2 czerwca 2014

15.2. Boże Narodzenie

Poprzednio
Isaac każe Lily przyjść o północy w wyznaczone miejsce z medalionem, ale zamiast niej pojawia się Jo z Regulusem. Wskutek pewnych komplikacji Jo wchodzi do umysłu Lily, która kłamie, że odesłała medalion do domu, do Cokeworth. Hestia obrywa jednym z zaklęć jednorazowych, które wyciekły z medalionu i traci spójność w mówieniu, uzdrowiciele twierdzą jednak, że zaklęcie znajdowało się w jej własnym medalionie, który dostała od nieznanej matki. Lily, Dorcas, Syriusz i James jadą do Cokeworth.


„Podczas gdy światło zmieniało się z czerwonego na zielone, żółte i znów czerwone, siedziałem i rozmyślałem o życiu. Czy życie to tylko mnóstwo trąbienia i wrzasków? Czasami tak mi się właśnie wydawało.”
-Jack Handey



Boże Narodzenie 1974 albo ‘75, Cokeworth, Surrey
Sny są takim elementem życia, którego najlepiej nigdy nie brać na poważnie. Lily powtarzała sobie to zawsze, nawet – a może zwłaszcza – wtedy, kiedy na wróżbiarstwie rozpoczęli pisanie senników. Profesor Powell, nazywana przez uczniów Blagierką, co miesiąc czytała na głos sen każdego z klasy, po czym analizowała go - najczęściej mało sensownie. Powtarzała do znudzenia, że nierealność i głupkowatość marzeń sennych ma znaczenie – po prostu w ten sposób zamknięte umysły mogą otworzyć się na wcale nie tak abstrakcyjne alternatywy. Profesor Powell chyba nigdy nie miała świadomego snu.
Problem w tym, że Lily miała. I to niejednokrotnie. 

Uważała, że to po prostu okrucieństwo losu, że musiała oglądać rzeczy, z których zdawała sobie doskonale sprawę i wracała do nich wystarczająco często w ciągu dnia, żeby jeszcze prześladowały nas po nocach. Takie sny wcale nie sprawiały, że stawała się tolerancyjna na nietypowe sytuacje. Ona były po prostu całkowicie bezużyteczne. 
Najzabawniejsze w świadomych snach jest to, że są przeciwnikiem nie do pokonania. To tak jakby ktoś odtworzył film i przywiązał ją do kanapy. Wedle rady Emmeliny próbowała się szczypać, ale zazwyczaj efekty były znikome. Jedyną metodą na przetrwanie tego rodzaju snów było nieruszanie się, nieoddychanie (w śnie było to przecież jak najbardziej możliwe), nieodzywanie się, nieoglądanie całej tej bzdury i cierpliwe oczekiwanie na pobudkę.
Jednak, pomimo tego, że Evansówna wiedziała, że to, co się w tej chwili dzieje, jest tylko snem, którego nie mogła przerwać; wyjątkowo miała ochotę obejrzeć go do końca, bo było to wspomnienie Świąt Bożego Narodzenia sprzed roku, a może dwóch lat… i wspominała je raczej dobrze. Wszystko zaczęło się tak:
Jej dawna macocha, Caroline, chodziła po całym mieszkaniu Evansów, ściszając wszystkie z dwustu gramofonów, które nadawały każdy inną piosenkę. Ojciec Lily szedł za nią i jak na złość pogłaśniał je wszystkie, tym bardziej, jeśli leciał akurat jakiś rockowy albo jazzowy kawałek. Podśpiewywał sobie pod nosem, czym doprowadzał swoją żonę do szewskiej pasji. Petunia siedziała na stole w kuchni (bo przecież krzesło było poniżej jej godności), dudniła palcem o blat i czekała, aż jej popisowy piernik urośnie, a trwało to dość długo, więc pewnie wyszedł jej zakalec (o czym nie uprzedził jej nikt z całego zacnego grona rodziny). Jakiś chłopak siedział obok niej i próbował bezskutecznie zacząć się z nią migdalić, co doprowadzało Lily-we-śnie do odruchu wymiotnego, a Chase’ a, który był akurat wtedy u nich na Boże Narodzenie, do napadów tłumiącej śmiech czkawki.
─ Dlaczego wszyscy siedzicie tak bezczynnie?! ─ lamentowała Caroline. – Ona zaraz tu będzie.
─ Kochanie… ― próbował uspokoić ją Ethan Evans. Złapał zataczającą młynki w powietrzu rękę swojej żony, jakby z obawy, że rozbije wazon. Ledwo powstrzymywał uśmiech.
─ Żadne „kochanie”! – warknęła, wyrywając się. – Nie mydl mi teraz oczu, Ethanie, tylko się tłumacz – dlaczego, kiedy zadzwoniła, nie powiedziałeś jej: nie?  Dlaczego? Przecież wiesz, jak bardzo jej nienawidzę! Wszystkiego się czepia i… i… ona nie należy już do tej rodziny.
Chłopak Petunii spytał się jej coś na ucho, a ona kazała mu „ignorować to stado skretyniałych wałów”. Te bluźnierstwa śmiesznie zabrzmiały, rozbrzmiewając ze środka jej spłaszczonej twarzy, zupełnie, jakby ktoś przeprasował ją żelazkiem. Ruda zawsze dziwiła się, że jej siostra znajduje tak wielu adoratorów, skoro ani nie wyróżnia się urodą, ani charakterem. Mimo to co pół roku, kiedy zielonooka wracała na Golden Road, Petunia siedziała na kanapie z nowym chłopakiem oraz dziwną przyjaciółką i wyżerała im popcorn z paczki. Dorcas ryzykowała nawet stwierdzenie, że Petunia ma większe wzięcie niż Black i Potter razem wzięci co było… niezłym paradoksem.
Chase spojrzał na nią niespokojnie i bezgłośnie spytał się, czy Agnese przyjedzie w tym roku na święta.
─ Na to wygląda ─ jęknęła.
─ Lepiej się przebierz – doradził jej słusznie blondyn, a sam zdjął swoją skórzaną kurtkę i schował ją w szufladzie z garnkami, do której nikt, tym bardziej babcia Oldisch, nie zaglądał od jakiś dwudziestu lat.
Lily spojrzała na swój strój, w skład którego wchodziły tenisówki z wizerunkiem diabła na kostkach, dzwony i bluzka zawiązywana na szyi z nadrukiem: YOU CAN’T STOP THE BEAT. Jej babcia na pewno skrytykuje ten ubiór, gdy tylko przekroczy próg domu. Uwielbiała się do niej przyczepiać, szczególnie jeśli mogła wytknąć jej karygodne maniery, nieodpowiednie słownictwo i mało dziewczęcy wizerunek. Jej daleki kuzyn, który studiował psychoanalitykę, wykrył u Agnese Oldisch poważne zaburzenia osobowości, ale nikt oprócz niej, Chase’ a i ojca nie poparł jego teorii, a rodzina Oldischów, Moscovitzów i Vespignani’ów z drugiej linii nie należała do mało licznych.
Caroline miała rację, mówiąc, że kobieta nie należy do rodziny, przynajmniej nie na chwilę obecną. Była bowiem matką Mary Oldisch, biologicznej rodzicielki Lily, która porzuciła ją i Petunię jakieś osiem lat temu, a niedawno doszła do nich wiadomość, że zginęła. Od tamtej pory wszyscy żyli nadzieją, że Agnese przestanie przyjeżdżać do nich z Mediolanu – nie miała w końcu ani kogo odwiedzać, ani z kim ponarzekać, ani o kim podyskutować, co należało do obrębu jej zainteresowań. Nie zanosiło się jednak na to, a więc babcia Oldisch musiała wynaleźć sobie inne źródło rozrywki. Właściwie swojej córki nie widywała zbytnio i przed jej śmiercią, a wyklęła ją dawno temu, kiedy dowiedziała się, że ma zamiar zostać aktorką i wyjechać do Ameryki, więc może faktycznie nie było się czemu dziwić.
─ Możemy sobie pójść? ─ spytała Lily z nadzieją swojego ojca.
Ethan przestał już ganiać za swoją żoną i spojrzał na córkę. Oboje mieli taki sam kolor i kształt oczu, ale na tym kończyło się podobieństwo, zarówno pod względem wyglądu, jak i charakteru. Lily bardzo irytowało to, że jej ojciec zachowuje się jak licealista i próbuje być dla niej dobrym kumplem. Wiele osób zazdrościło jej tak wyluzowanego rodzica, ale ona osobiście wolałaby, żeby był choć trochę poważniejszy. Naturalnie wiedziała, że jest dobrym człowiekiem, może z lekka lekkomyślnym i zakręconym człowiekiem, ale czasem miewała wrażenie, że kompletnie się nią nie interesuje. Mógł imać się praktycznie każdego zawodu związanego z muzyką i wykładać na samej Królewskiej Akademii Muzycznej, ale oprócz tego miał wystarczającą ilość czasu, żeby przynajmniej do niej napisać, kiedy jest w Hogwarcie. Dotychczas robiła to tylko Caroline, co prawda podpisując się w swoim i ojca imieniu, ale na pierwszy rzut oka widać było, że Ethan nie widział ów korespondencji na oczy. A Lily czuła się wręcz sierotą, bo wiadomo, że zainteresowanie macochy wprawiało ją bardziej w zakłopotanie niż autentyczną radość.
Ethan pokręcił smutno głową.
─ Mam zamiar jej nie wpuścić, wiesz?  Tak jak Ryan czasem robi ze swoją teściową. Zapuka, ja otworzę i będę udawać głupka. Zapytam się, czy jest dostawcą pizzy albo coś takiego. To nie powinno być trudne.
   Uśmiechnęła się słabo.
─ Babcia włoży nogę między drzwi ─ zauważyła trzeźwo. – Lepiej ubierz jakieś kapcie. Nazwie się hipisem, jak będziesz łazić na bosaka, a wiesz jak bardzo ich nienawidzi.
─ I wyłącz Beatlesów ─ wtrąciła się Caroline z mocą.
─ Nie, nie wyłączę Beatlesów ─ zaparł się. – To ona powinna się dostosować do nas, a nie my do niej. Z całym szacunkiem, Caroline, ale to my ją gościmy, a nie na odwrót. 
Macocha już miała to zripostować, gdy zadzwonił dzwonek do drzwi. Wszyscy momentalnie oprzytomnieli. Lily głośno jęknęła, Chase schował twarz w dłoniach, Caroline wypchnęła swojego męża za drzwi i kazała otworzyć, Petunia odessała się od swojego chłopaka i poleciła mu poprawić krawat, zanim babcia Oldisch się tu pojawi; a on potulnie spełnił jej żądanie. 
Po kilku sekundach Lily usłyszała znajome: „Ethanie, jakżeś ty się postarzał!” oraz szczekanie Brigidy, starego, znużonego swoją marną egzystencją pudla Agnese, u którego tutejszy weterynarz, dorabiający jako psychiatra w szpitalu, zdiagnozowałby poważne zaburzenia depresyjne (w końcu jaki zdrowy umysłowo pies, wskakiwałby pod każdy przyjeżdżający samochód, gdyby nie chciał się zabić?). Dziewczyna wcale nie dziwiła się, że pudel cierpi na depresję - ona też by cierpiała, gdyby miała taką opiekunkę.
                Babcia Oldisch wpadła do salonu Evansów, o mało nie przewracając się o stojący w kącie fortepian, z niezwykle krytycznym wyrazem twarzy. Miała strasznie ciężki makijaż oraz farbowane na szkarłat włosy, co tylko potęgowało wrażenie, że jest ziemskim rzecznikiem samego diabła.
─ Giovanna! ─ ucieszyła się Agnese i przydusiła do siebie Lily.
Ruda wiedziała, że kiedy przyszła na świat, jej babcia protestowa gorliwie przeciw nazwaniu jej Annabeth (bo było to imię zbyt amerykańskie) i Lily zresztą też (to takie démodé), a uparła się na Giovannę – wspaniałe, włoskie imię, którego jej ojciec nawet nie mógł wymówić z odpowiednim akcentem. Mary i Ethan sprzeciwili się nazwaniu swojej córki Giovanną i przypomnieli, że poszli jej na rękę z Petunią (jej siostrę chcieli nazwać Grace), a Ethan dodał jeszcze, że byłoby miło, gdyby przestałą wtrącać się w nie swoje sprawy.
Oczywiście, nikt nigdy nie odmówił Agnese Oldisch i kobieta nie miała zamiaru odpuścić, więc po prostu nazywała Lily Giovanną i z grubsza wszyscy byli szczęśliwi. Bardzo z grubsza.
─ A twoja siostra nie ma na imię Lilian?- zdziwił się chłopak Petunii.
W Lily coś zawrzało – nienawidziła dłuższej formy swojego imienia, a gdy jeszcze wymawiał je ktoś, z kim nigdy nie rozmawiała, to już przypominała sobie, gdzie ojciec chowa rewolwer.
─ Wyobraź sobie, że nie ─ zgasiła go.
─ Ale co ty masz na sobie? ─ przeraziła się pani Oldisch, a potem wzniosła ręce w górę, jakby prosząc o pomstę. Jakby, bo Agnese nigdy nie wykonywała tak pobożnych znaków w żartach. ─ Ależ wyglądasz całkowicie jak jawnogrzesznica.
─ Eee… dziękuję, babciu.
─ To nie był komplement, Giovanno. Ależ, Ethanie, Caroline, dlaczego stoicie jak mój sąsiad, kiedy przyjeżdżają moje koleżanki z Stowarzyszenia Miłośników Pudli?! Chyba przyszykowaliście jakiś obiad, prawda?
─ Właściwie to…
Ale Agnese już dopadła korytarz prowadzący z salonu bezpośrednio do kuchni i mamrotała jakieś włoskie przekleństwa pod nosem, zaklinała „tego skretyniałego Amerykanina” i zapewniała, że „jej naiwna figlia przewraca się w grobie”.
─ To ja już pójdę ─ mruknął niemrawo chłopak Petunii i praktycznie wybiegł z domu Evansów, wpychając coś sobie do kieszeni.
Ethan Evans jęknął głośno i pogłośnił jesień Vivaldiego w najbliższym gramofonie. Caroline wyciągnęła pośpiesznie piernik z piekarnika i nie zwracając uwagi na protesty Petunii, wyrzuciła go do kosza na śmieci.
─ Czy wy odbywacie tam jakąś pielgrzymkę? ─ fuknęła z kuchni Agnese. ─ Zaraz zrobię pudding, mam składniki w bagażniku.
─ Przywiozłaś ze sobą jedzenie, żeby zrobić u nas w domu pudding?! ─ spytał Ethan, ale wcale nie wyglądał na zaskoczonego.
Naturalmente, Ethanie, naturalmente. Domyśliłam się, że wy w Boże Narodzenie będziecie jeść frytki i prażynki.  I wiem, że Caroline nie umie gotować.
─ EJ! ─ obruszyła się Caroline.
─ Bez obrazy, moja droga, ale takie są fakty ─ stwierdziła brutalnie Agnese. ─ Przecież ja bym ci nie skłamała. Petunio, może mi pomożesz? O macosze już powiedziałam, natomiast twoja siostra ma dwie lewe ręce, a nie wierzę w umiejętności kulinarne mężczyzn, tym bardziej Ethana i tego drugiego.
─ Mam na imię Chase – podpowiedział babci Oldisch chłopak.
─ To nie jest istotne ─ stwierdziła babcia Oldisch. Petunia z przerażeniem wymalowanym na twarzy ruszyła pomóc jej do kuchni.
I wtedy zmienił się kadr, jakby ten cały sen był filmem. Obrazy zaczęły zmieniać się z niesamowitą prędkością, wręcz rozbłyskały na ułamek sekundy, a potem zlewały się w jedną, wyimaginowaną ciemność. To było jak legilimencja. Ale tak nie bolało.
Ojciec zamknął drzwi piwnicy.
TRZASK!
Jo uśmiechała się do niej podczas meczu Qudditcha.
─ Kim jest twój ojciec, Lily?
Ryan Steele przyjechał z wielką choinką, a potem spadł ze schodów.
Odgłos karetki na sygnale.
Isaac patrzy na nią władczo w knajpce w Hogsmeade.
 ─ Co mam zrobić, żebyś mi zaufała? ─ pyta.
Zaufanie… Kiedy naprawdę można komuś ufać?
─ Uratowałeś mi życie ─ mówi Lily z przeszłości do Jamesa, który niesie ją na rękach.
Babcia Oldisch zrywa wielką flagę z trzynastoma czerwono-białymi pasami i niebieskim kwadratem, w środku którego znajdowało się pięćdziesiąt gwiazd.
─ Ty nie masz sumienia ─ słyszy od Jamesa. 
Coś spada na ziemię.
─ Cześć, siostrzyczko ─ wita się z nią Jo.
Odgłos dzwonka do drzwi. Caroline mówi, że to policja. Jej ojciec twierdzi, że przyjechali po jego teściową.
─ Czy twój partner ma na imię Isaac? ─ zadaje pytanie Marlenie.
Agnese daje komuś w twarz.
─ Nie wiedziałam, że twoje słowo jest takie gówniane! ─ krzyczy wzburzona Dorcas.
Stoi jako druhna. Jej ojciec żeni się ponownie.
─ Przykro mi z powodu twojej mamy ─ słyszy od Seva.
SevZaufanie… Tylko mu naprawdę ufała…
─ Nie potrzebuje pomocy od tej małej, brudnej szlamy!
─ Jesteś zwykłą dziwką, Evans! I zgadzam się ze wszystkim, co powiedział o tobie Snape!
─ Dziwadło! ─ Petunia wytyka ją palcem.
Zaufanie…
Jawnogrzesznica… Dziwka… Szlama… Dziwadło…
Siostrzyczka.
─ Lily, obudź się ─ szturchnęła ją w ramię Dorcas. ─ Jesteśmy już prawie na miejscu.
Dziewczyna zamrugała i rozsunęła powieki. Siedziała w przedziale z Dor, Blackiem i Potterem, każdy z nich z powodu nieprzespanej nocy wyglądał na zombie, pewnie zresztą tak samo jak ona. Zbliżała się czternasta, a Gryfonka zaczęła zastanawiać się, jak dotrzeć do Cokeworth, skoro nikt po nią nie przyjedzie. Wtedy przypomniało jej się, że miała w skarpetce schowane parę funtów, które w zeszłe wakacje miała wymienić na galeony, ale na miejscu stwierdziła, że może nosić starą szatę i nie potrzebuje nowego kociołka, więc zostawiła sobie je na zakup nowej płyty Queen. Teraz mogło się to przydać.
Wstała i ściągnęła swój kufer, czym wzbudziła zainteresowanie pozostałych pasażerów.
─ Jednak zawracamy? ─ zażartował James, przypominając jej sytuację sprzed kilku godzin, kiedy Lily równie niespodziewanie zaczęła się pakować.
─ Muszę znaleźć kasę, żeby złapać taksówkę ─ mruknęła. ─ Wiem, Black, że jesteś pełnoletni, ale raczej nie ufam na tyle twoim zdolnościom, żeby się z tobą teleportować.
─ Teleportacja byłaby szybsza ─ zauważyła rozsądnie Dorcas. ─ A tobie zależy na szybkości.
─ Jo jest bez różdżki, a nie ma jej w pociągu ─ zauważyła trzeźwo Evans. ─ Sądzę, że i tak jesteśmy do przodu.
Kilka godzin przedtem opowiedziała przyjaciołom swoją historię i z grubsza powiedziała o wszystkim, oprócz tego, że Isaac nachodził ją w głowie – stwierdziła po prostu, że ten szkopuł lepiej zostawić dla siebie, tym bardziej że Jo w każdej chwili może zrobić to samo. I chociaż dowiedziała się ostatnio, że sekrety wyrządzają więcej szkód niż pożytku, to jakaś dziecinna część jej umysłu chciała zachować ostatni rąbek historii dla siebie. Może i popełniała błąd, ale było to dość wygodne – nikt nie pomyślał przynajmniej, że jest słaba psychiczne albo coś.
Dor wciąż upierała się, że chce przyjechać do niej na święta, a chłopcy nie mieli, jak to określił James, „co robić ze swoim życiem”, więc stwierdzili, że też dołączą się do całej wycieczki.
Lily nie miała pojęcia, jak powstrzyma Jo, a raczej jak ta zareaguje, gdy dowie się, że znowu została nabrana, ale szczerze mówiąc rudowłosa nie po to zdecydowała się wrócić do Cokeworth. W ostatnie wakacje pokłóciła się z siostrą i ojcem, a nowa macocha nie przypadła jej do gustu, toteż nie czuła przeszywającej jej radości na samą myśl o rodzinnym Bożym Narodzeniu, ale postanowiła przełknąć swoją dumę, żeby poznać prawdę. Miała zamiar zapytać swojego ojca o Lukrecję Prewett i chociaż sama widziała w tym wspomnieniu ich relację, pragnęła usłyszeć o tym wszystkim z jego ust. Chciała, żeby potwierdził, że naprawdę jest córką czystokrwistej czarodziejki i że Jo jest jej przyrodnim rodzeństwem.
W końcu znalazła parę skarpetek, w których ukryła swoje pieniądze, a wtedy zupełnie przypadkowo dwa spojrzenia, jej i Jamesa, się spotkały, a Lily nie wiedząc czemu przypomniała sobie, co ten do niej powiedział:
─ Dzisiaj już mi nie uciekniesz.
I po raz pierwszy od dawna, naprawdę nie chciała uciekać.



                Jo wstała równo ze wschodem słońca i przywitała dzień soczystym przekleństwem. Dziewczyna z niezadowoleniem wstała z trawy Zakazanego Lasu i uśmiechnęła się słabo do podpierającego pobliski pień Isaaca. Chłopak jak zwykle miał pusty wyraz twarzy, ale w tej chwili Prewett stwierdziła, że to bardzo, bardzo zły znak.
─ Długo spałaś, J. Bardzo długo.
                Aż podskoczyła na dźwięk jego głosu. Nie brzmiał on jak zwykle szorstko, aczkolwiek spokojnie i z przesadnym podkreślaniem każdej zgłoski, ale bardzo twardo, pretensjonalnie i z irytacją. Słowem- Isaac brzmiał, jak rozpieszczone dziecko, które widziało, jak matka kupiła jemu bratu balon z helem, a mu już nie chciała. Takie było jej pierwsze skojrzenie.
─ Wiem, że jesteś wkurzony, dobra? ─ ucięła Jo, przełykając głośno ślinę. ─ Generalnie to nie mam do ciebie o to pretensji, bo… sama też pewnie byłabym wkurzona na twoim miejscu, ale… ─ westchnęła. ─ Może pogadamy, co?
─ A o czym tu jeszcze rozmawiać? ─ spytał z przekąsem chłopak. ─ Lily Evans nigdy nie stanowiła problemu, ani ona, ani nikt inny, ale… Ale, Jo, nie mam zamiaru zabijać się o niego, o medalion, z tobą. Prawda jest taka, że kupujemy kota w worku, bo nie mamy pojęcia, co naprawdę nas czeka, jeśli go otworzymy. Nie wiemy, czy naprawdę uda nam się wykończyć mojego ojca. Nie wiemy tego.
─ A- ale… ─ zająknęła się Jo. ─ Co z manuskryptem, co z… Co z tym wszystkim?
To wszystko kiedyś coś znaczyło, ale teraz… dzisiaj w nocy zrozumiałem, że największą przeszkodą, moim największym przeciwnikiem do zdobycia medalionu, nie jest to, z czym walczę, tylko ty. Ty- mój największy sojusznik. Ty- jedyna osoba, której powierzałem - której nie bałem się powierzać moich sekretów. Teraz wiem, że popełniłem błąd wiele lat temu, jeszcze zanim chodziliśmy wspólnie do Durmstrangu, zanim spadło na nas przekleństwo, bo to ty jesteś błędem. Bo to ty naprawdę wszystko zrujnowałaś.
                Jo może i nie była najbardziej wrażliwą istotą na tym świecie, ale mimo wszystko słowa Isaaca trochę ją zabolały. Jego oskarżenia i jawna niechęć w głosie sprawiały, że zalało ją coś, czego nie doświadczyła od bardzo dawna – wyrzuty sumienia. Zawsze trochę bała się tego chłopaka, ale miała przekonanie, że jest dla niego kompletnie nietykalna, bo ona jest jedyną sobą, której ufa i tylko ją dopuszcza do swoich tajemnic. Znali się od dziecka, razem przeżyli tyle życiowych niepowodzeń, ale wzajemna obecność podnosiła ich na duchu, chociaż niekoniecznie wtedy jeszcze o tym wiedzieli. Prewettówna zmieniła się bardzo przez te ostatnie lata, podczas których mieszkała w ZSRRze, a Isaac chodził do szkoły w Australii i Stanach – uniezależniła się, sama pragnęła już posiadać własne cele i misje, a dyrygowanie Monroe’ a miała po dziurki w nosie. Isaac się nie zmienił. Isaac… on należy do takich osób, które zawsze będą takie same.
 Może właśnie dlatego wczoraj zdecydowała wystąpić przeciwko niemu? Może właśnie w imię tej swojej niezależności zdradziła swoją najbliższą, żyjącą i niepozbawioną wolności osobę? Tak. Może i były to jakieś powody, ale mimo wszystko myśl, że Isaac bierze ją za przekleństwo była bolesna, była frustrująca, a wręcz na tyle przykra, że Jo poczuła łzy, które piekły ją w oczy.
─ Isaac… no co ty… ja… to była moja misja. To ja miałam ją skończyć, a ty… Ty wszystko zepsułeś, przyjeżdżając tutaj! Robisz ze mnie nie wiadomo kogo, kiedy to ty wysłałeś do mnie książkę z pogróżkami! Kiedy poganiałeś i szantażowałeś mnie przez cały rok!  
                Te argumenty były słabe, chociaż Jo nigdy nie przestawiała słabych argumentów. Kiedy tylko usłyszała swój głos, który nadaremnie próbował nabrać pewnego siebie tonu, zwyczajnie skapitulowała i umilkła.
─ Jedziesz mimo to do Cokeworth, prawda? ─ zmieniła temat, patrząc nieśmiało w jego niebieskie oczy, które w mroku wydawały się mieć czarną, pustą barwę.
─ Mamy sabat ─ stwierdził trzeźwo. ─ Ale nie wiem, czy jest sens, żeby podtrzymywać tę tradycję.
─ Może i nie pojawi się za wiele osób ─ przyznała Jo. ─ Dean i Jilly… twoja siostra nie żyją, Tony’ ego zamknęli… znowu, a Prim… wiesz, chyba wszyscy wiemy, co przytrafiło się Prim, prawda? 
                Jeśli myślała, że wzmianka o Prim przywróci Isaacowi emocje, to chyba naprawdę się rozczarowała.
─ Zapomniałaś o zdrajcy.
─ A kto jest zdrajcą? ─ spytała cichutko. Monroe zmierzył ją surowym spojrzeniem, po którym nawet Jo nie miała siły protestować. ─ Ekstra.
─ Naucz się słuchać ze zrozumieniem, J. ─ zbeształ ją. ─ Dobre czasy się skończyły. Ja nie będę już twoim przyjacielem. Nigdy.
─ Ale mamy wciąż wspólne interesy! ─ zaprotestowała. ─ A zresztą nie musimy jechać na sabat, chodzi mi raczej o odebranie medalionu, bo udało mi się wycisnąć od Lily Evans, gdzie jest. No wiesz… w c z o r a j. I ja…
─ To też nie, Jo.
                Isaac najwyraźniej stwierdził, że na „to też nie, Jo” rozmowa się skończyła, bo zostawił ją z prychnięciem i ruszył w prawo, skąd pewnie tutaj przybył. Prewett przez chwilę stała w miejscu i tępo mrugała, ale w końcu otrzeźwiała i ruszała w pogoń za chłopakiem, krzycząc takie tanie i prowokujące teksty, jak:
─ Poddajesz się?
─ Daję spokój ─ odpowiadał jej spokojnie.
─ Lily Evans sama przyniesie nam ten medalion, jeśli postąpimy tak, jak ci mówiłam…! Jak Tony kiedyś powiedział…
─ Nie postąpimy tak, Jo. A Tony jest chory psychicznie, i ty dobrze o tym wiesz.
─ Ale w tym jednym miał rację! Isaac, Isaac, no co ty… ─ jęczała i uparcie biegła przed siebie, chociaż straciła byłego już przyjaciela dawno temu z oczu.
                Ale on nie odpowiedział. Zapewne zniknął- tak jak miał w zwyczaju.
                Golden Road diametralnie różniło się od całej reszty ponurego Cokeworth, chociaż James nie był pewny, dlaczego. Tu również wszystkie domy wyglądały tak samo- biały budynek, schludnie utrzymany ogródek, zielony żywopłot z odstającymi od niego zadrami i porozrzucane gdzieniegdzie na tarasie mugolskie bibeloty- i tu również panowała grobowa cisza i męczący na dłuższą miarę spokój i rutyna, a jednak w pewien sposób ta ulica zdawała się być najszlachetniejsza w całym mieście.
                Po deptaku biegały dzieci i rzucały w siebie ulepionymi śnieżkami, a kierowca czarnej taksówki trąbił i trąbił, żeby zeszły mu z drogi. Swoim trąbieniem wystraszył na śmierć jakąś pulchną „kocią mamę” (jak ją nazwała Lily), która pokazała mu, w ramach rekompensaty, środkowy palec. Pewien pies rasy husky, widząc jadący samochód szczekał jak szalony i rzucał się na płot, a on trząsł się niebezpiecznie, jakby miał zaraz się zawalić.
                W taksówce było strasznie ciasno, ale Potter, Meadowes i Evans jakimś cudem upchnęli się na tylne siedzenie. Usta Lily dosłownie wygięte były w podkowę, trochę jak u maski tragicznej, a Dorcas wzdychała głośno, zniesmaczona jej zachowaniem. Z przodu Syriusz dudnił paznokciem o okno, a kierowca posyłał mu groźne spojrzenia. Nikt się nie odzywał.
─ Naprawdę tak smuci się to, że wracasz do domu na święta, Evans? ─ spytał wreszcie Rogacz, przerywając krępujące milczenie.
Wydawało mu się to trochę dziwne, że dziewczyna tak bardzo wzbraniała się, co do powrotu na Boże Narodzenie do domu, tym bardziej, że według Dorcas starych miała bardzo równych. Podczas jazdy mamrotała, że nienawidzi Bożego Narodzenia, ale nie przeszkadzało jej jakoś nigdy wcześniej. Lily zmarszczyła brwi i mruknęła:
─ Obawiam się, że zabiję Rachel podczas mojej krótkiej wizyty ─ odparła. – Ona niech najlepiej na przerwę świąteczną przeprowadzi się do meliny z tyłu domu, gdzie Petunia urządziła złomisko swoich gratów ─ rozmarzyła się. – Albo niech wraca do Yorkshire. Sądzę, że nikt nie będzie za nią płakał.
─ Kim jest Rachel? ─ spytał zaskoczony. Lily wywróciła oczami, nie racząc odpowiedzieć.
─ To jej macocha ─ wyjaśniła Dorcas. – Druga z rzędu. Lily jej nie uznaje. Uważa, że przynosi jej ojcu zgubę.
─ Bo to prawda! ─ warknęła poirytowana rudowłosa. –Wiecie co, kiedy tylko zjawi się tu Jo, o ile jeszcze się nie zjawiła, każe Rachel jej otworzyć. Może przy odrobinie szczęścia oberwie avadą.
─ Ona nie jest taka zła, Lily…
─ Owszem, jest!- fuknęła Lily, obracając się w kierunku Dorcas tak, że lekko przygniotła okularnika. ─ To, że udało jej się cię zaślepić, Dor, już wiem. Ale sam fakt, że ją bronisz… ─ prychnęła, żeby podkreślić swoje oburzenie podobnym wypadkiem.
                Syriusz parsknął śmiechem, a zielonooka uderzyła go w tył głowy, by potem znowu wrócić do ciężkiego wzdychania i narzekania na to „jak bardzo nienawidzi Świąt”. Tymczasem Meadowes usilnie próbowała poprawić swojej przyjaciółce humor, a każda podobna próba kończyła się fiaskiem:
─ Możesz nie pałać sympatią do macochy, ale jest jeszcze twój ojciec…
─ Dla mojego ojca jestem tylko zbędnym balastem ─ stwierdziła beznamiętnie. ─ Na pewno popsuję mu wszystko swoim powrotem.
─ Dobrze wiesz, że to nieprawda ─ westchnęła szatynka, patrząc intensywnie w jej oczy. Lily nie zdradziła żadnych oznak, że naprawdę o tym wie.
─ To tak dobrze, że jednak wracamy, Lily ─ uśmiechnęła się Dor i zaczęła głośno wdychać powietrze: ─ Czujesz to? Zapach domu… Może twoja babcia przyjechała i zrobiła pierniczki…
─ Tylko jej tam brakuje ─ wzdrygnęła się dziewczyna, odtwarzając w pamięci jej dzisiejszy sen. 
─ …albo Caroline wpadła, żeby wyrzucić beznadziejne płyty świąteczne Rachel…
─ To akurat warto zobaczyć ─ przyznała, bo uwielbiała starcia jej macoch.
─ …albo Ryan znowu przyjechał z lewą choinką i w bożonarodzeniowy obiad przyjadą gliny…
                Lily parsknęła.
─ …albo twoja siostra przyprowadzi kolejnego chłopaka, który was okradnie…
─ Boże, jeszcze ona ─ jęknęła głośno dziewczyna. ─ Nie daj Bóg będą tam wszyscy… ojciec, Rachel, Caroline, babcia, Petunia, jej chłopak, mój chrzestny i gliniarze… Mogli jeszcze zaprosić normalnie ciotkę June, która będzie co chwila pytać się: „Lily, czy to prawda, że jesteś wegetarianką?” ─ przedrzeźniła ją, wymachując ramionami i przybierając dziwny grymas. ─ Zwariuję ─ zawyrokowała.  
─ Przeżyłaś w tamtym roku atak twojej babci, kiedy twierdziła, że wyrażasz się po amerykańsku, nosisz strój godny jawnogrzesznicy i słuchasz muzyki hipisów. Gorzej na pewno nie będzie ─ stwierdziła optymistycznie Dorcas i wyciągnęła z podręcznego plecaka gumę balonową Drooblesa.
─ O, nie… Gorzej zawsze może być. Są święta, a wtedy wszystko jest możliwe. Nawet coś, co pobije atak mojej babci despotki.
─ Ja też uważam, że lekko przesadzasz, Evans ─ odezwał się Syriusz. – U mnie na Święta zjeżdżała się cała rodzinka i każdy z nich wygłaszał długą mowę o zaniku tradycji czystej krwi w czystokrwistych rodach i o innych takich pierdołach. Serio, jak chcesz, to się zamienimy- ja będę wysłuchiwać komentarzy o tym, że jesteś punkówą, wegetarianką, sadystką czy czym tam jeszcze, a ty usiądź obok moich śmierciożerczych kuzynów, okej?
                James nie dowiedział się, jaką ripostę przygotowała Lily, bo taksówka głośno zatrzymała się pod bramą 12A z tabliczką EVANS- Ethan i Rachel, a kierowca odwrócił się i ze zniecierpliwioną miną, zażądał kilkadziesiąt funtów.
─ Dlaczego tak dużo? ─ obruszyła się zielonooka. ─ Mniej bym zapłaciła jadąc do Cokeworth z Australii.
─ W Święta jest drożej ─ stwierdził bezwstydnie taksówkarz. Lily wywróciła oczami i z plecaka Dorcas wygrzebała swój portfel, z którego wyciągnęła trochę mugolskich banknotów.
─ Powinien pan dostać dwa razy mniej za samą drętwą atmosferę jazdy ─ wycedziła. ─ A za tak koszmarną muzykę bezwstydnie puszczoną na całą parę, powinni pana ukrzyżować.
                I z tymi słowami dosłownie wyskoczyła z auta, zatrzasnęła głośno drzwiczki za sobą i ruchem dłoni kazała towarzystwu pójść w jej ślady. Nie powiedziała, że dziękuje za w miarę szybkie dowiezienie mimo korków i koszmarnych warunków na drogach, ani za podjechanie pod samą furtkę, tylko że powinni go ukrzyżować za koszmarną muzykę w aucie. Taki typ dziewczyny.
                Zaraz po niej z auta wyskoczyła Dorcas, która niemal natychmiast dopadła furtki, pchnęła ją i… o mało nie wyłamała sobie wszystkich zębów, bo wzięła zamach, by wbiec na podwórko domu Evansów, a brama ani drgnęła, przez co szatynka uderzyła się mocno w szczękę. Syriusz zaśmiał się głośno, ale pomógł jej wstać, a Lily wywróciła oczami i powiedziała coś w stylu: „Co ty, Dor? Znowu zapomniałaś, jak otwiera się drzwi?”, po czym sama pchnęła furtkę, ale tamta znowu nie zaskoczyła.
─ Chyba ich nie ma, Lily ─ stwierdziła Dor, drapiąc się po głowie. Evansówna zmarszczyła brwi.
─ Ten dom nigdy nie zostaje pusty. Na pewno ktoś siedzi w środku i… myślisz, że Rachel specjalnie nam nie otwiera, ponieważ szykuje jakieś wariackie narzędzie tortur i…?
─ Nie ─ przerwała jej równocześnie cała trójka. 
Totalnie jej nie znacie ─ westchnęła i wcisnęła dzwonek. Wtedy przez moment w oknie śmignęła lekko wklęsła twarz blondynki o szaleńczo długiej szyi, ale zniknęła równie szybko, jak się pojawiła.
─ Czy to była Petunia? ─ spytała półgębkiem Dor.
Lily wydała z siebie zduszony jęk, ale nie skomentowała uwagi Dor, tylko zajęła się rzucaniem kamieniami w okno. Niezbyt jej to wychodziło.
─ Zbijesz szybę ─ ostrzegła ją Meadowes i zadzwoniła jeszcze raz, łudząc się chyba, że Petunia Evans pójdzie po rozum do głowy i otworzy swojej siostrze drzwi do mieszkania.
─ To zbiję.
─ Ktoś schodzi, Evans ─ uprzedził ją Syriusz i wskazał palcem na sylwetkę, która pojawiła się przez chwilę w wielkim oknie z kuchni. Miała jasne włosy spięte w koka.
─ Jakaś blondynka. Cholera, to chyba Rachel.
                Jednak to nie Rachel otworzyła, a przynajmniej tak wydawało się Huncwotom. Dziewczyna ta była co prawda blondynką, ale równocześnie o wiele za młodą na bycie potencjalną macochą – wyglądała wręcz na jakieś osiemnaście lat. Uśmiechnęła się delikatnie na widok Lily i Dorcas, a jeszcze bardziej, gdy zanotowała również obecność Syriusza i Jamesa, po czym energicznie otworzyła bramę i powiedziała:
─ Cześć.
─ Cześć, Charlotte ─ przywitała ją Lily.
─ Cześć, Char ─ przywitała się Dorcas.
                Dziewczyna o imieniu Charlotte uparcie przyglądała się dwójce chłopców i odchrząkała, jakby zaschło jej w gardle. Lily chyba zrozumiała, o co jej chodzi.
─ Charlie, to moi… eee… koledzy ze szkoły ─ wyjaśniła rudowłosa. ─ Pot… eee, to znaczy James i Syriusz. Potter, Black- to jest Charlotte, moja… kuzynka? Nie. To córka mojego chrzestnego.
                Blondynka ścisnęła im ochoczo dłonie, chyba nawet zbyt ochoczo, bo Dorcas przyjrzała się temu z wyraźną dezaprobatą, a Lily kilka razy pokręciła głową.
─ Wpuścisz nas? ─ spytała chłodno Meadowes. Char najwyraźniej nie zdała sobie sprawy, że szatynka nie jest zachwycona z jej popisów, bo odpowiedziała jakby nigdy nic:
─ Jasne. Tunia jest zajęta, bo… bo jest zajęta i nie mogła was wpuścić… pewnie by tego nie zrobiła, aż do powrotu Rachel albo wujka Ethana i… ach, właźcie już. Lily, wujek mówił, że nie wracasz w tym roku na święta. 
─ Tak miało być ─ zgodziła się Evansówna. ─ Ale doszłam do wniosku, że za bardzo będziecie za mną tęsknić.
                Dor parsknęła cicho, ale Char zmarszczyła brwi, nie rozumiejąc chyba, że to był żart.
─ Yhym. Trochę szkoda, że jesteś ─ oświadczyła. ─ Tunia i ja miałyśmy jechać do Ryarsonów, a teraz ojciec na pewno się nie zgodzi… W sensie, będziemy musieli znowu mieć rodzinne święta…
─ Nie martw się ─ zgasiła ją chłodnym tonem Lily. ─ Jesteśmy tu tylko przejazdowo.
                Charlotte wyjęła z kieszeni swetra kluczyki i przekręciła zamek, a James zastanowił się, po co zamykała dom raptem na dwie sekundy, kiedy szła do nich, do furtki. W końcu, po kilku próbach, udało jej się otworzyć drzwi i wpuściła towarzystwo do ciepłego domostwa.
                Hol Evansów łączył wszystkie z czterech pokoi na dole, ale do żadnych z nich nie było drzwi, a więc miało się już z niego świetny widok na każde pomieszczenie. Ściany pomalowano na pastelowe kolory, z sufitu zwisał wielki, raczej niestabilny żyrandol, a w całym domu panował ogromny bałagan, jakby nikt nie sprzątał tu od kilku dobrych lat. Na półkach stały ramki ze zdjęciami, dyplomy z uniwersytetów i obrazy malowane najprawdopodobniej przez jakiegoś członka rodziny farbami olejnymi. W kątach postawiono najróżniejsze instrumenty muzyczne ─ gitarę, saksofon, flet, skrzypce, a nawet harfę oraz bębny i talerze z rozebranej perkusji. Z salonu połączonego z kuchnią widać było stary fortepian. Oprócz owych instrumentów inne rzeczy wskazywały na to, że gospodarze są pasjonatami muzyki ─ wszędzie walające się gramofony (każdy z nich puszczał inną piosenkę, a łączyło je to, że wszystkie były świąteczne), popisane i pokreślone kartki nutowe, pokaźny zbiór płyt winylowych z niemal każdego gatunku i przede wszystkim pozawieszane na ścianach autografy znanych mugolskich wokalistów.
                Mieszkanie urządzono dość skromnie, ale jednak każdy kąt, każdy kawałek ściany i nawet każdy cal podłogi był zagospodarowany, a już przy wejściu cały ten bałagan podpowiadał, że w tym domu mieszkają artyści.   
                Charlotte skierowała się do pokoju po lewej, który był salonem łączonym z kuchnią. Na blacie kuchennym leżało jedzenie w paczkach i kilka rozmrożonych mrożonek z filetami rybnymi. Na podłogę upadł tuzin serowych chrupek, ale najwyraźniej nikt nie czuł się godny, by je sprzątnąć. Lily sięgnęła po nieco przemokniętą paczkę paluszków, która leżała w umywalce i nalała wszystkim coli. Kiedy wyciągnęła rękę po szóstą szklankę, Char złapała ją za przegub dłoni.
─ Nie. Tunia nie zejdzie. Siedzi u góry z tym chłopakiem od Dursleyów.
─ A więc co… co ty tutaj robisz?
                Wiele osób pewnie poczułoby się urażonym, słysząc taką niechęć w głosie zielonookiej, ale Charlotte tylko wzruszyła ramionami i powiedziała szczerze:
─ Oglądam telewizję. Tylko wy macie satelitę z ABC i mogę śledzić One Live To Life.
─ Aha.
─ No i All My Children, ale One Live jest lepsze, bo…
─ Nie interesuje nas to, Charlotte ─ przerwała jej równie nieuprzejmie Dorcas. ─ Wiesz, kiedy przyjdzie pan Ethan?
                Dziewczyna pokręciła głową.
─ Wiem tylko, że Rachel wraca z zajęć za jakieś półtora godziny. Do tego czasu uciekam, bo ona znowu będzie mnie nakłaniać na te swoje ciasteczka, a ja wolę tego uniknąć ─ wzdrygnęła się.
─ Co to właściwie jest, Evans? ─ zainteresował się Syriusz, wskazując na szklankę z napojem. ─ Smakuje niesamowicie.
─ Co- cola? ─ wtrąciła się blondynka. ─ Nigdy nie piłeś coli?
                Powiedziała to tak, jakby Black oznajmił, że nie lubi lodów albo że nie wie, kim są Beatlesi. Wzruszył ramionami w odpowiedzi, a Char mamrocząc coś pod nosem, wróciła do swojego niezwykle inteligentnego seansu amerykańskiej opery mydlanej.
                Lily westchnęła ciężko i rozsiadła się na kanapie, każąc towarzystwu pójść w jej ślady. Na swojego ojca czekać nie musiała długo, bo już po kwadransie dało się słyszeć dźwięk otwieranego zamka, a w holu pojawiła się jakaś sylwetka.
                Kiedy James zobaczył pana Evansa, od razu przypomniał sobie Chase’ a Reagana, kuzyna Lily i byłego Hestii, bo w gruncie rzeczy byli oni do siebie dość podobni. Ojciec Lily również miał niezwykle chłopięce rysy, tak samo zmierzwione, jasne włosy i przede wszystkim- przenikliwe zielone oczy w kształcie migdałków. Jego niezwykle młody wygląd potęgował fakt, że ubrał się w młodzieżową koszulkę i sprane spodnie dzwony, a na nogach nosił wygodne, czarne trapery. W przeciwieństwie do córki należał do dość wysokich osób, ale jak ona był raczej wątły, bardzo szczupły i drobny. W dłoniach trzymał kilka książek, na których leżały papiery nutowe.
                Ethan wydął usta w okrągłe „o”, kiedy zobaczył swoją córkę zblazowaną na kanapie, ale prędko oprzytomniał, pomógł rudej wstać i mocno ją przytulił (przy okazji upuścił wszystkie swoje książki i papiery) powtarzając do siebie:
─ Wiedziałem, że przyjedziesz, Lils.
                Mężczyzna miał amerykański akcent, a Jamesowi przypomniało się, co Dor i Lily mówiły w taksówce, o „babci despotce” – Evansowie pochodzili z Alabamy, a przeprowadzili się do Cokeworth jakieś szesnaście lat temu.
─ Puszczaj mnie, tato ─ jęknęła dziewczyna i rozepchała się łokciami, byle tylko oswobodzić się z niedźwiedziego uścisku. ─ Jestem tu tylko przejazdowo, bo widzisz…
─ Jasne, jasne ─ machnął lekceważąco ręką, po czym uściskał również Dorcas, jakby była jego drugą córką.
─ Cześć, Dor.
─ Nic się nie zmieniłeś, panie Ethanie ─ zaświergotała i pogłębiła uścisk.
─ Mówiłem ci przecież, nie musisz gadać tej dennej formułki: „DZIEŃ-DO-BRY PA-NIE E-VA-NS” ─ przesylabizował. ─ Wystarczy, jak będziesz mówić na mnie Eth…
─ Ja wiem, wiem ─ przerwała mu. ─ Ale „panie Ethanie” bardziej do ciebie pasuje.
                Zarówno Charlotte i Huncwoci, jak i Dorcas, Lily i „pan Ethan” parsknęli śmiechem, a potem ojciec Lily się obrócił w kierunku chłopców i oczy o mało nie wypadły mu z orbit.
─ Na Mozarta! Czy ty przyprowadziłaś TUTAJ chłopaków? ─ spytał się córki.
                Łapa i Rogacz wymienili skonsternowane spojrzenia, ale nie dlatego, że zrobiło im się głupio, ale dlatego, że „pan Ethan” powiedział to niedowierzającym, ale szczere podekscytowanym tonem. Lily wywróciła oczami i wróciła do popijania swojej coli, jakby przywykła do takich zachowań u swojego ojca i niespecjalnie chciała ich przedstawić. Taką chęć wyraziła natomiast Dorcas:
─ Panie Ethanie, to jest…
─ Cicho, Dor! ─ uciszył ją i spojrzał badawczo na Huncwotów. ─ Daj mi zgadnąć.  
                Charlotte zaśmiała się perliście, a Ruda aż wypluła łyka coli do szklanki i spojrzała na pana Evansa ze zgorszeniem.
─ Przestałbyś się w to bawić.     
                Blondyn puścił te słowa płazem i spojrzał z zamyśloną miną na Syriusza.
─ Hmm… Brunet, szare oczy, masz koszulkę z AC/DC (o matko, już cię lubię) i Dorcas ściska twoją dłoń… Musisz być Syriuszem Blackiem!
                Lily, James i Charlotte parsknęli, Dorcas natychmiast puściła rękę Blacka, a Syriusz z lustrowania dziwnym spojrzeniem Dor, przeniósł się na przyglądanie się z podziwem panu Evansowi.
─ Zgadza się, panie Evans.
                Ethan uśmiechnął się z triumfem i ścisnął energicznie Syriuszowi dłoń, uśmiechając się i poruszając sugestywnie brwiami w kierunku Meadowes, która chyba nie mogła być bardziej różowa.
Następnie spojrzał w kierunku Jamesa i niemal natychmiast zachichotał. Lily spojrzała na niego z niepokojem.
─ A tutaj… Na pięć oktaw stoi James Potter. 
                Rogacz wyszczerzył zęby i spojrzał z zaciekawieniem na Evansównę, ale ta natychmiast udała, że jest zajęta oglądaniem telewizji. Mimo to cały czas ostrzegawczo łapała ojca za rękaw.
─ Znowu się pan nie myli, panie Evans. Tylko… ─ zawahał się James i z łobuzerskim uśmiechem dodał: ─ Jak pan się domyślił?
─ Och… ─ Ethan wyglądał na zachwyconego tym pytaniem. ─ Dobrze, że pytasz. Wydedukowałem to na podstawie opowieści Lils… No wiesz… Bałagan na głowie… okulary… piękne, orzechowe oczy…
                Blondyn mógłby zapewne wymieniać jeszcze dalej, ale tyradę przerwał mu dźwięk tłuczonego szkła- to szklanka wypadła Lily z rąk. Dziewczyna wyglądała na naprawdę zbulwersowaną, ale z charakterystycznym dla siebie prychnięciem obroniła swojego honoru, mówiąc:
─ Tato, przestań kłamać…
─ … zniewalający uśmiech… ─ rozkręcał się Ethan.
─ Dobrze wiesz, że nic takiego nie powiedziałam!
─ … kuszące usta…
─ PRZE-STAŃ!
─ … należące do zabójczo przystojnego chłopaka… Wybacz mi, James, ale wszystko pasuje…
                James wcale by się nie zdziwił, gdyby w tej chwili zielonooka zaczęła rozrywać swojego rodzonego ojca na strzępy, ale ostatecznie skierowała całe swoje frustrujące spojrzenie na Dor, która delikatnie mówiąc pękała ze śmiechu i dawno zapomniała już o przytykach co do Syriusza.
─ Ale dlaczego przyprowadziłaś ich obu, Lily, nie jestem w stanie pojąć… ─ westchnął Ethan. ─ No chyba, że Dor przekonała cię do uwierzenia w magię Bożego Narodzenia i obie stwierdziłyście, że najlepiej wykorzystać ją, przyprowadzając tu wybraków swych serc i…
─ Przestaniesz wreszcie bawić się w swatkę? ─ spytała z irytacją Ruda. ─ To już dawno przestało być zabawne.
─ A mi się cały czas podoba! ─ zaśmiała się Meadowes. ─ To ja, panie Ethanie, zmusiłam Lil do wyjazdu, a chłopcy to tak przejazdowo… Znaczy się, naprawdę przejazdowo, a nie jak ja i Lily. Wiedziałam, że trzymasz jak zwykle w zanadrzu tego typu teksty, po których sama Lily głupieje i nie mogłam przegapić usłyszenia całego ich maratonu w rytm Wonderful Christmas Time.
                Ethan cały rozpromieniał, ale James nie miał pewności, czy to dlatego, że Dor przemówiła jego córce do rozumu, czy dlatego, że wspomniała na koniec o tej piosence.
─ To do niedawna była moja ulubiona piosenka świąteczna, wiesz, Dor? Rachel za to pokazała mi zupełnie z innej perspektywy Baby, It’s Cold Outside. Utwór stary jak świat, ale jednak ma w sobie to coś.
─ Nienawidzę Baby, It’s Cold Outside ─ wtrąciła się Lily. ─ Choć to pewnie dlatego, że Rachel się podoba.
                Wyraz twarzy pana Ethana diametralnie się zmienił i spojrzał na swoją córkę karcąco, co kompletnie nie pasowało do jego łagodnych rysów twarzy.
─ Jesteś niesprawiedliwa, Lily. Wszystkim udało się zaakceptować Rachel, tylko ty masz z tym problem.
─ Nie jestem niesprawiedliwa, tylko patrzę na to wszytsko obiektywnie ─ zripostowała. ─ Ty jesteś nią zaślepiony, a Petunii się podoba, bo pozwoliła jej raz czy dwa zabrać swoją kieckę. Mówiłam ci wcześniej, jaka ona jest naprawdę i nawet…
─ …nawet nasłałaś na mnie swoją babkę ─ prychnął. ─ Tak, też to pamiętam.
                Lily wlepiła wzrok w telewizor, ale widać było, że zrobiło jej się trochę przykro. Żałowała, że nasłała na ojca Agnese Oldisch, ale wiedziała, że tylko ona jest w stanie powstrzymać taką katastrofę, jak wesele jego i Rachel. Może i był to cios poniżej pasa, w końcu jej ojciec nienawidził swojej teściowej od zarania dziejów i chciał ożenić się ze swoją nową wybranką w tajemnicy, ale rozpaczliwa sytuacja wymaga rozpaczliwych środków. A zresztą, i tak gówno to dało, pomyślała.
Ethan westchnął jak zmęczony życiem człowiek, po czym pogrzebał w swojej torbie, wyjął z niej małą, obwiązaną wstążką paczuszkę i położył córce na kolana. Rudowłosa zmarszczyła brwi.
─ Co to jest?
─ To twój prezent świąteczny ─ wyjaśnił Ethan i sam nalał sobie szklankę coli. ─ Skoro jesteś tutaj tylko przejazdowo, to otwórz ją teraz.
─ Wigilia jest jutro ─ zauważyła trzeźwo. ─ Wtedy możesz włożyć mi to do skarpety.
─ Ale znikniesz stąd, kiedy tylko pojawi się Rachel, a będzie to za moment, więc lepiej otwórz to teraz ─ uparł się mężczyzna.
                Lily wzięła głęboki oddech i posłała ojcu spojrzenie pełne wyrzutu. Nie miała pojęcia co zrobić, ale była na tyle pojętna, że domyśliła się, iż jest ofiarą taniej manipulacji ze strony swojego ojca. Ethan Evans zająłby niewątpliwie mistrzostwo świata w graniu na uczuciach, gdyby takowa konkurencja istniała – te wszystkie jego prychnięcia, rozczarowane spojrzenia i podkreślanie, jak bardzo jest nią rozczarowany – to za to powinno iść się siedzieć.
─ Nie zniknę, kiedy pojawi się Rachel ─ oświadczyła dumnie. ─ Z całym szacunkiem, ale to ona powinna zniknąć, gdy pojawiam się ja.
                Widząc, że dosłownie wszyscy zaśmiali się pod nosem z jej wyniosłego tonu, również uśmiechnęła się leciutko, a potem odłożyła paczuszkę i oświadczyła:
─ A ja zostanę do Wigilii… Może nawet trochę dłużej.
 music.
Chase odwiedzał Hestię za każdym razem, kiedy tylko uzyskiwał zgodę od dyrektorki, a więc mniej więcej dwa razy w tygodniu. Jones pamiętała profesor Marceau i często porównywała z profesorem Dumbledore' em, ponieważ oboje byli tak samo poczciwi i dobroduszni, ale zarazem genialni. 
                Wiedział, że jej stan się pogorszał – miała już nie tyle co problem z wysłowieniem się, ale z rozumieniem tego, o czym mówił on. Zauważył też, że zaczyna jej się znacznie pogarszać pamięć, marszczyła brwi, kiedy tłumaczył jej coś, co wydarzyło się stosunkowo niedawno, a nawet zapominała niektórych osób, takich jak pielęgniarki albo w ogóle profesor Marceau, o której sporadycznie wspominał.
                Teraz siedział w kawiarence, uśmiechał się smutno do wyraźnie przygnębionej koniecznością tkwienia w pracy w święta kelnerki i… rozmawiał z Belle Potter.
─ Nie wracasz na święta do domu, Chase? ─ spytała kobieta, mieszając łyżeczką herbatę. ─ Ja i Seth  musimy wyjechać w związku z tym profesorem, który mógłby pomóc Hestii, a dom zostanie sam z moimi dwoma synami ─ jęknęła. ─ Mam same czarne myśli…  
                Reagan potaknął grzecznie, ale na pytanie o Boże Narodzenie odpowiedział bardzo wymijająco. Szczerze powiedziawszy nie miał ani zamiaru, ani chęci wracać do Calais, gdzie mieszkała jego macocha i jej nowy koleś. Wszystkie święta były tak samo beznadziejne i prawie wszystkie spędzał w szkole, grając z kumplami z bractwa w Eksplodującego Durnia albo uczył ich gry w pokera, który był o niebo bardziej ekscytujący.
                Ale w tym roku chciał zerwać z tradycją.
                Pomysł ten należał do iście spontanicznych, a naszedł go dokładnie podczas dzisiejszej wyczerpującej (przynajmniej dla dziewczyny) rozmowie z Hestią, którą rozmową można nazwać tylko dlatego, że nie znał trafniejszego określenia, a która w gruncie rzeczy polegała na tym, że on mówił, a dziewczyna udawała, że wie, do czego pije. Przypomniał sobie wtedy sytuację sprzed kilku tygodni, kiedy zobaczył po kilku latach swoją kuzynkę i przypomniał sobie szczęśliwsze lata w przeszłości.
                Golden Road w Cokeworth o tych szczęśliwych latach mu przypominało i chociaż ta nadzieja była naiwna, łudził się, że wracając do pozytywnych wspomnieć wszystko samo się wyprostuje. Po prostu.
                A jeśli nawet nie będzie tak idealnie, to przynajmniej jedne Święta Bożego Narodzenia zaliczone zostaną do udanych.
─ Będę trzymać kciuki, żeby nie podpalili pani domu albo nie zadźgali się nożami ─ obiecał, a Belle Potter posłała ku niemu lekki uśmiech. ─ A o jakiego profesora pani chodzi?
                Kobieta przyjrzała mu się dziwnie.
─ Nie mówiłam ci o tym? Niemożliwe.
                Chase pokręcił głową.
─ Dumbledore polecił nam jakiegoś swojego przyjaciela, bo być może podrzuci nam jakieś lepsze rozwiązanie niż on… w związku z Hestią. Klątwa, którą oberwała, należy do rodzaju słynącego z tego, że jest niemalże nieodwracalny… są co prawda jakieś tam sposoby na… pomoc dla niej, ale wszystkie sprowadzają się do jednego, a… ona nie chce na to pójść ─ mruknęła uzdrowicielka i wzięła łyka swojego grzańca. ─ Zresztą… gdybym była nią, chyba też nie podjęłabym się takiemu rozwiązaniu.
─ A o jakie… rozwiązanie chodzi? ─ spytał blondyn, a głos lekko mu zadrżał.
                Znał charakter Hestii i wiedział, że dziewczyna często upiera się na coś, ignorując kompletnie zdrowy rozsądek i sądził, że gdyby bardzo mu zależało zdołałaby nakłonić ją do przełknięcia wszelkich skutków ubocznych. Zdawał sobie sprawę, że miał na nią duży wpływ i co prawda nie wykorzystywał go, ale czasem wtrącał się, kiedy sądził, że mógłby jej tym pomóc.
                Bądźmy poważni- czy jest coś gorszego niż kompletna niezdolność komunikacji? Brak zrozumienia, brak władzy nad własnym głosem, brak możliwości w wygłaszaniu swoich uczuć i emocji? Dziewczyna musiała czuć się jak w klatce, sama, zdana tylko na siebie, rozumiejąca słowa, ale nie potrafiąca ich połączyć, układająca zdania w myślach, ale nie mogąca ich wypowiedzieć. Jakie rozwiązanie mogłoby być na tyle brutalne, że powstrzymywałoby ją przed poddaniem się jemu?
                Belle westchnęła ciężko i oblizała nerwowo usta, widocznie nie czuła się na siłach, żeby mówić o tym kolejnej osobie, ale w końcu pochyliła się lekko nad nim i mruknęła cicho:
─ Dumbledore potrafi uwarzyć specjalny eliksir, który cofa wszelkie efekty ostatnich wykorzystanych zaklęć… robi to całkowicie, a… zaklęcia jednorazowe nie robią szkód fizycznych, ale psychiczne. Hestia potrafi coś wypowiedzieć, ale ma w sobie wewnętrzną barierę, której nie jest w stanie przekroczyć, bo… bo po prostu tak jest. Eliksir zlikwidowałby tę barierę, ale przy tym pociągnąłby długi łańcuch następstw, a w rezultacie mógłby… hipotetycznie usunąć jej… świadomość do momentu, kiedy jej organizm byłby wolny od tego zaklęcia.
 ─ To znaczy, że straciłaby pamięć? ─ upewnił się chłopak.
                Belle zacmokała.
─ Żeby to była tylko pamięć, Chase. Często tak jest, że mimo że nie pamiętamy do końca jakieś rzeczy i ciężko nam ją wytłumaczyć, podświadomie coś wiemy i czujemy. Ona nie straciłaby tylko wspomnień, ale i swoje nowe przekonania, poglądy, uczucia…
─ Przecież… to chyba dobrze, nie? – spytał ze zdziwieniem chłopak. – W końcu ostatnie tygodnie Hestia spędziła na męczeniu się w szpitalu… może nawet miałaby jakieś traumy po tym okresie… potem. To… chyba nie dość, że by jej pomogło to jeszcze… sprawiłoby, że zapomni? Czy to zła rzecz?
─ Ech… ─ westchnęła pani Potter i podrapała się bezradnie po głowie. ─ To… byłoby nieźle, gdyby eliksir usunął jej tylko te ostatnie tygodnie, ale… tak nie będzie. Sprawdziliśmy to i zaklęcie znajdowało się w medalionie, który nosiła… w tej pamiątce po jej biologicznej matce. A to z kolei znaczy, że mówimy o wszystkich razach, kiedy miała go na sobie.
                Chase’ a dosłownie wmurowało w ziemię. Odkąd sięgał pamięcią, dziewczyna miała ten medalik na sobie… mówiła, że to jej talizman szczęścia i jeśli go zdejmie od razu napadnie ją stado zmutowanych kojotów, chociaż sama przyznała, że nawet nie wie, jak wyglądają kojoty. Ile wspomnień by jej odjęło?
                Na pewno wszystkie ich wspólne.
                Na pewno większość z nauki w Beauxbatons.
                Na pewno wiele wakacyjnych.
                Na pewno każde bożonarodzeniowe.
                Belle widząc jego niemrawą minę pokiwała głową ze zrozumieniem i przytaknęła.
─ Dlatego właśnie jedziemy do tego profesora.
                Do domu weszła bardzo młoda kobieta, ale nie młoda w taki sposób jak Ethan, tylko praktycznie dziewczyna, która pewnie niedawno sama miała szesnaście lat. Splątane, złote włosy opadały na jej odsłonięte ramiona (czy w tym domu nikogo nie obchodziło to, że jest środek zimy?), a policzki przemarzły i poróżowiały. Najdziwniejszym elementem jej wyglądu był niewątpliwie strój- dziewczyna zawiązała na łydkach baletki i nosiła białą sukienkę z gorsetem, również przeznaczoną do tańczenia baletu. Na widok ich siedzących w kuchni i pijących colę, cała rozpromieniała.
─ Na Czajkowskiego, jednak przyjechałyście!
                James już domyślił się, kim była owa dziewczyna, a właśnie wyrażenie „na Czajkowskiego!” mu w tym pomogło. Niewątpliwie stała przed nimi Rachel, macocha Lily i wielka miłość Ethana Evansa. Nie dziwił się specjalnie, że mimo sporej różnicy wieku, pewnie jakiś piętnastu lat, tych dwoje przypadło sobie do gustu– mieli przecież nawet podobny sposób mówienia… no, tyle tylko, że ojciec Lily nawiązywał stale do muzyki, a ta najwyraźniej do baletu.
─ Cześć, Rachel ─ przywitała się grzecznie Dorcas.
─ Dzień dobry, pani Evans… ─ uśmiechnął się Syriusz, a potem wstał i użyczył Rachel miejsca. James szybko postąpił podobnie.
                Blondynka wydała z siebie słodkie „ooo…”- odgłos, godny małej dziewczynki, kiedy ta zobaczy urocze szczeniątka w koszyku na sprzedaż podczas festynu. Ethan Evans wstał z kanapy i z ogromnym uśmiechem na ustach złapał swoją żonę w talii i pocałował. Lily wywróciła oczami.
─ Słyszałeś, Ethan?! ─ zaśmiała się Rachel, głaszcząc go po policzku. Jej głos był tak wysoki jak Emmeliny. ─ Nazwali mnie panią Evans. PANIĄ EVANS. Jeszcze nikt mnie do tej pory tak nie nazwał!
─ Za wiele okazji to nie było, no nie? ─ sprowadziła ją na ziemię Lily. ─ Witaj, Rachel.
                „Witaj, Rachel” powiedziała tak jadowicie, że aż Jamesa przeszły ciarki. Nawet do niego nigdy nie zwróciła się z podobną niechęcią. Trochę szkoda zrobiło mu się tej biednej, dwudziestoletniej baletnicy – to musi być okropne mieć tak wrogo nastawioną pasierbicę. Tym bardziej, że Lily potrafiła być naprawdę okrutna i zawzięta.  Rachel najwyraźniej jednak przywykła do tak chłodnej postawy młodszej córki swojego męża, bo tylko odpowiedziała jej w ten sam sposób (no, może trochę milszy) i wyrywając się z objęć Ethana tanecznym krokiem ruszyła w kierunku Huncwotów.
─ To strasznie kochane, że mówicie do mnie PANI Evans, ale i zarazem krępujące… ─ zadumała się przez chwilę. ─ Wiecie co, mówcie do mnie Rachel. Albo PANI Rachel, jak Dorcas mówi do Ethana.
─ Eee… Dobra, pani Rachel.
                Kobieta wyszczerzyła zęby w niezaprzeczalnym zadowoleniu, po czym zwróciła się do męża:
─ Po drodze spotkałam Caroline i…
─ Rachel – prosiłem, żebyś nie brała sobie do serca tego, co ona mówi – przerwał jej w pół słowa ojciec Lily.
─ Ale nie o to chodzi… mówiła, że powinieneś zadzwonić do Ryana, żeby jakoś go powstrzymać… Znowu załatwił choinki od tego… stryjecznego brata szwagierki obecnego męża jego byłej żony?
─ Od Randy’ ego?
─ Yhym ─ przystała na to, chociaż z pewnością tytuł „stryjecznego brata szwagierki obecnego męża jego byłej żony” uważała za odpowiedniejszy. ─ Powiedziała, że ostatnio mieliście z tego powodu pewne… nieprzyjemności i… po prostu prosiła, żebyś go powstrzymał.
                Blondyn machnął lekceważąco ręką.
─ Kochanie, Caroline jest kompletną fatalistką i mogę założyć się o podpisaną przez Paula McCartneya płytę Beatlesów, że nic się nie stanie.
                Lily zerknęła z niepokojem na ojca i szarpnęła go za rękaw, mówiąc poważnie:
─ Tato, zanim Ryan przyjdzie muszę z tobą porozmawiać… To ważne.
─ Lily, Ryan nie przyjdzie. No, nie patrz tak – naprawdę nie przyjdzie.
                Wszyscy domownicy spojrzeli na niego z nieufnością.
 I jakby na potwierdzenie ów nieufności, zadzwonił dzwonek do drzwi.
─ Widzę, że mimo tego, że Rachel jest twoją żoną, ten dom pozostał kompletnym hotelem ─ mruknęła rudowłosa i założyła nogę na nogę.
─ A ta płyta Beatlesów… ─ zaczęła nieśmiało blondynka, ale Ethan zbył ją i ruszył otworzyć drzwi, kręcąc głową.
                Całą sytuację z holu było świetnie widać z kuchni- kiedy blondyn chwycił za klamkę z wyraźnym niezadowoleniem, na korytarz wręcz wpadł chudy rudzielec, który trzymał w ramionach zielonego świerka. Na pierwszy rzut oka widać było, że zaraz się z nim przewróci, więc ojciec Lily mu go odebrał. Najwyraźniej zapomniał o tym, że jest zwykłym pianistą o wątłej budowie ciała, zupełnie jak ten jego przyjaciel Ryan, czego skutkiem było upuszczenie drzewka prosto na rozstrojoną perkusję. Korona świerka uderzyła o talerz z wielkim hukiem, a igiełki posypały się na bębny, tworząc początek prawdziwej świątecznej piosenki.
                Rachel westchnęła ciężko i spojrzała z nadzieją na chłopców.
─ Czy moglibyście…?
─ Jasne ─ zgodził się James i wstał gwałtownie z kanapy. Szedł zaledwie przez kilka kroków, bo nagle poczuł kobiecą rękę na przegubie swojej dłoni i zmarszczył brwi odnotowując, że Lily każe mu usiąść z powrotem.
─ To są nasi goście, Rachel ─ oznajmiła zimnym tonem. ─ To bardzo nieeleganckie kazać im wnosić choinkę.
                Blondynka przygryzła dolną wargę, ale bezgłośnie się z nią zgodziła. Zielone oczy Evansówny niebezpiecznie zabłysły, gdy zaproponowała:
─ Za to dałabym się wykazać chłopaczkowi Tunii. No wiesz, wypadałoby sprawdzić czy potrafi robić coś oprócz migdalenia się z nią u góry.
─ Wiesz, Lily… ─ zastanowiła się głośno jej macocha. ─ To nie jest wcale taki zły pomysł, ale… och, znasz Petunię – na pewno spłonęłaby z furii, gdybyśmy… jej przerwali.
─ Czyli moich gości możesz wyzyskiwać, a jej już nie? ─ prychnęła. ─ Co za dyskryminacja!
─ Och, nie rób scen, Evans ─ westchnął Black. ─ Mogę zostać tak wyzyskany.
─ Nie, nie możesz ─ uparła się ruda i spojrzała jeszcze raz na Rachel z oczekiwaniem. Blondynka widocznie przeżywała wewnętrzny spór.
                Boże, czy ta dziewczyna nie potrafi nawet podjąć jednej, żałosnej decyzji?, pomyślała z zażenowaniem zielonooka. Na pomoc swojej żonie przyszedł Ethan, który odkrzyknął z holu:
─ Lily ma rację, Rachel. Idź po Vernona!
Ale
─ Hej, DURSLEY! ─ wydarła się Dorcas, która zdążyła już dopaść schodów. ─ MASZ ROBOTĘ!
                Lily pokazała jej uniesiony kciuk i zaśmiała się wyobrażając sobie wściekle spojrzenie jej siostry, kiedy tylko zejdzie na dół. Z początku nic się nie działo, ale kiedy jej ojciec powtórzył polecenie, ktoś wyszedł na schody.
                Vernon Dursley z pewnością różnił się bardzo od powszednich chłopaków Petunii – poprzedni byli przynajmniej trochę przystojni, a on według Lily wyglądał jak obraz nędzy i rozpaczy. Miał kilka podbródków, a włosy już zaczęły mu siwieć i łysieć, mimo że miał góra jakieś dwadzieścia pięć lat. Patrzał na wszystkich spode łba, a kiedy ujrzał swoisty obraz na korytarzu – i drzewko, leżące na perkusji i grające nową piosenkę świąteczną, i dwóch znajomych facetów, którzy szczerzyli do niego zęby.
─ To może ja… skoczę po stojak ─ mruknął, a Dor parsknęła śmiechem.
                Rachel znów spojrzała błagalnie w kierunku Huncwotów, a Lily nawet już nie protestowała przed podobnym „wyzyskiwaniem”.
Tato, muszę z tobą porozmawiać ─ powtórzyła Lily, kiedy Ryan, Vernon, James, Syriusz i jej ojciec przestali mocować się z choinką.
Petunia, która wraz ze swoim chłopakiem została zmuszona do opuszczenia własnego pokoju i nie ukrywała swojego niezadowolenia związanego z tym faktem, prychnęła wściekle, a zabrzmiało to bardzo podobnie do słynnych prychnięć Lily.  
                Ryan i Ethan wymienili się dwoma bardzo specyficznymi spojrzeniami, a potem… powrócili do zgadywania, takiego samego, który zaprezentował pan Evans, kiedy zobaczył Huncwotów w jego salonie:
─ Chcesz go naciągnąć na kasę? ─ spytał Ryan, wskazując głową na Ethana.
─ Ona taka nie jest, Steele… ─ przerwał mu blondyn, kręcąc pobłażliwie głową. ─ Masz jakieś problemy? ─ zwrócił się do córki. ─ Uzależniłaś się od czegoś?
 Nie… ─ zaprzeczyła szybko Lily i próbowała uciszyć swojego ojca i chrzestnego, ale tamci wyraźnie za dobrze się bawili:
─ Masz jakieś kłopoty w nauce? ─ zgadywali dalej.
─ No nie, ale…
─ Boże, ale chyba… nie… ─ jęknął blondyn i przeżegnał się. Ryan spojrzał na niego dziwnie, a Lily osłupiała.
Co?
─ Ty… proszę, nie…
Ja- co?
─ Ty… ty nie jesteś w ciąży, no nie?
─ TATO!
                Wszyscy, oprócz Lily i Ethana wybuchli głośnym śmiechem – rudowłosa z wiadomych powodów, a jej ojciec chyba dlatego, że wziął swoje podejrzenie na poważnie.           
─ A może masz jakąś miłosną rozterkę? ─ spytała z nadzieją Rachel. ─ Uwielbiam takie rzeczy. Możemy ci z Ethanem i Ryanem pomóc, bo wiesz…
─ Nie, DZIĘKUJĘ, Rachel ─ wycedziła. ─ Raczej stronię od TWOJEJ pomocy.
─ Lily… ─ napomknął ją ojciec, ale Rachel machnęła ręką na znak, że to nie ma znaczenia.
─ To było… żałosne, tato ─ westchnęła Lily, wstając z kanapy i przenosząc się na pobliski tapczan, byle tylko jak najdalej od ojca.
─ A wiesz jaki ja byłem zażenowany? ─ pożalił się Ethan. ─ Masz mnie na gruboskórnego wała, ale nie jestem aż takim idiotą, Lily. Prawda jest taka, że gdybyś mi mówiła cokolwiek o tym, jak ci leci w szkole, zamiast tego ciągłego: „ŚWIETNIE I SIĘ ODWAL”, to nie dochodziłoby by do takich pytań.
                Szczerze powiedziawszy Lily wątpiła, czy oby na pewno gdyby opowiadała ojcu swoje losy, sytuacja by się poprawiła. Nie, pewnie byłoby jeszcze gorzej. Ethan zawsze uwielbiał ją denerwować, chociaż robił to we większości przypadków nieświadomie. Dziewczyna wciąż uważała, że  pomimo jego zaprzeczeń jest gruboskórny i bezpośredni. Do przesady.
─ Możesz przestać marudzić? ─ spytała retorycznie Lily i zwróciła się do swojego chrzestnego: ─ Ryanie, nieprawda, że zdaję mu relację ze szkoły?
                Spojrzała na rudzielca, który wciąż podśmiewał się z inteligentnego tekstu swojego kumpla o ciąży, ale gdy wyłapał jej oskarżycielskie spojrzenie, natychmiast spoważniał i przełknął głośno ślinę.
─ Gdzie  tam bym śmiał zaprzeczyć, Lils, ale muszę przyznać szczerze i z uzasadnionym przekonaniem, że zdajesz mu tę relację.
─ Dziękuję.
─ No tak… ─ skapitulował Ethan. ─ Relację zdajesz, ale zawsze z… takich mało interesujących rzeczy. To co naprawdę mnie interesuję to dla ciebie temat tabu. A kiedy próbuje subtelnie ─ Rachel parsknęła śmiechem ─ zejść na ten temat, to od razu słyszę ciągłe pretensje.
Dobrze… ─  westchnęła Lily, w duchu czując, że będzie żałować tego pytania. ─ A więc co cię, tatusiu, ciekawi?
─ Ech… wiesz, opowiadasz zawsze o tym, co się wkurza, denerwuje, kogo byś powiesiła i te klimaty… Dlaczego dla odmiany nie powiesz o kimś, bez kogo nie możesz żyć?
                James zachichotał. Świetnie rozumiał Ethana Evansa – Lily raczej nie lubiła rozwodzić na temat swoich ulubionych osób. Nie to, że była jakąś defetystką, ale niewątpliwie bardziej odnajdywała się w narzekaniu niż chwaleniu.
─ Hę? ─ spytała, marszcząc czoło.
─ I niby to ja jestem niesubtelny ─ jęknął Ethan. ─ Mówię o ZUAROCZENIECH, Lily. ZADURZENIACH. Twoja siostra nadaje na ten temat dwadzieścia na siedem, a od ciebie jeszcze nigdy, NIGDY, czegoś takiego nie usłyszałem.
─ Z reguły ojcowie nie przepadają za takimi pogawędkami ─ zauważyła Lily i kopnęła Dorcas w kostkę. Ta przestała na moment chichotać i wzięła stronę przyjaciółki:
─ To prawda.
─ Oj tam… ─ machnął ręką pan Evans. ─ Trochę to wiadomo, ale… odrobina takiego gadania jeszcze nikomu nie zaszkodziła, Lils. W sensie, czasem mam wrażenie, że zamiast szesnastu masz SZEŚĆ lat i chłopcy są wciąż imbecylami, którzy ciągną cię za włosy i nie pozwalają grać z nimi w piłkę.
                Dziewczyna wróciła myślami do sytuacji, o której wspomniał jej ojciec – miała te sześć lat i poszła razem z Petunią do sąsiadów, z którymi na boisku miały rozegrać mecz siatkówki, ale koniec końców, przy kompletowaniu drużyn, Terry Vasquez zamiast jej wziął Kelly Shaw, mimo że nie potrafiła ona grać, ale za to była starsza i miała większe piersi. To był właśnie ten przełomowy okres, w którym Lily zaczęła robić się wyczulona na podobny seksizm.  
─ TO BYŁA DYSKRYMINACJA ─ warknęła.
─ To było jedenaście lat temu, Lily. JEDENAŚCIE. Od tego czasu twój stosunek powinien się zmienić.
─ No, to jestem wynaturzeniem! Nie mów mi, że zachowuje się jak dziecko. Dziwicie się wszyscy, że nie mam ochoty wracać do tego domu na święta, ale każdy miałby w końcu dość tego waszego zmawiania się i… moglibyście wziąć coś raz na poważnie. RAZ.
─ Och, daj spokój…
─ Poza tym, panie Ethanie ─ wtrąciła się Dorcas. ─ Lil czasem… rzadko, ale jednak, napomni coś o jakimś chłopaku…
─ O jakim? ─ zainteresował się James.
                Lily wyglądała, jakby zastanawiała się właśnie, jak lepiej go zabić – zwyczajnie udusić czy lepiej najpierw zrzucić z dachu?
─ Na pewno nie o tobie! ─ wycedziła.
─ To nieprawda ─ powiedzieli równocześnie Ryan, Rachel i Ethan.
                Na tym skończyło się branie przez Dorcas strony Lily, bo za bardzo była ona ciekawa, jak ta rozmowa się potoczy i przestała reagować na te nerwowe kopanie po kostkach.
─ Przekabaciłeś ich do swojej psychicznej drużyny KUPIDYNÓW? ─ obruszyła się zielonooka, wskazując palcem na Rachel i Ryana.
─ Nie… ─ zaprzeczył natychmiast jej ojciec, przeciągając sylabę.
─ Och, bądź cicho, tato! ─ zirytowała się. ─ Wszystko ci się już myli.
─ Z moim słuchem -i głową, tak przy okazji - wszystko w porządku. A zresztą sama słyszałaś, że taki głuchy kret jak Ryan słyszy twoje nieustanne „bla, bla, bla James, bla, bla, bla James, bla, bla, bla…”
                Potter zabłysnął tryumfalnym uśmiechem, a dziewczyna zbladła tak bardzo, że jej twarz przybrała kolor mleka, które rozlewała właśnie do szklanek jej siostra.
─ To urocze, że opowiadasz o mnie swojemu tacie, Lily ─ zagruchał. Dziewczyna zacisnęła pięści.
─ Nie opowiadam!
─ Właśnie słyszę, jak nie opowiada…
─ Masz otępiałe zmysły! ─ wykrzyknęła. ─ Przewraca ci się w głowie… oni, on – wycedziła miażdżąc swojego ojca wściekłym spojrzeniem ─ nic naprawdę nie powiedział…
─ Och, nie wykręcaj się teraz ─ roześmiał się. ─ Wyszło szydło z worka i chyba to nie zabrzmi już przekonująco, kiedy znowu powiesz, że mnie nienawidzisz, co?
─ Bo nienawidzę.
─ Nie, nie nienawidzisz ─ zacmokał James.
─ Dzwonili z Munga, Potter. Szukają cię.
─ Co jeśli znajdą?! ─ spytał z udawanym przerażeniem. ─ Już do końca życia będziesz wszystkich męczyć z „bla, bla, bla James” ? ─ zapytał ze śmiechem. Lily cała poczerwieniała.
                Cała ta niezwykle grzeczna i kulturalna wymiana swoich zdań i poglądów trwała jeszcze dobre kilka minut, podczas których starsze pokolenie prowadziło ze sobą własną dyskusję, która z założenia miała być „cicha”, ale i tak wszyscy ją słyszeli:
─ Ethanie, oni chyba się nie lubią ─ „szepnął” Ryan Steele.
─ Bredzisz, Steele ─ „odszepnął” mu „dyskretnie” pan Evans. ─ Przecież od razu widać, że mamy do czynienia z Prawdziwą Miłością.
                James, słysząc to, już miał uwzględnić ten „szept” w swojej własnej dyskusji, gdy Lily wstała i złapała swojego ojca za przegub dłoni, mówiąc chłodno:
─ Naprawdę musimy pogadać.
                Ethan spojrzał na nią rozbawiony, ale w końcu, wymieniając przy tym podekscytowane spojrzenia z Rynem, wstał z kanapy i dał się poprowadzić córce na górę.
─ A co z naszą rozmową? ─ krzyknął za nią Potter.
─ Może zaczekać! ─ odparła Evans.
─ Okej, przyznam, że jestem przerażony, Lils ─ mruknął Ethan. ─ Takie uprowadzanie na górę, żeby pogadać zawsze kończy się słabo
Lily nie podzielała dobrego humoru swojego ojca. Zabrała go do swojego pokoju, zamknęła drzwi na klucz, kazała mu usiąść na swoim łóżku, a sama opadła na krzesło i nie wiedziała od czego zacząć. Przez cały dzień układała tok tej rozmowie w głowie, ale teraz, kiedy miała jakoś zacząć, wszystkie pomysły tajemniczo ją opuściły.
Niby znała usposobienie swojego ojca i wiedziała, że jest on bardzo łagodnym i wyrozumiałym człowiekiem, ale mimo wszystko szósty zmysł podpowiadał jej, że rozwścieczy go pytaniem o Lukrecję albo przynajmniej rozdrażni. Dałaby głowę, że gdyby ona miała kochanka w przeszłości, raczej nie wyrywałaby się do opowiedzenia historii tej znajomości swoim dzieciom.
─ A…? Znaczy się…? Czy…? ─ westchnęła ciężko i otarła pot z czoła. Dawno nie miała takich trudności w wysłowieniu się. ─ Tato, czy mogę cię o coś zapytać?
─ Już się zgodziłem, A.B. ─ zauważył trzeźwo.
                Zdrobnienie „A.B.” podniosło dziewczynę trochę na duchu. Nazywał ją tak tylko on, Ryan i Chase, a wzięło się z jej drugiego imienia Annabeth, które w jej opinii było znacznie mniej obalone, bardziej intrygujące i nie tak rozpowszechnione jak Lily. Trójka tych trzech najbliższych jej facetów nazywała ją tak zawsze, kiedy chcieli dodać jej odwagi (oprócz Chase’ a, który nadużywał tej formy) i choć taka potrzeba nie zdarzała się często, zawsze jej to jakoś pomagało.
                Uśmiechnęła się delikatnie i kontynuowała:
─ Ale obiecasz, że się nie wkurzysz?
─ Tak, Lily. Obiecam.
                Dziewczyna zaśmiała się nerwowo i zaczęła dudnić paznokciami o blat swojego biurka. Nawet nie zorientowała się, kiedy zaczęła mówić.
                Nie zaczęła bezpośrednio o pytania o Lukrecję, jak miała w planach. W pewnym sensie spełniła jego powszednie życzenie, to znaczy opowiedziała ze szczegółami, co dzieje się w szkole. Powtórzyła dzisiaj po raz drugi całą historię z medalionem, znowu pomijając wzmiankę o legilimencji, ale jednak mówiło jej się zupełnie inaczej. Nie patrzała ojcu w oczy, a on jej nie przerywał, zdania po prostu wypływały z jej ust, zupełnie jakby dyskutowała z kimś o ulubionym przedstawieniu na West Endzie, i były całkowicie wyprute z emocji.
                Kiedy doszła w swojej historii do wczorajszego wieczora, gdy Isaac podarował jej wspomnienie, na którym zobaczyła jego i matkę Jo, która mówiła mu, że jest w ciąży. Wtedy dopiero spojrzała Ethanowi w oczy.
                Jej ojciec wpatrywał się w okno. W sercu dziewczyny zrodziły się maleńkie wątpliwości, czy w ogóle słuchał jej kilkunastominutowego trajkotu i mimowolnie poczuła znajome zalążki irytacji. Zaciskała zęby, żeby zapytać się obcesowo, czy byłby tak miły i powtórzył jej ostatnie zdanie, jak to robił Flitwick, kiedy przyłapywał kogoś na niesłuchaniu na lekcji, gdy blondyn odezwał się nieobecnym tonem:
─ Taaa… Przypuszczałem, że w końcu o to zapytasz.
                Zabrzmiało to zupełnie wymijająco, trochę jakby pytała o to, czy kupi jej nowe buty albo zabierze na koncert Fleetwood Mac.   
 ─ I nie przypuszczałeś ─ przedrzeźniła go niegrzecznie – że byłoby miło powiadomić mnie o moim prawdziwym pochodzeniu? O tym, że jestem córką matki Jo Prewett?
                No jasne, mogła się tego spodziewać! Po co jej „tatuś” miałby wspomnieć jej o tym kiedykolwiek, mimo że dostała list z Hogwartu i tyle lat już uczyła się magii?! Mógł to zrobić tyle razy, przecież nic nie miał do stracenia – jej matka i tak ich porzuciła, a Caroline, która wtedy była jej macochą i tak nie robiło to żadnej różnicy. Dlaczego uznał, że jest niegodna prawdy? Dlaczego tuszował tak znaczący fakt przez tyle lat? Na to chyba nie ma zadawalającego usprawiedliwienia.
                Ethan oderwał wzrok od okna i spojrzał na nią trochę rozdrażniony.
─ Nie jesteś.
Co?! ─ wypaliła inteligentnie Lily. Pan Evans oblizał wargi i powtórzył z niebywałą pewnością:
─ Nie jesteś córką Lukrecji Black czy… Prewett, jak tam wolisz.
─ Ale…
─ Zobaczyłaś kiedyś Lukrecję na oczy, Lily? ─ przerwał jej, pytając retorycznie. ─ Musiałaś. Widziałaś przecież to… wspomnienie, tak? Powiedz mi teraz uczciwie – czy uważasz, że jesteś do niej podobna?
                Dziewczyna odtworzyła w pamięci wizerunek matki Jo – długie, proste, złote włosy, blada cera, niebieskie oczy. Kobieta raczej wysoka, lepiej zbudowana niż ona, miała o wiele surowszy wyraz twarzy i wydatniejsze kości policzkowe. Jakby się uparcie na tym zastanowić to faktycznie, nie przypominała zbytnio ani Lily, ani zresztą Jo, więc może miała słabe geny albo coś takiego…
                Tylko że Lily nie przypominała też swojego ojca. Z wyjątkiem zielonych oczu i młodej twarzy nie miała z nim nic wspólnego.
─ Sądzisz, że jestem pomyłką genetyczną? ─ spytała, marszcząc brwi.
─ Nie – westchnął ciężko Ethan. – Sądzę, że jesteś prawdziwą córką swojej matki… i mówiąc matki, mam na myśli Mary.
                Zauważając zdezorientowane spojrzenie swojej córki, pan Evans westchnął i znów wlepił spojrzenie w okno.
─ Nie zaprzeczam temu, co widziałaś, Lils, jednak… wszystko źle zrozumiałaś, a raczej ten chłopak… Isaac chciał, żebyś to tak odebrała.  Ta historia jest raczej długa, a znając twoje uprzedzenie, co do romansideł raczej daruję ci szczegółów ─ Lily uśmiechnęła się lekko. ─ Lukrecję poznałem, kiedy byłem bardzo młody… Chodziłem dopiero do college’ u i dorabiałem w klubie muzycznym twojego dziadka… no, zanim zmarł i sprzedał udziały twojej ciotce, która… doprowadziła go do szczętu, a to trochę smutne, bo naprawdę miał on potencjał… Powiem ci z pełnym uzasadnieniem, że mój ojciec mnie nienawidził. Brał mnie za tępego gamonia, który ma kompletne siano w głowie i... pewnie miał rację, ale i tak mój żal do niego się nasilał. Nigdy nie wspierał mnie finansowo, dlatego musiałem pracować praktycznie cały czas, żeby jakoś uzbierać na wybranie się na Królewską Akademię Muzyczną. Pewnej nocy poznałem Lukrecję i nie ukrywam, że od razu przypadliśmy sobie do gustu. Była moją pierwszą miłością, ale nasz związek nie trwał zbytnio długo… niebawem zniknęła i wiedziałem tylko, że ożeniła się z jakimś nadzianym gościem.
                Wkrótce potem zacząłem studia i poznałem twoją matkę. Była ode mnie młodsza, chodziła do pobliskiego liceum muzycznego ( to było w Audrey’ s, tam, gdzie uczy Caroline) ale oczarował mnie jej wielki talent muzyczny. Występowała w pomniejszych przedstawieniach, a potem dzięki mojemu chrzestnemu udało jej się dostać na West End, co było szczytem ich marzeń. Nie znaliśmy się za dobrze, ale ożeniliśmy w ekspresowym tempie. I tak mniej więcej kilka tygodni po narodzinach Petunii do Londynu wróciła Lukrecja. To był koszmar, bo w moje małżeństwo okazało się kompletnym niewypałem, a ona wyraźnie próbowała do mnie wrócić. Wiem, co sobie o mnie pomyślisz, Lils, bo ja też nie jestem z tego dumny, ale… ja chciałem skończyć ten romans, kiedy tylko się zaczął, tyle że… nie byłem w stanie ─ westchnął ciężko. ─ A kiedy w końcu mi się udało…
─ …ona zaszła w ciążę ─ dokończyła za niego rudowłosa. ─ I właśnie o to mi…
─ Nie tylko ona ─ wyznał jej ojciec i ukrył twarz w dłoniach. ─ Taa… Wiem.
Tato, czy ty…?
─ Byłem bardzo młody i głupi ─ przyznał. ─ Wiem, że mnie to nie usprawiedliwia, ale… Lukrecja nie chciała dziecka. Bała się, że wydziedziczą ją z rodu czarodziejskiego za romans ze mną i że mąż ją zostawi, a to oznaczałoby, że nie będzie już ustawiona przez całe życie… Oddała go mnie ─ powiedział szybko.
─ Go…?
─ Tak, Lily. Go. Tyle tylko, że ja też spanikowałem. W moim małżeństwie nareszcie zaczęło się układać, przyszłaś na świat ty i… ja nie chciałem wszystkiego zepsuć ─ nabrał sporo powietrza. ─ Tego dnia, kiedy Lukrecja mi go oddała, przyszedł twój dziadek. Wcześniej opowiedziałem mu wszystko, a on… to był zepsuty człowiek… powinnaś cieszyć się, że go nie poznałaś, bo… ─ urwał i się zawahał: ─ postawił przede mną pewną propozycję i wszystko mogło się odkręcić. On wiedział, jak to zrobił. Powiedział, że jego znajoma jest bezpłodna i chce zaadoptować dziecko, i…  znałem ją i wiedziałem, że… że on będzie szczęśliwy. Poza tym mógłbym go widywać tak często, jak chciałem, bo mieszkali w sąsiedztwie i… poszedłem na to. Zgodziłem się. Zabrał go i oddał i nikt się nigdy nie dowiedział, on też, że jestem jego ojcem…
                Na tym skończył swoją opowieść. Lily oddychała płytko i patrzała na swojego ojca bardzo dziwnie. Jej umysł nie mógł spokojnie przeanalizować tego, co właśnie usłyszała. Zadawała sobie mnóstwo pytań, ale nie wiedziała które jest na tyle sensowne, żeby wypowiedzieć je na głos. W końcu odkrząknęła i wybrała jedno z nich:
─ Ale… dlaczego jestem czarodziejką? ─ głos jej się złamał. ─ Jesteś pewny, że…?
─ Taaa… ─ potaknął Ethan. ─ Też byłem w szoku, kiedy tamtego dnia przyszedł do ciebie list, ale… ─ uśmiechnął się lekko. ─ Tak czasami jest, prawda?
─ A może to mama… ─ wyjąkała. ─ Skoro było wam aż tak źle, to może ona też cię zdradzała! Skoro wasze małżeństwo było takim nieporozumieniem!
                Ojciec spojrzał na nią łagodnie, a następnie wstał z łóżka i przykucnął obok jej krzesła. Dziewczyna przełknęła głośno ślinę, wielka gula flegmy zatykała jej przełyk, wodnisty katar zalał jej nos, a ona poczuła, że łzy napływają jej do oczu. Nienawidziła płakania i przez te wszystkie lata udało jej się nieźle walczyć z tym gryzącym uczuciem, które towarzyszy ci, kiedy jesteś na granicy wylania z siebie potoku łez, ale teraz nie mogła zgromadzić wystarczającej ilości samowoli. Załkała cicho i schowała twarz w dłonie. Nie chciała, żeby on ją oglądał. Nie chciała, żeby widział, jak okazuje słabość.
                Ethan westchnął, wyciągnął z kieszeni spodni haftowaną chusteczkę i wytarł córce nos, a potem ją przytulił, tak samo jak zrobił kilka godzin wcześniej, na przywitanie.
Nie było ─ szepnął jej do ucha. ─ Nie żałuję mojego związku z Mary. Gdyby nie on, nigdy nie miałbym ciebie.
─ Przecież masz mnie w dupie! ─ wybuchła, wyrywając się z jego uścisku. ─ Gówno dla ciebie nie znaczę! Nie obchodzę cię do tego stopnia, że nawet nie chce ci się do mnie napisać, kiedy nie ma mnie w domu przez cholerny CAŁY ROK!
                Ojciec przyglądał jej się uważnie, kiedy krzyczała dalej, klnąc i obrzucając go wyzwiskami. Wcale nie skarcił jej za tak grubiańskie wyrażanie się, ale pewnie nie zrobiłby tego nawet, gdyby zaatakowała go nie będąc ani na skraju psychicznym, ani cała zapłakana. Odczekał tylko spokojnie, aż zakończy swój słowotok, a kiedy to nastąpiło, zapytał z pokerowym wyrazem twarzy:
─ Naprawdę tak myślisz?
                Lily prychnęła wściekle.  
─ Nie rozumiesz po angielsku?
─ Nie wiedziałem, że tak to wygląda według ciebie, A.B. ─ odparł cicho. ─ Nie przypuszczałem, że w ogóle wątpisz w to, że cię kocham.
─ Nikt mnie nie kocha ─ przerwała mu, piorunując go wściekłym spojrzeniem. ─ Może… Caroline mnie trochę lubiła, ale ty… ty musiałeś ją zostawić dla tej wywłoki Rachel i… ─ głos znowu jej się złamał.
                Ethan jęknął głośno, ale po raz pierwszy od zawsze nie skarcił jej za obrażenie swojej nowej żony. 
─ Oczywiście, że cię kocham, skarbie ─ szepnął i pocałował ją w policzek. ─ Jestem facetem i może… no, raczej rzadko wyznaję ci swoje uczucia, i jestem dość zapracowany, Lils, bo z muzyki nie jest wcale tak łatwo wyżyć, ale… nigdy nie chciałem cię zaniedbać. Ty i Tunia jesteście dla mnie najważniejsze. WY - nie Rachel. Posłuchaj – ściszył głos do szeptu. – Jak tylko nadarzy się okazja… może nawet jeszcze w te święta, jak dostanę wolne, pojedziemy i przedstawię ci twojego brata, dobrze?
                Lily kiwnęła głową i otarła łzy z policzków.
─ Przepraszam cię ─ wydukała. ─ Byłam okropna. Dla ciebie i… nawet dla… Rachel – westchnęła i odgarnęła sobie włosy z czoła. Ją też przeproszę… kiedyś.
                Jej ojciec zaśmiał się perliście i pocałował ją w czoło.
– Trzymam za słowo.
                Przez kilka następnych minut trwała miła cisza, którą ojciec i córka zagospodarowali podobnie- zajęli się spoglądaniem w okno i zastanawianiem się nad przeszłością, nad swoim zachowaniem i w końcu nad tym drugim. Takie skłonności do refleksji posiadali oboje, zapewne to sprawka genów, a więc jednak w jakimś odsetku byli do siebie podobni i żadne z nich nie powinno wątpić we wzajemne pokrewieństwo.
                Milczenie przerwał Ethan, który niespokojnie spojrzał na zegarek i oznajmił:
─ Uwielbiam siedzieć w twoim pokoju, Lils, ale mamy gości więc to tak trochę… głupio. Obawiam się, że Rachel zaraz wyciągnie swoje słynne ciasteczka, a chyba nikt z nas tego nie chce, no nie? ─ Lily parsknęła śmiechem przez łzy i wróciła pamięcią do „wspaniałych” wyrobów swojej macochy, na których stracić można całe swoje uzębienie. – Schodzimy na dół? – spytał.
─ Ty idź ─ odparła. ─ Ja zaraz dojdę.
─ Okej ─ zgodził się Ethan i wstał z podłogi, uśmiechając się do córki po raz ostatni. ─ Przecież musisz przygotować się na wielką rozmowę z Jamesem… ─ poruszał sugestywnie brwiami. Lily otworzyła usta z udawanym oburzeniem.
─ Czyżbyś podsłuchiwał? ─ spytała, jakby było tam coś do podsłuchiwania i nikt w ogóle nie krzyczał na cały dom.
─ Ja? Skądże ─ prychnął teatralnie, jakby same podejrzenie raniło niewyobrażalnie jego dumę. ─ To widać po tobie.
─ Yhym, jasne ─ pokręciła głową i uśmiechnęła się, słysząc znajomy śmiech Ethana Evansa, który był taki podobny do jej własnego, dochodzący ze schodów.
                I pewnie dobry nastrój udzielałby jej się jeszcze dłużej, gdyby nie…
─ Jakie to wzruszające ─ powiedziała ironicznie dziewczyna, a Lily od razu rozpoznała ten przesiąknięty jadem głos.
                Jo Prewett zdjęła z siebie Zaklęcie Kameleona i zeskoczyła w całej okazałości z łóżka zielonookiej. Lily przysięgła sobie w duchu, że dzisiaj będzie spać na kanapie.
                Z początku miała ochotę krzyknąć coś w stylu: „RATUNKU! PSYCHOLKA JEST W MOIM POKOJU!” albo zbiec na dół z dzikim wrzaskiem i zdecydować się na niebywale dojrzałą metodę pozbycia się wroga – zamknąć go od zewnątrz w pokoju i nie wypuszczać, aż umrze tam na suchoty; ale poszła po rozum do głowy i zamiast tych wszystkich rzeczy, spytała jedynie chłodno:
─ Jak długo tu stałaś?
                Brunetka uśmiechnęła się tryumfalnie, jakby chciała powiedzieć: „wystarczająco długo, żeby doprowadzić cię do szału”, ale machnęła tylko ręką i odparła wymijająco:
─ Nie lepiej spytać, jak długo tu byłam? Bo zdążyłam się rozejrzeć po całym domu i… zgadnij, co? Medalionu nigdzie nie ma!
                Ruda westchnęła w duchu i zaczęła żmudne tłumaczenie się:
─ Czaję, Jo, że jesteś nieźle wkurzona i że pewnie zaraz zaczniesz dewastować mój pokój czy coś, ale ja naprawdę nie umiem kłamać i… dobra, powiem ci, gdzie jest ten medalion, okej? Tylko nic nie rób. Pójdę na wszystkie te wasze… twoje i Isaaca, procedury, ale… Gorzej ci, Prewett?
                Dosłownie, Jo zachowywała się, jakby poczuła się gorzej, bardzo, bardzo gorzej. Nie krzyczała. Nie wywracała oczami. Nie strzelała palcami, przygotowując się na mordobicie. Nie miała nawet grymasu na twarzy.
                Ona się śmiała.
                Śmiała się najbardziej szyderczym i szalonym śmiechem, jaki Lily kiedykolwiek słyszała, a słyszała naprawdę wiele szyderczych i szalonych śmiechów.
                Evansówna nie miała pojęcia czy dołączyć się do śmiechu, czy rozpłakać się jak małe dziecko.
─ Jesteś żałosna, Evans… ─ wydukała między salwami chichotów Jo. ─ Boże… Ty myślałaś, że… ty myślałaś, że ja to kupiłam? ─ zakpiła. ─ To… hahahahaha….
─ Ale… ─ bąknęła Lily głupio. Poczuła, że cała się czerwieni. Nie miała pojęcia, o co chodzi Jo, ale jeśli miała być szczera, to chyba wolałaby jednak jej napad furii niż to, co spokojnie można nazwać mianem błazenady.
─ Nie zależy mi już na medalionie ─ prychnęła Prewett. ─ A miej go sobie. Niedługo upomną się o niego inne osoby i obiecuję ci, że nie będą już tak wyrozumiałe jak ja. I dostanę go pewnie i tak, i siak, a przez pewne wydarzenia czas mnie już nie goni, więc…
─ To… ─ Lily zmarszczyła brwi, a kiedy zalała ją fala znajomego poirytowania, przypomniała sobie o języku w gębie. ─ Z całym szacunkiem albo lepiej- BEZ żadnego szacunku, PO CO przyjeżdżałaś do Cokeworth? Zabrałaś się autobusem z kółkiem gospodyń wiejskich, czy co?
─ Jak to:  po co? ─ spytała, wciąż rozbawionym głosem, Jo. ─ Nie mogłam przegapić tego… cholera, jak to było… aha! „Nikt mnie nie kocha” ─ przedrzeźniła ją. ─ „Masz mnie w dupie!” i „bla, bla, bla, James!” Taa… na tym też byłam ─ przyznała. ─ Patrzałam na zegarek, ile zajmie ci wyciągnięcie ojca na rozmowę  i było to chyba… hm… czekaj, pięć godzin i… trzydzieści pięć minut? Jakoś tak. Zapomniałam ─ westchnęła, rozczarowana. ─ Ale możesz otworzyć już swój prezencik. Jest po północy. Mamy wigilię. Bo… potem już jedziesz, prawda? Nie zniesiesz tylu godzin ze swoją macochą…
─ Och, zamknij się ─ warknęła. ─ Idź rżeć gdzie indziej.
                Jo spojrzała na nią z ciekawością, miała chyba coś dodać, ale zrezygnowała i zacmokała tylko pobłażliwie.
 ─ Wiem, że nie powinnam tego mówić, bo jeszcze nie wszystko gotowe, a ja zawsze realizuje swoje pogróżki, ale… niedługo naprawdę coś sprawdzi twoją odwagę, Evans. Póki co daję ci czas. Możesz poprzejmować się głupotami, czy pomiziać z Potterem, a potem… nieważne ─ mruknęła, wyciągając różdżkę zza pazuchy. ─ Pa, siostrzyczko. Może i nie jesteśmy spokrewnione, i nie myśl, że będę płakać z tego powodu, ale brakuje mi jakiegokolwiek innego określenia. Pamiętaj, to dopiero początek naszej wielkiej relacji. Rzadko jestem tak ulgowa, jak dzisiaj. Doceń to.
                A potem… machnęła różdżką i po Jo zostało tylko wspomnienie. Niewyraźny cień pośród radosnych elementów z wczorajszego już dnia.   
                ─ Szczerze, Evans? Byłem przekonany, że dasz dyla z własnego domu, jak tylko dojdzie  do naszej rozmowy- rzucił z olbrzymią pewnością siebie jakiś głos, który Lily znała aż za dobrze.
                James Potter nonszalancko opierał się o framugę drzwi. Zamiast szelmowskiego uśmieszku na jego twarzy zawitał wyraz pozornego znudzenia. Rudowłosa w normalnych okolicznościach wywróciłaby na to oczami i kazała przestać mu zachowywać się jak trzylatek, ale za dużo pozytywnych rzeczy się dzisiaj wydarzyło. Wcześniej jej umysł był spowolniony i nie mogła poukładać sobie wszystkich tych informacji w głowie, ale teraz nareszcie jej się to udało i mimo tej dziwnej rozmowy z Jo Prewett, ogarnęło ją nie zaniepokojenie, tylko czyste, dziecięce szczęście.
                Pogodziła się z ojcem. Nigdy naprawdę na nią nie kichał! Zawsze mu na niej zależało! Wszystkie te kłótnie, dramaty i groźby były tylko specyficznym okazywaniem uczuć, co Evansówna powinna naturalnie zrozumieć, tak jak i jej ojciec rozumiał to od początku. I niby nie powinna być zaskoczona, ani nie czuć tej chorej radości, która przeszywała jej klatkę piersiową i sprawiała, że Lily miała ochotę krzyknąć i zacząć śmiać się jak pacjentka zakładu psychiatrycznego, nawet jeśli wścibska sąsiadka, pani Roberts zadzwoni na pogotowie. A co w tym wszystkim najśmieszniejsze- chciała z kimś podzielić się swoją ujmującą radością, nawet jeśli miałby to być James Potter.
-Uciec?- uśmiechnęła się lekko. –Tak Gryfonce nie przystoi, co nie?
                James uniósł brew i zrobił zaintrygowaną minę, najwyraźniej dziwiąc się, że jego towarzyszka ma aż tak dobry humor. Właściwie nigdy nie widział Lily w dobrym nastroju, jak sięgał pamięcią. Nie chodzi naturalnie o to, że była ona jakąś ponuraczką czy melancholikiem, ale jej poprzednie uśmiechy i napady wesołości przy tym teraźniejszym wydawały się jakieś niepełne i nieszczere. Śmieszne- przecież wiedział, że to nieprawda. Jednak to wrażenie opanowało go całego. Pomyślał, że rudowłosa nigdy nie wyglądała ładniej, niż teraz, gdy tak promienieje.
                Chłopak podszedł do powoli i przysiadł się obok niej na coś, co było (o ironio!) jej łóżkiem. Naprzeciw zobaczył regał zapełniony ramkami ze zdjęciami- jedno przedstawiało ją i czternastoletnią Dorcas, następne wszystkie współlokatorki dormitorium numer cztery (naturalnie bez Hestii, ale za to z Mary McDonald), na następnym Lily jako dziecko i Petunię, obie siedziały na huśtawkach i szczerzyły do siebie zęby, kolejne przedstawiało o wiele młodszego Ethana Evansa w smokingu i jakąś piękną, rudą kobietę wtuloną w jego pierś i ubraną w dostojną, białą suknię z doczepianym welonem.
Następne zdjęcia nie różniły się bardzo od pozostałych- na niektórych wypatrzył starszą Mary Evans, Caroline, tę poprzednią żonę ojca Lily, Chase’ a Reagana jako dziecko (za bardzo się nie zmienił od tego czasu), gdzieś przewinął się Severus Snape, a nawet on, James, znalazł się na jednym z jej zdjęć. Z tego co pamiętał zrobiono je podczas ogniska po trzeciej klasie, na której spotkali się wszyscy (całe to spotkanie powstało z inicjatywy Lilian, ale trzeba przyznać, że wtedy jeszcze całkiem dobrze się im wszystkim żyło, bo James nie prosił jej o randkę) i było to jedyne ruszające się zdjęcie w całej kolekcji. Dorcas, która wtedy jeszcze nie lubiła się z dziewczynami wepchnęła się gdzieś pomiędzy jego i Syriusza, który dorabiał jej rogi, Remus i Peter kucali przed nimi i trzepali się po łapach, Marlena McKinnon przysiadła sobie na ramieniu Lunatyka i złożyła usta w dzióbek, on wziął Mary McDonald na barana, a Lily stała obok Syriusza, uśmiechała się słodko i wyraźnie walczyła z Blackiem o miejsce przed aparatem. Zdjęcie robiła zapewne Emmelina, która wówczas nienawidziła występować na fotografiach, gdyż miała tę swoją nadwagę i twierdziła, że jest niefotogeniczna.
                Pokoik Lily urządzony był w dość skromnym stylu, ale urokliwym, tak samo jak cała reszta domu Evansów. Ściany pomalowane zostały na śliczny, niebieski kolor, przypominający trochę barwę kamieni lapis-lazuli i koloru oczu Rachel, a zagospodarowano najmniejszy cal ściany (i podłogi). Warto też dodać, że wszędzie walały się jakieś bibeloty, a James wiedział teraz dlaczego dormitorium numer cztery wyglądało jak istne pobojowisko, mimo że mieszkają w nim dziewczyny- Lily Evans była tak paskudną bałaganiarą. Trzeba przyznać, tego nie spodziewał się nikt.
Większość tego walającego się wszędzie złomu stanowiły książki, głównie jakieś mugolskie powieści, gdzieniegdzie też kawałki pergaminu, papeterii do listów i- co chyba było jakimś atrybutem tej rodziny- papier do nut, z częściowo zapełnionymi rządkami pięciolinii. Każdy mebel miał jednolity, kremowy kolor, który idealnie kontrastował ze ścianami. W rogu pokoju, z początku niezauważony, tkwił stary gramofon, a wokół niego porozrzucane były płyty winylowe z jakimiś rockowymi zespołami. Chłopak dopiero dostrzegł, że od początku leciała tu dość głośno jakaś piosenka.
─ Wiesz… Powinnam czuć się obrażona, że tak po chamsku mnie olewasz, Potter – usłyszał wysoki i wyniosły głos dziewczyny, w którym można było doszukać się subtelnej nutki rozbawienia. Dopiero wtedy James oprzytomniał:
─ O, Merlinie… ─ wyjąkał. – Kompletnie mnie… Odleciałem, nie?
─ Taa… ─ kiwnęła głową rudowłosa. – Odleciałeś. Ale… Może sprowadzi cię na ziemię to, że…
─ Rozmawiałaś z ojcem? ─ spytał ją nagle James. Oczy Lily przybrały kształt ogromnych monet.
─ C…co?
─ Rozmawiałaś ze swoim ojcem? ─ powtórzył chłopak z zakłopotaną miną. – Musiałaś to zrobić… Inaczej nie byłabyś taka radosna.
─ Jestem radosna? ─ szczerze zdziwiła się Lily. –Wydaje ci się.
─ Nie – uparł się. –Na pewno nie.
                Przez cały swój pobyt u Evansów dziwił się na to, co Lily powiedziała taksówce – że jest dla swojego ojca „zbędnym balastem”. Na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo córka jest dla Ethana ważna i mimo że z pewnością lubił ją denerwować, nie oznaczało od razu, że nie jest nią zainteresowany.
                Zauważył też, jak bardzo dziewczyna czuje się opuszczona, czuje się, bo z pewnością jej przekonanie mijało się z prawdą. Sądziła, że zarówno macocha, jak i ojciec oraz siostra mają jej dosyć, i z dobijało ją uczucie własnej odrębności, gdyż ją jako jedyną los obdarzył magicznymi zdolnościami. To pewnie właśnie w dużej mierze przez to wyrobił się u niej tak trudny i twardy charakter, przykryty bardzo dużą warstwą zgorzkniałości.
                A nic nie zbliża bardziej niż rodzinne wspominanie.
                I tylko to wspominanie mogło spowodować jej nagły napad wesołości.  
─ A może jestem radosna, bo mogę z tobą pogadać? – droczyła się z nim. James uśmiechnął się delikatnie:
─ Taa… Pomarzyć zawsze warto – westchnął. – No, ale teraz fakty- czego się dowiedziałaś?
                Lily przyglądała się mu przez kilka następnych chwil, dopiero potem zaczęła opowiadać jak najęta- o tym, że Jo Prewett nie jest jej siostrą, że tata obiecał, że pozna ją ze swoim bratem, bo oddał go jakieś znajomej rodzinie, że po raz pierwszy rozmawiała z nim naprawdę szczerze i że on jej nie nienawidzi, tylko kocha, i że teraz wszystko się ułoży. Rogacz nie miał pojęcia dlaczego dziewczyna tak się przy nim otworzyła, ale serce waliło mu w piersi i patrząc na tę cudowną dziewczynę, która w tej chwili chichotała jak mała dziewczyna, miał ochotę natychmiast się do tego chichotu dołączyć, chociaż na pewno nie brzmiałoby to tak urokliwie.
─ I… ─ Ruda wzięła głęboki oddech. –Chciałabym ci coś powiedzieć, wiesz? Ale już na… inny temat.
─ To ważne? ─ spytał.
─ Raczej tak. Bo… Chciałam ci podziękować.
                Potter znieruchomiał.
─ Myślałem, że nigdy nie dziękujesz.
                Lily spojrzała na niego spode łba, jakby chciała powiedzieć „przestań to utrudniać, zdurniały idioto!”, ale on nie spuścił wzroku. Spodziewał się, że zaraz uśmiech z jej twarzy zrzednie, ale nic podobnego nie nastąpiło. Dziewczyna jedynie wyszczerzyła zęby i zripostowała:
─ Po raz drugi łamie swój honorowy kodeks przez ciebie- najpierw przepraszam, teraz dziękuję… Nie daj Bóg za chwilę cię o coś poproszę ─ zakpiła. – Chyba przynosisz mi zgubę, czy coś.
                James również lekko się zaśmiał.
─ To za co chciałaś podziękować?
                Lily oblizała nerwowo wargi i wbiła wzrok w ziemię, a Potter mógł przysiąc, że policzki lekko jej poróżowiały. Widok tej dziewczyny zbitej z pantałyku z pewnością nie należał do najczęstszych.
─ Uratowałeś mi życie ─ powiedziała wreszcie, lekko pretensjonalnym tonem. – Wtedy, na początku semestru. Ja… Nie podziękowałam ci. A wczorajsza noc tylko mi o tym wszystkim przypomniała… W sensie, za długo trzymałam do wszystkich żal… Tata mi to uświadomił, a potem zobaczyłam tę popapraną reakcję Jo Prewett i… zrobiłam się strasznie zgorzkniała ostatni czasy… I obrażałam o wszystko bez powodu, ale wiesz… dojrzewanie ryje psychikę, nie? ─ James parsknął. ─ Obiecałam tacie, że przeproszę się jutro z Rachel, bo takie rzeczy lepiej robić w Boże Narodzenie, ale wtedy uświadomiłam sobie, że jesteś jeszcze ty… ─ przerwała i wzięła głęboki oddech, jakby przygotowywała się do powiedzenia czegoś ważnego. – Źle się z tym czuję. Z tymi przeprosinami, bo zachowałeś się bardzo ładnie i wczoraj też… powstrzymując mnie przed nielegalną teleportacją… no wiesz, czasem mi bardzo odwala, a ja… Jezus, nienawidzę, jak ktoś mi pomaga ─ wyrzuciła to z siebie i zrobiła zadowoloną minę, jakby wszystko było po tym bełkocie jasne.
─ Aha. Dzięki za wyjaśnienie.
─ Nie lubię mieć u nikogo długu wdzięczności, bo… po prostu nie lubię. Wolę mieć czystą kartę, wiesz? W obecnych czasach zawsze lepiej ufać tylko sobie.
─ To dość dołujące podejście ─ stwierdził. ─ Po to ma się przyjaciół, żeby ci pomagali.
─ No tak ─  zgodziła się. ─ Ale… ty nie jesteś moim przyjacielem. 
Dla ciebie. Dla mnie to zupełnie co innego.
                Lily zaniemówiła przez chwilę. Szczerze mówiąc James był jedyną osobą, która potrafiła tak grać słowami, że nie miało się pojęcia, jak to skomentować. Zauważyła już wcześniej, że szczególnie ochoczo na niej testuje swoje gierki słowne, ale wyjątkowo wstrzymała się od głupiego: „CO?!”.
─ Chodzi mi o to, że czasami… zachowujesz się jak jakiś… mój rycerz na czarnym koniu ─ wydukała zażenowana. James spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.
─ Nie powinno być na białym?
─ Niee… ─ wzdrygnęła się i przyjrzała się mu z dziwnym zainteresowaniem. ─ Nie pasowałbyś do białego konia. Z tobą zawsze musi być coś na opak. A zresztą, biały koń byłby okropnie oklepany, nie sądzisz? Wydaję mi się, że jak ja nie lubisz stawiać wszystkiego pod wzór.
                James nie mógł już dłużej wytrzymać i uśmiechnął się huncwocko.
─ Rycerz na czarnym koniu jest okej ─ zawyrokował. ─ Możesz mnie tak nazywać, kochana.
                Lily musiała być naprawdę w znakomitym humorze, bo puściła nawet jego „kochana” mimo uszu, a potem zabłysnęła łobuzerskim uśmiechem, którego nie powstydziłby się ani on, ani nawet Syriusz.
─ Nie wiedziałem, że masz tak dobry gust muzyczny ─ zmienił nagle temat, a Lily zmarszczyła brwi. ─ Twój gramofon jako jedyny nie nadaje kolęd, ale dobrego rocka.
                Dziewczyna aż otworzyła usta z wrażenia.
─ To…
─ Queen – uściślił. ─ The Prophet’ s Song, czyż nie?
─ Słuchasz… Queen? ─ wydukała z niedowierzaniem. James zaśmiał się pobłażliwie.
─ Głównie tak. Uwielbiam mugolskie kawałki, zwłaszcza Queen, Aerosmith, Slade, Genesis…
─ Beatlesi, AC/DC, Pink Floyd, Fleetwood Mac…
─ The Who, Led Zeppelin, Deep Purple…
─ O matko ─ mruknęła, szczerze zaskoczona. ─ To… nawet nie przypuszczałam, że słuchasz mugolskiej… że słuchasz rockowej muzyki… To… nie za ambitne? – zakpiła, ale nie zabrzmiało to wcale prześmiewczo.
 ─ Może i jestem za ambitny ─ zgodził się.
                Lily uśmiechnęła się delikatnie i przyjrzała uważnie, jakby zobaczyła go po raz pierwszy w życiu.
─ Pokażę ci coś ─ zdecydowała nagle. ─ Ale musisz zamknąć oczy.
                Chłopak parsknął.
─ Odpada. Dokładnie wiem, co chodzi ci po głowie, Evans. Zgrywasz miłą, nie wzbudzasz żadnych podejrzeń, każesz zamknąć mi oczy… walniesz mnie zaraz jakąś cholerną klątwą, co nie? ─ zażartował. ─ Niestety, nie tak łatwo załatwić huncwota, moja droga. Chociaż podeszłaś do tego odpowiednio.
                Zaśmiała się krótko, ale szybko spoważniała i ponowiła prośbę:
─ Zamykaj oczy. Daję ci to i tak totalnie nielegalnie, więc przynajmniej nie patrz na moje opadanie na dno – zrewanżowała się. – No dawaj, Potter. Do odważnych świat należy.
                James westchnął ciężko, ale dał się podejść i zamknął oczy. Usłyszał sprężyny łóżka, a więc dziewczyna pewnie wstała, a potem tupot bosych nóg po podłodze. Przez chwilę nie słyszał żadnego odgłosu, gdy nagle poczuł, że Lily wraca na łóżko.
─ Okej, możesz otworzyć ─ oznajmiła i prawie natychmiast poczuł, że kładzie mu coś na kolana.
                Była to paczuszka – ta sama, którą Ethan Evans wręczył kilka godzin temu swojej córce jako prezent bożonarodzeniowy. Zmarszczył brwi.
─ No otwórz to ─ zachęciła go Lily, a on pokręcił głową, zdarł papier (poszło mu to dość łatwo, bo zauważył, że ktoś wcześniej go otwierał) i zobaczył duży, czarny karton z napisem: A Day At The Races.
                Spojrzał na dziewczynę z niedowierzaniem:
─ Tak jakby wylosowałam cię w tych głupich paczkach w szkole i… no, mam nadzieję, że jeszcze go nie masz.
─ To najnowszy album ─ zauważył trzeźwo. – Wydany 10 grudnia. Jak mogę go mieć?
                Wzruszyła ramionami.
─ Ja już swój mam, bo Dorcas kupiła mi to samo ─ parsknęła. ─ Mam nadzieję, że masz w domu gramofon. Jak nie, to mogę ci jakiś dać. I tak mamy ich w tym domu za dużo.
                Uśmiechnął się łobuzersko.
─ Miałaś jej nie otwierać przed Bożym Narodzeniem ─ skarcił ją. ─ Zepsułaś sobie niespodziankę.
─ To… to było silniejsze ode mnie ─ przyznała. ─ Czyli nie masz jej jeszcze?
                James pokręcił głową.
─ To ją zabieraj. I mam cię już z głowy.
─ Taa… No, nie wiem, czy masz mnie tak z głowy.          
A wtedy właśnie, kiedy to powiedział… wtedy coś się wydarzyło. Jakiś impuls. Iskra. James spojrzał w oczy Lily, a Lily spojrzała w oczy Jamesa, a oni obaj wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami i… tak jakoś wyszło. Po tym zdarzeniu żadne z nich nie mogło sobie przypomnieć początku, a raczej jego przyczyny, bo to wszystko działo się w sposób niezwykle naturalny i zwyczajny, jakby to była jedyna właściwa rzecz do zrobienia.
Zapewne nie myśleli wtedy zbyt trzeźwo, bo ich mózgi były tak jakby wyprute ze wszelkich zbędnych myśli i emocji, zapewne oczyszczając się przed wielkim tsunami, które miało je wkrótce zalać.
Być może było to swoiste podziękowanie za uratowanie życia przez Lily, może potwierdzenie słów Ethana o „prawdziwej miłości”, może nawet magia klimatycznej piosenki rockowej, którą obydwoje uwielbiali, a może i zwyczajny bożonarodzeniowy cud, ale, cokolwiek to było, zadziałało aż nazbyt skutecznie.
Najpierw złapali kontakt wzorkowy, niezwykle głęboki, wręcz hipnotyzujący kontakt wzrokowy. Szmaragdowozielone migdałki i ukryte za okularami ciepłe, orzechowe oczy przyciągały się jak dwa magnesy o przeciwnych biegunach. Lily zapamiętała tylko, jak powoli i powoli zbliża się do dwóch brązowych kawałków nieba, a James tonął w zielonej otchłani i wcale nie próbował się ratować.
Potem stuknęli się czołami, następnie nosami i kontakt wzrokowy się urwał. Potter skupił uwagę na kuszących, malinowych wargach, które nawiedzały go w najpiękniejszych snach, a dla Evans usta Jamesa były jeszcze skuteczniejszym przyciągaczem niż oczy. Oględziny nie trwały długo, bowiem oboje prawie w tym samym czasie przymknęli powieki i pokonali te ostatnie milimetry.
Wargi dziewczyny smakowały jak czekolada i guma balonowa Drooblesa, w dotyku były niesamowicie miękkie i delikatne, ale zarazem ogniste i uwodzicielskie, zupełnie jak ich właścicielka. Lily z początku całowała Jamesa bardzo nieśmiało, pocałunek należał raczej do tych krótkich i słodkich, ale po chwili taki sam impuls, jak na początku, przez nią przeszedł i z taką samą naturalnością, aczkolwiek wciąż nieświadomością, uchyliła wargi, wyciągnęła z nich język i delikatnie polizała jego usta. Potter nie czekał na zachętę, tylko ochoczo rozwarł wargi, wyciągnął swój własny język i przychylił głowę.
Rude loki dziewczyny wypadły jej zza ucha i przyjemnie łaskotały policzki Jamesa. Okularnik wyciągnął ręce zza siebie i objął nimi kurczowo dziewczynę, po czym przyciągnął ją i pomógł wgramolić się na swoje kolana. Lily wplotła mu ręce we włosy, robiąc na głowie jeszcze większy bałagan niż dotychczas.
James całował w swoim życiu multum dziewczyn, ale nigdy nie czuł się tak jak teraz – serce waliło mu młotem, przez głowę przechodziło mnóstwo szalonych myśli, ale były jakieś oddalone i głuche, jakby w jej głowie panował wielki popłoch. Usta mu płonęły, po całym ciele przechodziły przyjemne dreszcze i mimo że zapewne przyduszał już Lily do siebie, wciąż chciał być bliżej i bliżej. Och, tak, to było z pewnością coś na co warto czekać tyle lat…
Świat wirował wokół rudowłosej, a po jej ciele rozchodziło się przyjemne ciepło. Przez długi czas nie była świadoma tego, co robi, dopiero po dobrych kilku minutach coś zaczęło do niej powoli docierać. Z początku nie chciała przerywać pocałunku, za dobrze się czuła, ale w końcu oprzytomniała i jak oparzona odskoczyła od Jamesa.
Chłopak spojrzał na nią zaskoczony, a po chwili uśmiechnął się bezczelnie i nachylił się nad nią jeszcze raz, gdy kątem oka zauważył coś niepokojącego i sam odskoczył jak najdalej od dziewczyny.
Ethan Evans opierał się o framugę drzwi i przyglądał całej tej scenerii wyraźnie rozbawiony. Lily poczerwieniała tak bardzo, że kolor jej policzków niemal zlewał się z barwą włosów i schowała twarz w dłoniach.
Oczami wyobraźni już widziała te wszystkie razy w przyszłości, kiedy ojciec będzie jej to wypominać. 
─ Och, ależ nie przeszkadzajcie sobie – zachichotał. Czerpał o wiele za dużo rozrywki z przyłapania swojej córki na całowaniu się z chłopakiem. Na łóżku. ─ Jestem już stary, w telewizji puszczają takie nierzeczywiste opery mydlane… wiecie, tęsknię już za prawdziwym love story, a przecież jesteście istnym przedstawicielem gatunku…
─ Okej, okej! ─ obruszyła się Lily i podniosła ręce do góry, przyznając się do winy. ─ Schodzę już na dół.
                Jak powiedziała, tak zrobiła – zeskoczyła pośpiesznie z łóżka i na bosaka pobiegła do drzwi, minęła ojca i posłała ku niemu spojrzenie pełne dezaprobaty, a potem dało się słychać tylko stukot jej nóg na schodach.
─ A co? Przenosicie się na kanapę?! ─ krzyknął do niej Ethan Evans.
                James niedosłyszał jej riposty, chociaż niewątpliwie jakaś była. Z wahaniem wstał i uśmiechnął się z zażenowaniem do ojca dziewczyny, którą przed chwilą obcałowywał. Ethan zaśmiał się pod nosem, pokręcił głową i szepnął do niego:
─ Powodzenia.

                Ktoś pukał do drzwi, ale nikomu, mimo że w salonie siedzieli Lily, James, Dorcas, Syriusz, Petunia, jej chłopak, Charlotte, Ryan, Ethan i Rachel, nie chciało się wstać i otworzyć.
─ To pewnie Caroline ─ stwierdził Ethan głosem pozbawionym emocji. ─ Zapewne cię szukała, Ryanie, ale przez to, że nikt cię jeszcze u siebie w domu nie widział, postanowiła przyjść… no tu.
                Ryan westchnął głośno, jakby sam fakt, że gość przyszedł do niego, skazał go na otworzenie drzwi. Rachel wzięła dużego łyka coli, po czym zaproponowała:
─ Może zagramy w kamień, papier, nożyce? To pomoże nam zdecydować, kto powinien iść otworzyć drzwi.
                Lily popukała się w czoło.
─ Caroline nie będzie się chciało tyle na was czekać ─ jęknęła i wstała z kanapy. ─ Ja otworzę.
                Nikt specjalnie nie protestował, więc dziewczyna ruszyła żwawo w kierunku holu, gdzie przekręciła klucz i otworzyła drzwi. Podmuch chłodnego powietrza wleciał do domu, a dziewczyna, która miała na sobie koszulkę z krótkim rękawkiem, aż się wzdrygnęła.
─ Carol…
                Ale to nie była Caroline. Nie miała wcale miłego wyrazu twarzy, ani długich, kruczoczarnych włosów i przede wszystkim- nie była kobietą.
                To był chłopak w skórzanej kurtce, spodniach moro i o bardzo chłopięcych rysach twarzy. Jego złote włosy opadały mu na czoło, a wesołe ogniki tańczyły w jego zielonych oczach.   
─ Chase? ─ zdziwiła się Lily.
─ Cześć, A.B ─ przywitał się Chase i pocałował ją w policzek. ─ Wesołych świąt. Ooo… cześć, wujku.
                Lily obróciła się na pięcie i odnotowała obecność swojego ojca. Nie uśmiechał się on od ucha do ucha, jak robił zawsze, kiedy przyjeżdżał jego chrześniak, a wyraz twarzy miał raczej nieobecny. Spojrzał na swoją córkę i przełknął głośno ślinę.  
─ Lily, obiecałem, że ci wszystko wytłumaczę wkrótce, kiedy nadarzy się odpowiednia okazja, ale no… chyba teraz się nadarzyła.
Co? ─ zdziwiła się Evansówna. Chase zrobił minę podobną do niej.
─ Lily… to Chase jest synem moim i Lukrecji.

***


Ofc wielki, zimowy finał, kij z tym, że Jily nie całowali się na zewnątrz ;P.

Rozdział dedykowany wszystkim, którzy kiedykolwiek tu weszli,
a zwłaszcza Elfik Book, której nie dałam jeszcze dedyka, a zasłużyła :*

+The First Noel, Merry Christmas Everyone, Thank God It’s Christmas, Drivin’ Home For Chrismtas, Last Christmas, Rockin’ Around The Christmas Tree, Blue Christmas, Merry Christmas Everybody

38 komentarzy:

  1. Lily i James ♥ Aww... ;3 Haha, uwielbiam ojca Lily :) Co do rozdziału to świetny, lubię takie długaśne, a szczególnie jeśli są takie świetne jak ten ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny rozdział! Coś podejrzewałam, że bratem Lily jest Chase. :)
    Czekam na następny rozdział! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Jeszcze nie przeczytalm rozdzialu i nie moge sie za niego zabrac, ale musze sie zapytac, czy wiesz, ze Dorcas Medowers usunela bloga! Jestem zrozpaczona i musze sie z kims podzielic!
    Oliwka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. USUNĘŁA? :O O Boże, właśnie weszłam i faktycznie... To straszna strata, bo wciągnęłam sie jak nie wiem co w jej historię :C. mam nadzieję, że jeszcze wróci do blogsfery, bo dziewczyna miała prawdziwy talent...
      I pomyśleć, że raptem jakiś tydzień temu, ba jeszcze wcześniej, weszłam sprawdzić, czy czegoś nie dodała...
      Dołączam się do ogólnej rozpaczy :(.

      Usuń
    2. WRESZCIE się zebrałam, do napisania mojej opinii. Minął straszny okres popprawiania ocen i wyciągania ich na wszelkie możliwe sposoby.
      W zakładce ,,Bohaterowie'' dopatrzyłam się małej niezgodności. Pisze tam, że Lily urodziła się 30 stycznia 1960 roku, Chase 23 grudnia 1960. A kilka rozdziałów temu byłą retrospekcja, która mówiła, że obie kobiety mają termin na grudzień, Rozumiem Mary mogła urodzić w styczniu, ale wtedy rok urodzin Lily powinien być 1962. Mam naadzieje, że cokolwiek zrozumiałaś z moich bezsensownych tłumaczeń.
      I jeszcze jedna sprawa. Nie wiem, czy coś żle zrozumiałam albo się pogubiłam, ale w którymś tam rozdziale pisało, że Lily naszyjnik oddała Hagridowi, a teraz miała go Hestia? Chyba się pogubiłam, ale nie chce mi się tego wszystkiego czytać od początku... LEŃ! Bardzo mi przykro, ale muszę przerwać.
      Oliwka

      Usuń
    3. Uwielbiam te twoje nawiązania do Queen, itd. I jeszcze Syriusz z koszulką z AC/DC. Zakochałam się w Ethanie! Gdyby nie był taki kochliwy.... No, ale sorry. Moje serce jest zajęte przez James'a!!! Lub jego bardziej nowszą wersję Harry'ego, lub James'a Syriusza.... Ale który by mnie zechciał! Dobra koniec moich bezsensownych wywodów!
      Finał części, a gdzie cokolwiek o Marlenie i Remusie? I jeszcze ta Emmelina, chociaż nie żałuje, że jej nie było. Nie zakłócała mi spokojnego czytania i doprowadzała do skraju równowagi.
      POCAŁUNEK POCAŁUNEK POCAŁUNEK POCAŁUNEK!!! No nie wytrzymam. Czytałam go cała czerwona, ciągle się śmiejąc! I jeszcze Ethan..... Gdybym była na jej miejscu, chyba wyskocyłabym przez okno. Ta scena była idealna! Jestem ciekawa ich dalszych stosunków.
      Co Ci mogę jeszcze napisać....
      Dobrze, że przy rozdziałach dodajesz ,,Poprzednio'', bi całkowicie zapominam, co było w poprzednim.
      Ogólnie rozdział bardzo fajny i miło oraz szybko się go czytało. Nie odczułam tej ,,rekordowej długości''.
      Wybacz mi, że nie skomentowałam go wcześniej. Sama się niecierpliwie na twoją odpowiedz, a tu odwalam takie numery... Szkoda gadać, jaki ze mnie leń niesamowity. Ale szybkimi krokami nadchodzi koniec roku.
      Rozdział przewidywany jest na 16? Mam wycieczkę do Warsaw(*.*) i jak ja go przeczytam!? I jeszcze znając twoje bogate w treść (i długość) rozdziały... Będzie mały poślizg.
      Cieszę się, żę ty zostałaś. W ostatnim czasie większość moich ulubionych blogów usunięto. Mam pprzeogromną nadzieję,że ty tego nie zrobisz i nie zranisz mojego serca. Muszę gdzieś ppisać swoje bezsensownie komantarze (który raz użyłam już słowa ,,bezsensowny''?). Wybacz,żę komentarz z poślizgiem i dotyczny miliona innych rzeczy, oprócz twojego rozdziału.
      Pozdrawiam naserdeczniej na świecie, Oliwka.
      P.S.
      Życzę powodzenia z ocenami końcowymi.

      Usuń
    4. Co do twoich pytań, w pierwszej części komentarza, już wyjaśniam:
      Zarówno Chase, jak i Lily pochodzą z końcówki stycznia, a faktycznie wspomniałam rozdział wcześniej, że obydwie kobiety miały termin na luty 1960, ale to dlatego, że nie chciałam, żeby to było takie oczwiste, bo łatwo byłoby sie połapać, bo w zakłdace nie ma wielu osób urodzonych w styczniu.
      Nie, nie - medalion Lily ukryła w Pokoju Życzeń, a ta rozmowa o Hagridze była przeprowadzona między nią a Jo, kiedy ta druga próbowała ją sprowokować. Mam nadzieję, że trochę rozjaśniłam Ci w głowie :D.
      Nie dziwię się, że zapominasz już o tych wszystkich szczególikach, bo same odstępy pomiędzy rozdziałami są strasznie długie. Osobiście mam taką wizję, że od przyszłego rozdziału, czyli nastepnej części będę zamieszczać takie powtórzenia w opisach albo rozmowach postaci, żeby to jakoś sprostować i żeby nei zmuszać Was do czytania wszystkeigo od początku. Zobaczymy, co z tego będzie.
      Wiesz, James skradł moje serce od... od pierwszej wzmianki Rowling o nim, więc nie dziwie ci się, że zajmuje ci serce xD. Może i kocha Lily do szaleństwa, ale mimo wszystko przez wzgląd na to, że jest fikcyjny możemy go sobie go trochę przywłaszczyć. Ja się nim zajmę w dni nieparzyste, a ty parzyste, co ty na to ;>?
      Dziękuję ci za komentarz :*
      Tobie również życze powodzenia z ocenkami i miłej wycieczki :*
      Pozdrawiam,
      Abigail

      Usuń
  5. Abigail,
    Mam na ciebie Focha! Nie odpowiedziałaś na mój poprzedni komentarz ;( Dlaczego? No i jak na złość powinnam się uczuć do głupiego sprawdzianu z przyrody! Mam szczęście, że ludzie z mojej klasy tak jakby mnie lubią i mi powiedzieli mi co mniej więcej będzie!
    No więc dobrze. Rozdział jest F E N O M E N A L N Y! Ale to już wiesz! Jak mogłaś narzekać, że pocałunek Jily ci nie wyjdzie?! Nie no proszę cię! Wszystko fenomenalnie i zgrabnie napisałaś; tak, że zaraz nie chciało mi się rzygać! Ah biedna Lily :( Nie będdzie miała życia do jego końca! Mogę się założyć, o 2 gr (fortuna, wiem), że Ethan będzie jej to wypominał i wypominał! Rozmowa ojca Lily i jej ojca chrzestnego na temat rozmowy jaki Lily chce pogadać ze swoim ojcem ;D Uzależnienie, problemy w szkole... ciąża! Tym to rozwaliłaś system!
    Hm... Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, aż takiego obrotu sprawy! Byłam pewna, że Lukrecja będzie u Ethana bo będzie chciała do niego wrócić i tak wyjawi się prawda, że to Lily jest córką Lukrecji i Ethana i będzie Happy End! Tylko za nic nie mogłam wpaść na pomysł kto jest jej bratem/siostrą! Ale Chase'em to mi namieszałaś.
    Do tych czas tolerowałam Jo, ale po dzisiaj to co najmniej mdli mnie na jej widok! I ona ma czelność przychodzić do domu Ethana!
    Coś sądzę, że wiem skąd Ethan wiedział kto jest kim z chłopaków. Czyżby Dor coś powiedziała? ;D
    Caroline... Dlaczego Evans z nią zerwał!? W czym Rachel jest lepsza od niej?! Wytłumacz, bo nie rozumiem!
    Ale oszołomka z tej Angese! A tak wgl zdziwiłaś mnie tym, że Mary odeszła od swojej rodziny *o*
    Dlaczego!?
    Przecież musiała być szczęśliwa!
    Będąc matką Lily...
    Nie lubię jej!
    Wiesz, to będzie cud jak zdam test z przyry; istny cud!
    Wiatr
    P S Przed chwilą też skapnęłam się, że Dorcas usunęła bloga. Szkoda ;( Ładnie pisała!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, nie dziwie się, że masz na mnie focha... sama mam na siebie focha, że nie odpowiedziałam, ale jestem za leniwa, żeby to zrobić... ehh... wiesz, co? Żeby ci to wynagrodzić komentuje od razu Twój komentarz pd tym rozdziałem i zaraz pędzę skomentować jeszcze tamten. Będzie miesiąc poślizgu, ale co tam.
      Co do kwestii Lukrecja/Mary/Caroline/Rachel (ten ojciec Lily to miał kobiet, o matko xD)- zrobiłam z Ethana postać bardzo kochliwą, dlatego właśnie mógł mieć dwie córki jednocześnie i wziąć parę rozwodów, czym tak działał Lily na nerwy. A z Mary zrobiłam taki czarny charakter, że zostawia rodzinę i w ogóle, żeby Ethan nie wyszedł na takiego złego xD. Jest kochliwy, ale nieszkodliwy, co próbowałam udowodnić w tym rozdziale. Mam nadzieję, że mi wyszło. Mary faktycznie była szczęśliwa, ale postawiła na karierę aktorską i dlatego pojechała do Stanów.
      Będę trzymać kciuki za twój test. Na pewno dobrze Ci pójdzie :*
      Dziękuję jeszcze raz za komentarz :* Nawet nie wyobrażasz sobie, jak mi się morda cieszy, kiedy widzę, że Wiatruś skomentował *_*.
      dobra, idę skomentować ten Twój powszedni komentarz :D.
      3maj się :*

      Usuń
  6. OD RAZU MÓWIĘ - NIE MUSISZ CZYTAĆ TYCH GŁUPOT. SAMA ICH NIE PRZECZYTAŁAM, DLATEGO PISZĘ TO :P

    Człowieku! Człowieku! Jesteś genialna! To było świetne, genialne, wybitne, wspaniałe, fantastyczne, niesamowite, wow!!!!!!!! Jak ja długo czekałam na ten rozdział a on przeszedł wszelkie moje wyobrażenia, co nie jest łatwe. W ogóle te całe święta, te tłumaczenia, zachowanie w rodzinie, Chase i James, to jest nie do opisania, a Ty to zrobiłaś. W ogóle cała ta rodzinka, która jest nieźle pokręcona, jest świetna. Historia Ethana bije na łeb. W ogóle ja cały czas święcie byłam przekonana, że Jo jest siostrą Lily, a tu taki szok. Czy mi się wydaje, czy jednak Jo było trochę przykro? Jak dla mnie ona lubi mimo wszystko Lily. Ale i tak wiesz ostatecznie, że po tym wszystkim i tak jestem najbardziej zafascynowana pocałunkiem Jamesa i Lily. Tyle miesięcy na to czekałam, a teraz mogłam to przeczytać. Nareszcie! Byłam ciekawa jak to zrobisz. Nie miałam wątpliwości, ze wypadnie to idealnie, ale to coś więcej niż idealnie. Tego nawet nie da się nazwać perfekcyjnym,. Za słabe określenie. Zwykle nie mam czasu usiąść i czytać całych Twoich rozdziałów, więc je dziele na części. Ten przeczytałam od razu. Na serio był najdłuższy? Nie zauważyłam. Mogłabym nawet stwierdzić, że był najkrótszy. Czytałam jak zahipnotyzowana. Ty musisz wydać książkę! To Twój, wyłącznie Twój obowiązek. Jeszcze zapomniałam o Chase napisać (chyba nie tak się odmienia, nieważne... ). to najlepszy pomysł na świecie, że oni są rodzeństwem! Kocham tego chłopaka. On jest super! W ogóle jak pewnie już zauważyłaś jestem tak podekscytowana, ze nie umiem ułożyć zdań :D Cóż... Twoja magia. Czekam na następny rozdział. I proszę wybacz mi ten chaos, ale jak pisze od razu po przeczytaniu już tak mam :P
    Pozdrawiam :)

    Ps: Przepraszam, że nie skomentowałam Twojego poprzedniego rozdziału, ale teraz poprawiam oceny, no i sama wiesz jak to wygląda. Po prostu nie miałam czasu i się ograniczyłam tylko do przeczytania. Wybacz :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. AAAAAAAAA WRÓCIŁAŚ! O matko, gdybyś zobaczyła moją minę, kiedy wchodzę na Twojego bloga, piszę komentarz (do dzisiaj mam go gdzieś skopiowanego) i tu nagle jakiś błąd mi wyskakuje (nic dzinwego, skoro pisałam ten komentarz przez jakiś cały dzień, bo robiłas sobie przerwy) w końcu kończę i tu mi wyskakuje, że usunęłaś bloga. Po prostu... podnosiłam szczękę z podłogi. Strasznie mi szkoda, że skasowałaś tamte opowiadanie, bo naprawdę mnie wciągnęło. I skoro JA muszę napisać książkę, to Ty już w ogole masz takie przeznaczenie :*.
      Jak zwykle idealnie wyczułaś, co chciałam przekazać, bo jako jedyna ze wszytskich do tej pory wyłapałaś, że jednak Jo nie jest takim potworem. Generalnie to jest... no, ostatni rozdział, w którym robię z niej osobę tak zepsutą, bo potem już raczej będę ją wybielać i wybielać.
      Po prostu kocham Cię i twoje komentarze, cieszę się, że wróciłaś i mam nadzieję, że jeszcze w przyszłości założysz jakieś opowiadanie, bo piszesz 925662223655726363299266535329 razy lepiej niż ja kiedykolwiek będę.
      Dziękuję ci za ten komentarz, po prostu... poprawił mi nastrój do niewyobrażalnego stopnia. Po czymś takim to mogę siadać zakuwać matmę xD.
      3maj się :*

      Usuń
  7. To mi się podoba ! Lily i James <3
    Ciąża?
    Nienawidzę Rachel odkąd przeczytałam imię Rachel -,-
    I nienawidzę Evana.... ;< WNERW i tyle, tak nie może być! Musisz napisać w następnym rozdziale : a teraz obudziła się ze snu xP
    <3 <3 kocham twoją twórczość i mega zajebiste rozdziały !!!!

    UWAGA czarna dama zmieniła nick na Wesoły Kostek! ;***
    razem wskoczy komentarz?

    OdpowiedzUsuń
  8. OMG
    Tyle jestem w stanie powiedzieć.
    Kiedy następny ?!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :* Cieszę się, że wywołałam u cb jakiekolwiek emocje xD. Rozdzialik za tydizeń- dwa.

      Usuń
  9. To teraz komentuję. Drugiego byłam na wycieczce, wczoraj wróciłam i musiałam jeszcze przeczytać Twoje dzieło. Mi pokazało, że ma 27 stron. Spoko, takie mogę czytać. Powinnam teraz czytać Krzyżaków, uczyć się wiersza na jutro i na geografię, ale co tam.
    Zacznijmy od początku. Ethan. Nic do gościa nie mam. Miał parę kobiet, zrobił trochę dzieciaków, ale kurde równy z niego gość. I też lubię Queen.
    Jo. Jej nie lubię. Nie lubiłam i nie polubię. Lubię jednak Isaaka. Ma fajne imię. Jego lubię.
    Rachel. Babka wydaje się być spoko. Nie mam oi niej zdania.
    Chase... nowy brat w domu zawsze spoko, nie? Ale w sumie, kto bogatemu zabroni?
    Lily i James. Tu mi się rzygnąć chciało po pocałunku, pewnie dlatego, że nie lubię słodziasznych scen. Ale no fajnie... Wybacz, ale ja jestem typem dręczącym bohaterów, nie typem słodziasznych pocałunków. U mua poczekasz na Jily.
    Ale dobra, niedawno wróciłam z chodzinga po wrocławingu w deszczingu. Nawet fajnie było.
    Zapraszam Cię do siebię, bo niedawno dałam piąty rozdział. Krótszy od Twojego tak na margienesie. I nie odpisałam na Twój komentarzyk z czystego lenistwa - wybacz. Ale odpisałam pod rozdziałem!
    Ej, a w hotelu Evansów znajda jakieś jeszcze miejsce? Bo wiesz... teraz też nie ma dobrych love storów. Spójrzmy na Violettę (bez obrazy dla tych, co ją lubią. Nic do Was nie mam, a po prostu serialu nie lubię). Moim zdaniem świetny rozdział, ale chyba nie zauważyłaś, że gdzieś w środku/u góry napisałaś „zuaroczeni” zamiast „zauroczeni” :)
    No to trzeba mi jeszcze czekać na następny. i tak na przy okazji... masz może GG?
    Pozdrawiam i błedy w khomentarzu są celowe :d
    Glen [http://hogwart-lata-70.blogspot.com/]

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skądś znam to lenistwo, objawiające się, kiedy trzeba odpowiedzieć na komentarze, bo sama nigdy nie mogę się za to zabrać :D.
      GG mam, ale dość rzadko jestem - 49345321.
      Dziękuję za komentarz (też nie lubię Violetty xD) i również pozdrawiam :*.
      Do cb pędzę (znaczy już jestem po, ale co tam)
      3maj się :*

      Usuń
  10. Mam takie pytanko. Z tego co ogarnęłam to był finał pierwszej części :P Mówiłaś, że zrobisz sobie przerwę. Kiedy zamierzasz opublikować kolejny rozdział? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano faktycznie, wspominałam o przerwie, ale to dlatego, że podejrzewałam, że opublikuje ten rozdział na początku maja, a tu mam miesięczny poślizg. Rozdzial szesnasty jest na tyle łatwy do opisania, że póki co jest zawieszenie akcji, taka cisza przed burzą i własciwie powinien ukazać się raz dwa, tyle tylko, że ten tydzień kategorycznie odpada, bo mam wystawienie ocen. Wydaje mi się, że około 15-16 powinnam coś dodać, ale nie jestem pewna.

      Usuń
  11. Wspaniały rozdział ! <3333
    Już widziałam minę Snape'a gdy się dowie, że Lily nie jest ,,małą, brudną szlamą" tylko półkrwi, a tu nagle zaskoczenie. Spodobał mi się Ethan i całkiem lubię Rachel. Trochę żal mi Hestii. Jeśli chodzi o Chase'a to od początku wiedziałam, że będzie miał JAKĄŚ rolę w tej historii ale nie spodziewałam się, że będzie bratem Lily. Jo i jej braciszek .
    Śliiiicznie piszesz <333. Czekam na kolejny rozdział.

    Pozdrawiam,
    Victoire ;*

    P.S.
    Wybacz mi, że nie komentowałam rozdziałów ale daje słowo, że je przeczytałam. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. OMG, dziękuję za komentarz :*. Naprawdę cieszę się, że pojawiają się nowi czytelnicy i nie zdajesz sobie sprawy, jaki mam banan na twarzy po twoim komentarzu :D. Rodem największych sław psychiatryka po prostu :P.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  12. Hej, kiedy nowy rozdział?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ech... Wiem, że miał byc dzisiaj, ale nieoczekiwanie wyjechałam w weekend i naprawdę nie miałam czasu tego wszystkiego ogarnać. Całe szczęście u mnie już po wystawieniu ocen, więc będę miała dużo czasu w tygodniu. Do niedzieli powinien sie ukazać xD. Póki co mam 1/3 napisaną.

      Usuń
  13. Nie komentowałam ? O.o
    Ethan... nawet całkiem wporzo , zobaczymy jak pózniej to wyjdzie.
    Ohh Lily i James <3 Super :D Podobała mi się ta scena.
    Evan i Rachel - matko, matko, matko.... czy tylko ja mam ochotę ich zabić?
    Wybacz za zwłokę, nie wiedziałam, że mam tu zaległość :((((

    Ps. w spamie zareklamowałam swojego nowego bloga o potterze, jak CHCESZ to zapraszam, nie zmuszam :)
    WENYYYY :***

    OdpowiedzUsuń
  14. Odpowiedzi
    1. Heeej :*
      U mnie wszystko w porządku, jeszcze muszę zrobić kilka ostatnich prac na poniedziałek i myślę, że dobrze zakonczę ten rok xD. A u cb?
      Wiem, że zalegam z notkami u ciebie (ja tak wgl to zalegam z notkami u wszystkich, więc tak jakby to już tradycja), ale przysięgam, że jestem na bieżąco, tylko nie wzięłam sie jeszcze za komentowanie... to zbyt wyczerpujące jak na moje leniwe oblicze. Na szczęście zbliżają się wakacje i będę miała więcej czasu na zostawianie komków, więc nadrobię i u cb. Mam nadzieję, że wybacz mi tę niedyspozycję :*
      Pozdrawiam,
      Skruszona Abigail

      Usuń
  15. Nudzi mi się, więc wpadłam się zapytać, czy dzisiaj albo jutro pojawi się nowy rozdział ;) Więc kiedy mogę oczekiwać nowego rozdziału? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety... wbrew pozorom po wystawieniu ocen wcale nie mam więcej czasu wolnego, ale chyba łatwiej bedzie mi sie zmotywować... dzisiaj raczej na pewno nie bedzie rozdziału, bo nie mam wgl dostępu do komputera, ale jutro/pojutrze wydaje mi się, że się coś pojawi :).

      Usuń
  16. Hm, no dzień dobry.
    Tak, wiem. Minęło skandalicznie dużo dni od dodania rozdziału, ale dopiero teraz znalazłam czas, ochotę i zapał, by skomentować, a to w tym przypadku ogromnie ważne, bo na Twoim blogu komentując staram się najbardziej docenić wszystkie zakamarki rozdziału.

    Kiedy go przeczytałam? Tego samego dnia, kiedy go zamieściłaś. Zapomniałam kluczy do domu i przesiedziałam ponad godzinę pod dachem w ogrodzie, a dookoła strasznie lało. Byłam w kurtce, nogi podwinęłam na krześle i czytałam z komórki, łapiąc szczęśliwie domowe WiFi. Umiliłaś mi czas oczekiwania na Kogokolwiek z Mojej Szanownej Spóźnialskiej Rodziny. Dziękiiii!

    Okej, zabieram się za komentowanie rozdziału, nie okoliczności.
    Zacznijmy od tego, że uwielbiam babcię <3 Jej "Giovanna" mnie po prostu rozłożyła <3
    Lily jest jak ja pod pewnym niezwykle istotnym faktem - obie nie dajemy się pocieszyć.

    ─ Możesz nie pałać sympatią do macochy, ale jest jeszcze twój ojciec…
    ─ Dla mojego ojca jestem tylko zbędnym balastem ─ stwierdziła beznamiętnie. ─ Na pewno popsuję mu wszystko swoim powrotem.
    (...)
    ─ Czujesz to? Zapach domu… Może twoja babcia przyjechała i zrobiła pierniczki…
    ─ Tylko jej tam brakuje ─ wzdrygnęła się dziewczyna, odtwarzając w pamięci jej dzisiejszy sen.
    (...)
    ─ …albo twoja siostra przyprowadzi kolejnego chłopaka, który was okradnie…
    ─ Boże, jeszcze ona ─ jęknęła głośno dziewczyna. ─ Nie daj Bóg będą tam wszyscy… ojciec, Rachel, Caroline, babcia, Petunia, jej chłopak, mój chrzestny i gliniarze… Mogli jeszcze zaprosić normalnie ciotkę June, która będzie co chwila pytać się: „Lily, czy to prawda, że jesteś wegetarianką?” ─ przedrzeźniła ją, wymachując ramionami i przybierając dziwny grymas. ─ Zwariuję ─ zawyrokowała.

    <3
    Coś czuję, że kończy mi się miejsce w komentarzu, więc zaraz ciąg dalszy c:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciąg dalszy dopiero jutro :c

      Usuń
    2. Okej, jestem.
      Dzisiaj zacznę może od Chase'a i Hestii, bo zrobiłaś fenomenalny wątek i wstydem byłoby, gdybym zaczęła na wstępie rozpływać nad Przegenialnym Pocałunkiem, pomijając pozostałe atuty rozdziału.
      Chase - no uwielbiam. Zajrzałam do zakładki z bohaterami i mile się zaskoczyłam, bo zdjęcie jest n i e m a l całkowicie oddaje moje wyobrażenia :D Może tylko myślałam, że będzie miał ciemniejsze włosy... Ale z twarzy - wow. Musiałaś kiedyś świetnie go opisać, albo czytasz mi w myślach, ale to n a p r a w d ę on.
      Sprawa z Hestią - kurcze. Stracić wszystkie wspomnienia...? Uczucia? Nie wyobrażam sobie tego. To tak, jakby odrodzić się na nowo. Życie płynie dalej, ale Ty nie masz nic i wszystko musisz budować od początku.

      Pierwsze momenty Rachel przyprawiły mnie o odruchowy uśmiech. Czy mówiłam Ci już kiedyś, że cudownie kreujesz postacie?
      Często w opowiadaniach czy też książkach zachwycam się jakimś jednym zdaniem i czytam je w kółko. U Ciebie takich zdań jest niezliczona ilość. Cóż mogę rzec - masz o g r o m n y talent. Daj mi znać, jak napiszesz coś autorskiego. Chciałabym to przeczytać <3

      Uwielbiam Ethana Evansa. Naprawdę. Co za niesamowity człowiek. Chciałam przytoczyć jakąś jego rozmowę z Lily, ale jest ich za dużo i wszystkie są tak pocieszne, że ciężko wybrać jedną. Ale mój Absolutnie Ulubiony Fragment z całego rozdziału to ten, w którym biorą udział Lily, Ethan, Ryan, James i Rachel. Aż go zapodam. Albo wydrukuję, powieszę nad biurkiem i będę codziennie czytać, żeby uczyć się pisać tak fenomenalnie jak Ty.

      "─ Poza tym, panie Ethanie ─ wtrąciła się Dorcas. ─ Lil czasem… rzadko, ale jednak, napomni coś o jakimś chłopaku…
      ─ O jakim? ─ zainteresował się James.
      Lily wyglądała, jakby zastanawiała się właśnie, jak lepiej go zabić – zwyczajnie udusić czy lepiej najpierw zrzucić z dachu?
      ─ Na pewno nie o tobie! ─ wycedziła.
      ─ To nieprawda ─ powiedzieli równocześnie Ryan, Rachel i Ethan.
      Na tym skończyło się branie przez Dorcas strony Lily, bo za bardzo była ona ciekawa, jak ta rozmowa się potoczy i przestała reagować na te nerwowe kopanie po kostkach.
      ─ Przekabaciłeś ich do swojej psychicznej drużyny KUPIDYNÓW? ─ obruszyła się zielonooka, wskazując palcem na Rachel i Ryana.
      ─ Nie… ─ zaprzeczył natychmiast jej ojciec, przeciągając sylabę.
      ─ Och, bądź cicho, tato! ─ zirytowała się. ─ Wszystko ci się już myli.
      ─ Z moim słuchem -i głową, tak przy okazji - wszystko w porządku. A zresztą sama słyszałaś, że taki głuchy kret jak Ryan słyszy twoje nieustanne „bla, bla, bla James, bla, bla, bla James, bla, bla, bla…”

      Czy nie zachowuję się jak fanatyczka? Bo tak się właśnie czuję. Mam Totalnego Bzika na punkcie Twojego opka. TOTALNEGO. Czasem wchodzę tu parę razy dziennie tylko po to, by poczytać sobie zakładki, informacje o rozdziałach, czy coś. Po prostu no - zdobyłaś mnie.

      Usuń
    3. Lecimy dalej. Nabiję Ci trochę komentarzy, wybacz. Przechodzę teraz już do Przegenialnego Pocałunku, bo coś mi się wydaje, że to moment kulminacyjny, ale może się mylę.
      Moment z Czarnym Rycerzem - okej. Okej. Szacun. Nic więcej nie mam do dodania.

      Jeszcze nigdy nie czytałam tak dobrej sceny pocałunku. Powaga. Zwykle jest po prostu "i w tedy ją pocałował" czy coś w tym stylu. Jak zwykle wbiłaś mnie w krzesło. Słucham teraz "The prophet's song" i czytam Przegenialny Pocałunek jeszcze raz. Chyba już piąty. Kurcze. No po prostu japierdziele. Kiedyś tam pisałaś, że martwisz się, czy Ci wyjdzie.
      Wyszedł.
      A potem Ethan - no uwielbiam gościa. Założę jego fanklub. Powaga.

      "─ Och, ależ nie przeszkadzajcie sobie – zachichotał. Czerpał o wiele za dużo rozrywki z przyłapania swojej córki na całowaniu się z chłopakiem. Na łóżku. ─ Jestem już stary, w telewizji puszczają takie nierzeczywiste opery mydlane… wiecie, tęsknię już za prawdziwym love story, a przecież jesteście istnym przedstawicielem gatunku…"

      Jakoś dużo cytatów wstawiam. W sumie powinnam wkleić cały rozdział, bo moim zdaniem jest do tej pory najlepszy. Mogę wiedzieć, ile ma stron? :3 Ach i kiedy planujesz kolejny rozdział?
      Kończę już ten fanatyczny nieco komentarz. Uwielbiam Cię no.
      Lumossy

      Usuń
    4. Moja mina, gdy zobaczyłam Twój komentarz(e): http://manvsdebt.com/wp-content/uploads/2010/12/iStock_000010677562Small.jpg.
      Kochana, mówiłam już jak ja cię kofffam? Nie? To mówię. Naprawdę - pobiłaś właśnie rekordy rekordów, ten blog nie widział jeszcze tak długiego koma.Po prostu - dzięki ci za to :*.
      Ile stron? Ach, możesz się przestraszyć. Na dziesiątce Georgii kartki A4 jest... 37 stroniczy.
      Kolejny rozdział powinien pojawić się jutro/pojutrze, ale mam nadzieję, że jeszcze w czerwcu.
      Jeszcze raz dziękuję ci za komentarz - po prostu śmiałam się, płakałam i inne takie. Uwielbiam cię też :*.
      Abigail
      PS. Kiedy nota u cb? ;>

      Usuń
  17. Całowali się! Ha ha ha! Jak to muzyka może złagodzić obyczaje, a dobra muzyka może je nawet zmienić:P Ojciec Lily jest wspaniały! Taki sympatyczny, najpierw wydawał się jakimś żulem, który ma w du**** córki ale okazało się, że biedak nie potrafi tylko okazywać zbyt uczuć zresztą jak jego młodsza pociecha. Rachel jest bardzo sympatyczna, może trochę dziecinna ale w końcu za dużo wiosen nie przeżyła, więc można jej to wybaczyć.
    Moja ukochana Hestia jest w opłakanym stanie! Jak mogłaś:( Liczę, że ten profesor od Dumbla jej pomoże czy coś, nie wiem poprostu tak mi jej szkoda:(
    W końcu wyjaśnił się wątek z pochodzeniem Lily, przyznam sie nieskromnie, że przeczuwałam, że tym oddanym dzieckiem będzie francuski kochaś Hestii ale do końca pewności nie miała.
    Uwielbiam TWOJEGO JAMESA! KOCHAM GO!
    Jest słodki i cudowny a jak opisałaś ich pocałunek to sama bym najchetniej mu się wpiła w usta i popatrzyła w te orzechowe patrzałki!!!

    OdpowiedzUsuń
  18. Matko Jedyna. MATKO JEDYNA!
    Zabrałam się za nadrobienie twoich rozdziałów i zdecydowanie była to najlepsza decyzja.
    mojego.
    życia.
    Z rozdziału na rozdział robi się coraz ciekawiej, entuzjastyczniej i przede wszystkim bardziej JILLIOWATO! Czuję jakbym odżyła przy czytaniu twojego bloga. Na wiele wątków patrzę z innej perspektywy, dostrzegłam wiele interesujących rzeczy :D Najbardziej ,,odkryłam'' chyba Remusa i Marlenę. Przedtem mało co mnie obchodzili, po prostu poboczni bohaterowie. A teraz...teraz stanęłabym w pierwszym rzędzie z największym transparentem promujących ich związek! *O* ONI SĄ PO PROSTU ŚWIETNI!
    Drugą rzecz jaką zauważyłam to to, że uwielbiam kiedy bohaterowie są nieidealni! Czytając inne blogi bohaterowie zazwyczaj są wykreowani w jak najbardziej perfekcjonistyczny (jest takie słowo?) sposób,a u ciebie wręcz odwrotnie! I TO JEST COŚ! Teraz jest mi straszliwie wstyd, że nie zauważyłam tego wcześniej :C
    Powiem ci, że zaskoczyłaś mnie z tym progresem Jilly! :D Żebyś widziała mnie i moją minę kiedy czytałam ten fragment! Chichotałam jak jakaś ,,psychodeliczna wariatka" :DD Ale że też Lily się na to zgodziła! ifnhdfvufvkfdvuoiesfdesd *w* no chyba jak każdy czytający tego typu blogi uwielbia te dwa kochane gołąbeczki!
    Hehe. Zmierzam do mojej ulubionej postaci. Hehe. Emelina-wścibska-i-zazdrosna-lalunia-Titanic. Ah to miłe uczucie, kiedy ponownie czytam o jej wyczynach.Uśmiałam się :D Oczywiście szlag mnie trafia za każdym razem kiedyzjej jadaczki wydobywa się ,,SYRIIII". spalmy ją. proszę. Mam wrażenie, że zamiast mózgu ma we łbie jedną ze swoich babeczek.
    Doriusz, intrygujące, intrygujące.... Czekam na wielki moment kulminacyjny, w którym oboje wpadną sobie w ramiona, wycałują się,a potem zdepczą Emmeline Titanic :D Bardzo optymistyczna wersja, nie uważasz? ^^
    Jo. Wyrobiłam sobie o niej zdanie już dawno temu i nie zamierzam go zmieniać. Po cholerę pcha się w te wszystkie medaliony, voldemorty i inne burdele! Mogłaby zginąć lub CHOCIAŻ zaginąć i nie wrócić *niech ktoś jej wymaże całkowicie pamięć i powie że ma na imię Bob* :D
    No, to tyle jak na ten rozdział :) Oczywiście mogłabym gadać o tym do jutra,ale po prostu po tej cudownej scenie Jilly muszę.czytać.dalej. Jak się pokłócą znowu to sama nie wiem co zrobię! Zwalę wszystko na Emmelinę! jest już tak cudownie i pięknie i idealnie prosze prosze niechjuztakbedziekdfgnhesfoibgle!!!1!1!!!11!

    Pozdrawiam! <3
    Pełna-hejterostwa-do-Emmeliny-Aleksja

    OdpowiedzUsuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X