31 października 2013

4. Utrapienia i Rozwiązania


Poprzednio
Rozpoczęła się szósta klasa dla naszych bohaterów, ale bynajmniej nie jest ona świeżym startem. Błędy z przeszłości są jak kłody pod nogi, z którymi musi zmierzyć się między innymi Remus, Marlena i Emmelina . Pierwsza dwójka spotykała się ze sobą przez cały poprzedni rok, ale wszystko zmieniło się, kiedy Emmelina, przyjaciółka Remusa od dzieciństwa, pocałowała chłopaka na oczach jego dziewczyny. Remus i Marley starają się uratować swój podupadający związek, ale kolejne sekrety Lupina, w tym odwieczny problem z likantropią, nie czynią spraw łatwiejszymi. Piątą klasą żyje również Lily , która straciła w jej ostatnie dni dwoje swoich najlepszych przyjaciół - Severusa oraz Mary , która przez długi czas spotykała się z adoratorem Lily, Jamesem Potterem. Mary była zazdrosna o relację Jamesa z Lily, pokłóciła się z najlepszą przyjaciółką na śmierć i życie, a potem wzięła udział w wymianie międzyszkolnej do Beauxbatons. Na jej miejsce przybywa Hestia, ekscentryczna kuzynka Syriusza i Jamesa. Ma ona problem z zaaklimatyzowaniem się. Jedyną osobą, która wyciąga do niej rękę, jest problematyczna Emmelina, która przypadkiem niszcząc związek Remusa i Marleny, z większą premedytacją chce odbić ukochanego Syriusza od Dorcas i angażuje Hestię w swoje problemy. 
Tymczasem w Hogwarcie pojawia się nowa uczennica, Jo Prewett w jakiś pokręcony sposób połączona z Lily. Tymczasem do Evansowny przychodzi list z medalionem, który nosiła jej biologiczna matka-nieboszczka, jeszcze przed tym, jak porzuciła bez przyczyny całą swoją rodzinę. Retrospekcje pokazują, że tę przyczynę być może jednak miała, ponieważ ojciec Lily, Ethan wiele lat temu romansował z matką Jo, Lukrecją.


UWAGA - ROZDZIAŁ POPRAWIONY - POPRZEDNIA WERSJA ZNAJDUJE SIĘ TUTAJ.




“Każda rodzi­na tai w so­bie swois­te nieza­dowo­lenie, które zmusza do ucie­czki każde­go jej człon­ka, dopóki po­siada on jakąkol­wiek siłę żywotną.”

- Paul Ambroise Valéry



4 września, Cokeworth
Kochana Lily,

Wiem, że ciężko znaleźć nam wspólny język i w lato prosiłaś mnie, żebym do Ciebie nie pisała pod żadnym pozorem, ale wydaje mi się, że zrobi Ci się cieplej na sercu, gdy dostaniesz list od kogoś z rodziny.
Ta cała profesorka McGonagall napisała do nas, że zawalasz transmutację, czy coś takiego, ale nie piszę listu po to, żeby Cię zbesztać, nikt z nas (oprócz niej) pewnie tego nie zrobi. Zresztą, każdy na świecie ma jakąś piętę Achillesa, prawda? Ja nie umiem gotować, Ty nie umiesz przemieniać przedmiotów. Wychodzę przy tym gorzej od Ciebie. Może wzięłabyś jakieś korepetycje, co? Poproś jakiegoś starszego chłopaka, to taka rada ode mnie i taty (bo są u Was jacyś przystojniacy, co nie?).
Zarówno Ethan, Caroline, jak i ja popieramy Twoją nauczycielkę i uważamy, że się przepracowujesz. Ja w twoim wieku rzadko zaglądałam do książek, Lily. Nauczysz się z nich wiele, jasne, ale nie ma na świecie podręcznika życia. Powinnaś raczej poddać się jakieś pasji (Ethan pyta się, czy grasz w miarę możliwości na jakimś fortepianie i gitarze, bo strasznie łatwo tych sztuk zapomnieć) albo skupić na życiu towarzyskim, tym bardziej, że masz lżejszy rok przed sobą, a egzaminy dopiero za kilka semestrów.
Jeśli chodzi o Twoją ucieczkę z czarów… (czy jak to się nazywało?) nie przejmuj się. Ja w Twoim wieku miałam więcej godzin nieobecności niż obecności w szkole, a czepianie się jakiegoś jednorazowego wybryku to gruba przesada. Ta McGonagul musi być naprawdę kobietą starej daty.
U mnie i Ethana wszystko w porządku, u Caroline zresztą też, ale niespecjalnie często z nią rozmawiam. Co prawda czasami odwiedza Ryana Steele’ a (to Twój chrzestny, prawda?), a ponieważ Twój ojciec przebywa u niego przynajmniej pięć godzin dziennie, a ja idę z nim, konfrontacje są nieuniknione. Ciężko jej przywyknąć do widywania nas razem, ale prosiła koniecznie Cię pozdrowić (pewnie też utrzymujesz z nią korespondencję, nie?). Ach, zapomniałabym, Twoja babcia kazała Ci uważać przy wyborze korepetytora na Amerykanów i hipisów. Wiesz, jak bardzo jest uprzedzona.
Mam nadzieję, że choć raz mi odpiszesz. Przysyłam trochę ciasteczek zbożowych według przepisu Twojej babci, bo wiem, że bardzo je lubisz.
Ucz się, ale nie zapomnij o chłopakach,
Rachel

─ Nie rozumiem, dlaczego jej tak nie lubisz ─ zdziwiła się Dor. – Wydaje się być sympatyczna, jak na macochę.
─ Dokładnie ─ zgodziła się Lily, nakładając na talerz trochę kaszy. –Wydaje się. Naprawdę jest pusta, podła i złośliwa. Omotała mojego ojca i próbuje zrobić to samo ze mną, ale ja, w przeciwieństwie do niego i mojej kochanej siostrzyczki, nie jestem skończoną idiotką. Poza tym, jaki dorosły o zdrowych zmysłach każe, cytuję: “skupić się na życiu towarzyskim i nie zaglądać do książek, bo to stek bzdur?!
─ Twój ojciec? – podsunęła jej Dor.
Lily westchnęła i niechętnie przyznała przyjaciółce rację. Nigdy nie rozumiała zachowania swoich rodziców, a raczej ojca i Caroline, pierwszej macochy, a teraz Rachel, drugiej macochy. Każdy jej opiekun, rodzic czy bliższy członek rodziny, powiązany był z jakąś dziedziną sztuki, a razem ze smykałką artystyczną, odznaczał się dosyć ekscentrycznym zachowaniem.
Jej obecni opiekunowie, czyli ojciec i Rachel w niczym nie przypominali normlanych rodziców, którzy dają szlabany, każą więcej się uczyć i kontrolują swoją pociechę na każdym kroku. Wręcz przeciwnie, Lily często miała wrażenie, że jest ona jedyną rozsądną osobą w całej rodzinie. Na porządku dziennym były komentarze w stylu: „Przestań się uczyć, Lily!”, „Czy chcesz pójść ze mną na bunt feministyczny, Lily?” albo nawet „Może urządzisz imprezę dla znajomych w tym nowym nocnym klubie, Lily?”. Jej ojciec rok temu na gwiazdkę kupił jej pudełko prezerwatyw, a poza tym kazał mówić sobie po imieniu (czego Lily nigdy jeszcze nie zrobiła) i wypytywał jej koleżanki, czy nauczyciele w ich szkole są przystojni.
Dziewczyna często zastanawiała się, jak ta zwariowana rodzinka funkcjonuje podczas semestrów, kiedy znajdowała się daleko od domu. W wakacje i ferie wykonywała wszystkie prace domowe i dbała o każdy najdrobniejszy szczegół. Jedynie ona pamiętała o dokarmianiu złotych rybek w przedpokoju, o płaceniu rachunków, które domownicy skrupulatnie porzucali w misie przypominającej akwarium w kuchni, o kupowaniu jedzenia, o sobotnim sprzątaniu, a czasami nawet o godzinach pracy swojego ojca. Jakim cudem dotąd nie zginęli – nie miała pojęcia.
Można więc powiedzieć, że Lily przywykła do podobnego stanu rzeczy, a list ten – i jego przesłanie – zdecydowanie nie powinien jej zaskakiwać. Niestety, akceptacja i przyzwyczajenie w tym wypadku niespecjalnie z siebie wynikały.
─ Oddałabym wszystko, żeby mieć taką rodzinę jak twoja – szepnęła do siebie Dorcas, mając nadzieję, że Ruda jej niedosłyszy. Pomyliła się.
─ Mówisz tak tylko dlatego, że nie masz porównania. Twoi rodzice nigdy nie traktowali cię  jak zwykle traktuje się córki. A skoro po raz pierwszy doznałaś takiego uczucia, sama różnica bagatelizuje niedoskonałości całej tej rodziny, takie jak Rachel – oznajmiła Lily tonem eksperta.
Dorcas spiorunowała ją poirytowanym spojrzeniem.
─ Zdaje mi się, że za dużo czasu spędzasz z panią Doyle, bo zaczynasz gadać od rzeczy jak ona.
─ To raczej dlatego, że mój kuzyn Jordan studiuje psychoanalitykę – sprostowała Lily. –Wyjaśnił mi wiele zagadnień, a jak się słucha takiego nawijania przez całe wakacje, uczy się też podobnej gadki.
Dorcas, która w przeciwieństwie do przyjaciółki miała do wszystkiego lekki dystans, pomyślała, że Lily ma naprawdę krytyczne spojrzenie na świat, ale i ograniczony umysł, który z trudnością pojmuje fakt, że istnieje coś takiego jak różne światopoglądy. Uczciwie mówiąc raczej ciężko się z nią rozmawiało, ale za to wyśmienicie przepisywało zadania. Wystarczyło tylko podłożyć haszysz, coś jak: „Słyszałaś, że Minister Magii chce usunąć osobny departament sportowy dla kobiet i połączyć go z męskim?”, a ruda już zaczęła dryfować i rzucać swoje feministyczne hasła, kiedy Dorcas w najlepsze kończyła pisać o tymczasowych i przewlekłych skutkach Eliksiru Jegginsa. Już wyciągała z torebki swoją podkładkę do pisania z klipsem, kiedy nieoczekiwanie coś o wiele bardziej zajmującego niż ściąganie od Lily przykuło jej uwagę.
─ Co spowodowało, że przywitałeś dzisiaj tak wcześnie dzień, panie Black?! ─ krzyknęła, szczerząc się prawdopodobnie tak mocno jak ci żebracy imigranci, prosząc o klepaki „na chleb”, których widziała z Lily w wakacje pod jednym z teatrów londyńskiego West Endu.
„Pan” Black natychmiast spojrzał w jej kierunku i również się uśmiechnął, ale trochę w mniej żebracki sposób, a raczej seksowny, taki, z którym Syriusz prawdopodobnie przyszedł na świat. Na miejscu położnej w Mungu Dorcas prawdopodobnie wywróciłaby się z nim na ziemię. Może nawet i tak było. To wyjaśniałoby dlaczego chłopak żyje w swoim własnym świecie – po prostu nieźle uderzył się w głowę za młodu.
Na kilka sekund wszystko zwolniło – rzeczywistość, świat, otoczenie. Nikt nie jadł śniadania, nikt nie nawijał o planach podbicia świata przez jej cierpiącą na zaburzenia obsesyjno-kompulsywne macochę, nikt nie chichotał, słysząc plotki o tym, co Mark Landris i Larissa Richardson robili w łazience Jęczącej Marty. Była tylko ona, i tylko Syriusz, zmierzający do siebie jak dwa, cholernie skuteczne magnesy. I potem zapewne w rytm anielskiej melodii albo jakiegoś cudownego folka, Syriusz podejdzie do niej, ujmie jej twarz w dwie ręce i szepnie zmysłowo jak… jak w sumie to ON, ale bez zbędnej koszulki:
─ Ty. Tylko ty mogłaś skłonić mnie do skrócenia sobie życia przez niedobór snu, jedyna ma miłości…
─ To nie jest film z Marilyn Monroe, Dorcas ─ zgasiła ją Lily, prawdopodobnie domyślając się z tym swoim uprzedzeniem do wszystkiego co romantyczne, o czym jej przyjaciółka teraz myśli. ─ A Black to nie twój Wallach czy Montgomery Clift. Ani nawet Clark Gable.
Dorcas zignorowała to ironiczne nawiązanie do jej ulubionego filmu, który Lily uważała za idiotyczny. Ona wierzyła w głęboko drzemiący w Syriuszu romantyzm. Niestety, chyba to nie był dla niego dobry dzień, bo jego niesatysfakcjonującą odpowiedź nie można tłumaczyć w żaden inny sposób:
─ Rano zawsze jest najlepsze jedzenie, mała.
I cmoknął ją lekko w policzek, a ona zarumieniła się tak, że można by pomylić ją z dorodną czereśnią. Przy tym oczy miała tak nieobecne, aczkolwiek w niego wpatrzone, że Black mógł postawić swój motor, iż dziewczyna padłaby jak długa, gdyby tylko nie siedziała na ławie. Zabawne, mimo że całował się z Meadowes – nie tylko po policzkach – przez całe wakacje, nawet takie niewinne gesty zwalają ją z nóg.
Ciekawe, co by było gdyby w gratisie włożył jej rękę pod bluzkę? Ktoś by zauważył? Tak wcześnie rano prawie nikt nie jada, zresztą, uwypuklenie w okolicach jej piersi maskowałby częściowo ten wielki chlebak, koło którego usiadła… Syriusz uśmiechnął się łobuzersko na tę myśl. Uwielbiał publiczne okazywanie uczuć, dlatego wykorzystywał wszystkie nadarzające się okazje. Żadna dziewczyna nigdy nie protestowała.
Oprócz Meadowes. Tej słodkiej, niewinnej i lekko głupiutkiej Meadowes, która nie dała wciągać się we flirty od czwartego roku, z powodu tej swojej depresji i żałoby rodzinnej po stracie siostry… Oczywiście, ta depresja nie była na tyle głęboka, żeby po zeszłorocznym Sylwestrze nie dać się zaciągnąć do jednego z pustych sypialni u Declana Sterne’ a, u którego on, James i Dor byli na domówce… ale to inna historia. Ważne, że przez całkiem imponujący szmat czasu ściągnęła mentalność od Lily Evans i zgrywała dziewczynę z kompleksem Dafne.
Tak, Dorcas Meadowes kiedyś naprawdę sprawiała, że jego serce zaczynało szybciej bić. Wciąż tak było, jasne, ale… Syriusz należał do wolnych ptaków, ludzi nie szukających zobowiązań, takich, których nie da się do nikogo uwiązać. Nienawidził zobowiązań. Dorcas mogła być piękna, słodka i delikatna, naprawdę czarująca, ale nie zmieniało to faktu, że i tak, i siak, z czasem trafi na listę zwykłych, przejściowych, letnich romansików.
A poza tym dziewczyny to jedynie zwykłe umilenie życia. Nie jego ścisły punkt. Nad związkami w hierarchii ważności stawiał przyjaźń i w tej materii nie był już tak zmienny i nieszukający więzów. Może i sprawiał wrażenie zdystansowanego, skupionego na własnej osobie, ale naprawdę wskoczyłby za Jamesem, Remusem czy Peterem w ogień, i tutaj akurat spokojnie można było powiedzieć, że jest wierny jak – o, ironio! – czarny, kudłaty pies. Wcale nie efemeryczny.
─ Lepiej żebyś na policzkach pozostał, Black, bo wolę potrzymać w żołądku moją owsiankę ─ odezwał się kolejny głos, już nie tak słodki i niewinny jak Dor. Ten głos był szorstki, przepełniony ironią, goryczą i swego rodzaju wyższością. W ten sposób mówiło tylko pięć, znanych mu megier – McGongall, Pince, Pomfrey, jego matka i Lily Evans.
Oto przykład osoby efemerycznej.
Jaki był kontrast pomiędzy Evans a Dor! Jak bardzo te dwie się różniły! To aż komiczne, że dwie tak różne osoby jak apodyktyczna, złośliwa i pozbawiona wrażliwości Lily Evans i słodka, ciesząca się życiem, krucha jak porcelana Dorcas Meadowes mogły przyjaźnić się na dobre i na złe. Po prostu komiczne.
I tak samo zabawne było to, że te dwie rozumiały się tak świetnie, tak bardzo jedna drugą uwielbiała, a z kolei Syriusz tak, jak zachwycał się swoją dziewczyną, tak nie mógł zdzierżyć Evans.
Dlatego, zupełnie ignorując swoją chęć dotarcia z Dor do drugiej bazy, usiadł naprzeciwko rudowłosej, mając nadzieję, że uda mu się doprowadzić ją do szewskiej pasji. Uwielbiał ją denerwować. Tym razem to jednak Ruda zaczęła wojnę:
─ Gdzie twoja druga połówka? ─ spytała sceptycznie. Dorcas domyśliła się, że mowa na pewno nie o niej, bo w końcu siedziała tuż obok. Ale pewnie nawet gdyby tak nie było, Lily nawiązałaby z tą „drugą połówką” do kogoś innego.
Syriusz załapał aluzję.
─ Jamesa tu nie ma. Musisz poczekać z puknięciem go w jakimś schowku na miotły do lunchu.
─ Nie pukam go ─ wywróciła oczami.
─ W takim czy innym wypadku nie możesz go teraz męczyć. I lepiej daruj sobie to już na dobre.
Mówienie Lily Evans, że ma przestać coś robić, było w opinii Dorcas najlepszym dowodem na to, jak bardzo odważny jest jej chłopak.
─ O co masz do mnie pretensje, Black? ─ zapytała, wskazując na niego zębami widelca, zupełnie jakby trzymała śmiercionośny trójząb i pytała, jakie będą jego ostatnie słowa przed śmiercią.
─ O to, że James ma ciekawsze rzeczy do roboty, niż znoszenie twoich ciągłych humorków, Evans. I tak robi to wystarczająco długo, że zasłużył na coś więcej niż twoje nieustanne mieszanie go z gównem. A że znam dumę tego chłopaka, to wiem, że żeby tak się kompromitować musi mieć jakąś zachętę, więc czemu nie schadzki w klaustrofobicznych pomieszczeniach, co nie?
Lily przypominała w tej chwili bardziej gorgonę niż szesnastolatkę.
─ Chciałam go tylko o coś zapytać – oświadczyła jadowicie. – Skoro jednak musisz do wszystkiego dorabiać zboczoną historyjkę, którą potem przerobisz na komiks i oddasz zamiast eseju na eliksiry, to już nie mój problem.
Zapytać? ─ zakpił. ─ Ja pieprzę, Evans, byłem pewien, że w życiu tylko odmawiasz!
Następne, co Dorcas zanotowała to syknięcie z bólu jej chłopaka (miała zamknięte oczy, zbyt przerażona, jaka będzie reakcja Lily na tę zaczepkę), a potem głośne prychnięcie i równie głośny szelest rozrywanej papeterii, czyli tego, co niegdyś było listem Rachel Evans do swojej pasierbicy. Po czym…
─ Czy ona…? ─ zająknęła się i wzdrygnęła, kiedy Syriusz z całą swoją, heroiczną siłą cisnął widelcem w stół, aż sok jej się rozlał. Potem zaczęła chichotać, mimo że nie powinna śmiać się z nieszczęścia Syriusza, swojego spełnienia, do którego przywiązana była każdym włókienkiem duszy. ─ Czy ona tym widelcem…?
─ Czy ta histeryczka wbiła mi w rękę widelec?! ─ warknął oskarżycielsko i Dorcas przestała się śmiać. ─ Wyobraź sobie, że tak! I nie mam pojęcia z czego tak rżysz, Meadowes!
─ Och, Syriuszu, wiesz jak bardzo cię uwielbiam, ale… no, musisz przyznać, że to było lekko zabawne ─ mruknęła przepraszająco i znów zatoczyła się śmiechem, splatając jego i jej dłoń, po to, żeby precyzyjniej spojrzeć na ranę zadaną krwiożerczym sztućcem. Musiała przyznać, że jak na dziewczynę, która nie potrafi odkręcić słoika, Lily wbiła widelec w rękę chłopaka zadziwiająco mocno. Poklepała go po rankach, z których sączyło się trochę krwi i zawinęła mu dłoń w serwetkę. ─ Nie panikuj, nie musisz iść do pani Pomfrey ani do McGongall, no chyba, że chcesz im streścić ten zamach na swoje życie.
─ Twoja przyjaciółeczka to pieprzony mistrz zbrodni, Meadowes! ─ prychnął Black, wyrywając swoją ciężko zranioną dłoń z jej objęć. ─ Nie mogę jej oddać, bo to krok godny Smarkerusa, i nie mogę nic innego z tym zrobić, bo… wyjdę na skończonego kretyna.
─ Ale nie możesz pozwolić jej też dźgać cię prozaicznym narzędziem do chwytania jedzenia ─ zaśmiała się, zbliżając swoje usta z uniesionymi kącikami do tych jego, wygiętych w grymasie niezadowolenia. ─ I tak, Lily jest mistrzem zbrodni, jednak… no, jest jakiś postęp, nie? Przybyłeś w obronie Jamesa i… cóż, Lily nigdy jeszcze – z tego co pamiętam – nie wbiła mu widelca w… niezmiernie delikatną kończynę, chociaż to brzmi lekko dwuznacznie ─ zachichotała, praktycznie śmiejąc się do jego podniebienia. – Więc wychodzi na to, że chyba ciebie bardziej nie lubi.
Pokonała zbędne milimetry i cmoknęła go delikatnie w usta. Przez całe jej ciało przeszedł ciepły, przyjemny dreszcz. Po kilku niewinnych muśnięciach, Black lekko przekrzywił szyję i szepnął tym samym zmysłowym tonem, którego użył w jej wcześniejszych wyobrażeniach:
─ Wiesz jak możesz wynagrodzić mi tę zniewagę?
Dorcas głośno się zastanowiła:
─ Mam przyjść na naszą randkę odstawiona?
 Black pokręcił głową.
─ Odstawiona mogłabyś przyjść gdyby Evans tylko napluła mi na twarz.
─ A skoro popłynęła ci z dłoni krew ─ zaśmiała się ─ to mam przyjść w gorsecie i stringach, tak?
─ W gorsecie i stringach mogłabyś przyjść gdyby Evans tylko wbiła mi w rękę swoje śmiesznej długości pazurki.
─ Czyli…? ─ przeciągnęła sylabę. Black uśmiechnął się łobuzersko:
─ Czyli przyjdziesz naga.


  


Kotylion 1974, Dwór Meadowesów, Cardiff.
Dwóch chłopców, dwie dziewczyny i łódka – to jedyne, co zauważyłby James, gdyby spoglądał na swoje własne położenie z daleka. I zapewne, gdyby na moment stał się zwykłym, szarym przechodniem, nie wziąłby tego widoku za nic nadzwyczajnego. Po tej stronie jeziora warunki do wiosłowania były wręcz idealne, a pełno młodzieży o tej porze roku wypożyczało łódki za śmieszne pieniądze i próbowało swoich sił w kajakarstwie albo żeglarstwie. Jednak nawet zwykły, mugolski przechodzień, którym James by się stał, przyjrzawszy się dokładniej tej czwórce, już nie brałaby ich za takich zwyczajnych.
Po pierwsze, żadne z nich nie wiosłowało, a łódka i tak pięknie unosiła się po tafli jeziora, a nawet spokojnie płynęła do brzegu.
Po drugie, jeden z chłopców trzymał w ręce petardy.
Po trzecie, jedna z dziewcząt była ćwierćwilą i nie dało się przejść obok niej obojętnie.
James jednak nie był zwykłym, niemagicznym przechodniem i wtedy nawet nie myślał o tym, co mugole mogą pomyśleć, bo Skye DeVitt, jego dziewczyna, nie dawała mu się skupić czy nawet odetchnąć. Zazwyczaj Skye raczej stroniła od publicznego okazywania uczuć, ale dzisiejszego wieczora łamała wszelkie swoje opory, a sam Potter nie miał pojęcia, jak daleko by to wszystko zaszło, gdyby tylko Syriusz nie klaskał jak w cyrku i nie śmiał się jak hiena, no i gdyby Mary, wila, o której mowa, nie chrząkała przynajmniej dziesięć razy na sekundę.
Ta farsa ciągnęła się i ciągnęła przez jakiś czas, aż niespodziewanie Mary wydała z siebie głośne „och!”, pomachała do kogoś na brzegu tak energicznie, jakby miała przynajmniej nierówno pod sufitem i wychyliła się bardzo mocno z łódki, lekko przechylając ją na prawo. Ciężka sukienka podeszła jej do góry, na co DeVitt wywróciła oczami.
─ Serena! ─ wrzasnęła Mary, tak głośno, że zapewne rozbolało ją gardło.
Jej jasne włosy błyszczały przy każdym ruchu za sprawką uroku wili, którego w tej chwili dziewczyna wręcz nadużywała. Skye złapała Jamesa zaborczo za nadgarstek, ale on nie był pewien, czy to dlatego, że chciała uchronić go przed Mary, czy też przed Sereną, swoją najbliższą, dziewczęcą przyjaciółką.
Smukła sylwetka Sereny odmachała serdecznie Mary, a włosy zabłysły jej w podobny, może trochę bardziej umiejętny, sposób. Oprócz złotych włosów, od uroku wili emanowały szare, nieprzeniknione oczy dziewczyny, jej szlachetne, wydatne rysy i – co niewykluczone, że nie było wcale objęte urokiem, ale ewidentnie najbardziej przykuwało uwagę Jamesa – kształtne, pudrowo różowe usta.
Syriusz frywolnie zagwizdał, za co Mary kopnęła go w goleń, a zaraz potem wrzasnęła jak mała dziewczynka, widząca dżdżownicę, bo Black przechylił łódkę jeszcze bardziej, a ona z głośnym pluskiem wpadła do wody. Serena ryknęła śmiechem.
Czarna plama.
Nad jeziorkiem dwie dziewczyny, szczelnie opatulone ręcznikami głośno podciągały nosem. Dorcas Meadowes mocno wtulała się w swoją kuzynkę Bertę, wydzierając się, ile sił w płucach: „MORDERCY!”, a ta co chwila szeptała uspakajające „cii… cii”.
Obok niego Mary wynurzyła się z wody, jej sukienka kleiła się do jej skóry i uwydatniała pewne miejsca, ale wielce prawdopodobne, że wila przewidziała podobną sytuację i z premedytacją pozbyła się biustonosza. Oczywiście nie chodzi o to, że przewidziała dzieciobójstwo na balu debiutantów, ale pewnie miała jakieś nadzieje na huczniejsze zakończenie tej imprezy i nie potrudziła się z ubraniem bielizny. James odwrócił wzrok.
─ Daj spokój, Jimmy ─ szepnęła zmysłowo, znowu wypuszczając swoją aurę. ─ Wciąż nie mogą znaleźć… reszty Calliope. Chyba po raz pierwszy żal mi Meadowes, wiesz?
Czarna plama.
Syriusz śmiał się głośno w swoją poduszkę, a Skye dalej rzucała w niego jakieś dziwne zaklęcia. W kominku tańczyły płomienie, a on siedział tam obok Mary i Sereny, obydwie miały podkrążone oczy i co chwila jedna albo druga układała głowę na jego ramieniu. I wtedy do pokoju wbiegł brat Mary, trzymający w ręce małą lalkę z gałganków, której szmacianą sukienkę ktoś podpisał dziecięcym pismem: CALIOP MEDOWS.          
─ Skąd to masz? ─ zainteresowała się siostra przybysza, gwałtownie wstając z poduszek, na których leżała z nim i ze Skye przy kominku.
─ A stąd, że wiem, kto zamordował Calliope Meadowes.


Czasy obecne
Syriusz szturchnął Jamesa w ramię z taką siłą, z jaką kilkanaście minut wcześniej Lily Evans wbiła mu w rękę widelec, o czym – oczywiście – Potter jeszcze nie wiedział. Chłopak, oszołomiony nagłym przeskokiem z fazy REM do rzeczywistości szarej i realnej, potrzebował kilku głębokich, dotleniających oddechów, by oprzytomnieć.
To było dwa lata temu. Nikt już o tym nie pamięta. Jest w Hogwarcie, a nie w Cardiff.
To tylko sen.
─ Znowu śniłeś o pożarze domu Walkerów? – zapytał zdawkowo Syriusz, zauważając jego minę, a potem sięgnął do szafki nocnej po okulary. James zamrugał parokrotnie, ale zdołał wydukać coś z siebie dopiero kiedy Black brutalnie wcisnął mu na nos jego browline’ y.
─ Nie… o kotylionie z siedemdziesiątego czwartego ─ mruknął wymijająco.
Kiedy dla Jamesa cały świat przestał składać się jedynie z mglistych, pstrych plam, a sprzed jego oczu na chwilę zniknął obraz laleczki Calliope Meadowes, zauważył, że Syriusz ma amatorsko – czyli serwetką – zabandażowaną dłoń. A ten fakt musiał przykuć jego uwagę, jako że James zwykle wykazywał szerokie zainteresowanie wszelkim uszkodzeniem skóry u Blacka, bo zawsze wiązały się z tym naprawdę  przezabawne historie.
─ Co ci w rękę? ─ spytał.
─ Twoja dziewczyna wbiła mi w nią widelec – powiedział ironicznie, ale James nie wycisnął z niego żadnej dodatkowej informacji, bo drzwi do dormitorium Huncwotów ponownie się otworzyły, a do środka wlazła Hestia, poprawiając sobie włosy.
─ Wy już na nogach? ─ zdziwiła się i padła na łóżko Petera, otwierając jakąś książkę, która na nim leżała. ─ To dobrze. Pomożecie mi z czymś.
─ Hmm… nie ─ warknął Syriusz. Jonesówna zignorowała go i spytała śmiertelnie poważnym tonem:
─ Na ile oceniacie swoje relacje z kobietami?
Zapanowało prowizoryczne milczenie, trwające ułamek sekundy. Ten ułamek sekundy, jaki Potter i Black potrzebowali do wciągnięcia brzuchem powietrza, niezbęnego by ryknąć śmiechem.
Hestia, z natury bardzo wyrozumiała, co do tych wszystkich dziwactw chłopców, nie wykonywała żadnych ruchów (prócz mrugania), dopóki jej kuzyni się nie uspokoili. Dopiero wtedy pogrzebała w swojej torebce i – uprzednio przeprasowując ją dłonią – rzuciła w ich kierunku gazetę, na której okładce obok esów i floresów, soczystą czcionką napisano: CENTAUR – magazyn wróżbiarski. Tematem numeru, który Jonesówna kilkanaście razy podkreśliła neonowym flamastrem, był menset.
 ─ Toples elfów? ─ zakpił James, otwierając pierwszą stronę. Widniało tam zdjęcie dziewczyny z odstającymi uszami w bardzo skąpym ubranku. Chłopak uniósł brew go góry. ─ Jestem prawie pewien, że to czasopismo wydawane przez jakąś sektę. To niebezpieczne. 
─ Otwórz na stronie piętnastej ─ nakazała ze stoickim spokojem. ─ MENSET jest to spis najlepszych aspiracji na daną lunację z podziałem na horoskop klasyczny, indiański i chiń… ej, nie drzyj tego!
─ Czytasz za dużo gniotów, kuzyneczko.
─ W każdym razie ─ ciągnęła twardo. ─ Było tam napisane – z tego co pamiętam, bo nie przeczytamy już tego artykułu, gdyż zaginął w czeluściach nicości, zepchnięty tam przez współczesnego BARBARZYŃCĘ, czyli przez CIEBIE, JAMES – że powinnam skupić się na swoim życiu uczuciowym, bo zbliża się zaćmienie jednego z księżyców Sa…
─ Tak, zgadzam się – uciął Syriusz. – Idź znajdź sobie kogoś, kto zerżnie cię porządnie i wybije te bzdety z głowy.
─ …dlatego obawiam się, że zachowuje się źle, i głupio, i żałośnie, odwołując moją randkę z Jaydenem Rasakiem i…
─ A co mają do tego nasze relacje z pin…?
─ To, że… o! Cześć, Peter – przerwała w pół tyrady Hestia, bo Pettigrew wszedł do wyjątkowo zaludnionego o tej porze dnia dormitorium.
─ Hej – przywitał się niepewnie, bo bardzo nie lubił, kiedy w dormitorium przesiadywały dziewczyny, nawet jeśli były kuzynkami jego współlokatorów.
Zapomniał zabrać podręcznika do Zielarstwa, więc wyciągnął kufer spod łóżka i zaczął go szukać, łudząc się, że wyjdzie niezauważony i niezmuszony do rozmowy. Hestia, która należała do bardzo towarzyskich osób, od razu skupiła całą swoją uwagę na biednym Peterze, nie zdając sobie sprawy, że go onieśmiela.
Przykucnęła obok jego kufra i pochyliła się na tyle, że spuszczone oczy Petera, musiały zauważyć jej głowę.
─ Może ty mi doradzisz? – spytała bezpośrednio, ciągnąc chłopaka za rękę i sadowiąc go na łóżku Jamesa. Dosiadła się do niego i nim zdążył zaprotestować, już wtajemniczała go w szczegóły swojego życia prywatnego:
─ Byłam umówiona z Jaydenem Rasakiem – zaczęła. – Ale zdarzyło się coś, co tak jakby sparaliżowało mnie w dalszym działaniu i… muszę ją, tę randkę, przełożyć, ale znam dziwaczne reakcje chłopaków na odwoływanie randek i…
─ Czy Rasac nie jest przypadkiem znany z tego, że zawala wszystko, gdy… ─ wtrącił zmieszany Peter, gdy nagle James upuścił butelkę kremowego piwa, którego zapas zabrał jeszcze z domu. Jego wyraz twarzy wyrażał przerażenie.
─ Ten twój Jayden jest JAYDENEM RASAKIEM?! – wypalił.
─ DLACZEGO nic nie mówiłaś?! – dodał równie zbulwersowany Syriusz.
─ MÓWIŁAM! – oburzyła się Hestia, która była przekonana, że zaakcentowała jego nazwisko przynajmniej kilka razy. A poza tym, Syriusz kilka dni temu przyłapał ją na baraszkowaniu z Rasakiem w bibliotece, więc logiczne było, że to właśnie z TYM Jaydenem wybiera się do Hogsmeade.
Oczy Jamesa powiększyły się do rozmiarów galeonów, a Black dostał ataku nagłego przeklinania, który po raz pierwszy dzisiejszego dnia nie był związany z Lily Evans, widelcem i rozlaniem jego cennego ichoru.
Hestia zamrugała parokrotnie, ze zdumieniem obserwując dalszy ciąg wydarzeń. Dwoje jej kuzynów wymieniło bardzo znaczące spojrzenia, po czym wcisnęło się pomiędzy nią a Pete’ a, robiąc bardzo słodkie oczka. Black nawet złapał ją za rękę i pocałował z wielkim szacunkiem. 
Coś nowego. 
Wcale nie chcesz odwoływać randki z Rasakiem – mruknął Black, odchrząkając wymownie. Hestia zajęknęła się.
─ On ci się naprawdę podoba – poparł go James, sięgając po jej drugą dłoń. Zarówno ona, jak i Peter dosłownie rozdziawili usta w wyrazie szoku.
─ Ale… no cóż, wiecie… to nie jest takie proste, bo…
─ WCALE nie chcesz tego robić.
Hestia wyrwała się z objęć kuzynów i wstała na równe nogi, tak dynamicznie, że aż zakręciło jej się w głowie.
─ Dobra ─ mruknęła, kiedy zawroty ustały, ignorując to, że James wstał, żeby podtrzymać ją przed niewątpliwym upadkiem. ─ O co chodzi?
Przewidując, że Black i Potter jedynie niewinnie się uśmiechną, swoje ciekawskie spojrzenie skierowała w stronę biednego Pete’ a.
─ Jayden Rasac jest bardzo emocjonalny – odparł tamten, wzruszając ramionami. ─ Ostatnio, kiedy rzuciła go dziewczyna, opuścił sobie na głowę kryształową kulę blagierki Powell. Był w Skrzydle Szpitalnym przez następne dwa tygodnie.
─ Eee… okej – mruknęła Hestia, która nie wydawała się być wcale zdumiona, że jej nowa sympatia zruca sobie na głowę ciężkie przedmioty po miłosnym rozczarowaniu. – A obchodzi was to, bo…?
─ Jayden jest ścigającym – zauważył trzeźwo James. – W dodatku środkowym.
─ Bez niego cała ofensywa naszej drużyny zejdzie na psy – dodał Syriusz, który uwielbiał używać wszystkich frazeologizmów związanych z najlepszymi czworonożnymi przyjaciółmi człowieka.
─ Aha. Okej – powtórzyła Jonesówna, czując, że głupieje coraz bardziej z sekundy na sekundę. – Ale… nie przesadzacie trochę? No wiecie, my nie byliśmy jeszcze na ani jednej randce. Raczej nie jest do mnie przywiązany na tyle, by chcieć się zabić.
─ To nie chodzi o to – jęknął z zażenowaniem Black, odzywając się w taki sposób, jakby rozmawiał z czterolatką. ─ Mecz jest już niedługo, a to okres, kiedy nam wszystkim puszczają nerwy. Jaydenowi szczególnie, bo nie jest on typem, który jest odporny na stres. Obawiam się, że to, że poczucie, że jest dla ciebie nieatrakcyjny na tyle, że robisz coś innego podczas Hogsmeade, jedynie przeleje szalę goryczy. A propos… CO ROBISZ ZAMIAST TEJ RANDKI?
Hestia już miała wyjaśnić, co spowodowało, że postanowiła narazić się księżycom Saturna, gdy uderzył ją fakt, że to dotyczy Syriusza (a dokładniej psucia jego randki), a Syriusz stał przecież przed nią, czekając na odpowiedź. Ugryzła się w język.
─ Spotykam się z Emmeliną – powiedziała.
James zamrugał.
─ Z Titanic.
─ Taa…
Syriusz zachichotał nerwowo:
─ I próbujesz mi, kurwa, wmówić, że panienka jestem-pusta-i-głupuitka-mam-bulimię Emmelina Titanic jest ważniejsza niż wynik w meczu ze Ślizgnami?
─ Panienka mam co?
Co ty w ogóle będziesz z nią robić? – przerwał jej James, równie rozdrażniony i nieusatysfakcjonowany jej odpowiedzią jak Syriusz. – Kupować kucyki? Pluszowe jednorożce?
─ Będę robiła dziewczęce rzeczy! – oburzyła się. – Nie jesteście dziewczynami, więc tego nie zrozumiecie.
─ Nie żeby coś, ale tak właściwie to ty mieszkasz z Titanic. Dlaczego nie możecie zrobić dziewczęcych rzeczy z nią chociażby TERAZ?
─ Bo to zależy od pewnych innych okoliczności. Których nie da się przełożyć, a moją randkę z Jaydenem, tak!
Peter, wyczuwając wyraźne napięcie w dormitorium, napchał trochę cukierków-toffi do kieszeni spodni i czmychnął stamtąd, mijając się w drzwiach ze skonsternowanym Remusem, który – widząc Hestię, srogą i pewną swego niczym pogańskie bóstwo oraz klęczących przed nią i całujących jej majestat Syriusza i Jamesa – zachwiał się na własnych nogach. Wiele lat temu poprzysiągł sobie, że nic go już nie zaskoczy w tym dormitorium. A jednak.
─ Hmm… cześć – wydukał Remus, skierowując na siebie wzrok całego niezwykle gęstego zaludnienia dormitorium.
Hestia skrzyżowała ręce na piersi i nie rozluźniając ich pobiegła w pod skokach do Remusa, głową każąc mu podejść bliżej.
─ O… kej – wydukał, wcale nie chcąc pchać się w ten cyrk.
Usiadł jednak zrezygnowany na swoim łóżku i w bezpiecznej odległości oglądał dalsze poczynania jego kolegów i ich kuzynki. Po kilku krzykach, wrzaskach, piskach, groźbach, prośbach, uderzania się otwartymi pięściami, a nawet gryzienia się po łokciach, Hestia skapitulowała:
─ Okej, okej. Zrobimy to tak – ja powiem Jaydenowi, że hmm… że będę chora.
─ A potem on zobaczy cię w sklepie z kostiumami króliczków i czerwonymi, koronkowymi stringami.
─ Sugerujesz, że mój nowy chłopak chodzi po sklepach z kostiumami króliczków?
Remus odchrząknął.
─ Jeśli można się wtrącić – oprócz tego, że sam pomysł jest dziecinny, naiwny i głupi – można faktycznie coś z niego wycisnąć. Chyba wiecie, jak w Hogwarcie działają plotki. Szepniemy jednej z Piękności, że Hestia spadła ze schodów, to polecą z tym do Jaydena, zanim nabijesz sobie tam chociaż siniaka. Jeśli pokierowalibyście nimi rozmyślnie i sprytnie, to może to wyszłoby jeszcze sprzedajnie, chociaż… - chłopak urwał, zawstydzony, że dał wciągnąć się w tą dziecinadę.
─ Chociaż uważasz, że jesteśmy chorzy i że bawimy się jego kosztem – dokończył Syriusz, śmiejąc się jak Szalony Kapelusznik.
O, nie.
─ O, nie, nie, nie – przerwała im Hestia. – Nie będziecie robić Jaydenowi żadnych głupich kawałów, bo wtedy załamie się nawet jeszcze bardziej i zamiast kryształowych kul i globusów zrzuci sobie na głowę cegłę.
James mrugnął porozumiewawczo do Syriusza, który zareagował podobnie. Hestia rozpoznając ten tik, natychmiast zareagowała, obawiając się, że może już być za późno.
Trzeba było znaleźć im inne zajęcie… dać inną zabawkę… podrzucić jakiś haczyk… Plan wpadł jej do głowy wyjątkowo szybko.
Hestia, ty geniuszu, skomplementowała się w myślach.
─ Na waszym miejscu skupiłabym się na Peterze.
Zarówno James i Syriusz, jak i Remus zareagowali natychmiast. Kiedy padało imię jednego z nich, wszyscy jakby wybudzali się z letargu. Wybałuszając oczy, jęli pytać ją jeden przez drugiego, co jest grane.
─ Czy on kiedykolwiek był z kimś w Hogsmeade? – spytała ironicznie. – Jak… kolwiek? Wiecie, wy planujecie randki dla siebie, i podwójne randki dla siebie, i psucie randek dla siebie, i odwyłowanie randek dla mnie, a on siedzi z boku, patrzy się na was bez zrozumienia i… ─ westchnęła ciężko. – W Beauxbatons znałam chłopaka o imieniu Apollo (James zachichotał, Remus westchnął, a Syriusz ziewnął). Nie mógł znaleźć sobie absolutnie żadnej dziewczyny, chociaż nie był brzydki ani nie zrzucał sobie na głowę kryształowych kul. Wynikało to z jego…
─ …imienia – szepnął teatralnie Syriusz.
─ …nieśmiałości, ej, nie chichoczcie! Chodził on z nami do Trójki, a moi koledzy z bractwa – Jaques, Gaston i mój chłopak Chase, urządzili Kupiniadę.
 ─ Co? – pokręcił głową Remus, który nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś – nawet Hestia - wymawiał brzmiące na angielski słowo, którego znaczenia nie znał.
Hestia zacharczała.
─ Kupiniadę od kupidynów. Wiecie, ku-pi-dy-nów. Od Kupidyna. Od Amora. Od Erosa. Syriuszu, ty powinieneś kojarzyć to imię.
─ Powinienem?  - zdumiał się Black, któremu ani imię Kupiyn, ani Amor, ani Eros nic nie mówiło.
─ Oczywiście, że tak! – machnęła rękoma Hestia, jakby chciała odfrunąć. – Twoje, jak i moje imię pochodzi z mitologii, tak samo jak postać Kupidyna i…
─ Jestem pewien, że Apollo wiedział, o co chodzi, tak samo jak reszta tych francuskich wypłoszów.  Tak na marginesie, czy wszyscy w Beauxbatons są tak dziwni…?
Hestia prychnęła niczym rozjuszona kotka, komicznie tupnęła nogą, o mało nie przewracając się uprzednio o rozrzucone na podłodze karty, i wymaszerowała z dormitorium chłopców, krzycząc jeszcze, że są najbardziej pozbawionymi wartości jednostkami, z jakimi miała do czynienia.



Dorcas skubała widelcem kawałek ryby, ale jedzenie jakoś jej nie wchodziło. Co chwila rozglądała się po sali i zdławionym głosem zadawała pytanie: „Mara, gdzie jest Lily?”, nie zdając sobie sprawy jak bardzo było to irytujące. Ponieważ temat Rudej najwyraźniej jej się wyczerpał, zaczęła wypytywać towarzyszkę o jej związek z Remusem. Właśnie napierała na Marley, żeby ta zdała jej sprawozdanie z niedawnej kolacji, z której wróciła wściekła i rozgoryczona, ale McKinnon jak nabrała wody do ust wtedy, tak teraz jej nie wypluwała. Dorcas postanowiła więc zmienić temat na wyjście do Hogsmeade, a należało ono do z tych tematów, które nigdy się jej nie wyczerpywały.
W samym środku całej tej pasjonującej konwersacji, w której Dor nawijała jak katarynka, a Marlena ostentacyjnie wkładała palce do uszu, zmaterializowała się zamyślona Hestia. Na jej twarzy jawił się szczwany uśmieszek, który zdradzał, że dziewczyna jest w trakcie wymyślania czegoś nikczemnego.
─ Siemaneczko – przywitała się, opadając na krzesło naprzeciw Dor i Marley. ─ Jak się mają moje ulubione córki Ewy?
Marlena i Dorcas wymieniły skonsternowane spojrzenia.
Żadna z nich nie lubiła Hestii. Jeśli miały być perfekcyjnie szczere, to chyba nikt, kto miał poukładane w głowie, nie szukał z nią kontaktu. Dorcas czytała kiedyś psychologiczny artykuł w Czarownicy, w którym analizowano, jak bardzo może zmienić się zachowanie pod wpływem otoczenia. Redaktor naczelna radziła potraktować wszelkich odmieńców czosnkiem lub nowym talizmanem ze skorupy toksyczka, który można wygrać w loterii, zamawiając ekskluzywną prenumeratę czasopisma.
Dorcas przegrała to losowanie.
─ Jestem w stanie ekstazy – mruknęła Marlena, o ile ekstaza charakteryzuje się zapychaniem się suchym ryżem i chrupkami kukurydzianymi, stanowiącymi jej zbilansowane śniadanie.
─ To fajnie – ucieszyła się Hestia, rozpychając się pomiędzy Dorcas i Julie Powell, nieustannie płaczącą drugoroczną. Julie załkała z bólu. – Jak randeczki?
─ Randeczki? – powtórzyła kwaśno Meadowes.
─ Pytałam raczej o twoje randez-vous, Marleno, ale liczba mnoga zawsze poprawia ogólne wrażenie.  
─ Ona nie…
Marlena odstawiła głośno swoją miskę z żółtym ryżem. Wyglądała na wytrąconą z równowagi.
Ani Dorcas, ani Hestia nie zdawały sobie sprawę przez co ona przechodziła! Zerwania są zawsze takie emocjonalne, zwłaszcza jeśli zdarzają się w pierwszy dzień szkoły. A jeśli dodać do tego fakt, że jej były chłopak zdradził ją ze swoją najlepszą blond-przyjaciółką, która nieprzerwanie papla o tym, że się w-nim-bądź-nie-w-nim zakochała i to, że ten sam były chłopak jest wilkołakiem, to chyba każdy z nas przyzna, że to o wiele za dużo na jedną, szesnastoletnią dziewczynę. Przynajmniej tuzin innych powinno podzielić się z nią tym brzemieniem, odwiecznym pechem, i pomóc jej w noszeniu go, zanim Marlena przewróci się pod jego ciężarem.
W takich sytuacjach dziewczyna ma prawo spędzać całe dnie w dormitorium, ubrana w starą, flanelową piżamę, nucić sobie Lady Marmalade, czytać Femme Fatale i pochłaniać porcje ryżu wskazane dla osoby w jej wieku na przynajmniej trzy miesiące. Miała prawo nie myć włosów, przestać używać różu do policzków, pogorszyć swoje wyniki w zielarstwie – bo to wszystko przywileje osób chorych z nieszczęśliwej miłości. Jeśli nietaktem jest samo w sobie wyrywanie ją z tego specyficznego stanu ducha, to uczynienie tego pytaniem o randkę można nazwać tylko szczytem bezczelności.
Równocześnie nie możemy zapominać, że Marlena była osobą bardzo niezależną i pomimo swojej zaawansowanej depresji nie miała zamiaru kreować się na istotkę specjalnej troski. Dlatego właśnie, praktycznie roztrzaskując swój słoik, w którym trzymała roztopioną czekoladę, wydusiła z siebie:  
─ Kogo obchodzi Lupin, kogo obchodzi Emmelina i kogo obchodzą ich ciągłe dramaty? Mam zamiar dać sobie z nimi spokój, bo NIE BĘDĘ tkwić w jakimś toksycznym trójkącie. To nie dla mnie. I…
─ Nowy rozdział w swoim życiu rozpoczniesz jutro. Od randki – dokończyła za nią Hestia, klaszcząc samej sobie. – Od razu wyczułam u ciebie takie ambicje.
Dorcas wciągnęła głośno powietrze.
Jones, to super, że chcesz pomóc, ale naprawdę życzyłabym sobie, gdybyś…
─ Huncwoci już urządzają kupiniadę – kontynuowała Hestia, nie zważając na nic i na nikogo. –Właśnie od nich wracam. Wszystko zaczęło się od Petera, ale przypuszczam, że cała akcja pochłonie pozostałych singli wśród nich.
─ Remus nie jest singlem – mruknęła Marley. – Ma Emmelinę.
─ Emmelina powiedziała mi, że wychodzi z Philem Estradothem – wtrąciła się Dor. – Ale nie mam pojęcia, czy mówiła poważnie czy po prostu sobie zakpiła. W sensie… dziewczyny, Phil to bóg. A Emmelina… no, jeszcze pół roku temu nazywano ją pieszczotliwie hipcią.
Hestia przywołała w głowie obraz Emmeliny – wychudzonej, wysokiej blondynki z twarzą jak z okładki magazynu dla nastolatek. Nie dostrzegała najmniejszych podobieństw pomiędzy nią a osobnikiem z rodziny hipopotamowatych.
─ I nie zrozumcie mnie źle, ja naprawdę lubię Emmę, ale… zaraz, zaraz, co chciałaś powiedzieć, mówiąc, że nie dla ciebie są toksyczne trójkąty? – Dorcas o mało nie połknęła większej ości w swojej rybie. Marlena wzruszyła ramionami. ─ Nie jesteś już z Remusem?
─ Ja nie chcę nic mówić, ale to dość oczywiste, zważywszy, że oni praktycznie nie…
─ Cicho, Jones.
Dorcas pod jednym względem była bardzo podobna do Emmeliny czy Hestii – nie mogła patrzeć, jak dwie zakochane w sobie osoby przez jakieś śmieszne nieporozumienie przekreślają cały swój związek. Po prawdzie, Emma wtrącała się w cudze życie prywatne, tylko jeśli dotyczyło to Remusa – jej ulubionej osoby na tym świecie, Hestia jedynie gdy dostrzegała w tym swoją korzyść, a Dorcas pomagała i parowała nałogowo. Marlena przypomniała sobie sytuację z zeszłych wakacji, kiedy to Meadowes zaczepiła na Leicester Square jakiegoś dziadka. Oddała mu wtedy swoją wiązankę kwiatów, która była prezentem od jej ówczesnego chłopaka, Jareda, i kazała wręczyć go jakieś przechodzącej obok babci. Kiedy zapytano jej, czy zna tego człowieka, Dor odpowiedziała, że nie, ale pomiędzy parką staruszków od razu widoczna jest chemia.
Dor nie wiedziała niczego o kolacji ani o obecnym statusie związku Marley i Remusa. To są tego typu braki w wiedzy, które trzeba jak najszybciej uzupełnić. Hestia stworzyła idealne ku temu okoliczności – Marley zawsze zaczynała mówić, kiedy ktoś przebijał otaczającą ją bańkę bezpieczeństwa, na przykład pytając o randkę.
Twarz Mary zdradzała napięcie.
─ Hestia ma rację – odparła wreszcie. Na jej czole zagościła zmarszczka. – Jedynie pogrążam się, przyglądając się ochom i achom słodkiej Emmie i Remuska. Skoro oni mogą szczebiotać sobie u Puddifoot, to dlaczego ja mam zmarnować wyjście do Hogsmeade na objadaniu się babeczkami? Dlaczego mam płakać za nim przez cały wieczór i strzelać w zdjęcie Emmeliny rzutkami? Dlaczego nie mogę po prostu z kimś wyjść?
Dorcas wydała z siebie podekscytowany pisk. W towarzystwie nie było ani Lily, ani Emmeliny – osób, które zwykle przypatrywały się związkowi Marleny i Remusa z dwóch perspektyw, bo przyjaźniły się zarówno z chłopakiem i dziewczyną. Nikt więc nie mógł odwieźć Marley od takiego zamiaru, mówiąc, że próbuje ona zapchać pustkę w sercu po zerwaniu. Dorcas i Hestia przejmowały się jedynie parowaniem ludzi. Nie miało dla nich znaczenia, czy potencjalna para będzie trwała czy też nie.
─ Myślałaś już nad kimś? – zachwyciła się Dorcas. – Bo jestem pewna, że mogę załatwić ci randkę z Mickiem Sterne’em. Chłopak słucha mnie we wszystkim.
─ Nie chcesz chyba pchnąć przyjaciółki w ramiona swojego byłego? – prychnęła Hestia. – Myślałam, że cenisz ją troszkę wyżej.
 ─ Skąd ty w ogóle wiesz, że on jest moim byłym?
─ Dorcas, mogę nie być naukowym geniuszem, ale jak każdy w tej szkole wiem, kto ze sobą zerwał. To po prostu widoczne.
─ W takim razie możesz zwyczajnie…
Och, przestańcie. Jesteście nieznośne – przerwała im lekko podirytowana Marlena. – I naprawdę nie potrzebuję waszej pomocy.
Dorcas i Hestia miały miny, jakby Marley powiedziała, że w tym roku święta zostają odwołane.
─ A więc masz już randkę? – niedowierzała Meadowes. – Serio?
─ Hmm… no wiesz, to jest tak, że…
─ Nie masz randki.
─ No nie, ale…
Dorcas i Hestia wymieniły spojrzenia. Zdarzyło im się to zdecydowanie zbyt wiele razy w ciągu tego posiłku.
Marley – jęknęła pierwsza z nich, przybierając swoją popisową minę zawiedzionego szczeniaczka. – Twoje nastawienie jest okropne. Nikogo nie masz, boisz się z kimkolwiek porozmawiać, odrzucasz pomoc swojej najlepszej przyjaciółki – odchrząknęła w tym momencie i pokazowo postukała się pięścią w pierś. ─ Nie różnisz się kompletnie niczym od tych starych bab z kotami, które mają obsesję na punkcie sernika i oglądania albumów ze zdjęciami. I będziesz to robić, wiesz? Będziesz głaskać swoje koty, jeść sernik i przeglądać zdjęcia z czasów Hogwartu, zatrzymując się za każdym razem na zdjęciu pewnego miodowowłosego…
─ Odpuść sobie, Dor – jęknęła Marlena, wstając od stołu i wywracając oczami. – Nikogo to nie bawi.
Powiedziawszy to, odwróciła się na pięcie i odmaszerowała w kierunku Wielkiej Sali. Dorcas otworzyła usta, przybierając wyraz twarzy typowego pstrąga.
─ Gdzie idziesz? – krzyknęła, szczerze skonsternowana. Spojrzała podejrzliwie na Hestię, jakby to ona była bezpośrednią przyczyną odejścia Marleny. Jonesówna wzruszyła ramionami i nałożyła sobie trochę krewetek na talerz.
Dorcas posiedziała jeszcze parę chwil bez ruchu, patrząc to na drzwi Wielkiej Sali, za którymi zniknęła Marlena, to na Hestię, to na swoje paznokcie. Natłok myśli krążył po jej umyśle, co chwila strzęp jakiegoś pomysłu wyślizgiwał się, gubił, zmieniał pozycję, przez co Dorcas naprawdę nie potrafiła ustalić, na czym stoi. Nigdy nie była dobra w analogicznym myśleniu.
Odrzucając wszystkie te bzdury, postanowiła postąpić tak, jak potrafiła najlepiej – zdać się na swoją kobiecą intuicję. Spojrzała w kierunku Hestii, uśmiechając się zadziornie. Dziewczyna odpowiedziała jej tym samym.
Och, Marley będzie im taka wdzięczna.





Jo wiedziała, że nie minie dzień od jej przybycia, a już czeka ją wielka impreza powitalna.  Pomimo uwielbienia do brania udział w obfitych w zabawę przedsięwzięciach, naprawdę stroniła od wszelkich balów, potańcówek czy melanży. To ani nie leżało w jej naturze, ani specjalnie jej nie bawiło. Świat dzielił się na dziewczyny czerpiące frajdę z komponowania zestawów ubraniowych na imprezy, i na takie, które wolały w tym czasie praktykować legilimencję na pierwszorocznych.
Nietrudno było odgadnąć, do której grupy zaliczała się Jo.
Po wzięciu udziału we większości środowych zajęć, dziewczyna po raz pierwszy udała się o swojego nowego pokoju wspólnego oraz – co za tym idzie – do nowego dormitorium. W Durmstrangu nie dzielono uczniów w ten sposób. Każdy z nich miał po prostu własną izbę, przypominającą celę mnichów w zakonie. Białe łóżko przypominające pryczę, czarna lampka stanowiąca jedyne źródło chłodnego światła w pokoju, ściany jak blade, alabastrowe czoło – nie skalane żadną niedoskonołościa, żadnym przebarwieniem czy przybitym gwoździem oraz czarna szafka nocna – to tylko przykłady, jakie spartańskie warunki tam panowały. Nauka w Durmstangu znacząco wpłynęła na jej osobowość – nie dość, że przyczyniła się do nabrania chłodu, dystansu, do samotnego trybu życia, to jeszcze wymusiła u niej  przesadne dbanie o porządek, graniczące niemal o pedanterię.
Spodziewała się, że w Hogwarcie będzie inaczej.
Gdy wypowiadała więc hasło do pokoju wspólnego Ślizgonów, próg przekroczyła z dwoma ambiwalentnymi uczuciami. Z jednej strony, ciekawiło ją, jak będzie wyglądać wnętrze, jaka będzie panować tam aura, co przydatnego tam odnajdzie. Z drugiej strony naprawdę nie chciała brać udziału w tandetnym przyjęciu pod tytułem: „Witamy w Hogwarcie, Jo! Zjedz pączusia, a potem poucz nas trochę zaklęć niewybaczalnych”.
Kiedy znalazła się w pokoju wspólnym, zalała ją fala niepoukładanych, na przemian zrozpaczonych i euforycznych myśli. Przebywając w dużych pomieszczeniach, zdecydowanie to był jej najbardziej nielubiany aspekt – tak wiele otwartych umysłów.
Potrzebowała krótkiej chwili, żeby odróżnić jedne myśli od siebie. Zlustrowała każdego z przybyłych spojrzeniem i już wiedziała, z kim ma do czynienia.
Avery. Wilkes. Rosier. Mulciber. Znowu Avery. Bulstrode. I Snape.
I przynieśli cukierki lukrecjowe. Jak miło.
 Rozejrzała się po pomieszczeniu. Było tu całkiem ładnie. Wnętrze urządzono w dwóch kolorach – srebrnym oraz zielonym, a naprzeciwko mieścił się gustownie rzeźbiony kominek. Przypominało jej to trochę salon u niej w domu. Obok stała zachęcająca, wygodna sofa, na którą bez wahania usiadła, zarzucając nogi na inkrustowany stolik.
 Widząc, że tamci czegoś od niej oczekują, uśmiechnęła się sztucznie i ukłoniła, jak dziewiętnastowieczna dama. Atmosfera zrobiła się raczej gęsta.
─ Nie spodziewałem się, że kiedykolwiek się tu pojawisz – przerwał ciszę Avery, udając pewnego siebie.
─ Wątpiłeś, że przydzielą mnie do Slytherinu? – zapytała ironicznie, a kilka osób zachichotało. Był to śmiech nerwowy, wymuszony, jakby z obawy, że za brak rozbawienia Jo ciśnie w nich cruciatusem. Chłopak spłonął rumieńcem.
─ Myślałem, że jesteś inną dziewczyną. Że nie lubisz być w centrum wydarzeń. Że wolisz trzymać się na uboczu i zbliżyć do wroga w najmniej oczekiwanym momencie.
Fajne podsumowanie, pomyślała Jo. Czyżby Malum Avery nie był takim idiotą, na jakiego się kreował?
─ Najwyraźniej teraz jest ten najmniej oczekiwany moment – rzuciła zdawkowo i chcąc zmienić temat, spytała: „Nie przedstawisz mnie?”
Ślizgon podskoczył i wyszczerzył swoje nierówne zęby.
─ Gdzie moje maniery? Jo, to moi przyjaciele, od prawej – Nigeal Wilkes – wskazał  na szczerbatego bruneta. – Evan Rosier… Marcus Mulciber… Moja siostra, Amelia… Regina Bulstrode... No i, Severus Snape, opowiadałem ci o nim. Moi drodzy, to Jo Prewett, nasza mentorka.
Pokiwała głową, zadowolona. Niech się chłopak nacieszy chwilową popularnością.
─ Dzięki. Powiem krótko – nie wiem, ile tu zabawię, ale zmieniłam szkołę nie bez przyczyny. Jest tu pewna osoba, którą muszę… bliżej poznać. A korzystając z okazji, mogę was trochę podszkolić. Na pewno mam większe doświadczenie w uprawianiu czarnej magii, niż ktokolwiek z was kiedykolwiek będzie miał, a Czernemu Panu zależy na tym, abyście potrafili działać już w Hogwarcie.
Zatrzymała się tutaj. Nie wiedziała, jak dokładnie przedstawić im ich rolę w całej tej grze. Cały Hogwart przypominał w tej chwili szachownicę, po której stąpały białe pionki Dumbledore’a oraz czarne Voldemorta. Pewne osoby miały tutaj znaczącą rolę – byli skoczkami, wieżami czy gońcami, a inni – jak cała stojąca przed nią banda – zwykłymi, śmiesznymi pionami. Nie należało w ogóle dawać im fałszywej nadziei, że kiedykolwiek staną się kimś większym niż zwykłym mięsem, które pierwsze zginie na wojnie. Voldemort mógł mieć czasem dziwne pomysły, ale nie zwariowałby do tego stopnia i nie zrobił na przykład z takiego Avery’ ego szpiega.
Powiedział jej, że ma ich wyszkolić, ale prawda była taka, iż potrzebował w miarę inteligentnej osoby, która stanowiłaby pieczę nad całym tym nieporządkiem. Potrzebował Jo. Potrzebował hetmana.
─ Postaram się nauczyć was jak najwięcej, ale pod jednym warunkiem – Ślizgoni zmarszczyli brwi. – Czy… Czy pomożecie mi uporać się z pewnymi sprawami i – tu spojrzała na Avery’ ego – nie pytać?
Większa część przytaknęła albo machała ręką, mamrocząc, że nie ma sprawy. Świetnie.
Nie dość że tłum, to jeszcze głupi.
─ Możecie się rozejść – odparła, podbierając o jasnowłosej dziewczyny (chyba na imię jej było Amelia) cukierka lukrecjowego – ale… ty – zwróciła się do chłopaka z haczykowatym nosem, który już szykował się do wyjścia – zostajesz.
Rosier aż gwizdnął, a Reginie Bulstrode zabłysły oczy z uciechy. Jo ich zaciekawiła, czuła to i bez czytania im w głowach. Ale musieli być posłuszni. Musieli pamiętać, o tym, co im powiedziała.
  Każdy skierował się do własnego dormitorium. Została tylko ona. I Snape.
  Chłopak nie wyglądał na przestraszonego, stał sztywno jak kłoda i udawał, że bardzo mu się nudzi. W jego umyśle panował jednak chaos. Chaos, którego nie chciało jej się nawet porządkować.
Może to jego nieudolna próba oklumencji?, pomyślała dziewczyna. Obsesyjne myślenie o wszystkim i o niczym.
Jo westchnęła. Wolała mieć tę rozmowę już z głowy, ale nie wyglądało na to, że Snape jej to ułatwi. Ach, dlaczego bezproblemowi ludzie to już wymarły gatunek?
 ─ Bez zbędnych ceregieli: zakładam, że wiesz, co mi się nie podoba.
Snape w dalszym ciągu stał jak posąg Dawida Michała Anioła, z tym, że Jo naprawdę wątpiła, iż stojący przed nią chłopak może pochwalić się takimi mięśniami. Severus stał sztywno i niechętnie w dalszym ciągu, broniąc się nieuporządkowanym ciągiem myślowym. Milczał tak długo i wytrwale, że dziewczyna zaczynała wątpić w rozwój ich rozmowy.
  ─ Tak – odpowiedział wreszcie. – Nie dostarczyłem listu.
  Pokiwała głową.
 ─ Przyznałeś się, jak miło… Dobrze dla ciebie, że nie mam zwyczaju ufać ludziom i list  dostarczył się bez twojej pomocy. Byłeś zbyt ciekawski, co jest w środku, prawda?
  Nie był.
Jo z początku zaskoczona, natarła mentalnie na umysł chłopaka. Musiała długo przewijać się przez kolejne warstwy myślowe, przez kolejne sceny, aż w końcu udało się dostrzec do tajemnicy, którą Severus Snape starał się ukryć jak najlepiej, ale która jednocześnie była najbardziej istotna w jego głowie. Zobaczyła uśmiechniętą, rudowłosą osóbkę – niedoszłą adresatkę jej listu oraz bezpośredni powód, dla którego przeniosła się tu z Durmstrangu.
Lily Evans.
No jasne.
─ Tak – skłamał. Nawet gdyby Jo nie znała się na legilimencji, poznałaby, że to kłamstwo. – Ale dobrze go zabezpieczyłaś. Cokolwiek w nim było, było nie do odczytania.
Ma chłopak rację, zaśmiała się w głowie. W końcu w środku koperty nie tyle, co nie było jak odczytać treści, ale nie było jakiej treści odczytać. Zwyczajnie nie zamieściła w środku żadnych notatek ani bilecików. Uważała, że jej prezent jest wystarczająco wymowny.
Już chciała zadeklarować, że w obecnym systemie musi wyrzucić go z Łowców Śmierci i zmodyfikować mu pamięć. Liczyła na to, że uda jej się wziąć go na zaskoczenie, bo naprawdę nie miała ochoty dzisiaj się pojedynkować. Wtem wpadła na pewien pomysł.
Skoro – pomimo swojej oczywistej słabości i tępoty – znał tę dziewczynę, to mógł okazać się dla Jo naprawdę przydatny. Może opowiedzieć jej wiele istotnych faktów. Nie na głos, wiadomo, ale jeśli odpowiednio go podpuści, odsłoni on w swojej nieświadomej głowie kilka elementów układanki.
Los jednak cały czas jej sprzyjał.
Od dzisiaj miała zamiar traktować Severusa Snape’a jak swój prywatny diament, który musi tylko oszlifować. Po tym zabiegu wszystko, na czym jej zależy, będzie na wyciągnięcie ręki.




Przez całe dwie godziny zaklęć myśli Remusa błądziły po szerokich wymiarach, badały nowe płaszczyzny i płodziły kolejne pomysły. Żadne z nich nie wiązały się z tematem lekcji. Chłopak starał się przeanalizować nowe wydarzenia, zaplanować być może ostatnie desperackie plany ratunkowe. Jednymi z jego wad były nawracająca bierność, brak wiary w siebie i skłonność do poddawania się. Miał przeczucie, że nie zasłużył na to, jak jego życie wyglądało w tej chwili. Uważał, że nie zasługuje na możliwość pobierania nauki w Hogwarcie, nie zasługuje na tak wspaniałych przyjaciół jak James, Syriusz i Peter, na tyle radości, śmiechu i zaufania. Zdecydowanie nie mógł pogodzić się z tym, że los zesłał mu Marlenę, a on przyjął ten cudowny prezent. Powinien odłożyć go zanim było za późno.
Miał za swoje. Nie dość, że złamał dziewczynie serce, postąpił podle i potwornie, to jeszcze przez cały okres ich znajomości narażał ją na ogromne niebezpieczeństwo.
Zadrżał, kiedy w jego głowie odtworzyło się wspomnienie sprzed dwóch dni – Marlena, leżąca obok niego, cała posiniaczona, połamana, zakrwawiona… skrzywdzona przez niego. Ile razy coś podobnego mogło mieć miejsce? Czy za każdym razem historia kończyłaby się szczęśliwie? Czy ostatecznie zadałby dziewczynie ostateczny cios?
Powinien dziękować Bogu za Emmelinę. Powinien dziękować za to, że ta istotka niweczyła każdą jego próbę powrotu do Marleny. Dobrze, że miał kogoś takiego, skoro sam nie potrafił nad sobą zapanować.
Rozejrzał się po klasie, w poszukiwaniu Marley. Rano dowiedział się od Dorcas, że ze względu na gorsze samopoczucie poszła do Skrzydła, ale ku jego zdumieniu dziewczyna siedziała w ławce i z zapałem kreśliła coś po kartce. Miejsce obok niej zajęła Hestia, a siedząca w równoległym rzędzie Meadowes wychylała się z ławki i żywo z nimi gawędziła. Wytężył umysł. Obok Dor siedział oczywiście Syriusz, a Emmelina na początku lekcji zwalniała się u Flitwicka. Kogoś tu brakowało…
Odwrócił się plecami do siedzącej z nim Marthy Greengrass i spojrzał w prawo, w stronę kolejnej w pół zajętej ławki. Niezbyt zainteresowany lekcją Rogacz rysował na pergaminie boisko Quidditcha, a różdżką zaznaczał kolejne punkty, symbolizujące chyba zawodników. Prawdopodobnie opracowywał jakąś strategię, którą później podzieliłby się z Frankiem, kapitanem, beznadziejnym taktykiem.
James – trącił go w ramię. Czarnowłosy chłopak spojrzał w jego kierunku natychmiast. – Gdzie jest Lily?
─ Mnie się pytasz? – powtórzył zaskoczony. Chociaż starał się wyglądać na rozbawionego, w jego oczach odbijała się troska. – Niespecjalnie jestem na bieżąco z poczynaniami Evans. Wciąż rozmawiamy tylko wtedy, kiedy ona coś ode mnie chce.
Było to dość przejaskrawione podsumowanie ich relacji, ale nie do końca fałszywe. Pomimo niekłamanej sympatii do Lily, Remus miał przyznać, że zdarza jej się naprawdę nie liczyć z uczuciami innych, szczególnie jeśli tyczyło się to Rogacza. Znał również jej impulsywność i emocjonalność, dlatego obawiał się, że zirytowana robi w tej chwili coś bardzo lekkomyślnego. Kiedy się opamięta, zaleją ją takie wyrzuty sumienia, że nie będzie mogła się pozbierać.
Lepiej powstrzymać ją teraz.
─ Masz Mapę przy sobie? Nie widziałem jej na śniadaniu.
James spojrzał na niego, lekko rozgniewany. Nienawidził wszystkich sytuacji, w których ktoś prowokował go do rozpoczęcia zamartwiania się. Zdecydowanie preferował udawanie podłego i pustego macho, którego nic ani nikt nie obchodzi.
─ Pytałeś Meadowes? ─ zapytał. Jego oczy błyszczały jak topiące się karmelki.
─ Próbowałem. Ale…
Odchrząknął i głową wskazał na następującą sytuację – Dorcas zwijała się ze śmiechu tak, że plecami uderzała Syriusza o ramię, a Hestia i Marlena reagowały podobnie. James zmarszczył brwi.
─ Nie musisz nic mówić.
Cisnął ołówek na ławkę i sięgnął po torbę. Mapa Huncwotów leżała tuż na wierzchu. Stanowiła chyba najlepszy i najbardziej imponujący dowód na potęgę oraz inteligencję Huncwotów. James pamiętał jeszcze, jak długo on, Łapa, Luniak i Glizdek nad nią pracowali. Musieli wyszukiwać multum skomplikowanych zaklęć w bibliotece, przechodzić przez te same korytarze miliardy razy, sporządzać plany pięter w głowach… Większość prac odbyła się dwa lata temu, ale Mapę w pełnej okazałości zaczęli używać dopiero po zeszłorocznych świętach.
─ Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego.
Z chwilą, gdy James uderzył czubkiem różdżki o zwinięty pergamin, a słowa opuściły jego usta, coś zaczęło się zmieniać. Na pustym, trochę starym, poplamionym i podniszczonym papierze, zmaterializowała się plątanina kresek, zawijasów, kropek i krzyżyków. Na pierwszy rzut oka prosty rysunek, okazał się niezwykle skomplikowanym planem przedstawiającym cały Hogwart. Na każdym piętrze roiło się od małych punkcików, zaopatrzonych w imię i nazwisko. Mapa Huncwotów pokazywała każdego pracownika, ucznia i profesora Hogwartu, śledziła każdy jego ruch i dokumentowała, z kim obecnie przebywa. Gdzieniegdzie pojawiały się uwagi czwórki chłopców, wskazówki, gdzie w szkole znajdują się tajne przejścia i dokąd prowadzą. Taka władza składała się na potęgę Huncwotów, którym dosłownie nikt nie mógł uciec sprzed nosa.
─ Nie widzę jej – odparł. – Albo nie ma jej na terenie szkoły, albo…
─ Pokój Życzeń – dokończył Lupin. James w zamyśleniu pokiwał głową. – Co jej znowu strzeliło do głowy?
Wzrok Pottera zrobił się mglisty jak grudzień w zeszłym roku, emanował z niego podobny, złudny chłód jak kryształek lodu, który choć zimny rozpala dłoń do gorąca. W końcu, jakby z rezygnacją, ale i poczuciem obowiązku, poderwał się z krzesła i chciał już zapytać o coś Flitwicka, gdy Lupin pchnął go z powrotem na siedzenie. Towarzyszący temu huk był na tyle głośny, że aż rozpraszany przez dziewczyny Syriusz odwrócił głowę i zmarszczył brwi.
— Co wy od…?
— Później – przerwał mu Lupin. Flitwick zdążył już zwrócić na nich uwagę, i co chwila zerkał w ich kierunku, toteż Remus postanowił postawić na klasyczne opcje.
Nie będziesz zwalniać się z lekcji, James, napisał.
Przecież i tak nic z niej nie wynoszę. Nie skupiam uwagi.
Narobisz sobie kłopotów. Miałem pilnować cię przed robieniem głupot. Obiecałeś swojej matce.
Dobrze wiem, co obiecywałem mojej matce.
Choć jego odpowiedź była krótka, Remus od razu poczuł, jak wiele przemawiało przez nią irytacji i złości. Westchnął ciężko.
Po prostu nie chcę, żeby wyrzucili cię ze szkoły. Dumbledore ma ograniczoną cierpliwość, wiesz o tym.
Taaa. Może.
Zanim Remus zdążył odpisać, ktoś załomotał w drzwi klasy i do środka wpadła poszukiwana Lily Evans. James wyprostował się i zmarszczył czoło. Przestał nawet mrugać, by nie ominął go żaden jej najmniejszy ruch. Dziewczyna wyglądała potwornie – zupełnie jakby dopiero co pocałował ją dementor. Włosy miała w nieładzie, cerę bladą jak ściana, a oczy przekrwione i podpuchnięte, jak po wielogodzinnym płaczu. Flitwick zerknął w jej stronę, najwyraźniej nie mógł zdecydować, czy wpuścić ją do klasy, czy czym prędzej odesłać do Skrzydła Szpitalnego.
― Przepraszam za spóźnienie – odparła chłodno, wpatrując się w swoje paznokcie. – Miałam obowiązki jako prefekt.
Każdy wiedział, że profesor Flitwick – podobnie jak Slughron czy McGonagall – uwielbiają Lily pod każdym względem. Jakkolwiek opiekunka Gryffindoru okazywała to w mniejszym stopniu, to pozostałą dwójka nauczycieli nawet nie ukrywała, kto jest ich ulubienicą. Nikt więc nie był zdumiony, kiedy Flitwick zamiast wlepić jej szlaban za spóźnienie, uśmiechnął się do dziewczyny i łagodnym tonem nakazał jej zająć miejsce na końcu klasy.
― Lily! – pisnęła Dorcas, łapiąc ją za rękaw, kiedy przechodziła do ostatniej ławki w środkowym rzędzie. – Czerwona flaga, czerwona flaga! Czaisz? Nasza lista jest w przygotowaniu. Skoro nie ma Emmeliny, to ty może pomożesz. Marley szuka randk…
― Panno Meadowes, proszę dać pannie Evans przejść.
Dorcas puściła rękaw Lily z wyraźnym niezadowoleniem. Remus nawet nie zapytał się Evansówny, kiedy przechodziła pomiędzy ławką jego a Jamesa, czy wszystko w porządku. Zbyt zdumiało go to, co z ekscytacją wykrzyczała Dorcas – że Marlena szuka randki.
To nie twoja sprawa, krzyknął cichy głosik rozsądku w jego głowie, a może i zwyczajny instynkt samozachowawczy, bo w tamtej chwili wnętrzności Remusa zacisnęły się w wielki supeł.
Ale kto to mógł być! Przecież Marlena nie miała w zwyczaju umawiać się z obcymi. To musiał być ktoś z jego najbliższego otoczenia. Przełknął ślinę.
Syriusz miał swoją Dorcas i wyglądało na to, że ta zabawi go jeszcze trochę, jak dobrze pójdzie to przez dwa miesiące. James nawet teraz wpatrywał się jak urzeczony w Lily, która usiadła w ławce za Remusem. Poza tym on by mu tego nie zrobił. Jakiś Krukon? Puchon? Na Boga – Ślizgon? Starszy? Młodszy? Z tej szkoły? Czy w ogóle uczeń?
Szalona myśl uderzyła mu do głowy i choć wiedział, że popada w kompletną paranoję, chciał mieć pewność, że taki scenariusz nie mógł się przydarzyć.
Szturchnął w ramię Jamesa, wciąż analizującego każdy ruch Evans. Musiał zrobić to jeszcze dwa razy, zanim jego przyjaciel zaczął kontaktować się ze światem.  
— Jest coś, co mnie niepokoi – wyznał.
― Co jej się stało? – odszepnął. – Wygląda, jakby zdechł jej chomik.
Spojrzał za siebie. Lily chyba usłyszała komentarz Pottera, bo podniosła głowę i obdarzyła ich niemiłym spojrzeniem. Musiało być z nią naprawdę źle, bo jej wzrok nie był ani trochę straszny – właściwie, to jedynie marszczyła nos.
Odwrócił się natychmiast i mruknął:
― Nie. Nie mówię ani o Lily, ani o Dorcas, ani o Marlenie. Ani nawet o Emmelinie.
James zagwizdał.
― Z tym ostatnim mnie zszokowałeś.
― Mówię o Peterze – kontynuował, puszczając uwagę mimo uszu. – Ostatnio zaczęliśmy się od siebie oddalać. Dlaczego nie ma go na lekcji? Czy on przypadkiem z tobą nie siedzi?
― Nie mam pojęcia – odparł James. – W sumie to myślałem, że siedzi, ale skoro go nie ma… on w ogóle ma zaklęcia?
― Och, nie wygłupiaj się, każdy ma zaklęcia – zripostował. – Nawet Dorcas.
Dorcas otrzymała jedynie trzy sumy – z zaklęć, zielarstwa i transmutacji – co oznaczało, że miała najmniej zajęć w całej szkole. Peter otrzymał pięć albo sześć sumów, prezentując się w stosunku do niej całkiem nieźle.
― Rano brzuch go bolał – przypomniał sobie Potter. – Narzekał na śniadaniu. Może po prostu przeżarł się do tego stopnia, że – to niebywałe – musiał iść do pielęgniarki?
  ― Peter?
Ten argument – o ile imię może być argumentem – najwyraźniej wystarczył Jamesowi, bo zamilkł na chwilę i zadumał się:
 ― Wiesz… Chyba masz rację. Chyba nie powinniśmy go olewać do tego stopnia.
― Przecież my go nie…
― Owszem, olewacie.
Chłopcy spojrzeli natychmiast w stronę Lily. Rudowłosa leżała na ławce, uśmiechała się w taki sposób, jakby ktoś powiedział właśnie czarnohumorystyczny dowcip.
― Zdaję mi się, że on ma cierpi na swego rodzaju niedowartościowanie – mruknęła, przejeżdżając ręką po twarzy. – Daleko mu do samorealizacji.
Ani Remus, ani James, nie zapytali jej, czym jest samorealizacja, ale zastanowili się nad bardziej znanym im wyrazem – niedowartościowanie.
Peter był niedowartościowany.
  ― Wiesz, Lily… ― zaczął niechętnie Remus. – On jest po prostu… taki. On wiecznie trzyma się z boku… chyba lubi trzymać się z boku… woli obserwować nas albo słuchać, co my mówimy…
James wywrócił oczami.
 ― Boi się mówić, boi się robić, boi się nawet myśleć. Łatwo jest mieć kompleksy. Już dawno powinien wziąć się w garść.
Lily spojrzała na niego z politowaniem.
― Co masz na myśli, mówiąc, że powinien wziąć się w garść?
― No, wiesz – wzruszył ramionami. – Mógłby znaleźć sobie jakąś laskę…
Rudowłosa prychnęła.
― Taa… i niech najlepiej zacznie sobie czochrać włosy.
― Czochranie się nie jest zwykłym objawem pewności siebie – odparł, uśmiechając się łobuzersko.  ― To dar od Boga. Trzeba mieć specjalne włosy, żeby poddawać je takiej gimnastyce.
Roześmiała się. Nie był to perlisty, przyjemny i ciepły śmiech, ale raczej złowieszczy i szyderczy.
  ― Co to musi być za cios – nie mieć wysportowanych włosów!
James coś jej odpowiedział, ale Remus już ich nie słuchał. Powoli przyswajał kolejne fragmenty tej wymiany zdań, analizował każde słowo, zaczynał rozumieć… i wtedy zrozumiał. Poderwał się na krześle i praktycznie wykrzyczał:
― Jesteś genialny, James!
Lily zamrugała. Aż otworzyła usta z niedowierzania.
― No cóż… wiem, ale…
― Nie o to chodzi… ― pokręcił głową. – Przypomniało mi się to, co powiedziała dzisiaj rano Hestia. Musimy znaleźć Peterowi dziewczynę!
Lily zmarszczyła brwi. James zakrztusił się własną śliną.
― Chcesz… chcesz urządzić kupiniadę?
Evansówna otwarła oczy jeszcze szerzej. Wyraźnie nie wiedziała, z czym połączyć słowo kupiniada.
― Nie no, nie przesadzaj – pokręcił głową. – Po prostu damy mu kilka rad i…
James pokręcił głową, wyraźnie negatywnie nastawiony do całego pomysłu.
─ Nie znasz go? Petey kompletnie zeświruje. Poza tym… tylko na radach? To niewykonalne, nie, daj spo…
Remus spojrzał porozumiewawczo na Lily, która patrzała na nich bez przekonania. Wzruszyła ramionami.
― Nie sądziłem, że dożyję dnia, w którym James Potter powie, że coś jest niewykonalne – odparł z uśmiechem. James parsknął.
― Ja tylko patrzę na wszystko obiektywnie. Znasz przecież Pete’a. Co jeśli na tej randce, o ile do niej dojdzie,  nie będzie mógł wydobyć z siebie słowa?  Będzie wyglądał jak czerwony balon, zacznie się pocić, stękać i straci jeszcze więcej pewności siebie?
Remus westchnął. Cóż za przerażająco prawdopodobna alternatywa.
― Wiesz, zawsze możemy być tam i kontrolować sytua…
― Przepraszam – przerwała mu Lily, patrząc na Jamesa krytycznie. – Ale czy ty i Black nie znacie sposobu na każdą dziewczynę? – zakpiła. – Jestem pewna, że tacy podrywacze jak wy, dacie radę przeciągać Petera na… ciemną stronę mocy.
James wyraźnie zgłupiał, po tym, jak Lily nazwała go podrywaczem i takim, który zna sposób na każdą dziewczynę. Paradoksalnie sam zaczął stękać, poróżowiał, a ręce mu się spociły. Lily uniosła do góry brew i zachichotała.
― No cóż, Rogaczu – uśmiechnął się Remus – dziewczyna ma rację. Ty i Syriusz na pewno dacie sobie radę.
James odchrząknął.
― Jasne, że tak ale…
Lily, nie uważasz, że to urocze, że James chce pomóc Peterowi? – zapytał Remus, sięgając po najskuteczniejszą broń. Evansówna westchnęła.
― Pomimo tego, że obydwoje brzmicie jak zdesperowane stare panny, które szukają partnera na siłę, byle tylko był… no, to prawda, to byłoby całkiem miłe.
Potter jęknął, wydukał coś, co zabrzmiało jak: „żałosne” i najwyraźniej zaczął skupiać uwagę. Remus uśmiechnął się w duchu. Miał już pewność, że James weźmie sobie zadanie do serca.



Do przerwy na lunch Peter był już zaznajomiony ze swoimi nowymi planami na niedzielny wypad do czarodziejskiej wioski. Choć z początku podchodził do nich nieco sceptycznie, ostatecznie uznał, że trafiła mu się jedyna taka szansa na poprawę własnego wizerunku i przełamanie wrodzonej nieśmiałości w rozmowach z dziewczynami. A poza tym z Łapą i Rogaczem na pewno będzie zabawnie. W ostatecznym rozrachunku wychodziło na to, że nie ma nic do stracenia, a jedynie – zyskania, nawet jeśli chodziło tylko o trochę śmiechu.
Od zeszłego roku on, James, Syriusz i Remus zaczęli się od siebie oddalać, a raczej to Peter oddalał się od nich. Różnica pomiędzy nim, zwykłym Peterem Pettigrew, i nimi, szkolnymi playboyami, stała się bardziej widoczna niż kiedykolwiek. Nigdy nawet nie pomyślał o zaproszeniu dziewczyny na randkę, chociaż z pewnością któraś by się zgodziła – choćby tylko po to, żeby przez niego dobrać się do popularniejszych Huncwotów. Nie chodziło o to, że niespecjalnie mu na tym zależało, ale po prostu czuł się bezpieczniej będąc samotnym. Gdyby zaangażował się w związek, zafundowałby sobie jedną osobę, która naprawdę by na nim polegała, a Peter obawiał się, że nie sprosta oczekiwaniom albo zawiedzie zaufanie swojej sympatii. Jakoś nie potrafił dopuścić do siebie scenariusza, w którym wszystko pomyślnie by się ułożyło.
Wyrzucił ponure myśli z głowy i rozejrzał się po trzech sąsiednich stołach. Przed chwilą obiecał chłopakom, że „unaoczni” sobie jakąś wolną dziewczynę, bo nie mogli z niego wydobyć, która mu się podoba. Nie chciał na pewno, żeby jego randką była Gryfonka. Musiałby się z nią widywać w Pokoju Wspólnym. Mało, musiałby jeść śniadanie obok niej! Słodki Merlinie. Zerknął na sąsiedni stół.
Krukonki gawędziły ze sobą, niektóre pisały zadanie domowe. Mia Bones czytała Star Treka i podjadała rodzynki w czekoladzie. Przypominała mu Evans – i przez obsesję na punkcie mugolskiej fantastyki, jak i wyniosłość, oraz fakt, iż była prefektem. Obok niej siedziała ciemnowłosa Phoebe Stevenson, prostując różdżką włosy. Wydawała się być złośliwa. Nawet przez sekundę nie rozważył May Potter. Inne dziewczyny wyglądały na sympatyczne, ale również błyskotliwe i wymagające.
Puchonki w większości zajmowały się poprawą makijażu. Wzrok Petera zatrzymał się na chwilę na Caitlin Chamberlain, niskiej, nadpobudliwej blondyneczce z wielkimi oczami. Przeniósł się następnie na jej koleżankę, przeraźliwie chudą Clemence Grant, ale patrząc na nie, Peter zrozumiał, że chyba woli brunetki.
Ślizgonki. Wszystkie równie przerażające, równie rozchichotane, równie niesamowite.
W co on się wpakował?
Pokręcił głową i sięgnął po bułeczkę mleczną. Już ją przekrajał, chcąc nasmarować ją grubą warstwą masła orzechowego, gdy znikąd zmaterializowała się ostatnia osoba, którą podejrzewałby o chodzenie na lunch.
— Cześć, Peter – oświadczyła Emmelina, łopocząc swoimi przeraźliwymi, grubymi rzęsami. – Masz jakieś plany na Hogsmeade?
Chłopak zamarł. Cichy głosik prawdziwego huncwota podpowiadał mu, że powinien wziąć się w garść, wydukać z siebie coś inteligentnego i bez najmniejszego wysiłku zgarnąć najładniejszą dziewczynę w jego klasie. Problem w tym, że łatwo było tak powiedzieć.
 Emmelina stała tam, wpatrywała się w niego wielkimi, niebieskimi oczętami, górując nad nim o kilka ładnych centymetrów i uśmiechając się do tego tak sztucznie, jakby ktoś dokleił jej do twarzy maskę gumową. Coś było nie tak i choć z całej siły starał się nie złowróżyć, nie mieściło mu się w głowie, że sprawa randkowa może mu przyjść tak łatwo. Laski jak Emmelina umawiały się do Hogsmeade z prefektami albo ze sportowcami, a najlepiej z prefekto-sportowcami jak Phil Estradoth, Frank Longbottom albo Strugis Podmore. Osoba, która ani nie grała w Quidditcha, ani nie chodziła na spotkania prefektów – czyli oosba taka jak Peter – w ogóle nie powinna być brana pod uwagę.
O co chodziło?
— Erm… tak – Brew Emmeliny powędrowała do góry – to znaczy… tak sądzę.
— Och – przerwała mu Emmelina, przesadnie dramatycznie. – No to nieciekawie – westchnęła i bez pozwolenia zajęła miejsce obok niego. – Bo widzisz – wiem, że Clemence Grant jest tobą zainteresowana.
Peter zaniemówił. Spojrzał jeszcze raz w kierunku stołu Puchonek. Tym razem przeraźliwie chuda Clemence wydawała mu się trochę mniej koścista niż poprzednio.
— P…poważnie? – zapytał, czując, że pot powoli zaczyna pojawiać mu się na czole. Emmelina potaknęła.
— Oczywiście, jeśli jesteś zajęty, to będę zawracać ci głowy – kontynuowała, kręcąc głową. – Ale to teraz wszystko źle zabrzmi…
— Co źle zabrzmi?
Emmelina pokręciła głową, na znak, że szkoda gadać. Niepokój zaczął narastać w Peterze.
— Emm…?
— No dobra! – ustąpiła Emmelina, zdaniem Petera trochę za szybko. – Powiem ci. Clemence musi porozmawiać z Dorcas Meadowes w Hogsmeade i twierdzi, że to musi mieć miejsce w twojej obecności.
Peter zmarszczył brwi.
— C…co?
— Chodzi o Syriusza – ciągnęła Emmelina, chyba specjalnie jeszcze bardziej komplikując całą sytuację. – Ona sądzi, że możesz doprowadzić ją do Syriusza, który będzie jutro z Dorcas. Co nie?
Peter uśmiechnął się sztucznie.
No, jasne. Po co w ogóle się oszukiwać? Oczywiście, że dlatego Clemence chciała się z nim umówić. Żeby dotrzeć do Syriusza. Peter po raz kolejny pełnił rolę głupiego łącznika pomiędzy zwykłymi śmiertelnikami a swoimi boskimi przyjaciółmi.
Jakie. To. Przewidywalne.
— Aha. – Powiedział po prostu.
Emmelina uśmiechnęła się niecierpliwie.
— To co? Umówisz się z Clemence?
 Peter z początku chciał odpowiedzieć jej coś bardzo niemiłego, ale ograniczył się do zwykłego:
— Jestem zajęty.
Emmelina nie odchodziła.
— Powiedz Clemence, że Syriusz umówił się z Dorcas w Elizjum.
Wstał i odszedł, darując sobie lunch tego dnia. Jeszcze nigdy nie darował sobie posiłku.
Blondynka została na miejscu, uśmiechając się nienaturalnie szeroko. Usłyszała dokładnie to, co chciała.

  


Razem z przerwą na lunch prawie cała szósta klasa wysypała się na szkolny dziedziniec. Pogoda dzisiaj dopisywała – łaskawe, wrześniowe słońce grzało w przyjemny sposób, tak, że można było się opalać, ale upał nie przewracał nikomu w głowie ani nie moczył od potu koszulki. Dorcas (milutka, ale wciąż zwracająca się do Hestii z wyższością i brakiem zaufania) zabrała Marlenę na błonia, natomiast ta głupiutka blondynka, Emmelina ruszyła do kuchni, żeby zamiast obiadu zjeść sałatkę Cezar. To był idealny moment, aby uderzyć.
Hestia pomimo bardzo krótkiego stażu w tej szkole, do biblioteki potrafiła dostać się nawet z oczami przewiązanymi chustą. Pewnie miało to jakiś związek z tym, że to właśnie w imperium pani Pince ona i Jayden umawiali się na swoje schadzki, ale wyjaśnienie, że była po prostu pilną uczennicą zdecydowanie bardziej jej się podobało.
Biblioteka o tej godzinie była praktycznie pusta, nikt nie kręcił się też w tej okolicy, a przynajmniej nikt, kogo znała. Szybko zanurkowała do działu wróżbiarskiego, gdzie zazwyczaj czekała na Jaydena. On również miał obsesję na punkcie senników, i w sumie to właśnie w sekcji dotyczącej marzeń sennych, doszło do ich pierwszego spotkania trzy dni temu. Od razu go polubiła. Miał takie same słomkowe włosy i oczy w kolorze fali morskiej jak Chase, jej były chłopak.
Jayden tym razem na nią czekał. Kiedy Hestia szła, wpatrując się w sufit i zastanawiając się, czy te fioletowe kulki to plastelina, wyszedł jej na spotkanie i przypadkiem w nią uderzył. Dziewczyna zaczerwieniła się i spojrzała w jego kierunku, a potem zdarzyła się jedna z tych komicznych sytuacji, kiedy dwójka osób próbuje się ominąć, ale przy każdej próbie wybierają identyczny kierunek i zderzają się po raz kolejny.  Hestia roześmiała się, mrugnęła do niego porozumiewawczo i przybrała komiczną, poważną minę.
— Udało się? – zapytał dyplomatycznie Jayden, sam ledwo powstrzymując się od śmiechu.
Hestia pokiwała głową.
— Przez moment w siebie zwątpiłam – przyznała szczerze. – Moi kuzyni to beznadziejne jednostki, nie da się z nimi porozmawiać na poziomie – Jayden uśmiechnął się szeroko. – Ale – ściszyła głos do szeptu – wszystko w końcu poszło zgodnie z planem. Wmówiłam Meadowes, że robimy to dla dobra Marley.
Jayden zachichotał.
— Kupiła to?
— Tak jak przewidziała Emmelina. Pogadałam też sobie z Lupinem i zmusiłam go do wzięcia sprawy w swoje ręce. Tak jakby zaznajamiał Petera ze swoją wizją na Hogsmeade, kiedy ja wprowadziłam Marlenę – wzięła głęboki oddech, trochę dlatego, że zabrakło jej tchu, a trochę po to, żeby zrobić dramatyczną pauzę – a ona wszystko źle zrozumiała. Myśli, że Remus mówi Peterowi o swojej randce.
— Z Emmeliną?
Hestia pokiwała głową, nie mogąc powstrzymać już śmiechu.
— Nie mów tego Emmelinie. Obiecałam, że nie wmieszam ją w cały ten burdel. Ale – puściła do niego oczko – nie mogłam się powstrzymać.
— Rozumiem cię doskonale – szepnął Jayden. – Ja tak jakby napisałem fałszywy list, w którym koleżanka Alicji informuje Franka, że wyniosła się ze swojego mieszkanka w Hogsmeade.
Hestia wybałuszyła oczy.
— Co jeśli wpadną na siebie przed czasem?
— Nie wpadną – wywrócił oczami. – Nie znasz Alicji. Kiedy zobaczy Franka z kimś innym, obrazi się i pójdzie na wódkę do Amosa Digorry’ego, swojego byłego, który ma teraz browarek w Hogsmeade. Oczywiście, dopóki my jej stamtąd nie wykurzymy.
— Cudownie – zatarła ręce Hestia. ― Wszystko poszło zgodnie z planem – szepnęła, po czym wybuchnęła głośnym śmiechem. – O rany, ale ich wszystkich wkręciliśmy.
Cała sytuacja malowała się w ten sposób – Emmelina prosiła Hestię o pomoc w sprawie Syriusza i Meadowes, z kolei Frank Longbottom praktycznie błagał Jaydena o szpiegowanie z nim Alicji Rowle, która rzuciła go bez większego powodu kilka dni temu. Równocześnie przedstawili swoje problemy, a w ich głowach, obdarzonych podobną mentalnością, zrodził się szalony i podstępny plan:
Hestia rozpoczęła cały swój plan od Huncwotów, odwracając ich uwagę od spisku, który zostałby w innych okolicznościach przejrzany natychmiast. W sprytny sposób dziewczyna nie tylko zajęła ich czymś, ale również zaaranżowała okoliczności, w których Marlena pomyślała, iż Remus ma zamiar umówić się z kimś do Hogsmeade.
To był dopiero początek całej zabawy. Jayden i Hestia chcieli sprawić, żeby Remus, Marlena, Frank oraz Alicja wpadli na siebie w określonym czasie, i przy pomocy swojej magii kupidynów, doprowadzić obydwie rozbite pary – Remusa i Marley oraz Franka i Alicja – do powrotu do siebie.
A najlepszym punktem wszystkiego było to, że teraz ani Hestia (która dzięki kupiniadzie rozwiązała też problem Emmeliny), ani Jayden nie musieli latać za swoimi znajomymi i pocieszać ich z powodu zawodów sercowych. Teraz mogli wspólnie śledzić ich i aranżować przypadkowe spotkania, a więc – dobrze się bawić.
Oboje tak bardzo kochali się wtrącać.
Tylko tą część spisku znał Jayden i Hestia wolała, żeby tak zostało. Resztę kwestii umówiła już z Emmeliną, omawiając z nią całą strategię.  
─ Teraz nie przytłacza mnie ta negatywna energia – przyznała Hestia, dumna z siebie, że przyczynia się do zejścia tak wielu osób. – Nasza randka będzie taka wspaniała.
Ludzie mogli nazywać to w różny sposób – jedni, że Hestia i Jayden zabawili się kosztem innych, drudzy, że są lekko nadopiekuńczymi współlokatorami, ale chyba każdy zgadzał się co do jednego – ta dwójka stanowiła najdziwniejsza parę w całym Hogwarcie.
Dziewczyna wierząca w nargle i chodząca z amuletem ze skrzydła trzeminorka oraz okazjonalnie zrzucający sobie na głowę kryształową kulę chłopak – czy istniało lepsze połączenie?
Nie.
I to właśnie oni wygrali w tym roku kupiniadę.
  


Lily nie zjawiła się na żadnych popołudniowych zaklęciach, ani obowiązkowych, ani dodatkowych. Odkąd wtargnęła nieoczekiwanie pod koniec zaklęć, słuch o niej zaginął. Dla Jamesa nie miało to sensu. Jeśli postanowiłaby urządzić sobie wagary, pomimo faktu, że zupełnie to do niej nie pasowało, po co zjawiałaby się na piętnastu minutach przedmiotu, którego cały program miała w najmniejszym paluszku? Po co w ogóle pokazywałaby się w klasie? Po co wciskałaby cały ten kit o obowiązkach prefekta?
Lily była bystrą dziewczyną. Emocjonalną, ale jednak rozważną. Jeśli postanowiła złamać zasady, i to jeszcze tak nieumiejętnie, to musiało stać się coś, co utrudniło jej logiczne myślenie. James cały dzień zastanawiał się, o co mogło chodzić.
— Och, zostaw już to – warknął Syriusz, wywracając oczami. – Pieprzyć Evans. Kogo obchodzi, co dzieje się w jej stukniętej głowie?
— Widziałeś się z nią na śniadaniu – przypomniał sobie nagle Rogacz, zupełnie ignorując uwagę o stukniętej głowie. – Czy zachowywała się jakoś… dziwnie?
— Jak zwykle – wzruszył ramionami – była niska, płaska i irytująca. Jęczała coś o tym, że musi z tobą porozmawiać.
James wciągnął gwałtownie powietrze.
Jak zwykle? Czy ona kiedykolwiek chciała ze mną porozmawiać?
Syriusz puścił mu oczko.
— Od razu przechodzicie do czynów?
Normalny James zaśmiałby się z tych lichych żartów, ale Obecny James – żałosna imitacja Normalnego Jamesa, którą stał się od końca zeszłego roku – zostawił to bez komentarza. Jeśli wcześniej niepokoił się o Lily, to teraz w jego sercu wybuchła niebezpieczna mieszanka uczuć, z których panika była najłagodniejsza.
Lily chciała z nim porozmawiać rano.
Potem zniknęła.
Zjawiła się na ostatnim kwadransie zaklęć, porzucała ironiczne żarty i ponownie zapadła się pod ziemię.
A teraz…
— Daj mi Mapę – zażądał Potter, sięgając ręką do pogniecionego pergaminu, który Syriusz ściskał w dłoni. Już miał go wyrwać i natychmiast odnaleźć rudowłosą koleżankę, ale Black nie poddał się tak łatwo. Złapał jego nadgarstek i rzekł:
— Zapomnij na chwilę o Evans. Czekamy na Glizdka, pamiętasz?
To przywołało Jamesa do porządku. Oczywiście, jego myśli wciąż niebezpiecznie błądziły wokół osoby rudowłosej, ale postanowił, że w miarę możliwości postara się skierować je na swojego przyjaciela i jego problemy.
Nie musieli czekać długo na Pete’a i Remusa – wystarczyło, że Syriusz schował Mapę do kieszeni szaty, a z załamania korytarza wyłoniła się druga połowa Huncwotów. Lupin pomachał im w oddali. Pomimo podłego nastroju utrzymującego się od zerwania z Marley, wyglądał na zadowolonego. Peter z kolei wyłamywał sobie palce i zadawał mnóstwo pytań. Nawet z daleka widać było, że jest na pograniczu wytrzymałości.
Przyjaciele umówili się na korytarzu piątego piętra, co mogło oznaczać tylko jedno – początek podboju. Korytarz ten słynął z tego, że wokół kręciło się mnóstwo Piękności, dziewczyn należących do „elitarnej” organizacji (w teorii skupiającej najbardziej zasłużone dziewczęta, a w praktyce – te najbardziej puste i podłe). Syriusz i James uwielbiali się z nimi zabawiać. Często rywalizowali ze sobą, który pierwszy dobierze się do jednej z nich. Kiedy doskwierała im nuda, droczyli się z nimi na rzadko patrolowanych korytarzach tej kondygnacji, nazywanej czasem: „Zdzirowatym Piętrem”.  Było to z pewnością miejsce, gdzie Pete najszybciej znalazłby randkę do Hogsmeade.
— Przypudrowałeś nosek, Petey? – zapytał Black, mrugając w stronę Clemence Grant, jednej z jego ulubionych kokietek. – Zaraz będziesz świadkiem najlepszego europejskiego podrywu. Na żywo.
— Syriuszu, może przejdziemy do rzeczy zanim rozpoczniesz dystrybucję biletów, co? – zwrócił mu uwagę Remus z anielską cierpliwością. – Piękności może i są głupie, ale gadają jak najęte. Jeśli Dorcas się dowie, że…
— Nie przynudzaj – przerwał mu, ponownie mrugając do Clemence. – W ostatniej edycji Rogaś zgarnął nagrodę Czarnornowidz Roku. Obawiam się, że nie odda ci swojej statuetki tak łatwo.
— Ha-ha-ha – mruknął James. Widać było, że w tej chwili jego myśli krążą gdzie indziej. Jedna z koleżanek Clemence, Sally, pomachała do nich, chichocząc głupawo. James spojrzał na nią bez zrozumienia, jakby nie zdawał sobie sprawy, gdzie się znajduje. 
— Przejdźmy może do rzeczy, co? – odchrząknął Remus, udając, że nie widzi zbliżających się bliźniaczek Greengrass. – Wiecie, co myślę o wykorzystywaniu…
— Tak, tak, tak, tak… testujemy na zwierzętach, a tak nie wolno – przetłumaczył Syriusz, podrywając się na równe nogi i skupiając uwagę tylko i wyłącznie na Peterze. – Ale Petey musi zrozumieć, że to on ma być szanowaną stroną, a nie na odwrót.
— C…co? – wydukał Peter, patrząc na Syriusza jak na wściekłego, żądnego krwi clowna.
— Kurs podrywu, etap pierwszy – szepnął Rogacz, który lekko wybudził się z letargu. – Porażka.
— Stul pysk – szepnął ukradkiem Syriusz, po czym przykleił sobie na twarz sztuczny uśmiech i ponownie zwrócił się do Petera:
— Domyślam się, że Remmy nafaszerował cię już swoimi frazesami, kiedy odprowadzał cię przez ten długi, zdzirowaty korytarz – uśmiechnął się czarująco do Lupina. – Trzeba siebie nawzajem szanować, być miłym, sympatycznym, cierpliwym… tak, tak, tak – wiemy. No więc, Petey… teraz o tym zapomnij.
Pettigrew zmarszczył brwi. Zerknął na Remusa, jakby szukał w nim poparcia, ale Lunatyk tylko wywrócił oczami i wyjął z plecaka książkę do transmutacji. Szykowało się przedstawienie, a on nie miał zamiaru się temu przyglądać.
— Dlaczego najlepiej jest ćwiczyć na Pięknościach? – zapytał retorycznie Syriusz, uśmiechając się do Jamesa. – Rogaś spędza z nimi najwięcej czasu, więc wszystko ci opowie.
Peter przeniósł niepewne spojrzenie na drugiego przyjaciela. Chociaż wzrok Pottera był nieobecny, następne słowa wypowiedział spokojnie i bezuczuciowo, jak robot, który został tak zaprogramowany:
— Bo one nie zasługują na żaden szacunek. To zwykłe szmaty.
Syriusz uśmiechnął się z wdzięcznością. Gdyby mógł, zapewne dałby mu W z odpowiedzi.
— Pięknie powiedziane. Bo widzisz, Petey, nie możesz doprowadzić do sytuacji, w której laska wskakuje ci na głowę. Ona powinna szanować cię bardziej niż ty ją. Tak to działa. Dlatego najłatwiej ćwiczyć na dziewczynach, które są powszechnie nieszanowane.
Peter odwrócił się, lustrując spojrzeniem najbliższą grupkę dziewcząt. Były to chyba siódmoklasistki, Summer, Rachel i Prefekt Naczelna – Larissa. Na oko każda z nich mierzyła metr osiemdziesiąt w obcasach. Chociażby ze względu na wzrost ktoś taki jak Peter nie mógł ich nie respektować.
— Czy to jest ważne? – zapytał, patrząc z nadzieją na Jamesa. Parsknął.
— Tak – odparł Syriusz. – Bo jeśli nie będziesz jej szanować, to raczej nie będzie ci zależeć. A wtedy będziesz pewniejszy siebie. Dziewczyny to lubią.
— Łapa wyrwał wszystkie na chamstwo – dodał Rogacz. Zabrzmiało to trochę ironicznie, ale Peter był zbyt zielony w temacie, żeby wyłapać takie subtelne aluzje.
— …na urok osobisty też, ale w twoim przypadku, Petey… — zmierzył go krytycznym spojrzeniem – chamstwo będzie chyba najbezpieczniejszą opcją.
— Po prostu bądź miły – wtrącił się Lupin, nie odrywając wzroku od swojej książki. – Nie rób z siebie kogoś, kim nie jesteś.
— Drugi z ciebie Dumbledore z tymi mądrościami – zachwycił się Syriusz, a następnie wyciągnął różdżkę, zadarł ją do góry, a okładka tomu uderzyła Lunatyka w głowę.
Peter wyrwał Syriuszowi różdżkę z ręki, chcąc przypomnieć, że jemu należy się w tej chwili uwaga. Rogacz parsknął śmiechem i ogarnął wzrokiem zgromadzone towarzystwo, szukając dla Petera jakiegoś „manekina” do ćwiczeń. Żadna z Piękności nie utrudniałaby podrywu, wręcz przeciwnie – wspomogłyby Petera z wrodzonej lubieżności, a nie zawstydziły i wszystko zepsuły. Dlatego właśnie Syriusz zaproponował trening na nich, a nie na takiej Evans.
— Wybierasz którąś, Petey, czy wyliczamy? – zapytał Syriusz, już pod nosem mamrocząc jakąś wyliczankę.
— C…co?
— Czyli wyliczamy? Ach, miałem nadzieję, że to powiesz. Powiedz: stop.
Peter potrzebował dłuższej chwili (i kilku szturchnięć ze strony Jamesa), żeby wydukać z siebie to: STOP. Problem w tym, że wtedy Syriusz oświadczył, że zgubił się w wyliczance i muszą lecieć od nowa. Remus napomknął coś o zatrzymaniu tej dziecinady, kiedy stała się rzecz niespodziewana – nie trzeba było wybierać ofiary, bo ofiara wybrała ich.
— Hej – odezwała się kokieteryjnie przeraźliwie chuda Puchonka z nieco spłaszczoną twarzą. – Co tam?
Syriusz szturchnął Petera, mając nadzieję, że wyduka z siebie coś więcej niż nieartykułowane: „eeeee…”.
— No, no… cześć, em… — odparł Peter, odwracając się ze siebie. Remus odetchnął ciężko i przekartkował stronę w swojej książce. James wywrócił oczami i powiedział półgębkiem do Łapy: „Pokaż mu”.
— Hej, Clemence! – odezwał się żywo, ale jednak nieco wyniośle. Peter uniósł brew. – Jak plany na Hogsmeade?
— Słyszałam od Pheobe, że Josh Kane chce mnie zaprosić – odparła nieskromnie, wachlując się chyba swoimi długimi rzęsami. – To jej kuzyn i w dodatku absolwent. Czy tylko ja uważam, że szkoda czasu na chłopców, którzy nie są od nas starsi?
— Zaiste – mruknął James, ukradkiem starając się wyciągnąć Mapę z kieszeni Łapy.
— Josh Kane? – powtórzył Syriusz, śmiejąc się złośliwie. – Wysoka poprzeczka, Mency, tym razem zaszalałaś.
Mency? Peter zakodował sobie te zdrobnienie w głowie. Trzeba zdrabniać, pomyślał. Trzeba.
Clemence wcale nie wyglądała na obrażoną tą uwagę. Otworzyła usta, niby to z oburzenia, ale jednak rozbawienie w oczach ją zdradzało.
— Meadowes to faktycznie wysoka bramka – odszczekała się i poprawiła włosy. – Zaszalałeś.
— Sądzisz, że jesteś lepsza? – zapytał przekornie, patrząc na nią pobłażliwie. Clemence wzruszyła ramionami.
— Zabrzmi to nieskromnie, ale chyba tak.
Syriusz spojrzał się po przyjaciołach. Rozbawione iskierki tliły się w jego oczach. Zbliżył się do Clemence. Górował nad nią o pół głowy, a zdystansowane spojrzenie jedynie uwydatniało tę przewagę.
— A ty – zapytał filuternie – sądzisz, że ja jestem lepszy od Kane’a?
Clemence zamrugała. Rumieniec wkradł się na jej policzki. Ewidentnie chciała odpowiedzieć na to inteligentnie, ale nie mogła zebrać myśli.
— M…możli…?
— Udowodnię ci, że tak – szepnął zmysłowo, niby to przypadkiem dotykając jej piersi. Peter wybałuszył oczy. – Będę czekał na ciebie w Sali Wejściowej w sobotę o jedenastej. Spóźnisz się, a zabieram pierwszą lepszą szmatę i towarzyszę jej. Pasuje ci to?
Clemence uśmiechnęła się przekornie.
— Zobaczymy.
Już miała odejść, opowiedzieć o tym wydarzeniu swoim koleżankom, gdy Syriusz złapał ją w pasie i oświadczył z mocą:
— Dziękuję za bycie świetną kukłą. Kolega potrzebował przykładu – poklepał ją po ramieniu i uśmiechnął się sztucznie. – Pozdrów Josha Kane’a ode mnie.
Clemence wywróciła oczami, pokazała Peterowi środkowy palec i zniknęła w załamaniu korytarza. Syriusz skłonił się nisko, czekając na oklaski. Nie otrzymał ich.
— To było okropne – skwitował Lunatyk, wychylając głowę znad książki. – I zdecydowanie nie jesteś wzorem do naśladowania.
— Okropne, ale skuteczne – wzruszył ramionami. – Petey, masz do wyboru to albo podryw na Luniaczka – przynudzanie i całowanie się ze swoimi blond psiapsiółami – Remus wywrócił oczami – i na Rogasia – robienie z siebie idioty i tolerowanie jak ruda jędza wskakuje ci na głowę. Wolny kraj, Glizdek, wybierasz, co chcesz. Rogasiu, nie sądzisz, że Evans za…
Ale Rogaś nie słuchał. Przyglądał się właśnie plamce z napisem Lily Evans na Mapie Huncwotów. Przechodziła właśnie przez Zdzirowaty Korytarz i mijała…
— Evans! – syknął, obserwując rudą grzywę dyskutującą (a raczej – sprzeczającą się) z jedną z Piękności. Obydwie zareagowały. Lily miała podpuchnięte oczy i rozpacz wymalowaną na twarzy, natomiast ta druga – Mulatka o imieniu Summer – o wiele za dużo pudru. Summer pomachała Jamesowi, zupełnie jakby naprawdę miała na imię Lily i szepnęła coś do rudowłosej. Następną rzeczą, którą zanotował Peter w głowie (bo traktował tę interakcję jak podryw szkoły potterowskiej) był głośny plask – dźwięk towarzyszący najczęściej uderzaniu kogoś w policzek.
Summer pisnęła i złapała się w obolałe miejsce, natomiast Lily prychnęła tylko, spojrzała na Pottera z mieszaniną bezsilności i złości, a następnie zniknęła za zakrętem, tak jak przed paroma chwilami Clemence.
— Coś, co może ci się kiedyś zdarzyć – szepnął do niego Syriusz parę chwil później. – Dziewczyna ucieka. Nie popełniaj tego błędu i nie biegnij za nią, proszę.



— Umówiłaś mnie na randkę z Frankiem Longbottom? – powtórzyła Marlena, wpatrując się w Hestię jak sroka w gnat. Kolory zaczęły znikać z jej twarzy, kiedy przeniosła wzrok na Dorcas. – Czy jest jakiś inny Frank Longbottom, którego znamy?
Dorcas padła na swoje łóżko, zapełnione mnóstwem puchatych poduszek. Miała lekko głupawy wyraz twarzy. Chociaż wyglądała na pewną uznania, jej postawa zdradzała, że nie jest zadowolona z takiego obrotu sprawy. To ona miała znaleźć Marlenie tego jedynego.
Hestia uśmiechnęła się skromnie i skłoniła jak średniowieczna dama.
— Czasami zapominam, jak bardzo jestem genialna – odparła, klaszcząc w dłonie. Marlena i Dorcas wciąż przyglądały jej się z takimi minami, jakby Hestia powiedziała, że w tym roku odwołują święta, a nie że właśnie umówiła Marlenę na randkę z jednym z najlepszych kawalerów Hogwartu!
Zawsze powtarzała, że Anglia to kraj szaleńców.
— W czym problem? – zapytała, wzdychając głośno. Jej nierówno przystrzyżone włosy falowały przy każdym słowie. – Znasz faceta? Znasz! On cię zna? Zna! Tu nigdzie nie ma żadnego podstępu, Marlenko.
„Marlenka” zadarła do góry głowę, prychnęła i sprostowałą:
 — Znam? Nie. Jedynie go KOJARZĘ, bo jest kapitanem naszej drużyny Quidditcha.
— …i jest Prefektem Naczelnym – szepnęła Dorcas, wbijając długie paznokcie w różową poduszkę z naszywkami przedstawiającymi uśmiechnięte zwierzęta.
— Milcz – mruknęła Marley.
Hestia podrapała się po głowie.
 — Jayden się z nim przyjaźni – powiedziała, jakby to przesądzało sprawę. – Ponoć jest bardzo sympatyczny.
  — Sympatyczny? – powtórzyła Dorcas. – Frank to ideał! Ciężko mi to mówić, ale nawet ja nie znalazłabym ci kogoś lepszego.
Hestia uśmiechnęła się niepewnie, bo nie wiedziała, czy odebrać to jako komplement, czy raczej nie.
— Prosiłam was, żebyście się nie wtrącały – ciągnęła Marley, teraz już na siłę starając się znaleźć jakieś kontrargumenty. – Dorcas, czy ty zmusiłaś Hestię, żeby…?
JA?!
Marley pokręciła głową. Nie mogła w to wszystko uwierzyć.
Kiedy powiedziała, że szuka chłopaka, nie spodziewała się, że z tej przyczyny wdepnie w takie bagno. Lawina szaleństwa ruszyła i przez cały dzisiejszy dzień Dorcas, Hestia i jakieś ich płytkie koleżanki, zaczepiały ją i oferowały swoją pomoc. To było trochę straszne, że każde słowo, nawet te wypowiedziane w emocjach, zostało wykorzystane przeciwko niej i prawdopodobnie ta nagonka nie ustanie, dopóki się nie zgodzi.
Marlena była kompromisową dziewczyną, jeśli chodziło o dogadanie się z przyjaciółkami. Tym razem miała jednak nadzieję, że sprawa ucichnie, a ona zostanie zostawiona w spokoju – tak jak jej odpowiadało. Mimowolnie zaczęła się irytować.
— Czy ja wtykam nos w wasze sprawy? – zapytała retorycznie. – Czy jestem choć trochę tak wścibska?
— Wścibski nie jesteś. Wścibskim się stajesz – odparła filozoficznie Hestia. – To długi proces, wymagający wiele pracy i zaangażowania.
— Ciebie nikt nie prosił o zdanie – ucięła Marlena, krzyżując ręce na piersi. – Nie wierzę, że umówiłyście mnie za moimi plecami. To szczyt wszystkiego.
— Nie my, tylko ona – mruknęła Dorcas, udając nadąsaną. Hestia uśmiechnęła się szeroko, jakby na potwierdzenie, że to jej indywidualna zasługa. – Ale tym razem się spisała.
— Spisała?
Dorcas wzruszyła ramionami, jakby rozmawiały o pogodzie.
— Pomyśl tylko – jeden z najpopularniejszych chłopaków w szkole, zdolny, wysportowany, przystojny –  mrugnęła porozumiewawczo – i w dodatku jest ponoć bardzo w porządku. Moja kuzynka, Berta, próbowała mi kiedyś wcisnąć, że się z nim spotykała i przedstawiała go w samych superlatywach. Nawet jeśli nie zamierzasz wracać już do Lupina, ja bym nie poło żałowała kilku randek z takim Frankiem.
Hestia potaknęła.
— Wycięłabym całą tą poruszającą część o kuzynce, ale przyznaje, że Dorcas potrafi rozreklamować gościa.
Meadowes uśmiechnęła się skromnie.
— Jak wyjdę z Hogwartu, będę jego osobistą menadżerką.
— Jednym słowem, musiałoby ci się nieźle poprzewracać w dupie, jeśli odrzuciłabyś taką ofertę.
— To nie było jedno słowo, ale z pewnością zawierało sedno wypowiedzi.
Marlena zdobyła się jeszcze na ostatnie ofensywne spojrzenie, ale potem determinacja zaczęła powoli roztapiać się w jej sercu, jakby była jakimś specyficznym bólem, który powoli ustępuje, aż w końcu zupełnie zanika. To nie jednak argumentacja Dorcas i Hestii spowodowała u niej takie rozprężenie, a raczej powoli powracające wspomnienia, układające się w wyjątkowo bolesną mozaikę.
Hestia, jakby czytając jej w myślach, natychmiast wykorzystywała tą słabszą chwilę i wypaliła:
— Tym bardziej, że sama słyszałaś, że Remmy już znalazł swoje ramię do wypłakania. 
To przelało szalę goryczy. Wszystkie części tego obrazu nędzy i rozpaczy, czyli innymi słowy całego jej życia, zaczęły przekładać się na obecną sytuację, jakby można było ułożyć je na wiele sposobów.
Przed oczami stanęła jej scena sprzed roku, kiedy to zastała Emmelinę i Remusa całujących się na Wieży Astronomicznej. Następnie sytuację sprzed dwóch dni, kiedy to odkryła jego tajemnicę nad ranem. Jej pamięć szybko ogarnęła cały przebieg ich ostatniej kolacji, na moment zwalniając obroty i przypominając o najściu Emmeliny, i o rozmowie przy świecy… A na koniec w jej świadomości błysnęła scena z jeszcze dzisiejszego dnia. Cichy głosik, mały diabełek, który podżegał ją do złych rzeczy od przerwy na lunch, teraz zaczął wyraźnie krzyczeć, jakby wyleczył się z bólu gardła:
Remus już sobie kogoś znalazł.
Wywnioskowała to, podsłuchawszy rozmowę jego i Petera, zaraz po zaklęciach. Mówili coś o Hogsmeade, o randkach i o Krukonkach (!). Już na następnych zajęciach stworzyła listę wsyztskich krukońskich dziewczyn, które mogły zostać zaproszone przez Remusa. Może i dowodziło to, że Marlena osiągnęła nowy poziom żałosności, a jej były chłopak ruszył dalej, i może powinna się nad tym zastanowić, ale na chwilę obecną nie była w stanie wziąć się w karby i zacząć myśleć racjonalnie. Emocje przejęły nad nią całkowitą władzę.
Nie wiedziała, ile prawdy jest w tych plotkach i podejrzeniach. Nie wiedziała, czy faktycznie Remus jest z kimś umówiony. Słodki Merlinie, ona nawet nie wiedziała, czy chłopak wybiera się w sobotę do Hogsmeade. Wiedziała jednak, że jest wściekła i że chce się nareszcie odegrać. Wystarczająco długo dławiła w sobie złość. Całe wakacje przepłakała i zastanawiała się, czy jej dalszy związek z Lupinem ma jakiś sens. Rok szkolny przywitała śpiąc na łonie natury, w Zakazanym Lesie, i trafiając do skrzydła szpitalnego. A z iloma osobami się pokłóciła przez całą tę sprawę! Czy nie należy jej się choć trochę odpoczynku od tego stałego, niekończącego się dramatu? Czy teraz nie kolej na nią, żeby zagrać znajomym trochę na nosie? 
  Wzięła głęboki oddech. Gniew odpuścił, a następna emocja przejęła dowodzenie. Tym razem było to napływające szaleństwo:

  — Powiedz Jaydenowi, że się zgadzam.
 
 

To był zdecydowanie najdziwniejszy wystrój Pokoju Życzeń, jaki James kiedykolwiek widział. Wyglądał jak dzieło szalonego artysty o antypodycznych tendencjach albo jak skrzyżowanie projektu wybitnego dekoratora wnętrz, który kilkakrotnie zmieniał zdanie, z jednym z pokojów we Wrzeszczącej Chacie.
Z jednej strony ściany przyozdobiono elegancką boazerią. Pozawieszano również obrazy jakiś artystów, zapewne mugolskich, bo postacie nie poruszały się w ramach, tylko zastygały w ruchu, jak na stopklatce. Naprzeciw niego, w kominku z marmurowym gzymsem, tliły się mizerne płomyki ognia, niechętnie trawiąc drewno. Roiło się od wazonów z kwiatami, w szczególności anemonami i kaliami.
Z kolei po drugiej stronie, tam, gdzie siedziała Lily, sceneria malowała się nieco inaczej – tanie, obskurne tapety zostały zdrapane i zwisały całymi pasami, odsłaniając żółtą ścianę. Dziewczyna siedziała na zimnych płytkach gipsowych, które w kilku przypadkach zostały oderwane z podłogi. Biały tynk spadł z sufitu prosto na jej szkolną spódniczkę. Jej nastrój oraz charakter drugiej części pokoju idealnie się dopełniały.
Kiedy drzwi Pokoju Życzeń zatrzasnęły się za Jamesem, Lily uniosła głowę. To dziwne, ale nie wyglądała na zaskoczoną jego obecnością.
James znał tę szkołę lepiej niż można było to sobie wyobrazić, co więcej, to właśnie on był tym Huncwotem, który odnalazł słynny Pokój Przychodź-Wychodź i opowiedział o nim znajomym. Nic więc dziwnego, że sam wiedział najlepiej, jak on funkcjonuje. Czary chroniące to pomieszczenie zapewniały użytkującym je osobom absolutną prywatność, pod warunkiem, że takowej prywatności potrzebowali. Gdyby poprosił Pokój o przeniesienie go do lokalizacji, w której przebywa Lily, nie otworzyłby się przed nim w ogóle. Dlatego stanąwszy przed ścianą na siódmym piętrze, przepustką do Pokoju Życzeń, pomyślał: Chcę znaleźć się tam, gdzie mogę coś przemyśleć.
A potem po prostu popchnął drzwi, znikąd pojawiające się w ścianie i znalazł się w tym dziwnym pomieszczeniu razem z Lily. Gdyby dziewczyna nie chciała towarzystwa, Pokój by ich nie połączył. Pokój wiedział dokładnie, co jest komu potrzebne. Lily potrzebowała rozmowy.
Poprzednia sytuacja, kiedy to zapłakana, wstrząśnięta i poruszona Lily wpadła na niego i towarzystwo na korytarzu, zdecydowanie była dziwna i niecodzienna. Jednak Lily potrzebująca rozmowy z byle kim, nawet z Jamesem, była jeszcze dziwniejsza. Musiało stać się coś tak przełomowego, że wręcz obchodzącego prawa natury.
Evans? – zapytał, patrząc w nią niepewnie. Nie przywykł do sytuacji, w których musiał przyglądać się tak słabej, smutnej i opuszczonej Lily. To wydawało mu się tak oddalone od rzeczywistości, jak płacząca McGonagall albo przeklinający Dumbledore.
 Lily uniosła dłoń do poziomu oczu, przyglądała jej się przez chwilę, po czym przetarła całą powiekę i wydmuchała nos w rękaw. Jamesowi aż ścisnęło się serce.
— Co się stało?
Dziewczyna głośno pociągnęła nosem i milczała przez dobrą chwilę, chyba próbując uspokoić oddech. Kiedy na niego spojrzała, wyglądała tak jak zawsze w jego obecności – na zniesmaczoną i poirytowaną.
— Summer nasłała cię na mnie? – zapytała zaczepnie. Jej oczy przypominały małe, okrągłe sztylety. – Chcesz mi przywalić?
Nie – powiedział po prostu James, niepewnie dosiadając się pod ścianę, tuż obok niej. – Ktoś już dawno powinien dać jej z liścia. Mam nadzieję, że zrobiłaś to tak, jak należało.
Dał jej sójkę w bok, ale jeśli myślał, że w ten sposób zachęci ją do zwierzeń, to trochę się pomylił.
 — Posłuchaj mnie, Evans – zaczął, wpatrując się w nią uważnie. – Może i niekoniecznie znajduje się na szczycie listy twoich ulubionych osób, ale mam pewne doświadczenie w ratowaniu ci tyłka – Lily się skrzywiła – i chyba zasługuję na pewne wyjaśnienia, co?
— A myśl sobie, co chcesz – odburknęła, chowając twarz w podwiniętych kolanach.
James wpatrywał się w nią uparcie. Nie śmiał myśleć, że wszystko pójdzie jak z płatka, a Lily zacznie opowiadać mu całą historię swojego życia zaraz po tym, jak wejdzie do Pokoju Życzeń. Nie obraziłby się jednak, gdyby współpracowała choć odrobinę.
Naprawdę się o nią martwił, tym bardziej, że raczej nie zaczęła tego roku szkolnego pomyślnie. Aż dreszcz go przeszedł na wspomnienie feralnej pełni cztery dni temu. Potem to wydarzenie, jak nieoczekiwanie wybiegła z zajęć i w końcu dzisiejsze wagary… w innym wypadku pomyślałby, że wszystkie te sytuacje były ze sobą połączone, ale chodziło tutaj o Lily. O Lily, która pomimo swojego temperamenciku, ciągłych pretensji i sceptycznego podejścia do życia, nigdy bez poważnej przyczyny nie złamałaby szkolnego regulaminu.
Może i to nie leżało w jego zakresie obowiązków – pomaganie Evans w jakiś jej życiowych problemach, ale tym razem musiał zastąpić osoby bardziej to tego upoważnione. Skoro Dorcas, Marley i reszta jej „koleżanek” wolała biegać dookoła szkoły i świrować na punkcie Hogsmeade niż zainteresować się Lily, to przydział ról nieco im się odmienił.
— Martwię się o ciebie, Evans – powiedział szczerze, mierząc ją dziwnym spojrzeniem. – Wyglądasz fatalnie.
— To nie był za dobry tekst na podryw – odparła, unosząc głowę do góry. – I nie musisz się mną przejmować. Jestem dużą dziewczynką.
— Łatwo ci powiedzieć – pokręcił głową. – Od początku roku szkolnego żyję obawą, że coś sobie zrobisz. Chyba dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku.
— Nie o to chodzi - westchnęła. Zabrzmiało to naprawdę żałośnie w zestawieniu z jej napuchniętymi oczami. – To nic takiego… nikt mnie nie skrzywdził. Wszystko jest…
— …w porządku? – dokończył za nią, kręcąc głową. – Mówię od razu, Evans, że nie pójdę sobie stąd, dopóki nie wyśpiewasz mi wszystkiego. Mamy czas.
— Ja mam. Ty nie masz. Jesteś zapracowanym facetem. Idź porobić coś, co niewątpliwie zmieni oblicze współczesnego świata.
— Mam czas dla ciebie – uciął. – Losami świata się nie przejmuj. Jest jeszcze noc. Jutro rano napiję się kawy. Mów.
— Ale…
Lily.
— Ktoś okrutnie sobie ze mnie zażartował – powiedziała wreszcie, oblizując wargi. – Myślałam, że to Summer, ale… najwyraźniej mam więcej cichych wielbicieli.
Zapanowało milczenie. James przyglądał jej się bardzo uważnie, niemal prześwietlając każdy fragment jej ciała, jak podczas badania rentgenowskiego. Lustrując ją spojrzeniem, doszukiwał się chyba jakiś wskazówek, na czym polegał ten „okrutny żart”, zupełnie jakby odbił on na niej jakieś piętno. Jego wzrok zatrzymał się na moment na podołku dziewczyny,  wcześniej zasłoniętym przez podkulone kolana. Leżał na nim jakiś łańcuszek, a raczej naszyjnik, rodem z tych staroświeckich świecideł dla dam. Zupełnie nie pasował do Lily, która nie zwykła zawieszać sobie czegoś na szyi.
— Skąd to masz? – zapytał, wskazując na wisiorek. Dziewczyna nawet nie zerknęła we wskazanym przez niego kierunku, żeby wiedzieć, o co mu chodzi.
— Wygrałam w loterii. Czekam aż aktywuje się umieszczona w nim bomba.
— Na tym polegał ten twój okrutny kawał? – kontynuował wiercenie w brzuchu. Lily nie odpowiedziała. – Oczywiście, że tak. Pytanie tylko, czy on jest tak brzydki, że uważasz go za uwłaczenie twojej godności?
Lily spojrzała na niego chłodno.
— On nie jest brzydki.
— Tak, tak, istne cudeńko, ale nie o to pytam – spojrzał jej głęboko w oczy, co trochę mijało się z celem, bo Evansówna nie utrzymywała kontaktu wzrokowego.
Westchnął ciężko.
— Lil…
— Dobra! – krzyknęła nagle, patrząc na niego jak na gąsienice znalezioną w bucie. Frustracja odbijała się w jej zielonych oczach. — Skoro naprawdę chcesz wiedzieć, proszę bardzo: dostałam w liście to coś – uniosła na wysokość jego oczu medalion – bo nadawca chciał mnie ośmieszyć…
— To już wiem – przerwał jej James. Lily kontynuowała:
— Tu nie chodzi o jego… wygląd. On mi po prostu coś, kogoś, przypomina.
James wciąż wiercił z boku jej głowy wielką dziurę. Dziewczyna zadrżała.
— To medalion mojej mamy, dobra? – powiedziała po prostu. – Kiedyś chciała mi go oddać, ale ja… ja byłam zła i…
Lily – powiedział spokojnie James, marszcząc niepewnie czoło. – Nie możesz jej go po prostu odesłać?
Wciąż nie dostrzegał związku z ośmieszeniem, kawałem, wagarami i jej mamą, chociaż – z drugiej strony – nigdy też nie potrafił rozgryźć Lily Evans. Tym razem rudowłosa lekko zawahała się z odpowiedzią, otwierając i zamykając usta, jakby wymówienie następnego zdania kosztowało ją bardzo wiele wysiłku:
— O…ona już go nie odbierze – głos jej zadrżał, jakby powstrzymywała łzy. – Nie żyje od dwóch lat.
To było dla Jamesa jak porażenie piorunem. Ciekawość ustąpiła miejsca przerażeniu i poczuciu winy. Nie powinien tak bardzo na nią naciskać, nie powinien rozgrzebywać tego tematu.
Nie mógł w to uwierzyć. Znał Evans sześć lat, a od jakiegoś półtorej bezowocnie próbował ją gdzieś wyciągnąć. Wysłuchiwał każdej plotki, pogłoski na jej temat, rozmawiał o niej z jej przyjaciółkami, a nawet ukradł jej kartę zdrowia z kantorka madame Pomfrey, rok temu. Wydawało mu się zawsze, że on wie o Lily wszystko, a to ona go nie zna i ocenia bezpodstawnie. Tymczasem było całkiem inaczej. Trudno było mu w to uwierzyć.
Zupełnie bezsensownie zaczął szukać w swojej głowie jakieś przeciwdowodu, czegoś, co mogłoby świadczyć o tym, że Lily kłamie, a on faktycznie zna ją bardzo dobrze. Czy coś słyszał… coś widział…
— A…ale ja przecież widziałem twoją mamę – powiedział nagle, bardzo strapiony. – Chociażby na dworcu. Ta kobieta z ciemnymi włosami… Mówiłaś do niej: „mamo”.
— To była Caroline – mruknęła Lily. – Moja podszywana mama.
Relacje w rodzinie Evansów były delikatnie mówiąc bardzo poplątane. Biologiczna matka jej i Tunii – Mary, rozwiodła się z jej ojcem, kiedy Ruda miała jakieś sześć lat, i wyjechała do Ameryki, na Broadway, gdzie chciała rozkręcić swoją aktorską karierę, ponieważ West End nigdy jej nie odpowiadał. Osiem lat później zmarła, ale nigdy specjalnie nie zainteresowała się swoimi córkami. Co jakiś czas pojawiała się, ale równie szybko znikała. Kiedy została słynną aktorką w Hollywood i dziennikarze zainteresowali się jej życiem prywatnym, zawsze utrzymywała, że nie ma dzieci.
Mimo wszystkich tych przewinień, Lily bardzo mocno ją kochała i przeszła przez czyste piekło, kiedy dowiedziała się o jej śmierci. Właśnie wtedy zmieniła swój wizerunek na – jak to określiła Emmelina – „punkówę”, i zaczęła podchodzić do wszystkiego sceptycznie i z dystansem. Oddaliła się też od siostry i ojca, którzy niespecjalnie przejęli się tą tragedią. Wychodzili z założenia, że kobieta, która zamiast zajmować się dziećmi, romansuje sobie w Nowym Jorku, nie zasługuje na ich łzy. Tym bardziej, że zamordował ją własny kochanek w łóżku.
Ojciec zaledwie rok po rozwodzie z matką związał się po raz kolejny ze swoją przyjaciółką z czasów liceum, Caroline Steele. Ruda długo przekonywała się do macochy, ale w końcu szczerze ją polubiła i zwierzała się jej z niemal wszystkiego, traktując kobietę jak drugą matkę. Wszystko byłoby pięknie i cudownie, gdyby Ethan Evans nie był tak kochliwy i nie ożeniłby się po raz trzeci z kolejną kobietą, Rachel McCollough, która była od niego młodsza o trzynaście lat. Nowej macochy Lily zdzierżyć nie potrafiła, tęskniła za Caroline i Mary, dlatego postanowiła otwarcie gardzić nową żoną ojca, łudząc się, że pójdzie on po rozum do głowy, wydorośleje i przestanie szukać sobie coraz to młodszych dziewczyn.
Podobne wymagania przedstawiła przed Ethanem jej babka od strony biologicznej matki, Agnese Oldisch, wyjątkowo apodyktyczna i władcza Włoszka, która całe „dziwactwo” Ethana Evansa zwalała na amerykańskie korzenie, artystyczną duszę i słuchanie muzyki hipisów. Fakt faktem, jej babcia nie należała do tolerancyjnych osób i czasem doprowadzała ją do szału, każąc „zdjąć te śmieszne buty” i „przestać ubierać się jak czarna wdowa”, ale ona i Tunia zawsze dzwoniły po nią, kiedy chciały, żeby ktoś przemówił ich ojcu do rozsądku. Niestety, nawet najazd Agnese nie zatrzymał takiej katastrofy jak wesele ojca i Rachel. 
Ledwo ułożyła sobie to wszystko we własnej głowie, już wiedziała, że nie ma sensu tłumaczyć tych zawiłości Jamesowi. Na tym złamałby się nawet jego bystry, transmutacyjny umysł.
— Moi rodzice się rozwiedli – powiedziała po prostu. – Dawno temu. Mama wyjechała do Stanów, znalazła sobie nowego faceta z wielkim funduszem powierniczym, który zarżnął ją nożem – James przełknął głośno ślinę. Lily roześmiała się pusto. – Najlepsze jest to, że się do tego otwarcie przyznał i wyjaśnił, że miał już po prostu dosyć „tej kłody”, bo nie…
— Przestań – uciął James. Jego wyraz twarzy był dość nieokreślony. – Nie nakręcaj się, Lily.
Rudowłosa wywróciła oczami, uśmiechając się sztucznie.
— Wiesz, myślałam, że nie zrobi to na mnie żadnego wrażenia – prychnęła i pokręciła głową, jakby z niedowierzania. – Och, moja kochana mateczka… wydawało mi się, że odcięła się ode mnie na zawsze i że jej życiowe dramaty nigdy mnie nie dotkną, a tymczasem… — spojrzała na niego z przerażającym wyrazem w oczach - …tymczasem nic nie daje mi spokoju. Ta sprawa będzie do mnie wracać, bo ktoś z zewnątrz poznał historię mojej matki i połączył mnie z nią. Próbowała się mnie wyrzec przez tyle lat…
Lily – powtórzył James, przeczuwający, że dziewczyna balansuje na krawędzi. – Zostaw to.
— Zrobiła wszystko. Przeprowadziła się na inny kontynent, zmieniła nazwisko, męża…
— I powinna się wstydzić – powiedział po prostu. – I twoja matka, i osoba, która wysłała ci ten przedmiot. Nie wiem, kto ma tak popieprzone w głowie – spojrzał jej głęboko w oczy – ale na pewno właśnie o to mu chodziło – o osłabienie ciebie. Ty… jesteś tytanką, Lily. Jesteś jedną z najsilniejszych osób, które znam. Jeśli ktoś z tobą zadziera – kiwnął głową na medalion – to najpierw musi cię złamać, żeby mieć w tej walce jakiekolwiek szanse – uśmiechnął się. – Pozwalasz mu na to, rozgrzebując całą tę historię. Naprawdę, nie myśl już o tym.
Lily wpatrywała się w kąt pokoju. Szczęka niebezpiecznie jej drżała. James nachylił się i ujął jej dłoń. Dziewczyna powoli odwróciła głowę w jego kierunku. W jej zaszklonych oczach widać było prawie cały Pokój Życzeń.
— Schowaj go – powiedział cicho, starając się, by jego głos przybrał jak najbardziej przekonywujące zabarwienie.  – Schowaj ten medalion. Najlepiej tu – wskazał głową na Pokój Życzeń. – Nie przestaniesz o tym myśleć, kiedy będziesz targać go wszędzie ze sobą.
Ruda milczała, wpatrując się w jego oczy jak zaczarowana. Chociaż wysyłała ku niemu intensywne, emocjonalne spojrzenie, wzrokiem była gdzieś daleko, w miejscu, o którym wiedziała jedynie ona sama. James odczekał chwilę, nie chcąc się narzucać. Z każdą sekundą coraz bardziej wątpił, że tego dnia zamieni z Lily jeszcze jedno zdanie.
— Czy mogę zostać sama? – zapytała, wedle jego prognozy, Evansówna.
James potaknął, uśmiechnął się słabo i wstał, starając się patrzeć na nią tak jak zwykle. Nie miał pojęcia o sytuacji Evans, o jej relacjach z matką i o tym, jak bardzo cierpi. Przyłapał się na tym, że do tej pory postrzegał ją jako nadętą, wyniosłą hipokrytkę, która zgrywała świętoszkę, a naprawdę miała tyle samo za uszami, jak każdy inny. Ten wizerunek chyba był łatwiejszy do wykreowania niż sylwetka dziewczyny, która codziennie musi staczać te same, bolesne walki. James dobrze wiedział, co to znaczy – niekończąca się wojna ze samym sobą. Przypomniał sobie o tych wszystkich zdarzeniach, które prześladowały go na każdym roku, o snach, ilustrujących dokładnie tego, czego się obawiał, a przede wszystkim – przypomniał sobie o May, o Syriuszu, o Mary i o wielu innych osobach, za których czuł się odpowiedzialny. Szkoda, że rozczarowywał ich na każdym kroku.
Kiedy wycofywał się do wyjścia z pokoju, wysoki głos dziewczyny rozległ się ponownie, brzmiąc jak rozkoszna, delikatna muzyka:
— Naprawdę sądzisz, że jestem tytanką?
James uśmiechnął się tyłem do niej, tak, żeby tego nie zauważyła.
— Jesteś. Ale i tak nie sięgasz mi do pięt, Evans.  




Zaraz po tym, jak Lily gdzieś zniknęła, Dorcas rzuciła podręcznik do transmutacji w kąt i przestała udawać, że się uczy. Czytanie okropnie ją męczyło, od zawsze.  Literki na siebie wpadały i mieszały jej w głowie, jak gdyby tańczyły na kartkach papieru, a gdzieniegdzie nie było ich w ogóle, chociaż nie wyblakły. Evansówna powiedziała jej kiedyś, że być może ma dysleksję, ale Dor wolała nie dopuszczać do siebie podobnej myśli. Brak tolerancji do jakichkolwiek defektów i wad był pamiątką po dorastaniu w Cardiff i wychowywaniu państwa Meadowes.
Ostatnio coraz częściej rozmawiano przy niej o rodzinie. Najpierw Syriusz przyznał, że przeprowadził się do Rogacza, potem pojawiła się Hestia ze swoją zakręconą familijną sytuacją, a teraz Ruda zainstalowała sobie nad łóżkiem strzelnicę, przyczepiła na sam środeczek zdjęcie swojej macochy i ciskała w nią czerwonymi i niebieskimi rzutkami. Przez to Dorcas mimowolnie zaczęła w myślach przewijać kolejne sytuacje i wspomnienia związane z Cardiff, Austinem i Julią Meadowesami, i – niestety – z  Calliope.
Od urodzenia rodzice wpajali jej te wszystkie bzdury związane z czystością krwi i przewagą ich szlachetnego rodu, związanego z Blackami i Greengrassami, nad resztą czarodziejskiej populacji. Jednak, co po raz pierwszy okazało się prawdziwym plusem, jej niepojętna głowa nie mogła, czy raczej nie chciała, przyswoić podobnych rewelacji. Umysł Dorcas był bardzo samodzielny i niezależny. Kiedy coś mu się nie podobało albo zwyczajnie go nudziło, przestawał pracować. Rodzice karali ją za własne opinie i te hibernacje umysłowe, ale nic – nawet czarnomagiczne klątwy – nie mogły zmienić tej sytuacji. Nieważne, jak bardzo Dorcas chciałaby zrozumieć ich punkt widzenia, najzwyczajniej w świecie nie była w stanie.
Julia Meadowes była bardzo nadętą i oschłą czarownicą. Skoro wszelkie metody wychowawcze zawiodły w przypadku Dorcas, postanowiła znacznie ograniczyć ich kontakty. Dzieciństwo Dor spędziła więc o swojej ciotki zdrajczyni-krwi, bawiąc się z kuzynką Bertą Jorkins i jej przyrodnim braciszkiem Nickym. Pod wpływem Nicky’ego zaczęła prosić rodziców o młodsze rodzeństwo, najlepiej o siostrzyczkę, bo chciała ubierać ją w swoje stare ubrania (miłość do ciuchów towarzyszała jej od najmłodszych lat). Z perspektywy czasu Dorcas zauważyła, jak bardzo pojawienie się Calliope było niesamowite. Narodziny siostry stanowiły chyba jedyną prośbę, którą jej rodzice wzięli sobie do serca.
Po przybyciu na świat Calliope Meadowes jej życie rozjaśniało, zupełnie jakby przez siedem lat żyła w cieniu, a z chwilą urodzin siostry, wyszła na słońce. Rodzina Meadowes zbliżyła się nie tylko do siebie, ale też do Jorkinsów. Powstała jedna, wielka, zgodna rodzinna, którą przestały poróżniać poglądy, a nawet to, że pani Jorkins wyszła ostatecznie za mugola, ojca Nicky’ego. Calliope okazała się pomostem pomiędzy skłóconym rodem, pomiędzy rodzicami i Dorcas, a także – w tym przypadku – pomiędzy czarodziejami z tej strony i mugolami. Łatwo więc się domyślić, że kiedy umarła, wszystko rozpłynęło się jak we mgle.

Kotylion 1974, Dwór Meadowesów, Cardiff.
Bankiet trwał w najlepsze. Wszyscy goście zachwycali się piękną Salą Balową Meadowesów, chwalili najlepszą służbę, cudowne jedzenie i wyborną muzykę. Obok Dor co chwila przechodził jakiś starszy o idealny wiek (bo kto zwróciłby uwagę na swoich rówieśników?), elegancki dżentelmen i prosił ją o taniec. Dziewczyna na ogół nie przepadała za balami rodzinnymi, zwłaszcza kotylionami, ale dzisiaj bawiła się wyśmienicie. Na początku szukała Jamesa i Syriusza, którzy zawsze zmuszani byli do udziału we wszystkich tych rodowych zjazdach, ale tym razem doczepili się do paczki złożonej z Mary McDonald, Sereny Marceau i Skye DeVitt, a Dorcas nie znosiła każdej z osobna.
Wszystkie stoliki pozajmowali jej bliżsi i dalsi przodkowie, a chociaż na pierwszy rzut oka nie mieli ze sobą za wiele wspólnego, każdy z nich jakoś się odnajdywał i wdawał w drętwą rozmowę, typową dla strych (i czystokrwistych) osób. Ci starsi, przystojni dżentelmeni nagle zniknęli jak kamfory,  a wokół nagle zrobiło się cicho, sztywno i nieciekawie. Dorcas odwróciła głowę w kierunku przejścia do westybulu. Pogoda dopisywała. Może warto zapomnieć na chwilę o dawnych urazach i dołączyć do chłopców oraz Mary i jej koleżanek? Już miała wrócić się do swojego krzesła po torebkę, gdy kątem oka zauważyła grupkę, z którą chyba korzystniej spędziłaby czas.
W najdalszym kącie sali ustawiono trochę koślawy stolik, o wiele za mały na ilość osób, która przy nim siedziała. Słyszała stamtąd jakieś odległe chichoty i przejawy radości życia, ale to pewnie wszystko sprowadzało się do faktu, że zajęła go młodzież hogwarcka. Uśmiechnęła się do siebie, kiedy odnotowała obecność swojej kuzynki Berty, posiadaczki burzy kędzierzawych niteczek, które umownie nazywano włosami, chociaż raczej ich nie przypominały. Obok niej siedziała piękna jak rusałka Diana Jenkins i lekko nadąsana Ally Rowle. Stanęła na palce. Po drugiej stronie stolika siedział Liam Argent w smokingu (aż jej się zrobiło gorąco!), Amos Digorry, nazywany Apollem, Phil van Weert, kuzyn Jamesa, oraz Kenny McDonald, starszy brat Mary, bożyszcze chyba każdej dziewczyny w Anglii. Kenny należał do tego typu chłopców, który podobał się każdej dziewczynie. Miał złote, gęste włosy, dołeczki na policzkach i idealny lewy profil twarzy. Poza tym prawie zawsze był na haju. Dorcas poprawiła fryzurę, pomachała Bercie i zaczęła powoli pokonywać dystans pomiędzy środkiem sali a koślawym stolikiem, gdy…
— Wiesz, że przypominasz mi moją amicę z Wenecji? Masz taką samą szeroką szparę pomiędzy nogami.
Dorcas wywróciła oczami, niechętnie zerkając w kierunku Jesse’ego van Weerta – kuzyna Jamesa numer dwa, którego starszy brat siedział przy stole z Bertą, Kennym i resztą paczki. Nienawidziła go prawie tak bardzo jak sam James.
— Idź zawstydzać starsze panie, Jesse – mruknęła, starając się go wyminąć. Chłopak chwycił ją za ramię. Wbił paznokcie tak mocno, że aż zamknęła oczy z bólu.
— Na twoim miejscu pilnowałbym siostrzyczki, Meadowes – syknął, uśmiechając się fałszywie. – Niektórzy mają tu upodobania do małych dziewczynek.
Dorcas spojrzała na niego z zaskoczeniem. Mimowolnie odwróciła się w kierunku kącika dla dzieci, gdzie jeszcze przed chwilą bawiła się Calliope. Nie znalazła jej tam. Krew w niej zawrzała. Gwałtownie przeniosła spojrzenie na Jesse’ego i wysyczała:
— To nie jest śmieszne.
Jesse zachichotał.
— Jeden-zero, Meadowes.
Jeden-zero.

Czasy współczesne
Dorcas do dzisiaj nie miała pojęcia, o co chodziło Jesse’emu z tym „jeden-zero”, ale wiedziała, że zaraz po tym zaczęto szukać Calliope. Jedna z wizjonerek, jasnowidzka z rodziny Bulstrode nakazała przeszukać jeziorko obok rezydencji. Bardzo szybko odnaleziono tam głowę małej dziewczynki, odłączoną od reszty ciała. Na twarzy Calliope zastygło przerażanie. Jej puste oczy często nawiedzały Dorcas po nocach.
Dziewczyna otrząsnęła się ze wspomnień i zerknęła na zegarek. Syriusz nie miał czasu, żeby dzisiaj się z nią zobaczyć, a więc nie powinna nawet przypuszczać – ani tym bardziej obawiać się – że wpadnie na niego gdzieś po drodze. Lily nie widziała od pewnego czasu, Marley zapoznawała się z Frankiem, a Emmelina nigdy nie stanowiła realnego zagrożenia.
Tak. To ten moment.
Dorcas poderwała się z łóżka, poprawiła spódniczkę i czym prędzej wybiegła z dormitorium. Miała nadzieję, ze uda jej się przemknąć niepostrzeżenie aż do gabinetu profesora Argenta lub – jak wolała się do niego zwracać – Liama. O tej godzinie być może udało mu się znaleźć dla niej trochę czasu.
Do gabinetu dotarła szybciej niż się spodziewała. Wtargnęła do środka bez pukania.
Liam siedział przy swojej ławce, studiując jakieś papiery. Lekko podskoczył, kiedy drzwi zatrzasnęły się za dziewczyną. Zadarł głowę wysoko, pokazując swoją przystojną, dwudziestoletnią twarz.
— Dorcas?
— Nie mam za wiele czasu, Liam – szepnęła, zbliżając się do niego pośpiesznie. – Dowiedziałeś się czegoś?
Mężczyzna obdarzył ją niemrawym spojrzeniem. Wyglądał, jakby dowiedział się o niej czegoś wstydliwego i nie wiedział, jak to wyznać.
— Czego dokładnie? – postanowił grać na zwłokę. Bardzo dojrzale.
— O Jessim van Weercie. Szalonym kuzynie Jamesa z Włoch – mruknęła, unosząc ręce do góry. – O jeden-zero?
Liam głośno wypuścił powietrze, jakby obawiał się tej chwili. Dorcas wlepiła wzrok w podłogę. Już czuła, że wieści Liama nie przypadną jej do gustu.
— Jesse van Weert ma alibi – powiedział po prostu, drapiąc się po głowie. – Van Weertowie zarzekają się, że został w Wenecji na czas kotyliona.
Dorcas wybałuszyła oczy.
Co?! Liam, to… to jakiś absurd… ja przecież z nim rozmawiałam, on…
— Był ciężko chory – kontynuował Argent, patrząc na nią dziwnie. – Magomedycy florenccy potwierdzają, że tego dnia leżał w szpitalu. Pokazali mi wypis.
— Van Weertowie śpią na kasie! Mogli przekupić tych dupków, przecież…
— Wierzę ci, Dorcas – przerwał jej ponownie, chociaż nie zabrzmiało to szczerze. – Ale musisz zauważyć, w jakiej sytuacji się znajdujesz. Oskarżasz członka jednej z najwyżej postawionych rodzin, który ma dowody na to, że wcale go na tym kotylionie nie było. W dodatku nie ma żadnych świadków, którzy go tam widzieli.
Dorcas już otworzyła usta, żeby zaprzeczać, gdy zdała sobie sprawę, że niczego nie udowodni. Faktycznie, jej rozmowa z Jessim była bardzo zagadkowa. Kiedy kilka dni po zdarzeniu opowiedziała matce o rozmowie z chłopakiem, ta nakrzyczała na nią, że balansuje na bardzo cienkiej linie i że Jesse’ego van Weerta nie było tego dnia na Wyspach Brytyjskich. James również zdziwił się, kiedy zapytała, czy na kotylionie rozmawiał ze swoim kuzynem. Nikt oprócz Dorcas nie odnotował jego obecności.
Dwa-zero, Meadowes.
Dorcas ukryła twarz w dłoniach. Jesse był jej ostatnią wskazówką, ostatnim świadectwem, że śmierć Calliope nie była nieszczęśliwym wypadkiem, jak utrzymywał „Prorok”. To była część dużej zagadki, której rozwiązanie byłoby przełomem w karierze niejednego aurora. Liam zaoferował się, że pomoże jej dojść do sprawcy morderstwa – bo właśnie tak o całym incydencie mówili, ale ostatnio zaczynał oddalać się on od sprawy, jakby sam wątpił w rzekomy spisek arystokracji. Dorcas swego czasu musiała zastosować specjalne środki, żeby ponownie zainteresować go całą sprawą. Miała nadzieję, że charakter tych środków nigdy nie zostanie ujawniony.
— Postaraj się na chwilę o tym zapomnieć, Cassie – powiedział, kładąc jej dłoń na ramię. Dziewczyna cała zadrżała. Nikt inny tak jej nie nazywał. – Dalej będę kopać w tej sprawie. Dam ci znać, jak dowiem się czegoś ciekawego.
Dorcas pokiwała głową, chociaż rozpłakanie się wciąż pozostawało bardzo możliwą opcją.
Muszę być silna, pomyślała sobie. Nie mogę się teraz rozkleić.
Zadarła głowę, wzięła głęboki oddech i poprawiła włosy. Kosmyki grzywki wpadły jej poniżej czoła, trochę zasłaniając załzawione oczy. Liam zabrał rękę z jej ramienia. Przyglądał jej się w skupieniu, jakby to właśnie ona stanowiła rozwiązanie całej tej zagadki. Tylko w jaki sposób?
― Czy ty i Berta… — zaczął, nerwowo pocierając ręką o kark.
W taki sposób. Pokręciła głową. Gardło ścisnęło jej się jeszcze mocniej, gdy pomyślała o kochanej Bercie.
― Nikt nie może się dowiedzieć. Mógłbym mieć kłopoty… ja…
―…rozumiem – powiedziała po prostu. Nabrała dużo powietrza, bo powtórzenie następnej formułki, powtarzanej tak długo, że aż wyrytej w jej umyśle, wymagało dużo wysiłku: — To będzie nasza tajemnica.
— To będzie nasza tajemnica – powtórzył, uśmiechając się słabo.




Emmelina przed snem nałożyła sobie okład z cytryny, mając nadzieję, że trochę rozjaśni cienie pod oczami. Wyciągnęła gramofon i włożyła pierwszą lepszą płytę. Z muzyką zwykle łatwiej wytrzymać dwadzieścia minut leżenia z plastrami cytrusów na powiekach. Minęły dwa utwory z płyty jakiegoś punkowego zespołu, bodajże Ramonesów (Emmelina naprawdę się na tym nie znała), kiedy drzwi otworzyły się głośno, a do środka wpadła jakaś osoba. Titanicówna intuicyjnie uniosła głowę, ale natychmiast przypomniała sobie o okładzie i znowu opadła na poduszkę.
— Kto tam? – zapytała, przekrzykując hałaśliwą, anarchiczną muzykę.
— Clemence – szepnął dziewczęcy głos. – Czas na zmianę planów, Emmelino. Syriusz znacznie nam wszystko ułatwił.


Lily, po przebudzeniu, nie marnowała czasu w łazience ani nie kłopotała się, żeby pójść na śniadanie. Zignorowała głos rozsądku, krzyczący, że jeśli nie zje, zemdleje na lekcji – co przytrafiło jej się już nie raz. Teraz najważniejsza była nauka, transmutacja oraz rekompensata za wczorajsze – i przedwczorajsze – wagary. Musiała załatwić korepetycje (z Potterem, bo co zrobić?), ubłagać swoją macochę, żeby przysłała do McGonagall jakieś wytłumaczenie jej zachowania (śmierć jakiegoś wujka to najlepszy pomysł) i przede wszystkim – odzyskać dobre imię. To było bardzo ważne, a ona nigdy nie jadła, kiedy miała przed sobą coś ważnego do zrobienia, nawet jeśli groziło to małą wizytą u Pomfrey, z którą zdążyła się już zresztą dobrze zaprzyjaźnić po tylu aferach w skrzydle. O, przypięła sobie nawet dzisiaj odpowiednią plakietkę, która w kilku słowach charakteryzowała unię jej i pielęgniarki: CHOLERYCY POWINNI TRZYMAĆ SIĘ RAZEM.
Szkoda, że wszyscy cholerycy tego świata nie zjednoczyli się w obliczu wojny, pomyślała. Jeśli nie udałoby się nam unicestwić Voldemorta, to na pewno przynajmniej obalić nowego Ministra Magii. Doprawdy, jest on tak beznadziejnym przywódcą, jak ja, gdybym została kapitanką cheerleaderką.
Kiedy tak rozmyślała nad tym wszystkim, począwszy od mafii choleryków, a na pomponach skończywszy, zupełnie przypadkowo wpadła na grupkę czterech chłopców, wracających ze śniadania, akurat tych czterech chłopców, których miała nadzieję dzisiaj spotkać. Szkoda tylko, że kiedy zobaczyła już ich zwarty szyk, od razu wyleciało jej z głowy, o co chciała zapytać. A kiedy jeszcze Syriusz Black gwizdnął na jej widok, żeby ją zirytować, szlag trafił ja na tyle, że zdzieliła ową osobę swoim podręcznikiem do eliksirów – notabene, NAJTWARDZYSZM ze wszystkich szkolnych podręczników – prosto w sam środek głowy.
─ Jeeezu, Evans ─ rozmasował sobie głowę Syriusz, przy okazji układając sobie włosy. Pewnie chciał zrobić to już od kilku minut, a atak dziewczyny był idealnym pretekstem, żeby teraz zniknąć i poprawić sobie grzywkę. ─ Lepiej rozładuj swoją frustrację seksualną w jakiś inny sposób, dobra?
Podejrzewała, że z tego typu tekstów cała zgraja chichra się jak wygłodniałe hieny, kiedy ofiara żartu zniknie za zakrętem, bo tylko to wyjaśniało, dlaczego nie roześmiali się jej prosto w twarz. Poprawka: dlaczego Potter nie roześmiał się jej prosto w twarz. Wysłał Syriuszowi jedynie zmęczone spojrzenie, podobnie jak Remus, ale raczej nie stało się to sensacją. Za to Peter rozchichotał się za wszystkich tak głośno, że przechodnie na korytarzu zaczęły ich wytykać palcami. Kiedy Summer Blake przeszła obok niej, przypadkiem obcierając biodrem nogę Jamesa, Lily przypomniała sobie, po co właściwie szukała (czy też CHCIAŁA szukać) Huncwotów.
─ Lepiej rozładuj swój nikły potencjał intelektualny w inny sposób ─ odgryzła się.
Peter przestał chichotać, ale rozszerzył szeroko oczy, dla odmiany James zaczął zataczać się ze śmiechu, a Black zrobił zniesmaczoną minę, ale szybko się zreflektował, bo najwyraźniej o czymś sobie przypomniał:
─ Wiesz, normalnie nie byłbym taki wspaniałomyślny, ale na wzgląd tego, że jesteśmy na tym samym roku i…
─ Co cię do nas sprowadza, Lily? ─ przerwał w pół tyrady swojemu przyjacielowi, Remus. ─ Czy chodzi ci o ten patrol, o którym mówiła mi dzisiaj Larissa…
─ Co? ─ spytała nieprzytomnie, bo jednym uchem wciąż nasłuchiwała słowotoku Syriusza. Zanim jednak Lupin zdążył cierpliwie powtórzyć, machnęła ręką i powiedziała: ─ Mniejsza, właściwie to…
─ …szczerze powiedziawszy pewnie nie byłoby to dosyć etyczne, może nawet obrzydliwe, zwłaszcza, że nie jesteś ani specjalnie ładna, ani miła, ale mogłabyś wybrać sobie kogoś z nas, bo przecież od czego ma się przyja… ─ nawijał, ku radosze Pettigrewa, Black.
─ Właściwie to chciałam porozmawiać z tobą, Potter ─ odezwała się, zanim zdołała się nad tym zastanowić.
Niemal natychmiast pożałowała swojej decyzji. James zrobił dużo oczy, Remus zmarszczył nos, a Peter zakrztusił się własną śliną, wybałuszając oczy na Syriusza. Moment zajęło jej zrozumienie, że niewinna prośba o rozmowę w cztery oczy, po tyradzie Blacka o jej genitaliach nabrała zupełnie nowego znaczenia.
─ Do mnie? – powtórzył James. Filuterny uśmiech mimowolnie zagościł na jego twarzy.
─ CO?! – wrócił do głosu Black, zanim Lily zdążyła sprostować, o co jej chodziło. – O… o… o… Merlinie, Evans, ja tylko żartowałem! Przecież wcale nie musisz wybierać… zresztą, wybór jest i tak zanadto oczywisty, zgodzisz się? Ale skoro jednak już tak odjechałaś, to nie powiem ci, to miłe, że jesteś na tyle altruistyczna, że nawet zdecydowałaś się na Jamesa, zamiast mnie, chociaż zapewne dużo cię to kosztowało – a kogo by nie? – i  przyznałaś przed światem, że jednak jedynie zgrywałaś niedostępną, czego byłem pewien od początku i teraz kompletnie nie powinnaś mieć nic przeciwko, jeśli zbiorę kilka zakład…
─ Przestań pieprzyć od rzeczy, Black ─ przerwała mu, kiedy ten bełkot, stanowiący chyba najdłuższe zdanie na świecie, zaczął wzbudzać zainteresowanie. ─ Słuchaj, nie wiem, co się dzieje w tej twojej ułomnej głowie, ale jestem pewna, że o cokolwiek mnie pytasz, odpowiedź brzmi: NIE.
Syriusz uśmiechnął się do niej nieznacznie, zapewne dlatego, że zaklęła. Uwielbiał prowokować ją do robienia nieprzyzwoitych rzeczy. Remus klasnął donośnie w ręce i zasugerował, że dobrze byłoby sobie pójść. Lily podziękowała państwie Lupin, że zdecydowali się powiększyć rodzinę. Co ona by zrobiła bez tego taktownego, wspaniałego Remmy’ego?
James go nie poparł, zbyt zajęty bezmyślnym lustrowaniem jej swoimi orzechowymi oczami. Kiedy już jego obstawa odeszła (Peter na pożegnanie co sekundę odwracał się w ich kierunku i coś szeptał, jakby meldował do swojego szefa, Blacka, tak znaczące komunikaty jak: „jeszcze się nie migdalą” albo lepiej – „jeszcze nie znaleźli sobie schowka na miotły), Lily odwróciła się do Pottera i po raz kolejny przyłapała się na tym, że w jego towarzystwie wszystkie myśli, których normalnie miała aż za dużo, uciekają jej z głowy. Nie wiedziała, czy to przez zakłopotanie, czy też zwykłą antypatię.
Zapanowało niezręczne milczenie.
─ O co mu chodziło? ─ spytała Jamesa, wskazując głową na wijącego się w spazmach śmiechu Blacka.
─ Ach, o nic takiego ─ parsknął Potter. ─ Otwiera tylko agencję towarzyską u nas w dormitorium. To trochę go dekoncentruje.
Puścił do niej oczko, a Lily zachichotała lekko nerwowo, bo powoli zaczynała przypominać sobie, co chciała od Jamesa. Aż ją przeszły ciarki.
— Lily?
Dziewczyna podskoczyła w miejscu, zdając sobie sprawę, że James ją o coś zapytał, a ona za bardzo się zdenerwowała, żeby usłyszeć pytanie. Za bardzo się zdenerwowała. Za bardzo się zdenerwowała. Jak to w ogóle brzmiało?
Wysila się na słaby uśmiech i wydukała:
— Hmm?
— Czy Summer jeszcze ci dokuczała? – powtórzył cierpliwie. – Poprosiłem ją, żeby dała sobie spokój.
Lily musiała nieźle się wysilić, żeby nie wywrócić oczami. Zaczęła powątpiewać czy proszenie o pomoc w nauce chłopaka, który zadaje się z Summer Blake, było dobrym pomysłem.
Zawsze można przecież zmienić zdanie, pomyślała. Oczami wyobraźni widziała wielkie imadło, ściskające jej wnętrzności. Ohyda.
— Er… nie, niezbyt – powiedziała, masując sobie kark. – W sumie to się z nią nie widziałam dzisiaj.
No, nie wliczając tego epizodu przed chwilą, kiedy wiła się przy twojej nodze, pomyślała, ale natychmiast odrzuciła te myśli.
— To nie jest moja koleżanka – ucięła, wysyłając mu nieco bardziej typowy dla siebie słodko-gorzki uśmiech. Cień rozbawienia błysnął w oku Jamesa.
— Poważnie? – spytał przekornie.
— Tak. Chociaż totalnie wyglądam jak członkini ich klubiku – tutaj ostentacyjnie wskazała na swoje podarte rajstopy i plakietkę z The Dictators – to one mnie nie przyjęły.
Kąciki ust Jamesa lekko podniosły się, kiedy wzrokiem badał jej plakietkę z punkową grupą i – najprawdopodobniej – porównywał ją do plecaków Piękności z różowymi naszywkami. Albo po prostu gapił się na jej biust.
—Dlaczego tak bardzo cię nienawidzą? ─ spytał nagle, podnosząc spojrzenie z powrotem na jej oczy. W jego głosie pobrzmiewało szczere zaciekawienie, chociaż właściwie wyciągnął ten temat znikąd. Lily spojrzała na niego dziwnie.
─ Niemożliwe ─ zdziwiła się. – A więc przyznajesz, że mnie nienawidzą.
Chłopak spojrzał na nią z dziwnym uśmieszkiem, po czym odparł beztrosko:
─ Mam nadzieję, że to przełkniesz.
Lily przez chwilę milczała, bo nie wiedziała jak odpowiedzieć na to – można by rzec – retoryczne pytanie. Zdecydowanie nie widziała sensu streszczania Jamesowi przebiegu ich sześcioletniej wojny, tym bardziej, że sama nie znała dobrze szczegółów i przyczyn konfliktu zbrojnego. Nie chciała też zostawiać go bez odpowiedzi, bo wtedy rozbudziłaby jego ciekawość i skłoniła do badań na własną rękę – a to mogłoby się źle skończyć. Tym bardziej, że gość miał węszenie zapisane w genach.
─ Nie lubią mnie, bo są dziewczynami – odparła po prostu. James spojrzał na nią wymownie.
— Nie lubicie się, bo jesteście dziewczynami?
— Eee…. nie. Ja nie jestem dziewczyną – Brwi Jamesa powędrowały jeszcze wyżej. Co ona gadała?! – To znaczy – jestem, ale nie typową dziewczyną. Nie lubią mnie, bo jestem dziwna. Mugolaczka i te sprawy…
Po minie Jamesa od razu domyśliła się, że uderzyła w zły ton. Nie pozostawało jej nic jak kontynuować ten bełkot:
— Chodzi o to, że… że ja niespecjalnie zachowuje się jak one. Odchylam się od ich stereotypowego wzorca dziewczyny… nie maluję paznokci i…
I nie chcę się z tobą umówić, dokończyła w myślach, ale postanowiła zostawić to dla siebie.
— I nie jestem – według nich – normalna.  
─ A więc ja jestem w grupie normaluchów? ─ dokończył. Lily spojrzała na niego i z lekkim uśmiechem, rzuciła:
─ Nie. Z pewnością nie jesteś normalny. Ciebie po prostu lubią, bo jesteś facetem. Gdybyś był dziewczyną, pewnie też wszyscy by cię nienawidzili.
James znowu spojrzał na nią z miną wyrażającą zaskoczenie, rozbawienie i wyższość. Nie miała pojęcia, jak wybrnąć z tej sytuacji. W miarę mówienia, pogrążała się coraz bardziej. Czuła wstyd z powodu wczorajszej rozmowy o medalionie – zbyt poufałej rozmowy jak na jej gust – i przede wszystkim, nie miała pojęcia, jak zapytać się go o korepetycje. Musiała w końcu to zrobić – to był przecież powód, dlaczego go szukała, ale chociaż wystarczyło zadać niewinne pytanie, ta myśl napawała ją strasznym przerażeniem.
Z czego to wynikało?

Muszę wziąć się w garść, pomyślała. Muszę się uspokoić.
— To nie ma znaczenia – ucięła, gwałtownie nabierając powietrza. – Chciałam z tobą porozmawiać na jakiś temat, okej? Dajmy spokój z tymi pogawędkami o niczym.
James zamilkł i milczeniem zachęcił ją do mówienia.
Ja… no, chciałam ci podziękować – powiedziała po prostu. Zamknęła oczy. Nie chciała patrzeć na okoliczności swojego upadku. – Za wczoraj – sprostowała. – Jednak można z tobą porozmawiać.
— Nie ma za co? – odpowiedział pytającym tonem.
— Dzięki – powtórzyła, drapiąc się po głowie. – I pewnie w tej chwili lekko nadużywam twojej… łaski… ale chciałabym prosić cię o… o przysługę?
James powiedział coś o tym, że to nie była żadna łaska, ale niespecjalnie go słuchała.
— Chodzi o Hogsmeade – wypaliła, chcąc mieć to już za sobą.
Chłopak zamarł. Wyglądał jakby ta wiadomość uderzyła w niego niczym spadający meteoryt.
— Ja oczywiście ci zapłacę – kontynuowała.
Potter zdumiał się możliwie jeszcze bardziej.
Jak to brzmi, pomyślała. Merlinie, jak to brzmi…
— I będę bardzo miła. I wdzięczna.
— Lily, jeśli chodzi nam o to samo, to naprawdę nie widzę potrzeb…
— Nie chodzi nam o to samo! – wypaliła natychmiast, czerwieniejąc na całej twarzy. – Nie. Po prostu… nie.
Jamesa raczej nie przekonał jej wybuch, dlatego kontynuowała tyradę, zanim zdążył ułożyć sobie do niej jakiś inny podtekst. Jak randka.
— Tu nie chodzi o randkę – powiedziała na głos, chociaż przysięgała, że wcale nie chciała tego zrobić. Zdenerwowana, przestała patrzeć na Pottera, który najwyraźniej dekoncentrował ją jakąś zaawansowaną, niewerbalną magią.
— O nie-randkę – powtórzyła. – O korepetycje, bo…
— Dokładnie o to mi chodziło, Lily – przerwał jej James, nawet nie ukrywając swojego rozbawienia. – Korki za transmutację? Masz makabryczny egzamin w przyszłym semestrze? Remus mówił mi o tym wszystkim. Chyba przewidział to, że sama będziesz miała pewne… trudności przed zapytaniem mnie o to.
Lily poczuła, że krew odpływa jej z policzków. Słodki Merlinie. Oczywiście, że Remus… Jak ona mogła w ogóle powiedzieć, że chodzi o nie-randkę. Co za nietakt! Co za kompromitacja!
— I nie widzę potrzeby, żebyś miała mi płacić. Mam pieniądze, serio.
I tak weźmiesz tę kasę, niemoto, pomyślała z przekąsem. Inaczej nigdzie z tobą nie pójdę.
— Jak sobie chcesz – powiedziała po prostu. – W takim razie…?
— Powiem ci jutro co i jak – dokończył za nią i uśmiechnął się zachęcająco, jakby chciał powiedzieć: Nie gryzę, tylko przeżuwam i zjadam na surowo.
— Okej – zaśmiała się nerwowo i przestąpiła z nogi na nogę. – To… pa.
Do zobaczenia, Evans – rzucił, zarzucił swoją torbę na ramię i zniknął na zakręcie, doganiając którąś z jego koleżanek. Lily założyła ręce na piersi. Obawiała się, że nigdy nie zrozumie, co się dzieje w jego głowie.



Peter po raz pierwszy tak naprawdę poczuł, że czegoś się nauczył.
Nigdy nie należał do klasowych orłów. Nauka przychodziła mu z trudem, raczej nie z powodu lenistwa, a zazwyczaj trudności w myśleniu, łączeniu i analizowaniu faktów, a także zapamiętywaniu wiadomości. Nieważne, jak bardzo wytężał umysł i uwagę, ostatecznie wszelkie próby zapełnienia głowy czymś przydatnym, kończyły się fiaskiem.
Tym razem było inaczej.
Choć wczorajsza „żywa lekcja podrywu” czy coś podobnego raczej nie przyniosła wielkich rezultatów, przyczyniła się do powstania w jego umyśle pewnej wizji, zrozumienia istoty swojego problemu. Musiał przestać się bać. Musiał przestać się bać i nieustannie przejmować.
Miał już dziewczynę, z którą chciał się umówić. Właściwie to unaocznił ją sobie odkąd pierwszy raz ich spojrzenia się skrzyżowały, chociaż nie przyznał się do tego wczoraj, kiedy Huncwoci zapytali się, kto mu się podoba. Umówienie się z niej było tak nierzeczywiste, że równie dobrze mogło mieć miejsce w jakieś innej galaktyce.
Ale teraz już się tym nie przejmował. To było ryzykowne. Bardzo ryzykowne. Czuł jednak, że musi to zrobić.

  — Cześć, Jo – uśmiechnął się, gdy podchodził do ich ławki na OPCM’ ie. Uniosła głowę.

***

Nie piszę, że rozdział jest beznadziejny (niespodzianka, nie? :D), ale nie pisze też, że mi wyszedł. Mam mieszane uczucia. Chciałam, żeby był lekko upiorny, ale koniec końców (Haloween, moi dhodzy!) postawiłam na chwilę oddechu od ciągłej dramy i nieco sympatyczniejszy rozdział.
Wydaje mi się, że jestem trochę do tyłu z waszymi rozdziałami, przepraszam za to- wszystko nadrobię.
No nic, życzę miłej lektury ;> i weny do komentowania xD. 

26 komentarzy:

  1. BOŻE BOŻE BOŻEE!
    Dostałam spazmów jak to czytałam xD Bosko, dla mnie jak zawsze najbardziej podobają się momentu z Jily ^^
    Albo te rady dla Petera, żeby się z kimś umówił ; D No ciekawe jak to będzie... Wybrał Jo. Ona może po prostu odmówi albo wykorzysta go do czegoś ^^ Śmiałam się jak szalona przy,,...słodka,mała i bezbronna Dorcas z lizakiem'' xDDD No i Lily zgodziła się iść z Jamesem do Hogsmeade! Może dla niej to ,,zwykłe spotkanie'' ale dla mnie to jest RANDKA!
    Z niecierpliwością czekam na następny rozdzialik:***
    Pozdrawiam, Aleksja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :***.
      Nie tylko dla ciebie to jest randka ;>, niech sobie myśli Ruda co chce, młoda głupia, jeszcze przejrzy na oczy :D.
      Pozdrawiam :***

      Usuń
  2. Umarłam.
    Zgooooon.
    Peter na randkę - padłam. Hahaahhahahaha <3
    Kocham te twoje zabawne dialogi, no po prostu - jesteś w nich mistrzem. Muszę podpatrzeć, jak to robisz, bo wychodzi ci genialnie. To duży plus twojego opowiadania.
    I James i Lily... Ach, nareszcie coś rozkwita!
    Dziękuję ci za nowy rozdział, jak zawsze jest przegenialny.
    Lumossy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic nie musisz popatrywać, kochana, bo ja zawsze na twoich rozdziałach też tarzam się ze śmiechu :***.

      Usuń
  3. Świetne :* Nie mogłam niestety zostawić komentarza w rozdziale trzecim- byłam na komórce xd Cieszę się, że wreszcie coś się dzieję pomiędzy Lily i Jamesem :3 Jo mu odmówi, wykorzysta? A może on chciał się zapytać Jo o kogoś innego? ;) (-wątpie :D)
    Czekam na kolejny rozdział, życzę weny <3
    Twoja wierna fanka ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za komentarz i za miłe słowa :***.
      Pozdrawiam :*
      PS. Czekam na nn u ciebie!

      Usuń
  4. Peter.. randka ... Jo ...
    to chyba nie jest zbyt dobre połączenie XD Me dziwne poczucie humoru kazało mi paść na ziemię, kiedy czytałam to ostatnie zdanie.
    Twój blog jest po prostu niesamowity ♥ Rozdziały są rozkosznie długie, a muzyka taka... mrrau xd
    Życzę ci weny i cały czas wyglądam nowego rozdziału.
    Blinded By Faith

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ślicznie za motywujący komentarz :D.
      Nowy rozdział niedługo, za tydzień, a może nawet się jeszcze w tym wyrobię.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  5. Hmm... od czego zacząć...
    Może od słów:
    Boskie. Genialne. Wspaniałe. Cudowne.

    Piszesz świetnie... uwielbiam Twoje długie rozdziały, żebym ja taki napisała to trzeba cudu... podziwiam :)
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział i mam cichą nadzieję, że okaże się szybko :)

    Pozdrawiam, Moony (z "Time to end"), która nie może zalogować się na swoje konto xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz- bardzo poprawił mi humor :***

      Usuń
  6. Ufffff zdołałam ogarnąć posta ... Napisałam u sb i teraz zaglądam wszędzie, gdzie nie byłam - wybacz mi ! Ale już jestem !!!!

    Pięknie to wszystko wygląda, zacznę od wyglądu, bo mnie zwalił z nóg, idealnie dopasowane zakładki, lubię taki styl, śliczne zdjęcie i niebieski pasuje mi jak ulał !!!
    Rozdział - cud miód malina i orzeszki ;D
    Randka i Peter ;D łuhuuu no szok normalnie, jestem ciekawa jak to będzie dalej :D dobrze jak ktoś daje rady, zobaczymy co z nim wyjdzie ;D czasem są opłakane skutki ;D

    Weny kochana życzęęęeee !!!! i wybacz za zastój ;<<< :(

    Ps. Mogłabyś wyłączyć weryfikację obrazkową? Strasznie oczy mnie bolą jak mam te niewyrazne literki i cyferki wpisywać :*:*:*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybaczam, wybaczam- dziękuję za komentarz, jak zwykle bardzo mnie zmotywowałaś :D.
      Wyłączyłam już :*.
      Pozdrawiam :***

      Usuń
  7. Na początku chciałam przeprosić, że nie komentowałam tamtych notek. Miałam zepsuty komp, a do tego mam mało czasu i nawet nie mam jak napisać własnych rozdziałów. Wybaczysz??
    Ogarnęłam wszystkie rozdziały i ... wow! Bosko piszesz. Wszystko jest takie... no... kurde nie umiem się wysłowić i nie wiem czy wiesz, ale to trochę twoja wina, a po części tej muzyki w tle, która idealnie się tu wtapia.
    Hahaha. Peter i randka, do tego z Jo. Jaka beka XD. Co by tu jeszcze... chyba nie muszę Ci pisać, że jestes genialna, cudowna itp. itd. Mam nadzieję, że to wiesz. Ludzie przede mną często Ci to mówili. Boże, znów leci ta cudna piosenka - Losing your memory - zakochałam się w niej i zaraz sobie ją pobiorę.
    Czekam na NN.
    Weny kochana :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię moją składankę (tak, wiem, skromność xD), dziękuję za słowa otuchy, bardzo mnie zmotywowałaś :D. I nie pisz, że jestem genialna, bo jeszcze moja samoocena wzrośnie :P.

      Usuń
    2. Hej!
      Mam pytanie, a właściwie prośbę. Piszę takie dziwne opowiadanie i w sumie mam dopiero ze cztery rozdziały, ale chciałabym zaciągnąć czyjejś opinii. Pomyślałam o tobie. Miałabyś chęć i czas poczytać?? Jeśli tak to tu masz mojego meila : ola-1998-17@wp.pl
      Z góry dziękuję :*

      Usuń
  8. Fajnie by było jakby to ktoś wydał jako książkę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A weź daj spokój, nawet jeśli to chyba nikt nawet nie próbowałby robić ze mną interesów, z natury jestem okropnie męcząca :D. Ale dziękuję :***.

      Usuń
    2. To nie znaczy, że z tego nie powstałaby świetna książka :P
      Chciałam, żeby ktoś napisał takie coś i znalazłam pisarzu ;)

      Usuń
    3. Jesteś bardzo miła, dziękuje <333

      Usuń
    4. Mówię tylko prawdę ;)
      A tak przy okazji, będę natrętna :P kiedy kolejny rozdział?

      Usuń
    5. Ciężko mi powiedzieć, aktualnie jestem tak mniej więcej w połowie rozdziału (rozrasta się strasznie :D), więc jak mi szczęście dopisze to tak ok. 22 dzisiaj go opublikuje, a jak nie to dostęp do kompa jak znam życie będę miała dopiero w weekend, ale postaram się dokończyć co napisałam na kartce, więc w piątek- sobotę raczej na 100 % się ukarze :D.

      Usuń
  9. Nie cierpię Emmeliny , ale to już chyba wiesz, co ? Rozdział jak zwykle bomba. Jak ty to robisz, ze wychodzą , Ci takie tasiemce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też chciałabym wiedzieć. Staram się je "odchudzać", ale słaby ze mnie dietetyk :D.

      Usuń
  10. Cześć,
    kocham rodzinę Lily. Jily <33 Syriusz<33 Jamesa dręczą demony przeszłości :/ O co chodzi z Jessem? Niby chory, ale... No czarodzieje mają swoje sposoby, czyli eliksir wielosokowy. Ale jakim cudem tylko Dor to wiedziała? Nie mam ojecia co Ci chodzi po głowie.
    ,, — Naprawdę sądzisz, że jestem tytanką?
    James uśmiechnął się tyłem do niej, tak, żeby tego nie zauważyła.
    — Jesteś. Ale i tak nie sięgasz mi do pięt, Evans. "

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. * Dor go widziała
      Autokorekta szaleje xD
      Tak btw jak Jo może wylewać na siebie tyle lukrecjowych perfum? Nienawidzę smaku i zapachu lukrecji :/ Porzygalambym się przy niej.

      Usuń
    2. Myślę, że to przypomina Jo o matce, tak podświadomie ;>. Jesteś na dość dobrym tropie. Skoro Jesse nie mógł tam być, to może był to ktoś na eliksirze wielosokowym. Albo ktoś po prostu namieszał jej w głowie. Legilimencja ma swoją moc ;>.

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X