3 października 2014

18.3. Sylwester w Dolinie Godryka

Poprzednio
James i Syriusz zapraszają dziewczyny na Sylwestra do siebie. James spotyka się z Mary McDonald, swoją byłą dziewczyną, z którą w przeszłości zerwał w tajemniczej przyczyny, ale teraz sądzi, że Mary się zmieniła, chociaż to lekko mija się z prawdą. Marlena przyjeżdża na kotylion, gdzie zostaje ośmieszona. Dowiaduje się, że na ekskluzywnym balu znalazła się tylko dlatego, że jej rodzina chce znaleźć dla niej kandydata na męża, którego majątek mógłby uratować McKinnonów przed bankructwem. Z kolei Belle Potter bez zgody swojej podopiecznej, wydaje zgodę na niebezpieczny zabieg dla Hestii, który może uszkodzić jej pamięć.
W obliczu prawdziwej miłości nie można się poddawać , nawet jeśli jej obiekt Cię o to błaga.”
- Josh Schwartz & Stephanie Savage (twórcy Plotkary)


ok. 22.00

─ To była najbardziej dziecinna rzecz, jaką zrobiłeś w życiu, Potter, a prawdopodobnie złamałeś jakieś prawa fizyki, żeby pobić to, co dotychczas myślałam, że jest najbardziej dziecinne, a co uprowadzenie na szczyt diabelskiego młyna bezkonkurencyjnie zdegradowało.
Lily i James zaczęli kłócić się natychmiast, kiedy tylko Syriusz zniknął im z oczu, co trochę trwało, ponieważ z wysokości czterdziestu stóp przez długi czas mogli obserwować jego niezdarną jazdę motorem, jak również – nawiasem mówiąc – pooglądać panoramę pokaźnej części Manchesteru.


Evansówna w przeszłości uwielbiała karuzele, zwłaszcza nocą, nawet jeśli bywały tak powolne (albo w ogóle stały w miejscu) jak ta tutejsza. W sercu Cokeworth stała karuzela, na którą chodziła swego czasu codziennie, roztrwaniając na bilety całe swoje kieszonkowe i pieniądze zebrane na lody i czekoladę. Pamiętała dokładnie, jak to wyglądało – po szkole, zamiast udać się na obiad do domu – siadywała na karuzeli. Potem z niecierpliwością czekała, aż jej krzesełko uniesie się hen, do góry, a gdy znalazła się na zadowalającej wysokości, rozglądała się po uliczkach miasteczka i porównywała znane jej obiekty z śmiesznymi kształtami, którymi stały się, gdy patrzało się na nie z lotu ptaka. Bloki mieszkalne zamieniały się w postawione na zielonym biurku linijki. Ludzie wyglądali jak muszki owocówki, siedzące na kolorowych gazetach. Uliczki przypominały rozrzucone, szarawe tasiemki bibuły. W przeszłości naprawdę ją to fascynowało.
W przeszłości, bo dawała galeona o to, że po sylwestrowym incydencie z dwoma Huncwotami, diabelski młyn, jak sama nazwa wskazuje, będzie jej się piekielnie kojarzył.
─ Nie miałem pojęcia, że Syriusz uwięzi nas na karuzeli, Evans – odparł bezwstydnie James, kiwając głową z aprobatą, jakby jego kumpel tym wyskokiem bardzo mu zaimponował.
Och, oczywiście! Bo przecież ich tabu na rozmawianie o pocałunku, które skończy się o północy i które miała szansę wykorzystać tylko w dużej przestrzeni i tłumie osób a uwięzienie na samym szczycie diabelskiego młyna, z którego nie ma zbytnio możliwości ucieczki, to jedynie zbieg okoliczności! Co ona sobie myślała, wchodząc z nim w jakieś układy?! Że będzie grał fair? Że nie znajdzie jakieś niedoskonałości w ich umowie, niedomówienia, które pozwoli mu wygrać? Przecież mowa o Jamesie Potterze. Tym samym Jamesie Potterze, który podpisał pakt z diabłem! O Huncwocie, jakiemu kaktus szybciej wyrośnie na dłoni niż który nie da jej popalić!
Lily, nie mając już siły, żeby się choćby złościć, westchnęła tylko ciężko i tonem męczennicy, poprosiła:
─ Miej tyle honoru i przestań kłamać.
─ Nie kłamię – odparł, jak zwykle przygotowany na każdą odpowiedź, James.
─ No to nie kłam.
─ Nie kłamię.
Lily podniosła desperacko ręce, jakby chciała wezwać o pomstę do nieba. Wycierpiała się tego wieczoru już tyle, że obawiała się o swoje zdrowie psychiczne.
─ Możemy zakończyć tę jałową dyskusję? Niezbyt odpowiada mi rozmawianie z kimś, kto jest tak kopnięty, że porwał mnie na szczyt karuzeli – poinformowała go, krzyżując ręce na piersi.
─ To Syriusz – odpowiedział spokojnie James, jakby wcale nie został nazwany „kopniętym” i „niewartym rozmowy”.
I się nie przyzna! Co za paskudny człowiek…
─ Syriusz, Sryriusz – prychnęła. – Ty i on macie mózg na spółkę. Na pewno o tym – popukała paznokciem w barierkę bezpieczeństwa – wiedziałeś.
─ Jest niezły – przyznał James. Jego oczy były nieobecne, co jedynie dolewało oliwy do ognia. Lily nie znosiła, kiedy ktoś ignorował ją tak jawnie jak teraz Potter, albo podczas rozmowy nie patrzał w oczy. Miała wtedy wrażenie, że ta osoba kłamie albo się z niej naśmiewa w myślach.
─ W czym? – spytała ironicznie. – Bo chyba nie dzieleniu mózgu. Ewidentnie ci go gdzieś zostawił, bo nie mógł go mieć, odjeżdżając tym motocyklem po pijaku. Lepiej go poszukaj. Kiedy znajdziesz już ten mózg – wtedy możemy pogadać.
James uśmiechnął się nieprzyjemnie i z udawanym przejęciem, spytał:
─ Serio?
─ Nie – wycedziła w odpowiedzi.
Zapanowało kilkuminutowe milczenie, a dokładniej przerwa na zgromadzenie dostatecznej ilości amunicji, którą w tym przypadku były bezsensowne argumenty i jeszcze bardziej beznadziejne kontrargumenty. Lily skrzyżowała ręce na piersi, nie zamierzając zabrać głosu. Wymyślanie bezsensownych argumentów może trochę z początku pomagało jej rozładować gniew, ale szybko przestało skutkować i dziewczyna musiała znaleźć inny sposób, by powstrzymać mordercze instynkty.
Odkryła, że prawdziwym lekarstwem dla duszy jest to, czym zajęła się po stwierdzeniu, że jest zabezpieczona w razie ataku (a raczej skrajnego szaleństwa Jamesa, bo tylko tak można nazwać przypadek, gdyby nagle postanowił ponownie się odezwać) i że ma wystarczająco dużo osobliwej, argumentacyjnej amunicji – a było to wyobrażanie sobie, że barierka bezpieczeństwa Pottera nagle się podniesie, a ona bez oporów będzie mogła zrzucić go w dół.
Problem w tym, że James przerażająco szybko podjął to skrajne szaleństwo, o które go nie podejrzewała i otworzył buzię:
─ W zakładzie – odparł beztrosko, jakby wcale nie rzucił czegoś ni to z gruszki, ni z pietruszki.
─ Co? – spytała wściekle.
─ Pytałaś się, w czym jest niezły – odparł spokojnie. – Syriusz. W zakładzie. Założyliśmy się, kto bardziej cię dzisiaj wkurwi.
─ Yhym – mruknęła z przekąsem.
─ No tak – James dał jej sójkę w bok. Kroczył po naprawdę cienkiej linii… – Ciebie i Meadowes, mówiąc ściślej. On wylosował ciebie.
Wylosował… wylosował… Ach! Wylosował w zakładzie.
Cóż, poniekąd naprawdę się przykładał, żeby go wygrać.
─ To dobrze – odparła pusto. – Przynajmniej nikt nie będzie dręczył Dori.
Właśnie ta myśl pomagała jej jakoś funkcjonować. Black był skupiony na piciu, doprowadzaniu jej do szału i jeździe w stanie pozostawiającym wiele do życzenia na motocyklu, a to mimo wszystko dosyć zajmujący zestaw. Nie znajdzie czasu, żeby prześladować jeszcze biedną, niepewną i pewnie – niestety – również podpitą Dorcas. A James nie będzie mógł próbować tego robić, bo… no cóż, utknął z nią na szczycie karuzeli.
Może faktycznie nie miał nic wspólnego z diabelskim młynem? W końcu zbytnio nie powinno uśmiechać mu się to, że przegra zakład, tkwiąc z nią czterdzieści stóp nad ziemią. Może Syriusz zdecydował się na ten ruch i po to, żeby wygrać, ale również po to, żeby zdyskwalifikować przeciwnika?
Nie. Zakład to kłamstwo. Nie ma żadnego zakładu. Jest tylko gierka Jamesa Pottera. Ewentualnie zmowa jego i Blacka. Nic innego.
─ Będzie – odparł zdawkowo James. – Hestia będzie.
Lily zaśmiała się perliście. Tak, z pewnością – dziewczyna, która nie pamięta nawet do końca, jak się nazywa, skupi się na rujnowaniu życia Dor. To, że Potter jest mitomanem, wiedziała już dawno, ale z tym przeszedł sam siebie.
─ Hestia jest przez was stracona – odparła z powagą. – To dziewczyna, James. Nie pamięta co prawda mnie czy Dorcas, ale nie pamięta też ciebie i Syriusza, no i jest w tym zakładzie Szwajcarią. A biorąc pod uwagę fakt, że jest dziewczyną, a wy pomimo atrakcyjności fizycznej jesteście jej rodziną, powinna wesprzeć dziewczynę, czyli Dor. Prosta matematyka – zakończyła dumna ze swoich sensownych wniosków.
Teraz to James się zaśmiał.
─ Wynająłem ją.
─ Co zrobiłeś?!
Wynajął… o czym to ten chłopak gadał? Lily zamrugała parokrotnie i z zaabsorbowaniem przysłuchała się temu, co miał do powiedzenia:
─ Och, zasugerowałem, żeby nieco ją – mam na myśli Dorcas – podpiła, a potem wyskoczyła z grą w siedem minut w niebie, aha, i powiedziałem, że mogą użyć tej szafy, która po zatrzaśnięciu się nie otwiera przez jakieś tam zaklęcie, które ćwiczył mój ojciec. Zatrzaśnięcie na amen nie było do końca pożądanym skutkiem, ale w środku nie ma nic cennego, a każdemu żal ją zniszczyć. Aha, jest odporna na magię. Można ją otworzyć tylko po mugolsku, wiesz? Po prostu ją rozsadzając.
Lily uderzyła go pandą.
─ Za co to?
─ Za terroryzowanie mojej przyjaciółki!
Przetarła dłonią twarz. Czy to mogła być prawda? Czy James Potter ponownie wkręca ją w jakąś okrutną gierkę? Głowa rozbolała ją od układania tych wszystkich hipotez, a miała wrażenie, że wciąż nic nie jest pewne.
Przyjmując jednak, że zakład pomiędzy nim a Blackiem faktycznie istniał – czy oboje nie zastosowali identycznej techniki, ale w nieco inny sposób? Syriusz, jak to on, zrobił wielkie przedstawienie i uwięził ją i Pottera na szczycie karuzeli. Przy tym nie wiedział – nie mógł wiedzieć – że okularnik zorganizuje wycieczkę do wesołego miasteczka, a więc prawdopodobnie działał spontanicznie. James nie był na tyle kreatywny, ale zamykając Blacka i Dorcas w szafie poniekąd zmusił do fizycznego kontaktu, a Black poprzez barierki bezpieczeństwa generalnie odgrodził Lily od swojego kumpla. Aczkolwiek oboje – w pewnym sensie – zagnali ją i Dor do miejsca, z którego nie ma ucieczki. Chyba z tym swoim zakładem naprawdę szli łeb w łeb.
─ Och, daj spokój… przecież to tylko dokładnie to samo, co Syriusz zrobił nam – przytoczył jej myśl na głos. – Lepiej pogadajmy na jakiś przyjemniejszy temat – zaproponował z błyskiem w oku. – A więc… uważasz, że jestem atrakcyjny fizycznie?
Lily spiorunowała go wzrokiem.
─ Przysięgam, że jak znowu zaczniesz odwracać kota ogonem, to ktoś tajemniczo wypadnie z barierki zabezpieczającej i poleci w dół, zapewne ze skutkiem śmiertelnym, spadając z takiej wysokości.
─ Panda? – spytał kretyńsko, pokazując palcem na wielkiego, pluszowego misia.
─ Nie – zaprzeczyła Lily i przytuliła pluszaka z całej siły jakby bała się, że Potter zaraz wyrwie z jej rąk przedmiot, który z godzinę temu sam jej sprezentował.
James prychnął:
─ Nagle tak się, przed śmiercią, laski, zżyłyście?
─ To nie o niej mówiłam – Lily przytuliła przytulankę jeszcze ściślej, na potwierdzenie swoich słów.
─ Ale skoro nie możesz wytrzymać, żeby zobaczyć, co się stanie, kiedy coś zacznie z zawrotną prędkością stąd spadać…
─ Nie uważasz, że powinnam o nią dbać? – weszła mu w słowo i z cwanym uśmiechem rozepchała się na krzesełku, tak, że barierka bezpieczeństwa nieprzyjemnie wżynała jej się w żebra, sadowiąc obok siebie pandę i obniżając swoją barierkę, niczym mała dziewczynka, która troszczy się bardziej o swojego misia niż o siebie. James przyglądał się tej scenie z politowaniem, ale szybko zreflektował się, bo odnalazł jakiś punkt, który mógł obrócić na swoją korzyść:
─ Bo to prezent ode mnie, kochanie? Od chłopaka, który jest tak niezwykle atrakcyjny fizycznie?
─ Nie jesteś atrakcyjny – zaprzeczyła bezlitośnie. – Pod żadnym względem. Ale pierwsza część pierwszego zdania jest prawdą. Muszę o nią dbać, bo to prezent. O prezenty należy dbać. Nawet jeśli są od marginesu społeczeństwa.
─ Zaprzeczamy samemu sobie, Evans? Najpierw zaręczasz, że moja nadludzka atrakcyjność może spowodować, że Hestia pomimo że nie pamięta o mojej atrakcyjności wewnętrznej, zdradzi własną płeć, a teraz…
─ To było wyjęte z kontekstu – zaparła się. – Wcale nie uważam, że jesteś przystojny.
─ Nie… wcale… ─ zgodził się James. Jego głos przepełniała ironia.
Lily przejechała otwartą dłonią po twarzy. W co ona się wpakowała?!
─ Powtarzam, Potter – ja cały czas mogę cię stąd zepchnąć – oświadczyła zmęczonym tonem. – Black ułatwił mi morderstwo.
─ Och, nie rozpaczałabyś po tak niezwykle atrakcyjnym i przystojnym – kolejny epitet, Evans, rozkręcasz się! – chłopaku?
Ich rozmowa zaczęła przeobrażać się w grę, polegającą na odbijaniu piłeczki. Lily odbijała ją swoją rakietką jak najmocniej umiała, a James wszystko zręcznie odbierał i posyłał jeszcze raz taki pocisk, który rudowłosa nie była w stanie już odeprzeć, bo należał do takich poniżej pasa.
─ Sądzę, że dostałabym za twoje zabójstwo Order Merlina Pierwszej Klasy.
James parsknął.
─ Och, tak, i specjalne miejsce u Munga. W izolatce.
─ Wyrządziłabym światu taką przysługę, że mogłabym przełknąć przebywanie w izolatce – zadeklarowała.
─ Wiesz co, Evans? To w sumie dobrze, że jestem tak niepoprawnie przystojny i atrakcyjny – wrócił do pierwotnego tematu. Lily westchnęła. – Jedno z nas musi.
─ Sugerujesz, że jestem nieatrakcyjna? – zakpiła, unosząc prawą brew.
─ Ależ nie, w życiu! – zaprzeczył James z udawanym przejęciem. – Ja sugeruję coś zupełnie odmiennego – że atrakcyjności ci brakuje.
Wykres ciosów poniżej pasa: James – 100, Lily – 0. Pora wyrównać rachunek.
─ W takim razie nie mam pojęcia, dlaczego za mną latasz? – zapytała, wzruszając teatralnie ramionami.
─ Szczerze? Ja też – przyznał James, poirytowany tym, że ktoś wykorzystał jego własną broń (ciosy poniżej pasa) przeciwko niemu samemu.
─ Cóż, to chyba potwierdza moją teorię, że to tylko kpiny – wyrwało się Lily, zanim zdążyła pomyśleć.
Zakryła usta dłonią. Co się dzisiaj z nią działo?! Do czego ona zmierza? Czy ma zamiar wypaplać każdy szczegół swojego życia, każdą tajemnicę, jaka została jej powierzona i najlepiej jeszcze każdą myśl, która przeszła jej przez głowę? Mogła być zła w grze na posyłanie ciosów zadanych piłeczką pingpongową poniżej pasa, ale chyba nikt – nikt na całym globie pełnym ludzi, którzy jak ona nie potrafią grać w tenisa stołowego – nie jest aż tak kiepski, że zaczyna wygadywać rzeczy, których w normalnych okolicznościach NIGDY by nie powiedzieli.
Potter natychmiast odwrócił głowę w jej stronę. Jego spojrzenie było tak przeszywające, że Lily miała wrażenie, iż zaraz wypali na jej twarzy dziurę.
Źle, źle, źle...
─ Naprawdę tak myślisz? - spytał James, tym razem bez złośliwej otoczki.
Lily doszła do wniosku, że w swojej opłakanej sytuacji ciosem najbardziej poniżej pasa będzie udawanie głupiej:
─ Że co?
─ Że chcę umówić się z tobą dla kpin.
Nie odpowiedziała.
James przetarł z rezygnacją twarz.
─ Kiedyś doprowadzisz mnie do grobu, Evans.
─ Mam nadzieję – odparła gorzko.
Nie chodziło o to, że tak myślała, bo... no dobrze, umawianie się dla kpin było jej ulubionym pretekstem, który stosowała, gdy traciła zdrowy rozsądek i do głowy przychodziły jej tak szalone i horrendalne myśli jak to, że James Potter jest całkiem uroczy. Wystarczało wtedy, że transmutowała swój mózg w mugolską kuchenkę, wkładała na patelnię swoją uniwersalną hipotezę i odgrzewała ją, przekonując tą część umysłu, która zaczęła wariować i przywoływała ją do porządku.
On chce umówić się z tobą dla kpin. On chce umówić się z tobą dla kpin.
Lily nigdy nie zastanawiała się, ile ta teoria ma się do prawdy. Nie myślała nad nią. Była jej ostatnim kołem ratunkowym, uniwersalnym rozwiązaniem na wszystkie jamesowe problemy. Nie chciała nad nią gdybać. Nie chciała o niej rozmawiać. Nie mogła pozwolić na to, że zostanie rozwiana, bo wtedy straci nad sobą resztki kontroli.
Najwyraźniej jednak do tego zmierzała, bo tylko nagłą chęcią uśpienia rozsądku można sobie wytłumaczyć to, co powiedziała do Jamesa.
Potter głośno zaklął.
─ Nawet nie wiem, co powiedzieć, wiesz?– parsknął. Jego głos był nieprzyjemny.
─ Więc milcz – poradziła mu Lily, nie odrywając ręki od twarzy.
James znowu prychnął, tym razem głośniej.
─ Więc milcz – zaproponowała Lily, nie odrywając ręki od twarzy. Rozpływała się nad własną głupotą.
Poruszać taki temat! TAKI temat na karuzeli. Na samym szczycie karuzeli!
Uderzała się otwartą dłonią w czoło prawie rytmicznie, podczas gdy jej towarzysz urządził sobie koncert przekleństw, z których dziewięćdziesiąt procent nigdy nawet nie słyszała, ale brzmiały tak wulgarnie, że miała pewność, że są przekleństwami. James szeptał do siebie kolejne słowa, które zaczęły brzmieć nawet nieco obco, jakby zmieniał języki jak Hestia, kiedy jeszcze leżała w Mungu. Była mu za to wdzięczna – chociaż targały nią różne emocje, na pewno nie pragnęła wiedzieć, o czym on mówi.
W końcu, po paru minutach monologu we francuskim, niemieckim, hiszpańskim i czymś, co brzmiało jak niderlandzki (chociaż James nie znał żadnego z tych języków) w końcu się zatrzymał, skierował wzrok na nią, a dokładniej na jej twarz ukrytą w dłoniach i spytał tonem tak zmęczonym, jakby nie spał przez kilka dób.
─ Ty wciąż się nie domyśliłaś, prawda?
─ Wracamy do rozmowy o domyślaniu się?
─ A czy kiedykolwiek odbyliśmy rozmowę o domyślaniu się?
─ Tak – odparła. James zamrugał, szczerze zdumiony. - Nie pamiętasz? Pierwsza noc szóstej klasy.
─ Ach! – potaknął, mrużąc oczy. – Ale wtedy też nie za bardzo nagadaliśmy się o domyślaniu się.
─ A chcesz nagadać się teraz?
─ Wiesz… w sumie mamy mnóstwo czasu. Jesteśmy na karuzeli i w ogóle.
─ To, że zwisamy czterdzieści stóp nad ziemią nie sprawi, że nagle zachce mi się z tobą myśleć.
─ Wieszwcale nie musimy myśleć, skoro preferujesz czyny. Na przykład możesz zasygnalizować mi, dlaczego myślałaś, że chce umówić się z tobą dla żartów i dlaczego uważasz, że nie jestem atrakcyjny.
─ Zamknij się, dobra? Po prostu SIĘ ZAMKNIJ.
I jej posłuchał. Zapisał sobie ten temat na listę rzeczy, o których porozmawiają pół godziny przed północą.

***

19.00

Potrzeba zorganizowania pierwszego sabatu pojawiła się wtedy, kiedy banda sąsiadów z Brighton rozstała się, wybierając różne szkoły. Z początku oni wszyscy – Jo, Jilly, Isaac, Tony, Dean i Prim – chodzili do Durmstrangu, gdzie swego czasu nauczał pan Prewett, zanim skazano go na dwudziestoletnią odsiadkę w Azkabanie. Wśród profesorów znani byli jako grupa tak zwanych „spadochroniarzy”, to znaczy, że przez cały swój niezwykle krótki pobyt w szkole wahali się pomiędzy stanem normy a zawieszeniem, a następnego semestru albo wyrzucano ich z Instytutu (do którego po następnych kilku semestrach, w tajemniczych okolicznościach, nagle wracali), albo doczepiali się do jakieś wymiany uczniowskiej. I tak w kółko, i w kółko. Odejście-powrót, odejście-powrót, odejście-powrót…
Grupa spadochroniarzy przez swój charakter dość szybko została rozbita i z tego powodu, aby mogła spotkać się chociaż raz do roku, powstał pomysł sabatów – sylwestrowych imprez, które zawsze, zawsze, kończyły się tragicznie – albo śmiercią (Jilly, Dean), albo kalectwem (Prim), albo obłąkaniem (dziewczyna Deana czy Tony), albo rozprawą sądową (pozostałe przypadki). Ale było zabawnie.
Zastanawiała się, kogo zaprosił Isaac na miejsce dotychczasowych bywalców swoich imprez, bo opcja, że ona i on będą siedzieć w samotności i się na siebie patrzeć, nie wchodziła w rachubę. Być może zapełni czas do północy jakimiś dziwnymi rozrywkami – jak oglądanie walk agresywnych psów czy coś równie krwawego. Z najgorszymi przeczuciami przeszła przez starą, rozpadającą się kładkę. Stawiała kroki bardzo ostrożnie, czując, że jej brak zaufania do dzieł mugoli zostaje wystawiony na próbę, a złe przeczucia potęgował fakt, że prymitywny, drewniany most nie dość że odgradzał centrum miasta od peryferii, to jeszcze została – w istocie beznadziejna – zawieszona nad bagnami. W normalnych okolicznościach przeszłaby się parkiem naokoło, by dotrzeć na Spinner’s End, ale intuicja, a raczej samokrytycyzm, podpowiadał jej, że ryzykując w ten sposób, bezdyskusyjnie się zgubi.
Na kładce stała parka opojów z butelkami Ballentine’s i Heinekena. Krzyknęli coś do niej, ale Jo – ledwo zaszczycając ich spojrzeniem – szła dalej, a jej myśli krążyły po zupełnie innych, pozaziemskich wymiarach, do których wrót owe pijaczyska nigdy nie dostaną klucza, gdy coś sprowadziło ją z powrotem do nędznej rzeczywistości i tej prozaicznej kładki. A byli to – paradoksalnie – opoje.
Ten błysk w oczach, przypomniała sobie Jo, a z jej ust wyrwał się zduszony okrzyk. Odwróciła się na pięcie.
Opojów nie było.
Heinekena i szkockiej również.
Pokręciła głową. Co się dzisiaj ze mną dzieje?, pomyślała z przekąsem, wracając do ostrożnego, aczkolwiek nie do końca pozbawionego bujania w obłokach, chodzenia po kładce. W końcu cechą ludzką jest bagatelizowanie błogosławionego zmysłu wzroku (zwłaszcza, kiedy nasze spostrzeżenie zalicza się do zjawisk surrealistycznych) dopóty, dopóki podobna wizja do nas nie wróci ponownie za drugim, trzecim, a czasami nawet piętnastym razem. Ten problem dotyka także czarodziei, którzy powinni (lecz nie są) być przygotowani do widywania tak dziwnych rzeczy jak powracający z grobu starzy przyjaciele.
Jo nie zawracała więc sobie na razie głowy Deanem Walkerem i jego wątpliwym kontaktem z kostuchą. Na razie.
Nie ciężko było trafić pod dwunastkę z ułamkiem na Beacon Close czy – jak kto woli – Spinner’s End. Nie dało się ukryć, że na tej ulicy nie istniało coś takiego jak oznaczenie, nie wspominając o jakieś krótkiej informacji turystycznej dla Gotów czy wyznawców tego okluczegoś, jakkolwiek to określił Jordan, ale jednak w jakiś osobliwy sposób nawet ktoś do tego stopnia pozbawiony orientacji w terenie jak Jo, potrafił zorientować się gdzie co stoi. A 14 ½ B wyglądało jak jeden skansen z fatalną ekipą kustoszy.
Prewettówna wzięła kilka głębokich, rozpaczliwych oddechów i gotowa na najgorsze postawiła przed siebie prawą (taj jej się przynajmniej wydawało) nogę, a nim zdążyła się zorientować naprzód ruszyła i lewa, po czym – niczym grupka skautów, z którymi Jo pojechała na narty – zaczęła rytmicznie maszerować – prawa, lewa, prawa, lewa…
Gdzieś przy szóstej lewej Jo – zbyt zajęta liczeniem kroków – wpadła prosto na jakiegoś chłopaka, a dokładniej jego klatkę piersiową. Klatkę piersiową dobrze znanego jej chłopaka.
─ Isaac? – wyjąkała, rozpoznając znajome perfumy. Natychmiast się odsunęła, zażenowana własną niezdarnością. Monroe wlepił w nią swoje oczy barwy podobnej do wściekłego morza w trakcie sztormu i uśmiechnął się chłodno.
─ Ktoś cię podprowadził? – spytał głosem wyprutym z emocji. Brew Jo powędrowała do góry.
Czyżby odpłynęła na tyle, że straciła kontrolę, a Isaac spenetrował jej umysł? Czy dowiedział się o Jordanie? Czy już udało się wszystko stracić?
─ N…nie – skłamała, udając zdumienie. – Dlaczego?
Wściekłe oczy Isaaca zdawały się wysysać z niej radość życia. Pomyślała, że warto byłoby go zapisać na terapię do Jordana. Ten chłopak miał dar do poprawiania nastrojów u ludzi. Zapoznałaby tę dwójkę z całą pewnością, licząc po cichu na to, że Steele zamieni jej przyjaciela we własnego mugolskiego bliźniaka, z pozytywnym nastawieniem do życia i z brakiem znajomości tajnik oklumencji. Aha, i bez tego strasznego wyrazu twarzy.
─ Po prostu nie mogę uwierzyć, że gdzieś trafiłaś bez prowadzących cię za rączkę nianiek – wzruszył ramionami, patrząc jej głęboko w oczy. Bardzo głęboko. ─ Wchodź – westchnął, odsuwając się i kiwnięciem głowy wskazując dom.
Jo zamrugała. Od rana wiedziała, że przyjdzie jej wejść do tego zagrzybiałego miejsca zamieszkania zabijającego żony szaleńca, ale dopiero teraz poczuła się nieco skrępowana. Tyle ludzi na nich patrzało! Co pomyślą sobie o nich mugole? Nigdy nie patrzała na sabaty w taki sposób, ale teraz zaczęła się zastanawiać, czy ich specyficzny sposób imprezowania nie zaszkodzi mieszkańcom.
─ Jak znalazłeś to miejsce? – spytała głupio, mając ochotę puknąć się w czoło, gdy tylko do jej uszu doszedł żałosny ton własnego głosu. ─ Nie spodziewałam się po tobie, że dla rozrywki zwiedzasz nawiedzone domy mugoli.
─ To nie jest mugolski dom – odparł zagadkowo Isaac i – najwyraźniej zapominając o dobrych manierach – wyprzedził ją i zniknął w otwartych drzwiach. Jo jęknęła i z miną jak na ścięcie, weszła do słynnego domu czternaście i pół B na Spinner’ s End.
Kiedy tylko usłyszała głośne skrzypnięcie drzwi i poczuła ciężką, cuchnącą woń domu, doznała dziwnego wrażenia, że to miejsce jest dziwnie znajome. Rozejrzała się z grubsza po brudnych panelach w przedpokoju, pozdzieranych tapetach, odsłaniających pasy białego, sypiącego się tynku, a nawet po misternych sieciach, stworzonych w słoneczne, długie popołudnia przez wygłodniałe pająki.
Szósty zmysł podpowiadał jej, że nawiedzony dom faktycznie ma w sobie coś magicznego, ale…
─ Kto tu mieszka? – szturchnęła Isaaca w łokieć, podchodząc do półki zawieszonej na przeciwnej do wejścia ścianie. Postawiono na niej kilka zdjęć w drewnianych ramkach. Nie mogła stwierdzić, czy sfotografowani poruszają się czy nie, bo wszelki widok zasłaniały wielkie, zaschnięte plamy krwi.
Okropność.
Isaac uśmiechnął się zagadkowo, zabrał ramkę ze zdjęciem i bezceremonialnie cisnął nią o podłogę. Jo zamrugała.
─ Co ty…?
Zamarła, kiedy zobaczyła, co wypadło z roztrzaskanej ramki. Obok zdjęcia, rodzina, o której mowa (a Jo już znała jej nazwisko) przechowywała w ramce kwiaty. Tak, dokładnie – wysuszone, niezbyt urodziwe, ale niezwykle charakterystyczne roślinki.
Tak dziwne kwiaty Prewettówna widziała tylko raz w życiu, ale miała stuprocentową pewność, że nigdy pamięć o nich nie opuści jej głowy.
─ Walkerowie – szepnęła, odwracając w kierunku swojego towarzysza. ─ Jak mogłeś powiedzieć mi, że nie widziałeś się z Tonym!
Cała się rozpromieniła na myśl, że Isaac spotkał się z Tonym Walkerem. Uwielbiała tego chłopaka – miał w sobie tyle zaraźliwego entuzjazmu, zawsze potrafił zachować twarz i – podobnie jak ona czy Monroe, ale o wiele skuteczniej – był wybornym aktorem. Nie znała człowieka z taką doskonałością udającego niewiniątko. Swoim poczuciem humoru trochę przypominał jej Jordana, tyle że oczywiście nie miał tak dobrego serca jak on.
Co nie zmieniało pozytywnych stron tego faktu – skoro odnalazł Tony’ ego, przy okazji wytropił jej ostatniego sojusznika. Merlinie, Tony Walker! Jo nie mogła się doczekać, żeby go zobaczyć! On na pewno zrozumie to nieporozumienie z medalionem, jeszcze raz porozmawia z Isaakiem i stawi się za nią i jej nowym planem, jak tylko go usłyszy. Wszystko dobrze się skończy. Musi.
Och, jakie miała dzisiaj szczęście! Tony Walker! Odzyska Tony’ ego Walkera! Sabat jest uratowany!
─ Nie – zgasił ją Isaac. Jo zrzedła mina.
Albo i nie.
─ Ale rozmawiałem z kimś z jego rodziny – wzruszył ramionami.
Dziewczyna jęknęła z rozczarowaniem. Już miała rzucić jakiś solidarny tekst, coś w stylu, że powinni w trudach swojej sytuacji zjednoczyć się i skupić na odnajdywaniu Tony’ ego, ale plan nawijania tego, co ślina jej na język przyniesie, został zduszony w zarodku.
Zza sąsiednich drzwi coś głośno skrzypnęło. Jo zmarszczyła brwi i odwróciła głowę w kierunku źródła szmeru. Kątem oka zauważyła, że Isaac złośliwie się do siebie uśmiecha.
─ To duch Walkerów nawiedza to miejsce? - spytała, czując, że dobry humor opuszcza ją tak szybko, jak się pojawił.
─ Jeśli jakiś duch nawiedza dzisiaj to miejsce, to tylko dobrej zabawy – uśmiechnął się niemrawo Isaac. Jo zamrugała.
Nie chodziło nawet o to, że Isaac Monroe zachowuje się niepewnie, co wystarczająco mówiło o specyficzności jej sytuacji, ale o jego zagadkową uwagę. Zabawa? Nawiedzony dom? Isaac? Przecież to trzy przeciwieństwa. 
Spojrzała na swojego towarzysza z podobnym brakiem odwagi, ale on jedynie wzruszył ramionami i wskazał na drzwi. Brakowało tylko zielonej maseczki z ogórków i cwaniackiego uśmieszku na twarzy, kiedy mówi: "Sama się przekonaj" i pomyliłaby Isaaca z własną matką. 
Ponieważ należała do osób, które zbyt długo nie zastanawiają się nad podjęciem decyzji, ruszyła w kierunku drzwi, chwyciła za klamkę i – prawie już pewna, że po otwarciu ujrzy scenerię z najgorszych koszmarów – rozdziawiła ze zdziwienia usta.
Za drzwiami była impreza. Tak – w samym środku nawiedzonego domu na ulicy o największej przestępczości w całym Surrey – jakiś wariat urządził imprezę sylwestrową. A ten wariat miał imię.
Isaac Monroe.
Odwróciła się w jego kierunku, zamykając i otwierając usta w wyrazie niemego szoku. Wykrakała! Wykrakała, że będzie impreza! Miała ochotę usiąść i się rozpłakać. Tak, prosiła w myślach o przyjęcie, ale w głębi duszy WCALE tego nie chciała. Nad sabatami krąży klątwa! One zawsze kończyły się śmiercią, postradaniem zmysłów, utratą wolności albo kalectwem! Źle kończyły się, kiedy w ich skłąd wchodziło siedem osób i źle, gdy tylko trzy! A teraz... teraz... w tym pokoju było ich około pięćdziesięciu!
─ Szczęśliwego Nowego Roku – mruknął Isaac i minął ją w drzwiach, jakby wcale nie naraził świata na śmiertelnie niebezpieczeństwo.
Tutaj kończy się cała historia, którą brunetka właśnie odtwarzała w myślach. Siedziała na wielkiej kanapie, pijąc gin i patrząc na wszystkich wilkiem, i myślała nad tym, co strzeliło do głowy jej przyjacielowi. Spodziewała się, że przesiedzi w tej pozycji całe przyjęcie, ale coś po raz kolejny pokrzyżowało jej szyki. Gdy miała wstać, by dolać sobie następną porcję trunku, właśnie wtedy ...
Wtedy…
─ Jilly? – szepnęła, dostrzegając w tłumie osób znajome, ciemne loki, układające się w pewien wyjątkowy sposób, który idealnie pasował do zestawu charakterystycznych dla pewnej osoby rzeczy… i kojarzył jej się z marcepanem, śniegiem i lukrecją.
Z Jilly.
Przepchnęła się przez tłum, nie zwracając uwagi na to, czy mija znajomego, wroga czy też osobę zupełnie innej kategorii. Nic się teraz nie liczyło. Jilly, Jilly, Jilly, Jilly…
Do dziewczyny podszedł jakiś chłopak, ale Jilly roześmiała się i odesłała go ręką tam, skąd przybył. Śmiała się tak samo, jak kiedyś. Ale urosła. Urosła, odkąd Jo ostatnią ją widziała. Urosła od swojej śmierci.
To nie może być ona!, odezwała się jedyna część umysłu Prewett, która jeszcze miała się dobrze. Jilly Monroe nie żyje od… od prawie czterech lat.
Jo przyśpieszyła kroku, ze zdumieniem odkrywając, że kolejna osoba podchodzi do Jilly, tym razem była to jakaś blondynka z wytrzeszczonymi oczami. Trąciła ją w ramię i szepnęła coś ostrzegawczo, a Jilly roześmiała się równie pobłażliwie jak w kierunku tamtego chłopaka i znowu skutecznie się jej pozbyła.
─ Jill! – wrzasnęła Jo, wpadając na Mulcibera, który uśmiechnął się do niej lubieżnie. Ślizgonka wyminęła go, ignorując jego sugestywne uwagi i zaczęła biec, taranując kolejnych ludzi, którzy weszli jej w paradę, aż dotarła do swojej przyjaciółki.
─ Jilly! – trąciła ją w plecy, zdumiona, że dziewczyna nie zareagowała do tej pory na jej nawoływania. Siostra Isaaca odwróciła się na pięcie.
Była nią. Stała przed nią w całej okazałości Jilly Monroe, żywa jak nigdy dotąd i wyglądająca identycznie, co we wspomnieniach Jo. Może miała trochę dojrzalsze rysy, nie wyglądała już jak piętnastolatka, ale… ale jakby wciąż była rówieśniczką Prewettówny. Jakby nigdy nie umierała i nigdy nie przestawała dojrzewać. Jakby to wszystko było tylko kłamstwem.
─ Jilly…
Monroe spojrzała na nią z wyraźnym rozbawieniem, a potem stało się coś dziwnego – tak samo jak wcześniej, z tą dziewczyną i chłopakiem – podniosła ręce, jakby chciała odprawić ją z kwitkiem i zaczęła się zmieniać.
Czarne, kędzierzawe włosy zaczęły jaśnieć, a potem przechodzić w bardziej ciepłe kolory. Mahoniowy. Czekoladowy. Orzechowy. Kasztanowaty. I w końcu… rudy. Jilly zaczęła się kurczyć, złośliwy uśmiech przemienił się w wyraz irytacji, a ciepłe, niebieskie oczy Monroe’ ów nabrały migdałkowych kształtów i ohydnej, zielonej barwy… Nie minęło pięć sekund a przed nią stała – w całej okazałości – Lily Evans.
Jo wrzasnęła.
─ Co ty zrobiłaś?! – wrzasnęła do Lily. – Gdzie jest Jilly?! CO JEST GRANE?! – złapała dziewczynę za ramiona i mocno wstrząsnęła, czując, że łzy napływają jej do oczu.
Po tylu latach… zobaczyła Jilly po tylu latach, a potem… a potem jej jedyna przyjaciółka zmieniła się w niedoszłą siostrzyczkę, która nienawidzi Jo z całego serca. Co za okrutny żart?! Kto to wymyślił?!
Ona nie potrzebuje teraz Lily Evans! Nigdy nie potrzebowała! Jilly wyglądała jakby miała ponad osiemnaście lat, jakby nigdy nie przyszło jej odejść z tego świata i ostatnie cztery lata spędziła właśnie tutaj, na Beacon Close, w tym okropnym domu Walkerów. Jakby nabrała ich wszystkich! Jakby… jakby zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach dla zabawy, jak to Jilly. Jo była w stanie nie zawracać sobie głowy tym, jak siostra Isaaca mogła przetrwać i co robiła w czasie, kiedy powinna blada i wiotka leżeć w trumnie, bo zbyt cieszyła się, że znów ją zobaczyła, podczas gdy… podczas gdy…
Podczas gdy to wszystko było tylko iluzją.
Nie, to nie iluzja. To żart. Jilly żyje i sobie żartuje. Na pewno…
W amoku zobaczyła, jak w stronę jej i swojej niedoszłej siostry podbiega Isaac, a potem ignorując wszystkich, rzuciła się na swoją towarzyszkę.
─ Jo, uspokój się – usłyszała zmęczony głos Isaaca, który łagodnym, aczkolwiek stanowczym ruchem rozdzielił dwie dziewczyny, a dokładniej wybawił Lily Evans ze szponów roztrzęsionej Prewett. Jo krzyknęła desperacko, czując tyle sprzecznych uczuć.
Jak Isaac może kazać jej się uspokoić?! Czy sam nie zauważył, że wpuszcza na imprezę WŁASNĄ SIOSTRĘ, która najwyraźniej ZMARTWYCHSTAŁA, a teraz ma jakieś nadnaturalne zdolności zmieniania swojego ja?
Jak może tego nie rozumieć?!
─ Tam była Jilly, Isaac! – wrzasnęła, próbując wyrwać się z jego objęć. – Zanim nie zmieniła się… zanim się rozpłynęła się…
─ Miałaś przestać – powiedział Monroe.
Jo odtworzyła usta, zszokowana. Jak może kazać jej przestać, skoro dowiedział się dopiero co o tym, że jego siostra wstała z martwych? Jak może być takim ignorantem? Jak może nie umieć postawić się w jej sytuacji? Już miała na niego nakrzyczeć, kiedy zrozumiała, że Isaac nie mówił do niej. On zwracał się do Evans.
─ Ale to takie zabawne, Isaac – zaśmiała się kokieteryjnie rudowłosa, co tak bardzo do niej nie pasowało, że Jo – mimo tego, że znała i widywała ją jedynie przez cztery miesiące i w dodatku bardzo nieczęsto – od razu zrozumiała, że ma do czynienia z kimś, kto nie jest ani Jilly, ani Lily.
Isaac przyjrzał się przez kilka sekund owej dziwnej osobnicze w ciele Lily Evans, a kiedy ta uśmiechnęła się słodko i filuternie, odwrócił wzrok, a na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Zmieszały go słodkie słówka Lily Evans? A może on widział na jej miejscu kogoś zupełnie innego?
Przestała się szarpać. Z drżeniem ręki wskazała na „Lily”.
─ Czym jest ten potwór? – spytała zimno.
„Potwór” prychnął, rozjuszony tym określeniem, a sekundę później zaczął przemieniać się ponownie, tym razem przybierając postać góra dwunastoletniej dziewczynki nieznanej Jo. Miała ona lśniące, kruczoczarne włosy, które sięgały jej prawie do kostek, szlachetne rysy twarzy i długie, odstające uszy. Emanowała z niej dziwna, silna aura, trochę podobna do tej wil, ale o wiele bardziej niebezpieczna. Jo ze zdumieniem zauważyła, że jej oczy są takiego samego, sztormowego koloru jak Isaaca i Jilly.
─ Ładna mi odpłata – prychnęła brunetka, krzyżując ręce na piersi. ─ Ona mi się nie podoba, Isaac.
─ Jo nie podoba się prawie każdemu – potaknął chłopak. ─ Luthien, to Jo Prewett, nie wydaje mi się, żeby istniało jakieś pokrewieństwo pomiędzy nią a wami. Jo – to Luthien. Kuzynka – dobrze mówię? – zwrócił się do Luthien, która prychnęła głośno. – Tony’ ego.
─ Znam tego obłąkańca i byłabym wdzięczna, gdybyś nie szukał między nami pokrewieństwa – grymasiła. ─ Chociaż jakieś tam istnieje.
─ Kim jesteś, dziecko? – spytała lekceważąco Jo, czując, że nie polubi tej smarkuli, która dla zabawy zamienia się w Jilly.
─ Jestem dwa razy od ciebie starsza, wiedźmo – prychnęła Luthien. – I nie będę z nikim rozmawiać, dopóki nie dostanę tego, o co prosiłam.
Ponownie uśmiechnęła się w kierunku Isaaca, który jednak nie zareagował już z równym zakłopotaniem, jak wcześniej. Najwyraźniej bardziej od Luthien onieśmielała go forma, którą wcześniej przybrała.
─ Jest z Ilsurich – uściślił, patrząc na Jo porozumiewawczo. – Potrafi przybrać postać każdej dziewczyny, nawet nieznanej. Tylko dziewczyny – podkreślił, jakby to małe ograniczenie mocy wszystko zmieniało. Jo zamrugała.
─ Z Ilsurich? Z Ilsurich od strony twojej matki? – zdumiała się Jo. – To oni jeszcze nie wymarli?
─ Nie. I nie jesteśmy nawet gatunkiem zagrożonym – prychnęła dziewczynka, krzyżując ręce na piersi. Isaac odchrząknął.
─ Czy mogłabyś zostawić mnie i Jo na minutkę samych? - zapytał uprzejmie. Luthien pokręciła głową.
─ Umawialiśmy się - wytknęła mu. -  Tylko nasza dwójka. ONA mi przeszkadza. 
─ Nic jej nie powiem - obiecał Isaac z wyczuwalnym zmęczeniem  głosie. - Nie naruszę obietnicy. Proszę. 
Jo rozchyliła lekko usta i szepnęła jakieś "wow", bo nie dowierzała własnym uszom, że Isaac Monroe PROSI O COŚ dziecko. Nawet jeśli to dziecko umiało zmieniać się na zawołanie w jej przyjaciółki z dzieciństwa, to i tak coś tutaj nie grało. Skąd wziął się taki respekt do jej osoby? Musieli zawrzeć jakąś umowę. To prawda – brzmiało to absurdalnie, ale dziewczyna nie mogła znaleźć żadnego innego w miarę logicznego wytłumaczenia.
Isaac nie szanował dzieci. Isaac nawet ich nie lubił.
On i Luthien wymienili się długimi, przeszywającymi spojrzeniami. Ten swoisty pojedynek wygrał doświadczony w onieśmielaniu ludzi zwrokiem Isaac, bo dziewczynka – pomimo całego arsenału możliwości przemieniania się w postaci o równie bazyliszkowych wzrokach – skapitulowała i odeszła, mamrocząc pod nosem jakąś przyprawiającą o dreszcze mruczankę.
Jo spojrzała na niego z naganą.
─ Co ty wyrabiasz? ─ syknęła, pokazując na brunetkę palcem. - Najpierw organizujesz imprezę, a potem zapraszasz na nią DZIECI?!
─ Ta impreza byłą pomysłem Luthien ─ odparł, wzruszając ramionami. Jo zaklęła pod nosem.
─ A dlaczego jej słuchasz?
─ Bo jest mi potrzebna – warknął, nagle przestając być opanowany i miły. - Koniec przesłuchania?
─ Dopiero początek – odparła. ─ Nie odpuszczę, dopóki nie dowiem się, co cię rypnęło – obiecała. ─ DLACZEGO jest ci potrzebna?
─ Bo to plan B! ─ warknął. ─ Zawiodłaś z medalionem, dlatego muszę znaleźć inne rozwiązanie, a ona JEST INNYM ROZWIĄZANIEM.
─ Straciłeś zmysły do reszty?! Traktujesz DWUNASTOLATKĘ jak broń? Poważnie, Isaac?!
─ Ona. Nie. Ma. Dwunastu. Lat ─ wycedził.
Jo zamrugała i przypomniała sobie, co ta mała do niej powiedziała:
Jestem dwa razy od ciebie starsza, wiedźmo. Wiedźmo... Użyła tego słowa nieprzypadkowo. Z pewnością chciała ją obrazić, ale niewykluczone, że kryło się za tym coś więcej. Wiedźmo... Tak jakby sama nie była magiczna.
Ale to przecież nonsens! Bóg świadkiem, jak zmieniła się z dwunastolatniej smarkuli w Jilly, a potem w Lily Evans! Zmieniła się. Przetransmutowała. Transmutacja jest dziedziną magii. To niemożliwe, że nie jest czarownicą. Mugolom nie zdarzają się takie rzeczy.
A jeśli nie jest ani czarownicą, ani mugolką? A jeśli tak – to kim? O co chodziło?
─ Ale i tak nie nadążam za twoim rozumowaniem – parsknęła. - Myślałam, że doszliśmy do wniosku, iż wykorzystamy plan Tony' ego.
─ Luthien jest częścią planu Tony' ego ─ potaknął.
─ Nie, nie jest! To dziwadło nie ma tam najmniejszego udziału! Jak już to skupmy się na odbiciu Tony' ego, dobrze? Od namierzenia go i odbicia z psychiatryka.
─ Na to przyjdzie czas.
─ Już przyszedł! Lepiej nie zamiast wchodzenia w kontakty z takimi obsesyjnymi fankami transmutacji zajmijmy się tym! O co w tym wszystkim chodzi? Masz zamiar mi kiedykolwiek o tym powiedzieć?
─ Mam. Kiedy zawiążę z nią umowę.
Jo zamrugała. Spodziewała się raczej tego, że po słynnym „nie jesteśmy już dłużej przyjaciółmi” Isaac zacznie robić problemy, tymczasem on traktuje ją tak, jakby nigdy nic. Chłopak ten nie miał zwyczaju rzucania słów na wiatr, a jeśli zdarzyło mu się coś podobnego, to tylko wtedy, gdy ktoś bardzo zalazł mu za skórę. Kto to mógł – hipotetycznie – być? Luthien? To znaczy, że jak długo ma z nią kontakt? Skąd oni się w ogóle znają?
Po raz kolejny tego wieczora na Jo spadł grom z jasnego nieba – z początku był to szok, kiedy zobaczyła Jilly (a raczej Luthien), a teraz czysta, głęboka ciekawość. Zastanawiała się, czy Isaac celowo trzyma ją w niepewności czy też NAPRAWDĘ nie może jej teraz wtajemniczyć w ten cały dziwaczny układ pomiędzy nim a kuzynką Tony' ego.
─ W takim razie KIEDY zawiążesz tę umowę? - spytała z rezygnacją.
─ Kiedy kuzynka przywiezie mi najprawdziwszą Demencję.

***
tuż przed północą

Lily nie miała do tej pory pojęcia, że gwiazdy są takie piękne. Zwykle trzymała się kurczowo rzeczywistości, stąpała twardo po ziemi, a w jej życiu nie było miejsca na bujanie w obłokach czy – jak kto woli – gapienie się w gwiazdy. Ale teraz, na szczycie karuzeli, gdzie nie musiała już dbać o wszystko i wszystkich, a bezczynność i milczenie powoli ją zabijały, nie czuła żadnych wyrzutów sumienia, kiedy powoli uciekała myślami do Nibylandii.
Myślała o Jamesie. To znaczy – nie marzyła o nim, ale myślała. Myślała nad tym, co jej powiedział o… no cóż, poniekąd to o domyślaniu się. Zastanawiała się, z którym rodzajem Jamesa rozmawiała. Z którym alter-ego. Z tym pozytywnym, które to nigdy by nie żartowało albo przesadzało w rozmowie na temat kochania się w kimś, czy też z tym drugim, innymi słowy z żywą kopią walniętego Syriusza-więziciela-na-karuzelach-Blacka, które bez mrugnięcia nakarmiłoby ją kłamstwami, żeby w duchu nabijać się z jej naiwności.
Rudowłosa starała się zawsze dostrzegać w ludziach dobre cechy, ale jednocześnie wśród zalet, których dopatrywała, nigdy nie znajdowała się bezinteresowność. Ona osobiście była osobą, która nie wierzyła w dobre intencje ludzi, a raczej w altruizm czy poświęcenie dla drugiego człowieka. Uważała, że takie rzeczy jak przyjaźń mogą funkcjonować jedynie jeśli każda strona coś od siebie da, a wątpiła w istnienie miłości, a zwłaszcza nieodwzajemnionej. Te poglądy powinny od razu rozwiać jej problem, przekreślić istnienie tego pierwszego, pozytywnego oblicza Jamesa, tłumacząc sobie, że jest ono jedynie iluzją i twierdzić ją w przekonaniu, że Potter jest bez serca i ponownie urządził osobisty maraton bawieniem się jej kosztem.
Ale tak się nie stało. Tym razem jej przekonania, postawy i myśli nie roztoczyły wokół niej bariery, osłony, która odbiłaby pociski snajpera, czyli Jamesa. Wręcz przeciwnie. Lily skapitulowała sama, opuściła most zwodzony i zrobiła coś, czego nie robiła nigdy – rzuciła broń.
Bo wcale nie uważała, że James żartuje. Wierzyła, a może nawet miała nadzieję, że jest on poważny. Wierzyła, że to pozytywne alter-ego istnieje i że jeśli coś tu jest iluzją, to tylko ten grubiański, cyniczny i samolubny Potter. Kiedy ta myśl pojawiła się w jej głowie, natychmiast zatrzymała swoje gdybanie.
To oczywiste, że buta i arogancja nie są iluzją. To dominujące cechy Jamesa. Tak samo jak zdolność do manipulowania ludźmi, co robi teraz, z nią.
Zbliżała się północ i nieuchronne kolejne oblężenie, tym razem o wiele bardziej niebezpieczne niż wszystkie powszednie. Lily nie mogła ulec. Nie mogła rzucić broni, chociaż przez pewną chwilę miała na to ochotę. Nie mogła.
─ O czym myślisz? ─ zapytała Przyczyna jej mętliku w głowie.
Evansówna uśmiechnęła się delikatnie, tak, żeby James jej na tym nie przyłapał.
─ O głodzie na świecie – skłamała. – A ty?
─ O pragnieniu tego świata.
Głód, pragnienie… czy to wszystko nie są przypadkiem synonimy pożądania?, przeszło jej przez myśl. Natychmiast się za to zrugała.
Zapanowało milczenie, kolejne zresztą tego wieczora. Nie było jednak krępujące. Nawet w najmniejszym stopniu.
─ Powinniśmy porozmawiać, wiesz? Obiecałaś, że do północy pogadamy.
Rozmowa… pocałunek… obietnica… Faktycznie. Pomyśleć, że zdążyła już o tym zapomnieć! Lily przymknęła powieki, układając sobie w głowie listę tych wszystkich wymówek, które układała kilka dni temu. Nic nie przychodziło jej do głowy.
─ Pamiętam – skłamała, otwierając oczy, jak ktoś obudzony z letargu. ─ I… słucham cię.
James zamrugał, najwyraźniej zdumiony, że nie miała przyszykowanego żadnego zgryźliwego tekstu na dobry początek, jak „mów pierwszy, bo panie mają pierwszeństwo”, czy inne z tych odezw, których w normalnych okolicznościach miała aż za wiele na końcu języka.
Gapienie się w gwiazdy zmniejszyło mi objętość mózgu, pomyślała.
─ Okej… ─ zgodził się, wciąż patrząc na nią dziwnie. ─ Wiem, że czas nam się kończy i te sprawy, ale… Najpierw może wrócimy do tego, co przerwaliśmy… ─ zawahał się i przełknął ślinę. ─ Naprawdę myślisz, że chcę umówić się z tobą dla kpin? – spytał, poważny jak nigdy.
Lily zrobiła kwaśną minę. Zazwyczaj zawsze miała coś do powiedzenia, ale kiedy obok był ten przeklęty chłopak jakimś cudem zapominała o języku w gębie. Dla przykładu – całkiem niedawno o umawianie się dla kpin zapytała ją Dorcas, a ona potrafiła wymienić przynajmniej dziesięć powodów, które potwierdzały tę hipotezę i brzmiały dość sensownie. Teraz… Kiedy James zadał to pytanie nagle nie dość, że zapomniała o każdym z tych powodów, to jeszcze żaden nie wydawał się na tyle sensowny, żeby go sobie przypominać.
─ Nie… ─ wydukała wbrew sobie, przeciągając sylabę – …zawsze.
James zlustrował ją tak specyficznym spojrzeniem, że miała ochotę zapaść się pod ziemię czy raczej – co bardziej pasowało do jej sytuacji – spaść z karuzeli.
Poczuła, że różowieje. Miała nadzieję, że gwiazdy nie dają takiego światła, żeby James mógł zobaczyć jej wypieki na policzkach.
─ Ale zazwyczaj – dokończył za nią chłopak.
─ Posłuchaj – odwróciła się w jego kierunku. Barierka bezpieczeństwa niemiło wżynała jej się w brzuch. ─ Powinieneś postawić się w mojej sytuacji, okej? Ty… - parsknęła. – Od pierwszego roku robiłeś wszystko, żeby mnie zdenerwować. My… my się nienawidziliśmy, James. Dokuczałeś Severusowi, zmieniałeś dziewczyny jak rękawiczki i zgrywałeś wielkiego Don Juana czy… czy Blacka – dokończyła, drapiąc się po głowie. James już otwierał usta, by zapytać kim jest Don Juan, ale ona nie pozwoliła mu na to, kontynuując swoją tyradę: ─ To taki szlachcic. Casanova. Męska dziwka. Nieważne… Chodzi mi o to, że kiedy po raz pierwszy spytałeś mnie o randkę, dosłownie dwa dni przedtem naśmiewałeś się z mojego braku powodzenia.
─ Tak wyglądają pierwsze zaloty, Evans – parsknął chłopak, na samą myśl o sobie sprzed dwóch lat. ─ A przecież nie powiedziałbym ci tego tekstu o braku powodzenia, gdyby było prawdziwe. Nie sądziłem, że ktoś taki jak ty weźmie sobie do serca jakąś żałosną dogryzkę na podryw.
Dogryzkę na podryw? Dogryzkę na podryw? Dogry… Lily pokręciła głową, zbyt zszokowana zastrzykiem nowych informacji. Co ten chłopak wygadywał! Naprawdę upił się do tego stopnia tą jedyną puszką piwa, którą wypił w drodze do Manchesteru?
─ Dogzykę na podryw? – wydukała, czując się coraz bardziej głupio. – O czym ty…?
Wywrócił oczami.
─ Nie musisz teraz zgrywać nieświadomej, Evans. Przecież wszyscy wiemy, że nie brakuje ci powodzenia.
Nie brakuje jej powodzenia! Co ten chłopak zaczął dzisiaj wygadywać? Brwi Lily wędrowały coraz to bardziej ku górze.
─ Czy… - parsknęła, by ukryć zakłopotanie. – Przecież jeszcze dzisiaj powiedziałeś, że brakuje mi atrakcyjności! – przypomniała sobie, dumna, że nareszcie jej mózg zaczął pracować jak należy i podsuwać jej odpowiednie argumenty.
─ Cóż… technicznie rzecz biorąc, to ty powiedziałaś mi to samo – zauważył trzeźwo. – I znowu, Evans, nie spodziewałem się, że bierzesz do siebie to, co mówię.
─ Nie biorę sobie do serca jedynie kłamstw! – wybuchnęła nagle. ─ I nie musisz mi uświadamiać, że nie mam powodzenia, bo o tym wiem. I… mam to gdzieś – odparła szczerze, ale ku jej zdumieniu, głos jej lekko zadrżał.
Co się z nią dzisiaj dzieje?!
James najwyraźniej również wyczuł tę rozpaczliwą nutę w jej głosie, bo rozszerzył oczy jeszcze bardziej, o ile było to w ogóle fizycznie możliwe, i śmiertelnie poważnie (jakim on jest świetnym aktorem!, pomyślała Lily) odparł:
─ Masz powodzenie.
─ Nie, nie mam.
─ Masz.
─ Nie… nie mam, James.
─ Masz.
Lily, cała czerwona ze wstydu, postanowiła zostawić ten temat za sobą, bo obawiała się, że za kilka chwil kolor jej policzków będzie świecił w ciemności, jak nos Rudolfa.
─ Ale… no wiesz, James, kiedy wtedy zapytałeś mnie o randkę… zrobiłeś z tego niezłe przedstawienie i… a poza tym… ─ westchnęła ciężko. Przetarła dłonią twarz, próbując wziąć się w garść.
Potter przyglądał jej się tymi swoimi ciepłymi, orzechowymi oczami, a ona znowu przypomniała sobie swoją teorię o jego alter-ego. Chyba jeszcze nigdy nie pozwolił swojej „lepszej” osobowości do tego stopnia go zdominować. Ten James niby wciąż był taki zadziorny i upierdliwy, i… poniekąd wciąż bezczelny, ale w pewien sposób wcale jej to nie przeszkadzało. Te cechy na co dzień doprowadzały ją do szaleństwa, ale kiedy zostawali sami, a Potter odsłaniał swoje drugie oblicze, w pewien sposób dodawały mu uroku i sprawiały… to głupie, ale sprawiały, że był bardziej Jamesem. Że był bardziej Prawdziwym Jamesem. Że… cóż, że był bardziej jej.
Przełknęła głośno ślinę.
─ My… nikt nie chciał się ze mną umówić, o czym nie omieszkałeś mi przypomnieć, a tu nagle podchodzisz do mnie i… i pytasz, czy mam wolne Hogsmeade. Co miałam sobie pomyśleć, James?
─ Długo zbierałem się do tego, żeby cię gdzieś zaprosić – przyznał, teraz i on był zakłopotany. ─ I dlatego… no cóż, dlatego często wyskakiwałem z takimi tekstami. Ale, Lily, bądźmy teraz poważni – jak możesz mnie winić? NIKT nigdy by nie pomyślał, że ktoś taki jak TY…
─ Ktoś taki jak ja? – przerwała mu niegrzecznie. – A co sprawia, że ktoś może być jak ja? Czy tworzę jakiś odrębny gatunek?
James uśmiechnął się lekko.
─ Zawsze myślałem, że nie obchodzi cię, co myślą o tobie ludzie. Takie sprawiałaś wrażenie… no wiesz… Wyniosła, niedostępna, mająca swoją opinię na każdy temat – wzruszył ramionami. – Nie ukrywam, że byłaś lekko przerażająca, zwłaszcza kiedy mieliśmy po czternaście lat, ale podobało mi się to. I ty też mi się podobałaś.
─ Oł – to tyle, ile zdołała wycisnąć z siebie Lily.
Zapanowało milczenie. James oblizał nerwowo wargi i zaczął dudnić paznokciami w bramkę bezpieczeństwa, co w normalnym wypadku byłoby denerwujące, zwłaszcza, że wybijał dość prymitywny rytm, a Lily, urodzona w rodzinie muzyków, nie znosiła takich rzeczy. Teraz jednak jej zszargane codziennością i dzisiejszym dniem nerwy, jakby kompletnie ją opuściły. W ciągu ostatnich lat chyba nie doświadczyła takiego uczucia – takiego relaksu i spokoju ducha. Od zawsze była dosyć drażliwą i emocjonalną osobą.
I znowu, równolegle do robienia czegoś, co nie leżało w jej naturze (za pierwszym razem przecież zaczęła myśleć o niebieskich migdałach przez dobrą godzinę, gapiąc się w gwiazdy) – myślała o Jamesie. Ale inaczej niż dotychczas.
Co jeśli… co jeśli nie ma dwóch Jamesów w Jamesie? Co jeśli on naprawdę nigdy się nie zmienia, a to wszystko nie jest nawet dobrą grą aktorską? Co jeśli Zły James i Jej James to naprawdę to samo, tyle że ona nie znosi tego pierwszego z zasady? Może po prostu stworzyła Złego Jamesa, żeby mieć kogoś do nielubienia? Niewykluczone, że alter-ego było jedynie jej wymówką, bo nie chciała przyznać, że podczas zeszłego semestru polubiła swojego niedoszłego wroga, chłopaka, który otwarcie z niej kpił.
Temu chłopakowi się podobała. I poniekąd jego kpiny były… – jak on to określił? – dogryzką na podryw? Czy cel nie uświęcał środków? Czy nie powinna darować mu tylu przykrych sytuacji, dlatego… dlatego że chciał dobrze? Cóż, poniekąd łatwe odpuszczanie nie było do końca jej rzeczą. Zachowała się jednak dzisiaj już kilka razy zupełnie nie w swoim stylu, więc czy jeszcze jeden raz zrobiłby jakąś różnicę? A może… może takie uczynki wcale nie wykraczają poza jej styl? Może ma on zupełnie inny charakter, niż dotąd myślała? Może… może to James zmieniał jej osobowość?
To wszystko nagle zaczęło wybuchać w jej głowie, hipoteza za hipotezą rodziła się, a żadna z nich nie umierała, odrzucona natychmiast. Jej mózg hibernował przez całą wcześniejszą rozmowę z chłopakiem, a teraz obudził się i pracował tak dobrze jak nigdy przedtem. Lily nagle zapragnęła znowu go uśpić.
To wszystko złe myśli, alarmowała ta część mózgu, która jeszcze nie zwariowała. Pamiętasz, Lily? ZMOWA. Padłaś dzisiaj ofiarą kilku zmów, czyż nie?
Co jeśli naprawdę James nie miał nic wspólnego z uwięzieniem na karuzeli?, spytała druga półkula, ta mniej rozsądna.
W głębi duszy wiesz, że w to nie wierzysz.
A może wierzę.
Może.
─ Wszystko okej? – konflikt jej umysłu rozstrzygnął James, który swoim niskim, przyjemnym barytonem przywołał ją do porządku.
─ Tak – powiedziała krótko. ─ To… która godzina? – spytała głupio. Chłopak podciągnął rękaw swojej koszuli i spojrzał w zegarek:
– Za dziesięć Nowy Rok.
Lily przełknęła głośno ślinę.
─ Czyli mamy dziesięć minut, żeby pogadać o… o Wigilii, tak?
─ Musimy pożegnać siedemdziesiąty szósty szczeniacką rozmową, nie sądzisz? No wiesz… za dziesięć minut technicznie będziemy pełnoletni, a to chyba niestety ogranicza poziom naszych rozmów.
Evans była pewna, że w Nowym Roku jeszcze niejednokrotnie pogada o niczym z Potterem. Chyba w pewnym sensie to lubiła. Nikt nie miał takich zdolności do spłycania tematu rozmowy i w efekcie robienia z nawet dobrze zapowiadających się konwersacji, pogawędkę od rzeczy.
─ Okej – przystała na to, chcąc mieć już wszystko z głowy.
James przez chwilę milczał, kilka razy otwierając i zamykając buzię, a kiedy wreszcie przemówił, przybrało to nieco inny obrót, niż się spodziewała:
─ Wiesz, tu chyba jest miejsce, kiedy zaczynasz mi przerywać i wmawiać mi jakieś sensacyjne scenariusze, które usprawiedliwiają twoje godne pogardy zachowanie – zaczął z udawanym przejęciem, idealnie naśladując jej tok myślenia. Lily wywróciła oczami – i… nie, nie przerywaj mi! To ważne. Zanim w ogóle zaczniesz sprzedawać swoje tanie wymówki, choć NIE MA, powtarzam – NIE MA niczego, co mogłoby chociaż w najmniejszym stopniu zminimalizować twoją winę, Evans. Obawiam się, że jesteś już po prostu stracona. Nie śmiej się! To jest poważne – nawijał, piorunując ją niezwykle srogim spojrzeniem. – Sądzę, że na tak nikczemny czyn nie ma zadośćuczynienia. Wiedz więc, że zanim w ogóle zaczniesz przepraszać mnie na kolanach, że wciągnęłaś mnie w to ZŁO, przez co straciłem do siebie szacunek… och, dobrze wiedzieć, że tak mimo iż zrujnowałaś mi życie, to bawi cię moje nieszczęście, jakbym żartował!
Lily aż rozbolały policzki od śmiechu.
─ Wybacz mi – podniosła pokojowo prawą dłoń. – Ale… ty traktujesz to jakby wcale nie było niczym takim, a przecież…
─… a przecież ludzie całują się codziennie, Lily, i jakimś cudem nasz świat dalej funkcjonuje – dokończył za nią, niespodziewanie poważniejąc. ─ I po raz pierwszy dzisiejszego dnia, naprawdę cię proszę – przestańmy kłócić się o nic, dobra? Nie patrz tak na mnie – prowokowanie ciebie nadal jest moją ulubioną rozrywką, ale chciałbym ją zachować, a obawiam się, że jak jeszcze jeden raz się tak zabawię dzisiejszego dnia, bezpowrotnie mi się to znudzi.
Lily wyobraziła sobie świat, w którym nie kłóciłaby się z Jamesem. Niby sprzeczki wykańczały ją psychicznie, ale z drugiej strony stanowiły również pewną codzienność, do której zdążyła się przyzwyczaić. I nie wszystkie kłótnie z Potterem zaliczały się do naprawdę wrogich. Czasem… cóż, czasem kłócili się po prostu, żeby się pokłócić, bo chyba w tej materii przyznawała chłopakowi rację – rzadko, naprawdę bardzo rzadko, ale jednak – kłótnie te również funkcjonowały w jej oczach jako rozrywka. Często to przyznawała, bo zgadzała się z tą rzeczą w całości – nie było drugiej tak zdolnej osoby w kłóceniu się jak James (no, może oprócz niej) – on tak samo jak ona był uparty, większość obelg odbijało się od niego jak grochem o ścianę, umiał odwracać kota ogonem, doszukiwać się we wszystkim drugiego dna i – co najważniejsze i co ich najbardziej różniło – potrafił wykazać się opanowaniem, a nawet uspokoić drugą osobę, jakby lał oliwę na wzburzone morze.
─ W takim razie… ─ wzięła wielki haust powietrza. – Dlaczego chciałeś ze mną o tym porozmawiać? Po co… po co zawieraliśmy ten układ?
James wzruszył ramionami.
─ Bo byłem ciekaw, jak to się potoczy.
─ A tak poważnie? – ponowiła pytanie.
Chłopak westchnął ciężko, jakby doszli do tego momentu dyskusji, którego się obawiał. Oczywiście, zakładając, że był w stanie się czegoś obawiać, co było wątpliwe przez fakt, że zaprzedał duszę diabłu.
─ Kiedy czas goni, zawsze dochodzi do ciekawych konsekwencji – odparł z huncwockim uśmieszkiem. – Jestem… jestem po prostu ciekawy nie twoich wymówek – zaczął zastanawiającym tonem – co twoim zdaniem spowodowywało fakt, ale raczej twoich przeżyć po tym fakcie – zakończył z satysfakcją, jakby wszystko było jasne. Lily zamrugała.
─ Masz na myśli… nie mam żadnej depresji ani…
James parsknął.
─ Bez zgrywania się, Evans. Dukać możesz jeszcze długo, bo przez osiem minut.
Osiem minut? Osiem… ach. Osiem minut do północy. Osiem minut do padnięcia umowy. Osiem minut… osiem minut do – mimo wszystko – przegranej. Rozmawiała przecież z Jamesem, a dokładniej zrobiła z siebie zakompleksioną idiotkę przez te odzywki o braku powodzenia. Czy… czy granie na zwłokę tylko nie dopełniłoby obrazu nędzy i rozpaczy? Czy nie zrobiłoby z niej jeszcze większej idiotki? I w końcu – czy nie przypieczętowałaby swojej przegranej jeszcze bardziej?
Granie na zwłokę jest w pewnym sensie najbardziej pospolitą oznaką paniki, a panika – strachu. Z kolei zwlekanie jest unikaniem problemu, a unikanie problemu zwykłym tchórzostwem. A Lily nie chciała być tchórzem. A postrzegałaby się w ten sposób, gdyby zrobiła to, o co podejrzewa ją James. Nie tyle co tchórzem, ale przede wszystkim osobą niedojrzałą. A… a za osiem minut przestanie być dzieckiem.
Przełknęła głośno ślinę.
─ Nie gram na zwłokę – oznajmiła ze sztucznym poirytowaniem.
─ Oczywiście, że nie – zgodził się ironicznie James. – Po prostu udajesz głupią.
─ Nie udaję głupiej! – prychnęła, teraz już z prawdziwą złością. – Ja… ja po prostu nie wiem, o co ci chodzi.
James przetarł dłonią czoło, z rezygnacją.
Właśnie dlatego Lily wolała się z nim kłócić o pierdoły – wtedy oboje mieli tak wiele do powiedzenia, że aż zaczynali się przekrzykiwać. Kiedy próbowali nawiązać kulturalną rozmowę, kończyło się to w taki oto sposób – obydwoje ciężko wzdychali, nie wiedzieli jak ująć obraz w słowa i przede wszystkim co parę sekund zapadało takie okropne, wstrętne milczenie.
─ Dobrze – westchnął Potter. – Walimy prosto z mostu.
─ Walimy.
─ Pytam się, czy coś to dla ciebie znaczyło.
O!
Czy coś to dla ciebie znaczyło.
Czy coś to dla ciebie znaczyło?
Nie, to nie było pytanie. Przynajmniej tak nie brzmiało. To było… to był… to była… zgorszenie? Rozkaz? Prośba?
A może wszystko na raz?
Zakładając jednak, że to było pytanie… czy to coś dla niej znaczyło? Czy to coś…
─ Nie wiem – wypaliła bez zastanowienia, udzielając najgłupszej możliwej odpowiedzi.
Nie wiem. Nie wiem.
Poważnie, Lily?!, skarciła się. NIE WIESZ!?
─ Nie wiesz – powtórzył James, znowu zadając pytanie bez odpowiedniego tonu.
Zapanowało milczenie. Podczas niego oboje ponownie zaczęli gorączkowo myśleć i obojgu szło to różnie – Lily po raz kolejny przyłapała swój mózg na tym, że kompletnie nie współpracował, najwyraźniej buntując się przeciwko tak głupiej właścicielce. Głupiej do tego stopnia, że kiedy chłopak, którego nienawidzi, pyta się jej, co znaczył dla niej pocałunek z nim, odpowiada, że nie wie.
Z kolei praca Pottera i jego mózgu musiała być bardziej prężna, bo zaraz po konsternacji i braku wyrazu, na jego twarzy pojawił się słynny, firmowy, wybitnie teraz niepożądany, huncwocki uśmieszek.
─ Nie wiesz, to znaczy, że nie jesteś pewna? – spytał z błyskiem oku. Lily aż się zapowietrzyła.
To pytanie na pewno ma gdzieś ukryty podtekst!, ostrzegła się. Ale… ale…
Nie wiedzieć… nie być pewnym… to chyba znaczy mniej więcej tyle samo. Tyle, co nic. Synonimy. Wyrazy bliskoznaczne. Gdzie tu można wepchnąć jakiś haczyk?
─ Poniekąd – potaknęła Lily, przeczuwając najgorsze. James ponownie zadumał się nad jej odpowiedzią, mamrocząc jej „poniekąd” do siebie.
─ Czy to znaczy, że chcesz się upewnić? – spytał, pochylając się nad nią tak, że barierka bezpieczeństwa na pewno zwiększyła głębokość jego pępka.
Upewnić… upewnić… upewnić.
O, Merlinie.
─ Nie! – wrzasnęła, nagle pojmując, o co mu chodzi.
─ Dlaczego nie? – James bawił się doskonale, wykorzystując fakt, że jej mózg wziął sobie dzisiaj wolne i nachylił się nad nią jeszcze bardziej.
─ Bo… bo…
Był coraz bliżej… Podciągnął kolana na krzesełko, jakby chciał na nim stanąć, dzięki czemu mógł odchylić się tak, że barierka bezpieczeństwa prawie w ogóle nie krępowała jego ruchów. Uśmiechał się. Uśmiechał się i był coraz bliżej…
─ To przez hormony! – wypaliła spontanicznie, przypominając sobie jedną ze swoich gotowych wymówek. Chyba tą najgłupszą. James odsunął się od niej, ciężko wzdychając.
─ Miało się obyć bez takich tekstów – wypomniał jej. ─ Nie pamiętasz? Przyczyny mnie nie interesują… Za to skutki…
─ Chodzi mi o to, Potter, że wykorzystujesz moje hormonalne wahania nastrojów do własnych celów, co jest tak jakby molestowaniem – odparła, dumna, że nareszcie powiedziała coś sensownego.
James zacmokał.
─ Molestowaniem, powiadasz? Rozmawialiśmy dzisiaj o molestowaniu, nieprawda? Ja powiedziałem, że nie pogardziłbym molestowaniem przez twoją osobę… to chyba idzie w dwie strony, nie?
W dwie strony… w dwie strony…
W DWIE STRONY!
Sprawa malowała się bardzo źle: Lily siedziała sztywno na krzesełku, skrępowana przez barierkę bezpieczeństwa, a James przysiadł na kolanach, podparł się rękoma w jej talii i cmoknął ją krótko w sam środek głowy, bo tylko tam sięgał bez wychylania się z własnej barierki.
Dwie strony… dwie strony… dwie strony…
─ Wiesz co, Evans? – wyszeptał zmysłowo chłopak, podciągając po raz kolejny rękaw koszuli, by zerknąć na zegarek. ─ Za równiutkie – czekaj! – dwanaście sekund mamy północ. O! Już jedenaście.
─ Dziesięć… ─ wydukała, głośno wypuszczając powietrze z ust i podejmując odliczanie. James uśmiechnął się lekko, bo jej oddech przyjemnie ogrzewał jego szyję.
─ Dziewięć… ─ wymruczał jej do ucha.
Hormony, hormony, hormony…
─ Osiem – przełknęła głośno ślinę. James przekręcił głowę tak, że teraz jego nos był na wysokości jej czoła. Dotknął dolną wargą jej skroni, ale ich nie pocałował. Zamiast tego szepnął:
─ Siedem…
Dwie strony… dwie strony… dwie strony…
─ Sześć – szepnęła Lily. Był tak blisko, że słyszała rytm jego serca. Tak cudowny rytm jego serca…
─ Pięć… ─ James zjechał ustami do jej nosa, ledwo go muskając. Jego ręce mocniej ścisnęły ją w pasie, przez co Potter podniósł ją lekko do góry. Evansówna wciągnęła nogi tak jak on, i usiadła po turecku. Teraz mogła się lepiej bronić.
Bronić… bronić, bronić, bronić…
─ Cztery ─ odparła bardziej już pewnym siebie tonem. James parsknął. Jego oddech przyjemnie ogrzewał jej twarz.
─ Trzy – kontynuował, wyciągając palec. Chwycił nim jej brodę i bardzo delikatnie przysunął ją w swoją stronę. Lily właśnie w tym momencie straciła resztę kontroli nad swoim umysłem.
Topiła się w orzechowej powodzi. Była przekonana, że na całym świecie nie istnieje trównie piękny kolor. Jego oczy się tliły.
Usychała z powodu tych głupich kilku cali pomiędzy nimi. Kto w ogóle wymyślił przestrzeń? Kto stworzył dystans? To musiał być bardzo okrutny człowiek.
Kąpała się w tych oddanych iskierkach, które – podobnie jak ona – rozpuszczały się w Orzechowym Niebie.
Hormony? Jakie hormony?
Dwie strony? A może być tylko jedna?
Bronić? Czy nie najlepszą obroną jest atak?
─ Dwa – wydukała, nie mając pojęcia, ile jeszcze zostało. Na pewno wiele… za wiele…
─ Jeden – zakończył James i skrócił jej męczarnie, pozbywając się dystansu pomiędzy nimi.
A kiedy nie było już Orzechowego Nieba, bo James zamknął oczy, i kiedy nie było już dystansu ani kąpiących się oddanych iskierek, były tylko wargi i był tylko zegar, który – chcąc zwieńczyć ten moment – zaczął wybijać godzinę dwunastą.
I na tym polegało upewnianie się. A także domyślanie.


17 komentarzy:

  1. Zajmuję sobie miejsce, bo jeszcze nigdy nie byłam pierwsza ;)
    Wiem, że to dziecinne, ale zawsze jest satysfakcja :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Głupi limit słów! Z tableta wszystko muszę jeszcze raz przepisać :/
      Nie wiem, co napisać... Serio? Dlaczego mi to robisz? Ja zawsze wiem, co powiedzieć, tylko u Ciebie mam ten wieczny problem. To irytujące! To może zacznę od tematu, na który mam najwięcej do powiedzenia? Tak, to dobry sposób.
      Issac jak zwykle zaskakuje. Cóż by innego? Przecież w Sylwestra musi być gorąco. Bez tego byłoby nudno. Co ten facet kombinuje? Ja się pytam! Co on kombinuje? W ogóle dzisiaj mam jakieś refleksje na temat i Isaaca, i Jo. Jo się się załmie. Nie chodzi mi o to, że się podda. O nie! Ona nigdy się nie podda. Jest zbyt silna i... wyjątkowa, by to zrobić. Ale przyjdzie taki czas, że sama przed sobą uczciwie i szczerze się przyzna, że to wszystko jest jakiś obłęd, że to bezsensu, że nie o to co trzeba walczy. Według mnie teraz już to widzi, ale nie umie otwarcie powiedzieć przed samą sobą prawdy. Wiesz, ze tylko ja tak przypuszczam i analizuję itp. Znasz mnie, bez mojej filozofii nie byłoby tego komentarza ;) A co do Isaaca... Zrobiłam odkrycie roku! On jest dobry! Tak, jest dobry. Tylko przez te wszystkie lata cierpienia, bólu, intryg zatracił samego siebie. On potrzebuje miłości (zabrzmiało to jak kiepska diagnoza psychologa). Znaczy on potrzebuje innego człowieka, który go zaakceptuje takim jakim jest. Z jego humorami, obłędem, myślami i cierpieniem. Przecież tak do końca to nie jest jego wina. On był wtedy tylko dzieckiem. Może nad wyraz dojrzałym, ale dzieckiem. Stracił wszystko, co mógł. Podziwiam go, że nadal żyje. Boję się, że go uśmiercisz w jakiś dziwny i straszny sposób. Nie rób mi tego! Wiem, że może trochę przesadzam, ale myślę, że należy się mu szacunek.
      ciąg dalszy nastąpi...

      Usuń
    2. Dobra... Teraz pora przejść do najważniejszego tematu dzisiaj. Czyli do Lily i Jamesa. Znowu mnie zamurowało. Tak... Od czego zacząć? Pewnie wiesz, ze Lily i James to moja ulubiona para. Udajmy, że nie komunikowałam Ci tego już pięćset razy. Uwielbiam ich i to co dzisiaj zrobiłaś było po prostu piękne, wzruszające i przede wszystkim urocze. Tak, urocze to najlepsze słowo. Wszyscy wiemy jak to się skończy, bo wątpię, żebyś całkowicie zmieniła zakończenie. Nie pisałabyś tego, gdybyś nie chciała, żeby byli razem. Znam Ciebie pod względem pisania i dobrze wiem, że zaserwujesz nam jeszcze tysiąc kłótni, ileś rozstań, kiedy wreszcie się doczekamy oficjalnego związku. Bez tego nie istnieliby Lily Evans i James Potter, a przed wszystkim Harry Potter. Jednak mam nadzieję, że choć przez chwilę Lily da Jamesowi szansę zanim znowu zacznie wymyślać głupie teorie, dlaczego to zrobiła. To by było piękne - namiastka przyszłości... Tak, bardzo bym chciała. Choć myślę, że historia Seleny(?) namiesza troszkę. No i jest jeszcze Mary 3:) Co ja odwalam? Zaczynam Ci tu jakiś horacjanizm cytować. Carpe diem! Ostatnio lekcje polskiego mnie niszczą, no ale chociaż piszę szczerze ;)
      znowu ciąg dalszy nastąpi... naprawdę nie wiem co się dzisiaj dzieje z tymi komentarzami

      Usuń
    3. To jeszcze do szczerego pisania. Wiesz, że mało jaka lektura jest w stanie sprawić, że wszystko przeżywam z bohaterami? Że się śmieję durnie do ekranu, że zaciskam nerwowo wargę, że przewracam oczami, że dziwnie marszczę brwi. Tak, Ty to osiągnęłaś, a to nie lada wyzwanie. Twoje opowiadanie to w pewnym sensie okropny tasiemiec, ale nie jest on naiwny i beznadziejny. Ku pokrzepieniu samotnych serc, które naprawdę nie są samotne. Jest życiowy, filozoficzny i magiczny. Czyli to co kocham w jednym. Kiedyś Ci już pisałam, że chciałabym żebyś wydała książkę. Tego raczej nie będziesz mogła wydać, bo musiałabyś kupić prawa autorskie na postacie. Nie wiem jak poprawnie się to nazywa. Ale mam nadzieję, ze napiszesz coś całkowicie własnego i wydasz to. Tak ogólnie to nawiązywałam dzisiaj już do Harry'ego. Gdyby powstała taka książka przed jego czasami, Twoja historia idealnie by się nadawała. Byłaby najlepsza. I w pewnym sensie jest. Bo dla mnie właśnie tym jest. Historią przed Harrym, która za każdym razem zmienia moje życie.
      A teraz trochę na wesoło ;) Planujesz nagle przypadkowe pojawienie się lub powrót rodziców Jamesa, gdy będzie już po wszystkim? Chciałabym przeczytać ich komentarze. To mogłoby być dobre :D Błagam zrób coś takiego. albo chociaż oddzielny fragment/epizod, króciusieńki, aby tylko kilka krótkich komentarzy i sprzeczek, czy czegoś takiego 3:) Proszę <3
      To chyba na dzisiaj koniec mojego komentarza. Zapanował we mnie chyba jakiś taki spokój po przeczytaniu tej części. Nawet chyba zrobiłam sporo mniej błędów niż zwykle ;)
      Jesteś najlepsza. Dziękuję i pozdrawiam :*****

      Usuń
  2. No ja ^&%*^^$(*%%^&!!!
    Pierffsza nie jestem :(
    No, ale cóź...
    zaklepuje sb miejsce drugie ♥♥♥
    Lecę czytać, pa ;*
    Wiatr ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale to wciąż podium, Wiatrusiu <333

      Usuń
    2. Droga Abigail!!!

      Specjalnie otworzyłam Worda, aby napisać komentarz, specjalnie puściłam Beatlesów, bo tylko przy nich umiem się skupić, specjalnie rzuciłam lekcje w kąt. Kochana! Nawet nie wiesz jak bardzo bym chciała napisać mega długi komentarz, który zaraz dałby ci kopa i tylko i wyłącznie pisała (nie będę brać odpowiedzialności za olanie nauki!). Chciałabym abyś ten komentarz zapamiętała na długo i, gdy tylko będziesz miała blokadę twórczą, zajrzysz pod trzecią część rozdziału 18, i od razu będziesz miała nawrót weny! Nie wiem czy mi się uda! Nie mam pojęcia, ale jak to mówi moja kochana weu-fistaka „Jeśli nie przebiegniesz tych dziesięciu kółek, to w życiu nie dowiesz się czy by ci się udało”. I wiesz co? Udało mi się je przebiegność.

      Powiem ci jedno, Abby. Nie chcę aby moje komentarze były takie uroczyste. Wolałabym aby były takie na luzie, przy których mogłabyś się śmiać. Ale na razie mam wenę na takie uroczyste komentarze. Więc życzę powodzenia w czytaniu ;*

      No więc dobra: Jest uroczysty wstęp, teraz czas na zabawne (chyba) rozwinięcie…

      Muszę się zamienić na jakiegoś jurora, nie? Kogo proponujesz? Ja sama mam o tym bardzo malutką wiedzę! Aż wstyd przyznać, ale rzadko oglądam „Mam talent” (kiedyś oglądałam go na okrągło, ale zszedł na psy ;<), „X-factor”, „albo taniec z Gwiazdami”. Milion razy bardziej wolę :The voice of Poland”. Ale wybrać z nich jurora? No nie wiem… Raczej trudne zadanie… Wiem! Będę wszystkimi jurorami! Co ty na to?

      No więc chyba nie wypali! Mam pomysł! Muszę iść się leczyć…

      Abigail,Abby, Agato!

      Ah! Czemu ty tak świetnie piszesz? Czemu musisz pisać tak świetnie? Już od wieki wieków brała mnie ogromna zazdrość jak czytałam twoje opowiadanie! Tylko wiesz… Ta zazdrość raczej nie jest zła… Tylko głupia.

      Na samym początku chciałam ci podziękować! Za co? Na upartego mogłabym znaleźć milion rzeczy, za które mogłabym ci podziękować! Ale dzisiaj chciałbym podziękować ci za dwie rzeczy:

      1. No więc chciałam ci podziękować za to, że piszesz! Za to, że zapoznałaś nas ze swoimi bohaterami, opowiadaniem…
      2. Za to, że zapoznałaś mnie z najlepszymi zespołami tego świata *-* To znaczy: wcześniej znałam Bestelsów, Queen, ale zapoznałaś mnie z Slade, The Who, U2… Sama w życiu bym nie zaczaiła w Internecie! Dziękuję!

      Okej! Mogłam to zaliczyć do wstępu! No ja @$$^%%&%%^&!!! Już prawie zapisałam całą stronę w Wordzie, a ja nawet nie zaczęłam opisywać rozdziału -_- 1000000 pkt za inteligencje!

      Jo… lubiłam ją wiesz? I w sumie nadal lubię! Ale… nadal boję się, że spotka ją taki sam los jak Lukrecję i Ethana ;-; Nie dopuść do tego! Błagam! I wiesz co? Wydaje mi się, że Isaac chyba jednak wiedział, że ktoś ją podprowadził, nie? Wiedział, że była z Jordanem na feriach, prawda? Zainteresował mnie ten Tony… Sądzę, że będzie to 9chyba) bardzo ważna postać, prawda? Impreza jako sabat? No, no, no… byłam pewna, że Berezie coś innego… Sama nie wiem… Ale impreza? Wiesz, ja już naprawdę myślałam, że Jilly jakimś sposobem ożyła, a tu… jakaś osoba, która potrafi zmieniać swoje ja! Luthien… Wiesz jestem prawie pewna, że sporo namiesza i Lily znowu będzie w niebezpieczeństwie!!! Ale do jasnej cholery! Kto to jest ta Luthien? I ile ona mam lat o.O I po co Isaacowi Demencja? No po co? I też jestem zdziwiona, że Isaac nie robi problemów Jo. To chyba dobrze.

      Powiem jedno: głupie ograniczenie znaków -_-
      Poczekaj zaraz będziesz miała kolejny kom ;*

      Usuń
    3. No jestem!

      No a teraz bardziej przyjemny temat, mój ulubiony, czyli moje kochane Jily ♥♥♥

      Ah, jakie z nich słodziaki <3333 Ach żal patrzeć na to, że nie są razem! I ja wiem dlaczego Lily „oszalała”!!! No to oczywiste, że przez Jamesa☺ Innej opcji nie przyjmuje, kochana ♥
      Kocham te twoje nawiązania do przeszłości, wiesz? Uwielbiam, gdy bohater coś sobie „przypomina”! I wiesz co jeszcze lubię w twoim opowiadaniu? Rozmowę Lily i Jamesa ♥ To jest dopiero wspaniałe, pomysłowe!!! Po prostu! Wszystko opisujesz tak jakbyś siedziała sobie koło nich na kaluzerze! Ja wiem kto uważa Jamesa za atrakcyjnego fizycznie *-* Ja!!! *-* ♥♥♥ Groźby Lily są taaaakie słodkie ;* Takie, że chce mi się śmiać z ich dyskusji <3333
      No i teraz trzeba chyba coś wytłumaczyć Lily, nie? No więc Lily: James nie prosi ciebie o randkę dla kpin!!! Wybij to sobie z głowy, ok.?. Sądzę, że dotarło xD Niekiedy, jak czytam twoje opowiadanie, czuję się jakbym czytałam prawdziwą książkę. Twoje opisy są genialne, dziewczyno!!! Są takie prawdziwe, jakbyśmy wszyscy byli przy tym! Rozmyślania lLily są genialne <3 Nie znam osoby, która umiałaby lepiej to wszystko osiągnąć, kochana!! Głód, pragnienia to są synonimy pożądania! A z pożadania nie dalego do miłości <3 i ponownie, Lily! JAMES WCALE NIE PODRYWA CIEBIE DLA KPIN!!!! ZROZUM, BŁAGAM;-; Jestem taka podniecona tą rozmową Jily, że aż moje usta mimowolnie szczerzyły do telefonu wielkiego banana ;D Masakra <33333 Jak można odpowiedzieć chłopakowi, którego się „nie cierpi”, że nie wie czy ich pocałunek był dla niej ważny?!?! Ale zarazem było to – tak jak powiedziała Elifk Book – urocze *-* urocze i słodkie! Ja się akurat zgodzę z Lily! To wszystko przez hormony! Nic innego nie może być takie nieodpowiedzialne i głupie xD I moja ulubiona godzina… Godzina duchów, godzina pocałunku Jily *-* Opisałaś to tak ślicznie, pięknie, że czytałam ten fragment kilka razy i za każdym razem szczerzyłam banana do wszystkich w moim domu ^^

      Powiem ci jedno, Abigail!

      Nie znam lepszego opowiadania, który mógłby mnie tak oczarować i doprowadzić do tego, że codziennie zastanawiam się co dalej! Ale wiesz kogo to zasługa? Twoja, Abby! Nikogo innego, tylko twoja!

      Mam nadzieję, że dzięki temu komentarzowi pojawił ci się uśmiech, wszystko co z nim związane! Powiem ci, że długo pisałam odpowiedni komentarz! Chyba mam to samo co Elfik – tylko jak czytam twoje opowiadanie to niby wiem co chcę napisać, ale jak już to robię to jest masakra, Abby! Zawsze zastanawiam się co napisać aby nie wyszło cukierkowate itd.!

      Aha i mam jeszcze dwie sprawy!

      1. Takie pytanie… W którym urodziły się Caroline i Lucy? Już od dawna się nad tym zastanawiałam, ale jakoś zawsze zapominałam cię o to zapytać!

      2. Już wiem jak możesz do mnie mówić! Długo się nad tym zastanawiałam – i choć wolałam tego uniknąć – możesz do mnie mówić po imieniu, co? Ola albo Wiatru xD

      Do napisania Abby!

      Wiatr

      Usuń
  3. Buuu, dopiero trzecia :c
    Lumossy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak wyżej - wciąż podium :D. Brąz zgarnęłaś xD

      Usuń
  4. Kochana! Obiecuję, że przeczytam , ale po weekendzie, bo jutro wstaję do szkoły o 4.50 rano , a w domu będę o 19, w niedziele to samo, ale do 16 będę, wiec wieczorkiem postaram się! Wyczekuj <3 ;* u mnie też notka była ostatnio, jakby coś, bo nie wiem czy informowałam i czy informować w ogóle, a ja już muszę nyny iść ;( ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę oczywiście wyczekiwać xD Masz NN?! O boshe... wyobraź sobie, kochana, że sprawdziłam teraz spamownik i tutaj tyle od Cb powiadomień, a ja wszytskie przeoczyłam... nie mam pojęcia jak, w końcu wiadomości o nowych komach przychodzą mi na mejla... ech... wgl zauważyłam ostatnio, że jestem krytycznie poinformowana (oczywiście nie jest to Wasza wina, bo wszyscy na bieżąco mnie informujecie, tylko moja, bo ja jakimś cudem nic nie zauwazam -,-). Przeczytam dzisiaj i skomentuję, obiecuję. Póki co jestem jednak po 29 zadaniach ze zbioru zadań z chemii, mózg mi dymi i muszę zając się czymś, co mnie odmóżdży, żeby wrócić do... robienia zadań, a jakże. Czyli idę obejrzeć serial xD. Za czterdzieści minut atakuje u Cb więc się strzeż!

      Usuń
  5. Dobra jestem!!!! Padam z sił ;( ale JESTEM! Kocham tą historię, no serio! Mówiłam ci już że zazdroszczę jak pięknie opisujesz historie, postacie i jak nimi kreujesz? Nie? To teraz juz wiesz :D
    Issac ciekawa postać, przypadła mi do gustu i myślę, że zasługuje na prawdziwą i szczerą miłość i opiekę i troskę, kurde aż łezka mi się zakręciła...
    No i coś czuję, że długo będziesz się bawić zanim zwiążesz na stałe Jamesa i Lily :D ojjj tyy ale lubię właśnie takie sytuacje :)
    Pięknie, pięknie i jeszcze raz pięknie i przepraszam za spóznienie ;**** <3

    Nic się nie stało, nadrobisz jak będziesz mogłą ;*

    OdpowiedzUsuń
  6. Wow, piękny rozdział! Czekam na następny! :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Wiesz, może to dzicinne, ale kocham twój blog ♥♥♥
    Kocham je i twoje opowiadania ♪♫
    Sammy

    OdpowiedzUsuń
  8. Jestem twoją nową czytelniczką i sądzę że genialnie piszesz. Twoje rozdziały są długie i są cudne niektórzy jak piszą długie to przynudzają ale u cb nigdy mi się to nie zdarzyło. Liczę że nowy rozdział pojawi się niedługo bo nie mogę się go doczekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dziękuję, dziękuję <333. Widok nowego czytelnika zawsze nieopisalnie mnie cieszy, więc miło mi, że jesteś/chciało ci się czytac to wszystko/ podoba się.
      Pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).