12 września 2015

23. Podwójna Randka

Poprzednio + kilka słów od Abigail

Wszyscy szaleją, kiedy Hogsmeade zaczyna zbliżać się wielkimi krokami. Moda na "nietypową randkę" zaczyna się od Dorcas, która niechcący wyzywa samego Syriusza Blacka na randkowy pojedynek. Podczas gdy ona załatwia sobie dobrze prezentującego się Chase'a, Black postanawia zagrać jej na uczuciach i zaprosić Emmelinę. Lily, która jest zła, wyczerpana i upokorzona poprzez nieszczęsną aferę zdjęciową (zdjęcia półnagiej jej i Jamesa), łatwo daje się sprowokować i wymusza na Jamesie randkę z Mary, a ona sama zadowala się swoim byłym chłopakiem, Dorianem. 
Hestia, którą pod koniec trzeciej części dopadła specyficzna dolegliwość, musi zmierzyć się teraz z zanikami pamięci. Jak wielkie są te zaniki - przekonamy się w dzisiejszym rozdziale.
Chyba najbardziej pomieszanie sprawa maluje się pomiędzy Remusem a Marleną. Remus woli nie wracać do Marley, ponieważ jest niebezpieczny, z kolei Marlena nie może teraz wrócić do Remusa, bo jej rodzinka postanawia dorobić się na lukratywnym ślubie.
Jo musi znaleźć jakieś dobre rozwiązanie, żeby móc widywać się z mugolskim londyńczykiem Jordanem i - co za tym idzie - udawać uczennicę szkoły artystycznej oraz - równolegle do tego wszystkiego - przejść przez ostatnią klasę Hogwartu. Dobrym rozwiązaniem wydaje się być Zmieniacz Czasu, ale skombinowanie go nie jest wcale rzeczą łatwą. Ironia losu, ma go akurat Hestia, ale nie pamięta skąd. 
Dzisiaj mamy 12 fragmentów, czyli 12 horkruksów rozszczepionych z mojego serca, tak jak obiecałam na fb ;>. Ten, kto zaklepał - ten ma. 
Betowała Lumossy.

"Kochałem. To bolesne, bezsensowne i przereklamowane."
- Damon Salvatore/Kevin Williamson*, Pamiętniki Wampirów




1 - dla wszystkich


Piękny był sobotni poranek w dzień wyprawy do Hogsmeade. Nocą po raz pierwszy od wielu dni spadł śnieżny puch, otulając poprzednie, rzadkie warstwy śniegu na nowo. Brudna, wilgotno -błotna breja, formująca się na błoniach i zaszronionej murawie, nie napawała już przerażeniem, słońce wysunęło się zza mglistego, szpetnego nieba, wpuszczając ciepłe, optymistyczne promienie w serca Hogwartczyków. Nawet grad przestał wystukiwać nużący, trwały rytm. Świat zabłysnął na nowo, rzucając błogi urok na wszystkie myślące, wrażliwe istoty, zamieszkujące te szerokości geograficzne.
Kolejne osoby budziły się, gotowe na zakupy, spotkania z przyjaciółmi i sympatiami. Pozytywny duch opętał ich i przeniknął do głębi, sprawiając, że był to jeden z nielicznych dni, kiedy każdy zdaje się mieć dobry humor. Do Pokojów Wspólnych i na korytarze wysypało się mnóstwo dziarskich i energicznych uczniów, uzbrojonych w szaliki, czapki i pękate portfele.
Cudowna, bajkowa energia nie wpłynęła chyba tylko na jedno dormitorium, nie wybawiając szóstorocznych dziewcząt z chłodnych, zachłannych objęć Morfeusza. Oprócz Marleny, rannego ptaszka, prawie wszystkie leżały skulone w swoich wyrkach, otoczone szeregiem kolorowych, frędzlastych poduszek, kocyków i pierzynek. Złe nastroje, wyrzuty oraz atmosfera pełna rozczarowania i pretensji skutecznie walczyła z pięknem styczniowego dnia, ale też wybudziła – i źle wpłynęła – na najbardziej podatną na złe moce mieszkankę dormitorium numer cztery.  

Hestia tego poranka czuła się bardzo źle. Irytowało ją wszystko – począwszy od niemiłosiernego drapania w okno sowy Emmeliny, a skończywszy na rytmicznym, cichutkim pochrapywaniu Dorcas. Najpierw pomyślała, że wyskoczy z łóżka i pobiegnie na dół, na śniadanie, gdzie o tej porze na pewno zdobędzie jeszcze ukochaną zapiekaną owsiankę z żurawiną, a może nawet croissanta, ale na samą myśl o jedzeniu cała zawartość żołądka podchodziła jej do gardła. Jej kolejnym pomysłem było poczytanie najnowszego numeru Centaura, co zrobiła, tylko po to, żeby zrozumieć, że głowa boli ją za bardzo, by skupić się na czymś tak wyczerpującym jak łączenie mikroskopijnych literek alfabetu łacińskiego w sensowną całość. A gdy sięgnęła po jeden z wielu gramofonów Lily, żeby włączyć sobie Requiem Mozarta, doszła do jednego, bardzo istotnego wniosku – była chora.
Pamiętała, że ciotka Cassiopeia, u której mieszkała w Paryżu, była prawdziwą hipochondryczką. Nawet jeśli delikatnie bolała ją głowa, już podejrzewała u siebie śmiertelną chorobę i wysyłała sowy do zaufanych uzdrowicieli. Ale nie w taki sposób Hestia chorowała. To nie było jak złe samopoczucie przed trudnym sprawdzianem w szkole, tylko ciężkie, realne i intensywne.
Powinnam pójść do pielęgniarki, postanowiła, chociaż czuła silne uprzedzenie do kadry medycznej po długotrwałej odsiadce w Mungu. Niechętnie wstała, podpierając się o łokcie, a potem wyciągnęła prawą nogę i przerzuciła na nią cały ciężar swojego ciała. Zakręciło jej się w głowie, kiedy już stała na nogach, ale udało jej się przejść jakieś dwa kroki przed ostatecznym upadkiem.
Towarzyszący temu huk skutecznie wybudził resztę dormitorium, chociaż niekoniecznie został powitany entuzjastycznie. Jakkolwiek Dorcas przeciągnęła się jak kotka i wyskoczyła z łóżka, tak Emmelina załkała w poduszkę, Lily spiorunowała ją niemiłym spojrzeniem, a Mary wyciągnęła środkowego palca.
― Co za sierota – mruknęła, chowając głowę z powrotem w swoją poduszkę. Jej idealne włosy wyglądały dzisiaj na dosyć nieuporządkowane.
Nie szykuje się od rana na randkę z Jimmym?, pomyślała złośliwie Lily, mająca kompletnie dosyć bezustannego klekotania Mary o tym, jak romantyczny był James, kiedy ją zapraszał. Po cichu łudziła się, że jej koleżanka zmieni płytę i zacznie wymyślać jakieś inne niestworzone rzeczy, takie, które nie przyprawiają o mdłości. Owszem, Evans wiedziała, że ci dwoje wybierają się razem – Merlinie, ona wręcz ich zeswatała – ale wolałaby usłyszeć tą cudowną wiadomość bez zbędnej otoczki z klękaniem i mnóstwem kwiatów. To było po prostu przesadne, nierealistyczne i mało smaczne.
― Wszystko okej? – zapytała rudowłosa, domyślając się, że nikt inny nie zainteresuje się losem Hestii. Dziewczyna pokręciła głową. Usiłowała wstać na nogi, podpierając rękami o każdy w miarę  stabilny przedmiot znajdujący się w zasięgu pola widzenia – począwszy od ramy łóżka, a skończywszy na dziwnych, kolczastych roślinkach, trzymanych tutaj przez Marlenę.
Dorcas przestała zataczać kółka wokół swojego łóżka i podeszła do koleżanki, pewnie przytrzymując ją w pozycji stojącej.
― Stoisz?
Hestia nie wyglądała, jakby była o tym przekonana, ale pokiwała głową. To wystarczyło Dorcas. Szybko uwolniła ją ze swojego pomocniczego objęcia i rzuciła się na swoje różowe poduszki. Entuzjazm i ekscytacja malowały się na jej dziewczęcej buzi, jakby czekała na podwieczorek u Świętego Mikołaja.
─ Mamy wielki, wielki, wielki, wielki dzień! – lamentowała Dorcas, skacząc na jej łóżku jak małe dziecko. – Wiesz, co dzisiaj mamy, Hestio?
─ Hogsmeade? – zaryzykowała, pochylając głowę i zakrywając rękoma usta, jakby z obawy, że zaraz zwymiotuje.
― TAK! Ale my zostajemy w zamku!
Emmelina załkała w poduszkę jeszcze raz. Jako że ona i Black zostali zawieszeni w prawach ucznia, nie mogli brać udział w żadnych wycieczkach, nawet wypadach do Hogsmeade ani w zajęciach nadobowiązkowych (co przypieczętowało sprawę w związku z zawieszeniem gry Blacka w Qudditcha dla Gryfonów). A skoro podwójna randka musiała się odbyć, Dorcas i Chase również zobowiązali się pozostać w szkole.
Co za porażka, pomyślała melancholijnie, chociaż wiedziała, że jeszcze wczoraj wyrywała się, aby otrzymać tę karę. Mdliło ją na samą myśl, że będzie musiała spotkać się dzisiaj z Blackiem. Świadomość, że sama zdecydowała się na nowo odtworzyć swoje stare problemy, wydawała jej się być załamująca i absurdalna, i nawet bardziej obrzydliwa niż sama w sobie podwójna randka. Zagrożenie, że zaraz zwymiotuje zaczęło coraz bardziej przypominać realną chęć i nadzieję na to.
Podczas gdy Emmelina oczami wyobraźni już pochłaniała w zawrotnym tempie tartę, babeczki, ciastka, krówki, czekoladę i inne słodycze, po których przedawkowaniu przychodzi odruch wymiotny, Hestia robiła wszystko, byle go stłamsić. Zakasłała.
― Zaraz się porzygam – mruknęła, powoli zbliżając się do łazienki. Mary mruknęła coś, co brzmiało jak: „Tylko wara od moich butów!”, Dorcas przestała skakać na łóżku, a Lily otrzeźwiała i wstała na równe nogi.
Przyłożyła rękę do czoła koleżanki i z bardzo wymowną miną pokręciła głową. Wyglądała teraz jak uzdrowicielka z prawdziwego zdarzenia.
─ Może masz mononukleozę! – przeraziła się Dor, na co Lily zareagowała niezbyt zduszonym, dyplomatycznym chichotem. Atmosfera zrobiła się jeszcze bardziej gęsta.
Po pozytywnej energii Dorcas, która jeszcze przed chwilą dawała o niej znać skacząc po materacu, teraz zniknęła jak kamfora. Skrzyżowała ręce na piersi i prychnęła. W dalszym ciągu boczyła się na Lily. Boczyła się również na Mary i Emmelinę, a Emmelina boczyła się na nią. Co więcej, Emmelina i Mary stały się obiektem złości Lily, a kolejną osobą, w dalszym ciągu obrażoną na Titanic, była jeszcze Marlena. Z kolei Mary nawet nie ukrywała, że ona gniewa się na każdą osobę z wyjątkiem swojego Jimmy’ego. Potter natomiast, po tym jak pokłócił się z Syriuszem – pierwszą najważniejszą dla niego osobą, i Evans – drugą najważniejszą dla niego osobą, został sam na sam z McDonald, bo Remus i Peter śledzili Marlenę i Franka, na których sami się dąsali.
Chyba każdemu z nich przydałby się jakiś mediator.
― Pójdę do skrzydła – mruknęła Hestia, która chociaż na razie nie miała pretensji do nikogo, wolała uciec jak najszybciej z tego przeładowanego negatywną energią dormitorium. Zastanawiała się, czy gdyby porozwieszała na wszystkich oknach łapacze snów, sytuacja poprawiłaby się choć odrobinę.
Chociaż Lily zgłosiła się do pomocy, Hestia uparła się, że dotrze na miejsce sama. Po części dlatego, że miała już dość wszechobecnego matkowania, a po części z powodu oczywistych obaw, że zostanie zarażona złą energią. Szła, zataczając się na boki, jakby była pijana. Dochodząc do schodów, podparła się o poręcz i zeszła na dół, przytulona do niej jak przerażone dziecko do matki. Kręciło jej się w głowie coraz mocniej. Miała dziwne wizje i halucynacje, jakby kolorowe ptaki latały i pikowały we wnętrzu jej głowy, głośno świergocząc. I mdłości, te potworne mdłości, ogarniały ją w coraz większym stopniu…
― Hestia? – aż podskoczyła, słysząc znajomy głos.
Zaklęła w myślach. Nie po to unikała tego faceta przez miesiąc, żeby natykać się na niego w chwili, kiedy zwymiotowanie mu prosto na buty należało do rzeczy dość prawdopodobnych. Wymamrotała coś i kaszlnęła, niemal słysząc, jak cała zawartość żołądka skacze jej w brzuchu.
― Co ty robisz… Chase?
Chociaż na samym początku, jeszcze w szpitalu, uzdrowiciele przekonywali ją, że w miarę następnych dni będzie przypominać sobie co raz więcej rzeczy, niespecjalnie tak sprawa wyglądała. Uczciwie mówiąc Hestia przypominała sobie z rzadka jakieś kompletnie nieważne urywki, strzępy wspomnień, których nie miała z czym połączyć. Wczoraj na przykład przed oczami stanęła jej postać jakieś dziewczyny, która podskakiwała przed nią i piszczała, że KTOŚ się na COŚ zgodził, a Hestia czuła, że sama też była wtedy szczęśliwa, ale – po raz kolejny – nie wiedziała CO i GDZIE, i JAK.
Najwięcej z tych wszystkich niespójnych wspomnień dotyczyło właśnie Chase’a, i w sumie tylko dlatego kojarzyła jego imię. Podświadomie czuła, że powinna go unikać, że jest o coś na niego zła, i że rozmowa z nim nie jest ani bezpieczna, ani pożądana. Dlatego właśnie, kiedy tylko wyskakiwał zza rogu, czmychała gdzie pieprz rośnie. Czasami nie udawało jej się schować na czas i Chase dopadał ją, zadając pytania, na które nie znała odpowiedzi. To wszystko przyprawiało ją o jeszcze większy ból głowy i jeszcze bardziej nasilało chęć uciekania przed nim. Teraz jednak nie było takiej możliwości.
― Czekam na Dorcas – odparł po prostu, wpatrując się w nią niepewnie. – Hestia, co ty…
Dziewczyna przełknęła głośno ślinę i minęła ostatni stopień schodów, puszczając się poręczy. Zapiekło ją w głowie.
Merlinie… Merlinie… Merlinie…
― Hej! – wykrzyknął Chase i z zaniepokojoną miną położył stopę na pierwszym schodku, gdy…
Hestia wrzasnęła, ostatecznie przewracając się i uderzając głową w miejsce, gdzie przed chwilą znajdował się stopień, a teraz pionowa zjeżdżalnia. Zjechała w dół i wpadła prosto na Chase’a, przyszpilając go do ziemi. Syknęła z bólu prosto w jego klatkę piersiową, na której wylądowała. Zacisnęła powieki. Przez gwałtowną zmianę pozycji, zawartość żołądka jakoś dziwnie zaległa na jego dnie. Hestia miała wrażenie, że zmielone drobinki pokarmu podskakują i urządzają w jej brzuchu konkurs, komu uda się doskoczyć do przełyku, a następnie podniebienia.
Fuj, pomyślała, przełykając głośno ślinę. Miała kleisty, gorzki smak.
― Przepraszam – powiedzieli równocześnie Hestia i Chase. W tym samym czasie spróbowali wyślizgnąć się z tej niekorzystnej pozycji, on podciągając się na łokciach, a Hestia – wstając na drżących kolanach, ale nie minęła chwila, a opadli na siebie jeszcze raz.
― Czekaj, ja…
Hestia? REAGAN?
Hestia zaklęła głośno. Ku nim zmierzała właśnie druga unikana przez nią osoba. Jayden Rasac. Kto jeszcze wyskoczy zaraz jak diabeł z pudełka? Jej zaginiona matka? Święty Mikołaj? Szalona dyrektorka Beauxbatons?
Jayden szarpnął Chase’a, z łatwością rozdzielając go od Hestii i stawiając z powrotem na nogi. Jones wolała zostać na podłodze, bo obawiała się, że jak tylko wstanie, przegra walkę z własnym żołądkiem walkowerem.
― Co jest z robą nie tak, Rasac? – warknął Chase, rozmasowując sobie miejsce, za które Jayden pociągnął. – Chyba nadwyrężyłeś mi ramię.
― Hestia? – zaniepokoił się Jayden, pochylając się nad dziewczyną. – Dobrze się czujesz?
 ― Jestem pewien, że czułaby się lepiej, gdybyś nie rzucał nią jak workiem ziemniaków – warknął Chase. Sam też przykucnął przed dziewczyną i wyciągnął dłoń, by pomóc jej wstać.
Jayden nie bawił się w takie uprzejmości. Chwycił Hestię w pasie i mierząc Chase’a morderczym spojrzeniem, szarpnął i postawił ją w ten sam gwałtowny sposób, co chłopaka przed chwilą. Chase poczerwieniał z wściekłości i odepchnął Jaydena pod ścianę, samemu podtrzymując Hestię. Dziewczyna zrobiła się zielona. Rasac warknął coś i przyciągnął ją do siebie, ale tkwiła w jego żelaznym uścisku tylko przez chwilę, bo Chase…
Jęczała i zasłaniała dłonią usta, kolejno lądując w ramionach Chase’a i Jaydena, przerzucana i łapana jak piłka. Wczorajsza kolacja podskakiwała razem z nią, raz pochodząc niżej, raz wyżej, a raz…
Dziewczyna załkała i upadła na podłogę, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Jeśli myślała, że to przywoła chłopaków do porządku, to musiała się nieźle przeliczyć. Czując, że Jayden podrywa ją z miejsca, nachyliła się i przyniosła sobie ulgę, bezceremonialnie wymiotując.



2 - Queen of Imagination ♥


Marlena i Frank długo czekali, aż powozy do Hogsmeade podjadą pod zamek. Byli jednymi z pierwszych wycieczkowiczów, ale chociaż pogoda dopisywała, nie mieli ani siły, ani ochoty, by przejść się pieszo do wioski. Stali w zimnie, opatuleni swetrami, szalikami i kurtkami, czasem podskoczyli albo wzdrygnęli się, żeby rozgrzać odrobinę zmarznięte ciało. Dłużyło im się coraz bardziej.
 Kiedy pierwsza bryczka, niezaprzężona w żadne konie, zatrzymała się tuż przed nimi, wgramolili się do środka, uprzedzając pozostałe osiem osób, które o tej porze już były na nogach. Nim spostrzegli, a powóz już ruszył, umożliwiając im w miarę poufną wymianę zdań.
Chociaż Marlenie wczesna pobudka wcale nie przeszkadzała, to Frank nawet nie udawał, że do rannych ptaszków nie należy. Co chwila ziewał przeciągle albo przecierał zmęczone oczy, mamrocząc coś o bólu głowy. Kiedy Marlena zapytała go, z kim spędził wczorajszą noc, że odpuścił sobie tyle snu, odparł, że z Harrym Steelem, swoim najlepszym kumplem.
― Słyszałam kiedyś, że Steele jest gejem – mruknęła, puszczając do niego oczko. ― Dzięki za potwierdzenie informacji.
Frank parsknął, ale nie wnikał w ten temat. Odkąd spotkali się na środku hallu, niespecjalnie rwał się do rozmowy. Marlena dobrze wiedziała, że czuł się skrępowany i wcale mu się nie dziwiła, pomimo tego, że jej do krępacji było daleko. Otaczała ich ciężka, gęsta atmosfera, typowa dla dwójki osób, z których jedna zrobiła coś bardzo altruistycznego, a druga nie miała pojęcia, jak za to odpłacić.
To zaczęło się całkiem niedawno, bo chociaż Marlena rozważała tę opcję od dłuższego czasu, jakoś nie mogła przejść do następnego etapu, czyli wdrożenia własnego planu w życie. Frank mógł sądzić, że to ona była w takim układzie wykorzystywana, ale ona postrzegała to w nieco inny sposób.
W związku z tym, że Ann, jej matka, Heather i cała reszta konspiratorów, którzy sprzedali ją Rowle’om, wymagali od niej, żeby jakoś naprostowała sytuację i uratowała honor rodziny (Co właściwie miała zrobić? Zaprzeczyć, że całowała tamtego dnia Gię? Wmówić, że te zdjęcia zostały przerobione i źle zinterpretowane, zupełnie jak w przypadku Lily i Jamesa?), a Frank był w podobnej sytuacji… to wyszło naturalnie, wynikało samo z siebie, że powinni zacząć pomagać sobie nawzajem. Marlena potrzebowała przykrywki, w miarę bogatego chłopaka, który zadowoliłby matkę, Ann i resztę materialnego świata, a Frank również potrzebował przykrywki, żeby móc widywać się z Alicją.
To było niewiarygodnie zabawne – ona wybrała Franka jako upozorowanego chłopaka, bo miał wystarczająco dużo pieniędzy, a Alicja potrzebowała jej, Marleny, jako przykrywki, bo Rowle’owie uważali, że Frank nie posiada dostatecznie zadawalającego majątku. Co więcej, wybrała ją dlatego, że Rowle’owie wątpili, iż ktoś taki jak ona pozwoliłby Alicji zabrać sobie sprzed nosa taką partię. Pomimo tego, że dla Bree, Sidneya i reszty jej bogatych krewnych postawa rodziny Alicji zdawała się mieć sens, Marlena, która nigdy nie miała pieniędzy, kręciła na nią głową. Chciałaby, żeby ta banda okrutników choć na jeden dzień zaznała biedy i nędzy. Może nauczyłoby to ich trochę pokory.
I chociaż cała ta przykrywkowa sytuacja była dla niej pogmatwana, nowa i niezrozumiała, uważała ją za zbawienie nie tylko w sprawie tego nieszczęsnego debiutu na kotylionie. W końcu był jeszcze Remus. Udawanie, że chodzi z Frankiem zobowiązywało ją do zachowania mu jako takiej wierności i tym samym zmuszało do powściągliwości względem Lupina. Mogła nie zawierać z Syriuszem żadnej pisemnej umowy, ale dobrze wiedziała, że jeśli tylko ponownie zbliży się do Remusa, Black puści parę z ust i wygada się na temat jej relacji z Gią. A do tego nie mogła dopuścić.
Frank mógł sobie myśleć, że pomaga mu wspaniałomyślnie i że wielka z niej filantropka, ale ona miała za uszami rzeczy, o których nie wiedział, i działała ze stricte egoistycznych pobudek.
Odchrząknęła. Wolała przejść do rzeczy teraz, w powozie, kiedy jeszcze nie znajdowali się w tłumie podsłuchujących ludzi. Longbottom spojrzał na nią ze zmęczeniem, ale potaknął.
― Nigdy nie opowiedziałeś mi właściwie, jak poznałeś Alicję.
Frank wyprostował się na siedzeniu. To pytanie natychmiast go pobudziło.
― Masz rację – uśmiechał się. – A to całkiem ciekawe. Kojarzysz może Natashę Mason?
Marlena pokręciła głową. Frank zdawał się być tym zaskoczony.
― To… dziwne – odparł po prostu. – Wydawało mi się, że macie ze sobą dużo… wspólnego.
Dziewczyna zamrugała. To chyba trochę za mało, mieć coś wspólnego, żeby od razu podejrzewać, że ona i Natasha znają się od dziecka, przyjaźnią po grób i wyznają miłość codzien…
Zaraz. Chyba, że chodziło mu o TO wspólnego.
― Natasha jest lesbijką? – zapytała, głośno przełykając ślinę.
― I najlepszą kumpelką Harry’ego-geja – potaknął, uśmiechając się nieznacznie. – Najbardziej platoniczna przyjaźń na świecie.
Marlena strzepnęła trochę śniegu ze swojej tuniki.
― Dlaczego miałabym ją znać? – zachichotała nerwowo, wpatrując się w swoje kolana. – Jeśli istnieje jakiś HOMOklub, to mnie do niego jakoś nie zaproszono.
Frank zmieszał się, ale nie kontynuował już tego tematu. Marlena poczuła ulgę. Ludzie zazwyczaj głupieli, kiedy prawda o jej orientacji wychodziła na jaw. Wielu z nich nie rozumiało istoty biseksualności, wielokrotnie słyszała, że jest hetero, ale po prostu „przewraca jej się w dupie”. Ona podchodziła do tego zupełnie inaczej. Nie posiadała żadnych ograniczeń, jej uczucia były bardziej dogłębne, obejmowały więcej przypadków i sytuacji. Widziała coś w chłopcach, ich odmienność wabiła ją i intrygowała, ale jednak miewała czasem ochotę być z kimś, kto był do niej podobny, z kimś, kogo rozumiałaby lepiej i jaśniej, czyli z dziewczyną. Motała się pomiędzy tym chaosem we własnej głowie, ale w duchu nie chciała się zmieniać. Podobało jej się to, że miała więcej opcji i alternatyw niż jej koleżanki.
Te uczucia były jednak zbyt personalne, żeby miała wygłaszać je teraz na głos przy swoim byłym chłopaku.  Wolała dalej słuchać o jego heteroseksualnych problemach z Alicją.
― W każdym razie Natasha jest ważna w tej historii, bo ona i Allie były w dzieciństwie sąsiadkami i przyjaciółkami, chociaż Alicja jest od niej o cztery lata starsza – kontynuował Frank, wpatrując się w okno. – Jakiś rok temu towarzyszyłem jej i Harry’emu w Hogsmeade i gdyby nie to, chyba nigdy nie poznałbym Alicji. Tego dnia wpadliśmy na starych absolwentów, na tę kuzynkę Meadowes, Bertę – Marley pokiwała głową, na znak, że wie, o kim mowa – siostrę Emmeliny i na Alicję właśnie. W trójkę przyjechały do Hogsmeade, bo mieszka tutaj jakiś ich kumpel i organizował wtedy imprezę. Natasha uparła się, że dołączy się do zabawy, chociaż właściwie Alicja zapraszała ją z podobnym zawzięciem – wzruszył ramionami.
― Ale… w której ona klasie była rok temu? – zapytała, chociaż jej wiek nie miał w tamtej chwili najmniejszego znaczenia. 
― W czwartej – odparł, kręcąc głową. – W wieku czternastu lat zwykle jest się cholernie upierdliwym. Chociaż ona zawsze taka była.
 Marlena uśmiechnęła się w duchu. Kimkolwiek była tamta dziewczyna, z nieznanego powodu przywodziła jej na myśl pewną osobę… osobę, przez którą całe kotylionowe piekło zostało wszczęte.
 – Natasha wymknęła się na tę imprezę wieczorem… wiesz, ona grała w naszym składzie Quidditcha, ale nabawiła poważnej kontuzji ramienia i teraz razem z Harrym komentują… – Kiedy rozmowa zeszła na Quidditcha, coś zaświtało w oczach Franka, jakby wpadł w amok. Zaczął mamrotać coś bezładnie o „głupim Blacku”, „cholernych Krukonach” i „idiotycznych kaflarzach”. – Teraz, kiedy Black został zawieszony, nie mam rezerwy i chyba trzeba będzie ją przewrócić, bo jak znam moją drużynę, to bez…
Marlena odchrząknęła. Nie lubiła rozmów o sporcie. Frank stropił się i przeprosił.
― Nawiązałem do tego, bo pozycja w składzie załatwiła jej znajomość z Huncwotami.
 Marlena wybałuszyła oczy. Kiedy chodziła z Remusem, znała wszystkie koleżanki, które przychodziły do jego dormitorium, a że dzielił je z Potterem i Blackiem, wówczas niezłymi lowelasami, trochę ich naliczyła. Nie pamiętała jednak żadnej Natashy.
– I chyba od nich dowiedziała się o sekretnych przejściach do Hogsmeade, bo nie wiem, jak inaczej by się tam dostała. Harry o mało nie posikał się ze strachu, ja zresztą też – Marley zachichotała. – Natasha mogła zrobić coś naprawdę głupiego, tym bardziej, że nigdy nie zachowywała się zbytnio racjonalnie. Razem – jeszcze z Jaydenem i Chrisem – wymienił imiona swoich współlokatorów – ruszyliśmy na poszukiwania.
― Wymknąłeś się za zamku? – szepnęła z niedowierzaniem. – Myślałam, że jesteś prefektem. Naczelnym w dodatku. 
Frank pokręcił głową, kąciki jego ust lekko drgnęły.
― Tylko nie mów o tym Lily – poprosił z przerażeniem wymalowanym w oczach. – Już i tak ma mnie za wystarczającego nieudacznika.
Marlena zachichotała i pokiwała głową na znak, że pogrzebią ją z tym sekretem w sercu.
 ― No więc, szukaliśmy tej cholernej Natashy po całym Hogsmeade, ale to ja właśnie dotarłem do imprezy u znajomego Alicji, Berty i Di. Od razu zająłem się poszukiwaniem Natashy, ale zamiast niej w tłumie wyłapałem tylko Alicję. Pomyślałem sobie, że skoro są przyjaciółkami, to jest to pewien trop – Marlena potaknęła grzecznie. – Okazało się, że ona sama też nie widziała nigdzie Natashy i równie przejęta co my wszyscy, ruszyła za mną w poszukiwania. I… jakoś zaiskrzyło – parsknął i pokręcił głową.
― Serio? Wasza pierwsza randka polegała na lataniu po całym Hogsmeade za lekkomyślną czternastolatką? – zaśmiała się, patrząc na Franka z niedowierzaniem.
― Tak, tak, randka marzeń – zgodził się, uśmiechając się głupio do siebie. – A najlepsze jest to, że Natasha nie mogła znaleźć tajnego przejścia Huncwotów, poddała się i po prostu poszła do kuchni, nie zdając sobie sprawę, jakie wywołała zamieszanie.
Marlena nie wytrzymała i wybuchnęła szczerym, perlistym śmiechem. Coraz bardziej lubiła tę dziewczynę. Mało zaradni ludzie wydawali jej się niesamowicie sympatyczni.
Znowu zapanowało milczenie. Dziewczyna usilnie próbowała przypomnieć sobie coś, co usłyszała od Bree albo samej Alicji, coś, co mogłoby ponownie wymusić temat. Frank w tej chwili myślał jedynie o Allie, o śnie oraz marzył o zwycięstwie Ślizgonów w jutrzejszym meczu Quidditcha, bo Krukoni niebezpiecznie liderowali w tabeli. I chociaż każda z tych spraw nieszczególnie jej leżała, zdecydowała się, że pierwsza z nich jest zdecydowanie najbardziej znośna.
― Czy Allie nie powiedziała, że poznaliście się na kotylionie? – zagadnęła, zakładając nogę na nogę. Frank pokiwał głową i zamyślił się głęboko.
― Może oficjalnie – zgodził się. – Lub po prostu nie pamiętała mnie z imprezy w Hogsmeade. Po incydencie z Natashą kontakt nam się urwał… a Allie ma dużo na głowie. Nasze pierwsze spotkanie mogło po prostu… wylecieć jej z głowy.
Wylecieć z głowy? To nie brzmiało jak początek wielkiej miłości. Marlena zdawała sobie sprawę, że nie powinna wnikać w nieswoje sprawy, tym bardziej, że sama zakończyła swój związek z Frankiem, ale po prostu nie mogła przyglądać się temu tak obojętnie. Nie zamierzała stanąć pomiędzy nimi, ale krótka przygoda z Frankiem wymagała od niej przynajmniej zbadanie tej sprawy trochę lepiej.
― To był ten kotylion u Meadowesów?  Ten, o którym tyle się ostatnio gada?
― Nie, nie – zaprzeczył szybko Frank. – On był dwa lata temu. W zeszłym roku kotylion urządzali Greengrassowie i debiutowała siostra Alicji, no i ja… byłem tam razem z Larissą.
Z Larissą.
Larissą.
LARISSĄ RICHARDSON?
Niemożliwe – parsknęła. Przed oczami stanęła jej Prefekt Naczelna – wysoka, wymalowana, z stylizowanymi przez dwie godziny włosami i niezwykle nikłych zainteresowaniach. Ta Larissa.
― O tak, przysięgam – odparł szczerze. – Wysypała na swoje włosy pół tubki brokatu. Świeciła się jak bombka choinkowa.
― To musiało być straszne – szepnęła z przejęciem.
Było. Larissa urządziła wielką scenę i razem ze swoją eskortą wrzuciły jedną z bliźniaczek Greengrass do miednicy z ponczem. Kiedy ostatnio wspomniałem o tym Allie, stwierdziła, że nie przypomina tego sobie i że spodziewała się raczej, że tę wazę zwalił Sidney Angelo, ale…
Ale chociaż Frank mógł mówić o sklerozie swojej dziewczyny jak o pryszczu, zwątpienie Marley możliwie przybrało na sile. Wiedziała, że nie powinna tak myśleć, ale zastanowiła się, czy ona – na miejscu Allie – mogłaby tak po prostu zapomnieć o okolicznościach poznania kogoś, kogo kochała. Słodki Merlinie, ona potrafiła przytoczyć w całości każde słowo, które Remus powiedział na ich pierwszej randce! Pierwsze spotkanie w pociągu czasami nawiedzało ją po nocach! Dobrze, może nie każdy nosił w sercu tyle sentymentalności co Marley, ale pewne rzeczy wymagały zapamiętania!
Jej pierwsze wrażenie związane z Alicją zdecydowanie nie należało do pozytywnych. Nie widziała w niej nic szczególnego – mało! – zauważyła nieciekawe cechy wspólne z Bree czy nawet Mary. Kiedy przebywała u Rowle’ów musiała dzielić łazienkę z jej siostrą, Georginą. Często siedziała tam również Alicja i paląc papierosy, śmiała się ze swoich kolejnych adoratorów. Ciekawiło ją, czy ta sprawa faktycznie jest warta świeczki, czy Frank jedynie do łączył do grona desperatów, pragnących zwrócić na siebie uwagę księżniczki.
Wywróciła oczami, nisko, żeby Frank tego nie zauważył.
― Może dlatego Larissa tak cię nie znosi – wszczęła pierwotny temat, bo nie słuchała dalszego ciągu opowieści od kilku ładnych minut. – Złamałeś jej serce. Ona dla ciebie została Prefekt Naczelną, a ty wybrałeś dziewczynę z większym kapitałem.
Frank parsknął.
― No jasne. Larissa pewnie wysłała i do ciebie jakieś liściki nienawiści, co nie?
― FRANK JEST MÓJ dostałam około czterysta razy.
Zaśmiali się znowu. Reszta podróży zleciała im na obgadywaniu Larissy i jej koleżanek (Marlena była w szoku, że Frank ma taką niewyparzoną buźkę, jeśli trafi się na feralny temat), ale gdzieś głębiej, schowane na samym krańcu umysłu, pozostawały niepokojące myśli związane z Allie. Kiedy bryczka zatrzymała się, a oni wyskoczyli w same centrum miasteczka, Marlena spodziewała się zastać swoją kuzynkę czekającą na nielegalną randkę i przyzwoitkę. Po raz kolejny się przeliczyła.
― Gdzie się umówiliście? – zapytała, marszcząc czoło.
Umówiła się z Frankiem, że całe Hogsmeade będzie miała wolne, musiała tylko zadbać, żeby wszyscy (a szczególnie Bree) myśleli, że jest umówiona.
― Myślisz, że Bree by was wydała? – zdziwiła się wówczas, przypominając sobie, jak bardzo ta i Alicja były zżyte.
― Ta mała krowa? – wzdrygnął się. – Z uśmiechem na ustach.
― Przecież to ona wymyśliła całą przykrywkową sprawę – zauważyła trzeźwo. – W Sylwestra.
― Właśnie dlatego musimy uważać.
Na ziemię przywołał ją z powrotem Frank, tym razem zwracając się do niej w teraźniejszości:
― To daleko.
I wymijająco, pomyślała.
― Okej – pokręciła głową. – W takim razie spotkamy się o czwartej w Trzech Miotłach. Możesz przyjść z Allie, jeśli chcesz.
Frank potaknął, przebierając nerwowo nogami. Wyglądał raczej, jakby miał zamiar wysadzić pobliski sklep w powietrze a nie spotkać się ze swoją ukochaną dziewczyną. Pokręciła głową i pognała w swoją stronę, nawet nie żegnając się z chłopakiem. Miała nadzieję, że chociaż zawoła za nią i podziękuje za wszystko, co dla niego robiła.
Nie zawołał.



3 – Moony


Dorcas nie spodziewała się, że ona i Chase zdążą zajrzeć jeszcze do Hogsmeade. Chociaż podwójna randka miała odbyć się dopiero w godzinach popołudniowych, gdzieś przed czwartą, wolała zarezerwować cały początek dnia na przygotowania, peeling, makijaż i wystylizowanie się. Uwielbiała takie rzeczy, zwłaszcza jeśli potem zbierała pochwały za nienaganny wygląd. A miało to miejsce bardzo często, bo Meadowes urodziła się z dobrze rozwiniętym zmysłem estetycznym, czego zazdrościło jej bardzo wiele dziewcząt w Hogwarcie. Z łatwością eksponowała swoje atuty, a także maskowała defekty urody, wyglądając w swoich własnych projektach o wiele atrakcyjniej niż naprawdę. Przez cały wczorajszy dzień szyła specjalną kreację, ale kiedy spojrzała na nią dzisiejszego poranka, doszła do wniosku, że jest ona lekko zbyt wykwintna.
Zrozumiała bowiem, że strojenie się było w jej sytuacji niepotrzebne, a wręcz niemile widziane. Ona w końcu dała Chase’owi do zrozumienia, że wychodzą jedynie jako przyjaciele i że odgrywanie randki z dołeczkami i kaloryferem („O ile taki szczypior może mieć kaloryfer”, pomyślała) jest z jego strony jedynie koleżeńską przysługą. Obiecała, że nie wspomni o tym Hestii ani nikomu innemu. Jak to by wyglądało, gdyby nagle zjawiła się przesadnie wymuskana? Z pewnością nie koleżeńsko. Dla Blacka tym bardziej nie powinna się wysilać, w końcu już doszła do wniosku, że nie ma zamiaru mieć z nim cokolwiek wspólnego ani obecnie, ani w przyszłości.
Dlatego właśnie poprzestała na związaniu włosów w dziecięcego pół-koczka beżową wstążką, ubraniu swojej nowo-uszytej spódniczki w serduszka i czarnej bluzki z wizerunkiem sowy w okularach, którą kupiła na targu mody w Londynie. Sięgnęła też po swoje rajstopki ze wzorkiem we wstążki, czerwone baletki i burgundowy płaszcz, bo przecież dzień był słoneczny, ale mroźny. Przez chwilę rozważała dodanie do tego różowych nauszników, ale stwierdziła, że tylko odwracałyby uwagę od koczka. Wyglądająca jakby szła raczej na wystawę kucyków niż na randkę, chwyciła jeszcze swoje skórzane rękawiczki i zleciała na dół, gdzie na kanapie czekał na nią rozwalony Chase. Miał zatroskaną minę i niezbyt ucieszył się na jej widok, ale jednak nie bujał w obłokach tak bardzo, żeby nie zdziwić się, iż przybyła przed czasem.
― Może zdążymy pójść jeszcze do Hogsmeade – odparła, szczerząc rządek równych, perłowych zębów. – Muszę kupić trochę lizaków w kształcie serduszek, żeby wysłać do mojej kuzynki na walentynki.
Chase uśmiechnął się, ale niespecjalnie wszedł w temat jej adoracji bliskiej członkini rodziny.
― Czy mogę wypić sobie piwko przed twoją randką? – zapytał. – Czy wolałabyś nie iść z alkoholikiem?
Dorcas pokręciła głową, ale natychmiast przestała, bo półkoczek niebezpiecznie podskakiwał na jej czuprynie.
― Sama też się napiję. Żeby spędzić wieczór z Blackiem lepiej lekko wyluzować.
 Wkrótce okazało się jednak, że to „piwko” zamieniło się w kilka takich samych „piwek”, a Dorcas zamiast zyskać czas na zakupy i degustacje sercowych lizaków, zdobyła okazję, by porozmawiać z Chase’em od serca w Trzech Miotłach.
Myślała, że zapadnie się pod ziemię, kiedy kolejne znajome osoby pytały z konsternacją, kim jest i co zrobiła z Dorcas Meadowes.
― Związała, zabiła i zamroziła w wielkiej lodówie, jak Disneya – mruknął Chase, kiedy jej koleżanka z kursu krawieckiego, na który zapisała się w wakacje, Ally Carver, zadała to banalne pytanie.
―Tak myślałam – potaknęła Ally, chociaż raczej nie wiedziała, kim był Walt Disney. – Dorcas Meadowes na randkę ubrałaby raczej kabaretki i małą czarną.
I odeszła, podkradając jeszcze łyczka piwka od Chase’a.
― Przepraszam – mruknęła Dor, poprawiając sobie fryzurę. Koczek opadł jej na tył głowy, jakby omdlał. ― Mam dużo dziwnych koleżanek. Dziwnych i starszych.
― Twoje rówieśniczki nie są dziwne? – mruknął, posyłając ku niej chłopięcy uśmiech. – No nie wiem.
― Oprócz Marley… no i mnie – wydymała usta – nie ma nikogo normalnego. Zwłaszcza jeśli chodzi o twoją siostrzyczkę.
Dorcas tak się zmieszała, po tym, jak ostatnie zdanie wypłynęło z jej ust, że aż za jednym zamachem opróżniła cały kufel swojego piwa. Jak łatwo mogła się domyślić, Chase zareagował w podobnym stopniu emocjonalnie. Nie dość, że nazwanie go i Lily rodzeństwem po raz kolejny wywolało jedynie niesmak, to jeszcze oblizał wargi i nachylił się do Dorcas, jakby chciał się jej podlizać.
― Posłuchaj, Dorcas… słyszałem o całej tej sytuacji z Davisem i chyba powinnaś wiedzieć, że…
― Tak – dokładnie! – przerwała mu i głośno uderzyła pięścią o blat stołu. – Wyobrażasz to sobie? Nie dość, że ich widziałam, a potem Lily nie wróciła na noc, to następnego dnia postanowiła mnie poinformować, że mój chłopak…
― Tak, tak, znam tę historię, Dorcas. Chodzi mi tylko o to, że Lily…
─ Och, przestań mi o niej mówić! – prychnęła Dorcas, zakładając ręce na piersi. Przyjęła nową strategię w tej debacie – nie dopuścić przeciwnika do przetoczenia ani jednego argumentu. – Kto jak kto, ale ty powinieneś się na niej poznać, Chase. Nie interesowała się tobą, odkąd tutaj przyjechaliśmy. Unika cię praktycznie od Bożego Narodzenia, kiedy pan Ethan powiedział… no, prawdę o was.
― Ale co to ma…
Cały czas robi z siebie ofiarę. Nic jej się nie podoba – wyliczała na palcach wszystkie jej grzechy. – Dla zasady nie daje szansy ani tobie, ani swojej nowej macosze, ani Jamesowi. Chce, żebyśmy wszyscy jej współczuli, dlatego że nie rozmawia z nią już Śmiecierus i Mary. Traktuje mnie i dziewczyny jak żałosne zastępstwo za nich – splunęła, chcąc wyrazić tym samym swoje zbulwersowanie. – Kiedy wrócił Dorian od razu zaczęła się do niego kleić, ale żeby nie było nudno wykorzystywała biednego Jamesa, który – powiedzmy sobie szczerze – świata poza nią nie widzi, ale – mało tego! – zaczyna dowalać się do Luke’a, do moje…
─ Dorcas, posłuchaj, to nie było tak, jak myślisz…
─ Było dokładnie tak, Chase! – Teraz już krzyczała, a wiele osób w lokalu zwróciło w jej stronę zaciekawione spojrzenia. Zaśmiała się, trochę nerwowo, a trochę szyderczo. – To śmieszne, ale zaczynam rozumieć Mary. Ona już dawno zauważyła, jaka Lily jest naprawdę. Chociaż ma już kogoś, z nudów zaczyna dowalać się do chłopaków swoich przyjaciółek, żeby udowodnić, że to ona jest najlepsza i najbardziej rozchwytywana.
― Nie sądzę, żeby Lily…
― Ale żeby nie było, udaje wiecznie niedostępną i oschłą. Jest zwyczajnie okrutna. Okrutna dla Jamesa, okrutna dla Doriana i okrutna dla siebie. Niczym nie różni się od Mary… ani chociażby od Emmeliny.
― Emm…
― Powiedz mi, Chase, co jest w niej takiego, że wszyscy do niej lgną, a co we mnie takiego, że… - zawahała się, bo dotarła w swojej tyradzie do ostatniego, najbardziej dobitnego stwierdzenia. Zamrugała szybko oczami, jakby odganiając napływając łzy. ― …że wszyscy mnie zdradzają?
Odwróciła wzrok od Chase’a, pozwalając gniewowi, rozczarowaniu, wstydowi i innym silnym, negatywnym emocjom porwać ją w swój przytłaczjący wir. Co właściwie chciał jej powiedzieć? Że nie rozumie? Że jej się przywidziało? Że jest za głupia, żeby to pojąć?
Czy Lily kazała mu zmanipulować Dorcas? Czy Chase zgodził się na randkę z nią tylko po to, żeby nakłonić ją do przeproszenia się z jego siostrą? Czy… czy to oznaczało kolejną zdradę spowodowaną w pewnym stopniu przez rudowłosą? Nie chciało jej się w to wierzyć. Nie taką Lily znała i nie z taką miała cokolwiek wspólnego.
─ Rozumiem twój gniew, Dorcas – zaczął łagodnie Chase, niepewnie kładąc swoją małą chłopięcą rączkę na jej dłoni. – Naprawdę. Ale nie możesz czynić z Lily demona, chociaż ostatnio faktycznie zachowuje się nie w porządku. Musi poukładać w spokoju swoje uczucia i zrozumieć, że wszystkie te jej zawirowania prowadzą jedynie do opłakanych skutków. Ona naprawdę nie chce źle, ale…
Nie chce źle?! – prychnęła. W tym momencie przestała nad sobą panować. Łzy popłynęły jej ciurkiem po policzkach, ściekając na spódniczkę i mieszając się z piwem. ― Jak możesz być jej adwokatem?! Ona wykorzystała twoje przywiązanie do niej, żebyś ją bronił! I to samo robi Emmelina, która od zawsze podbierała chłopaków – wyrzuciła, bo chociaż nie wiedziała czemu, chciała utrzymać Chase’a jak najdalej od Titanicówny. – Zapomniałeś już o biednej Hestii? – Cios poniżej pasa. – Tak bardzo dałeś się omotać?
― Nie dałem się omotać – warknął, lekko już poirytowany.
― A może ciebie też to bawi, hym?! Bajerowanie pomiędzy Hestią i Emmeliną?! Może uważasz, że to fajne, tak jak Lily? Co w rodzinie, to nie zginie?!
Chase wstał. Pokręcił głową i spojrzał na nią surowo, jak rozdrażniony nauczyciel, zmuszony, by uporać się z bandą rozwrzeszczanych dzieci.
― Idziemy? – spytał sucho. Dorcas zmarszczyła brwi i zaszczyciła go bardzo niemiłym spojrzeniem. – Miałaś kupić lizaki?
Wywróciła oczami i wstała gwałtownie z krzesła. Gniew wciąż buzował w jej żyłach. Chciała powiedzieć coś, co zapiekłoby do żywego nie tylko Chase’a, ale też wiele innych, winnych osób, jeśliby – oczywiście – tylko to usłyszały.
– Chodźmy – warknęła, przerzucając włosy za ramię. – Nie możemy się przecież spóźnić, bo Emmelina zje wszystko, co Syriusz sprowadził z kuchni, a potem się porzyga.


4 - Lumossy ♥


Peter pakował właśnie do papierowej torebki cukrowe gałki oczne, gdy Remus oświadczył, że chyba kogoś zobaczył. Od kilkunastu minut wypatrywał za znajomymi twarzami, fatygując się nawet na tyle, żeby zbadać teren za pomocą lornetki. Znajdowali się obaj w Miodowym Królestwie, w najgłębiej położonym rzędzie, który łączył się z trzema prostopadłymi regałami. Stąd widzieliby z powodzeniem, co dzieje się w całym sklepie, oczywiście pod warunkiem, że wszechobecny tłum rozrzedziłby się lekko. Remus trącił Pete’a w ramię, doprowadzając do tego, że cała zawartość papierowej torebki ze słodyczami wylądowała na podłodze.
― Ej! – warknął Peter, któremu po kilku minutach żmudnej pracy udało się skomponować idealny zestaw obiadowy. – I tak będę musiał teraz za to zapłacić!
― Widzę ją – powtórzył, wskazując palcem na jakąś sylwetkę. Kimkolwiek była ona, Remus cenił ją chyba bardziej od paczki ze słodyczami. Peter zmrużył oczy.
― McKinnon? – zapytał, niezbyt entuzjastycznie.
― Nie.
― Evans?
― No nie, ale… to chyba Mary.
Peter stanął na palcach. Został zarażony wirusem ciekawości. 
― McDziwka?
Tak – potaknął, wyciągając rękę i wskazując palcem na prawy regał. – Widzisz, obok smakowych herbat?
Peter wyrwał lornetkę Remusa, przyłożył ją do oczu i przybliżył obraz we wskazanym kierunku. Przez chwilę bawił się z powiększeniem i ostrością, ale ostatecznie oddał lornetkę, kręcąc głową.
― To nie McDziwka. Przypomina bardziej Doriana.
― Nie wygłupiaj się. Chamberlain ma jakieś dwa metry.
Zaiste, nawet James bez okularów nie pomyliłby Chamberlaina z Mary. Nie chodziło tylko o płeć albo kolor włosów, ale przede wszystkim o olbrzymią, jakąś ponad półmetrową różnicę we wzroście. Remus mógł się założyć o swoją różdżkę, że ten błysk, który przed chwilą odbił się od puszki z herbatą poziomkową, był niczym innym, jak odrobiną wilej aury. McDonald czarowała Jamesa, bo teraz nikt nie mógł jej już zabronić. Przełknął głośno ślinę.
― A patrz tam – szturchnął go Peter, ukradkiem wkładając sobie galaretową czaszkę do ust. Remus odwrócił głowę w prawo, wedle nakazu swojego przyjaciela. Jakiś wysoki cień przemykał przez wystawę czekoladowych żab, ułożonych w wielką piramidę. – Żyda nie poznasz?
― Nie mów tak, Pete – skarcił go. – I to nie jest... Merlinie, to JEST Chamberlain!
Otworzył szeroko usta, kiedy zza półki zauważył prześwit głowy, znajome okulary i włosy, trochę podobne do Jamesa, ale jaśniejsze o parę tonów i uczesane. Wspiął się na palce i przeszedł parę kroków, ciągnąć za sobą Pete’a. Usłyszał łoskot upadającego pudełka ciastek, ale nie zwrócił na niego uwagi. Szedł powoli, nie spuszczając wzroku ze swojego punktu odniesienia, wystającego zza iskrzących się płatków śniadaniowych…
Ja pierdo…! ― wrzasnął ktoś zza pleców Lupina. Ten odgłos wyrwał go z transu i zmusił do odwrócenia się na pięcie…
― Dorcas? – zdumiał się, świdrując wzrokiem kolejno Meadowes, Chase’a i Petera. Potrzebował sekundy, żeby pojąć, jaka scena rozegrała się za jego plecami.
Peter wpatrywał się w swoją koleżankę jak sroka w gnat, Chase intuicyjnie złapał Dorcas za ramiona, kiedy ta przechyliła się w tył, chowając twarz w dłoniach. Po pewnym czasie Remus zauważył coś jeszcze – Chase odgrywał w tej scenie większą rolę niż tylko przypadkowy facet, chroniący dziewczynę przed upadkiem. Wpatrywał się z wściekłością w Petera, raczej przypominając supermena z nienagannym uczesaniem. I wtedy zrozumiał.
Peter odwrócił się po strącone przez Lupina ciastka, wtedy, kiedy zbliżał się w kierunku regału za którym ukrywał się Dorian… i musiał przez przypadek uderzyć Dorcas w twarz. Ale skąd ona się tam wzięła?
― DORCAS?! CHASE?!
Wywołany przez dziewczynę hałas wzbudził nie lada zainteresowanie, przyciągając nie tylko przypadkowych gapiów, ale i osoby, do których Remus i Peter chcieli dotrzeć na początku. Wystarczyło kogoś uderzyć, pomyślał niemrawo Remus, ile czasu byśmy zaoszczędzili!
Dorian i Lily wyłonili się zza piramidki czekoladowych żab, w dwóch bardzo różnych nastrojach. Kiedy tylko Chamberlain odnotował obecność połowy Huncwotów i zrozumiał, że brali udział w krzykliwej i łzawej napaści na Dorcas Meadowes, westchnął ciężko i wpatrywał się w nich protekcjonalnie, eksponując tym samym swoją wyższość (pod względem wzrostu i wieku, bo w niczym innym od niego nie odstawali).  Lily natomiast nawet nie zaprzątała sobie głowy oglądaniem Huncwotów. Od razu podbiegła do Dorcas i Chase’a. Troska, wściekłość i zdumienie raz po raz wygrywały pojedynek i rozjaśniały jej twarz.
― Cześć, Lily! – parsknął Chase, nawet nie ukrywając swojej irytacji. – Kopę lat.
― C-co? Co ci się stało, Dorcas?
Odwróciła głowę w kierunku Petera i Remusa, łudząc się chyba, że którykolwiek wytłumaczy jej, co tu się dzieje.
― Ona na mnie wpadła – wydukał jedynie Pete, niemrawo odkładając ciasteczka z powrotem na półkę. Czuł się zażenowany, kiedy tak wiele różnych spojrzeń – i wściekłych (Chase i Dorcas), i zdezorientowanych (Lily), i rozbawionych (Remus), i pobłażliwych (Dorian) i zaciekawionych (reszta Miodowego Królestwa) – zwróciło się w jego kierunku.
― Ty ją raczej staranowałeś – mruknął Chase. Dorcas prychnęła, nie odrywając dłoni od twarzy.
― Podnosiłem ciastka…
― A kim ty jesteś? – zwróciła się do Chase’a Lily. Tym razem to szał wygrał potyczkę mieszanych uszu i zatańczył na twarzy dziewczyny. – Jej adwokatem?
― Chłopakiem? – dodał z rozbawieniem Dorian, za co oberwało mu się od Lily.
― Czekaj… to ty idziesz z nią na podwójną randkę do Syriusza i Emmeliny? – spytał Remus, kręcąc głową.
― NA CO?! – wrzasnęła Lily.
― Emm…Emmelina tam będzie? – spytał Chase.
Ich twarze wyglądały dokładnie tak samo, kiedy wyrażały zdumienie. Cała uwaga, skupiona do tej pory na Peterze, przeniosła się na Remusa. Evansówna już sunęła ku niemu, chcąc zmusić go do mówienia wszystkiego, co wie, a Chase niezbyt się od niej różnił. Lupin przełknął głośno ślinę i zrobił krok do tyłu…
Ogłuszający trzask przeszył powietrze jak chmara śmigających strzał. Spojrzenia całego Miodowego Królestwa ponownie przesunęły się dalej, tym razem lustrując raczej podłogę niż twarze rozmówców. Wystawa czekoladowych żab, ułożonych jedna na drugiej tak, że razem tworzyły metrową piramidkę, runęła na ziemię, robiąc wielki raban i wzbudzając możliwie jeszcze większe zainteresowanie. Niektóre pudełka pod wpływem upadku otworzyły się, a czekoladowe płazy pouciekały ze sklepu. Jakaś dziewczyna wrzasnęła, kiedy brązowa żaba wskoczyła jej na głowę, sprzedawczyni z konsternacją przyglądała się kolejnej, skaczącej po otwieranej kasie.
Remus oblizał wargi. Odsunął się jak najdalej od miejsca zbrodni, chociaż dobrze wiedział, że od odpowiedzialności nie ucieknie.
Ale widoku Mary mogli mu oszczędzić.
― Co tu się dzieje? – mruknęła dziewczyna, wyskakując zza sąsiedniego regału. Ciągnęła za sobą Jamesa, ubranego w ciepłą kurtkę, różowe nauszniki należące do Mary oraz jej dziergane rękawiczki z guzikami symulującymi oczka i usta kotka. Uśmiechnął się obłędnie do Lily. Jej usta, dotąd przypominające literę O, teraz wygięły się jeszcze bardziej, wyglądając raczej jak cyfra zero.
― Hej – przywitał się i zachichotał, patrząc na zmieszanego Remusa i Petera, który próbował zebrać się w sobie i przeprosić Dorcas. Jego wzrok ani na chwilę nie zatrzymał się na twarzy Lily. Ostentacyjnie trzymał Mary za rękę, pozwalając sobie czochać włosy i robić wiele innych rzeczy, które były zdecydowanie za bardzo poufałe. Z kolei Mary najwyraźniej czerpała radość z denerwowania Lily i obrzydzania wszystkich dookoła. Brała do ręki co drugi produkt, trącała Jamesa w ramię i pytała, czy jej to kupi.
Jakie to żałosne, chciała powiedzieć Lily, ale uprzedził ją Dorian, zadając pytanie z zupełnie innej parafii:
― Czy to ty wrzuciłeś mi petardę do plecaka?
James niechętnie zerknął w jego kierunku, mimowolnie obejmując wzrokiem również Lily. Przybrał najbardziej niewinny wyraz twarzy, na jaki było go stać. Mary roześmiała się jak koń.
― Wasza wojna zmieniła się na partyzancką, chłopcy?
― Jaka wojna? – wypaliła Lily. Jej głowa przechylała się we wszystkie strony, jakby znajdowała się na zatrzaskach.
― Dlaczego tak mlaskasz, Meadowes? – przerwała jej Mary, uśmiechając się z drwiną.
― Peter ją uderzył – odpowiedział Remus. Peter spojrzał na niego z niedowierzaniem. – Uderzyłeś ją.
― Nie, nie ude…
― Ale z ciebie brutal, Pettigrew – zakpiła Mary, strzelając balonem z gumy. ― Matka nie straszyła cię nigdy, że przez bicie kobiet odpadnie ci mały?
― Poza tym, to chyba nie jest najlepszy…
― Ale ja jej nie uderzyłem! – zaparzył się Peter, wskazując palcem na Dor. Dziewczyna zabrała rękę od twarzy, manifestując otwarte usta z oburzenia. – Nie uderzyłem cię.
― Czy to istotne? – machnął ręką Dorian. – Ja chcę wiedzieć, co teraz z moim plecak…
― Nie bądź takim żydem, Żydzie – odezwał się Peter. Lily wybałuszyła oczy, chcąc już powiedzieć, co myśli o używaniu takich terminów w negatywnym znaczeniu, gdy uprzedził go Remus, po raz kolejny nakazując Peterowi ugryźć się w język.
― To jest Dorian.
― Przecież nie będę tak do niego mówił! To imię jest kretyńskie.
Dorian zamrugał z niedowierzaniem, patrząc to na Lily, to na jej znajomych.
― W takim razie po nazwisku, Pete, przecież…
― Nie możemy nazywać go Żydem? – nalegał Peter. – To krótsze.
― Ja nie będę go tak nazywać.
― A Cham?
Odpowiedź Remusa przerwał głośny śmiech Mary. Jamesowi zadrżały wargi, Lily prychnęła z przejęciem, a Dorian napiął mięśnie, nawet nie próbując nad sobą zapanować. Evansówna złapała go za rękę – trochę by przywołać go do porządku, a trochę, żeby pokazać Potterowi, że ona też tak może i potrafi – ale nie przyniosło to żadnych oczekiwanych rezultatów. Chamberlain zbliżył się do Petera, wyglądając jak wściekły, olbrzymi buldog. Peter przełknął głośno ślinę.
―To od nazwiska.
Wówczas o swojej obecności przypomnieli Chase i Dorcas, ratując Petera od niechybnej śmierci. Dotąd ich rola w całym słownym natarciu ograniczała się do sztucznego tłumu – Chase przytrzymywał Dorcas, żeby się nie przewróciła, a ona jęczała i przesadzała, jak bardzo boli ją nos. Teraz zza jej pleców wyskoczyła kierowniczka sklepu, a Meadowes niesłusznie przewidziała rozwój wypadków. Zaczęła biadolić i prosić, aby podała jej jakiś Eliksir Przeciwbólowy (― To miało miejsce w pani sklepie! – przekonywała), ale przyczyna zapuszczenia się właścicielki w te rejony sklepu była stricte inna. Wymijając Dorcas w przejściu pomiędzy regałami, zbliżyła się w miejsce, gdzie przed paroma minutami piętrzyła się piramida z czekoladowych żab.
― Co tu się stało?! – wrzasnęła. – Cholerni gówniarze… moja wystawa, moja piramida! To… jak do tego doszło, ja…?
Zarówno Peter, jak i Remus oraz Dorian i Lily, i Chase, i Mary, i James, zaczęli mówić przed siebie, a że każdy przyglądał się sytuacji z innej perspektywy, to i każdy przedstawiał inny rozwój wypadków. Kiedy kierowniczka zaczęła się irytować, zadecydowano, że to Remus opowie, co i jak miało miejsce, skoro w gruncie rzeczy odpowiadał za całe czekoladowe zamieszanie. Wziął on kilka oddechów, a następnie zaczął dryfować:
― Po kolei – pokręcił głową Remus. – Dorcas, czy nic ci się nie stało?
Wszyscy zwrócili głowy w kierunku dziewczyny, która załkała i zbolałym głosem wydukała:
― Chcę Eliksir Przeciwbólowy.
― Och, nie przesadzaj, Meadowes – wzdrygnęła się Mary. – Nie masz nawet siniaka.
― Wystraszyłam się! – sprzeciwiła się Dorcas. – Cały czas serce bije mi jak młot! Co nie, Chase?
Chłopak przyłożył rękę do jej serca. Chwilę przytrzymał, po czym oświadczył z poważnym wyrazem twarzy, ale też rozbawionymi iskierkami w oczach:
― O, tak…
― Ale jestem pewien, że cię nie uderzyłem! – zaprzeczył gorączkowo Peter, ukradkiem odsuwając się jak najdalej od Doriana. – Ja tylko schylałem się po…
― Dobra, dobra, to był wypadek. Chodzi o to, że ja i Peter zauważyliśmy Doriana i…
― Śledziliście nas? – wypalił Chamberlain, krzywiąc się tak, jak miał w zwyczaju. Lily skrzyżowała ręce na piersi.
― Śledzimy wszystkich – wzruszył ramionami Peter. – Rogasia i McDziwkę też.
Lily, Dorian, Mary i James równocześnie zmierzyli się spojrzeniami. Mniej uważny obserwator mógłby powiedzieć, że tak naprawdę w Miodowym Królestwie znajduje się jedna para, przyglądająca się sobie w lustrze. Dwóch wyrośniętych okularników w towarzystwie niskich rudowłosych złośnic. Co prawda, Dorian i Lily byli bardziej okrzesani i wyżsi w stosunku do swoich „odbić” (Dorian od Jamesa całkiem dużo, ale Lily od Mary niewiele), ale w tamtym momencie obydwie pary wyglądały identycznie – niechęć biła od każdego z nich i skierowana była do wszystkich z osobna.
― A co to ma do tego, że czekoladowe żaby uciekły z mojego sklepu? – zapytała kierowniczka. – Tę piramidę układałam przez dwie godziny tydzień temu! Czy mogę wiedzieć, co…
― Eeee, przepraszam – powiedział ktoś, delikatnie muskając kierowniczkę w plecy – ile kosztują te cukierki lukrecjo…
Głosik urwał, zdając sobie sprawę, że jego posiadaczka trafiła w prawdopodobnie najbardziej niekorzystne dla siebie miejsce w całym Hogsmeade. Marlena wydała z siebie jakiś nieartykułowany głos i niemrawo cofnęła nogę, chociaż doskonale wiedziała, że wpadła w pułapkę, z której nie ma ucieczki.
― Nie jesteś z Frankiem, Marley? ― wypalił Remus, nagle przerywając sprawozdanie dla kierowniczki Miodowego Królestwa.
– Co za pech – mruknął Pete.
― JA… to znaczy… ― zająknęła się, chowając się za Chase’a i Dorcas. Kierowniczka zmarszczyła brwi.
― Czy możemy rozliczyć się za te wszystkie stracone żaby? – zapytała, patrząc wymownie na Remusa. Chłopak nawet nie spojrzał jej w oczy, zbyt pochłonięty oglądaniem Marleny.
Tak długo próbował z nią porozmawiać! Przez cały miesiąc szukał odpowiednich słów, jak sformułować swoje uczucia, co do incydentu z Sylwestra. Czekał też na właściwy moment i robił mnóstwo innych rzeczy gwarantujących sukces. Za każdym razem jego plany zostawały zduszone w zarodku, zanim zdołał przekonać się co do ich skuteczności, to prawda, ale jednak nie mógł teraz po prostu się wycofać. Miał cały dzisiejszy dzień wolny, tak samo jak Marlena i udało mu się spotkać ją samą, bez eskorty w postaci Franka. Czy istniały lepsze okoliczności? Szala przechyliła się dzisiejszego dnia na jego korzyść i nie mógł pozwolić, żeby przez jakiś głupi wypadek Marlena uciekła jak czekoladowe żaby.
Ponownie.
― Peter, rozlicz się z panią – odparł, uśmiechając się lekko w kierunku Marleny.
― Nie będę za ciebie płacił – mruknął Pete, który chyba nie zorientował się, że w przypadku Remusa to nie pieniądze sprawiały, że chciał uciec z tego miejsca.
― Ale ja…
― To my też już pójdziemy, prawda, Jimmy? – mruknęła Mary, a następnie chwyciła pobliską różową watę cukrową w kształcie serca. – Kupisz mi ją?
― Em… tak, masz rację, idziemy – potaknął Rogacz, kręcąc głową. Spojrzał ostatni raz w kierunku Lily i już odwracał się w kierunku wyjścia, kiedy...
― James, zaczekaj! – pisnęła Evans, oddalając się od Doriana. Jej twarz przybrała dziwny wyraz.
― Robimy zakupy, pamiętasz, Lily? – skarcił ją Chamberlain. – Nie możesz przeszkadzać Mary i Jamesowi.
― Właśnie, Lily – wycedziła Dorcas, wściekła nie tylko na samą Evans, ale też na to, że jej ból i szkoda zostały tak ostentacyjnie zlekceważone. – Nie możesz przeszkadzać im w randce, skoro sama już kogoś zaprosiłaś.
― Co ty właściwie tu robisz? – zapytała, przenosząc całą swoją złość z powrotem na Meadowes.
Dor wzruszyła ramionami.
― Jeśli myślałaś, że cały dzisiejszy dzień przesiedzę z zamku, to lekko się pomyliłaś.
― Nie chodzi mi o to, co ty tu robisz, ale raczej co ty robisz tutaj. Z Chase’em.
Teraz to Chase roześmiał się złośliwie, tak samo wściekły, zdezorientowany i rozgoryczony jak wszyscy dzisiejszego dnia.
― Och, wybacz, Lily, ale jeśli próbowałaś mnie dzisiaj zaprosić, to twoja propozycja do mnie nie dotarła. Tak samo jak jakiekolwiek słowo.
― Przepraszam, ale…
― Lily, czy moglibyśmy już wrócić do zakupów? – przerwał jej Dorian, chyba najbardziej poirytowany ze wszystkich osób przebywających w Miodowym Królestwie. – Mamy rezerwację za dwadzieścia minut.
Lily nie spojrzała na niego, uparcie wpatrując się w Chase’a, jakby zmuszała go do przeprosin. Chłopak jedynie pokręcił głową i mruknął:
― Idź.
― Potter ci ucieknie – dodała Dorcas, łypiąc na nią spode łba.
Evansównie nawet nie chciało się sprawdzać, czy James i Mary opuścili już sklep, czy wciąż stali przy kasie z tą serduszkowatą watą cukrową. Westchnęła ciężko. Jej spojrzenie skrzyżowało się ze wzrokiem Lupina, który w pośpiechu wyciągał wszystkie swoje oszczędności z kieszeni, by jak najszybciej zapłacić za żaby, chociaż dobrze wiedział, że Marlena uciekła już daleko.



5 – Ksenia


Co z tobą, A.B?
Lily wzdrygnęła się i przeniosła spojrzenie na Doriana. Od jakiś dwudziestu minut nie reagowała na jego pytania, nie wsłuchiwała się w jego głos ani nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Unosiła się w jakieś przestrzeni pomiędzy marzeniami a szarą rzeczywistością, analizując powoli wszystkie niepokojące ją rzeczy. Skutecznie odwróciła uwagę chłopaka, pytając, czy jest gotowy na jutrzejszy mecz Quidditcha ze Slytherinem, a on zaczął dryfować, nawet nie zauważając, że ich rozmowa przeistoczyła się w monolog. Tymczasem Evans zajęła się odtwarzaniem na okrągło wydarzenia w Miodowym Królestwie, jak scenę z ulubionego filmu. W tamtej chwili chyba nie było wystarczająco dobrego tematu, który mógłby ściągnąć ją z powrotem na ziemię.
A jednak Dorian to osiągnął, stosując najskuteczniejszą ze wszystkich metod – nazwał ją A.B. Mówił tak do niej tylko ojciec i Chase, swego czasu nawet Sev, bo tylko oni wiedzieli, jak bardzo nie znosi swojego imienia. Dorian użył tego chwytu po raz pierwszy. Zastanawiało ją, skąd wiedział, że to sprawi, że zacznie interesować się otaczającym ją światem.
― Nie wiem – odparła, kręcąc głową i sięgając po kufel z piwem kremowym. – Hestia ma grypę żołądkową. Chyba się od niej zaraziłam.
Razem z Dorianem siedzieli w Gnocchi, nowootwartej restauracji z włoskim jedzeniem (ależ on się jej dzisiaj podlizywał!), co więcej, w menu oferowali wegetariańską lasagne, czyli absolutnie ulubioną potrawę Lily. Na stole oprócz kraciastych serwetek i bukietu sztucznych aksamitek, znajdowała się przystawka w postaci czosnkowego chleba oraz pusta butelka wytrawnego wina, chyba dla ozdoby (albo żeby kusić). Gdyby Dorian chciał się do niej dobrać, poderwać ją albo namówić do powrotu do siebie, pewnie zabrałby ją do herbaciarni albo w jakieś inne straszne miejsca, nawiedzane regularnie przez Dorcas i Emmelinę. Nie widziała powodu do obaw, dlatego też nie powinna kłamać, ale z drugiej strony nie potrafiła wyobrazić sobie, że razem z Dorianem – nieważne, czy kumplem czy jednak nie – miałaby roztrząsać swoje problemy z Jamesem.
― Chce ci się rzygać? – zapytał z lekkim niepokojem. Lily pokręciła głową.
― Po prostu brzuch mnie boli.
Dorian spojrzał na nią podejrzliwie, ale nic nie powiedział, tylko gwizdnął na kelnera. Lily jęknęła. Zrobiło jej się głupio, bo sama dobrze wiedziała, jakie gwizdanie może okazać się irytujące. W końcu prawie w każde wakacje pracowała w restauracji hotelowej swojego wujka i musiała mierzyć się z szerzącym się brakiem kultury.
Koszmar.
― Tak? – zapytał kelner, zagryzając wargę z irytacją.
― Poprosimy butelkę czerwonego wina. Lily, może być półwytrawne?
Dziewczyna wybałuszyła na niego oczy, ale potaknęła, bo nie chciała robić sceny przy kelnerze. Kiedy mężczyzna zniknął za rogiem, skręcając w kierunku składziku, nachyliła się do Doriana i wycedziła:
Wino?
― Ponoć świetne na żołądek – odparł niewinnie, puszczając do niej oczko. – Za dwa dni masz siedemnastkę, Lils. Proszę cię, nie dramatyzuj.
Nie skomentowała tego, chociaż w dalszym ciągu miała swoje obiekcje. Zdarzało jej się coś wypić, ale tylko w przypadku bardzo silnego wyczerpania psychicznego (nawet mocniejszego niż dotychczas) lub stresu. Przypomniała sobie, jak przed korepetycjami z Potterem na początku roku szkolnego żebrała o wódkę z lodem** i miała ochotę zachichotać. 
Ale zaraz potem jej dobry humor wyparował, bo z Jamesem wiązało się o wiele za dużo kłopotliwych rzeczy, o których nie powinna teraz myśleć. Po prostu spotkanie w Miodowym Królestwie rozdrapało wszystkie rany, zrodziło kolejne wątpliwości i zburzyło cały jej mur obronny. Nieważne, jak bardzo się starała je odgonić i z jaką siłą wyrzucała je za siebie, jamesowe myśli o tak powracały, zupełnie jak bumerang.
Przede wszystkim rozmyślała o potyczce Jamesa i Severusa w skrzydle szpitalnym. Owszem, niezbyt podobał jej się charakter owej potyczki, ale zdecydowanie częściej myślała o innej części tej sytuacji… o podsłuchanej przez nią części.
Z ich rozmowy wynikało, że James uratował Sevovi życie, wtedy, podczas pełni. Chociaż we własnej osobie opowiadał Lily o wszystkich ówczesnych wydarzeniach, swoją rolę jakoś pominął, wyciął z całej historii. To było do niego w ogóle niepodobne. Nie dość, że bezinteresownie pomógł, to jeszcze Ślizgonowi, którego nienawidził. Jakby tego było mało, wcale się tym nie chełpił ani nie kreował na wielkiego bohatera. Zachowywał się, jakby…  jakby…
Jakby był skromny.
To pierwsza sprawa.
Kolejny problem stanowiło jego spotkanie z Mary, co gorsza, spotkanie zaaranżowane przez Lily. Nie podobało jej się, że do niego doszło, a co gorsza, że James ewidentnie obwiniał Evans o całe zło tego świata i nawet nie ukrywał urazy. Żeby zdobyć jakieś informacje, dlaczego uratował Severusa i zostawił ten szkopuł dla siebie, musiałaby go przeprosić, a to łączyło się z przełknięciem własnego,  indywidualnego żalu. Nie chciała ośmieszać się i przepraszać, chociaż wcale nie zawiniła. To James rozpoczął całe to błędne koło, zapraszając ją na randkę, naciskając i doszukując się we wszystkim problemu.
A Mary zaprosił tylko po to, żeby zrobić jej na złość, co tylko udowadniało, jak bardzo jest dziecinny i niedojrzały. A nie skromny.
To druga sprawa.
Teraz musiała zmierzyć się jeszcze z kwestią Dorcas, Chase’a, Emmeliny i Blacka i ich podwójnej randki, troszeczkę powiązanej z aferą zdjęciową. Wiedziała, że ignorowanie Chase’a od początku roku szkolnego nie jest dobrym rozwiązaniem problemu i że z pewnością ta strategia nie doprowadzi do niczego dobrego, ale to, co zrobił jej brat przechodziło wszelkie pojęcie. Zamiast skupić się na odbudowywaniu swojej relacji z Hestią, nie dość, że zainteresował się Emmeliną, to jeszcze dał się wkręcić w udawanie randki Dorcas (bo to musiało być udawanie). Dzisiejsze popołudnie spędzi więc nie dość, że z Meadowes, która na chwilę obecną dosłownie ciskała w zdjęcie Lily rzutkami, to jeszcze z Emmeliną i Syriuszem, osobami zawieszonymi w prawach ucznia przez porozwieszanie po całej szkole intymnych zdjęć!
Lily może i nie miała prawa wybierać Chase’owi towarzystwo, ale mogła oczekiwać, że zachowa krztynę lojalności i nie zaprzyjaźni się z bandą ciemiężców własnej przyrodniej siostry.
Nalała sobie wina i za jednym zamachem opróżniła lampkę do cna. Co ona zrobiła w poprzednim życiu, że los tak okrutnie się na niej mścił? Czy zrobiła komukolwiek krzywdę? Czy przyczyniła się do czyjeś śmierci, rozbiła małżeństwo albo podpaliła las?
Westchnęła głęboko. Nawet nie zareagowała, kiedy ciepła dłoń Doriana dotknęła jej policzka.
― Coś cię wyraźnie martwi, Lily – zauważył, uśmiechając się miło. – Wyrzuć to z siebie.
Uniosła wzrok. Chamberlain zwykle nie słynął z cierpliwości czy wyrozumiałości, ale teraz w jego oczach dostrzegła jedynie ciepło i wsparcie. Naprawdę chciał jej pomóc, chciał się z nią zaprzyjaźnić.
Oczami wyobraźni już cofnęła się do dnia, w którym zobaczyła go po raz pierwszy w tym semestrze. Znajdowali się na korytarzu, Dorian starał się być miły, a Lily robiła z siebie idiotkę. Zaproponował jej współpracę w projekcie, a także wysłuchał i doradził, żeby nie obwiniała się za to, iż miejscami wykorzystuje Pottera.
Teraz, z perspektywy czasu ciężko jej było ocenić, czy ta rada faktycznie należała do dobrych. Z jednej strony skomplikowana sytuacja i układ, jaki zawiązał się pomiędzy nią a Jamesem zdecydowanie sprawił, że lepiej się poznali i zdobyli wieeele miłych doświadczeń. Z drugiej sprawa zrobiła się skomplikowana i doprowadziła do takich sytuacji jak chociażby afera zdjęciowa.
W każdym razie wtedy Dorian nie zajął się pochopnym osądzaniem, a raczej naprawdę próbował jej ulżyć. Może i tym razem jego pomoc okaże się nieoceniona?
― Wciąż myślę o Chase’ie i Dorcas – odparła, wybierając na pierwszy ogień tą z trzech spraw, która najmniej zaprzątała jej głowę. – I o podwójnej randce z Blackiem i Emmeliną.
Dorian zmarszczył brwi.
― Chyba jestem po prostu zła – wzruszyła ramionami. – Albo i jestem egoistką. Po prostu to niefajne, że Chase umawia się na podwójne randki z osobami, które ośmieszyły mnie przy całej szkole.
Chłopak pokiwał głową. Jego dłoń z policzka przesunęła się na usta. Opuszkiem palca pogładził jej wargę.
― Nie jesteś egoistką – szepnął. Przejechał palcem w dół, ku jej brodzie, co Lily uznała za czerwony alarm. Dolała sobie jeszcze wina i odsunęła się od niego, korzystając z pretekstu, że chce się napić.
Dorian odchrząknął.
― Jeśli chodzi o samą aferę zdjęciową, to… to czy właściwie wiadomo, kto to zrobił? – Lily zmarszczyła brwi. – To znaczy… ja wiem, że Black i Titanic zostali zawieszeni i w ogóle, ale kto zdradził samą w sobie plotkę? Titanic chyba nagle sobie o niej nie przypomniała, co nie?
― Emmelina się przyznała – odparła po prostu, wzruszając ramionami. – Nie powiedziała, skąd to wie.
Dorian pokiwał głową, samemu nalewając sobie wina. W jego ruchach było coś alarmującego, coś, co zmusiło Lily do zastanowienia się, zapomnienia o takcie i wyrzucenia z siebie dość dziwnego, ale i przerażająco prawdopodobnego pytania:
Dorian… ― zawahała się i odstawiła kieliszek. Chłopak potaknął. – Ale to nie byłeś ty? W sensie… to nie ty rozpuściłeś plotkę o Jamesie i Serenie… prawda?

6 – Karolinka

O tym miejscu wiedzieli tylko oni. Trafili tu rok temu, tułając się po Hogsmeade. Chcieli odejść daleko od całego zgiełku, od ich znajomych, a może nawet od całego świata. Zapuścili się głęboko w uliczkę prostopadłą do głównej, i skręcali przy każdym zakręcie w inną stronę. Dzisiaj potrafili dojść w to miejsce bez problemu, ale gdyby mieli komuś objaśnić, jak się tu dostać, raczej nie odnieśliby sukcesu.
James i Mary przywłaszczyli sobie stary plac zabaw, opuszczony, zniszczony i unikany przez miejscowych szerokim łukiem. Huśtawki pozrywano z łańcuchów, zjeżdżalnie i piaskownice pomazano pisakami i pokryto wyzywającym graffiti, a na murawie roiło się od zgubionych butów i ostrych przedmiotów. Nie mieli pojęcia, czy znajdują się na obrzeżach Hogsmeade czy też zdołali opuścić granicę i wtargnęli do jakiegoś mugolskiego miasta. Jako czarodzieje nie mieli problemów z pokonaniem potężnych zaklęć dekoncentrujących, tak więc druga opcja wcale nie była nieprawdopodobna. Co więcej, oboje z łatwością przekraczali magiczne granice, kilkanaście razy w ciągu wakacji i ferii zapuszczając się z Doliny Godryka do Manchesteru i z powrotem; i zdawało się, że osiągają to mimowolnie.
W mieście mugoli czy nie, z pewnością nie powinni posiadać alkoholu ani innych produktów przeznaczonych dla dorosłych. Tymczasem przynieśli ze sobą butelkę Ognistej Whiskey, tequili i czystej wódki, i chociaż James pił jedynie to pierwsze, obawiał się, że reszta trunków wcale nie zostanie pozostawiona na później.
Siedzieli w środku drewnianej ciuchci, James musiał się garbić, żeby nie uderzyć głową o zadaszenie. Niesamowite, że jeszcze w ubiegłym roku mieścił się tu bez problemu. Wypalał właśnie papierosa i wpatrywał się w Mary, chyba jeszcze bardziej wściekłą i zestresowaną niż on. Pogardziła jego Lucky Strike’ ami i paliła jakieś zioło, chyba niezbyt mocne, ale jednak drażniące Jamesa. Z powodu May był dosyć uprzedzony do substancji odurzających.
― Patrzysz tak na mnie… ― zauważyła Mary, mrugając – jakbyś był na mnie zły.
― Zastanawiam się, kto mógł powiedzieć Titanic o sprawie Sereny – powiedział pusto, miażdżąc ją spojrzeniem. – I nie przychodzi mi nikt inny do głowy.
Mary wydęła usta. Zrobiła sobie przerwę w paleniu i teraz podkradła Jamesowi whiskey, sącząc z niej wielki łyk.
― Sądzisz, że to ja, tak? – odparła sucho pomiędzy przerwami w piciu. – Że jeśli ktoś jest wystarczająco suką, żeby zrobić coś takiego, to tylko ja się nadam?
Nie – zaprzeczył James, ale bez przekonania. – Nie uważam, że jesteś suką. Ale jesteś… niezależna. Może stwierdziłaś, że w ten sposób uda ci coś załatwić albo…
― Wiesz, na czym mi zależy – odpowiedziała po prostu, nie patrząc mu w oczy. – Tylko na tobie.
Mary…
Dziewczyna pokręciła głową. W jej oczach coś lśniło, ale nie był to ani błysk inteligencji ani wściekłości. James przełknął głośno ślinę. Naprawdę musiała zaczynać to wszystko na nowo?
― Przecież wiesz, że…
― Że co?! – wyrwało jej się. – Że zaprosiłeś mnie tylko po to, żeby wkurzyć Evans? Że wykorzystujesz mnie po to, aby dobrać się do jej zdzirowatej…
― Hamuj się – przerwał jej. – Nie będę z tobą o niej rozmawiał. Zachowujesz się jak idiotka.
― Czy nie mam racji? – parsknęła. – Jesteś wściekły i zaczynasz mnie oskarżać, bo zmusiłam cię, żebyśmy tutaj przyszli – ogarnęła wzrokiem cały plac zabaw. – A tutaj nie możesz dalej śledzić jej i Chamberlaina ani wpadać na nich w Miodowym Królestwie. Jeśli ktoś zachowuje się jak idiota, to tylko t…
― Nie, nie masz racji – przerwał jej.
Dziewczyna objęła się ramionami, a James natychmiast zrozumiał, że zabrzmiało to nieco zbyt szorstko. Westchnął ciężko i wstał z ławeczki w środku ciuchci. Uderzył się w potylicę, kiedy szedł przez króciutki korytarzyk do ławki zajętej przez Mary i jej tequilę, ale zignorował to. Gdy tylko przysiadł się obok niej, od razu splótł ich dłonie i szepnął:
― Nie chcę cię oskarżać, Mary, ale nawet jeśli… ― spojrzał jej głęboko w oczy. Dziewczyna nie podtrzymała spojrzenia. – Nie będę się na ciebie gniewać, Mary. Wiem, że wszystko, co robisz ma jakiś cel i zwykle… zwykle jest do dobry cel.
Wargi dziewczyny zaczęły drżeć, tak samo jak ramiona i dłonie. Niewidzialna, chłodna dłoń ścisnęła jej gardło i wnętrzności tak mocno, że przez chwilę miała trudności z oddychaniem. James objął ją ramieniem i potarł dłoń, by dodać jej otuchy. Czekał cierpliwie, aż dziewczyna przemówi. Wiedział, że to najlepsza strategia, bo dobrze ją znał i potrafił obchodzić się z nią w każdej sytuacji. Nie pomylił się i tym razem.
― Widziałam coś ostatnio – odparła, coraz bardziej łzawym głosem. – To było straszne. Ludzie ginęli i… i…
― To był ktoś, kogo znałaś? – zapytał, teraz i on miał ściśnięte gardło. Mary pokręciła głową nieco zbyt energicznie, ale nawet to nie odgoniło łez, które teraz spływały powoli z jej policzków. James przytulił ją mocniej.
― Wiem, że to trudne, Mary, ale musisz nauczyć się nad tym panować.
Dziewczyna rozpłakała się jeszcze bardziej, rzucając pod jego adresem przekleństwa.
― To wcale nie musi być prawda – kontynuował, starając się mówić z jak największą pewnością. – Nie możesz myśleć, że w ten sposób uda ci się czemuś zapobiec. Przestań się tak katować.
― To ode mnie nie zależy – kontynuowała. – Nie mogę tego zmienić.
Możesz – przekonał ją, lekko cmokając ją w policzek. Dziewczyna zadrżała. – Musisz.
Westchnął ciężko, ale ciągnął dalej, bo czuł się do tego zobowiązany.
― Jeśli to zacznie się znowu, przyjdź do mnie, dobrze? Razem sobie z tym poradzimy. Nie możesz być zawsze sama, Mary. Ja… ― westchnął ciężko, ale dodał z mocą: ― Zawsze będę miał dla ciebie czas.
― Byłoby miło gdybyś miał dla mnie czas nie tylko wtedy, kiedy coś złego się ze mną dzieje – odparła, przysuwając się do niego bliżej. James wstrzymał oddech. – Gdyby było tak… jak dawniej. 
Nachyliła się, zbliżając swoje usta do Jamesa. Zdołała ledwie go musnąć, kiedy rozplótł ich dłonie i oddalił się na sam koniec ławki. Ciężko było odczytać jego wyraz twarzy. Wyglądał po prostu jak bardzo zmęczony człowiek, który nie wie już, co dalej robić. Kolejna łza spłynęła po policzku Mary.
― Dobrze wiesz, co do ciebie czuję, Mary – powiedział po prostu, stając się nie spoglądać na jej wilgotne oczy. – Nic się nie zmieniło, ale… to nie jest dobry pomysł.
Mary pokiwała głową. Ból malował się na jej twarzy.
― Evans i Chamberlain są w Gnocchi – odparła pusto. – Idź im poprzeszkadzać.
James zamrugał.
Mary… – przeciągnął sylabę, spodziewając się nagłego wybuchu. Wila jedynie wzruszyła ramionami i odparła:
― Nie potrzebuję twojej litości.
Chłopak nie ruszył się z miejsca. Wpatrywał się w plac zabaw widoczny przez okienko ciuchci, zupełnie jakby wypatrywał jakieś wskazówki, jak ma teraz postąpić. Jakby spodziewał się, że rozwiązanie jego problemu zostało wypisane na którymś z licznych graffiti albo że jego Anioł Stróż wypisał je patykiem na piasku w piaskownicy.
Zapewne każdy inny chłopak w szkole, gdyby mógł wybierać pomiędzy Evans a McDonald, nie zastanawiałby się ani chwili i brał tą drugą. Mary była o wiele ładniejsza, mniej humorzasta i łatwiejsza do współpracy. W jego przypadku była jeszcze zakochana. Ale on nie potrafił zaprzeczać, że w dużej mierze fatycznie zadaje się z nią z litości. Wiedział o niej dużo okropnych rzeczy i zawarta była pomiędzy nimi pewna nierozerwalna więź. Znali się tak dobrze, że musieli albo przyjaźnić się do końca świata, albo po prostu nawzajem pozabijać.
Z Mary rozumiał się bardzo dobrze, bo przyjmowali identyczną postawę w wielu sprawach. Z Lily kłócił się o byle pierdołę.
Mary nie bał się powiedzieć niczego. W rozmowie z Lily zawsze istniało prawdopodobieństwo, że o coś się obrazi.
Mary nigdy go nie odpychała. Lily zawsze trzymała go na dystans.
Mary bardzo go potrzebowała, a oprócz niego nie miała nikogo innego. Lily odpychała wszystkich, chociaż mogła przebierać w zaufanych osobach.
To były dwie skrajnie inne sytuacje i chociaż jak by nie spojrzał, z Lily zawsze wiązały się nieprzyjemności, czuł do niej mnóstwo różnych uczuć, negatywnych i pozytywnych, ale przede wszystkim intensywnych.
A do Mary czuł tylko litość.
Jak źle to o nim świadczyło?
Westchnął ciężko, ponownie zbliżając się do Mary. Wymusił uśmiech i zapytał z łobuzerskim uśmieszkiem:
― Komu mam bardziej przeszkadzać? Evans czy Chamberlainowi?
Wila przez chwilę milczała.
― To znaczy?
Wiesz… - zatrzepotał rzęsami. Mary ściągnęła brwi. – Caitlin Chamberlain powiedziała mi, że potajemnie kochasz się w jej bracie. I jeśli plotki są prawdziwe i naprawdę idę z tobą do Hogsmeade, to powinienem się go bać.
Cień rozbawienia padł na jej twarz.
― Co za idiotka – syknęła. James roześmiał się.
― Rozgryzłem cię. Chcesz zniszczyć ich spotkanie, ale używasz mnie jak pionka. Inteligentne – przyznał – jak zawsze.
― Och, zjeżdżaj! – warknęła, ale lekkie drżenie ust zdradzało rozbawienie. – Wkurwiasz mnie.
James dał jej sójkę w bok i jeszcze raz zatrzepotał rzęsami. Mary pokręciła głową i jeszcze raz kazała mu zjeżdżać.
― Może zamiast tego pójdziemy na grzańca? – spytał, patrząc na nią z chłopięcym uśmiechem. – No, chodź. Tę wódkę możemy zostawić dla dzieci.




7 – Suseł


― Jesteś pewna, że chcesz to zrobić, Emmelino?
Emma stała we framudze drzwi do sypialni siódmorocznych Gryfonek, znanej szerzej jako siedziba, sekretariat, biuro rachunkowe lub po prostu grota Piękności i stojącej im na przedzie Larissy. Ubrana była w świecący top i czarną spódniczkę przed kolano. Włosy złapała w niedbałego koka, a na obcasach była wyższa od połowy męskiego grona Gryffindoru. Kiwnęła głową. Jej napuchnięte oczy zdradzały, że płakała jeszcze przed chwilą i nie zdążyła jeszcze zakryć worów podkładem.
― Przychodzi w końcu taki moment, Rachel, kiedy kończy ci się zapas wybaczenia – wzruszyła ramionami – i nabierasz ochoty na zemstę.
Rachel Sommers uśmiechnęła się złośliwie, ewidentnie zachwycona z takiej wiadomości. Kazała Emmelinie zaczekać w drzwiach, a sama weszła do środka pokoju, skierowała się na lewą ścianę i uderzyła w nią mocno. Emma zmarszczyła drzwi i z zaciekawieniem wychyliła lekko głowę poza framugę. Oczy jej rozbłysły. Za alkową, w którym znajdowało się największe i najbardziej różowe łóżko (stawiała zakład, że Larissy), przymocowano maleńkie drzwiczki, mniej więcej takie, jakie zastała Alicja podczas swojej pierwszej przygody w Krainie Czarów. Nie przeszedł by przez nie żaden człowiek, ale królik z kieszonkowym zegarkiem – owszem. Rachel dotknęła drzwiczki końcem różdżki, a drzwi urosły do normalnych rozmiarów.
Są bystrzejsze niż myślałam, pomyślała Emmelina, już domyślając się, po co w środku dormitorium przymocowano drzwi. Piękności połączyły dwa sąsiednie dormitoria – numer sześć i siedem, w którym mieszkały czwartoklasistki, najliczniejsza grupa Piękności. Schowała się we framudze dostatecznie szybko, żeby Rachel jej nie zauważyła. Przelazła do sąsiedniego dormitorium, a do uszu Emmeliny dotarł piskliwy głosik A.B Norton. Zerknęła na zegarek. Zostało jej jeszcze piętnaście minut do rozpoczęcia podwójnej randki w Pokoju Życzeń. No, dwadzieścia, zważywszy na to, że Black na pewno się spóźni.
― Koniecznie opowiedz, jak zareagowała – poprosiła Rachel, nagle pojawiając się ponownie w drzwiach. Wręczyła Emmelinie starannie zapakowany eliksir, oblepiony brokatem i pomalowany lśniącym w ciemności, różowym lakierem. – Zadziała z jakimś… dwudniowym opóźnieniem.
― Dziękuję, Rachel – nachyliła się i pocałowała powietrze obok jej policzka, tak jak robiły inne Piękności. Rachel odwzajemniła gest, zachichotała złośliwie i zatrzasnęła drzwi przed Emmeliną, o mało nie łamiąc jej nosa.
Emmelina przez chwilę badała konsystencję eliksiru i jego zapach, ale bała się za długo się z nim obchodzić, bo – Merlinie, broń! – mogłaby coś na siebie wylać. Schowała buteleczkę do czarnej portmonetki i ruszyła w kierunku Pokoju Życzeń.
W środku wszystko już było przygotowane. Wyczuwała rękę Dorcas w ustalaniu wyglądu tego miejsca, bo tylko ona zadbałaby o te wszystkie niepotrzebne ozdoby. W małym, przytulnym pokoiku o wielkich, witrażowych oknach i krzyżowym sklepieniu, porozwieszano rzucające czerwonawą poświatę lampiony, serpentyny oraz zatroszczono się o różowe konfetti w kształcie serduszek, spadających co parę chwil wprost na środek pomieszczenia, gdzie z kolei ulokowano stół. Stolik był okrągły i biały, zastawiono go już lekkimi przekąskami oraz cytrynowymi babeczkami (był to z całą pewnością złośliwy żart, wymierzony w Emmelinę). Wnętrze przypominało komnatę na wieży w jakimś gotyckim kościele, brakowało jedynie Quasimodo, a skojarzyłaby je z dzwonnicą katedry Notre Dame. Przy stole już siedzieli Dorcas i Chase, ciskając w siebie serduszkowym konfetti.
Zabijcie mnie, pomyślała Emmelina, wymuszając uśmiech. Uniosła rękę na znak powitania i skierowała się na środek Dzwonnicy, bo tak właśnie zamierzała nazywać to pomieszczenie.
Emmie! – krzyknęła Dorcas, klaszcząc w ręce. – Ta bluzka chyba cię pogrubia. Słyszałam, że najskuteczniej wyszczuplają te w kolorze rzygów.
Ale zabawne, pomyślała. Ścisnęła portmonetkę, uspakajając się, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.
― Cześć, Chase.
Chase nie odpowiedział, sięgając po cytrynową babeczkę. Emmelina zastanowiła się, czy zrobił to by ją zawstydzić, czy popada już w paranoję.
Usiadła na krześle po lewej stronie Chase’a i naprzeciwko Dorcas. Umieściła portmonetkę na kolanach i strzepała z ramion konfetti, które właśnie zleciało z sufitu.
― Cześć, piękna – odparł znajomy wszystkim, burżuazyjny głos.
Emmelina ciekawa była, czy określenie „piękna” odnosiło do niej, do Dorcas, czy raczej do Chase’a. Syriusz przeszedł kilka kroków, uśmiechając się najbardziej czarująco jak tylko potrafił, aż nagle stanął jak wryty. Widok Chase’a, powoli pochłaniającego cytrynową babeczkę, ewidentnie wybił go z rytmu. Spojrzał na Dorcas i zmarszczył nos, jakby coś mu śmierdziało.
― Przyszłaś tutaj z tym bufonem?
― Coś ci się pomyliło. Emmelina jest twoją randką.
Chase lekko drgnął, ale nie stanął w obronie Emmy. Syriusz zresztą też tego nie zrobił.
Przysiadł na ostatnie miejsce przy stole, obok Dorcas i Emmy, tak jak za dawnych lat. Blondynka zdenerwowała się i mimowolnie sięgnęła po słone paluszki. Tylko jedzenie, dużo jedzenia, mogło ją w tym momencie odstresować.
― Gapisz się na mnie – zauważył Chase, patrząc na Blacka spode łba. – Coś nie tak?
Syriusz uśmiechnął się niewinnie.
― Doszukuję się tylko podobieństwa pomiędzy tobą a Evans. Oprócz irytującej mordy naprawdę nie macie za wiele wspólnego.
― Ja też widziałam bardziej podobne do siebie rodzeństwo niż ty i Regulus – odezwała się Emmelina, bo Dorcas nie rwała się do obrony swojego chłopaka.
― Zawsze można zrobić się na starszą, bardziej udaną siostrę jak nasz Emmie. Wymieniacie się nawet tamponami?
― A ty i twoja siostra, Dorcas? – odgryzła się Emmelina, bo nie mogła już dużej znieść tych dogryzek.
Jak przypuszczała, to zamknęło buzię Meadowes szybko i skutecznie. Problem w tym, że otworzyło inne usta.
― Ja pierdolę… - mruknął Syriusz, patrząc z niepokojem na Dorcas. Spojrzenie Chase’a wędrowało od Dorcas do Emmeliny.
― Nie wiedziałem, że masz siostrę – odparł, uśmiechając się delikatnie w stronę Meadowes. Dorcas zacisnęła wargi i sięgnęła po pasztecik.
― Nie mam – odpowiedziała. Jej głos drżał – albo z wściekłości, albo ze smutku. – Już nie.
Chase wymruczał coś, co brzmiało przeprosiny i odwrócił spojrzenie, nie wiedząc, co jeszcze powiedzieć. Black wbił w niego ostre spojrzenie.
― Widzę, że dobrze się z Dorcas znacie – zauważył z triumfem. – Pozazdrościć, co nie, Emma?
― O tak – podchwyciła, śmiejąc się złośliwie. – Widzisz, Chase, Syriusz zna mnie doskonale. Pomylił mnie raz z Gretą Catchlove w mojej skórze, zresztą tak jak moja serdeczna przyjaciółka Dorcas – odrzuciła włosy za plecy. Dor spojrzała na nią nienawistnie. – A potem okazało się, że zapomniał o tym nawet pomimo, że sam zbroił mi ten… kawał.
Syriusz uniósł ręce i ułożył je sobie za głowę.
― Jestem sklerotykiem.
― Zapomniał też, że podczas naszego związku całował się z Dorcas – zachichotała, kręcąc głową. – A przypomniał sobie dopiero wtedy, kiedy wszyscy wylądowaliśmy u Pomfrey z mononukleozą!
― Mononukleozą? – powtórzył Reagan, marszcząc brwi. – To nie mugolskie?
― Ale ty zaznajomiony, Chase – przerwał mu Syriusz. – Zdarzyło ci się zarazić też Hestię? Zapytałabym jej się, ale… no, wiesz, nie pamięta.
― Wiesz, Chasey, Hestia i Syriusz to przecież rodzinka. Skleroza jest genetyczna, co nie? – spytała Dorcas, wzruszając ramionami.
― Nie wiem, ale skoro tak mówisz, to pewnie nie jest – zripostowała Emma i spojrzała na Chase’a. – Bo widzisz, Chasey, Dorcas nie należy do zbytnich bystrzaków.
― Powiedziała dziewczyna z bulimią – odszczekała się Meadowes. – Nie uważasz, Chasey, że stymulowanie wymiotów jest lekko niemądre?
― Ciekawe, kto mi to pokazał!
― Ciekawe, kto wyglądał jak Jęcząca Marta jeszcze rok temu! – syknęła. – Szkoda, że cię tutaj nie było, Chase, bo rzadko widzi się takie przemiany. Pamiętasz aparacik na zębach, Syriuszu? – Black potaknął, uśmiechając się nieznacznie. – Okulary? Włosy na grzybka? Pękające rajstopki?
Emma sięgnęła po kolejnego paluszka.
― Skoro jesteśmy w temacie dawnych wizerunków, to nie wiem, czy wiesz, Chase, ale Lily i Dorcas potwornie się nie lubiły – uśmiechnęła się słodko do chłopaka, nieźle przytłoczonego tym, ile razy wymówiono jego imię w przeciągu ostatnich dwóch minut. – Zapytaj się siostry, jakie kawały robiła jej nasza kochana Dori. Demencja w kieliszku? Czy to było opium?
Dorcas rozdziawiła usta z oburzenia i oświadczyła dobitnie:
― Nigdy nie miałam w ręku żadnego narkotyku. Jeśli ktoś dosypał jej proszku, to Mary albo ty! Wiesz, Chase…
― JA?! Chase, no posłuchaj tylko, jak ona kła…
― Musiałaś brać jakieś wspomagacze, żeby tak nagle schudnąć! Jeśli nie pasożyt w jelitach to może jakieś wyżerające cię od środka ziółka! Wiesz, Chase, pamiętam jak Emmie kiedyś…
― A ja pamiętam, Chase, jak ona…
― W ogóle, wiesz, Reagan, że…
― Nie, nie wiem! – poderwał się z miejsca, mierząc wściekłym wzrokiem całą pozostałą trójkę. – Co jest, kurwa, nie tak z wami wszystkimi? Wy dwie – wskazał palcem na Dorcas i Emmelinę – zachowujecie jak puste kretynki. A ty – kiwnął głową na Blacka, który błysnął sztucznym, nieładnym uśmiechem – zamiast zapraszać je na podwójne randki, mógłbyś odpokutować choć trochę i spróbować je pogodzić.


8 – Nelcia


Śnieg zaczął padać ponownie dokładnie wtedy, kiedy Remus znalazł Marlenę. Wybiegł za nią zaraz po tym, jak rozliczył się z kierowniczką Miodowego Królestwa, ale niestety – za późno. Odprawił Pete’a i powiedział, że może robić, co mu się podoba, byle tylko nie terroryzował Lily i Doriana
― Psujesz wszystko – mruknął, ale o wyrządzonej mu krzywdzie zapomniał natychmiast, kiedy tylko przekroczył próg sklepu Zonka.
Może i faktycznie zepsuł całą zabawę i niepotrzebnie angażował go w całe przedsięwzięcie ze śledzeniem, ale zdołał się już przekonać, że Peter psuje jego plany równie skutecznie, jak on – frajdę. Ich drogi po prostu musiały się rozdzielić.
Nie wiedział, jak długo szukał Marleny, wchodząc do każdego sklepu i pytając znajomych o to, czy gdzieś jej nie spotkali. Kiedy nareszcie znalazł się w odpowiednim miejscu, zdzielił się w głowę, że nie przyszedł tutaj na samym początku.
Mara siedziała po turecku na ziemi, jakby sama prosiła się o przeziębienie. Wpatrywała się w majaczącą w oddali Wrzeszczącą Chatę. Wyglądała, jakby czekała tutaj – czekała na niego – od dłuższego czasu.
― Hej – przywitał się.
― Cześć – odpowiedziała, wstając powoli. Nie odrywała wzroku z Wrzeszczącej Chaty. – Czekałam na ciebie.
Remus podszedł do niej. Ujął jej gołą, zmarzniętą rękę pomiędzy swoje rękawiczki i westchnął ciężko.
To zabawne, ale teraz, kiedy znalazł ją po takim czasie, nie wiedział, od czego zacząć. Nie rozmawiał z nią sam na sam od Sylwestra i ich pocałunku. I chociaż nie było dnia, w którym nie odtwarzałby w głowie tego wspomnienia, teraz cała ta sytuacja wydawała mu się odległa i jakaś rozmazana, niespójna, jak sen. Miał przed sobą żywą Marlenę z krwi i kości, która w pewien sposób różniła się od Marleny z jego wspomnienia. Tamta całowała go z zaskoczenia, a potem tańczyła i śmiała się do białego rana. Ta bała się nawet spojrzeć w jego oczy.
Puścił jej dłoń, oblizał wargi i westchnął. Jego oddech przeistoczył się w białą, cieplutką mgiełkę. Marlena zadrżała, wyczuwając ją na swojej szyi. Z wahaniem odwróciła głowę w jego kierunku, zmywając widok Wrzeszczącej Chaty ze swoich powiek. Wbiła wzrok w jego buty. Remus, który nie mógł już dużej tego znieść, wyciągnął dłoń i oparł ją o jej brodę, podważając ją do góry.
― Dlaczego uciekałaś przede mną? – szepnął, wpatrując się głęboko w jej ciemne, świecące oczy. – Dlaczego unikałaś mnie od Sylwestra, dlaczego…
Marlena ręką odepchnęła jego dłoń i pokręciła głową. Tym razem spojrzenie utkwiła w jakimś punkcie za nim.
― Miałam dużo do przemyślenia – oświadczyła. – Nie chciałam rozmawiać z tobą, zanim nie miałabym wszystkiego poukładane…
― Ja też dużo myślałem – odparł. – Głównie o nas. Marlena, ja… ― pokręcił głową i starał się uchwycić jej spojrzenie, chociaż skutecznie przed nim uciekała. – Wiem, że nawaliłem. Rok temu i… w sumie od początku. Powinienem powiedzieć ci o tym, kim jestem i…
― To nie ma znaczenia – pokręciła głową Marlena. – Już nie.
― Oczywiście, że ma! – zaprzeczył Remus, patrząc na nią z niedowierzaniem. – Narażałem cię od samego początku i uwierz mi, nie ma dnia, w którym nie przeżywałbym tej feralnej nocy… drugiego września. Gdybym był z tobą uczciwy od samego początku, to może…
― To nic nie zmienia – kontynuowała Marlena, wzruszając ramionami. – Nasz związek to daleka przeszłość. Ty się zmieniłeś. Ja się zmieniłam. To… to już nigdy nie będzie takie same.
― Może i nie – zgodził się Remus, łapiąc ją za rękę. Dziewczyna nie wyrwała się, ale westchnęła ciężko i po raz kolejny pokręciła głową, jakby chciała w ten sposób przywołać się do porządku. – Ale może być i lepiej. Wiem, że zachowuję się samolubnie i powinienem trzymać się od ciebie jak najdalej, ale… ale nie potrafię – spojrzał na nią z mocą. Odgarnął niesforny kosmyk jej włosów za ucho i szepnął, głębokim głosem: ― Nazwij mnie egoistą, ale już wiem, że nim jestem.
Przybliżył się do dziewczyny. Jego ręce powędrowały w okolice jej talii. Marlena mimowolnie zerknęła w jego kierunku, przełykając głośno ślinę. Remus oddałby wszystko, żeby wiedzieć, o czym w tamtym momencie myślała.
― Kocham cię.
Te słowa zawisły w powietrzu o wiele za długo, żeby to mogło skończyć się szczęśliwie. Z każdą kolejną sekundą przedłużającej się ciszy, coś ostrego wbijało się w serce Remusa. Ramiona mu drżały, a serce spowolniło, jakby właśnie zatrzymał się świat.
― Remusie… ― zaczęła, głosem przerażająco pustym. – Jeszcze przed świętami zerwałam z Frankiem, bo myślałam, że kocham ciebie i tylko ciebie, ale… ― przechyliła głowę i zawahała się: ― Ale teraz wiem, że było dokładnie na odwrót. Ten pocałunek mi to uświadomił.
― Ty… ― zaczął, wpatrując się w nią z niedowierzaniem.
― Nie kocham cię – potaknęła. – I nie możemy być razem. Nie chcę tego.
Remus pokiwał jedynie głową. Teraz to on unikał jej spojrzenia. W powietrzu unosiła się woń złamanego serca. Marlena przysięgała, że jakiś czas temu słyszała, jak ono pęka.
― Przepraszam – szepnęła, zbliżając się do jego twarzy. – Ale tak będzie najlepiej.
Mówiąc to, muskała wargami jego usta, miło rozgrzewając je w zimnie. Płatki śniegu spadały ukrywając je miękką kołderką. Przypominały konfetti złożone z złamanych, lodowatych serc.
Remus przechylił się, bardziej intuicyjnie niż świadomie i nim Marlena zdołała zareagować, ich usta złączyły się w pocałunku. Pożegnalnym pocałunku.
Ostatnim pocałunku.



9 - Moony ♥



Jo na początku zapierała się, że zdecydowanie woli pójść do McDonalda, bo chociaż nazwa tej rzeczy niepokojąco kojarzyła jej się z Mary, brzmiała ona sto razy bardziej znajomo i bezpiecznie niż kino. Także z wymijających komentarzy Jordana wywnioskowała, że wycieczka do pierwszej z przedstawionych przez niego opcji będzie dla niej o wiele sympatyczniejsza i mniej zadziwiająca. A jak na jej gust, wszystkie ostatnie wypady ze Steelem były za bardzo obfite w nowe, mugolskie doświadczenia.
Chociaż w dalszym ciągu nie wiedziała, na jakie miano zasługują jej schadzki z Jordanem (spotkania? przyjacielskie wizyty? randki?), pomysłów na kolejne wyjścia przybywało im z każdym dniem. Szli właśnie wzdłuż Piccadilly Circus, a chociaż kawalerka Jordana znajdowała się na West Endzie (klekotał coś o tym, że kiedyś mieszkała tam jego kuzynka, marząca o karierze teatralnej), nogi niemal odpadały im ze zmęczenia. Spacer przeciągnął się o wiele dłużej niż wcześniej zamierzali, bo pierwszym przystankiem była uliczka teatralna. Obydwoje obejrzeli repertuar teatrów musicalowych, ale oprócz West Side Story nie grano nic ciekawego, z kolei Jordan odparł, że to straszne nudy i że większą przysługę zrobią światu, zapuszczając się w głąb Soho.
Długo błądzili po kiczowatych straganach (Jo przypadkiem weszła do strasznie dziwnego, śmierdzącego sklepu, który Jordan nazwał sex shopem), a potem oglądali chińskie świecidełka w Chinatown. Bawili się całkiem dobrze, marnując czas na przebieranie w bibelotach. Spór wybuchnął dopiero potem, kiedy nadeszła pora obiadowa.
Jordan po ostatniej wycieczce do meksykańskiej knajpki, a potem zamówieniu sushi do jego kawalerki, uparł się, że kończy z zagranicznymi szaleństwami, nie pozwalając Jo nawet kupić (ani zrobić!) sobie pierogów. Kiedy zapytała go, co jego zdaniem jest brytyjskie, odparł, że rodzina Steele pochodzi z Ameryki i lepiej uderzyć w tym właśnie kierunku.
― W takim razie – powiedział – skoczymy sobie na cheeseburgera. Wyjdzie ci to na dobre, J.
Nawet nie ukrywała, że nie miała pojęcia, czym jest cheeseburger, jednak od razu odgadła, że to nie może być zdrowe. Prosiła Jordana, by chociaż rzucił okiem na chiński bar „Wasabi”, ale on ignorował wszystkie jej prośby i groźby, jak zahipnotyzowany zbliżając się do wielkiej, złocistej litery M. Jo z pewnością zeszłaby na złą drogę mugolskiego życia codziennego, gdyby nie wielki plakat, przyczepiony do neonowego szyldu i trzepoczący na wietrze jak flaga. Jordan, zobaczywszy go, zatrzymał się jak wryty, natychmiast zapominając o cheeseburgerach i podwójnych lodach.
― O w dupę – mruknął, zabawnie czochrając swoje przydługie włosy. – Coś o kosmosie.
Jo zmarszczyła brwi. Musiała poczekać, aż baner zakończy swój taniec na wietrze, żeby przeczytać krótki, ale chwytliwy tytuł. Obok dziwnie przebranych ludzi w groteskowych kombinezonach, znajdował się złocisty, w kolorze litery McDonalda, napis.
 Gwiezdne wojny*** – przeczytała.
Tytuł wydał jej się co najmniej śmieszny, ale zdołała już przywyknąć do tego, że w towarzystwie Jordana wszystkie jej dotychczasowe przekonania zostawały wywrócone do góry nogami. Jedyną wojnę, jaką znała i potrafiła odtworzyć w głowie, były pojedynki i starcia czarodziejów, czarna magia przeciwko białej oraz zewsząd pojawiający się Mroczny Znak. Czy mugole potrafili okładać się gwiazdami?
― Czy dzisiaj jest piątek? – wypalił Jordan, zbyt podekscytowany, żeby zauważyć jej zdumienie. Stanął na palcach. Wokół dużego lokalu z otwartym okienkiem, tak samo jak w kasie biletowej do teatru, zgromadziło się mnóstwo zachwyconych mugoli. Niektórzy dzierżyli w rękach papierowe miecze, inni uzbroili się jedynie w nachosy i jakiś dziwny, brązowawy napój z napisem PEPSI. Każdy z nich walczył o miejsce w nieistniejącej kolejce, wrzeszcząc: „Moc jest tylko ze mną!”. – Nie ma co wpieprzać się na premierę, bo nas zgniotą.
Jo pokręciła głową.
― Sobota.
Chłopak wzruszył ramionami.
― W takim razie premiera była wczoraj. Możemy się pchać.
Chwycił ją za rękę i – wedle swojej obietnicy – natarł się na tłum wściekłych i zniecierpliwionych ludzi, sprawnie przepychając się na początek kolejki. Jo starała się jakoś utorować sobie drogę rękoma, ale wkrótce potem podpatrzyła technikę od Jordana i jak on wślizgiwała się pomiędzy drobne szpary. Dziękowała Merlinowi, że nie miała nadwagi. Po paru minutach wyczerpującej walki i powtarzania do znudzenia: „Przepraszam, przepraszam! JORDAN!”, ona i Steele wpadli do ciemnego lokalu, którego ściany oblepiono rozmaitymi posterami. Przed nimi znajdowała się kasa biletowa, ledwo widoczna znad tłumu podobnych, wściekłych i grubych ludzi. Naprzeciwko niej ulokowany został sklepik. Sprzedawczyni, przebrana za jedną z tych groteskowych postaci, przedstawionych na plakacie „Gwiezdnych Wojen”, nalewała właśnie jakiś brązowy napój z automatu.
Gwar, zgiełk i chaos nie przypominał jej niczego, co zobaczyła kiedykolwiek w magicznym świecie. Ludzie wokół niej przeżywali zbliżające się wydarzenie, jakby miało odmienić ich monotonne życie. Skakali, wskazywali palcami na kolejne banery i przebierańców, śmieli się, robili sobie zdjęcia z tacami pełnymi dziwnego, kinowego jedzenia. Zmarszczyła brwi. Jordan wcale nie odstawał od mugolskiego pospólstwa, jeśli chodziło o poziom ekscytacji. Wręczył Jo jakąś broszurkę z opisem filmu, a sam przeczytał ją pośpiesznie, mamrocząc coś do siebie pod nosem.
― Co za szaleństwo… Musiały zostać wysłane jakieś komunikaty podprogowe w reklamach… Muszę wspomnieć o tym profesorowi Heinowi…
― Nie mam pojęcia, jak można uczesać włosy w takie ślimaki – wzdrygnęła się, pokazując palcem na jedyną kobietę przedstawioną na plakacie – księżniczkę Leię. – Gorzej to wygląda tylko moja matka w koku.
― Chciałbym mieć taki miecz świetlny – westchnął Jordan, wpatrując się, jak sprzedawczyni wręcza takową zabawkę do rąk małego chłopca jako prezent do rozszerzonego zestawu kinowego. – Chociaż pewnie potrącają za niego trzydzieści procent.
Oblizała wargi, chcąc ukryć uśmiech. Wyobraziła sobie, jak zareagowałby Isaac albo ktokolwiek w Hogwarcie, gdyby nagle przybyła do zamku z podświetlanym kawałkiem plastiku.
― Jestem pewna, że w Chinatown dostaniesz coś takiego – odparła, łapiąc go za rękaw. – No, fajnie tu, ale… możemy iść już dalej?
Jordan nawet na nią nie spojrzał, wciąż czytając swoją broszurkę. Kręcił głową, oczy mu błyszczały, a uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej niż zazwyczaj, o ile to w ogóle możliwe.
― Zwariowałaś, Jo? – parsknął. – To jakaś filmowa imitacja Star Treka! Takiego tłumu nie widziałem tutaj od premiery ostatniego Bonda! Musimy to zobaczyć.
― B…bonda? – wydukała, kompletnie już w tym wszystkim pogubiona. – Aż tak to zbliża?****
Jordan zachichotał, myśląc zapewne, że żartuje. Złapał ją za rękę – i wciąż chichocząc – po raz kolejny rozpoczął przepychanie się, tym razem do kasy biletowej. Jo nie mogła dużej protestować, bo wpadłszy w rozentuzjazmowany tłum, nie słyszała już nawet własnych myśli. Tym razem przedzieranie się przez ten zgiełk nie szło im tak łatwo. Ludzie byli bardziej nerwowi i zdecydowanie mało wyrozumiali. Co więcej, dwójka tęgich ochroniarzy zataczała koła po całej długości sali biletowej, łypiąc spode łba na wszystkich zakradających się cwaniaków. Jordan poddał się dopiero po paru minutach nieprzyjemnych sytuacji i kilkunastu ostrzeżeniach, stając mniej więcej na środku kolejki, przed ślepawą staruszką i jej pulchnym, wymachującym mieczem świetlnym, wnuczkiem.
Było tu odrobinę ciszej niż przy wejściu, ale w dalszym ciągu dochodziło do niej co drugie słowo Jordana.
― Tu gra Ford! – wrzasnął. – Og…ądałem…Amerykańskie Graffiti.
― A propos – miałeś pokazać mi kwintesencję Ameryki, pamiętasz?! – ryknęła. Jej głos o wiele lepiej unosił się w głośnym powietrzu. Jordan zachichotał i odwrzasnął: 
― Jak przystało na Amerykanina w jednej czwartej, mam obsesję na punkcie kosmosu! I kina! I starych rzeczy! To idealny amerykański dzień, uwierz mi!
― Dla Stanowców nie ma obniżki – mruknął głos dochodzący zza ich pleców. Jo odwróciła się natychmiast, bo zwykle reagowała o wiele szybciej niż jej towarzystwo.
Wcześniej musiała pomylić się w ocenie odległości do kasy, bo przecież nie rozmawiała z Jordanem długo, przeszli raptem kilka kroków, a tu nagle wyrosła przed nimi oszklona budka, zza którą uśmiechała się nieładna dziewczyna o równie pozytywnym nastawieniu jak Jordan. Chłopak wybałuszył oczy i odparł z entuzjazmem:
― Ale po znajomości jest, co nie, Leslie?
Jo spojrzała podejrzliwie na kasjerkę. Chciała wedrzeć się w jej umysł, ale w takim zgiełku nie potrafiła skupić się dostatecznie mocno. Założyła ręce na piersi, mając nadzieję, że ktoś (najlepiej Jordan) przedstawi jej tę dziewczynę.
― Mogę skorzystać z walentynkowego bonusu dla zakochanych – zatrzepotała rzęsami, wskazując palcem na Jo. – Tylko nie mów o tym mojemu szefowi. Raczej nie kończył psychologii.
Ulga zalała umysł Jo, jak ulewa zrywająca się z olbrzymiej chmury, górującej jedynie nad nią. Nie kończył psychologii… ona i Jordan znali się z wykładów. Tylko z wykładów. Wymusiła sztuczny uśmiech.
― Ja i tak nie stawiam.
Jordan i Leslie zachichotali w ten sam, przesadnie radosny sposób.
― Dobra, słodziaki – mruknęła, wydzierając dwa, podłużne bilety. – Dwa studenckie?
― Jeden studencki, drugi ulgowy – sprostował Jordan. Leslie spojrzała na niego ze zdumieniem.
― Masz legitymację? – zapytała Jo, wpatrując się w nią jak w zieloną owcę. – Nie żeby coś, ale wyglądasz na starszą od Steele’a. No chyba, że wróciłeś do ogólniaka, staruszku.
Jo zamrugała szybko, czując, że robi jej się gorąco. Legitymację? Ogólniaka?
Staruszku?!
― Em… nie, ale…
― To dam wam ulgowy i zniżkę – parsknęła Leslie. – Dzieci do piątego roku życia wchodzą za darmo, Jordan.
― Czy dzieci dostają za to miecz świetlny? – zapytał śmiertelnie poważnie. Stojąca za nimi staruszka tupnęła swoją laską, chcąc ich pogonić.
― Nie, ale mam hełm. Klonów.
Jordanowi rozbłysły oczy. Otworzył portfel i wyciągał już pieniądze, ale Jo już złapała go za rękaw, nie chcąc, żeby dalej rozmawiał z tą swoją mugolską koleżanką. Leslie chwyciła należną sumę, wręczyła im bilety i wyrecytowała:
― Hełm do odbioru przy zakupach w naszym sklepie powyżej dziesięciu funtów. Życzę przyjemnego seansu i niech moc będzie z wami. Co dla pani?
Jordan szybko pociągnął ją w przeciwny kierunku, tym razem nie wpychając się już na początek kolejki po jedzenie. Wręczył Jo bilet, sprawdziwszy przedtem jakieś informacje. Zmarszczył brwi i wypalił:
― Co w końcu z tą legitymacją? Leslie machnęła na to ręką, ale facet przy sali może chcieć ją sprawdzić.
Jo podrapała się po głowie, nie mając pojęcia, jak z tego wybrnąć. Przygryzła wargę i zaczęła:
― Wiesz…
― I skoro jesteśmy już w temacie szkoły – do której ty chodzisz klasy? Pytałem ostatnio Caroline o ciebie, ale nie miała pojęcia, o kim mówię.
O, nie.
Jo oblizała wargami, starając się jak najlepiej zamaskować przerażenie:
― Ja… Ja w sumie też nie wiem, o kim ty mówisz. Ciągle: Caroline, Caroline, Caroline… a mnie ona nie uczy… na pewno.
Jordan otworzył usta, ale natychmiast je zamknął. Zacisnął oczy w wąskie szparki, jakby w ten sposób mógł przejrzeć ją na wylot, praktykując jakąś mugolską, psychologiczną legilimencję. Wreszcie pokręcił głową i odparł tylko:
― Uczy biologii – mruknął. – I prowadzi sekcję baletową.
― Nie chodzę na balet – odparła natychmiast Jo, wiedząc, że nawet gdyby miał ku temu okazję, nie zapisałaby się na coś podobnego. Kąciki ust Jordana zadrżały.
― Słaba z ciebie Rosjanka, J-J. A chciałem zabrać cię potem na Jezioro Łabędzie.
Jo zdusiła w sobie westchnienie ulgi. Zmusiła się do półuśmiechu, a potem umilkła, tak zresztą jak i Jordan. Nie musiała zaglądać mu do głowy, żeby wyczuć, iż wątpi w jej wersję zdarzeń. Przecież ten chłopak studiował psychologię! Na pewno potrafił wymienić jakieś dwadzieścia oznak kłamania. Poza tym szkoła artystyczna, którą jej pokazywał, należała do tak małych, że niewykluczone, iż Caroline była jedyną nauczycielką biologii w niej pracującą. W końcu, skoro w wielkim Hogwacie tytuł chciażby mistrza transmutacji piastowała jedynie McGonagall, to dlaczego w małej, mugolskiej szkółce sytuacja miałaby wyglądać inaczej?
― Wziąć solony czy maślany?
― Hmm? – mruknęła, wyrywając się z rozmyśleń.
Popcorn, Jo. Jestem pewien, że w ZSRRze też mają popcorn.
Odkąd powiedziała mu, że mieszka z matką w Leningradzie, bezustannie otrzymywała pytania, jak jest po drugiej stronie muru, chociaż szczerze mówiąc, nie miała pojęcia, o co mu chodzi. Kiedy Jo mówiła coś głupiego, wynikającego z nikłej wiedzy na temat mugoli, Jordan najczęściej obwiniał o to jakąś rosyjską propagandę, chociaż – po raz kolejny – kompletnie gubiła się w jego rozumowaniu. Mugolskie stereotypy i spory raczej nie obejmowały czarodziejów, chociaż nie po raz pierwszy spotkała się ze specyficznym nastawieniem Brytyjczyków do wschodu. Czasami korciło ją, żeby zapytać się Jordana – albo chociaż Evans – o co w tym wszystkim chodzi, ale mogłoby to być zbyt śmiałe posunięcie.
Pokręciła jedynie głową, nie patrząc mu w oczy.
― Poważnie nie? – zdziwił się Jordan. Wciąż wpatrywał się w nią uważnie, a jego głos nie brzmiał już tak beztrosko i gawędziarsko jak zwykle, ale zdecydowanie wolała to niż milczenie. – Mieliśmy ostatnio wykład o przykładach współczesnej indoktrynacji. Rozumiem niechęć do Ameryki, zimną wojnę i w ogóle, ale żeby nie znać popcornu? – pokręcił głową z niedowierzaniem. – Boże, J-J, czego ty jeszcze nie miałaś w ustach? Coli?
Zaśmiała się, pomimo tego, że zaiste nigdy nie miała w ustach coli. Jordan machnął ręką i zamówił popcorn maślany oraz dwie duże pepsi. Czekając na zamówienie, postanowiła lekko przesunąć temat, gdzieś na bezpieczniejsze tory.
― Chodzisz jeszcze na te wykłady? Myślałam, że skończyłeś już… studia?
― Dopiero mam praktyki - sprostował. – Dużo rzeczy trzeba jeszcze pozaliczać… ale dyplom mam w garści, czuję to.
Chciała zapytać jeszcze o Leslie i historię ich znajomości, ale Jordan pogonił ją szybko w kierunku sali kinowej, bo zostało im zaledwie pięć minut do rozpoczęcia reklam.
Miejsc nie dostali najlepszych, bo w trzecim rzędzie od samego dołu, pomiędzy znajomą staruszką i jej pulchnym wnuczkiem a grubym panem z łańcuchem na szyi. Jordan postawił kubeł z popcornem na kolanach Jo i kazał jej jeść. Dziewczyna nieśmiało złapała za jedno ziarno, włożyła je do ust, przeżuła i… chwyciła garść następnych, bo smak był całkiem przyjemny. Zdecydowanie lepszy od cappuccino i innych mugolskich przysmaków.
W sali było ciemno, przed nią prezentowała się wielka, biała płachta, do czego służąca – tego jeszcze nie wiedziała. Ludzie wpychali sobie do ust popcorn, rozsypywali go na podłogę i siorbali colę z słomkę. Miecze świetlne połyskiwały w ciemności na niebiesko, zielono i różowo.
Jo oblizała wargi. Nie wiedziała, czego może się spodziewać za parę minut i czy nowe doświadczenie jej się spodoba. Wiedziała jednak, że to być może ostania okazja do spokojnego spotkania się z Jordanem. Teraz, o ile nie zdobędzie Zmieniacza Czasu albo nie wymyśli czegoś podobnego, pojawią się liczne przeszkody w odwiedzaniu Steele’a, a i on zaczynał wątpić w jej tożsamość. Powinna spędzić te ostatnie sielankowe momenty jak najlepiej.
Rozbrzmiała głośna, podniosła melodia, a ona położyła głowę na ramieniu Jordana. Ich ręce splotły się w miarę przyswajania kolejnych minut seansu.

10 – Arzja

Sen zmorzył Hestię prędko i niespodziewanie. W jednej chwili leżała na szpitalnym łóżku, przeżywając wielkie deja vu i przeklinając w myślach swoje życie, a w drugiej budziła się w stosie małych, niebieskich kanapek. To nie ma sensu, przekonywała samą siebie, ale dziwna wizja nie znikała, nawet pomimo tego, że szczypała się zawzięcie i mrugała tak szybko, że aż bolały ją oczy.
Poderwała się na łokcie. Skoro leżała wśród niebieskich kanapek, to równie dobrze zaraz zza parawanu mogła wyskoczyć tańcząca foka. Tęskniłam za wami, moje kochane halucynacje, pomyślała, kręcąc głową.
Czuła się coraz dziwniej. I słabiej…
Słabiej
― Najesz cię tym, Hestia?
Podskoczyła na łóżku, zdumiona, że oprócz niej ktoś przebywa po wewnętrznej stronie baldachimu. Rozejrzała się wokoło, a kiedy jej wzrok padł na znajomą sylwetkę, poskoczyła jeszcze raz.
Chase?
Chłopak uśmiechnął się, słysząc swoje imię. Chwycił jedną z licznych niebieskich kanapek, która teraz przypominała jej coś innego… coś znajomego… Rozejrzała się dookoła. Wcale nie leżała na kanapkach jak na płatkach róż albo ziarnku grochu. Wokół niej znajdowały się plastikowe pojemniki, w których te znajome rzeczy swobodnie leżały i czekały, aż Hestia je zje. Sięgnęła po jeden z nich.
― Niebieskie makaroniki? – spytała, otwierając pudełko z niemrawą miną. – Skąd…?
― Niebieskie lubisz najbardziej. Ciotka zabraniała ci je jeść, bo ktoś powiedział jej, że są z wódką.
― Pamiętam to – zachichotała, zanim zdołała się zastanowić.
Sens własnych słów dotarł do niej dopiero po chwili, jakby cytowała czyjeś mądre słowa. A to, co powiedziała przecież wcale nie było inteligentne, a raczej… prawdziwe.
 – Merlinie, pamiętam to! ― zaśmiała się i włożyła makaronik do ust. Rozpływał się w ustach, tak jak zawsze – jego smak też pamiętała.
Chase spojrzał na nią z nadzieją.
― Pamiętasz coś jeszcze?
Hestia wysiliła umysł, skupiając się na jednym, jedynym słowie makaronik. Miała nadzieję, że w ten sposób przywoła wszystkie wspomnienia, jak za pomocą zaklęcia Accio. Nawet pomimo marnych rezultatów nie mogła przestać się cieszyć – to był bardzo duży postęp, na który czekała kilka tygodni. Wróciło do niej wspomnienie, które wcale nie było mętne i niespójne, co z tego, że również kompletnie bezużyteczne.
Niebieskie makaroniki – największy zakaz ciotki Cassiopei.
Jasne. To przecież było w jej głowie od zawsze.
― Ty najbardziej lubisz brązowe – wypaliła, patrząc na niego z szerokim uśmiechem. Chase zmarszczył czoło.
― Skąd wiesz?
― To widać w twoich oczach – pokiwała głową. – Mylę się?
― Właściwie to tak. W ogóle nie jadam takich rzeczy.
― Nie jadasz czy nie jadłeś? – spytała, wpychając do ust kolejnego niebieskiego łakocia.
― I to, i to, ale… ehm!
Hestia roześmiała się, wkładając mu makaronika do ust. Przełknął go natychmiast, zupełnie jak złota rybka, która od dłuższego czasu nie była karmiona. Podebrał dziewczynie następną sztukę, nawet pomimo jej pisku i głośnego: „Ej!”. Tym oto sposobem pochłonęli pierwszą paczkę.
Dziewczyna oprzeć się Chase’owi o wezgłowie łóżka, a dokładniej „pójść w nogi”, bo dokładnie na tym oparciu trzymała swoje stopy okryte skarpetkami w renifery. Chłopak spełnił jej prośbę, co prawda bardziej kładąc się niż opierając, ale nie widziała sensu wykłócenia się z nim o taki szczegół. Leżeli i jedli makaroniki, najpierw w milczeniu, a potem dopuszczając do siebie jakiś zarodek rozmowy. Hestia poprosiła go, aby opisał jej całe Hogsmeade, tym bardziej, że dla nich obu było to w pewnym sensie nowe miejsce, które mogli teraz ponownie odkrywać. Dla Chase’a, bo nigdy wcześniej nie miał okazji robić tam zakupów, i dla Hestii, która nie pamiętała niczego, a wsłuchawszy się w opowieść chłopaka wyobrażała sobie – a czasami nawet przypominała zarysy budynków, ławek, skwerów… Czuła się jak emigrantka, która od wielu lat nie widziała swojej ojczyzny, aż w końcu zdecydowała się powrócić do kraju i wszystkie wspomnienia ponownie zagościły w jej sercu.
Śmiała się z Petera, kiedy usłyszała o groteskowej sytuacji z Dorcas i odtworzyła w pamięci jego obraz, o wiele dokładniejszy niż jeszcze chociażby wczoraj. Wypytywała go o relacje Lily z Dorianem, Mary i z Jamesem; i relacje Mary z Jamesem, Lily i Dorianem; i Jamesa z Lily, Mary i Dorianem; i Doriana z Lily, Mary i Jamesem. Potem zapytała jak smakuje kremowe piwo i czy po miasteczku chodzą poprzebierani ludzie, reklamujący jakieś produkty. Zastanawiała się, jak tam pachniało i czy na środku uliczek stały stragany z jabłkami w karmelu na patykach oraz watami cukrowymi. W końcu zeszła na ostatni temat, bo chciała dowiedzieć się jeszcze kilka rzeczy, a dozwolone piętnaście minut odwiedzin w przypadku Chase’a chyba już minęło.
― Jak podwójna randka? – spytała, niemrawo wpychając sobie makaronika do ust. – Umówiłeś się z Dorcas, Emmeliną czy Syriuszem? Taa… wiem, że to ostatnie.
― Obawiam się, że wszystkimi na raz – puścił do niej oczko. – Wszyscy gnoili się nawzajem, zupełnie jak Tristan, Apollo i Odette na ich spotkaniu bractw w Beaux.
Hestia poderwała się na łokcie i wypaliła:
― Kojarzę ich imiona! Cholera – podrapała się po głowie.
― Co?
― Miałam wczoraj takie wspomnienie… ― zaczęła niemrawo, a Chase zmarszczył czoło. – Często tak mam, ale nigdy nic nie rozumiem z tych wspomnień.
― Wspomnienie z Apollem, Tristanem i Odette? – zdziwił się.
― Nie, tylko z Odette – pokręciła głową. – Mówiła coś o tym, że jeśli Szmaciara się dowie, to będziemy musiały płukać komuś zęby... czy coś.
Chase zachichotał.
― Odette jest wredna. Bo widzisz, Szmaciara to nauczycielka eliksirów w Beaux.
― Żartujesz? – skrzywiła się. – To faktycznie trochę wredne.
― Szmaciara była strasznie dziwna. Usiłowała wylansować swoje własne eliksiry wybielające zęby – zachichotał. – Miała takie strasznie cuchnące płukanki i wszyscy się z nich nabijali – wzruszył ramionami. – Czegoś jeszcze nie rozumiesz?
Hestia uśmiechnęła się i opowiedziała kolejne nieścisłe wspomnienie, ciesząc się, że skoro ich nie pamięta, to dzięki Chase’owi uda jej przynajmniej je zrozumieć.


11 – Kasia/Kathrine


Dorcas dotarła do zamku prawdopodobnie najpóźniej ze wszystkich odwiedzających Hogsmeade, chociaż wcale stamtąd nie wracała. Okrągły księżyc schował się już za chmurami, przestając rzucać na błonia, zamek czy las krystaliczną poświatę. Gęsta, bura mgła okryła ziemię niczym stary, dziurawy płaszcz, który schowany z tyłu szafy, nagle staje się podstawą ubioru. Sowy łopotały skrzydłami, a nietoperze wznosiły się gromadami nad głowę dziewczyny, lecąc w górę, do chmur.
Emmelina siedziała na parapecie w oknie swojego dormitorium. Co chwila nerwowo przebierała gołymi stopami, chcąc je rozgrzać. Na kolanach ustawiła tackę z babeczkami, kiszonymi ogórkami, buteleczką maślanki i serową zapiekanką z ketchupem. Łzy ściekały po jej bladych, zapadniętych policzkach, żłobiąc własne, indywidualne ścieżki. Jasne loki wpadały jej do ust i oczu, ale nie przeszkadzały na tyle, żeby Emma przestała bezcelowo wpatrywać się w okno. Tak bardzo nie chciała być teraz sama.
Lily, Mary i James przechodzili właśnie przez dziurę w portrecie, w ciszy i spokoju. Nie wyglądało na to, że którykolwiek z nich poczuje się zobowiązany, by zacząć rozmowę, dlatego trwali w milczeniu, nawet na siebie nie spoglądając.
Lily wypadła z Gnocchi równolegle do wyznania Doriana, że owszem – to on opowiedział Emmelinie o Jamesie i Serenie.
― Byłem wściekły, kiedy zobaczyłem wasze zdjęcia – argumentował. – Ona przyszła do mnie zadawać głupie pytania… to jakoś wyszło, Lily.
Może i jakoś wyszło, ale zdecydowanie nie zmieniało stanu rzeczy. Lily uciekła natychmiast, wcześniej pozwalając sobie jedynie na trochę krzyczenia. Pozostałych swoich towarzyszy, dwójkę randkowiczów spotkała w Trzech Miotłach i od tej pory chodziła za nimi jak cień, wtrącając się w ich rozmowy i zachowując trochę jak irytująca młodsza siostra, chociaż wyjątkowo nie była spokrewniona z nikim – oprócz Chase’a – w tej szkole.
Troje to już tłum – dzisiejsza sytuacja doskonale potwierdzała to zdanie. Odkąd Lily dołączyła do Jamesa i Mary, atmosfera zagęściła się, a tematy do rozmów ograniczyły się do narzekania na szkołę, pogodę i Filcha. Evans spodziewała się złośliwych komentarzy Jamesa i pretensji Mary, ale zamiast tego otrzymała przesadną dawkę przejmującego, dosadnego milczenia. Zastanawiała się, czy przerwała (a raczej – zniszczyła) tej dwójce miłe, towarzyskie spotkanie i ta cisza spowodowana jest niczym innym jak tłumioną wściekłością.
Jakoś nie było jej głupio z tego powodu.
― Muszę zajść jeszcze do Larissy – rzuciła Mary, nie patrząc na Lily. – Obiecała, że sprowadzi dla mnie odżywkę do włosów.
― Dobra, cześć – odparł James, unosząc jedynie dłoń na pożegnanie.
Nawet nie podał jej ręki, zauważyła triumfalnie Lily. Jakie to przykre.
Kiedy Mary zniknęła z pola widzenia, a James i Lily zostali sami, atmosfera zrobiła się o wiele bardziej napięta, o ile – oczywiście – było to możliwe. Ruda czuła wręcz zapach kłótni i pretensji, ale wyrzuty sumienia w dalszym ciągu nie napływały. Męczył ją za to wstyd, ale nie z powodu sprzeczki z Jamesem, ale raczej tego, że miał rację.
Wcześniej uważała, że jest nikim więcej jak hipokrytą, który zabraniał jej spotykać się z Dorianem, na boku samemu widując się z Mary. Postrzegała ich sytuacje jako bardzo do siebie podobne, a może nawet ośmielała się uważać, że Dorian jest o wiele mniej szkodliwy niż Mary i że James jest po prostu zaślepiony jej aurą wili, jak typowy, głupi chłopak.
Tymczasem to ona była typową, głupią dziewczyną.
Kiedy wybuchł skandal zdjęciowy, Mary trzymała się z boku, wcale nie miała wyrzutów do niej czy do Jamesa. Może nawet im współczuła takiego upokorzenia. Dorian z kolei zachował się irracjonalnie, co więcej, pogrążył ich jeszcze bardziej, żeby zrehabilitować jego własną urażoną dumę. Postąpił jak skończony cham, a Lily nie mogła sobie wybaczyć, że miała go za wzór do naśladowania. Po raz kolejny udowodniła, jak bardzo nie zna się na ludziach. Od kilku tygodni demonizowała Mary, obwiniała ją o całe zło tego świata i wybielała Doriana, podczas gdy on okazał się zwykłym krętaczem, o wiele bardziej szkodliwym niż McDonald.
James miał rację co do niego.
Miał rację od samego początku.
Szkoda, że nie trzymała się od niego z daleka, tak jak jej polecił. To oszczędziłoby wiele upokorzeń i bólu.
Potter przyglądał jej się z pewną powściągliwością, jakby czekał, aż coś powie, ale z każdą chwilą coraz bardziej w to wątpił. Lily starała się spojrzeć na sprawę obiektywnie i musiała przyznać, że miał prawo oczekiwać, iż zabierze głos. W końcu zepsuła mu randkę i deptała po piętach przez całe popołudnie, po tym jak kazała mu umówić się z Mary i dała mu kosza po raz kolejny.
Ale co miała teraz powiedzieć?
Że przeprasza?
Że to nie tak miało wyglądać?
Że bardzo jej głupio?
Dobrze wiedziała, że żadne z tych wyznań nie przejdzie jej przez gardło.
Ale James czekał. Musiała zachować resztki honoru i postarać się jakoś usprawiedliwić.
― Więc… - przeciągnęła sylabę, siląc się na delikatny uśmiech.
― No…?
― Jak spędziłeś dzień? – wypaliła, wlepiając wzrok w sufit.
Potter wzruszył ramionami.
― Z tobą jako przyzwoitką? Wyśmienicie.
Wywróciła oczami, ale nie pozwoliła zbić siebie z pantałyku:
― Nie sądzę, że przyzwoitka była wam potrzebna. Nie było żadnych momentów, które mogłyby doprowadzić do nieprzyzwoitości.
James spojrzał na nią z przekornym uśmiechem. Zbliża się kontratak, pomyślała.
― Jak Dorian, księżniczko? – zagadnął złośliwie, wedle jej przepowiedni. – Randka się udała?
― Mały koszmarek – wzdrygnęła się. James ucieszył się z tego trochę bardziej niż to było konieczne.
― O nie.
― No wiem – potaknęła.
Milczenie ponowiło się, tym razem jednak przybrało mniej przytłaczający i wrogi charakter. James i Lily mierzyli się spojrzeniami, które wyrażały więcej niż tysiące słów. Potter nie musiał słyszeć z ust dziewczyny przeprosin (chociaż to byłoby bardzo miłe, nowe doświadczenie), żeby wiedzieć, iż nie jest dumna z tego, co zrobiła. Z kolei Lily wiedziała, że on też się już na nią nie gniewa, ale oczekuje, że to ona zrobi pierwszy krok, tak dla odmiany.
Przełknęła głośno ślinę. W myślach dokonywała selekcji tych przeprosinowych formułek, które byłyby dla niej najmniej uniżające.
― Ta kłótnia była głupia – odparła w końcu, patrząc na Jamesa tak, jakby on był równie głupi. – Ale to nie ja powinnam przepraszać.
Chłopak uniósł brwi i już miał coś odpowiedzieć, kiedy Lily ponownie mu przerwała:
― Nie w tej sprawie – uściśliła. – Dlaczego nie powiedziałeś mi, że to ty uratowałeś wtedy Seva? – Brwi chłopaka powędrowały jeszcze wyżej. – I nie mów mi, że nie było sposobności – spędziłam u ciebie całą noc, James.
― Jak ty lubisz do tego wracać – zauważył, czochrając włosy.
― To nie jest odpowiedź – zripostowała.
 James założył ręce na piersi i ciężko westchnął, unikając jej spojrzenia.
― Czy to coś zmienia? Smarkerusowi nic nie jest, i to się liczy.
― Co to jest z tobą nie tak? – zapytała bez ogródek, kręcąc głową. – Najpierw ratujesz mu życie, a potem wyzywasz i napadasz w skrzydle szpitalnym. Ryzykujesz, żeby ocalić kogoś, kogo nie znosisz, a potem uświadamiasz sobie, co zrobiłeś i idziesz go zabić?! Gdzie w tym jest sens, James?
― No widzisz – jestem nienormalny – wzruszył ramionami. – Ale lecisz na to.
On chyba też jest schizofrenikiem, pomyślała, ale nie powiedziała tego na głos, bo Potter znany był z tego, że przez takie nawiązania do May nie zachowywał się racjonalnie. Mówi, że jego siostra nagle zwariowała, ale coś mi się wydaje, że oboje przejęli to genetycznie. Nawet pomimo tego, że ona jest adoptowana.
― Po prostu staram się ciebie zrozumieć, James – odparła łagodnie, oblizując wargi. – Jeszcze we wtorek mówiłeś, że osoby takie jak Sev zasługują na śmierć.
― Bo tak jest – wzruszył ramionami. – I oby los okazał się sprawiedliwy.
Spojrzała na niego z naganą.
― Mówisz jedno, a robisz drugie. Dlaczego go uratowałeś? I nie mów, że zrobiłeś to dla mnie albo coś podobnego, bo wiem, że to nieprawda.
James wciągnął z sykiem powietrze, a potem westchnął przeciągle. Wyglądał na złego, że Lily tradycyjnie nie potrafi niczego się domyślić.
― Wiem, że to może być dla ciebie trudne, Evans, ale spróbuj wyobrazić sobie na moment, że świat wcale nie obraca się wokół ciebie – Lily wywróciła oczami, ale nic nie powiedziała. – Nie myśl sobie, że to było warte poświęcenia – wzdrygnął się – bo życie Smarka naprawdę nie jest zbyt wiele warte, ale Remus jest – odetchnął i kontynuował, nie patrząc jej w twarz. – Luniak jest warty dziesięć razy więcej niż my wszyscy i nie wybaczyłby sobie, gdyby przez niego stało się coś komukolwiek. Nawet takiej szumowinie jak Śmiercierus. Wcale nie jestem zły na Syriusza, że naraził jego życie – parsknął. – Ale jestem zły, że nie pomyślał o swoim przyjacielu. To Remus musiałby zapłacić za jego grzechy i głupie pomysły. Nie wiem, czy Syriusza w ogóle by to ruszyło. Mnie – na pewno nie.
Lily westchnęła. Nie było sensu złościć się na Jamesa za to „mnie na pewno nie”, bo nie powinna mieć mu za złe to, że powiedział prawdę. Nie pochwalała jego rozumowania, ale doceniała to, że zamiast kreować się na bohatera, milczał. Nie traktował siebie jako wybawcę. Chciał tylko oszczędzić przyjacielowi bólu, a to dobrze o nim świadczyło… w pewien sposób. Ocenianie Jamesa Pottera zawsze było dla niej trudne. Z jednej strony zachowywał się okropnie, a z drugiej… zupełnie na odwrót.
Uśmiechnęła się lekko.
― Dzięki.
James zmarszczył czoło.
― Słuchałaś mnie?
Tak – potaknęła. – Doceniam twoją szczerość, chociaż… mogłeś darować sobie kilka ostatnich zdań… w każdym razie: dziękuję. Sev pewnie ci tego nie powiedział, więc… więc zrobię to za niego.
Potter wpatrywał się w nią dziwnie, jakby doszukiwał się jakiegoś podstępu. Lily wywróciła oczami i powiedziała:
― Nie powiesz: „nie ma sprawy”?
― Nie – odparł, kręcąc głową. – Bo jest sprawa.
― Ale…
― Ale nie w tej sprawie – zacmokał, uśmiechając się czarująco. – Czekam na moje przeprosiny.
Lily otworzyła usta i już miała coś powiedzieć, ale zmieniła zdanie i oświadczyła:
― Wybacz. Bardzo mi przykro z twojego powodu. To musiało być straszne, spędzić cały dzień z Mary McDonald.
― Nie ma sprawy – oświadczył słodko.
Uśmiechnęła się niemrawo i przebrała nogami, bo nie wiedziała, co ma teraz zrobić. Powoli odwróciła się w kierunku dormitorium dziewcząt, a James zrobił to samo, gdy stwierdziła, że skoro już go przeprosiła, powinna zrobić to przynajmniej porządnie. Przełykając resztki dumy, odwróciła się na pięcie i przytuliła Jamesa w najbardziej przyjacielski sposób na jaki było ją stać. Wyszło jej to lekko sztywno, a zdumiony Potter niezbyt ułatwił jej to zadanie, ale czuła się odrobinę lepiej.
Oderwała się od chłopaka i z przepraszającą miną odparła:
― Muszę już lecieć do mojej toksycznej sypialni.
James zmarszczył czoło.
― Toksycznej?
― To dormitorium mogłoby obrazować pojęcie kłótni samej w sobie – odparła filozoficznie. – Tam wszyscy są pokłóceni.
Chłopak zaśmiał się.
― Czy odkłócanie jest takie trudne? My jakoś sobie poradziliśmy.
Jakoś.
― Dobra, trzymaj się – zakończył i uśmiechnął się, niemal naturalnie. – Powodzenia w odkłócaniu!
― Przyda się – powiedziała, machając mu na pożegnanie.
Ruszyła w swoją stronę dopiero, kiedy sylwetka chłopaka zniknęła za zakrętem. Z każdym kolejnym krokiem gubiła gdzieś cały gniew, trzymany w sercu przez ten tydzień. Chciała, żeby wszystko było jak dawniej.
Dorcas i Emmelina myślały dokładnie o tym samym.
Kiedy Lily pociągnęła za klamkę i zobaczyła płaczącą na parapecie blondyneczkę, westchnęła tylko i przywołała ją do siebie. Dorcas wpadła do dormitorium dokładnie w tym samym czasie, kiedy rozszlochana Emmelina wtuliła się w rudowłosą przyjaciółkę. Spojrzała na nie tęsknie i przyłączyła się do uścisku, nawet nie zamykając za sobą drzwi.
Lily myślała tylko o tym, że dzisiejszego dnia mała ochotę przytulić jeszcze wiele osób.
Pomyślała, że warto pokłócić się tylko dlatego, żeby potem móc komuś ofiarować taki uścisk, oznaczający zgodę w każdym języku świata.


12 – Wiatruś



Hestia słyszała w życiu naprawdę mnóstwo bzdur, absurdów, nonsensów i słabych żartów. W większość z nich nawet uwierzyła. Odznaczała się chłonnym, otwartym umysłem, do świadomości przyjmowała wszystko i nigdy nie bawiła się w analizę co jest zbyt niedorzeczne, żeby uchodziło za prawdę. U niektórych występowała pewna bariera w świadomości, po której przekroczeniu po prostu przestawało się wierzyć w pewne rzeczy, ale Hestia nigdy jakoś nie napotkała podobnych ograniczeń w swoim umyśle. Do czasu.
Madame Pomfrey, po ostatnim tygodniu znająca imiona wszystkich jej znajomych na pamięć, stwierdziła, że pasuje do nich jak ulał. Hestia spodziewała się, że dostanie jakiś eliksir na problemy żołądkowe. Sądziła, że coś jej zaszkodziło albo to po prostu kolejny dziwny efekt pozabiegowy. Nawet Belle Potter mówiła jej, że mdłości i migreny staną się jej codziennością. Ale pielęgniarka nie dała jej żadnej mikstury ani nawet herbaty miętowej. Zamiast tego uraczyła ją tak irracjonalną wiadomością, że po raz pierwszy Hestia naprawdę nie mogła dać na to wiary.
― Przepraszam, co?
― Miałaś go czy nie? – zapytała ze złością pielęgniarka.
― Nie pamiętam – odparła po prostu Hestia, bo nigdy nie zwracała uwagi na rzeczy tak pozbawione wartości. – Ale nie sądzę…
― Wykonaj test eliksiralny – powiedziała chłodno pani Pomfrey. – Mam go chyba na zapleczu.
Wróciła bardzo szybko, trzymając pod pachą pudełko z sokiem dyniowym, a w drugiej ręce wąziutką fiolkę. Hestia nie zdążyła nawet poukładać tego wszystkiego w głowie, kiedy pod jej nos wetknięto otwartą probówkę.
― Czego mam się obawiać? – zapytała ze ściśniętym gardłem.
― Zielony oznacza, że nie. Bordowy – że tak. Wystarczy, że tam naplujesz – odparła niecierpliwie Pomfrey. Wyglądała, jakby miała ochotę wyrwać jej eliksir i wylać go przez okno.
Hestia zawahała się tylko przez moment. Splunęła. Przez chwilę nic się nie działo, a przeźroczysta ciecz bulgotała niezachęcająco. Wtem, we wnętrzu buteleczki zawrzało, napar zaczął wirować, jakby coś zasysało wodę do środka. Kiedy to dziwaczne podwodne trzęsienie ziemi ustało, eliksir nabrał wściekle czerwonej barwy.
No, pięknie.
― Jesteś w ciąży – podsumowała madame Pomfrey, z głośnym brzdękiem stawiając pudełko z sokiem dyniowym na stołek nocny.


_________________________ 
* bo w pierwszym sezonie VD to właśnie Kevin pisał Damonowi cytaty. Nie wiem, kto robi to teraz, ale na pewno nie on. Pewnie Julie.
**
*** Dobrze, dobrze, dobrze, wiem. Nowa nadzieja wyszła do kin w maju 1977, a my jesteśmy z akcją o cztery miechy do tyłu. Wiem o tym. Ale jestem ześwierowanym na punkcie kosmosu typem jak Jordan i nie mogłam się powstrzymać. Przygoda filmowa Jo zaczęła się więc od młodego Harrisona Forda i Chewbacki <3.
**** Info dla początkujących, jeśli chodzi o angielski – bond to więź międzyludzka :D. Zdecydowanie mylące, jeśli nie zna się Agenta 007, nieprawdaż?

Załóżmy, że Bonnie jest ruda, okej? XD Goooosh, 2x13 TVD, kiedy to było o.O Wtedy, kiedy ten serial jeszcze przyjemnie się oglądało (czyli kiedy Delena była najlepszą serialową parą, baaaardzo dawno temu, co się teraz wgl tam dzieje, szkoda gadać) ;P.

Ogłoszenia parafialne.
To oficjalnie najkrótsze wakacje w moim życiu. Jeśli mam być szczera, to ja cały czas nie czuję, że one się ZACZĘŁY, a już się skończyły. Co to ma być w ogóle... kompletnie nic nie robiłam przez te dwa miesiące i teraz nawet nicnierobienie mi odbierają... Jak pomyślę, że cała na nauka startuje od nowa, to mi się chce rzygać, serio...
Wgl, ja witam nowy rok szkolny z najmniejszą ilością seriali od lat [PLL dopiero zimą (nie pytajcie, czy dalej będę oglądać to po finale, bo chociaż obiecałam i ogłosiłam wszem i wobec na filmwebie, że nie, to ja i tak wiem, że tak) a tak to jeszcze będę walczyć z OUaTem i... to wszystko xD].  Macie może coś nowego do polecenia? Słyszałam, że robią jakiś serial na podstawie Darów Anioła i że R.Murphy coś tworzy z Leą Michele, ale naprawdę nie wiem, co oni wymyślą. Glee się skończyło przyzwoicie, naprawdę mi się ten sezon podobał i oczywiście musiał być skrócony... chociaż by jakiś spin-off zrobili. Chyba obejrzę od nowa całego Teen Wolfa, bo nic już z tego nie pamiętam, a to jest po prostu niezdrowe, tak nagle wszystkie seriale fantastyczne odłożyć na bok. Ogólnie nie ma już tych seriali, które miały mocne pary. Teraz jeszcze HoD się skończył... Twórcy The O.C zawsze byli najlepsi w tworzeniu par... I Chair, i Setha i Summer, i Zade'a stworzyli... no, już nie od nich równie mocna była Delena i Klaroline, ale oczywiście Julie musiała to spieprzyć, bo jak (grrrr). Znowu gadam na TVD, bossshee. Od dwóch lat mówię wszystkim wkoło, że nie będę już tego oglądać, a mogę się założyć, że za miesiąc to włączę, po to tylko, żeby ponarzekać, co oni zrobili z tym serialem. Dobra, zamykam się. Jeśli macie coś na oku, to koniecznie napiszcie ;>. Uchrońcie mnie przed wampami.
Co do rozdziału... jeśli kogoś zaskoczyłam końcówką, to mam nadzieję, że lekko odstresowałam powyższym klekotem od rzeczy. Tak, tak, tak. Hestia. Wpadła. Ostatnio ja strasznie często poruszam ten temat nastoletniej ciąży, ale na Hestię od początku były takie plany. Przyznam głupio, że zrobiłam to specjalnie, żeby w razie gdybym napisała kiedyś kontynuację HzTLa (co miałoby miejsce pewnie za jakieś sto lat, jak dobrze pójdzie) mogła zeswatać Clarisse (no mogę chyba powiedzieć, że to będzie córka Hestii, bo co tam) z Lee Jordanem albo z synem Sereny. Ale ja mam wypaczony od tych seriali mózg, no nie mogę.
Kiedy nn? Niestety, trzeba będzie teraz trochę poczekać, bo muszę odsapnąć od maratonowego pisania. Poza tym stwierdziłam, że ciągły pośpiech nie wychodzi mi na dobre, bo nie zdążam zrobić z rozdziałem wszystkich tych rzeczy, które bym chciała. Udaje mi się zrealizować całą zaplanowaną akcję, ale albo jakiś fragment mi się nie podoba, albo opis... jeśli potrzymam rozdział wystarczająco długo i uda mi się go dopieścić do końca, będę miała może w sobie więcej wiary i zapału :D.
Co do następnego rozdziału... to tradycyjnie oddaję spoilery :*.

Spoilery

1. Urodziny Lily, pojawiają się ona, Dorcas, Emmelina, Marlena, Hestia, Bree, Remus, Syriusz, James, Peter, Jo, Chase, Dorian. Z bardziej gościnnej obsady Greta Catchlove, wraca nam również Isaac. W ostatniej scenie, ale dobra. Pojawia się nowa postać, dzisiaj wspomniana Natasha od Franka i Alicji.
2. Możecie spodziewać się scen Jily, Doriusza, Chestii, Chemmeliny, Remleny i innych lubianych shippów ;>.
3. To chyba mój ulubiony albo drugi ulubiony zaplanowany rozdział ;>.
4. Dwie pary tej nocy wrócą do siebie/zaczną być razem. Jak tak sobie liczę, to chyba będzie 5, może 4 (?) kissy.
5. To będzie trochę mój pamiętnik, można powiedzieć, bo bohaterowie w pierwszej części będą szykować imprezę urodzinową, a to jest dokładnie to, czym ja zajmuję się obecnie xD.
6. Jak w rozdziale świątecznym każdy fragment będzie miał swój akompaniament muzyczny, w tym wiele będzie moich absolutnie ukochanych piosenek.



40 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. No ba, że tak. Odświeżałam na początku tak co piętnaście minut, potem co pięć, a na końcu tak co dziesięć, bo rozdział poprawiałam :3. Ale jest, hihi :D.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. To co najważniejsze - umarłam. A teraz to co równie ważne, bo zanotowałam to sobie w trakcie czytania:
      Jak tylko zobaczyłam mój drugi fragment (i jeszcze ta muzyka! Moja najlepsza Birdy <333333) poleciałam zgasić światło, żeby był klimacik i zawinęłam się w kocyk. <-- to napisałam kiedy jeszcze nie zaczełam czytać dalszego ciągu tej części. Potem bylo tak:
      :ccccccc dlaczegoooooooooooo ;_____;
      Ale więcej o tym w komentarzu za jakiś czas.
      Jordan mówi na Jo J-J, umarłam. Dla mnie to idealna nazwa ich parringu i od zawsze sobie ich tak w myślach nazywam. Jaki to jest idealny chłopak

      Nie myśl sobie, że to koniec. Komentarz kiedy indziej.
      Dziękuję za Remlenę jeszcze raz, mimo wszystko! *.*

      Usuń
    2. Dzieńdobrerek, to znowu ja. Przybywam z komentarzem, czytając po raz drugi rozdział.
      Zacznę od Dorcas, bo mnie niesamowicie irytuje ostatnio. Od kiedy dowiedziałam się, że niejako spowodowała bulimię u Emmy to doprowadza mnie regularnie do szału. No, może przesadziłam, ale naprawdę denerwująca się zrobiła. I jeszcze to krzyczenie na Chase’a >.< MOJEGO Chase’a. I Hestii, chociaż teraz sprawy się nieco komplikują… Chociaż zawsze były skomplikowane w ich przypadku, tak samo jak u Remusa i Marleny. Ale strasznie zbaczam z tematu, bo chciałam pisać o Dorcas jeszcze, ale tak właściwie to po co mam na nią tracić czas. Niech sobie będzie z tym swoim Syriuszem, oboje tak samo irytujący. Chociaż Meadowes bardziej, bo Syriusz to jednak, no wiecie – SYRIUSZ. Wrócę zaraz do Chase’a i reszty, ale najpierw zajmę się moim najlepszym fragmentem, czyli czwóreczką <3 Idealny numer, idealna scena. Znaczy Remlena bardziej, ale tam mi serduszko złamałaś, więc o tym potem.
      Ugh, muszę się nauczyć jakoś składnie pisać, bo to naprawdę żenada jest… No dobra. A zatem czas na bulwers. CZEMU DO CHOLERY CHASE I LILY MAJĄ TAKIE OKROPNE RELACJE?!?!?!?!?!?! Wiesz jaką mam słabość do rodzeństw. Obiecaj mi, że napiszesz KIEDYKOWIEK jakąś scenę, w której Chase broni Lily przed jakimiś bandziorami lub ratuje ją z opresji (albo odwrotnie oczywiście, nie dyskryminujemy dziewczyn, w końcu Lily to feministka). Albo chociaż rozmowę od serca. Taką, żeby jedno pocieszało drugie. O na przykład teraz, kiedy okazało się, że Hestia jest w ciąży. Przecież to na pewno zrani Chase’a i będzie potrzebował się zwierzyć najbliższej sobie osobie, a to w końcu z Lily zna się tak długo. Albo może podczas jej urodzin? Chase powinien złożyć jej życzenia i to będzie idealna sposobność na pogawędkę i przeprosiny. Bo Lily bardzo źle traktuje Chase’a. W każdym razie obiecaj mi, że ich relacje się poprawią. BŁAGAM.
      *OSTRZEŻENIE - komentarz typowej, bezmózgiej fangirl, można pominąć*
      CZEMU CHASE DO CHOLERY MA TAKĄ SŁABOŚĆ DO EMMELINY BŁAGAM ZRÓB Z TYM COŚ ON JEST HESTII A HESTIA JEST JEGO A EMMELINA MOŻE SIĘ WYPCHAĆ CO NAJWYŻEJ PETEREM BO MNIE IRYTUJE BARDZIEJ NIŻ DORCAS
      *koniec komentarza typowej, bezmózgiej fangirl*
      A James wciąż „uśmiecha się obłędnie do Lily” miód na moje serce. Jeszcze nie wszystko stracone! Przykre jest tylko to, że za każdym razem, kiedy wspinają się na kolejny etap znajomości, kiedy James ma nadzieję, że tym razem się uda… wszystko się wali i zmuszeni są zaczynać od początku. Ale o tym też później, bo muszę też się trochę pożalić na Mary, bo mnie przyprawia o odruch wymiotny. Ale *spoiler* później jeszcze coś miłego o niej napiszę. Tak dla równowagi. Ale na razie muszę wspomnieć, że te jej zachowania (jak dawanie Jamesowi różowych nauszników lub rękawiczek) nie są na moje nerwy. Nienawidzę takich słodziaśnych par, których rozmowy ograniczają się do szczebiotania sobie na uszko milutkich słówek. Wiem, że Mary ma charakter i nie jest AŻ tak zapatrzona w Jamesa, ale mimo wszystko te jej zagrania (opowiadania o tym Idealnym Momencie gdy James zaprosił ją na randkę MOGŁY służyć tylko i wyłącznie zirytowaniu Lily, ale na pewno nie tylko tym były spowodowane. W każdym razie… fu.
      Imię Dorian rzeczywiście jest kretyńskie. Punkt dla Ciebie Peter. W klasyfikacji generalnej mężczyzn zajmujesz jednak wciąż ostatnie miejsce, za Jamesem (100000 punktów), Chase’m (100000 punktów), Remusem (100000 punktów), Ethanem (1000 punktów) i Syriuszem (100 punktów). Tak trzymaj, a może dobijesz do dwóch punktów do końca roku. Waszego, kalendarzowego.
      Jesteś świetna w pisaniu takich scen, jak moja czwóreczka - w których występuje wielu bohaterów. To co robisz, to mistrzostwo, bo jak wiadomo, każdego trzeba w takich sytuacjach uwzględnić, nikogo nie pomijać i zadbać, by wszyscy mieli swój udział w rozmowie i zabarwili ją na własne kolory – można się załamać już myśląc o napisaniu czegoś takiego prawda? Cóż, Tobie to wychodzi świetnie. Lubisz taki chaos, nie?

      Usuń
    3. A teraz moja ulubiona część komentowania – czyli komentowanie Jily. Generalnie to jeszcze będę do nich wracać, bo komentuję na bieżąco z czytaniem, ale nie tej dwójki nigdy za wiele <3 Lily zaczyna jeszcze cieplej myśleć o Jamesie – czekałam na to od początku i oto się doczekałam! Wiem, że przed nimi, jak już uzgodniłyśmy, długa i wyboista droga, ale na każdej trasie zdarzają się wyasfaltowane kawałki. Dlatego jestem zdania, że od ich pogodzenia w tym rozdziale do końca rozdziału urodzinowego (liczę na kissa) mają właśnie taki elegancki, cywilizowany kawałek.
      Tymczasem James i Mary mają swoje miejsce w Hogsmeade. To nawet… urocze. Chociaż bardziej z definicji, bo samo miejsce urocze nie jest. No i to Mary i James… fu. Ale jako przyjaciele byliby mega spoczi. Oprócz tego, że Mary biedna troszkę, bo jednak jej zależy strasznie na Potterze… Ale to McDziwka, wiec bez większych sentymentów i żalów. Nie mniej jednak szok – Mary ma uczucia. Porównanie Lily i Mary też było miażdżące, ale też uświadomiło mi jeszcze bardziej, że James po prostu kocha Evans – nawet jeśli tak tego nie nazywa. Wybiera ją, jego uczucia wybierają ją mimo wszystko (wiem, że to nie padło bezpośrednio, ale WSZYSCY to wiemy przecież). Kiedyś gdzieś czytałam, że nie kocha się za coś, ale mimo wszystko. I to się serio sprawdza…
      I chciałam coś napisać, o Marlenie i Remusie, ale tak szczerze to chyba nie jestem w stanie… Za bardzo mi złamałaś serduszko. *toń w poczuciu winy* mogłam umrzeć z rozpaczy i to nie są dżołki :c NAPRAW TO.
      Wyczuwam nadchodzący kryzys u J-J. Jordan niedługo zorientuje się, że Jo nieźle nakłamała i na pewno nie skończy się to dobrze. To zależy co prawda od postawy jaką przyjmie Jo – czy zacznie zaprzeczać, czy może wyjawi mu prawdę albo będzie po prostu milczeć i patrzeć jak jej tru lof rozpada się przez magiczny świat. Mam nadzieję, że chociaż oni przeżyją wojnę… Chociaż niestety prawdopodobne jest, że jedno z nich umrze. Stawiam na Jordana, jako słabsze ogniwo, ale w sumie nie wykluczam też Jo. Przykre to strasznie, koniec tematu.
      Odkłócanie się Jamesa i Lily było trochę sztywne, ale ja tam szaleję z radości, bo byłam święcie przekonana, że pozostaną w stanie wojny jeszcze przez jeden rozdział. Miłe zaskoczenie – to mało powiedziane <33333 Jeju no uwielbiam ich… Dlaczego muszą umrzeć? Nie możesz wkroczyć? Sprawić żeby 30 października Voldemort dostał zawału serca (taki wiek, co poradzić) i odszedł w spokoju w domowym zaciszu? BŁAGAAAM.
      HESTIA W CIĄŻY OMG ZABIŁAŚ MNIE. BIEDNY, BIEDNY CHASE.
      hm, to znaczy biedna Hestia oczywiście.
      No i przynajmniej u dziewcząt już spokój – idealnie. To teraz czekam na urodzinki *.*
      Widzę, że nie tylko mnie zirytował i potwornie zawiódł finał PLL… Ja wciąż nie rozumiem jaki ona miała powód by je torturować przez te wszystkie lata… No serio, oczekiwałam czegoś większego, racjonalniejszego i przede wszystkim – nienaciąganego…
      A na OUaT się cieszę jak nie wiem <3 Nie wiem, czego się spodziewać po Emmie w tym sezonie i jakim cudem oni zamierzają ją odnaleźć i przywrócić dobru. Generalnie nastawiam się na to, że mogę się potwornie zawieść, ale jestem raczej dobrej myśli. Captain Swan forever <333
      A co do kissów – stawiam Lily&James oraz Remus&Marlena. Pewnie jeszcze Dorcas&Syriusz, bo oboje mają za słabą wolę żeby się od siebie z daleka trzymać. I gdybym była odważniejsza, wysnułabym jeszcze propozycję Chase&Hestia, ale biorąc pod uwagę wszystkie zawirowania kiss graniczy z cudem. No, ale pożyjemy zobaczymy. Obiecałaś dużo, więc mam nadzieję, że padną wszystkie z tych par, co wymieniłaś w spoilerach. No, oprócz Emmeliny i Chase’a oczywiście.
      Czekam na to tło muzyczne z niecierpliwością! *.* Masz świetny gust muzycznyyy
      Pozdrawiam, ściskam, całuję i kocham strasznie, bo inspirujesz i wywołujesz we mnie pełno emocji, najróżniejszych – dziękuję za dedyki jeszcze raz i cieszę się, ze byłam od początku. Już zostanę na zawsze, możesz być pewna <3
      Nelcia

      Usuń
    4. PS: Nie żeby coś, ale mam urodziny 13 października, więc gdybyś się wyrobiła z rozdziałem na ten dzień dostałabym najlepszy prezent. No i tematyka pasuje? Pasuje!

      Usuń
    5. I jeszcze jedno... czy tylko mi coś nie pasuje? Dlaczego Dorian powiedział Lily że to on rozpuścił plotkę, skoro zrobiła to Mary? Czy mi się juz wszystko pomieszało i to był jednak Dorian? ;________; pomusz
      Nelcia

      Usuń
    6. Hahha, naprawdę masz szczęście w losowaniach, Nelcia <3. Trafiłaś na akurat te dwa fragmenty w rozdziale, w którym była konfrontacja Remleny. Musisz iść zagrać w totka <3.
      Faktycznie J&J brzmi lepiej niż JOrdan, tym bardziej, że nie da się zrobić etykiety JOrdan, tylko Jordan, a wtedy to się wszystko miesza xD.
      Co jakiś czas upatruje sobie jakiegoś kozła ofiarnego, który ma nawalić, teraz to była Dorcas i trochę Syriusz, chociaż Syriusz regularnie coś spieprza i to jest jego urok xD. Może się jakoś zrehabilituje teraz dziewczyna albo pogrąży się jeszcze bardziej... zobaczymy.
      Mogę ci obiecać, a raczej powiedzieć, bo to już od dawien dawna jest zaplanowane - teraz Lily trochę się ogarnie, skoro odwieczny problem James-Dorian-Snape trochę zelżył, przypomni sobie o tym, że ma brata i niedoszłą-złą-siostrzyczkę (Jo) i już w następnym rozdziale, ale nwm której części tego rozdziału, będzie scena ona i Chase, a potem te sceny zrobią się regularniejsze. Wgl,zauwazyłam, że ostatnio dużo przyjaźni tutaj ucierpiało, więc wróci też relacja Emmeliny z Remusem i HEstii z jej kuzynami, mam nadzieję. Tak więc... po taz kolejny jedna z twoich cudownych teorii się sprawdza. A co do tych bandziorów... kto wie?
      Ten ship Emmelina i Peter mi spędza sen z powiek, serio. Oni TAK BARDZO do siebie pasują, że to aż boli.
      Dziękuję bardzo <3. I tak - UWIELBIAM taki chaos, gdzie jest mnóśtwo bohaterów, gapie wokół, wszyscy się przekszykują. Hehe, to jest takie prawdziwe <3. Cieszę się, że się spodobało :*.
      Przepraszam ze Remlenę... bardzo przepraszam :c. Ale wszyscy wiemy chyba, że oni są endgejmem i jakieś franki i inne wywłoki tego nie zepsują. Na pewno jeszcze wiele się wydarzy, no ale rozumiesz... nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło :3.
      Zawał serca u Voldzia... to pasuje, w końcu Halloween to taka szalona noc. Dookoła biegają małe dzieciaki, duchy wracają na ziemię... sądzę, że to najlepsza data na zawał serca. To pasuje <3.
      Dziękuję ci bardzo <3. Za miłe słowa, za cudowny kom i za te wszyteki komplementy. Dziękuję :***.
      Oczywiście musiałam nawalić i nie zdążyłam do tego 13... a starałam się bardzo, no ale... nie zawsze wychodzi. Życzenia ci już skaładałam, ale jeszcze raz dodam: "Sto lat!", bo zasługujesz na jak najwięcej dobrych życzeń <3.
      No i końcówka - masz rację. Dokładnie tak było - to Mary rozpuciła plotkę, a teraz Dorian wziął sobie cały gniew Lily na klatę i w sumie ją okłamał. Z jednej strony mogłabym powiedzieć, że "to Dorian - tego nei ogarniesz", ale w tym przypadku McDziwka po raz kolejny jest kilka kroków do przodu. Mary musiała go jakoś zbajerwować, zaszantażować albo namieszać w mózgu. Może wszystko na raz. Ta dziewczyna jest w końcu nieobliczalna.
      Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam :*
      Abi

      Usuń
  3. Cholera... xD Zapomniałam się! XD
    Komentarz jutro Abi ^.^
    Moony
    Ps. Tak, nie chcę mi się logować xd

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem oburzona wyświetlił mi się komunikat "Twój kod HTML nie może zostać zaakceptowany: Wartość musi mieć co najwyżej 4 096 znaków" więc rozdziele mój komentarz na dwa.

    OdpowiedzUsuń
  5. PART 1
    Wszystko przeczytane i przemyślane. No to zaczynamy.
    Hestia, pierwszy fragment to dzieło czystego geniuszu. Jak tam do nich doszedł Jeszce Jayden to tylko myślałam na kogo biedaczka zwymiotuje. zaczęło jej się wszystko przypominać. Super. Ale ta ciąża to mnie rozwaliła, nie spo dzie wa łam sie.
    Chasey (możliwe, albo raczej wielce prawdopodobne, że przekręciłam mu coś z imieniem) strasznie dużo go mieliśmy i dobrze bo go lubię. Najpierw ta rozmowa z Dorcas, całkiem, całkiem nie daj się Regan, jesteś (masz być) po stronie Lili. akcja na duble-date genialna, tak powiedział co wiedział i wyszedł. Potem rozmowa z Hestią <3 Ciekawe co z nimi Bedzie... Wyczuwam komplikacje. Taki ból chce, żeby on był z Hestią i jednocześnie też chcę go z Emeliną. Niech ma brata bliźniaka, lub chociaz się sklonuje (pretty little hope #1)
    Marley /tek btw. mój fragmencik z nią i frankiem nie podobał mi się, to znaczy nie skreślić tamto, podobał mi się jak wszystko tutaj, fajna rozmowa i wogóle, ale to że przez ich "związek" nie może być z Lunatykiem złamało mi serce. Oni muszą byc razem (Pretty little wish #1) Remlena forever <3, to chyba mój największy ship po Jily (oczywiste) i Mily (o tym wymyślonym przeze mnie potem trochę)
    Lunio - śledzenie ludzi z Glizdkiem Genialne. To, że tak uroczo kocha Marley Absolutnie Fantastyczne. Remi ONA KŁAMAŁA, ONA CIĘ KOCHA. Moje Serce pękło razem z twoim.
    Emeilna - jestem z ciebie dumna dałaś radę, kłótnia z Dor. Ale ogarnij się dziewczyno. Tyłek w troki, wyrzuć z siebie tą beznadzieję, przestań sierotko maryśkować 9robic z siebie sierotkę Marysię) Opanuj sytuacje z Syriuszem i Dorcas.
    Dorcas - odwrednij się, żebym mogła znowu ciebie polubić (dor zawsze czyt. na innych blogach była moją ulubiona postacią i shipowałam ja i Łape, ale tutaj oni zwyczajnie do siebie nie pasują, więc niech sie kłócą ile wlezie.
    Syriusz - właściwie to co do niego nie mam tu komentarzy, chciałabym jedynie zobaczyć jakąś jego małą akcje -dowcip-zemstę z Lily (taki maly pretty little wish #2)
    Jo - jej na początku nie lubiłam/nie znosiłam/nie tolerowałam, ale teraz to chyba jedna z najlepszych postaci. Jej randki z Jordanem <3 (J-J) Jest tak uroczo bezradna w mugolskim świecie. Prosze daj jej zmieniacz czasu (pretty little wish #3)
    Jaimy - nareszcie zaczynam rozumieć jego sytuacje z Mary, dobrze wszystko z nim okej (Ale proszę błagam ja potrzebować Jily <3).
    Mary - ją też zaczynam rozumieć, a co gorzej nawet lubić (A to źle to miała być zła i wredna do szpiku kości McDziwka)

    OdpowiedzUsuń
  6. PART 2
    I wreszcie Lily - Wielki plus za uświadomienie sobie, że jest egoistką i myliła się co do Jamesa. Rozmowa i pogodzenie się z Jimmy'im (czy jakoś tak) kolejny plus. W jej temacie jeszcze (pretty little wish #2 - współpraca z syriuszem, duet prawie idealny) Tylko prawie, bo duetem idealnym byloby dla mnie Mily (Mary+Lily) Duet z piekła rodem jakby te dwie zawiązały Koalicję (hihihi) to nie istniała by siła zdolna je zatrzymać, ooooooooooo chce zobaczyć je wakcji kontera Huncwoci (to jest Pretty Perfect Big Wish) bez numerka bo nie Bedzie innego to jest to czego pragnę najbardziej, (no może poza Jily) szatańska współpraca, grupa uderzeniowa nie do zdarcia. Ten kto zajdzie im obu za skórę, może tylko szukać podziemnego schronu na Syberii. Ale nie, pudło te dwie wszędzie go dopadną. Na ale odkryłam myślodsiewnie (chyba tak to się piszę) i rozdział 28 daje mi nadzieję "STARE PRZYJACIÓŁKI ZAWIERAJĄ KOALICJĘ". Jezu tak się w to wkręciłam, że chyba napiszę prośbę o to w liście do mikołaja, we wrześniu (może renifery kursują jesienią)
    Z spojlerów wynika, że będziemy mieli dwie nowe/nie nowe pary stawiam na Hestię i ..... Jili (ale nie to tylko taka nadzieja.
    za to pocałunki to Jili, Chemmeliny, Remleny i Jo&Jordan. Tak wszytko dobrze Chasey ma namieszać najpierw pocałować Emmę, a potem wróci do Hesti, niechcący oczywiście, niech się w uczuciach pogubi jak jego siostrzyczka. I to w taki nie winy sposób, nie róbmy z niego intryganta, od tego jest Mary.
    Właśnie uświadomiłam sobie, że przez ciebie (tak to do ciebie autorko o ile to czytasz) nie ship'uję już Doriasza.
    Ale się rozpisałam, kobieto co ty ze mną robisz, w życiu na żadnym blogu (oprócz trzech ulubionych gdzie było symboliczne dziękuje, przeczytała, kocham to) żadnego komentarza nie napisałam.
    Dobrze kończę już, bo palce mnie bolą. wic jeszcze dziękuje za ten cudowny, wspaniały i genialny rozdział, za wszystko, wszyściutko co napisałaś - to jest lepsze od większości, o ile nie wszystkich książek jakie mam na półce, a jest tego chyba koło setki, bo cały czas coś kupuję, a mam narzeka, że zaraz mi miejsca na półkach braknie. A i jeszcze szkoda, że musisz odpocząć i na razie (wciągu najbliższego dnia) nie będzie rozdziału, bo ja bez nich nie mogę żyć. Najchętniej przykułabym cię kajdankami do komputera i pisz i pisz. No, ale trudno, też jesteś człowiekiem...... Prawda? To trochę nieludzkie pisać coś tak ciekawego. Dobra koniec, BŁAGAM o nowy rozdział i przepraszam za błędy ortograficzne, stylistyczne, gramatyczne i interpunkcyjne tego komentarza, nie mam głowy do sprawdzania tego wszystkiego (właściwie to przez ciebie bo cały czas myślę o rozdziale), a polce latają mi po klawiaturze (od rozentuzjazmowania). Boże ja chyba jestem jakąś psychofanką. KONIEC. bo już chyba nie skończę pisać. KONIEC, KOŃCA.
    *Rozdzielając ten post w 2 użyłam Worda co zminimalizowało błędy, przynajmniej ortograficzne.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Jeszcze jedno. Ajk to jest że wszycy (konkretnie 2 osoby) geniusze (geniuszki) noszą imię (nick/pseudonim/login) Abigail/Abi. Wytłumaczy mi to ktoś?
    Chodzi mi o "naszą" (w sensie, że tutaj) Abigail i Abi z Wyzwania Książkocholiczki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Heeej :*.
      Pisząc fragment z Hestią, zastanawiałam się, który z chłopców ma mniej wartościowe buty xD. Stwierdziłam, że pewnie Jayden, dlatego to właśnie one zostały obrzygane. Przykre, ale potem Hestia nie będzie musiała wydawać milionów na zakup nowych.
      Gdyby Chase miał bliżniaka *rozmarzona twarz*. Nieee, i tak nie byłoby go w opie xD. Gdyby Chase miał bliżniaka, zabrałabym go dla siebie. Kijek tej czterdziestoletniej różnicy pomiędzy nami xD.
      Nie zdawałam sobie sprawy, że fandom Remleny jest taki wielki o.O. Hahha, musi być więcej scen z tą dwójką <3.
      Przepraszam, że zepsułam ci postać Dorcas ;c. To moja wina, bo ja osobiście za nią nie przepadam i moja niechęć chyba się stąd wylewa. Zawsze mnie irytowała na innych blogach - prawie każda Dorcas była płytka i przesanie wyluzowana, a przy tym seksowna i inteligentna... ech. Tą inteligencję jej odebrałam, no ale nikt nie może mieć wszystkiego.
      A chociaż Doriusz pewnie będzie engejmem, to i tak ja widzę Syriusza z kimś zupełnie innym (i ze mną, hihi <3), kto dopiero pojawi się w opie ;x.
      Mam na sobie akurat piżamke w renifery, tak więc tym sposobem Twój list jakoś do mnie doszedł. Mily <3. Hahah. Faktycznie, one razem to duet z piekła rodem - dwie wredne, przebiegle, rude, niewyrośnięte dziewczyny Jamesa. Co za siła, co za pocisk. Tak szczerze, to gdyby dołączyl do nich jeszcze Syriusz (oczywiście wkurzony), to ich wróg powinien zacząć pisać testament. Lolz.
      Ethan Evans powinien zapisać to w genach swoim dzieciakom, co nie? To pogubienie w uczuciach. Chasey pasuje do takiego lilowatego. Chociaż nie wiem, czy można AŻ TAK się pogubić. Hmm.
      Ależ nie krępuj się, śmiało pisz długie komentarze ;>. Uwielbiam czytać nie tyle co długie opinie, ale te takie sczere, chaotyczne, pisane w pośpiechu - bo wtedy mam wrażenie, że ktoś naprawdę przejął się całą akcją i jak ja po dobrej książce albo nowym odicnku serialu - wypisuje pośpiesznie swoje wrażenia, podskakując, piszcząc i niechcący czytając multum spoilerów na Wiki.
      Dlatego dziękuję ci bardzo <3333/ Bardzo, bardzo :*/
      Papapa :*
      Pozdrawiam,
      Abi.

      Usuń
    2. Oooooo, właśnie dzisaj odkryłam odpowiedź do mojego przydługaśno-dziwnaśnego komentarza. Dziękuję <3

      Usuń
  8. *zacznę od dupy strony* Woah. Hestia w ciąży?! WTF?! No pojechałaś, kochana. Tylko... Z KIM. Z Chase'em pewnie, c'nie? Powiem tylko, że zawsze, ZAWSZE, potrafisz czymś zaskoczyć, za co cię uwielbiam. No i za te długaśne rozdziały <3
    Powiem, że trafiłam całkiem nieźle z tym fragmentem, bo... uwielbiam Hestię. Jest taka... inna. Dziwna. (Heh, ciągnie swój do swego... nie, żebym była przesądna, co to to nie, wręcz przeciwnie). I... może McDziwka nie jest taka zła, ale i tak jej nie lubię. Ale! Polubiłam Jo. I JOrdana. Są uroczy, interesuje mnie też, co z tego wyniknie... dorian jest be. Fuj, be i niedobry (brędzę, pewnie mam gorączkę... jup). Dobrze, że Lily dała sb z nim spokój.
    Ugh, jak ty to robisz, że nie wiem, co mam napisać?! Ugg. No dobra, tylko nie wiem, co ja teraz z.robię D: Nie mam co czytać, ale odpoczywaj... rozumiem Cię. Pozdrawiam, weny etc.
    ~ Arzja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To musi być masakra w sumie dla Hestii, jak o tym pomyślę. nie dość, że dowiaduje się nagle, że jest w ciązy, to jeszce kompletnie NIC nie pamięta i nie ma żadnej wskazówki, kto jest ojcem xD. Och, pojechałam sobie po niej. Zauważyłam ostatnio taką zależność, że im bardziej lubię postać, tym bardziej ją torturuję - sadyzm stanowi zbyt wielką część mojej osobowości. Ups.
      Hahha, niby nie wiesz, co napisać, ale dokładnie rozumiem, co chcesz przekazać ;>. Gadam na co dzień w podobny sposób XD.
      Dziękuje ślicnie za komentarz :*. Poozdrawiam cieplutko <3
      Abigail

      Usuń
  9. Zaczynając czytać nie pamiętałam nic z poprzednich części, ale dałam radę. Nie wiem czy chcesz słuchać/czytać po raz kolejny to samo odnośnie Twojego cudownego stylu pisania i oryginalnej budowy każdego rozdziału, która przypomina mi odcinki amerykańskich seriali, więc może pominę to i przejdę od razu do zachwycania się wydarzeniami.

    Zaczynając od końca:
    - Jestem w ogromnym szoku. Hestia w ciąży? Chociaż gdyby się tak chwilę zastanowić, to chyba jeszcze tylko tego nie było w Twojej historii. No ale gratulacje, zaskoczyłaś mnie.
    - Zasmuciła mnie rozmowa Remusa i Marley. Ale i tak wiem, że kłamała. Na pewno coś do niego czuje. Nie musi go kochać nad życie, ale na pewno chociaż odrobinkę darzy go miłością, więc kłamała i ja to wiem. Albo chociaż taką mam nadzieję.
    - Podobała mi się rozmowa Jamesa i Mary. To znaczy nie powinna, bo ich relacje są smutne. Ona go tak rozpaczliwie pragnie i nie potrafi tego zmienić, chociaż wie, że na nic się zdadzą jej próby. To bardzo realistyczne.
    - Standardowo czekałam na Lily i Jamesa, których uwielbiam u Ciebie. W dodatku lubię gdy pan Potter, albo ktokolwiek oznajmia Rudej, że świat nie kręci się wyłącznie wokół niej. Powtórzę powód ,,bo to takie realistyczne'', ale właśnie to i w sumie chyba tylko to sprawia, że prawie zakochuję się w opowiadaniach o Huncwotach.

    W sumie rozpisałabym się, ale do zrobienia mam jakieś 15 zadań z matmy (profil mat-fiz pozdrawia), więc daruję Ci mojego zachwycania się wszystkim.
    Po prostu rozdział bardzo fajny. Zresztą jak zawsze.

    Życzę miłego życia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, miałam powiedzieć, że już dobrze działa mi pasek z informacjami, wysuwający się z rogu no i zauroczyłam się w playliście. Tym bardziej, że na wstępie włączyło mi się ,,Roxeen''.

      Usuń
    2. Komentarz dodany 14 września 2015, odpowiedziano - 8 listopada 2015. Jak dobrze, że komentarze nie mają daty przydatności... ale dobra, użyję swoich supermocy i uznajmy, że przeniosłam się do 14 września.
      - Miałam nadzieję, że to będzie zaskoczenie ;>. Chociaż powiem szczerze, że to było planowane od zarania dziejów i ciężko mi było utrzymać swoją walącą-spoilerami-gębę na kłódkę :D.
      - Marlenki mają to do siebie, że rośnie im nos jak Pinokiu. Znam taką jedną... a, dobra, cofnij xD. Po prostu dobrze ją rozgryzłaś - sciemnia jak nic.
      - Ja też lubię scenę Jary z tego rozdziału :D. Fajnie się ją pisało.
      Uuu, przypomniałaś mi właśnie, że ja też mam zadanka z matmy... niedobrze. Chyba idę zrobić sobie kawkę i zarywamy nockę, bo co ;>.
      Dziękuję bardzo za miłe słowa :*. Przepraszam, że nie skomentowałam rozdziału u Ciebie, ale... nie no, ja w sumie nie skomentowałam rozdziału u nikogo, taka jestem miła... będę wszystko nadrabiać i chociaż mówię tak CODZIENNIE, to tym razem na pewno będę nadrabiać - już zaczęłam! :* Wszystko mam odpalone na komórce i czytam na przemian z "Drużyną Pierścienia" i "Krzyżakami". Yey <3.

      Usuń
  10. WTFAKEN? O.O Rozdział? O co kaman, jakaś nieprzytomna jestem ostatnio >...<
    Rozdział taki długi, że po prostu szok :D
    Eeeeeeee...... Yyyyyyy..... Żeeeeeeeee....... co? O.O Hestia w ciąży? Serio? O kurde!
    Dobrze, że Lily odpuściła już tego Doriana >_____< yhmmm grrrr....
    Remus i Marley... dlaczego tak zrobiłaś :( To nie może być prawda, to znaczy ja wiem, że to nie prawda Oh ale kicha :(
    James i Mary... no nie wiem, to przykre tak na to patrzeć, jak ona raczej szans u niego nie ma.... no cóż... Życie... :( :P Ale ja się cieszę xD hahaha :D

    WENY BEJBEEEEEE :*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był cud, że się zmieściłam w jednej części, ale faktycznie, długi jak zawsze :D.
      Ma dziewczyna przesrane teraz, co nie? Brzuszek, zanik pamięci... a załatwiłam ją tak tylko dlatego, że bardzo ją lubię xD. Moi ulubieńcy ze startu mają pod górkę.
      Przepraszam *kuli się pod stołem*. Wiem, że nawaliłam z Remleną, ale, no... sielana już i tak trwa tutaj od jakiegoś roku, czas na złe wydarzenia...
      Hahhahah, mam podobnie xD. To znaczy, lubię Mary, i lubię ją z Jamesem, ale strasznie się cieszę, kiedy wszystkie jej intygi, jak rozwalić Jily palą się na panewce ;>/
      Dziękuję :***. Pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
  11. Jako że Ty podzieliłaś rozdział na 12 częścio-horkruksów pozwolę sobie (a co!) podzielić też ten komentarz na takową ilość :D
    Zatem, jadę z koksem, bo- jak leciało w piosence "nikt się nie leni i nie ma na co czekać" :D

    Część pierwsza- dla wszystkich, czyli także dla mnie! Włączam piosenkę i moja micha się cieszy- nie wiem skąd bierzesz te kawałki i nie chcę wiedzieć bo spędzę tam większość życia ^^ Szkoda mi Hestii, że tak się źle czuje, tym bardziej że niedawno przechodziłam to samo xD Zadziwiam się reakcją dziewczyn :O Ja bym od razu leciała z pomocą i nie przyjęła odmowy nie-zaprowadzenia do Skrzydła Szpitalnego. No, ale tu jak na dłoni widać tą mieszankę wybuchową charakterów którą oczami wyobraźni już widzę na kilkunastu metrach kwadratowych xD

    Część druga już bez piosenki :< Więc pozwoliłam lecieć temu zwariowanemu jutubowi ze swoimi propozycjami. Szczerze to jakoś nie mogę przekonać się do Marleny. Do Franka zresztą też nie pałam ciepłym uczuciem, ale to inna bajka ^^ Miło jednak że po takiej porażce na Kotylionie sobie pomagają. Okej. Czytam i jeśli byłam zdziwiona reakcją dziewczyn w stosunku do choroby Hestii to teraz jestem zszokowana że Alicja tak... sucho? Protekcjonalnie? Nie wiem, ale w każdym razie Marlena ma racje, dziwnie przyszła Longbottom zareagowała na tą całą miłość. AŻ tak zapominać? Serio? O mamo, są rzeczy których się nie zapomina bo... bo nie i basta! xD

    OdpowiedzUsuń
  12. Część trzecia o Dorcas i wkraczamy w świat blisko Lily (jakoś tak mi się Dorcas kojarzy z Lily i nic na to nie poradzę... Czytam Dorcas myślę Lily bo mój mózg jest dziwny i pluje głupimi skojarzeniami xD). Lubię Dorcas i ten jej "plastikowy świat", bo kojarzy mi się z takimi "Wrednymi dziewczynami"- filmie który lubiłam jako nastolatka :D Jest wredna, ale jednak ma coś w sobie co sprawia że ją lubię ^.^ O Chase'ie (tak to się odmienia? xD ) za to mogę powiedzieć same dobre rzeczy, typu: o Morgano jesteś taki mądry! Na Merlina- chajtnijmy się! Mów do mnie jeszcze, nigdy nie odepnę Cię od kaloryfera! :D Słowem taki chłopak prawie-że-ideał. Ma swój rozum... Nie, nie będę tego pisać bo mój mózg każe mi napisać "Ma swój rozum, ma swoje zdanie, ma seksi tyłeczek..." No, i jednak napisałam :v Czy gdzieś pisałaś coś o jego tyłku?! Bo jakoś staje mi przed oczami xD

    Część 4 z muzyką którą- o dziwo-kojarzę i chyba nawet znam xD I Tak samo jak w piosence tak samo i w tej części akcja leci jak szalona! Te zwroty, te upadki, te... To wszystko! :D Fajnie znowu czytać o Remusie i Peterze, lubię ich połączenie (bez takich! Chodzi mi o ich znajomość na stopie koleżeńskiej! xD) Ogólnie wprowadziłaś taki zamęt chwilowy że ciężko się połapać jak się wszyscy spotkali :D Ale to miłe dla mózgu, kiedy dużo się dzieje :D
    PS. Byłoby mi wstyd jakbym coś rozwaliła w sklepie i pewnie bym zwiała xD

    OdpowiedzUsuń
  13. Część 5- moja ulubiona bo już z kilometra mój wzrok wyłapuje imię "Lily" i mózg zaczyna wytwarzać dużą ilość endorfin, zupełnie jak przy jednorazowym zjedzeniu 3...5...20! Czekoladowych żab! :D I tą część komentarza zacznę od opierdolu: JAK DORIAN ŚMIAŁ JEJ POWIEDZIEĆ A.B?! HAŁ DER JU?! Czytam czytam i poza endorfiną rośnie mi też ciśnienie i szlag mnie trafia jak Pan Pustak (zwany dalej PP) śmie... "Przejechał palcem w dół, ku jej brodzie, co Lily uznała za czerwony alarm"?! CZERWONY?! Jak dla mnie już tu teraz natychmiast powinien pojawić się Potter i mu wjeb... uderzyć go powinien! Eh. Oddycham.

    Horkruks numer 6- jestem w połowie, rozdział dedykowany mojej imienniczce a w rozdziale męski James i MakDziwka. Daruję sobie Pottera bo on zawsze jest boski i idealny xD A poględzę Ci o McDziwce ^^ NIE KŁAMIE teraz, bo się brzydzę i bo nie lubię. CAŁY czas jak czytałam o Mary to myślałam że serio z niej McDziwka z naciskiem na 2 człon, ale jak tylko zaczęłam czytać ten rozdział wiedziałam że okaże się że nie jest taka do końca "drugi człon". Tzn nadal jest wredną suczą, to jest bezapelacyjne, nadal jej nie lubię i nie podałabym jej brzytwy gdyby tonęła aczkolwiek... No, może jednak tą brzytwę bym jej podała xD Wiedziałam że ktoś taki jak Potter nie może zadawać się z suczą jak ona, po prostu moja podświadomość czuła że idealność Pottera byłaby zagrożona tą znajomością!

    Część dla Susła zaczyna się super kawałkiem i nie mogę się skupić na czytaniu jak mi to gra xD Samo "HELP! I need somebody! HELP! Not just anybody!" od razu przywodzi mi na myśl Emmelinę (cudne imie, swoją drogą! :D) i jej problemy- z Syriuszem, z bulimią, z rodziną, z sobą ogólnie xD Myślę że Emmelina to taki symbol feniksa trochę :D Brzydka, gruba Emma stała się super seksowną bombą z Hogwartu i Miss Czarownicy :D Czyli mniej więcej osiągnęła to, co każda z nas by chciała osiągnąć (ja jestem inna, wystarczyłoby mi nazywać się Lily Evans, być czarownicą i uczyć się w Hogwarcie xD ). A dalej jest Syr Szwajcarski xD Ogólnie lubię Syriusza, i ewidentnie jest stworzony dla Dorcas- taki sam chory lód w sercu xD Najbardziej podobał mi się seksowno-dupny Chase ze swoim "Co jest, kurwa, nie tak z wami wszystkimi?" To była jak dla mnie wisienka na tej górze tortwej! :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Część ze Skinny Love- uwielbiam, ubóstwiam i w ogóle kocham. I cofam co mówiłam o Marlenie. Część specjalnie dla niej stworzona. Boże, aż chciałabym wziąć w ramiona Remusa i go tak... tak wytulić żeby mu smutno nie było :( Jesteś wredną pisarką, tak ranić naszego Luniaczka! :( Nie mogę pisać nic o tej części bo odnawia mi się moja depresja paranoidalna (cokolwiek to jest, ale brzmi groźnie :D) więc przechodzę do część 9!

    9! Bój się Boga! Czuję się osaczona jak wtedy kiedy moje niemądre kochane stworzenie zmuszało mnie do oglądania każdej z tych części po kolei. Gwiezdne wojny- horror jak dla mnie xD Jednakże rozumiem Jordana z jego podnieceniem, bo to tej pory pamiętam swoją ekscytację gdy do księgarni lub do kina wchodziła nowa część Harrego Pottera ^.^ Więc pomijając całą otoczkę Star Warsów to ta część jest urocza :D No i lubię Jo, mniej więcej od tego czasu jak dopadła nagle Lilki o coś się jej tam pytając (nie pamiętam dokładnie o co, wiem że chodziło o świat mugolski) ^^ JJ to dla mnie ciekawa para, w sumie nie wiem czy nie zaraz po Jily. Intryguje mnie ich związek, ciekawa jestem jak to się z nimi potoczy dalej- cy Jordan się zorientuje, czy Jo mu sama powie, jak zareaguje, zostawi ją czy będzie trwał przy jej boku, czy może umrze nagle i niespodziewanie :D

    Część 10, czyli 3 od końca trochę krótka i znowu o Hestii ale rzuciła mi sporo światła na jej sytuację ^^ Jednak nie widzę przyszłości Hestii z Chasem! Co to, to nie. Ja sobie go rezerwuję na deser (bo Potter na kolację, i zostaje do śniadania xD)! Wybacz, że o tej części tak krótko, ale NA PRAWDĘ nie mam tutaj nic do dodania- po prostu wszystko najlepiej opowiedziałaś w treści :D

    OdpowiedzUsuń
  15. Część 2 od końca powitałam z błogością na pysku bo zmieniła się piosenka xD O, Lily z Jamesem <3 Jaka miła niespodzianka! Nie ważne, że to trójkąt, grunt że ta dwója jest xD Mój mózg widzi to wyraźnie jak irytujące rudowłose stworzenie chodzi po Hogsmead za Potterem i McDziwką, i we wszystko się wtrąca xD To jest takie kochane że masakra :D Uwielbiam, ba, kocham wręcz dialogi między tą dwójką :D Nic tak michy nie cieszy jak "o nie" "no wiem" xD Czytam dalej i nic, tylko przewrót oczami powstrzymuje mnie do zamknięcia tej strony po przeczytaniu jak to Ruda dziękuje Rogaczowi za Smarka :/ Ten chłopak ma zero honoru! Nawet nie podziękował! xD
    RIP
    Przełykając resztki dumy, odwróciła się na pięcie i przytuliła Jamesa w najbardziej przyjacielski sposób na jaki było ją stać.
    Przytuliła Jamesa w najbardziej przyjacielski sposób na jaki było ją stać.
    Przytuliła Jamesa w najbardziej przyjacielski sposób.
    Przyjacielski sposób.
    Nie mogła tak... No nie wiem, erotyczny? :D Żarcik ^^ Szczerze, tak mało jest momentów typowo Jily że aż mi się motyle zrywają w brzuchu jak czytam takie fragmenty ^^ No, fragment z przytulaskami z Emmą i Dorcas też unosił na duchu, jednak mógłby być nieco dłuższy :D

    Część pierwsza od końca, ostatnia. Mam nadzieję że będzie mocne jebnięcie na koniec! :D
    Znowu Hestia, to już dzisiaj 3 raz! No, dobra dobra, wiem że nie wszystko ma się kręcić w okół Jily xD Okej! Już wiem co tu się szykuje! WIEDZIAŁAM! Pieloszkobranie! Aż mi się gorąco zrobiło. Nie wiem i nie chcę wiedzieć co czuje Hestia, wyślij jej ode mnie spory kilogram wsparcia. Albo lepiej- tonę! Huuuuh. Dziewczyno! Tak mnie zatkałaś że nawet nie wiem co napisać xD TEGO bym się nie spodziewała. No i teraz najważniejsze pytanie- KTO JEST OJCEM!?


    Wiem, że to kilka komentarzy, ale nie chciało mi dodać na 2 czy nawet 3 części, wybacz! :(

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiecej Chase i Emmeliny <3

    OdpowiedzUsuń
  17. Nadrobiłam zaległości i oto jestem! :)

    Dorcas strasznie mnie wkurwia... Nie przepadam specjalnie za Emmeliną, mam co do niej neutralne stosunki, ale strasznie zrobiło mi się jej żal. A Dor prawie że pobiła Mary w moich znienawidzonych postaciach. Prawie. Jednak nie sądziłam, że doprowadzi mnie aż do takiego stanu.
    Lily też zaczyna być wkurzająca. Wiem, że jest uparta, dumna etc etc, ale czasami jest taki mega krytyczny moment, w którym to jednak trzeba ustąpić, nawet taka osoba jak Lily. Zauważa, że sama sobie pogorszyła życie nie słuchając Jamesa, a tu takie zachowanie. Pff...
    Syriusz jest dupkiem. Koniec.
    Chase'a lubię, tylko niech nie robi nadziei Emmelinie! Dziewczyna będzie miała złamane serce ;(.
    Heatia... Oł maj gasz, mam nadzieję, że ojcem jest ktoś przyzwoity (może nawet Chasey *-*).
    Jak ja uwielbiam Jordana :3. Z Jo są tacy słodcy, że cały jej podły charakter przestaje się liczyć.
    Scena w sklepie ze słodyczami była genialna <3.

    Co do komentarzy, to jeśli przychodzą Ci na maila to odpowiadając na maila z komentarzem, odpowiedź prawdopodobnie pojawi się jako odpowiedź komentarza. Możesz spróbować, skoro blog nadal nie chce Ci się wyświetlić. Ewentualnie spróbuj otworzyć bloga w innej przeglądarce.

    Czekam na nn <3
    Lydia
    xxx

    OdpowiedzUsuń
  18. Długo mnie nie było, ale mam usprawiedliwienie! Miałam szlaban ( wszystko przez geografię).
    W dużym skrócie:
    1. Lubię Lily za to, że ludzkie jest w niej to nie wyczuwanie dobrej chwili, kiedy odpuścić. To może być irytujące, ale mi się podoba.
    2. Najbardziej podobała mi się scena z rozmową Mary i Jamesa. Może nie była słodka, ale taka klimatyczna.
    Napisałabym więcej, ale trochę nie mam czasu, więc obiecuję, że pod następnym, będzie dłuższy kom.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też macie ostrą geografkę w szkole? ;> To chyba w skali ogólnoświatowej, bo prawie wszyscy moi rówieśnicy żalą się na geografię :*. Nic się nie stało.
      1. O tak, ona naprawdę taka jest, nie? Chociażby się waliło, i paliło, i chociażby oglądała rzeź małych szczeniaczków, ona i tak będzie się przy swoim upierać :D.
      2. Cieszę się, że ta scena się spodobała :D. Już od dawna planowałam upchnięcie gdzieś tej parki, ale zawsze brakowało mi czasu... no, w każdym razie cieszę się, że się udało i się spodobało :*.
      Okej, nie ma sprawy :*
      Pozdrawiam i życzę powodzenia dalej z geografią :D ♥
      Abigail

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).