszystko, a Emma dalej bredziła i śmiała się z barmanem Paulem (nie piła dużo, więc Chase obstawił, że bardzo szybko jej przejdzie albo że po prostu udaje pijaną, a naprawdę daje upust swoim szalonym hormonom). Odstawił głośno szklankę, kiedy zaczęła rozpinać jego krawat. Emma chyba zauważyła go kątem oka, ale kontynuowała swoją grę – Paul z kolei przyjrzał mu się nieco podejrzliwie. Chłopak zmarszczyl brwi. Dał głowę, że gdzieś go wcześniej widział…
Rozpoznał go dopiero kiedy Emmelina wychyliła się ze swojego barowego krzesełka i złożyła na jego ustach łapczywy, pijacki pocałunek – i zaraz kiedy przyszło olśnienie, zerwał się na równe nogi i opuścił lokal, nie płacąc nawet za ostatnie piwo.

♣♣♣
Czwartek.
Nie szalejesz, że jesteśmy na wagarach? – zapytał James, otaczając Lily ramieniem. Dziewczyna całą siłą woli postarała się nie skrzywić.
Siedzieli w nieruchomych samochodzikach w wesołym miasteczku, tych samych, które przetrwały kilkadziesiąt minut temu katastrofę lotniczą. Całe towarzystwo zdążyło już się rozejść – niektórzy ruszyli do Elizjum, ale większość zignorowała obietnicę daną Mary i rozbiegła się w zupełnie inne miejsca – Lily i Jamesowi towarzyszyli tylko Dorcas i Syriusz, obściskujący się w sąsiednim samochodziku. Dorcas leżała na kierownicy i co  chwila łokciem włączała głośny klakson. Ich namiętny nastrój bynajmniej nie udzielił się Lily, która odskakiwała od Pottera za każdym razem, gdy ten splatał ich palce.
— Najwyraźniej nie – powiedziała niemrawo, chociaż miała ochotę wykrzyknąć: Jestem tu, bo się o ciebie martwię, głupi durniu!
Pomimo kanapkowego pojednania, tego, że James nie zamienił ani słówka z Mary tego poranka i że w wesołym miasteczku bawiła się z nim przednio – wciąż trochę boczyła się o wczorajszą rozmowę z May. Czuła się zdradzona, omamiona i oszukana, kiedy po ich sielskim momencie na transmutacji, rozmowie o szczerości, zaufaniu i bliskości, on dziesięć minut później mówił Mary: „Lily nie musi wszystkiego wiedzieć”.
Zapanowało nieprzyjemne milczenie, wypełnione gorączkowym poszukiwaniem tematu – ze strony Jamesa bezpiecznego i przełamującego lody, a Lily – takiego, który mógłby zmusić Jamesa do powiedzenia jej prawdy. Pierwsza próba nie wyszła jej najlepiej:
— Jak świetnie się bawią… - wskazała na Syriusza i Dorcas i skrzywiła się mimowolnie.
Patrząc na ich zachowanie, nagle przypomniała sobie o czymś istotnym – o czymś, co użyte w formie pytania o wiele lepiej nadawało się na rozpoczęcie tematu szczerości od nowa:
– Gdzie byłeś przedwczoraj w nocy?
James wysłał jej zdezorientowane spojrzenie.
— Gdzie powinienem być?
Ciekawe, pomyślała. Może ukrywa jeszcze więcej, niż do tej pory wiem.
— Dorcas mówiła, że nie było nikogo w dormitorium. Myślałam, że siedziałeś gdzieś z Marley i Hestią.
Pokręcił głową.
Nie… byłem u kolegów.
A może u koleżanek?
— Jakich kolegów? – spytała, zbierając się na nonszalancję.
— Nie znasz.
Chociażby się przyłożył, skoro już zamierzał ją okłamać!
Zacisnęła wargi i kiwnęła głową z wściekłością.
— Musiałem dać im trochę prywatności! – usprawiedliwił się szybko James, chyba orientując się, że Lily nie wierzy w jego słowa. – Syriusz zrobiłby to samo dla mnie…
Nachylił się po raz kolejny, ale i tym razem Lily go odepchnęła. Jej irytacja chyba zaczynała się mu udzielać.
— Och, daj spokój! – wywrócił oczami. – Przecież jesteśmy sami. Dorcas i Syriusz nawet nas nie widzą – wskazał wymownie w ich stronę. Dorcas znowu włączyła klakson, jakby na potwierdzenie jego słów.
— Nie uważasz, że on trochę wykorzystuje Dorcas? – spytała zimno. Może i uległaby Jamesowi kilkadziesiąt minut temu – kiedy w najlepsze zabawiali się na karuzelach i diabelskim młynie (jak za starych, dobrych czasów…), ale dopóki on dawał jej kłamstwa, ona nie będzie dawała mu tego, czego pragnął.
— Trochę tak – zgodził się James. – Ale Dorcas nie ma nic przeciwko, więc nie rozumiem…
— Jak May? – naskoczyła na niego ponownie. Nie dał się zbić z tropu:
— Co z May? – spytał obojętnie.
— Rozmawiałaś z nią wczoraj?
James przez chwilę wahał się z odpowiedzią, starając się wyczytać z oczu Lily, jak dużo wie. W końcu zaryzykował i rzucił z przesadną nonszalancją:
Nie.
Lily niemal usłyszała, jak jej serce roztrzaskuje się na milion kawałków.
— Mówiłeś, że przez cały dzień załatwiałeś z matką jej sprawy – zauważyła, śmiejąc się nerwowo. – Jak mogłeś z nią nie rozmawiać?
— Rozmawiałem z moją matką, ale nie rozmawiałem bezpośrednio z May – wyjaśnił, sam chyba nie wierząc, że Lily jest skłonna w to uwierzyć.
— A Mary? – nie poddawała się.
 — Co: Mary?
— Czy ona rozmawiała z May? – niemalże warknęła. James zaczął rozumieć, że coś jest nie w porządku, dlatego rzuciła na wytłumaczenie: — Przyjaźnią się, czyż nie?
— Taaak… - zgodził się ostrożnie. – Tak, przyjaźnią się. Ale nie – Mary też z nią nie rozmawiała.
Lily zacisnęła wargi. Jaki kit jeszcze zamierzał jej dzisiaj wcisnąć – może on, May i Mary mają swoich szalejących po Hogwarcie bliźniaków, oczywiście wtajemniczonych w ezoteryczną tajemnicę, bo tylko Lily nie mogła poznać jej treści, i to właśnie oni, a nie prawdziwi James, Mary i May, wczoraj w lochach spiskowali i obgadywali Evans.
Zapanowało milczenie – tym razem na tyle ciężkie i toksyczne, że ani dziewczyna, ani chłopak nie podjęli prób jego przełamania. Lily żałowała, że wczoraj na transmutacji zanadto otworzyła się na Jamesa – że próbowała być szczera, zdroworozsądkowa i zaangażowana – teraz już przypomniała sobie, dlaczego w przeszłości dostrzegała w nim najwyżej przyjaciela.
Poczuła tak znajome od niedawna uczucie gorąca na twarzy, i fale wilgoci atakującą jej oczy i zniekształcającą jej widzenie – do tego stopnia, że nie zwróciła uwagi na to, że jakaś osoba wchodzi na teren parkingowy dla czarodziejskich autek, chociaż James od razu odwrócił się w jej kierunku.
— Hej, przystojniaku – odezwała się jakaś wysoka i niezwykle zgrabna brunetka, która  przypominała Lily kogoś znajomego. Podeszła do ich samochodziku, najwyraźniej tak samo nieustraszona (i gotowa na śmierć…), jak atrakcyjna. Evansówna natychmiast przełknęła oczy i odgoniła łzy. – Chcesz pójść ze mną na karuzelę? Boję się sama. Twoja siostra nie będzie miała nic przeciwko, prawda?
James zerknął z konsternacją na seksowną dziewczynę, a potem z powrotem na sztywną Lily.
Świetnie, pomyślała. Tak bardzo nie nadaje się na dziewczynę i tak bardzo jestem poza jego ligą, że aż obcy ludzie zaczynają brać mnie za jego siostrę.
Potter chciał chyba odmówić i wyjaśnić nieporozumienie (lub też olać ją i porzucić), ale Evansówna nie dopuściła do tego:
— Idź – powiedziała, nie patrząc w jego stronę. Chciała, żeby odszedł i zostawił ją w spokoju – nieważne gdzie i z kim. Nie dał się dłużej prosić:
— Zaraz wrócę – dotknął jej policzka. Lily odwróciła głowę, tak jak za każdym poprzednim razem w przeciągu ostatnich kilkunastu minut. James westchnął ciężko, wyskoczył z autka i odszedł, wdając się w rozmowę z seksowną dziewczyną (zdołała usłyszeć jej imię – Kendall).
Uosabia wszystkie te cechy, których ja nie mam, pomyślała, po raz kolejny przypominając sobie nagonkę Piękności. Łzy zaszkliły jej oczy. Odwróciła się za siebie. Jamesa i Kendall już nie było.
Musiała wykorzystać okazję, bo – Merlinie, broń! – jeszcze Potterowi odezwie się wspomnienie i po nią wróci. Pośpiesznie wyskoczyła z samochodziku, zarzuciła sobie tornister na barki – i wybiegła z wesołego miasteczka, jakby goniło ją stado rozwścieczonych hipogryfów.

♣♣♣
Piątek/sobota.
— Dobrze wiedziałam, że rozmawiał z May i z Mary… - opowiadała niestrudzenie Lily. – Byłam nim trochę rozczarowana, a po tym jak nawet Jo powiedziała, że Mary próbuje mi go odbić… i po tym podrywie tej seksownej laski, która była moim zupełnym przeciwieństwem… i po nagonce Piękności… i po tym, jak Larissa powiedziała, że mogłaby mnie… odmienić – wzięła głęboki oddech. – To wszystko się uzbierało i zaczęłam trochę… szaleć. Oczywiście, nie zamierzałam dołączać do ich klubiku na stałe. Zdenerwowałam się po prostu i chciałam wyciągnąć z Doriana prawdę… a przy okazji sprawdzić, czy w ogóle potrafię kogoś uwieść – przekonać się o swojej własnej atrakcyjności.
— Czy Emmelina i Dorcas nie mogły ci pomóc? – zapytał Hagrid. Lily westchnęła ciężko.
— Myślałam nad tym, ale obydwie miały własne sprawy… myślę, że czułam się trochę upokorzona i nie chciałam, żeby wiedziały o moich… tożsamościowych problemach – zaśmiała się nerwowo. – No i panicznie się bałam, że któraś z nich nagada coś Syriuszowi albo Remusowi – to przecież było w ich stylu – a poza tym, w naszym dormitorium panoszyła się Mary i była gotowa donieść Jamesowi o każdym moim potknięciu. Hagridzie – ja chciałam tylko tam pójść i zobaczyć, co mają mi do zaproponowania… to była tragiczna sytuacja, i chciałam zasięgnąć u kogoś rady… i najlepiej u samego diabła. A tak się składa, że w Hogwarcie grasuje obecnie całkiem sporo diablic.

♣♣♣
W dormitorium Larissy cuchnęło lakierem do włosów, gumą balonową i wodą kolońską. Również wizualnie sypialnia nie zachwycała, bo jakkolwiek z założenia wszystkie dormitoria gryfońskie wyglądały tak samo i miały identyczne wyposażenie, tak dormitorium siódmoklasistek wyraźnie wyróżniało się wśród innych, ale w negatywnym tego słowa znaczeniu. Baldachimy, pościele oraz narzuty przetransmutowano na kolory pastelowe z wyraźną dominacją pudrowego różu. Tuż za drzwiami znajdowała się paskudna, słabo wyczarowana alkowa, której przeznaczaniem było osłanianie królewskiego, najbardziej różowego i najbardziej oszpeconego brokatem łóża królewskiego, należącego – rzecz jasna – dla Larissy. Staromodne szafy przemieniono w ozdobne, ale nieporęczne kremowe toaletki, ubrania z kolei trzymano w łazience, którą przerobiono na gigantyczną, zbyteczną garderobę. Jeśli malować i czesać dziewczęta mogły się przy swoich toaletkach, to zupełnie inaczej rzecz się miała z myciem i załatwianiem swoich intymnych potrzeb. Lily zdumiała się szczerze, że Piękności nie miały w swoim pokoju łazienki – dopóki nie zorientowała się, że wejście do niej znajdowało się za alkową.
Jakim cudem?, pomyślała trzeźwo. Wszystkie dormitoria rozplanowane są tak samo – na pięć łóżek, dwie szafy i stoliki nocne dla każdego po jednym. Łazienka musi być po lewej, bo inaczej… dormitoria musiałyby się połączyć.
Lily rozejrzałą się dookoła. Nie widziała żywej duszy, chociaż zdawało jej się, że nie jest w tym pokoju sama. Czuła się… obserwowana. Zerknęła na ściany. Niemal całą ich powierzchnię pokrywały kolorowe, jaskrawe i kontrastujące z pastelowymi tekstyliami plakaty. Przypominało jej to odrobinę dormitorium Huncwotów – tylko że oni, rzecz jasna, nie obklejali ścian wizerunkami półnagich aktorów i popowych piosenkarzy z niezłą fryzurą.
— Larissa?! – krzyknęła, padając na jedną z różowych puf rozsypanych po całej długości wykładziny w kolorze kawy mlecznej. Sięgnęła po leżący nieopodal magazyn modowy, czując się niemalże jak w poczekalni przed wizytą u dentysty. Skoro Prefekt Naczelna i jej koleżanki gdzieś wychodziły, to dlaczego nie zamknęły za sobą drzwi, tylko zostawiły gościom gazetki?
Przyglądała się właśnie wychudzonej, larissopodobnej modelce odzianej w paskudne, ciężkie futro, gdy spostrzegła jakiś ruch za alkową. Wychyliła się i…
Krzyknęła z zaskoczenia.
Za ozdobnym wgłębieniem w ścianę znajdowały się nie tylko drzwi do łazienki – ŁĄCZONEJ ŁAZIENKI – ale również drugie, bliźniacze, które potraktowano magią ciut bardziej wyrafinowaną niż resztę dormitorium. Drzwiczki te w normalnych warunkach były tak malutkie, że nawet Gladiusowi nie udałoby się przez nie przecisnąć. Przypominały jej trochę tę parę, przez którą przeszła Alicja po wypiciu pomniejszającego napoju, podczas swojej pierwszej wizyty w Krainie Czarów – nic więc dziwnego, że nie zauważyła ich od razu.
Teraz jednak urosły one przeszło pięciokrotnie, tak, że mogła przejść przez nie bez problemu wysoka, ciemna blondynka. Lily kojarzyła ją z widzenia – uczęszczały do tej samej klasy, tyle że do innych domów – dziewczyna trafiła do Ravenclawu, a Evansówna kojarzyła ją dlatego, że blisko przyjaźniła się z prefekt Mią Bones.
— Hej – przywitała się niemrawo, gorączkowo starając się przypomnieć imię dziewczyny. Bezskutecznie. – Zastałam Larissę?
Nieznajoma uśmiechnęła się lekko i bez odpowiedzi podeszła w kierunku toaletki, w celu sprawdzenia, jak prezentuje się jej makijaż oczu.
— Larissa spodziewała się ciebie – potwierdziła, nie patrząc w jej oczy. – Ale chciała, żebym to ja się tobą zajęła. – Otworzyła jedną z szuflad toaletki i wyciągnęła z niej dziwny, klarowny eliksir. – Długo czekałaś?
Lily pokręciła głową. Chciała spytać, jakim cudem Larissa mogła jej oczekiwać, skoro decyzję o zasięgnięciu u niej rady podjęła pod wpływem impulsu. Nim jednak otworzyła chociażby usta, nieznajoma zbliżyła się do niej i wyciągnęła rękę.
— Jestem Jessica – przedstawiła się. Jej imię uderzyło Lily gdzieś przy krańcu pamięci. – Jessica Beinz. Chodziłam z Hayesem.
Lily wybałuszyła na nią oczy. Co ją obchodziły podboje miłosne nieznanej jej Krukonki? (No, pomijając fakt, że Luis Hayes był niebotycznie przystojny i wzdychała do niego prawie każda dziewczyna w Hogwarcie).
— Hej – złapała jej rękę i uśmiechnęła się złośliwie. – Znasz moje imię, więc powiem to, co bardziej cię interesuje – chodziłam z Chamberlainem, całowałam się z Davisem i Jamesem, a w przyszłości zostanę żoną księcia Karola.
Dostrzegła błysk rozbawienia w nie tak głupich oczach Jessiki.
— Niezła z ciebie przekora – zauważyła. – Na pewno masz w sobie trochę seksapilu.
Podobnie jak Larissa wczoraj rano, ujęła kosmyk włosów Lily pomiędzy palec wskazujący a środkowy. Zadumała się przez chwilę.
— Są dość charakterystyczne, no nie? Chyba nie ma sensu ich zmieniać, ale… — złapała teraz całość jej włosów i podwinęła nieznacznie końcówki - …mogę je trochę ciachnąć?
Lily wysłała jej wystraszone spojrzenie.
Nie! Oczywiście, że nie!
— A farbnąć? – nie poddawałą się Jessica i wskazała teraz na wyciągnięty z toaletki klarowny płyn. – Mam rewelacyjny eliksir – piękny kasztan – tak gdzieś o odcień ciemniejszy od twojego naturalnego, ale uwierz mi – jest boski. Sama miałam go przez całe ferie, a zszedł bez problemu po pierwszym lepszym wywarze odwracającym. Ach, i pazurki!  - poklepała po nierównych, poobgryzanych paznokciach Lily z czułością. – Wydłużymy je trochę, okej?
Zachwycona tą myślą, nie zwlekając dłużej, podbiegła do toaletki i wyciągnęła z szufladki pudełko pełne lakierów. Lily poczuła, że robi jej się słabo.
— Wolisz Krwisty Szkarłat czy Głębię Nocy?
Pomimo postawionego pytania, po raz kolejny nie dała swojej klientce nic powiedzieć – ani zaprotestować! – bo podjęła decyzję na własną rękę (Głębia Nocy) i działała dalej – sięgając po podręczne, powiększające lusterko.
Lumos! – złapała za różdżkę i wycelowała snob niebieskawego światła prosto na twarz Lily. Evansówna instynktownie zamknęła oczy.
Ciepła – kontynuowała swój słowotok Jessica. – Baaaardzo ciepła. Jesień, bez dwóch zdań. Myślisz, że jesteś bardziej zgaszona czy bardziej prawdziwa? No, otwórz oczy, jak inaczej mam cię określić?
Lily nawet nie ukrywała, że bladego pojęcia nie ma, co Krukonka próbowała jej przekazać. Co to w ogóle za pytania – czy była bardziej prawdziwa czy przygaszona? I dlaczego Jessica podejmowała za nią decyzję dotyczące jej zewnętrznego wyglądu i w ogóle wkraczała buciorami w jej przestrzeń osobistą?
—  Bez dwóch zdań ciepła jesień – westchnęła ciężko jej nowa koleżanka, nie zaprzestając tego wariactwa. – O Morgano, wolałabym jakąś zimę! Tylko do nich pasują pastele.
To zaczynało robić się irytujące. Evans przyszła tu porozmawiać z Larissą – teraz widziała, jak szalony i niedorzeczny był ten pomysł od samego początku – a ta, nie dość, że jakimś sposobem przewidziała jej wizytę (też była półeflem czy co?!) , to jeszcze nasłała na nią obcą dziewczynę, gadającą jakimś pokręconym dialektem i nakręcającą się na jakieś farbowanie i ścinanie włosów – na początku.
Czy ta okropna dziewczyna, Prefekt Naczelna od siedmiu boleści, myślała, że jest zabawna czy jak?!
— Potrzebne nam będzie to – Jessica wyciągnęła z toaletki jakiś fluid – sto dziesiątka, bo jesteś trochę blada – ale masz dużo żółtego pigmentu w skórze… to – sięgnęła po róż – i to – wyjęła paletkę złoto-brązowawych cieni. – Pokażę ci co i jak, i pożyczę, dobra? Potem zajmiemy się tymi włosami, a potem..
— Wybacz, że ci przerwę – odezwała się nareszcie Lily, po tym jak na wzmiance o „żółtym pigmencie” jej nieznaczna irytacja przerodziła się w czystą wściekłość. – Ale mam uwierzyć, że zrobisz to wszystko po prostu za „Bóg zapłać” ?
Jessica odstawiła kosmetyki i po raz pierwszy od początku ich krótkiej znajomości spojrzała na Lily jak na istotę zdolną do myślenia i komunikacji.
— Nie wygłupiaj się – prychnęła. – To będzie CUD, jeśli uda nam się zrobić cokolwiek z niczego, a ty myślisz, że w nagrodę tyle nerwów i stresu dostanę tylko twój uśmiech?
Lily wzruszyła ramionami.
­—Ja nie umawiałam się na wizytę do kosmetyczki.
Jessica rozdziawiła usta, oburzona zostaniem nazwaną „kosmetyczką”.
Kosmetyczka! Też mi coś! Czy Larissa nie uzgodniła z tobą warunków umowy?!
Teraz już stało się jasne i pewne, że albo zaszła tu jakaś tragiczna pomyłka, albo Larissa postanowiła ją w coś wmieszać. Możliwe, że to przez kuriozalny zbieg okoliczności Lily znalazła się tam, gdzie miała zostać wysłana nieznacznie później. Nie przewidziano jednak, jak bardzo słowa wczorajszej nagonki utkną w jej pamięci i że uda się dzisiaj na wagary. Piękności zapewne wysnuły jakąś intrygę, w której przydzieliły Evansównie rolę pierwszoplanową, nie wiedząc – bo skąd? – że przyjdzie ona do nich sama, z własnej woli. To wyjaśniałoby lekkie spóźnienie Jessiki, jej dezorganizację i zakładanie, że Lily wie o całym urodowym przedsięwzięciu więcej niż w istocie.
Jak miała to teraz wyprostować?
—Właściwie to… Larissa tylko wczoraj napomknęła, że mogłaby mnie ewentualnie… eee…
Przyjąć do waszego pseudoklubu?
Poddać odnowie biologicznej i metamorfozie, niczym na ABC kobietom po ciężkich ciążach?
— Właściwie to przyszłam tylko poznać wasze zdanie na pewien temat – wyznała szczerze. Brew Jessiki powędrowała ku górze. – Mam z kimś mały problem.
— To dziwne – zadumała się Krukonka. – Mnie powiedziała, że mam pomóc ci wydobyć jakąś tajemnicę od Doriana.
Lily podrapała się po głowie. Jak one mogły tak szybko ją przejrzeć?
— Zmyślna jest, co nie? – załagodziła sytuację panienka Beinz, jakby czytała jej w myślach. – Czasem naprawdę potrafi zaskoczyć… ale teraz… kurczę… - zmieszała się, podrapała po głowie i oddaliła od toaletki, kierując swoje kroki w zupełnie nową stronę – do garderobo-toalety.
Jeśli okazałoby się, że w tym dormitorium znajduje się jeszcze jedno tajne przejście, to Lily chyba by się tutaj wprowadziła. Zerknęła przez ramię. Pośród długich regałów zasłanych parami różnorodnych butów, stały małe szkatułki i puzderka – w normalnych okolicznościach można by je uznać za miejsce przechowywania biżuterii lub innych ozdób ale te przecież gromadzono w toaletkach… Pokręciła głową ze zdziwienia, kiedy Jessica wróciła do niej z rulonikiem papieru, przypominającym jakiś międzynarodowy traktat albo elegancką umowę.
Co tu się wyprawiało?
— W takim razie… — zamruczała Piękność i spojrzała na Lily z taką miną, jakby przez myśl jej nie przeszło, że dziewczyna może odmówić składanej przez nią propozycji. – W zamian za moje rady i pomoc z Dorianem – a wiedz, że nauczę cię wszystkiego, co najważniejsze – ty załatwisz mi randkę z Jamesem.
Zrzuciła to na nią tak po prostu, bez żadnego uprzedzenia ani ostrzeżenia. Załatwisz mi randkę z Jamesem! Też coś! Tak jakby miała załatwić jej podręcznik do eliksirów!
— Nie ma mowy! – zaprotestowała natychmiast. – Czyś ty zwariowała? Nie mogę przecież zmusić Jamesa, żeby się z tobą umówił, skoro ewidentnie nie ma ochoty – wysyczała zjadliwie. Jessica wywróciła wysoko oczami.
— Och, dobra, dobra – machnęła ręką, jakby nawet jej na tym nie zależało – chociaż wyraz jej twarzy mówił co innego. – Ale ty jesteś o niego zaborcza. Niech ci będzie. PROMOCJA! Wystarczy mi jeden pocałunek. Do tego chyba jesteś w stanie go przekonać.
— Jessica…
— Tutaj mamy cyrograf.
Lily rozdziawiła usta jak ryba, kiedy Jessica rozwinęła przed nią ową elegancką umowę z puzderka, kiwnęła kilka razy różdżką i sformułowała krótką treść.

CYROGRAF

Zanim zdołała przeczytać chociaż pierwsze zdanie, rozległ się błysk flesza, a białe światło zalało jej twarz i treść umowy.
— Nic jeszcze nie podpisałam! – krzyknęła, oburzona, że robi jej się z zaskoczenia zdjęcia. Jessica wzruszyła ramionami i zrobiła jeszcze jedno – tym razem pod innym kątem.
— To do kroniki! – wyjaśniła. – Odpowiadają ci zasady?
Lily szczerze wątpiła, że nawet najbardziej hojne zyski mogą jej odpowiadać, skoro w grę chodziła cena zapłacona nie przez nią, a przez jej – chłopaka? Szybko przebiegła wzrokiem po tekście, kiwając głową w zamyśleniu. Dobrze zaplanowały ten podstęp… robiły się coraz bardziej biegłe w rzemiośle knucia i spiskowania.
W skrócie cyrograf określał dokładnie, jaką pomoc zafunduje jej Jessica – a było to wystylizowanie, nauka podstaw uwodzenia oraz osobista konsultacja – słowem, wszystko to, czego Lily potrzebowała, a dostać nie mogła. W zamian miała przekonać Jamesa, żeby pocałował Jessikę – oczywiście mówiąc mu o rozmiarze jej zasługi. W praktyce oznaczało to, że miała go wykorzystać, a potem jeszcze się do tego przyznać.
— Przykro mi, Jessico, ale zgodzę się na coś takiego po swoim trupie – oświadczyła uroczyście, oddając jej cyrograf. Krukonka wybałuszyła na nią uszy. – James nigdy nie wybaczyłby mi czegoś takiego.
— Och, co ty opowiadasz! – zaprotestowała natychmiast, chociaż dobrze wiedziała, że to prawda. – Boi się wyznać ci prawdę, a kiedy zdobędziesz ją od Doriana i okażesz mu swoje wsparcie, tak zaślepi go szczęście i ulga, że nie będzie robić ci żadnych wyrzutów.
Lily pokręciła głową ze zdecydowaniem.
— Pozwól mi, że obstawię przy swoim – bez słowa pożegnania skierowała się do drzwi wyjściowych, otworzyła je zamaszyście i rzuciła na odchodne:
— I moja skóra nie ma wcale dużo żółtych pigmentów!

♣♣♣
Piątek/sobota
— Nie zgodziłaś się? – upewnił się Hagrid, rozumiejąc z tego wszystkiego coraz mniej. Lily pokiwała głową.
Wtedy… nie. Byłam w kropce – to jasne – ale nie na tyle zdesperowana, żeby… żeby zrobić coś takiego… potem… ojej, potem wszystko wydawało mi się być zupełnie inne – pokręciła głową. – Pokłóciliśmy się strasznie, a ja chciałam bardziej zrobić mu na złość niż pomóc samej sobie. Boże, gadam od rzeczy – złapała się za głowę. – Ale ja… tak jak już ci mówiłam – chciałam dobrze! Wierzyłam, że wszystko ujdzie mi na sucho i że chociaż balansuje na bardzo cienkiej linii, to… to, że James… mi…
Westchnęła ciężko i ugryzła kolejne ciastko. Zrobiła tak bolejącą minę, że pomimo zmęczenia natłokiem informacji zdarzeń, Hagrid poprosił ją o kontynuowanie.

♣♣♣
Środa/czwartek
Severus nieźle zdołał się już wynudzić w skrzydle szpitalnym. Nadal czuł się paskudnie i nie mogło być mowy o opuszczeniu szpitala – to fakt, ale leżenie schowanym w parawanie przez całe dnie, kiedy jego jedynym kompanem był ten gówniarz, młodszy braciszek Blacka, no i okazjonalnie inni zasmarkani drugoklasiści; zdawało się jedynie pogarszać jego ogólną kondycję.
Do tej pory odwiedzili go sprawcy całego zamieszania, z wyjątkiem tego najbardziej winnego. Przyszedł Potter – nawet kilka razy, a za każdym następnym coraz bardziej go irytował, przeszedł Lupin, strapiony, opanowany, filozoficzny i śmiertelnie nudny, przyszedł nawet ten czwarty, Pettigrew, chociaż nie miał za wiele do powiedzenia. Black nie postawił tu nogi – nie odwiedził ani Snape’a, ani swojego brata.
— Syriusz czuje się winny – próbowała usprawiedliwić go Lily, kiedy wczoraj przysiadła przy jego łóżku i poczęstowała obwarzankiem. Jej wizyta była do tej pory jedynym jasnym punktem całego pobytu w skrzydle. – Najpierw musi pogodzić się sam w sobą, a dopiero potem z wami.
— Nie będzie żadnej zgody – burknął Severus. – Nie będę godził się ani z nim, ani z twoim nowym chłopakiem.
Słuchy o nowej, wielkiej hogwarckiej parze w trymiga obiegły cały zamek, a skrzydło nie zostało odcięte od informacji – z samego rana wpadła tutaj jakaś gryfońska czwartkoklasistka rzygająca na prawo i na lewo żabami, która szybko podjęła z Severusem i Regulusem rozmowę, o ile można było nadać podobne miano jej stękającemu monologowi. Ani jeden, ani drugi chłopak nie dał po sobie poznać, czy ją słyszy i czy ją słucha – ale obydwoje to robili, i w dodatku zastanawiali się nad najnowszymi wiadomościami dosyć dogłębnie. Nawet najgłupsze plotki są zbawieniem dla znużonych chorujących i mogą odmienić ich szary dzień.
— Widzisz, Smarkerusie – rzuciła Jo Prewett, która została w skrzydle szpitalnym następnego dnia po opuszczeniu go przez Lily (swoją drogą, dlaczego madame Pomfrey do tej pory jej nie wyrzuciła za drzwi, skoro nie dość, że nie była pacjentką, to jeszcze terroryzowała innych i uniemożliwiała im rekonwalescencję). – Nie ma cię w szkole parę dni i już wypadasz z gry.
Obudziła go dzisiaj dość wcześnie, chociaż zapewne nie byłaby to godzina tak kosmiczna, gdyby Severus w skrzydle zwykle nie przysypiał połowy dnia. Po raz kolejny ubrała się dziwacznie, tym razem w czarną spódniczkę od mundurka i wielki t-shirt, chyba od piżamy – przedstawiający głowę wielkiego, brązowego, owłosionego ohydztwa – o imieniu Chewbacca. Przetransmiuowała jego kapeć w wielką, czarną tablicę, na której białą kredą zdołała narysować już dosyć mały i dosyć nieforemny mózg.
Mówiłeś, że będziemy uczyć się razem legilimencji, powiedziała, a jej słowa rozbrzmiały gdzieś wewnątrz jego głowy.
— Nie możemy poczekać, aż wyjdę? – spytał, bo jego próby „odpowiedzenia” Jo w ten telepatyczny sposób zakończyły się fiaskiem. – Ściany mają uszy, a Regulus ma nierówno pod sufitem od wybuchu Blancharda.
Jo oblizała wargi i zerknęła w kierunku zakrytego baldachimem łóżka młodszego Blacka. Właściwie to również ona w dużej mierze przyczyniła się do jego wypadku.
— Nie będziemy ćwiczyć teraz oklumencji czy tam legilimencji… chciałam tylko zrobić lekcję organizacyjną.
Severus zadarł prawą brew do góry.
Rozumiem… Rzeczy elementarne: budowa mózgu i techniki jej rysunku – wskazał palcem na prymitywny obrazek Jo i uśmiechnął się sztucznie. Dziewczyna odpowiedziała mu tym samym.
Nie. Ta tablica ma tylko pobudzać twoją wyobraźnię.
— Błyskotliwe i niekonwencjonalne – skrytykował, podpierając się na łokciach i przecierając zmęczone oczy. Ziewnął głośno. Jo rzuciła na niego zaklęcie przyprawiające o ból głowy.
— Zasada numer jeden: nie ziewamy! Nie stękamy, nie jemy – intensywnie pracujemy! Wiem, że w Hogwarcie ciężka praca to pojęcia niemal abstrakcyjne, dlatego dam ci przedsmak jednej lekcji w Durmstrangu – kiwnęła głową na to wspomnienie. – Tam nie można się obijać, bo zginiesz.
— Przechodź do sedna, Prewett – zażądał. Sięgnął po różdżkę, wyszeptał kilka słów, a mózg narysowany na tablicy powiększył się i nabrał bardziej realistycznego wyglądu. Jo zachichotała głupio.
— No widzisz! Dobrze wiedziałam, co zrobić. Jesteś plastykiem.
Jo.
Jo pokręciła głową i strzepała niewidzialny pył ze swojej koszulki z owłosionym trollem. Rozejrzała się dookoła, jakby chciała sprawdzić, czy na któreś ścianie nie wyrosło wielkie, tynkowe ucho.
— Przyszłam tu w tylko jednej sprawie – szepnęła, zbliżając się do łóżka Severusa. Snape zmarszczył brwi i odsunął się bliżej wezgłowia. Jo podciągnęła rękaw swojej koszulki aż do zgięcia łokcia, jakby przygotowując się do pobrania krwi. – Kiedy zaczniemy nasze zajęcia, musisz nauczyć się i legilimencji, i oklumencji – uważam, że to głupota zająć się tylko jedną z tych nauk. A skoro tobie również zależy na tym i na tym, to chyba nie będziemy się spierać w tej materii – puściła do niego oczko. – A to oznacza, że raz ja będę wertować twój umysł, a raz ty mój.
Snape pokiwał głową w zamyśleniu. Miał sporo rzeczy do ukrycia, a już w ogóle mnóstwo takich, o których Jo nigdy nie powinna się dowiedzieć. Przypuszczał jednak, że w porównaniu z ilością sekretów dziewczyny, jest właściwie zupełnie otwarty i szczery.
Czy Jo zamierała teraz mu pogrozić? Świetny początek.
— Myślisz, że będę rozpowiadać innym o twojej małej obsesji na punkcie mugoli? – zakpił, wskazując na jej koszulkę. Jeśli udało mu się zdeprymować Jo tym przytykiem, to udało jej się perfekcyjnie ukryć swoje uczucia. – Będę milczał jak grób. To obustronne, prawda?
Dziewczyna parsknęła lekko.
— Och, Sev – zmierzwiła mu zaczepnie włosy. Severus poczuł nagłe mdłości. – Ale ty jesteś naiwny. Myślisz, że uwierzę w jakiekolwiek twoje słowo?
Wzruszył ramionami.
— Ty nie będziesz mówić o moich sekretach,  a ja nie będę mówić o twoich. To chyba uczciwe.
— W przeszłości udowodniłeś, jaki jesteś dyskretny – wysłała mu wymowne spojrzenie. – I wybacz, ale nie wierzę twoim zapewnieniom ani przez minutę.
 — Co proponujesz?
Jo po raz kolejny wskazała na swój podciągnięty rękaw. Jakaś przysięga krwi?
Nagle wokół nadgarstka Jo, aż do jej łokcia, zaczęły pojawiać się eteryczne, złotawe więzy – jakby niewidzialne sznurki pętające jej ręce na dobre. I wtedy zrozumiał. Dobrze wiedział, co one oznaczały i do czego Jo zmierzała. Na swoim czwartym roku był świadkiem, kiedy Rosier i Wilkes dokonywali tego samego ceremoniału, a on miał być ich Gwarantem – osobą, która rzuci zaklęcie i poprowadzi Przysięgę Wieczystą do końca.
— Dobrze myślisz – uśmiechnęła się bezczelnie Jo. – Ty obiecujesz milczenie, i ja obiecuje milczenie – sznureczki nas obwiążą, i możemy rozstać się spokojnie – i spotkać podczas pierwszej lekcji, jak opuścisz skrzydło. Wchodzisz w to?
Wyciągnęła do niego rękę. Severus zawahał się przez chwilę.
Wertując umysł Jo, może zobaczyć nie tylko prywatne sprawy, ale te wszystkie liczne zbrodnie, których dopuściła się w przeszłości – i niewykluczone, że wkrótce za część z nich mogą oberwać jego bliscy, jego znajomi, jego Lily. Czy Severus będzie musiał przyglądać się im z daleka, uważając, żeby nie powiedzieć za dużo i… nie zginąć.
— Nie mamy Gwaranta – zauważył z udawaną beznamiętnością Snape.
Jo uśmiechnęła się pod nosem.
Doprawdy? A czy zapomniałeś już o naszym kumplu, który obecnie ma na tyle nierówno pod sufitem, że zaraz nie będzie o niczym pamiętał?
Regulus.
♣♣♣
Czwartek.
Lily była w trakcie pisania referatu na transmutację do projektu jej i Jamesa, a zajmowało jej to już trzecią godzinę. Chłopak nie pojawił się do tej pory (czy on dalej siedział z Syriuszem w kasynie?), chociaż obiecał, że wykona całą praktyczną, transmutacyjną robotę, a Lily podczas prezentacji będzie jedynie czytać i ładnie wyglądać. W porządku, Potter mógł być orłem z tego przedmiotu, animagiem i wielkim dzieckiem-szczęścia, a nawet on powinien przećwiczyć te zaklęcia przed występem – i przede wszystkim, nie zostawiać jej zmartwionej i samej sobie.
 O tej godzinie w bibliotece tłoczyło się dość dużo osób, choć nie na tyle, aby nie mogła dostrzec Pottera zmierzającego w jej kierunku. Kiedy zmaterializował się znikąd za nią, musiało to znaczyć, że zakradł się tu i obserwował ją przez pewien czas pod peleryną-niewidką
— Hej – rzucił chłodno, materializując się znikąd i padając na sąsiednie krzesło. – Dlaczego uciekłaś tak wcześnie z wagarów?
— Hej – odpowiedziała Lily, zdobywając się na lekkie muśnięcie jego policzka. James nie uśmiechnął się na ten gest. – Źle się poczułam.
To nie było do końca kłamstwo, chociaż z pewnością lekkie nagięcie prawdy. Lily faktycznie zrobiło się słabo po przyłapaniu Jamesa na kłamstwie, i po całej tej bzdurnej interakcji z Kendall Richardson, ale nie miało to nic wspólnego z jej wizytą w skrzydle szpitalnym, co sugerował jej ton (powinno się w ogóle zacząć od tego, że cała ta wizyta w skrzydle była małymi wagarami i niczym innym, jak działaniem Jo na nerwy). Poza tym, Lily nie opuściła wesołego miasteczka, dlatego, że poczuła się gorzej, ale był to jedynie efekt uboczny i jeden z podpowodów faktycznego powodu – czyli spotkania się z Pięknościami w sprawie cyrografu.
Ale o tym nie mogła powiedzieć Jamesowi. Czy z desperacji zaczęła tworzyć już własne ezoteryczne tajemnice?
— Mogłaś powiedzieć, to bym cię odprowadził – rzucił z wyrzutem. – A nie uciekać bez słowa.
— Powiedziałam Dorcas, że wychodzę.
— No cóż, w takim razie mi tego nie przekazała – wycedził, teraz już naprawdę zdenerwowany. – Szukałem cię po całym Hogsmeade jak ostatni idiota.
Lily przemogła w sobie przepraszający uśmiech, chociaż wcale nie czuła się winna. 
— James… ja dobrze wiem, że rozmawiałeś wczoraj ze swoją siostrą i Mary. JA… trochę usłyszałam.
Milczał, więc kontynuowała:
— Chcę być z tobą szczera… i chciałabym, żebyś ty też był. Uważam, że Mary jest o ciebie zazdrosna i tobą manipuluje, żeby popsuć wszystko między nami – ścisnęła jego rękę, ale James nie odwzajemnił tego gestu. – Masz z nią swoją przeszłość – i ja to rozumiem, naprawdę  - i nie możemy zmienić przeszłości, dlatego nie będę robiła ci w związku z tym żadnych wyrzutów, ale… Ale James, nie możesz jej na wszystko pozwalać. Nie możesz akceptować tego, że wydziera się na ciebie przy całym Hogwarcie, że łazi za tobą i robi ci wyrzuty… że cię obmacuje – wywróciła oczami. – I uważam, że wbrew temu wszystkiemu, co ona ci mówi – czym ci grozi czy… sama nie wiem – powinniśmy zapomnieć o tym głupim zakładzie, o tym że przegrałam i dojrzale porozmawiać ze sobą o wszystkim. James – spojrzała na niego z desperacją – ja widzę, jak się zachowujesz, odkąd wróciła May. Wiem, że to jest dla ciebie bardzo trudne… bo zawsze byłeś w stosunku do niej taki troskliwy i na pewno bardzo się o nią martwisz… ale teraz ja martwię się o ciebie tak samo. Boję się, że zrobisz coś głupiego… praktycznie cały czas siedzę jak na szpilkach i myślę o tobie. Chciałabym ci pomóc. Chciałabym umieć  okazać ci wsparcie – tak jak Mary, ale… ja nic z tego nie rozumiem, i nawet gdybym się starała…
Nie.
Lily zmarszczyła brwi.
— Proszę?
— To nie Mary psuje wszystko między nami – powiedział brutalnie. – Tylko ty.
Dziewczyna zaniemówiła. Czarne mroczki przysłoniły jej widok i zbiły z nóg, nokautując ją z taką siłą, że zemdlałaby, gdyby nie siedziała. James kontynuował swoją tyradę, mówiąc rzeczy tak brutalne, że aż przerwał z nią kontakt wzrokowy:
— Wiecznie coś ci się nie podoba i robisz z igły widły – wywrócił oczami. – Zmieniasz zdanie średnio pięć razy na minutę – i raz coś ode mnie chcesz, a raz jesteś na mnie zła. Kompletnie nie obchodzą cię moje uczucia, moje zdanie, mój czas i właściwie to chyba ja sam również. I wiesz co, Lily? Ja nie mam zamiaru traktować cię inaczej. Jeśli ty mnie nie szanujesz, to ja nie będę się tobie zwierzał.
Dziewczyna pokręciła głową, nie mogąc wydusić z siebie już żadnego zdroworozsądkowego słowa:
— To ty zmieniasz nastrój na przemian za każdym razem, jak się widzimy! I jak możesz mówić takie rzeczy! – spojrzała na niego z wyrzutem. – Pozwalasz Mary wejść sobie na głowę i… i oczerniać mnie przy wszystkich! Gdybym była taka jak ty, powinnam w ogóle zabronić ci się z nią spotykać, tak jak ty bezustannie suszysz mi głowę o Doriana! Ja… ja już w ogóle unikam jej tematu, bo wiem, że będziesz irracjonalny.
— Dorian i Mary to zupełnie dwa różne przypadki – przerwał jej wściekle. – ILE MOŻNA CI POWTARZAĆ?! – Lily struchlała, zaskoczona jego kategorycznym tonem. James wziął głęboki oddech. – A Mary cię nie oczernia – dodał łagodniej.
— SŁYSZAŁAM NA WŁASNE USZY, CO O MNIE MÓWI – WCZORAJ RANO! – krzyknęła, rozdziawiając usta z oburzenia. Głos zaczął jej drżeć: — I mówisz takie okropne rzeczy o Dorianie, a Mary sama przyznała, że zna on świetnie wasze sekrety. Idąc tym tropem, chyba masz mnie za dużo mniej wartą zaufania, skoro swojemu wrogowi numer jeden powierzasz jakieś ezoteryczne sekrety, a mi…
— TO IDŹ GO O NIE ZAPYTAĆ! – krzyknął, śmiejąc się nerwowo. – Mało jest osób bardziej pojebanych niż on, ale czasem zaczynam myśleć, że wasza dwójka naprawdę jest siebie warta.
Lily aż cofnęła głowę, uderzona tym, co powiedział. Nie wiedziała, jak to odebrać. Z jednej strony wcale nie uważała Doriana za wyjątkowo mało wartego, a poza tym James mówił jej kiedyś coś podobnego, ale zabrzmiało to tak obraźliwie i pogardliwie… Wzięła głęboki oddech i zaczęła pierwiastkować. Zwykle łagodziło to jej gniew, ale teraz potrzebowała tego bardziej do zapanowania nad łzami…
James chyba zorientował się, że powiedział o kilka słów za dużo, bo spojrzał na nią trochę mniej wściekle i rzucił neutralnie:
— Wybacz, nie chciałem tego… nie to miałem na myśli…
— Wolałabym mimo wszystko nie pytać się jego, tylko ciebie – szepnęła. Gniew wygrał krótki pojedynek z rozpaczą, i nadciągał kontratak. – Nie jestem z tych, którzy łażą wypłakać do swoich byłych za każdym razem, jak poniosą porażkę.
Przez chwilę zdawało jej się, że James ją uderzy. Jego twarz posiniała z gniewu, źrenice poszerzyły się, a ręce zaczęły drżeć i świerzbić. Jeszcze nigdy nie widziała go w takim stanie. Złapała za torbę. Była gotowa wybiec stamtąd w każdej chwili, niczym w ucieczce przez groźnym, wściekłym zwierzęciem.
— Nie będę z tobą rozmawiać o takich rzeczach – Kiedy przemówił po chwili, brzmiał na opanowanego. Wszelkie oznaki ciepła zniknęły z jego oczu, a zastąpiły je stalowe błyski.
— Ale będziesz rozmawiać o tym ze swoją byłą? – wydukała cicho, oblizując wargi z rozpaczy, gniewu i stesu. James łypnął na nią wściekle.
— Mary zna mnie znacznie dłużej -  i lepiej – niż ty. Wiem, że do końca życia nie zapomnisz mi tego, że się z nią spotykałem, ale to jest przede wszystkim moja przyjaciółka i nie mam zamiaru przestać rozmawiać z nią tylko dlatego, że ty znowu się dąsasz…
Lily pokręciła głową i zerwała się z krzesła. Mogła wytrzymać obelgi pod swoim adresem, odsyłanie do Doriana i wszystkie inne straszne słowa – ale jego ślepa wierność Mary i podkreślenie, jak wielką ma ona nad Lily przewagę… to po prostu było zbyt wiele.
Głośno pchnęła krzesło z powrotem do stołu. Jego noga uderzyła Jamesa w stopę. Jeśli chciał, żeby poszła zapytać Doriana, to proszę bardzo – zrobi to! Nie potrzebuje jego pomocy i nie potrzebuje jego wyjaśnień – może i potem będzie potrzebowła jego ust, ale przecież Jessica wcale nie sprecyzowała w cyrografie, gdzie ma ją pocałować. Może zrobić to nawet, cholera jasna, w dupę!
Wybiegła z biblioteki i przeklinała go w myślach aż z powrotem nie wróciła do Wieży Gryffindoru i nie wpadła do dormitorium Piękności. Teraz – oprócz Jessiki – siedziała tam jeszcze Rachel i Sally.
— Jessica? – zwróciła się do niej, sapiąc wściekle. – Zmieniłam zdanie. Wchodzę w to.

♣♣♣
Czwartek.
Emmelina w piątej klasie miała swoje stałe, zarezerwowane łóżko w skrzydle szpitalnym – miejsce, gdzie mogła w spokoju skonsumować kleik, a potem wyrzygać go do miednicy stojącej obok wezgłowia. Przychodziła tutaj praktycznie codziennie – czasem, żeby ominęły ją lekcje, czasem ktoś zaniepokojony jej stanem ją tu przyprowadzał, a czasem po prostu mdlała i budziła się tutaj, tak jak dzisiaj.
To było zarazem miłe i niezręczne uczucie, kiedy po ocknięciu się poznała swoją starą, tak wiele razy obrzyganą pryczę, bo właśnie tam madame Pomfrey, ta żartownisia, ją umieściła. Miednica też zajmowała swoje stare miejsce. Nawet kleik czekał na nią obok szklanki wody i eliksiru na mdłości.
Niechętnie sięgnęła po kubek z bezsmakową substancją – w normalnych warunkach po prostu wrzuciłaby ją do swojego tornistra, ale tym razem naprawdę umierała z głodu. Do tego stopnia, że nawet nie liczyła w głowie marnych kalorii zawartych w kleiku.
— Doigrałaś się, Emmelino – powiedziała do siebie, łapczywie nabierając na łyżeczkę pierwszą porcję. – Robisz się przewidywalna.
Po niewinnym flircie w barze, Paul zerwał się z pracy i pospacerował trochę z Emmeliną po Hogsmeade. Był przyjemnym i zabawnym towarzyszem – może trochę zanadto, jak na gust dziewczyny, wulgarnym i nietaktownym – ale właściwie to ubolewała, że tak szybko dała mu zasmakować kawałka swojej klasycznej, emmelinowej dramy, mdlejąc na jego rękach z głodu. Zwykle wszyscy chłopcy, po obejrzeniu chociaż fragmentu patetycznej sztuki obrazującej jej życie, uciekali w popłochu, nie chcąc w jakikolwiek sposób mieszać swojego losu z dziewczyną o tak fatalnej karmie. Wyglądało na to, że Paul dołączył do ich grona, bo po doprowadzeniu jej do Hogwartu i do skrzydła, czmychnął z powrotem do swojej pracy.
Nie mogę spodziewać się więcej po osobie, która chwali się na pierwszej randce, ile wygrała galeonów na ostatnim hazardowym podboju, pomyślała rezolutnie, zlizując kleik z łyżeczki, chociaż nie mogła odgonić tak znajomego, melancholijnego rozczarowania. To doprawdy żałosne, że nie potrafiła zainteresować sobą nawet byle jakiego barmana i entuzjastę kasyn.
Emmelina zjadała właśnie piątą łyżeczkę ryżowej kaszki, gdy do jej wrażliwego ucha doleciał dźwięk inny niż burczenie własnego brzucha.
— Dlaczego nie mogę z nią porozmawiać? – zapytał melodyjny, wysoki sopran, głos, który Emmelina poznałaby nawet głucha.  
Zmarszczyła brwi, ułożyła kubek z kleikiem wygodnie na podołku, wyciągnęła nogę i zwinnymi palcami obciągnęła zasłonę baldachimu na tyle, żeby widzieć, co dzieje się w skrzydle, ale równocześnie żeby nikt (ta dziewczyna!) nie zauważył jej tutaj.
— Bo panna Potter nie jest jednym z ćwiczeń na twoich studiach kryminologicznych, dziewczyno – odparła Poppy Pomfrey, przemykając obok pryczy Emmeliny. Dziewczyna przestała na chwilę oddychać.
Teraz obok baldachimu przeszła kolejna sylwetka, poruszająca się już nie pielęgniarskim pół-truchtem, lecz dystyngownym marszem pełnym gracji, idealnym, tak jak sama właścicielka owej sylwetki. Tak świetnie znane jej idealne kości policzkowe odstające kusząco z lewego, idealnego profilu, na w pół przysłoniętego puklem idealnych włosów w odcieniu słonecznego blondu – odcieniu włosów Emmeliny, jej matki, babki, i wszystkich kobiet z rodziny Jenkins.
— DI? – wydukała Emma, a łyżeczka z kleikiem wypadła z kubeczka prosto na pościel, pozostawiając niesmaczną, brązową plamę.
Czy ona zaczęła już świrować przez niedożywienie mózgu?
Zasunęła pośpiesznie baldachim do końca. Cokolwiek jej siostra robiła w Hogwarcie i w jakimkolwiek celu chciała rozmawiać z May Potter, najlepiej, żeby nie przyłapała Emmeliny na zwracaniu kleiku do miednicy.
— Niestety nie pomogę – burknęła Poppy, rozsuwając baldachim sąsiedniego łóżka. – Proszę powiedzieć profesorowi Argentowi, że w takiej sprawie najlepiej niech przyjdzie do mnie osobiście – i najlepiej niech będzie miał też pisemną zgodę Dumbledore’a i państwa Potter.
Profesorowi Argentowi? Co się tu, u licha, wyprawiało?
— Słodki Merlinie – jęknęła Diana. – Czy pani naprawdę sądzi, że gdybym chciała z nią tak desperacko porozmawiać, to pytałabym panią o zdanie? Ledwie May wyjdzie ze skrzydła, to już ją dopadnę i wleję jej do gardła veritaserum.
— Przekażę to słowo w słowo panu Sethowi Potterowi, który przyjechał dzisiaj do Hogwartu – zagroziła jej pielęgniarka. – Chyba bardzo zaciekawi go to, że uczennica jego sekcji kryminologicznej wróciła do Hogwartu grozić jego córce. Nie ma pani zajęć?
Emmelina z całej siły zmusiła się, żeby nie zagwizdać. Powiedzieć coś podobnego do Di! Trafiła kosa na kamień.
— Po prostu wykonuję swoją pracę – powiedziała oschle siostra Emmeliny. – Obecnie to miejsce jest jej częścią.
Trzask drzwiami. Kubek z kleikiem roztrzaskał się o podłogę, a Emmelina cała pozieleniała. Mdłości nadeszły szybciej niż zwykle. Ostatnie, co poczuła, zanim kleik podszedł jej do gardła i zalała ją dominująca bezsilność, to ogromny wstyd. Wstyd za zachowanie swojej siostry oraz za to, że Emmelina nie mogła dorównać jej nawet wówczas, gdy ta postępowała tak okropnie.

♣♣♣
Piątek.
To dzisiaj, Gladiusie – oświadczyła poważnie Lily zaraz po wyjściu z wanny. Od samiusieńkiej pobudki stosowała się do poleceń i rad Jessiki: nałożyła sobie owsianą maseczkę na twarz, wypiła eliksir ujędrniający, zrobiła manikiur i pedikiur oraz wzięła zmysłową kąpiel z czekoladową solą i jakimiś eliksiralnymi feromonami. Kot otarł się o jej wilgotne łydki, w ten sposób żądając swoich standardowych, porannych pieszczot. Lily podrapała go leciutko za uszkiem, kiedy schylała się po swój mięciutki ręcznik. – Dzisiaj stanę się największą zdzirą w historii Hogwartu.
Jeszcze wczoraj nie miała najmniejszych wątpliwości, że postępuje dobrze i właściwie; że dla dobra swojego i Jamesa powinna zakończyć te szaleństwo i dowiedzieć się, co jest tą tajemnicą, którą Mary wykorzystywała, by ich poróżnić; i że dość niekonwencjonalną metodą umniejsza tylko Potterowi nieprzyjemności i trudności, bo niewątpliwie nie byłoby dla niego komfortowe opowiadanie o nieszczęsnym i feralnym zeszłym związku z panienką McDziwką. Dzisiaj, kiedy obudziła się, a gniew, rozczarowanie, frustracja i inne negatywne emocje z wczoraj zupełnie wygasły, zaczęła odczuwać pierwsze wątpliwości.
Nie mogę powiedzieć, że go wykorzystałam, próbowała się przekonać. Pocałunek to nic takiego, a już na pewno dla niego. Przecież ten facet całkiem niedawno łaził z jemiołą przyklejoną do czoła i obściskiwał się z każdym stworzeniem, które ma piersi i usta.
Nie martwiła się zanadto Jessiką i jej obsesjami, bo wątpiła, że Jamesa w ogóle to ruszy. Bardziej niepokoiła ją ta część, w której uwodzi Doriana i podstępem wydobywa z niego informacje o jego kuzynie, które ten kuzyn starał się przed nią zatuszować. To mogło doprowadzić do niemałej kłótni.
— Wiesz co, Gladius? Mogę to wszystko jeszcze załagodzić, bo odkręcić już się nie da – oświadczyła, osłaniając się ręcznikiem i zawieszając go na swoich piersiach. – Jeśli dowiem się prawdy, to odciążę Jamesa, a jeśli jeszcze okażę mu swoje zrozumienie i akceptację, jego ulga zupełnie przyćmi wszystko inne. I wybaczy mi te głupie metody. Wiem, że tak będzie.
Spojrzała na swoje odbicie w lustrze, ale nie mogła przyglądać się sobie zbyt długo, bo wtedy coś w pobliżu żołądka zaczynało się w nią wgryzać. Dlaczego miała wyrzuty sumienia? Przecież uzgodniła już, że jej cel uświęca środki!
— On musi to zrozumieć – szepnęła do siebie. – On zawsze rozumie.
Otrząsnęła się z ponurych rozmyśleń i postanowił zająć myśli i ręce czymś innym – sięgnęła po jedną z maści, które Jessica jej pożyczyła, na oczyszczenie cery i dekoltu.
— Pamiętaj o dekolcie – powtórzyła parokrotnie. – Będziesz musiała go bardzo afiszować.
Lily tak się pogrążyła w porannej toalecie i przeklinaniu w myślach Jamesa za nakrzyczenie na nią wczoraj zupełnie bezpodstawnie (o wiele łatwiej było go obwiniać niż zastanawiać, czy jej wybaczy), że zupełnie nie zauważyła, kiedy ktoś otworzył drzwi od łazienki, przez pewien czas przyglądał jej się w nich stojąc, a potem zaczął skradać się w jej kierunku. Oprzytomniała dopiero, gdy zobaczyła jego odbicie w lustrze.
— Ładnie pachniesz – szepnął James, opierając głowę o jej ramię i wdychając zapach z jej szyi. – Czekolada?
Lily odskoczyła jak oparzona, wytrzeszczając na niego oczy. Intuicyjnie zasłoniła się szczelniej ręcznikiem. Maź Jessiki z pewnością go poplamiła.
— Co ty tutaj robisz? – spytała oschle. – W jaki sposób dostałeś do dormitorium żeńskiego?
James zbliżył się do niej ponownie, wzruszył ramionami i powiedział bezczelnie:
— Jest kilka dróg na wieżę, Lily. Nie tylko schodami. Mamy jeszcze okna.
Lily potrzebowała kilku chwil żeby zrozumieć, co James miał na myśli. Poczuła, że miękną jej kolana na samą myśl, co ten wariat zrobił i co by się stało, gdyby ktoś go na tym przyłapał.
— Czy ty…? – rozdziawiła usta.
— …wleciałeś tu na miotle? O, tak – uśmiechnął się zawadiacko. Zachichotał, widząc przerażone spojrzenie Lily i odważył się pogładzić lekko jej tłusty od kremu policzek. Dziewczyna strzepnęła jego rękę z furią.
Odbiło ci już do reszty? – syknęła. – Nie możesz tak po prostu przylatywać tutaj na miotle i obserwować, jak się myję!
I słuchać, jak mówię mojemu kotu o tym, co ci zrobiłam, dodała w myślach, blednąc na samą myśl.
— Niestety, ale ominął mnie ten jakże miły seans – powiedział ze szczerym żalem. Lily poczuła jak ciężar niepokoju spada z jej serca i roztapia się po całym ciele. – Jeśli chcesz, to możemy się wykąpać jeszcze raz. Mogłabyś wysmarować mnie tym swoim kakaowym żelem.
Przestań – pokręciła głową, kiedy James znowu zaczął się śmiać. – I tak i siak nie powinieneś tutaj przychodzić… i rzucać takie sprośne żarty! Wciąż jestem na ciebie zła, wiesz?
James nagle spoważniał, a jego oczy zaszły mgłą. Jego dłonie przestały domagać się jakiegoś kontaktu z Lily i skupiły na swojej drugiej ulubionej czynności – czyli nerwowemu przeczesywaniu wystarczająco już zmierzwionych włosów. Chłopak milczał przez chwilę, wyglądając na coraz bardziej strapionego i sfrustrowanego, a Lily w międzyczasie coraz bardziej siliła się, by pozostać twardą. W końcu westchnął ciężko, poderwał spojrzenie z ziemi z powrotem w oczy Lily, i chociaż nie musiał już nic mówić – bo z jego oczu dało się wyczytać wszystko – wziął głęboki oddech:
— Nie mogłem spać, Lily – powiedział twardo, patrząc w jej oczy z desperacją. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę. – Wciąż myślałem o naszej kłótni. O tym jak się zachowałem. Jakim byłem dupkiem – sięgnął po tą dłoń, którą nie podtrzymywała niesfornego ręcznika, zamknął ją i złożył na niej czuły pocałunek. Serce Evansówny niebezpiecznie przyśpieszyło. – Chciałem przeprosić cię jakoś o drugiej w nocy, ale stwierdziłem, że kiedy się wyśpisz, będziesz dla mnie bardziej łaskawa – Ich czoła się zetknęły, a Lily spuściła wzrok, nie mogąc wytrzymać tego namiętnego, orzechowego spojrzenia. - …a ja oszczędziłbym choć trochę swojego honoru.
Obydwoje roześmiali się nerwowo. Lily przygryzła wargę, ale niemal natychmiast schowała zęby – przypomniała sobie bowiem słowa Jessiki o tym, że podobny gest doprowadza chłopców do szaleństwa.
Jessica! Cyrograf! Niemal poczuła, jak jej serce łamie się na milion małych okruchów. Dlaczego James nie mógł dalej być dla niej tak wredny i okropny? O wiele łatwiej byłoby jej trzymać się planu, gdyby przestał tak ją onieśmielać!
Poczuła jak gorąca łza napływa jej do prawego oka i spływa po policzku, zanim zdołała chociażby mrugnąć. James też to zauważył, ale zinterpretował w sposób zupełnie inny – bo jakże mogło być inaczej!
Lily – jęknął, opuszkiem palca ścierając łzę (i przy okazji również trochę kremu). – Chodź do mnie – zażądał i – kompletnie nic nie robiąc sobie z tego, że Lily stała przed nim naga, w pluszowym, poplamionym ręczniku – wziął ją w objęcia i pogłaskał czubek jej głowy. – Daj spokój, Lils, dobrze wiesz, że nie zaznam spokoju, dopóki ni przestaniesz się na mnie wściekać.
— James… - jęknęła, próbując wyswobodzić się z niedźwiedziego uścisku. – James, porozmawiamy później, jestem w ręczniku…
James zdaje się dopiero wówczas zdał sobie sprawę z tego znaczącego faktu, bo bezwstydnie pozwolił swoim dłoniom przemieścić się z jej włosów, wzdłuż kręgosłupa, na pośladki (ujędrnione tym przeklętym eliksirem!).
— Jesteśmy sami, Lily – szepnął jej do ucha tonem przesadnie poważnym. Lily zaśmiała się przez łzy. – Nie ma niczego na pokaz.
Dziewczyna pociągnęła nosem, przybliżyła się do niego na tyle kurczowo, żeby ręcznik nie mógł się ześlizgnąć, i wplotła dłonie w jego miękkie, gęste i zmierzwione włosy, nie tylko wyglądające, ale i faktycznie będące rezultatem tego, że dopiero co zszedł z miotły. James wykorzystał tę sytuację, wyprostował się, ścisnął mocniej jej pośladki i wpił się w jej usta z taką mocą, jakby miał zrobić to po raz ostatni w swoim życiu.
Lily nie mogła powstrzymać myśli o tym, że tak może też być – jeśli Potter nie zareaguje tak wspaniałomyślnie jak przypuszczała na wieść o cyrografie.
I chociaż wiedziała, że zachowuje się absolutnie niewybaczalnie i okropnie, odrzuciła myśli o swoich grzechach, wtuliła się mocniej w Jamesa i rozkoszowała tym pierwszym od tak dawna – od tańca w Szklanej Sali – bliskim, intymnym i ciepłym momentem, jaki mogli dzielić. Obydwoje zatracili się w tym pocałunku, a cały stres, wątpliwości i napięcie ostatnich dni spłynęło z nich i opadło gdzieś w niebyt.
Oderwali się od siebie dopiero kiedy o mały włos nie wlecieli do wanny, i kiedy w związku z tą utratą równowagi, ręcznik lekko się ześlizgnął.
— Dosyć – westchnęła Lily, wysilając się na ostry ton. – Wracaj do siebie.
Sięgnęła po szczotkę, wetknęła skrawek ręcznika w zęby i zaczęła delikatnie rozczesywać mokre, skołtunione pasma. James oparł się o umywalkę i spojrzał na nią zawadiacko.
— Kiedy się spotykamy? – zapytał bezczelnie. Lily wywróciła oczami. – Przez całe to zamieszanie randka zeszła na drugi plan, ale co się odwlecze, to nie uciecze, księżniczko – sięgnął z ciekawości po krem przeciwzmarszczkowy Dorcas, a kącik ust lekko mu zadrżał, kiedy przeczytał opis zachęcający do kupna. – Dzisiaj ci pasuje?
Lily przełożyła szczotkę do lewej ręki, a prawą podtrzymała ręcznik. Wysłała Jamesowi przez lustro pobłażliwe spojrzenie.
— Byliśmy na randce wczoraj. W wesołym miasteczku i w ogóle.
James zaśmiał się i pokręcił głową:
— Och, słodka Lily… ciebie nigdy nie można brać na poważnie – odwróciła się w jego kierunku, zaskoczona. – Przecież sama powiedziałaś, że nasz związek nie istnieje w opinii publicznej. A wczoraj byli z nami Syriusz, Dorcas, Emmelina, Remus, Petey, Greta… taka wielka publiczność.
— Nie mówiłam, że nasz związek nie istnieje w opinii publicznej – mruknęła. – Powiedziałam, że nie lubię publicznego okazywania uczuć.
— Tak czy siak, wczorajsze wagary nie były tą randką, która przysługuje mi w ramach zakładu – uparł się. – To nie była prawdziwa randka – i widać, że nigdy nie byłaś na żadnej porządnej, bo inaczej nie walnęłabyś podobnej gafy.
— A czym prawdziwa randka się od niej różni? Wyszliśmy gdzieś razem i…
— Ledwo trzymaliśmy się za rękę – zauważył James. – To było przyjacielskie spotkanie.
— Nie trzeba od razu się gzić, żeby jakieś spotkanie było randką – zauważyła trzeźwo. James udał, że nie rozumie, o co jej chodzi. Uśmiechnęła się lekko i trąciła go w ramię. – Głupek.
— A nawet jeśli to była randka – ale naprawdę w to wątpię, na randkach ze mną zawsze mnóstwo się dzieje – to i tak wiem, że chcesz następnej.
Lily wzruszyła ramionami, przeczesując sobie włosy.
— O której dzisiaj? – naciskał, wsmarowując sobie krem Dorcas w czubek nosa.
— Muszę się zastanowić.
Księżniczko
— Tak? – spojrzała na niego z błyskiem w oku. – Chcesz coś powiedzieć?
James nie chciał nic powiedzieć – chciał raczej coś zrobić. Bardzo szybkim ruchem namoczył palce w kremie i przeniósł go prosto na odkryty dekolt Evansówny. Lily rozdziawiła usta w wyrazie udanego oburzenia.
—  O nie… tak się bawić nie będziemy…
Złapała za tubkę pasty do zębów i wycisnęła ją prosto na czoło Pottera – tak, że odrobinę zleciało w dół i ubrudziło mu okulary.
— Hej! – zaśmiał się James. Złapał ją w pasie, tak, że skuliła się w sobie, i bezceremonialnie spryskał jej twarz samoopalaczem Hestii. – Dzisiaj po południu?
JAMES!
— Czy zrywamy się z lekcji? – Tym razem we włosy.
Nie! Nie we włosy!
James zachichotał, zmierzwił jej włosy, psiknął je jeszcze raz, a potem nasmarował tłustym fluidem, i pocałował w sam środek tego bałaganu.
— To nie dzisiaj czy nie we włosy?
Lily wykorzystała jego chwilową słabość, zamachnęła się łokciem w jego brzuch i nasmarowała jego wojujące usta – teraz zabawiające się z jej szyją – grubą, wodoodporną mascarą. James zakrztusił się gorzką substancją.
Teraz sięgnął po lakier do włosów, a Lily – po stary perfum. Stali tak naprzeciwko siebie, gotowi do wywołania chmury duszącej substancji. James przekrzywił głowę. Lily wystawiła do niego język. Oboje zachichotali. Chłopak odkręcił kurek i z kranu pociekła letnia, zbawienna woda. Ochlapał nią swoją towarzyszkę od włosów, przez twarz, aż do ręcznika (a dokładniej okolicy piersi).
— Próbuje to z ciebie zmyć! – wyjaśnił, sięgając teraz po różdżkę. Lily zaśmiała się perliście, zamknęła oczy i pozwoliła Jamesowi rzucić na siebie kilka zaklęć – i zmyć paskudny podkład ze swoich włosów. Kiedy skończył, otworzyła oczy, stanęła na palce, odszukała jego usta i pocałowała go czule, zlizując resztki tuszu do rzęs (i plując przy tym straszliwie).
Potter uśmiechnął się szeroko, złapał dziewczynę w pasie i spojrzał na nią z góry. Wciąż miała na czubku zadartego nosa ciemnobrązową plamkę, a kosmyk jej grzywki skleił się i nieestetycznie opadł na środek czoła. Wyglądała idealnie.
Lily? — mruknął, głaszcząc ją po policzku.
— Mhm?
Kiedy się spotykamy?
Przygryzła nerwowo wargę. Z coraz większą trudnością przychodziło jej ciągłe odmawianie, ale nie mogła spotkać się z nim dzisiaj. Razem z Jessiką zajęły się wszystkim, skonstruowały długi i zawiły plan, który uruchomiły jeszcze wczoraj wieczorem – wysyłając do Doriana sowę z pewnym specjalnym listem. Nie mogła przełożyć swojego spotkania na inny dzień, a po całym dzisiejszym cyrku, niewykluczone, że James wzgardzi randką już na dobre.
— Nie wiem – jęknęła, odrywając się od niego. – Naprawdę, James, muszę… przemyśleć to wszystko. Mam pracowity dzień. Dużo zajęć dodatkowych i… Hej, co ty robisz?
James stanął tyłem do niej, unieruchomił ją, przyciskając do siebie, po czym sięgnął po szczoteczkę do zębów, wycisnął trochę pasty z tubki i uniósł ją na wysokość ust Lily. 
—Daję ci czas na myślenie – odparł. – Te wszystkie higieniczne czynności strasznie cię dekoncentrują.
Wykorzystał moment, kiedy Lily otworzyła usta z zaskoczenia, włożył jej szczoteczkę do ust, docisnął do siebie, i zaczął energicznie szczotkować przednie zęby, zupełnie jak rodzice myją zęby dzieciom.
— Myśl – mruknął, całując ją namiętnie szyję. – Ja cię przyszykuję, a ty dasz mi odpowiedź.
Lily spróbowała mu się wyrwać.
— James, ja muszę zrobić to sama… porządnie – jęknęła, odtwarzając w myślach cały skomplikowany makijaż Jessiki. James roześmiał, wyprostował i oparł brodę o czubek jej głowy.
— No tak, zapomniałem. Przepraszam – szepnął jej we włosy. – Przez całe to zamieszanie zupełnie zapomniałem o naszej rozmowie z metamorfozą kobiet po ciąży. Pewnie twój maleńki kompleks zaczął przeze mnie trochę tyć, co?
-— Wiesz…
James pocałował ją w policzek i mruknął „mhm”. Lily wtuliła się w jego wyciągnięte ramiona. Wszystkie kompleksy zupełnie wyleciały jej z głowy.
— Niech ci będzie – zaśmiała się, kiedy sięgnął po nitkę dentystyczną. – Ale to zostaw.
Kiwnął głową posłusznie.
— Mów mi, co mam robić.
Najpierw podkład Jessiki, przypomniała sobie. Sięgnęła po mały słoiczek z półpłynną substancją. Położyła go na wyciągniętą dłoń Jamesa.
— Nałóż trochę na palce – poleciła. – Nie tak dużo! Uważaj, James, ciężko będzie to zmyć!
Chłoszczyć – wyciągnął różdżkę i usunął trochę fluidu z jej twarzy.
— Okej… teraz wklepuj… delikatnie, ha-ha! – James wklepywał jej podkład niezgrabnie jedną ręką, podczas gry druga powielała wszystkie jego ruchy, muskając i łaskocząc delikatnie brzuch Lily. Kiedy skończył, sam zadecydował, co zrobi następne.
— To jest trudne – powiedziała, gdy sięgnął po mascarę. – I ciężej to zrobić na kimś niż na sobie.
James wysłał jej wymowne spojrzenie.
Evans – popukał ją przekornie w głowę. – Jestem James Potter. Myślisz, że nie poradzę sobie z tuszem do rzęs?
Wzruszyła ramionami i wlepiła wzrok w sufit. Całą siłą starała się nie roześmiać na widok jej towarzysza starającego się zebrać szczoteczką odpowiednią ilość tuszu.
Zaklął.
— Głupie gówno…
Zachichotała dyplomatycznie. Poczuła, jak mascara pokrywa całą jej powiekę i czubek nosa.
Mówiłam – szepnęła do jego ucha, odbierając kosmetyk. James lekko zirytował się swoją porażką.
— Nie musisz się malować – powiedział zbywającym tonem. Lily parsknęła. – Dla mnie jesteś najpiękniejsza.
Nachylił się i pocałował ją czule w usta, lekko rozbierając ją z ręcznika. Trąciła go żartobliwie w ramię i wskazała palcem na drzwi.
— Ale powinnaś nabrać trochę masy, bo jesteś chudsza od Emmeliny. Wiesz…– cmoknął ją w policzek. Lily odchrząknęła wymownie.
— Spotkamy cię na śniadaniu. Pomogłeś mi jak mogłeś, a teraz…
— Mogę cię ubrać? – wypalił, ruszając znacząco brwiami. – Z tym na pewno sobie poradzę.
—  Idź sobie – roześmiała się i wypchnęła go z łazienki. Kiedy tylko usłyszała szczęk zamka, opadła na podłogę i schowała twarz w dłoniach.
Zdecydowanie była największą zdzirą w historii Hogwartu.

♣♣♣
Piątek.
Jak ona mogła zachować się tak dziecinnie i nieskończenie głupio! Udowodniła, że nie zasługuje na zaufanie Jamesa i pokazała, jak bardzo szanuje jego osobę i jego prywatność. Brakło jej już słów na własne zachowanie. Próbowała pokazać Jamesowi na każdym etapie ich marnego, dwudniowego związku (mającego się właśnie ku końcowi) jak bardzo różni się od wszystkich jego poprzednich dziewczyn – że nie pozwoli na publiczne obmacywanie, że nie będzie wykorzystywać go, aby zyskać pozycję, że postara się być z nim szczera i traktować ich relację zdroworozsądkowo.  Tymczasem co się stało? Złamała wszystkie te złote zasady, zachowując się jak pusta, zakompleksiona zdzira. Przehandlowała Jamesa za kosmetyki i kilka gównianych porad, żywcem cytowanych z ostatniej Czarownicy, okłamała go i okrutnie oszukała, a wszystko dlatego, że ześwirowała, spanikowała i straciła głowę. Ach, a potem obcałowała go w łazience i udała, że nic się nie stało.
— Nie zasługuję na niego – jęknęła, przyglądając się w lustrze swojemu nowemu wizerunkowi, wykreowanemu przez Jessikę Beinz.
Jej włosy pięknie błyszczały i wiły szykownie. Cera nabrała ślicznego, waniliowego odcienia, nieskalanego najmniejszą niedoskonałością, i wyróżniającą się gładkim, alabastrowym czołem. Wielkie, hipnotyzujące i intensywnie zielone oczy przyciągały wzrok zza grubych i skręconych rzęs, a czerwona pomadka nadawała całemu, perfekcyjnemu makijażowi smak. Lily podkreśliła wszystkie swoje atuty i zamaskowała wszelkie niedoskonałości i chociaż wspięła się na wyżyny swojej atrakcyjności i wyglądała zjawiskowo, czuła się brzydka, brudna i pozbawiona wartości.
— Och, Gladius – jęknęła, przykucając do kota. – Przez tyle lat mówiłam Jamesowi, że nie jest mnie wart i że nigdy się z nim nie umówię… i przez tyle lat to ja nie dosięgałam mu do pięt. To beznadziejne. Jestem beznadziejna.
Nie znajdywała żadnego wyjścia ze swojej sytuacji, z wyjątkiem – rzecz jasna – przyznaniem się przed Jamesem do wszystkiego. Ale równie dobrze mogła zrobić to po rozmowie z Dorianem, żeby zyskać choć trochę pożytku ze swojego niegodziwego uczynku. Czy James mniej by się na nią zdenerwował, gdyby nie dołożyła do tego wszystkiego uwodzenia Doriana? A może – gdyby dowiedział się, jak wielka z niej desperatka – wyznałby całą ezoteryczną tajemnicę i byłoby po całej tej sprawie?
— Wiesz co, kocie? Nie wyszłabym na tym tak znowu najgorzej. Wiedzy nikt mi nie odbierze… i w razie potrzeby mogę uwieść jeszcze Jamesa, aby mi wybaczył.
Była zdecydowana. Za bardzo zależało jej na Jamesie, żeby wszystko zepsuć już do reszty. To oczywiste, że Potter dostałby szału gdyby usłyszał o uwodzeniu Doriana – jakby nie patrzeć, to byłaby zdrada. Taka klasyczna, spowodowana przez niewierność. Nie taka dosłowna, której przecież już dokonała, podpisując cyrograf. Musiała iść do niego, wyznać prawdę i błagać na kolanach o wybaczenie. Lub raczej – znając swój charakter i możliwości – pójść tam, wpaść w histerię i zrobić z siebie wariatkę.
Lekcje miały rozpocząć się dopiero za kilkanaście minut, a czas ten pierwotnie Lily winna była przeznaczyć na napisanie seksownej notki do Doriana. Nawiasem mówiąc – czy nie zdradziłaby równocześnie też jego, udając, że nadal się w nim podkochuje i go pragnie? Cała ta niewinna intryżka zaczynała rosnąć w jej oczach do wagi grzechu pierworodnego.
Zapukała do drzwi dormitorium numer sześć, modląc się, żeby zastać Jamesa (i żeby nie otworzyli jej półnadzy Syriusz i Dorcas). Otworzono jej niemal natychmiast.  James stał w samej polówce i podjadał jakieś ciastko. Zmarszczył brwi, kiedy zobaczył pięknie wystrojoną i umalowaną Lily.
— Nie możesz wytrzymać pięciu minut beze mnie, Księżniczko? – spytał łobuzersko.
 Ciastko wypadło mu z dłoni, kiedy Lily rzuciła mu się w objęcia – nie zważając na to, czy w dormitorium siedzieli pozostali Huncowci. Musiała go przytulić – poczuć jego cudowny, niepowtarzalny zapach, który zawsze przywodził jej na myśl ciepły dom i bożonarodzeniowy obiad. Musiała poczuć, jak jego silne ramiona oplatają ją kurczowo, bo obawiała się, że może tego doświadczyć po raz ostatni.
Och, James – wyjąkała jak w malignie. – Tak mi głupio… Jesteś dla mnie taki ważny… Ja nie mogę cię…
— Cześć, kochanie – roześmiał się i zamknął drzwi. Nie wypuszczając jej z objęć, pociągnął ją w ten kąt swojego dormitorium, gdzie znajdowało się jego łóżko. — Jednak chcesz przyśpieszyć naszą randkę? – uśmiechnął się bezczelnie, pocałował ją w czoło i musnął czubek jej nosa opuszkiem palca. Lily poczuła jak lodowata dłoń ściska ją za gardło. – Hmm… wybacz, ale niestety, nie dam rady. Musisz zaakceptować to, że nie rzucę wszystkiego dla ciebie i… hej, Księżniczko, co się stało? Daj spokój, nie gniewam się za to, że byłaś niemiła. Przykro mi było i ledwo powstrzymałem płacz – to fakt – ale… Lily?
Spojrzał na nią niepewnie. Lily znowu zawiesiła się na jego ramionach i ani myślała puścić.  
— James, ja… - wyszeptała, wbijając palce w jego szyję. Jeśli zebrałaby w sobie dość odwagi, by wyznać chociaż część prawdy, to na pewno nie wystarczyłoby jej jej, by równocześnie utrzymywać z nim kontakt wzrokowy. – Muszę ci coś powiedzieć – wyszeptała. Jej chłodny oddech sprawił, że włoski na jego szyi stanęły dęba. – Ja… O Boże, nie wiem od czego zacząć! – oderwała się od niego i z przestrachem zerknęła w jego oczy. James był więcej niż szczerze zdumiony.
To wydawało się być takie proste, kiedy wyobrażała sobie całe wyznanie w myślach – jej piękne, kwieciste przeprosiny, i szlachetne wybaczenie Jamesa. Potem złapaliby się za ręce i ruszyli skopać tyłki Jessice, Larissie, Mary i całej tej bandzie, a pomiędzy pocałunkami i czułymi słówkami James wyznałby jej całą ezoteryczną tajemnicę.
Dlaczego w rzeczywistości Lily nie potrafiła zdobyć się na okazanie uczuć, James wszystko psuł swoimi humorkami, a obydwoje potrafili jedynie okazjonalnie się migdalić i ewentualnie pokłócić? Co było z nimi nie tak? Czy to Lily, czy raczej James, czy też oni obydwoje, przez przeszłość, przejścia lub wrodzoną chorobę socjalną okazywali takie emocjonalne popapranie? Dlaczego bronili się przed związkiem i uczuciami zdroworozsądkowością i ezoterycznymi tajemnicami? Czemu pozwalali swoim byłym na wtrącanie się i mącenie w nowych relacjach?
Lily wzięła głęboki oddech. Przypuszczała, że emocjonalne popapranie i kawałek panikowania na temat tajemnic, Mary, Doriana i publicznego okazywania uczuć, co całkiem niezły temat na start. Musiała zasiać jakąś podwalinę, uczepić się jakieś myśli, na którą następnie bezustannie będzie się powoływać – w ten sposób jej niecny uczynek zdawać się będzie bardziej… uzasadniony.
Tymczasem James chyba wyciągnął własną konkluzję, co do tej wielkiej nowiny, jaką Lily zamierzała się z nim podzielić. Na pewno nie podejrzewał nic tak beznadziejnego i nieromantycznego jak było w istocie, i nie należy mu się dziwić – przecież Lily wpadła do jego dormitorium, rzuciła mu się na szyję i zaczęła mamrotać coś o tym, jak bardzo jest dla niej ważny.
—  Lily… - złapał ją za rękę i uśmiechnął się czule. – Nie musisz nic mówić, to w porządku. Nie musimy się z tym spieszyć. Ale… Ja też, dobrze?
Ja też… Czy on myślał… czy mu wydawało się, że Lily starała się wyznać mu…
O nie, załamała się w myślach. Gorzej już być nie mogło. On mnie znienawidzi. On mi tego w życiu nie wybaczy.
Nie, nie, James! – zaprotestowała natychmiast. – Nie, ja…
James objął ją w pasie i pocałował w czoło, cały czas obstawiając przy swoim.
Rozumiem… — rzekł, nieświadomy, jak bardzo nie rozumie – nie musisz mówić nic, na co nie jesteś gotowa. Ja sam nie czuję się gotowy…
Zupełnie nie o to chodzi! – jęknęła. – James, ja…
I wtedy natychmiastowa karma odezwała się po raz kolejny w przeciągu tych trzech dni – ale tym razem była możliwie najokrutniejsza. Kiedy Lily już niemalże przyznała się do wszystkiego – a chciała zrobić to nawet patrząc Jamesowi w oczy – drzwi otworzyły się z łoskotem, tak samo jak na lekcji transmutacji. Tym razem jednak we framudze nie stanęła siostra Jamesa, ale jego…
— Cześć, Lily – powiedziała Annabelle Potter, patrząc ze zmarszczonym czołem na dziewczynę, którą obejmował jej syn.  – Dawno… się nie widziałyśmy.
Ojciec Jamesa zagwizdał i zamknął drzwi zamaszyście, aż klamka zatrzeszczała.

♣♣♣
Mary mogła spotkać się z May dopiero po ciszy nocnej, kiedy ani Poppy Pomfrey, ani Belle Potter, ani jej mąż nie czuwali już przy jej łóżku w skrzydle szpitalnym. Poprosiła Jamesa, żeby pożyczył jej w tym celu pelerynę-niewidkę i korzystając z okazji, odbyła sobie z nim krótką pogawędkę na temat ostatnich wypadków. Chłopak żalił jej się, że chyba uraził Lily, że nakrzyczał na nią bez powodu, że namieszał jeszcze bardziej… i mówił jeszcze wiele innych głupich rzeczy z nią związanych, których Mary wysłuchiwała z wyrozumiałą miną po raz ostatni, bo już jutro James przejrzy na oczy, jaka ta jego „Lily” jest naprawdę i nie będzie zawracać sobie już więcej nią głowy. Nie chcąc, żeby James nabrał podejrzeń, że Mary jest zaskakująco milcząca w sprawie Lily, subtelnie zeszła na temat May, pytając, jakiego tematu lepiej przy niej nie poruszać.
— Wiesz, że dostawała te same eliksiry, co osoby, którym niepoprawnie zmodyfikowano pamięć? – mruknął James, kręcąc głową z rezygnacją. Mary zaśmiała się cicho.
— I pewnie nagle poczuła się lepiej, co?
— Po prostu… — machnął ręką. – Po prostu zapytaj jak się czuje, nie wchodź w żadne szczegóły i nie odpowiadaj na jej pytania. Nakłam, jeśli to będzie konieczne. Dobrze wiesz, że ona…
— Nie może dowiedzieć się o kilku rzeczach – dokończyła, jakby znała tą kwestię na pamięć. – Tak, jasne. Nie jestem tak w ciemię bita jak Evans.
Po tym komentarzu rozstali się. Mary nałożyła na siebie pelerynę i ruszyła w kierunku skrzydła, a James poszedł prześladować siódmorocznych Krukonów, bo dzisiaj Huncowci zaplanowali kolejny krok w wojnie o dormitorium. Droga minęła jej bez większych przygód – raz tylko natknęła się na kogoś, kto zdecydowanie nie powinien nawiedzać tych korytarzy.
— Co ta suka Diana tu robi? – szepnęła pod nosem, po cichu wkradając się do skrzydła szpitalnego. Czyżby odwiedzała Śmiecierusa?
May już na nią czekała, siedząc skulona z wielkimi, szklanymi oczami w piżamie na swoim szpitalnym łóżku. Posunęła się szybko, robiąc miejsce dla Mary.
— Jak tam? – spytała na początek, chociaż wiedziała już, że cały plan jej i Jamesa weźmie łeb, a May zaraz zrzuci taką bombę, po której nawet McDonaldówna nie będzie potrafiła skłamać i zaprzeczyć.
— Boję się – wyszeptała, chowając bose stopy pod koc. – Boję się o swoją głowę.
Mary spojrzała na nią życzliwie.
— Śliczna jak zawsze, Mayie – pogłaskała ją po włosach. – Nie musisz się już bać. Wróciłaś do domu.
May zaczęła ciężko dyszeć, jakby zbliżał się jej napad histerii. Mary szybko zabrała rękę z jej włosów.
— Musimy porozmawiać – powiedziała cicho. Była tak blada, że niemalże promieniowała białym światłem w ciemnościach, jak księżyc. – I mamy tak mało czasu.
Mary pokiwała głową wyrozumiale.
Oczywiście. Ale Mayie, nasza rozmowa nie ucieknie, przecież mamy jeszcze…
— NIE! – krzyknęła, natychmiast zasłaniając sobie sine usta. Mary zagryzła wargę z niepokojem. Czy w razie kontroli Pomfrey zdąży narzucić na siebie pelerynę-niewidkę? – Musimy porozmawiać teraz. Ja… ja muszę poznać prawdę. A tylko ty mnie nie okłamiesz. Prawda?
Mary spuściła wzrok.
— Wiesz, że nie.
— To coś, o czym nie mówiłam Jamesowi ani mamie, bo nie chciałam ich martwić – wydukała Potterówna, obłęd w jej oczach coraz bardziej przerażał. – Albo i nie chciałam, żeby dalej wciskali mi kit. Ale na odwyku dostawałam jakieś witamionowe eliksiry – nic szkodliwego, tylko żeby wzmocnić mój organizm…
A raczej twoją pamięć, pomyślała Mary i spojrzała na swoje paznokcie.
— I kiedy tak długo zachowywałam trzeźwość umysłu i żyłam w tym zakręconym chaosie… zaczęłam sobie przypominać… rzeczy.
— O czym ty mówisz? – spytała spokojnie, chociaż dobrze wiedziała, o co chodzi May.
Słyszała bowiem o tej specyficznej dolegliwości nawróconych narkomanów, alkoholików czy czarodziejów z nieprawidłowo zmodyfikowaną pamięcią – w przypadku dłuższego braku kontaktu z używką czy z magią, zaczynają do nich powracać sceny, wcześniej wyparte przez świadomość z pamięci. Traumatyczne przeżycia, wstrząsające widoki i wszystko inne, co z jakiś przyczyn zostało odrzucone przez umysły pokrzywdzonych, w momencie zupełnego psychicznego zrównoważenia i ładu, wewnętrznego spokoju i pełnej równowagi… mogą zacząć powracać… i przerażać.
— Musiało ci się coś przyśnić – rzuciła, ale May pokręciła głową energicznie. Zaczęły lecieć jej łzy.
— Moja terapeutka mówiła, że padły mi nerwy – powiedziała z depseracją. – Że na skutek jakiegoś straszliwego szoku dostałam schizofrenii. Że wyparłam… rzeczywistość. Że przestałam wierzyć w fakty i wolałam żyć urojeniami, jakie dostarczała mi Demencja. Wciąż niewiele pamiętam ze swojej przeszłości… to trochę tak, jak u Hestii. Są rzeczy, które po prostu wiem, ale nie wiem skąd, i są urywki czegoś… które nie mogę nigdzie dopasować. Jakbym miała wycięty fragment mózgu. Ale z dnia na dzień widzę kolejne rzeczy, które... są straszne.
— May…
— Nie przerywaj mi! – pisnęła, zanosząc się szlochem. – Bo nie dam rady… bo nie dam rady już tego powiedzieć.
Mary umilkła, modląc się, żeby Mary nie zrzuciła na niej zbyt wielkiego ciężaru.
— M...myślę – wydukała May. - Myślę, że kogoś zabiłam. Myślę, że zabiłam Deana Walkera.



[1] Natychmiastowa karma – w buddyzmie jest to niezwykle rzadki rodzaj karmy (losu, który nas dotyka, w zależności od naszego postępowania – za złe uczynki kara nas zła karma, zsyłając nieszczęścia, za dobre postępowanie dobra karma nas nagradza), który odzywa się natychmiast po dokonaniu jakiegoś uczynku, podczas gdy zwykle karma odroczona jest w czasie.



Popyt i podaż, Lily...
EDIT: 7.04:
Mamy kilka spraw organizacyjnych, które względnie omówiłam w ostatnich Dekretach.
Plan na Brązowe Wakacje w lipcu:


29 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Dobra, Abs, zaczynam czytanie i komentowanie. Jestem takim leniem, przepraszam :C. Mam nadzieję, że mi wybaczysz te moje haniebne czyny. Po prostu... Wakacje to dziwny stan, a mi cały czas coś wypadało ;/.
      Kurde, ta pierwsza scena wkrada tak dużo niepewności, że o ja cię xd. Oby tylko ona czegoś poważnego nie wyczyniła... Chociaż znając ją...
      EJ, CHYBA CI NIE SKOMENTOWAŁAM POPRZEDNIEGO ROZDZIAŁU, *TA, „CHYBA”*, ALE PISAŁAM CI TROCHĘ NA PRIV I TERAZ CI TEŻ NAPISZĘ - TWÓJ ISAAC WYGRAŁ MOJE SERDUSZKO! Po prostu go kocham. Szczególnie, że mam od nowa fazę na TW (akurat skończyłam odcinek i z ręką na sercu mogę stwierdzić, że nie przepadam z Malią, bo mnie wkur...za :). Ona go nie znała, pocałowała!, to był jej pierwszy pocałunek, a potem go prawie przeleciała w tym zasranym psychiatryku! Ughrr - i nic więcej). A wiesz - Ajzak i Derek zawsze górą! ♥♥♥.
      Soł... Ajzak i Ignatius (dobrze napisałam?) >>>>>>>>.
      Dobra, dalej, bo plotę od rzeczy.
      Dzięki za wspomnienie o wacie :))). Szczególnie, że jest noc (a przynajmniej wtedy była, kiedy pisałam to zdanie) i nie mogę jej dostać :))).
      "Lily i Chase siedzieli na grubym, białym konarze drzewa. Ich nogi dyndały, zupełnie jakby wcale nie znajdowali się tu, w zimnej Wielkiej Brytanii" - moja pierwsza myśl: "Że ich tak tyłki nie bolały...". ;>.
      "— Nie ma tam Pottera, z którym formalnie się spotykasz, co nie?" - huh, miód dla moich... Oczu? ♥.
      "ezoteryczną tajemnicą" < - przeczytałam, uwaga: "erotyczną".
      I znów.
      I znów.
      I ZNÓW XDDDD.
      No dajże spokój, Abs! XDD.
      Wiesz co? Ja nadal nie lubię Jaydena. Do końca miałam jednak zalążek nadziei, że ojcem tego dziecka będzie Chasey, serio :C.
      "— Rachel spokojnie wystarczy.
      Okazało się jednak, że z „kwatery głównej” na spotkanie z Mary wyszły dwie członkinie zarządu i zaraze, najlepsze przyjaciółki Larissy – Rachel Sommers i Summer Blake." - znów to piękne nazwisko ma jakaś szuja, no :C. Tak, skojarzyło mi się z Dżenifer ;/.
      "— Och, czyżby? Moja rąbnięta ciotka Heather wygląda szczuplej niż ty w stroju kąpielowym. " - Heather i Blake w zdaniach obok siebie... Ach, czyżby to było przeznaczenie, mój kochany Blatherze? *nie zwracaj na to uwagi, to szip z mojego opka*.
      "— Oczywiście, że tak, suki! Nie jestem w tym amatorką!" - ahahahahahhaha XDDD.
      "— Może do Hestii i do Lenny. Ja spałam w skrzydle, w sąsiednim łóżku obok młodszego pana Blacka – Lily sugestywnie poruszała brwiami. – Chyba podobnie spędziłyśmy czas, Dorcas.
      — Ty może trochę mniej czynnie – mruknęła cicho Emma." - albo mi się tak chce spać, albo to serio mnie tak rozśmieszyło.
      Na segzy Dżili to jeszcze przyjdzie czas, prawda, Abi? ^^.

      Usuń

    2. "— Hej, Księżniczko – powiedział dość ciepło, chociaż ewidentnie przyszło mu to z trudem. Nachylił się i cmoknął Lily w policzek. – Wyzdrowiałaś już?" - halohalohalo, czy ja umarłam? <3.
      Nie przejmuj się, Lil, też jej nienawidzę :).
      "— Mary straciła już Jamesa, dlaczego trzyma się tych ich sekretów jak tonący brzytwy – powiedziała Emmelina. – Ale on wkrótce spostrzeże, że jest psychologicznie molestowany i zupełnie przestanie się do niej odzywać."... Abs, mogę go ja pomolestować?
      Tak, tak, tak! Trzy razy tak dla odpowiedzi Lily - przechodzi dalej! ^^.
      "James wpadł do klasy transmutacji tuż przed dzwonkiem, czerwony, zasapany i rozczochrany, ale uśmiechnięty. Kiwnął głową w kierunku Lily, tak jakby wcale nie unikał jej przez ostatnią godzinę, i zbliżył się do jej ławki. Bezceremonialnie rzucił swój plecak na sąsiednie krzesło, nachylił się nad nią i cmoknął ją w płatek ucha." - Abi, jejku, napisz jakiś romans <3. Proszę! ♥. No, powiedzmy, że Jily nie jest romansem, oki?
      "Nie doceniła Jamesa. Zupełnie zapomniała, że wolał on działać, zamiast gadać – przyciągnął on jej krzesło do siebie, objął oparcie i bezceremonialnie posadził Lily na swoich kolanach – tak, że mógł wymacać jej nogi, uda i brzuch, równocześnie całując płatek ucha. Dziewczyna przegryzła dolną wargę." - jakie te rzeczy się dzieją na lekcji... U mnie było łapanie za uda i wgl, ale takiego jeszcze nie... Ale to pewnie dlatego, że u nas nie ma na tyle męskich chłopców, żeby odważyli się wziąć moje cielsko na kolana, cri :CCC.
      Jezus, teraz to James są molestuje XDD. Chcesz jej pokazać wunsza, Jimmy? ;>.
      Boże, to było takie słodkie i urocze, że ja cię <3.
      Jeju, Abs, brakowało mi twoich rozdz <3.
      "— Panno Evans i panie Potter – co państwo robią jeszcze przy swojej ławce?". PRZYŁAPANI.
      Jezu, co za suka z Mary. Kiedyś jej wydłubię oczy.
      BOZIU, TE SCENKI JILY SĄ TAKIE IDEALNE, JEJKU <3. JA NIE WIEM, SKĄD TY JE BIERZESZ, ALE NIE REZYGNUJ I DOSTARCZAJ WIĘCEJ <3 <3 <3.
      "Lily zdała sobie sprawę, że ona i James są całkiem zgraną parą." >>>>>>>>>>>>>>>>.
      Dobra, bierzemy się za dalszą część komentarza. Dokończenie go jest moim celem na dzisiaj xd.
      Jejku, moja ukochana Jo wróciła <3. Jeszcze tylko Isaaca brakuje ♥.
      Uśmiechnęłam się na wzmianki o Ajzaku... Obsesja :””))).
      "— Lily nie musi wiedzieć wszystkiego – uciął James, a zaraz potem ich słowa stały się niezrozumiałe i mętne. " - co on sobie, kurwa, wyobraża?! Nie dziwię się, że Lily ma wątpliwości -,-. Chujek jeden.
      "— Lily nie musi wiedzieć wszystkiego – uciął James, a zaraz potem ich słowa stały się niezrozumiałe i mętne. " - co on sobie, kurwa, wyobraża?!
      "— Och, poważnie? – oblizała wargi i oderwała kolejnej głowie trochę kalarepkowych włosów. – I to chyba zadziałało, bo wyrosłeś na takiego silnego i dużego." - Mózgu, pracuj normalnie XDDDD.
      Abi, mam taką prośbę... Utop Mary, ok? :).Dziękuję.
      "(..) jakąś młodszą od nas lesbijkę… Natalie" - sorczi, Ar, ale mi się skojarzyło to z tobą XDDD.

      Usuń
    3. "miniaturowym fiatem, prowadzonym przez Natashę i jej kumpla, Harry’ego. " - Heri, czy to ty?
      Jeju, Chase, ogarniam, że jesteś nastolatkiem i wgl, ale no... Zdecyduj się. Chyba nie myślisz, że Hestia porzuci dziecko i ojca dziecka, bo ty ją kochasz? A jeśli on kocha Jaydena? Ogar, chopie.
      "— Wiesz co, przystojniaku? – usłyszał nieco obniżony, ale w dalszym ciągu bardzo dziewczęcy i wysoki, głosik Emmeliny. – Daj mi jeszcze jednego Orgasmu – zachichotała głupio, wpatrując się w tabelę drinków. Kącik ust barmana lekko zadrżał. – W ogóle nie znam twojego imienia – zauważyła nietrzeźwo. – Jak to mogło się stać." - Abi, nie znałam cię od tej strony :>>>.
      Japierdzielę, James, co jest z tobą nie tak? Ja rozumiem, że może nie chcesz jej mówić wszystkiego, ale kłamstwo to coś najgorszego, dupku. I jak mogłeś, do cholery, pójść z tą dziewczyną? Wiesz, na miejscu Lily to bym go chyba tylko w przyrodzenie kopnęła, a nie tylko pozwoliła iść. Co z tego, że tamtma ladacznica się boi? Niech sobie miśka, kurwa, załatwi. Albo jeszcze lepiej - niech nie idzie skoro się boi. Boże, James, jesteś taki tępy...
      "— Hej – odpowiedziała Lily, zdobywając się na lekkie muśnięcie jego policzka. James nie uśmiechnął się na ten gest. – Źle się poczułam." - Co jest z tobą nie tak, chłopie?
      Dzieci, co wy wyrabiacie...
      "— Mary zna mnie znacznie dłużej - i lepiej – niż ty. Wiem, że do końca życia nie zapomnisz mi tego, że się z nią spotykałem, ale to jest przede wszystkim moja przyjaciółka i nie mam zamiaru przestać rozmawiać z nią tylko dlatego, że ty znowu się dąsasz…" ... < - Trzy kropki, bo James nie zasługuje w tym momencie na nic więcej...
      Zastanawiam się, dlaczego Lily słuchała tej idiotki. Czy ona nie zapomniała, że Mary jest zamieszana w sprawy z Pięknościami...?
      "— Ładnie pachniesz – szepnął James, opierając głowę o jej ramię i wdychając zapach z jej szyi. – Czekolada?" - Ok, chłopcze, zreflektowałeś się troszku ^^ <3.
      "James wykorzystał tę sytuację, wyprostował się, ścisnął mocniej jej pośladki i wpił się w jej usta z taką mocą, jakby miał zrobić to po raz ostatni w swoim życiu. " - Jejusiu ;-; <3.
      Awwwwwwwwwwww, pocałowała go ♥. Żeby tylko James jej wybaczył to z Dżesiką...
      "— Głupie gówno…" - myślę to samo o tym XDD>
      "— Ale powinnaś nabrać trochę masy, bo jesteś chudsza od Emmeliny. Wiesz…– cmoknął ją w policzek. Lily odchrząknęła wymownie" - nie wiem dlaczego, ale pomyślałam o ciąży xd. Wtedy będzie masywniejsza, Jimmy.
      "Zdecydowanie była największą zdzirą w historii Hogwartu." - e tam. Po prostu się pomacałaś ze swoim chłopakiem w łazience. To jeszcze nic xd.
      Nie no. Dlaczego ja czuję, że James jej nie wybaczy i rozpęta się piekło? ;-;. Komplikujesz im życia, Abs :C. Boję się, no ;c.
      I ten koniec... O kurde. Oby ona nikogo nie zabiła ;-;. Jeszcze tylko brakuje tego, żeby wyszło, że to MakDziwka jej kazała...
      O ja cię pierniczę. Skończyłam!
      Nabazgroliłam jakiegoś koma, Abi, mam nadzieję, że będzie wystarczający xd. Pewnie też jest jakiś dłuższy (liczę na to). Postaram się niedługo przyleźć z następnymi, chociaż nie wiem, czy nie zrobię tak, że napiszę jeden do dwóch rozdziałów, no bo nie wyrobię, a tak to będzie szybciej.
      Pozdrawiam Cię serdecznie, przepraszam za swoje lenistwo i opóźnienia.
      Już zaraz idę czytać "Huncwockie Gody" i modlę się, żeby to wszystko się dobrze skończyło, a MakDziwka umarła.
      Uściski, lovki, foreverki.
      Miłych wakacji (co z tego, że już prawie połowa minęła?).
      Kath.

      Usuń
    4. Jak ty już porządnie skomentujesz, Kath, to ja muszę się namyślać przez cały dzień, co ci odpisać hahah.
      I tak pewnie coś przekręce/o czymś zapomnę i będę zaraz pisać jeszcze jedną odpowiedź, no ale dobra, po kolei:
      Isaaaaac. Mnie Malia od początku wkurzała, ale tylko dlatego, że to jest Diana z TSC, a ja nie znosiłam Diany z TSC i na starcie miała u mnie przerypane. Smutne, że jestem taka powierzchowna, no ale bywa.
      Nie ma sprawy :*. Haha ;>/
      A ja myślałam, że to ja mam dziwne myśli/spostrzeżenia podczas czytania. Rozwaliłaś system z tymi tyłkami hahaha. No ale wiesz, to jednak zima była, mieli grube rajtuzki i magiczne kurtki, to takie naturalne amortyzatory... przynajmniej ja to tak sobie tłumaczę.
      Segzów Jily się zachciało? Jeszcze przyjdzie, spokojnie. Póki co to chyba jeszcze poczekamy, noale... niech wyobraźnia zadziała.
      Ja i romans... rozważę to na przyszłość, ale chyba nie będę mogła się powstrzymać, żeby wprowadzić tam jakiś hybryd i psychopatów. I smoka. Nie ma epickich romansów bez smoków.
      Utopienie jest za mało widowiskowe. Jak już ją zabije, to tak z przytupem, na oczach całego Hogwartu... może jakieś igrzyska z nią zrobię albo coś... *_*
      Póki co Chase nie ogarnia, że Hestia jest w ciąży i aż boję się napisać (o kurde, następny rozdział), co będzie, jak się dowie. Dymem śmierdzi aż tutaj.
      HAhahah <3.
      Masakra, nie? Wynalazca mascar musiał być niezłym sadystą ;-;
      Nie wiem, czy Huncwockie Gody sprostają twoim wymaganiom i nadziejom (emm... no tak), ale i tak życzę miłej lektury i pozdrawiam cieplutko :*. Uśmiałam się nieźle z twoich reakcjo-obserwacji, są tak komicznie trafne <3.
      3maj się, kochana :*
      Abby

      Usuń
  2. Zaklepuję miejsce...

    ~ U.P.Z.K.C.N

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej,
      rozdział jest świetny jak zawsze. Przeczytałam co od razu jak co zobaczyłam, bo jakby inaczej xD Ale jakoś nie miałam czasu ani chęci do skomentowania. Byłam pewna, że wyrobisk się przed moimi urodzinami i udało się ^^ Tak przy okazji to nie moge sie doczekac karty Lunia, ciekawa jestem co ty tam o nim napisałaś.
      Co do samego rozdziału to na początku jak zobaczyłam, że się pojawił byłam przeszczesliwa, ale po przeczytaniu fragmentu z odwiedzinami Lily u Hagrida troszkę mina mi zrzedła. A kolejny, czyli Lily i Chase był taki rodzinny, ale co z tego jak w głowie cały czas mi huczało pytanie ,, Coś ty Lily narobiła?!" Sceny Jily takie przeurocze <3333
      A wracając do Chase'a to na początku go lubiłam, ale po tej sytuacji w Hogsmade z Emmeliną byłam na niego wściekła, ale im więcej pozytywnych scen z jego udziałem tym sympatia wraca. A tak poza tym to Emmelina i Dorcas to takie postacie co mnie ani nie chłodzą, ani nie grzeją. Chociaż ta sytuacja z tym klasonem gdy Lily i James się kłocili mnie rozbroila. Co do Pottera i Evans to jako postacie w twoim wykonaniu to majstersztyk. Ale wątpię, że wszystko się szybko ułoży i będą iść trzymając się za rąsie w stronę zachodzącego słońca. W tej sytuacji jakiej się znajdują to Mary lepiej by rozumiała Jamesa, bo jest wtajemniczona w ,,ezoteryczna tajemnice " (to określenie jest boskie). No, ale może James mógłby chociaż naswietlic Lily sytuację tak ogólnie. Jak myślę nad tą całą sytuacją Jily to w moim mózgu panuje taki bałagan ze prędko tego nie ogarne. Jak to May zabiła Deana Walkera?! Zadziwiasz mnie, Abby, zadziwiasz. Na stan dzisiejszy najbardziej ciekawi mnie rozprawa Isaaca. A co do ostatniej ankiety, to widzę, że nie tylko ja od razu pokochałam Jilly. Jeszcze raz co do Lily to nie wybacze jej szybko tego cyrografu, James chyba zresztą też :/ Nie mam pojęcia jaką ZNOWU intrygę wymyśliła Mary... Ale na pewno coś co ma pogrążyć Lily. Jeszcze lekcje Jo i Snape'a ciekawią mnie bardzo. Ale po tym założeniu Jo, że to Regulus będzie gwarantem wieczystej przysięgi, stwierdziłam, ze ona to by nawet kogoś na pustyni znalazła gdyby tam byli.
      To by było na tyle.
      ~ U.P.Z.K.C.N

      PS. Sorry, ze taki misz- masz i pełno literówek, ale piszę z telefonu, a mój mózg też nie pracuję najlepiej. To czekam na kolejny rozdział i życzę weny! ;**

      Usuń
    2. Hej,
      jeszcze chciałam dopisać, że odswiezając sobie sprawę May doznałam wybuchu mózgu... Znowu... Ale chodzi mi teraz o to, że wszystko zaczyna się łączyć i teraz tak myślę, co będzie jak wyjdzie z tego jeden wielki bigos?! No bo naszło mnie na przeczytanie tego kawałka o przepowiedni z rozdziału 25 i zauważyłam, że były pewne wskazówki, dzięki, którym można było połączyć sprawę May i patronat, a konkretnie Deana. James powiedział, że May znalazła sobie starszego chłopaka i wtedy zaczęła ćpać etc. etc. Spędziła z nim Sylwestra, na którym on zginął i po tym straciła zmysły. A w 25 jest, że Dean zginął w szabat, czyli Sylwestra i nikt nie wie co się stało. Więc czy to May co zabiła? A może ktoś chce, by tak myśleli i zmodyfikował jej pamięć... Przecież Isaac i Jo sądzą, że ktoś depcze im po piętach.
      Nie wiem, chciałam tylko przedstawić moje domysły.
      I jeszcze powiedzieć to, że podziwiam Cię za wyobraźnie i to, ze tak dokładnie to zaplanowałaś, że im dalej tym mamy więcej jakiś "wskazówek". Ciekawi mnie ile zajęło ci wymyślanie, ,,wstępnego szkicu fabuły" Hztl. Ja bym się już dawno pogubila w tym wszystkim, więc szacun.
      ~U.P.Z.K.C.N

      Usuń
    3. Woooow <3. Dziękuję ci za boski komentarz, kochana, czytam go praktycznie codziennie i mam coraz bardziej szerszy uśmiech, o ile to w ogóle fizycznie i biologicznie możliwe :D.
      Zacznę odpowiadać tak trochę od tyłu, zanim stracę wątek: a więc sprawa Mayie.
      Tak, to wszystko jest ze sobą powiązane - i tak, starszy chłopak May Dean to ten sam Dean, który kumplował się z J-J i Isaakiem. I tak... skoro James twierdzi, ze May spędziła z Deanem Sylwestra, a w Sylwestra on razem ze swoją bandą plądrował Wielką Brytanię podczas sabatu, to to chyba oznacza, że May była tam razem z nimi. Problem polega na tym, że Jo powiedziała, że nikt z nich nie pamięta, co się wtedy stało (i chyba wyjątkiem jest May, która zwariowała i żyła w chaosie niepoukładanych wspomnień, a teraz zaczyna powoli wszystko składać do kupy, ale wciąż niewiele wie), bo byli nieźle naćpani - a przynajmniej tak myślą. Jasne, ktoś mógł im wszystkim namieszać w głowach i zmodyfikować pamięć, ale największą zagadką jest to, że jakimś cudem Obliviate źle wpłynęło na May - skoro Jo, Isaac i cała reszta kumpli Deana nie pamięta niczego z tamtej nocy i zachowali umiarkowane zdrowie psychiczne, a May zupełnie odwaliło. Teraz dochodzi do tego pytanie, skąd o tym wszystkim wie James i Mary - i Dorian - i czy na pewno wiedzą coś na akurat ten temat, czy tylko tak im się wydaje. A jeśli założymy, że to May zabiła Deana to musiała zrobić to chyba gołymi rękami, bo przecież miała wtedy czternaście/piętnaście lat i nie mogła uprawiać magii poza Hogwartem. Wydaje mi się, że na tym etapie nie potrafiła jeszcze modyfikować pamięci, więc odpada, żeby dokonała tego na Isaaku i Jo, którzy byli od niej starsi, mądrzejsi i bardziej w takich rzeczach doświadczeni.
      Ech... strasznie mieszam, co nie?
      Zgadzam się - Jo niewątpliwie ma głowę do takich nielegalnych przedsięwzięć i wie, jak do tego podejść, żeby jej się noga nie podwinęła ;>. A Mary ją ściga, chociaż swoje niegodziwe zdolności wykorzystuje do... gorszych celów.
      Wszystko się wyjaśni w 27 rozdziale, ale mogę powiedzieć tyle, że James choćby naprawdę chciał (a naprawdę NIE chce), nie mógłby powiedzieć Lily nic na ten temat. Mary chyba też by nie mogła, a do niedawna Dorian też nie mógł, ale już może i Mary to wykorzystała (dżiiizas, serio mieszam).
      Dziękuję ci ślicznie za komentarz odnośnie Lily i Jamesa jako postaci <3. Wiem, ze się powtarzam, ale kreacja postaci i ich przemiany wewnętrzne są dla mnie najważniejsze, bo osobiście najbardziej właśnie to lubię w książkach i opowiadaniach - analizę charakteru i obserwację, jak on się zmienia w miarę akcji... ech <3.
      Ojej, kiedy masz urodziny? ;> Mam nadzieję, że jeszcze zdązyłam w miarę z życzeniami, a jeśli nie - to spóźnionego najlepszego :*. Dziękuje ci straaaasznie za przemiły komentarz ♥.
      Pozdrawiam cieplutko :**
      Abby

      Usuń
    4. Hej,
      dzięki za objaśnienia. Osobiście nie mam jakiegoś zmysłu do rozwiązywania zagadek, no ale skoro coś wymyśliłam to chciałam się podzielić xD No wiem, że Jamesa nie powie, ale moim zdaniem jeśli będą razem, nic dobrego stego nie wyjdzie, bo i James, i Lily mają swoje problemy i chyba powinni się teraz skupić na nich... Ale oni są tacy słodcy <333 Ahhhww... Ja już nic nie będę mówić. W każdym razie Hztl dostarcza dużo więcej emocji niż jakiś serial. Życzenia troszkę spóźnione, ale bardzo dziękuję. Urodziny obchodzę 2 lipca ;) I jeszcze chciałam powiedzieć, że gdy pojawi nowy rozdział, czy dostanę odpowiedź na komentarz to mam szeroki uśmiech na twarzy przynajmniej przez jeden dzień, więc dzięki wielkie.

      Również pozdrawiam
      ~ U.P.Z.K.C.N

      Usuń
  3. Na początek to znowu ja Victorie, ale szybko się znudziłam tym nickiem. Zaraz padnie mi bateria w telefonie, więc to jak bardzo podoba mi się napiszę już później na komputerze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, nie do wiary jaką wenę na pisanie komentarzy daje GoT xD
      Naprawdę nie ma przekleństw, żeby wyrazić, jak bardzo Lily umie wszystko zepsuć. Niby uważa się za taką rozsądną, a coś czuję, że pakuje się w sprawy, o których nie ma zielonego pojęcia.I jeszcze wpada z tym swoich piegowatym nochalem zbyt daleko w to wszystko. Znaczy, oczywiście, Jo i Isaac już ją we wszystko wplątali i chyba w jeszcze większe bagno niż to, w którym utkwili James, Mary i Syriusz (chociaż pewnie są powiązane, prawda?), ale sam fakt, że nie zastanawia się prawie nad tym. Ach, ta jej wybuchowość...
      May zabiła Deana? Szkoda, że to nie Supernatural i Dean nie powstanie po raz enty z martwych xD Chociaż kto wie... Bardzo powoli wszystko wyjaśniasz. Czytałam opisy następnych rozdziałów i widziałam, że kilka sekretów powinno się wyjaśnić w finale, ale znając Ciebie to pewnie tylko dostaniemy na tyle dużo wskazówek, żeby się domyślić, prawda? xD
      Przypuszczam, że jestem jedyną osobą tutaj, która pała sympatią do Mary, prawda? Po prostu lubię ją za to, że potrafi wszystko na tyle dobrze zaplanować, aby nikt przedwcześnie się nie domyślił, co knuje. Pomimo tego i tak moją faworytką pozostaje Jo. Ma coś w sobie, co przypomina mi mnie (chociaż pewnie tylko chcę tak o sb myśleć ;-;). Czekam z niecierpliwością na proces Isaaca, bo pewnie wiele spraw i intryg z przeszłości wypłynie na wierzch.
      Nie wybaczę Lily tego cyrografu...
      Tak w ogóle mogę mieć pytanie do Ciebie tak nie do końca związane z opowiadaniem, tylko bardziej z pisaniem? *Ponieważ nie możesz mi od razu odpowiedzieć zapytam teraz* Jak długo Ci zajęło zaplanowanie tego opowiadania? I jak to rozplanowałaś? Nie ukrywam, że sama staram się zaplanować jedno, bo do tej pory pisałam na żywioł i niewiele z tego wyszło, ale cały czas coś mi ucieka. Masz może jakieś rady?
      Tak, wiem, to więcej niż jedno pytanie :D
      Tak, czy inaczej to moje zdanie o tym rozdziale i czekam na kolejny
      Pozdrawiam

      Usuń
    2. Heeeej :*.
      Straaaasznie ucieszył mnie twój komentarz z dwóch powodów - po pierwsze, był przemiły, długi i motywujący :*; a po drugie - tak egoistycznie mnie ucieszył, bo zaczęłam wierzyć w swój umysł i w swoją... nieprzewidywalność, można tak powiedzieć. Bo chociaż twoje konkluzje są baaaardzo trafne i spostrzegawcze, to jednak nietrafne ;>. Accch, jak ja lubię wszystko na początku zamieszać.
      No więc, mogę chyba powiedzieć enigmatycznie, skoro już gadam od rzeczy na całego, że Lily ma całkiem duże pojęcie o tym, co się dzieje pomiędzy Jamesem/Mary/May, jest to w to bardzo zamieszana i praktycznie wie o dużej części tej enigmatycznej tajemnicy, ale ona sama nie potrafi połączyć wszystkiego do kupy, a zarówno Mary, jak i Dorian, May i niestety - James - wątpią, że ona kiedykolwiek to ogarnie. Ja też. I tu maaasz zupełną rację - to jest powiązane ze sprawą Jo i Isaaka, ale tylko trochę, bo to raczej dotyczy samej w sobie Lily i czegoś, czego ona do tej pory nie połączyła w całość.
      AAAACH, Dean Winchester <3. Gdyby mój hztlowy Dean był chociaż w połowie tak boski, to bym go wskrzesiła, jebiąc kanon na całego. Ale nie jest, więc damy sobie z tym spokój xD.
      I tutaj pudło, moja droga i to jest właśnie ta rzecz, z której się tak niesaowicie ucieszyłam, kiedy napisałas komentarz - po raz pierwszy przestanę zabawiać się w jakieś szalone niedomówienia i wskazówki, i zrobię takie... -Abby is for -Answers i wszystko wyłożę na stół w finale. Ale żeby nie było za nudno, zrobię to tak, że my wszyscy połapiemy, o co chodiz, a bohaterowie wciąż będą w czarnej dupie.
      Wiesz co? ;> Na pewno nie tylko ty lubisz Mary, bo jestem jeszcze ja (accch, zaaaaskoczenie). Ale tej akurat szalonej zmyślności i sprytu to w niej nie lubię, bo chyba lepiej nie mieć rozumu, niż wykorzystywać go w taki sposób jak ona xD. Jo <3. Raaany, tak mi miło czytać pozytywne opinie o Jo, po tym jak była tak nielubiana jeszcze niedawno. To znak, że udało mi się przeprowadzić jakąś znośną rewolucję postaci, hihi ;>.

      Usuń
    3. Możesz mi nie wierzyć, ale HzTL powstał pod wpływem impulsu. Leżałam sobie, oglądałam HP, nagle wyłączyłam i zaczęłam snuć swoje spiskowe teorie... a co by było gdyby... i tak w przeciągu jakiegoś wieczora mniej więcej zaplanowałam wszystko. To znaczy... bardzo z grubsza, bo ja cały czas dopieszczam tę historię, coś tam poprawiam, coś tam przewalam... ale fabuła dla pierwszej części powstała naprawdę w przeciągu jakiegoś weekendu i tyle samo zajęło mi zrobienie powierzchownych kreacji jedenastu bohaterów (wtedy miałam Lily, Jamesa, Dorcas, Emmę, Syriusza, Remusa, Petera, Marley, Hestię, Snape'a i Jo), zaplanowania mniej więcej postaci drugoplanowych - wtedy to był głównie pan Evans, Lukrecja, Chase, Isaac, May, Regulus... no i wypisania planów akcji na każdy rozdział, i opisów na każdy rozdział. Kiedy skończyłam tak gdzieś 10 rozdział, to już miałam prawie skończoną fabułę na drugą część, ale od tamtego czasu trochę się zmieniło, bo np. wgl nie miało być postaci Doriana, Mary miała przyjechać dopiero na siódmym roku, Bree miała pojawiać się tylko w retrospekcjach, May miała umrzeć... i tak gdzieś po 16 rozdziale zupełnie zmieniłam koncepcję i zaczęłam dłuuugo snuć całą fabułę od nowa, i to mi już zajęło dłużej. Ale generalnie wszystko wywodzi się z tego, co wymyśliłam tamtego wieczora i po prostu bardziej zostało rozwiniete - kilku bohaterów się pozmieniało, niektóre zdarzenia się poprzemieszczały w czasie, ale zamysł pozostał taki sam, i końcówka też będzie taka sama, jaka miała być. Ja cały czas zmieniam coś w przyszłych rozdziałąch - bo teraz już planuję część trzecią i czwartą - niedawno znacznie obcięłam liczbę rozdziałów i dużą część wydarzeń przemieliłam i wrzuciłam do wcześniejszych rozdziałów...
      Reasumując - myślę, że to nigdy nie jest do końca tak, że ma się już plan ostatczny i dopiero potem zaczyna pisać. Ja miałam plan powierzchowny, a w miarę pisania dodawałam kolejne rzeczy, które opierały się na tym planie powierzchownym, ale drobne szczegóły po prostu ewoluowały. NA pewno ma też na to wpływ fakt, ze to nie jest moje peirwze opowiadanie, bo w przeszości miałam kilka innych op o Huncach, naprawdę beznadziejnych, ale niektóre lepsze pomysły po prostu zapożyczałam do teraźniejszego HzTLa. Pisanie na żywioł na pewno jest łatwiejsze niż trzymanie się planów, które niejako ograniczają wyobraźnię i zmuszają do zwężenia horyzontów, ale dzięki tym planom, tym konstrukcjom, ciężej jest się człowiekowi wypalić. Bo kiedy przychodzi koniec weny w pisaniu na żwyioł, to można się patrzeć na pustą kartkę godiznami i nie wie się, co teraz zrobić. A tak zawsze otwierasz dokument, patrzysz na swój zarys akcji, i wiesz już, co masz robić - znajdzie isę miejsce na coś dodatkowego od siebie, ale ma się pewność, że to nie będzie tak z dupy wzięte i będzie się z czymś późniejszym czy wcześniejszym pokrywało.
      O raaany... ze mną to nei ma szans na krótkie, zwięzłe i jasne gadanie, mam nadzieję,że ten świergot będzie choć trochę... pomocny. Mam nadzieję, ze podeślesz mi jakiś link do opka, jak już coś nadkrobiesz, żebym mogła powiedzieć coś bardziej na temat ;>.
      Poozodrawiam cieplutko i dziękuję za koma :*
      Abby

      Usuń
    4. Boże, dla mnie to nawet lepiej, że tak mieszasz, a więcej rozumiem z tego mieszania niż ze zwięzłej odpowiedzi xD Wielkie dzięki, że chciało ci się aż tak rozwięźle odpowiadać ;D Przez Twoje opowiadanie mam ochotę zostać detektywem albo pisać seriale młodzieżowe xD
      Pozdrawiam

      Usuń
    5. Pisać seriale młodzieżowe ♥♥♥ Hihi, boska alternatywa na przyszłość ;>. Cieszę się, ze udało mi się pomóc :*

      Usuń
  4. OMG! Nie może być przez chociaż jeden rozdział cukierkowo i słodziutko... nie może :( Naprawdę, czasem zaczynam wątpić, czy tu kanon jeszcze ma coś do powiedzenia, czy może został pokryty kurzem na strychu. Chodzi mi głównie o wątek Jilly... W którą stronę to idzie...A jednocześnie czytanie tej akcji i tych intryg jest niemal, a może i bardziej ekscytujące od oglądania seriali :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie, nie, sielanka była i zmyła xD. Hmm... no cóż, nie ukrywam, że jestem niezłym zamachowcem na kanon, ale Jily staram się w miarę oszczędzić (w miarę xD). Co masz dokładnie na myśli? ;> Wydaje mi się, że chociaż to wszystko będzie baaardzo z nimi pokręcone i zwariowane, to jednak skończy się mniej więcej tak jak w książce (a przynajmniej takie są plany ^^): zaczną być razem na początku siódmego roku (okej, HzTL skończy się w ostatni dzień szóstego i wteyd oni będą mieli wielkie zejście, ale potem czeka ich wakacyjna separacja i dopiero tak jakby od siódmego roku będą razem), po Hogwarcie się hajtną, będą walczyć w Zakonie i umrą w 81. Tak więc... może to teraz wygląda tak niepokojąco, że może cos się stanie, że może jakaś Mary to zepsuje i rozdzieli ich raz na zawsze... ale tak nie będzie :D. Jily to mój otp i najbardziej oczywisty endgejm tego opa (w sumie to jedyny na razie endgejm tego opa, bo nie mam jeszcze oficjalnych planów z innymi), a póki jeszcze tu żądzę, to będą razem, nieważne, do ilu zabójstw będę musiała się posunąć ;>.
      Hahha, dziękuję za komentarz i pozdrawiam cieplutko ♥
      Abi

      Usuń
  5. Awhhh, kocham momenty, gdzie jest sporo Lily i Jamesa ❤
    Kolejnego rozdziału nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że dodasz go w miarę szybko, bo te przerwy mnie z rytmu tylko wybijają 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję <3 i cieszę się, że ci się spodobało :*. Nowy rozdział najprawdopodobniej gdzieś w pobliżu 20 :D.

      Usuń
    2. No więc czekam z niecierpliwością! 😘

      Usuń
  6. UWIELBIAM TWOJEGO BLOGA 💖
    Ostatnio stwierdziłam, że (jak za dawnych dobrych czasów) poczytam sobie jakieś ff o Lily i Jamiesie, ale Twój blog przerósł moje najśmielsze oczekiwana! Bohaterowie są niesamowicie barwni, świetnie przedstawieni, cóż... mają własne charakterki 😈 Bardzo podoba mi się Twoje poczucie humoru, nie prycham sobie pod nosem tylko autentyczne śmieje sie na głos :D
    Scena w klasie od transmutacji - MEGA. James byl taki kochany kiedy tlumavzyl Lily, że znicz to ten największy <3 I właśnie tutaj mam z tym rozczochrańcem problem - z jednej strony świata poza Lily nie widzi, a z drugiej tak broni Mary (wrrr).
    Nie pozostaje mi nic innego jak czekać na kolejny rozdział - może w końcu poznamy tę tajemnicę :D
    Zyskałaś nową czytelniczkę! ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej :*
      Dziękuję ślicznie za tak miłe słowa i cieszę poootwornie, że przypadły ci do gustu moje postacie (za to zdanie już cię kocham... mam małego bzika na punkcie kreacji postaci <3) i moje poczucie humoru (aż się zarumieniłam... czegoś takiego to chyba nigdy nie słyszałam :*).
      Myślę, że pomimo tego, że broni Mary, to traktuje ją tylko jako bardzo bliską przyjaciółkę, ale na pewno kocha ją na swój sposób i tego Lily nie może przeboleć. Ale - nie czarujmy się - Lily jest dla niego tak z milion razy ważniejsza ;>.
      W nowym rozdziel może nie będzie jeszcze odpowiedzi, ale kilka nowych wskazówek ;>.
      Cieszę się straaasznie <3. Kocham nowe osoby :*
      Pozdrawiam cieplutko ♥
      Abi

      Usuń
  7. Uroczyście przysięgam, że knuje coś niedobrego.
    W ramach wakacji (mnóstwo wolnego czasu i te klimaty) przeczytałam wszystkie rozdziały od nowa i mam trochę przemyśleń którymi chcę się podzielić (mile widziana weryfikacja albo jakieś spoilery).
    Zaczynam, od May bo dużo myślałam o jej sytuacji ostatnio. Miałam teorie, że jej "starszym chłopakiem" z którym pojechała na sylwestra na co pozwolił James który miał ją wtedy "na głowie" był Dean Walker. Wszystko pasowało w sumie, bo chłopak Mayie zginął wtedy, a ona sama postradała zmysły, więc musiała widzieć coś... mocnego, a w śmierć Dean'a zamieszani byli pewnie Śmierciożercy albo członkowie Patronatu tak czy inaczej sprawa musiała być popaprana. Wystarczająco popaprana żeby zwariować. Wtedy May która mówi, że myśli, że zabiła Dean'a mogłaby mieć rację lub być blisko prawdy. Ale moja teoria upadła kiedy przy spisie postaci sprawdziłam datę śmierci Dean'a który umarł 14 września czyli nijak w Sylwestra. Szkoda, bo teoria była fajna. Jednak May może mieć powiązania z jego śmierci.ą Okej tak czy inaczej May była świadkiem (może nie tylko) śmierci swojego chłopaka, możliwe, że właśnie to przyczyniło się do jej utraty zmysłów. Mogło to też być coś innego, ale jeszcze bardziej... ekstremalnego. O tajemniczym "chłopaku" May wiem, że był z wpływowej rodziny i sądzenie z nią było kosztowne. Potem śmierć Phil'a. tutaj mam trochę chaosu. May była co najmniej świadkiem jego śmierci. Tutaj wchodzi temat ezoterycznej tajemnicy i powiązań z nią Mary, James'a i innych. min. Jesse van Wreeta (powiązania z śmiercią Calliope Meadowes??). Lubię May, jej sytuacja jest dość skąplikowana i czekam na wyjaśnienie jej "przeżyć".
    Oks teraz tradycyjnie Lily. Ma koncertowo przerąbane. W temacie cyrografu musi on bardzo mocno namieszać między nią a James'em (ekm. karta postaci Lily mówi, że w 6 klasie, czyli teraz będzie miała 3 tygodniowy związek z Luisem Hayes'em) z tym związkiem narazie bym się nie śpieszyła, bo dużo czasu do końca szóstej klasy, ale myślę, że cyrograf, potem Mary i ezoteryczna tajemnica napsują tyle, że Jily przejdzie kryzys i rozstanie (czasowe- krótkoterminowe oczywiście) i wtedy Lily prawdopodobnie przez McDziwkę - geniusza zbrodni- da się w ten związek wplątać. Potem jeszcze dużo zamieszania z tym Patronatem i Śmierciożercami do których dołączy Lily (nie wiem jakim cudem, skoro nie ma ekm. ... najczystszej krwi) Generalnie kolorowo się to nie zapowiada.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. James. Tu kierując się kartką postaci. Jego arcynemezis Tony Walker hmmm... ciekawe. Wiemy, że "stały" związek z Lily utworzą na początku/w siódmej klasie. Dżis aż wstyd o May się tak rozpisałam, a główna postać tylko tyle..
      McDziwka. Wszyscy jej nienawidzimy, działa niczym mafia, bezlitosna polityka eksterminacji przeciwników i likwidacji problemów, wiadomo. Namiesza nam pewnie ile wlezie. Jednak "po cichu" liczę na współpracę niezastąpionego w moim mniemaniu tandemu Black&Evans który "zlikwiduje" zagrożenie McDziwki. (nie, żeby aż tak jak w Zombie to Sukces, ale jakaś miła wycieczka w jedną stronę na dwór Rowle'ów by nie zaszkodziła) Chciaż jakby nie patrzeć w oryginalnym HP Mary umiera (o ile dobrze pamiętam- mam nadzieję, że dobrze pamiętam).
      W temacie Marleny i Remusa mogę powiedzieć, że ich szipuje (czy jak to się tam piszę), wiem, że Marlena McKinnon kończy jako Marlena McKinnon, ale jakiś mini związek (czyt. wielka epicko- tragiczna miłość) by chyba nie zaszkodził/a, nie?
      Chciałabym jeszcze, żeby Emmelinie się ułożyło tam z jej psychiką, zaburzeniami i Paulem. Chociaż skoro "zmienia potem nazwisko" powinno być okej. Dobrze należy jej się jakieś szczęście od życia. Póki żyje.
      Petera nie lubie, Snape jeszcze gorzej, z J&J nie czuję blusa, Dor bez większych emocji, Syriusz jest okej, Chase'owi życzę szczęścia generalnie i w dogadaniu się z Lily (lubię ich relację brat-siostra) Hestii wszystkiego najlepszego, bo to jedna z moich ulubionych postaci.
      To chyba na tyle moich terii/opinii/ podsumowań. Ostrzegam, że nie czytałam tego ponownie po napisaniu w celu poprawy błędów i weryfikacji sensu, więc pewnie jest jak jest. Generalnie kocham HzTL i czekam na więcej.
      Koniec psot //Q

      Usuń
    2. Kochana <3. Nie zdajesz sobie sprawy, po prostu nie zdajesz, jak bardzo poprawiłaś mi dzisiejszy dzień swoim boskiem dziełem ♥. Tak mi się miło zrobiło, i aż zaczęłam intensywniej pisać... no dobra, moje rozczulanie się jest tutaj zupełnie zbędne, bo oczekujesz ode mnie pewnie jakiś wyjaśnień, co nie? ;>
      Zacznę może od tego, że jestem wstrząśnięta, jak bardzo na każdym kroku daje okiełznać się moim szalonym, samowolnym, spoilerującym ustom. Ile razy ja sprawdzałam te wszystkei karty postaci - a tam cały czas są spoilery (i błędy?). To znaczy... W spisie postaci jest napisane, ze Dean umarł we wrześniu? To coś nowego... Jesteś pewna, ze jakimś zwariowanym sposobem nie zajrzałaś do starego spisu, gdzie były wygasłe ikony? Ten stary spis był tutaj daaawno temu i możliwe, że tam byłaby zła data (chociaż...wydaje mi się, że w starym spisie wgl nie ma Deana i że stary spis wgl został usunięty... ale tutaj ostatnio jest taki chaos ze względu na ogarnianie podstron i remont, że nic mnie nie zdziwi... poszperam w tej sprawie :D). Albo to ze mną jest coś nie halo, bo w moich notatkach worpredowskich i na by-abigail (i w moim tajnym segregatorze koloru liliowego), gdzie trzymam materiały przed publikacją na HzTL jest wyraźnie napisane, że Dean umarł 31 grudnia/1 stycznia. I tutaj też mi się zdawało, że jest dobra data... no chyba, że dalej patrzę w złe miejsce, nie ogarniam. Zapomnijmy najlepiej o tej sprawie hahah :*.
      W kazdym razie mysle ze mogę już powiedzieć leciutki spoiler (chyba już kiedyś nawet o tym wspominałam, jeśli znam moją spoilerującą gębę) że twoja teoria jest baaardzo bliska prawdzie i faktycznie - Dean Walker od Jo i Isaaka, Drugi, członek tej dzikiej bandy - to jest TA SAMA OSOBA, która sprowadziła May na złą drogę, z którą ona chodziła i którą ona niby zabiła. Czyli teoria numer jeden, a przynajmniej jej podwaliny, są prawdziwe.
      Jeśli chodzi o zabójstwo Calliope i zabójstwo Phila... powiem tak: wszystkie te zbrodnie są ze sobą powiązane, ale za każdym razem zabił ktoś inny ;>. I dowiemy się w 29, kto zabił Calliope i kto zabił Deana (w sensie, przekonamy się, czy to była May czy nie May), ale sprawa śmierci Phila nie będzie wyjaśniona do końca, bo po prostu musimy poczekać aż wróci Serena, powie, kto jest ojcem jej dziecka (gosh... jeszcze ta sprawa) i będziemy mogli zrobić na nią zooma. Teraz - w 27- za dużo się jeszcze nie wyjaśni, ale zarówno siostra Emmeliny, jak i Dorian, trochę nam nakreślą fakty, a w 28 trochę powie jeszcze Syriusz, ale to póki co jedynie poszlaki, tropy etc. etc. etc.
      Naprawdę podziwiam cię za te teorie, które są naprawdę świetne, masz bardzo celne obserwacje i myślę, że wiesz po tej lekturce (jeszcze raz całe opo? kocham cię <3) wystarczająco, żeby domyślić się prawdy ;>/ Bo możecie mi nie wierzyć, ale przysięgam, że wszystkie potrzebne fakty i tropy już tu były, tylko oczywiście nie podane zupełnie na tacy ;>.
      Ezoteryczna tajemnica ma więcej wspólnego z Mary i Jamesem niż z May, chociaż... to wszystko jest ze sobą poplątane.

      Usuń
    3. Jedziemy dalej - Lily. Tutaj nikt się szczególnie nie cieszył, kiedy ona i James się spiknęli i wydaje mi się, że to dlatego, że nikt tego po prostu nie kupił. I słusznie XD. Powtarzam się jakbym odtwarzała w kółko tę samą taśmę, ale w sprawie Jily postanowiłam trzymać kanon i będą oni razem właściwie to dopiero w siódmej klasie, czyli - ale jestem okropna - właściwie to ich związku w ogóle tutaj nie będzie, bo HzTL kończy się w ostatni dzień szóstej klasy. No chyba, że ktoś z nas dożyje kontynuacji, bo póki co tempo jest na tyle zawrotne, że do końca lutego w tym opowiadaniu minie kilka ładnych lat... chyba że wezmę się wreszcie do roboty.
      Zjednoczenie (no dobra, za mocne słowo... po prostu obgadywanie jej dupy) Syriusza i Lily przeciwko Mary będzie właściwie to poniekąd w 28 rozdziale, kiedy obydwoje spotkają się i będą mówić, jak bardzo jej nienawidzą... i właściwie to nie wiem, czyja pogarda jest głębsza? Chyba mimo wszystko Syriusza, bo on ma bardziej... skażone wzgardą serce.
      Jeśli chodzi o Marlenę, to osobiście nie wiem, co ta dziewcyzna mi zrobiła, ale cały czas chodza mi po głowie plany, jak tu zniszczyć jej życie. BOSHE XD. No, niby skńczy jako McKinnon, ale możliwe, że po prostu tak będą na nią mówić, bo prawdziwe nazwisko będzie.. dobra, zamykam się już.
      Jesteś jedną z nielicznych tutaj osób, które nie mają nic przeciwko Emmelinie <3. Czasem zastnawiam się, czy gdybym zostawiła jej dosyć ciężki charakter, problemy itp itd, ale nigdy nie robiła z niej dziewczyny Syriusza, która odbila go Dorcas, byłaby bardziej lubiana... a Dorcas przyznam, że też nie lubię (to znaczy, ja lubię wszystkie swoje postacie, ale generalnie nie lubię Dorcas jako... nie mojej postaci, ale jako tako charakteru - po tych wszystkich Jily tak nią rzygam, że gydbym zakładała HzTLa teraz, to w ogóle wycięłabym lub inaczej nazwała tę postać) i dlatego szczerze rozważam, czy należy skazywać Syriusza na jej towarzystwo.
      OKEJ, TERAZ JUŻ SERIO MILCZĘ>
      Dziękuję ci ślicznie za cudowny komentarz, naprawdę <3. Dopisałabym coś jeszcze (a jakże inaczej...), ale rozdział na mnie czeka ;>. W razie jakiś pytań śmiało wal, Queeny :*. Chyba ze wszystkich (tak mi się przynajmniej wydaje) czytelników znasz to opo najlepiej i najpilniej śledzisz tekst, dlatego twoje teorie są najbliższe prawdy, a twoje komentarze takie miłe dla mojego serducha :*
      3maj się :*
      Abby

      Usuń
    4. Na razie wszystkie moje wątpliwości rozwiane i dziękuje serdecznie za szybką odpowiedz :*

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X