16 marca 2014

13. Rozpacz i Euforia

„Przy­jaźń poz­naję po tym, że nic nie może jej za­wieść, a praw­dziwą miłość po tym, że nic nie może jej zniszczyć.”
-Antoine de Saint-Exupéry

     Kiedyś, dawno, dawno temu, kiedy Lily Evans była jeszcze normalnym, życzliwym i uśmiechniętym dzieckiem, żyła w harmonii z siostrą i Severusem Snape’ em, kiedyś, kiedy jeszcze James Potter nie zamienił jej życia w chodzący kataklizm, Ruda bardzo lubiła przebieranki. Choć w życiu by się do tego nie przyznała, posiadała w domu zupełnie inne oblicze niż w szkole, ale nie w typowy dla jej rówieśników sposób, czyli zgrywania w domu aniołka, a w szkole zachowywania się jak psychodeliczna wariatka. Nie- u niej było na odwrót. W domu miała dużo luzu- jej ojciec zawsze był bardzo zapracowany, a kiedy już się pojawiał emanował charakterystyczną dla niego beztroskością, a po matce odziedziczyła wszystkie swoje szalone cechy. Świętej pamięci Mary Evans może i nie pochwaliłaby tego, co jej córeczka wyrabiała w tej chwili, ale jestem pewna, że niezadowolenie nie utrzymywałoby się u niej długo. Z kolei Ethan Evans pewnie parsknąłby śmiechem na tę całą szaradę i zaproponował jej wycieczkę do parku na ulubione owocowe lody. W każdym bądź razie- Lily w domu pozwalała sobie na o wiele więcej, niż w szkole, a członkowie jej rodziny przyzwyczaili się do malusieńkich dowcipów, które im sporadycznie odstawiała. Dlatego też, mimowolnie w podświadomości Lily powstał obszar, w którym wielka maszyna, zwana mózgiem, od czasu do czasu wyrzucała kolejny, nienormalny pomysł, rodem ściągnięty z głupich filmów, których naoglądała się w mugolskiej telewizji. I teraz sięgnęła po jeden z nich.


 ***

            Znacie to uczucie- kiedy zaczynacie rozpaczliwie myśleć, ale miejsce w głowie, gdzie przez kilka lat odkładaliście racjonalne i rozsądne pomysły nagle się zatrzasnęło, jak gdyby cały wasz umysł był jedynie wielkim labiryntem, posesją, na której ktoś umieścił parę tuzinów bram i dla zabawy to zamykał jeden obszar, to otwierał drugi? Tak, właśnie. Uczucie, że miejsce w głowie, gdzie powinny praktycznie tarzać się realistyczne do wykonania rozwiązania problemów, zostało zamknięte na amen, powraca najczęściej, gdy zastanawiamy się nad czymś bardzo gorączkowo, często pod przymusem czasu. Dlatego nie powinniście osądzać jej zbyt pochopnie, bo daję głowę, że gdybyście po raz pierwszy w życiu uciekli z lekcji (chociaż przyjaciółki okłamały was, że zostaliście zwolnieni), a teraz wparowali do placówki, która musi zostać waszym przyszłym miejscem pracy chcąc nielegalnie przedostać się do leżącej w nieznanym przez was miejscu przyjaciółki, nie wpadlibyście na nic lepszego.
-To się nie uda- szepnęła Marlena robiąc wymowną minę.
            Lily westchnęła ciężko i posłała ku niej groźne spojrzenie. McKinnon szybko oprzytomniała nie chcąc narażać się na wybuch gniewu temperamentnej przyjaciółki (chociaż zdawała ona sobie również sprawę, że zielonooka we większości przypadków hamuje swój temperament przy osobach, które coś dla niej znaczyły) i chwyciła potulnie wieszak ze strojem typowej uzdrowicielki przepasając go czerwonym fartuchem z wyhaftowanymi inicjałami Szkoły Uzdrowicielstwa.
-Uda- odparła z mocą Ruda- jeśli przetransmitujesz mój identyfikator.
-Nie lubię transmutacji- pożaliła się. –Nie możesz tego zrobić sama?
-Nie. Podałam Eliksir Snu tym wolontariuszkom, tu już koniec mojej roli. Poza tym- tylko ty jesteś tu pełnoletnia. Starczy łamania ogólno przyjętych zasad jak na jeden dzień- wzdrygnęła się.
            Dorcas pogrzebała w torebce i wyciągnęła identyfikatory i plakietki, które szybko podebrała wolontariuszkom, zanim razem z przyjaciółkami schowała ich bezwładne ciała w chłodni (miejmy nadzieję, że nikt ich tam dzisiaj nie znajdzie). Widniał na nich ten sam znaczek Szkoły Uzdrowicielstwa i zawiła nazwa akcji charytatywnej, którą w tej chwili zaczęły wspierać. Prócz tego zabrała jeszcze rzeszę czerwonych lizaków w kształcie serca, które powinny rozdawać pacjentom i ich gościom oraz zeszyciki, do których mieli się wpisać chyba ordynatorzy wydziałów, żeby na ich postawie wstawić na koniec semestru wyższą notę. Marlena niechętnie odebrała dary i wyciągnęła różdżkę.
-Tylko zdjęcia?- wolała się upewnić.
-Z eliksirem wielosokowym byłoby za dużo roboty- potwierdziła Lily. –A możliwe, że mają tu listę wolontariuszy, na której bynajmniej nie ma naszych nazwisk.
            Marlena potaknęła i przyjrzała się plakietkom chcąc, żeby koleżanki wybrały ich tymczasowe nazwisko:
-Okej. Mamy… Elizabeth Hummel, Grace Cohen i…- tu przerwała napadem śmiechu- Chelsea Uglyfoot.
-Uglyfoot?- powtórzyła Dorcas. –Boże, a ja narzekam na Meadowes.
-To które bierzecie?- spytała. –Ja chyba skuszę się na Grace Cohen.
-To ja Elizabeth Hummel- rzuciła prędko Dorcas. –Wszystko tylko nie Uglyfoot. Wybacz, Lily.
            Evans zdobyła się jedynie na ciężkie westchnięcie. Od pierwszej klasy przegrywała najdrobniejsze wybory. Dorcas kwitowała to tym, że brak jej niezbędnej szybkości, żeby „zaklepać sobie coś, zanim zrobi to ta druga”. Przez tego typu brak refleksu przez długi czas była ostatnia w kolejce do łazienki, zajmowała najgorsze miejsce przy stole Gryfonów (czyli to naprzeciwko Pottera) i dostała najmniej obszerną najwyżej umiejscowioną szufladę w szafie, którą dzieliła z dziewczynami, mimo że była najniższa. Teraz musiała przeboleć Chelsea Uglyfoot.
            Marlena tymczasem wyszeptała pod nosem formułkę zaklęcia i podała przemienione identyfikatory przyjaciółkom. Nigdy nie była dobra z transmutacji, ale zdjęcia przemieniła całkiem sprawnie- Lily miała na swoim trochę zbyt odstające uszy, ale, kto wie, może naprawdę tak wyglądała?
-Serio mam aż tak krzywy nos według ciebie?- zaniepokoiła się Dor. –Ten na zdjęciu wygląda jak u tej garbatej baby z Miodowego Królestwa.
-Przestań marudzić- prychnęła McKinnon i zaczęła mocować się z plakietką z napisem GRACE. Spojrzeniem nakazała Lily i Dorcas (znaczy się, Chelsea i Elizabeth) zrobić to samo.
            Na tym etapie pewnie już domyśleliście się na czym polegał irracjonalny plan Lily, ale warto kilka kwestii rozjaśnić. Obecnie znajdowały się w składzie- ona, Dorcas i Marlena, w chłodni Szpitala św. Munga. Od rana dopisywało im szczęście, ponieważ dzisiaj miał miejsce finał jakieś akcji charytatywnej organizowanej pod koniec semestru, której tajnym celem było podniesienie niektórym uczniom oceny (oczywiście nie twierdzę, że nie było wśród nich i tych, którzy zostali wolontariuszami przez własne złote serce, ale niewątpliwie wyżej podany powód też nie był tam pozbawiony znaczenia), a więc mogły podszyć się za kilka głupiutkich studentek Szkoły Uzdrowicielstwa. Niczym bohaterki mugolskich filmów, przebrały się i jako załoga szpitalna chciały dopaść drzwi, z którymi umierała ich współlokatorka. Teraz każda z nich wyglądała jak świeżo upieczona uzdrowicielka, a kilkaset lizaków, które obecnie spoczywały na dnie torebki Meadowes, wskazywało, że idą na oddział dla niepełnoletnich. Co je skłoniło do tak rozpaczliwych kroków?
            Hestia Jones leżała w szpitalu drugi tydzień, a odwiedziny dozwolone były wciąż jedynie dla rodziny. Z tego co usłyszały od Jamesa i Syriusza, kompletnie ześwirowała i nie była w stanie skleić najprostszego zdania. Znaleziono ją w nocy, podczas której miała świętować miesięcznice z listem zaadresowanym do niejakiego Chase’ a Reagana z Akademii Magii Beauxbatons i dziwnym medalionem, który ściskała w ręku. Nie mogła nic powiedzieć, bezskutecznie otwierała i zamykała buzię, a w dodatku stała się wyjątkowo nadpobudliwa. Pielęgniarka w szkole zdiagnozowała u niej skutek uboczny źle leczonej groszopryszczki, ale nie mogła raczej nic innego stwierdzić, ponieważ wywiad z pacjentką w takim stanie jak Hestia był niemożliwy. Stwierdziła, że jest to dość niebezpieczne i należy ją natychmiast przewieść do szpitala. Nie zastosowała żadnych własnych trików, odradziła je również innym nauczycielom, choć to do niej niepodobne, ale nie można jej winić za zmęczenie- nikt nie miałby energii po całodziennym leczenie mnóstwa chorych na mononukleozę dzieciaków, które nawet się nie odwdzięczą za trud pracy, tylko nakrzyczą, zaburzą innym spokój, bo okazuje się, że ich drugie połówki nie były im do końca wierne. Młodość, skwitowała, potem będzie z nimi tylko gorzej.
            Kiedy przewieziono ją do szpitala, stan jej znacznie się pogorszył. Dostała ona bowiem napadu irracjonalnego lęku, krzyczała, piszczała, mówiła łamaną angielszczyzną i rzucała jakieś francuskie przekleństwa, jednak nawet ten, kto znał biegle oba te języki, nie mógł jej zrozumieć. Krótkie badanie Eliksirem Wykrywającym zakończyło się dość specyficzną diagnozą- została ona uderzona zaklęciem jednorazowym, chociaż to będzie pierwszy taki przypadek w ciągu ostatnich dwóch lat. Ponieważ najprawdopodobniej wciąż miała wokół siebie „przedmiot zarażenia”, czyli coś, w czym ktoś schował te zaklęcia, odradzono każdemu nieupoważnionemu z nią przebywać, ale zakaz został szybko zdjęty- znaleziono dość szybko niebezpieczne zaklęcie w medalionie, który nosiła na szyi. Po otwarciu ukazywało się w nim zdjęcie tajemniczej kobiety z dwoma wielkimi inicjałami E.P, jak wyjaśniła później Annabelle Potter- inicjałami jej matki. Cała ta sprawa stała się wyjątkowo zagmatwana i szybko obiegła cały Hogwart. Hestia nareszcie zyskała tak upragnioną przez siebie popularność, ale chyba nie w taki sposób, jaki by sobie życzyła.
            Dużo osób chciało teraz odwiedzić Jones, głównie po to by puścić w obieg kolejne wredne plotki, ale w tym tłumie znalazły się jeszcze Evans, Meadowes i McKinnon, które uknuły podstępny plan. W dniu dzisiejszym klasa siódma miała pisać próbne owutemy, a profesorowie w komisji egzaminacyjnej zwolnili większość klas z lekcji. Dorcas i Marlenie udało się przekonać Lily, że one również są zwolnione, chociaż nie była to do końca prawda, ale nie ma na tym świecie argumentu, który przekonałby rudowłosą panią prefekt do wagarów, więc ich kłamstewko można zrozumieć. Ruszyły one najszybszą drogą wskazaną przez Petera Pettigrewa (udało się łatwo przekupić go czekoladą) do Hogsmeade i wykorzystały świstoklik, który jakoś wpadł w posiadanie Dor. Co się tyczy ostatniej współlokatorki dormitorium numer cztery- Emmelina wyraziła jawny brak zainteresowania nielegalnymi odwiedzinami w „budzie zakichanych chorych ludzi, w której spędziła wystarczająco dużo czasu i nie musi wcale tam wracać” wspominając naturalnie swój pobyt na Oddziale Zamkniętym w sekcji bulimików. Dlatego właśnie dziewczęta ruszyły w trójkę, ale to raczej plus, bo musiały wtopić się cicho w szary tłum, a brak głośnej wymiany zdań między blondynką a Meadowes był raczej pobożnym życzeniem niż faktem do zrealizowania.  
            Kiedy uporały się już z fartuchami, strojami, identyfikatorami i plakietkami, Lily popchnęła wózek z sztućcami i zupą, który wcześniej pchała Chelsea, wrzucając do gara jeszcze miriadę lizaków i dumnym krokiem przeszła przez korytarz kiwając głową do innych uczestników projektu. Miała szczęście, że nie spotkała się z żadnym przyjacielem Chelsea Uglyfoot, który natychmiast poznałby, że nią nie jest. Za nią maszerowała Dorcas, podpisana pod imię Elizabeth, a na samym końcu, wciąż sceptycznie nastawiona do tego wszystkiego, Marlena, czyli Grace.
-Lily, na jakim ona leży oddziale?- spytała półgębkiem Meadowes. Ruda wzruszyła bezradnie ramionami, a następnie przeszyła spojrzeniem najbliższych przechodniów, którzy mogliby coś na ten temat wiedzieć. Recepcja…  Kolejny szalony plan wpadł jej do głowy, a ona, kompletnie ignorując fakt, że nie umie kłamać, ruszyła naprzód. -Ej, gdzie ty idziesz? LILY!
            Ruda zdążyła już dojść do znużonej recepcjonistki, która przeglądała „Proroka Niedzielnego” i trzymała nogi na biurku. Miała na głowie śmieszny, przekrzywiony kapelusz, który reklamował całą akcję charytatywną, do której dziewczęta chwilowo dołączyły. Odchrząknęła grzecznie. Brak reakcji. Odchrząknęła ponownie, bardziej natarczywie. Brak reakcji.
-Przepraszam- rzuciła nieco poirytowanym tonem- czy mogłabym o coś spytać?
            Recepcjonistka uniosła spojrzenie znad gazety, jej usta wykrzywiły się w grymasie niezadowolenia. Trochę się namyśliła, a potem powiedziała:
-Te lizaki możecie dawać przy wejściu, a jak nie zejdą to powpychajcie je mugolom…
-Nie o to chodzi- przerwała jej Evans. –Chcemy odwiedzić oddział dziecięcy, żeby wręczyć im… eee… zupy- puknęła w dzban, w którym teraz pływało kilka lizaków. –Gdzie… ich najwięcej?
-Na porodówce- odparła chłodno. –Ale dobrze wam radzę- nie dawajcie tym dzieciakom lizaków.
-Da pani spokój…- zaczęła znowu, tym razem milej. –Obiecałam siostrze, że odwiedzę jej córeczkę, która nabawiła się smoczej ospy, a…
-Wiem, wiem, Uglyfeet- burknęła przekręcając jej nowe nazwisko. Z pewnością nie należała do osób pozytywnie nastawionych do swojej pracy. –Nikt już nie pomaga z czystego serca… chodzi wam o te całe punkty w Szkole Uzdrowicielstwa, co dają największym nieukom… Albo dzieciaki z Hogwartu, które zachowują się jak banda imbecyli przybywa pełną gromadką na akcję charytatywną, żeby ich dopuścili do egzaminów… Znam to na pamięć.
-Dobrze- kontynuowała Lily. –Ale jednak wolałabym mieć przynajmniej minimalne pojęcie, gdzie co się…
-Rozpiska na górze- przerwała jej kobieta, po czym wróciła do lektury.
            Lily posłusznie zerknęła na wiszącą nad jej głową tabliczkę z rozkładem szpitala. Czwarte piętro… Urazy pozaklęciowe… Tam musi leżeć Hestia! Uśmiechnęła się tryumfalnie i szybko rozbiegła się z wózkiem do porzuconych towarzyszek. Tam czekała ją niespodzianka. Dorcas i Mara stały nadzwyczajnie wyprostowane, jedna drapała się po głowie, a druga obgryzała nerwowo paznokcie, a łączyło je to, że obie dziwnie się jąkały i wymieniały co dwie sekundy spojrzeniami pełnymi zakłopotania.
Obok dziewcząt stała jakaś uzdrowicielka pod trzydziestkę, z wielkim uśmiechem na ustach, który wydał się Lily dziwnie znajomy i z żartobliwie założonymi rękami na piersi. Jej przyjaciółki najwyraźniej były poważnie ślepe, bo nie zdawały się dostrzegać wesołych ogników, które kąpały się w jej czekoladowych tęczówkach. Kobieta najwyraźniej wcześniej rozmawiała z Elizabeth Hummel i Grace Cohen, bo przejrzała cały ten szalony plan, a teraz otwarcie się z niego naśmiewała.
Evans, jako tymczasowa największa dyplomatka w grupie, postanowiła uratować sytuację i grzecznie przywitała się z uzdrowicielką. Posiadała ona burzę kręconych, ciemnych włosów z kilkoma siwymi pasmami i łagodne rysy twarzy, gdzieniegdzie z malutką zmarszczką lub kocią łapką. Choć z daleka wydawała się mieć około dwudziestu iluś lat, w przybliżeniu jej wiek się zdublował. Ruda dopiero teraz przekonała się, co oznacza powiedzenie „dobrze się trzymać”. Początkową wizję dwudziestolatki uzupełniał fakt, że kobieta nosiła młodzieżowe ciuchy- krótką spódniczkę w kratkę, białą bluzkę na guziczki (warto dodać, że kilka pierwszych było rozpiętych)i legginsy, które podkreślały jej nieprzeciętną, jak na czterdziestolatkę, figurę. Nie ubrała ona charakterystycznego dla uzdrowicieli fartucha, a jedyne co ją z nimi łączyło, to biała plakietka z nazwą szpitala, oddziału, w którym pracowała (i był to-o ironio-oddział pozaklęciowy) i wygrawerowanym imieniem Annabelle.
-Dzień dobry- odpowiedziała jej pani Annabelle i zmierzyła ją zaciekawionym spojrzeniem. -…Chelsea.
-Lil… znaczy się, Chelsea- wtrąciła się Dor. –Pani chciała się spytać na jaki oddział, my tego…
-Idziemy pomagać- uzupełniła Marlena.
-Taaaa…. Na jaki?
-Pozaklęciowy- odparła szybko Lily. Annabelle przyjrzała jej się jeszcze uważniej. –I… widzę, że pani też jest stamtąd- zwróciła się do kobiety- to może… powie nam pani jako skrzydło jest najbardziej eee… potrzebujące.
-Właściwie to idziemy na dziecięcy- dodała Dorcas. –Do skrzydła dziecięcego. Mamy lizaki i… w ogóle- wskazała na wózek z zupą i pływającymi w niej czerwonymi lizakami.
-I chciałabym prosić o jakąś listę pacjentów czy coś… O ile, to nie problem.
Kobieta kiwnęła głową i odkrząknęła, ale dziewczyny mogły się założyć, że ten tik maskował jedynie parsknięcie śmiechem. Odparła, że musi wrócić tylko na piętro i nakazała iść za sobą. Dziewczyny szybko skierowały się na schody i rozpoczęły żmudną wspinaczkę, a co najzabawniejsze one już po kilku minutach opadły z sił, dostały kolki i zadyszki, a Annabelle śmiała się pod nosem i przeskakiwała na raz dwa schodki, niczym mała dziewczynka. Kiedy, po kilku minutach mąk Tantala, nareszcie znalazły się na czwartym piętrze, kobieta przerwała minuty ciszy i w specyficzny sposób zaczęła pogawędkę:
-Jesteście wolontariuszkami.
-Tak- odezwała się Dorcas, która po drodze usłyszała skrót rozmowy Evans z recepcjonistką. –I nie przybywamy po wyższe oceny, jak twierdzi recepcjo… auu, Li… Chelsea!- syknęła, rozmasowując sobie stopę. –Musiałaś mi przypadkiem nadepnąć na nogę.
-Wiesz… Masz je tak duże, że to żadna sztuka- odparowała Lily obdarzając ją ostrzegawczym spojrzeniem- …Ellie.
-Jeszcze raz jak się nazywacie?- spytała zaciekawiona kobieta.
-Elizabeth Hummel- przedstawiła się Dor.
-Grace Cohen- dodała, dotychczas milcząca Mara.
-Chelsea Uglyfoot- skończyła Lily. Kątem oka zauważyła, że uzdrowicielka powstrzymuje parsknięcie śmiechem. Najwyraźniej rozbawiło ją to idiotyczne nazwisko…
-I chodzicie do Szkoły Uzdrowicielskiej?- kontynuowała przesłuchanie.
-Jasne- zapewniła ją Lily przełykają głośno ślinę. Tak bardzo nienawidziła kłamania…
-Aha- rzuciła i zniknęła za jednymi z wielu drzwi. Z napisu na nich dziewczyny domyśliły się, że to magazyn dokumentów. Obok znajdywała się rozpiska dyżurujących i nazwisko ordynatora, a Marlena nagle zaczęła się nią bardzo interesować przełykając głośno ślinę.
-Lily…- zaczęła, gdy nagle kobieta wróciła z pustymi rękami i błyskiem w oku.
-Wybaczcie, ale koleżanka dała rozpiskę chłopcom, którzy przyszli przed chwilą- odparła z uśmiechem- ale mogę za to załatwić wam darmowym przewodników.
-Przewodników?- powtórzyła Dorcas. Kobieta kiwnęła głową.
-Mój syn i…- tu zastanowiła się pewną chwilę- …i drugi syn mają wyjątkową… orientację w terenie i aktualnie trochę im się nudzi. Jesteście chyba w podobnym wieku. Chętnie was oprowadzą.
         Dziewczyny wymieniły różne spojrzenia. Jedno, należące do Lil, było pełne niechęci i zrezygnowania, drugie, Marleny, niepewności, ale i bierności, no i Dorcas- pełne zainteresowania. Uniosła kilka razy brwi i zrobiła uszczęśliwioną minę. No tak… W końcu ktoś zaproponował jej spędzenie kilku godzin ze starszymi chłopakami, w dodatku niezwykle produktywnych- we większości zagospodarowanych karmieniem ich fałszywymi informacjami. Tak, to musiało jej się spodobać. Lily pokręciła głową, jakby chciała powiedzieć „nie teraz, Dorcas”, ale w końcu ugięła się pod błagalnym spojrzeniem dwóch brązowych ocząt. Westchnęła z rezygnacją.
-Eee… Chelsea…- usłyszała za sobą zszokowany głos Marleny. Puściła go mimo uszu.
-Jeśli to nie będzie żaden problem…- odpowiedziała kobiecie grzecznie. Uzdrowicielka odwzajemniła uśmiech z dziwnym błyskiem w oku.
-Najmniejszy- zapewniła. –Założę się, że będą wniebowzięci.
-Ellie…- ponowiła McKinnon. Tamta też ją zignorowała.
-To…
-Zgoda!- dokończyła zachwycona Meadowes. Kobieta parsknęła, na chwile zniknęła za drzwiami i usłyszeli jej dźwięczny głos wykrzykujący dwa, tak dobrze znane im imiona…
-JAMES! SYRIUSZ!
        Dobrze, może to była jedynie kwestia przypadku, w końcu James to dość popularne imię, które nosić mogło wielu synów czarodziejek, a Syriusz? Cóż, imię Syriusza nie było już tak powszechne, ale nie ma żadnych powodów do paniki. W końcu tych dwoje to nie bracia… Chociaż Annabelle zawahała się zanim nazwała tak drugiego chłopca… No i to dość niepokojące, że kobieta z tymi oczami używa imion dwóch osób, których jak Lily dobrze wiedziała nie ma akurat teraz w Hogwarcie. Sam fakt, że jeden z tych chłopców ma na imię James niezbyt ją podniósł na duchu. To imię dla wariatów… Psychicznych palantów, którzy obrażają się o najdziwniejsze rzeczy…
-EKHEM!- krzyknęła po raz ostatni Marlena. Tym razem Ruda zwróciła na nią uwagę i natychmiast pożałowała, że nie zrobiła tego wcześniej. Dziewczyna bowiem wskazywała palcem na wykaz dyżurów uzdrowicieli w dniu dzisiejszym. Wielkim, zielonym zakreślaczem ktoś, wśród długiej listy nazwisk, wyróżnił dwa, przerażające słowa- Annabelle Potter.

***

Jo spędzała ostatnio większość swojego wolnego czasu w bibliotece. Nie czytała jednak zbyt dużo, raczej przesiadywała obok jednego ze stolików, kładła rękę pod brodę i korzystając z ciszy, o którą tak dbała szalona bibliotekarka, pani Pince, próbowała wykombinować jakiś plan, który mógłby pomóc w jej i tak wystarczająco opłakanej sytuacji. 
            Kiedy Isaac zawitał do Hogwartu, przez kilka pierwszych dni, dziewczyna miała nadzieję, że jednak dojdzie między nimi do porozumienia i facet przełoży jej umysł, żałośnie zespolony z Evans, nad odzyskaniem medalionu. Wiedziała, jak bardzo to dla niego ważne, ale takie rzeczy robi się w imię przyjaźni i w ogóle... Medalion im nie ucieknie, bo póki Evansówna żyła w błogiej nieświadomości, co do mocy przedmiotu jej posiadania nie mogła nic zniszczyć, a Zaklęcie Łączące? Z każdym dniem postępowało, bardziej bratało dwa, kompletnie różnorodne umysły, a lilyowa, irytująca część jej mózgu przeobrażała się w nieznośnego pasożyta. Mogła się założyć, że gdyby Monroe znalazł się w takim położeniu, nie zwlekałby i natychmiast przeszedł do rozpaczliwych kroków leczenia tej specyficznej przypadłości. Tym bardziej, że gdyby tylko pociągnął za kilka sznurków, wszystko można by przeprowadzić bez większych szkód. Nie. Jo musiała poradzić sobie sama, jak zawsze dotąd. Od urodzenia liczyła tylko na siebie, nie pozwalała sobie na żadne zobowiązania i zależności względem innych osób, i dobrze na tym wychodziła. Od urodzenia nikt nigdy jej nie pomógł. 
            Jo odniosła jednak podczas ostatnich dni kilku małych zwycięstw, podczas niezwykle szlachetnego planu Odkrycia-Zdrajcy-O-Którym-Mówił-Isaac, który polegał na bezwstydnym śledzeniu chłopaka korzystając z Zaklęcia Kameleona. Miała kilku podejrzanych, jednak szczególnie podpadła jej Marlena McKinnon, której "tragiczną" historię pozwoliła sobie poznać wertując jej śmiesznie otwarty i przejrzysty umysł. Wydawało jej się, że dziewczyna miała jakąś depresję albo była nadzwyczajnie apatyczna. Tylko takie osoby myślą na pierwszym planie o samych nieszczęściach. 
            Dzięki swoim zdolnościom detektywistycznym i przydatnym talencie łączenia na pierwszy rzut oka niepowiązanych ze sobą faktów, Jo udało się ułożyć prawdopodobny scenariusz. Planowała głośno przedstawić swoją teorię Isaacowi i na podstawie zmieszania w jego głowie i wyrazu twarzy odkryć, jak blisko jej do prawdy. 
            Jo dorastała w nadmorskiej miejscowości Brighton, w dzielnicy czarodziejskiej, a kilka przecznic dalej mieszkało rodzeństwo Monroe- Isaac i nieboszczka Jilly. Jak to dzieciaki z sąsiedztwa, Prewett i Monroe' owie zawarli dziecięcą przyjaźń, którą umacniał fakt, że ojciec Jo, Ignatius Prewett oraz ojciec Jilly i Isaaca, Trevor Monroe byli dobrymi, starymi kumplami. I, jak to często bywa, niestety te życie w harmonii, zgodzie i szacunku wkrótce się skończyło. Brunetka pamiętała pewną noc, kiedy miała dziewięć lat, pan Monroe przyszedł do jej ojca w przerażającym stanie. I tu wcale nie chodziło o to, że był kompletnie schlany, chociaż temu również nie można zaprzeczyć- zrobił się okropnie agresywny, przepychał się, warczał i nawoływał, że natychmiast musi odzyskać jakiś medalion, który zostawił u rękach swojego przyjaciela lata temu. Ignatius Prewett nie był skory do oddania prezentu, ale w końcu się złamał i zaangażował rodzinę w poszukiwania naszyjnika. Wtedy okazało się, że przedmiot poszukiwań kompletnie wyparował, a gdy Trevor się o tym dowiedział, wpadł w irracjonalny szał, wyjechał na pół roku (Jilly natenczas mieszkała u niej w domu, a Isaac już chodził do Instytutu w Salem), a gdy wrócił- rozpoczęło się piekło.
            Ojciec wytłumaczył jej potem, że kilkanaście lat temu, kiedy oboje chodzili do Durmstrangu, Trevor dla zabawy utworzył zaklęcie jednorazowe, które z początku nie miało zostać wykorzystane, ot co, taka zabroniona, czarnomagiczna zabawa, ale „z czasem kompletnie mu odbiło”. Patronat zmiennokształtnych zaczął się poszerzać, pewnie trwałby jeszcze długo, gdyby Ministerstwo nie wzięło sprawy w swoje ręce i nie złożyło mu wizyty. Spanikowany Trevor „schował” swoje zaklęcie do medalionu należącego do jego żony i nikt nie mógł mu nic udowodnić. Pozostał on jednak podejrzliwy, dlatego przekazał medalion w ręce jej ojca.
           Patronat został zawieszony na kilka lat, ale było on wyjątkowo prężny i wielki, dlatego szybko zainteresował się nim, wzrastający w tym czasie Voldemort. Trevor został Śmierciożercą i pewien, że u boku nowego pana nikt nic nie może mu zrobić, zażądał zaklęcia z powrotem. I może wszystko skończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie jej głupia matka, która po kilku modyfikacjach oddała tę silną i niebezpieczną broń w ręce mugola, jak tanią pamiątkę znad morza.
            Nikt nie wiedział jak Trevor odzyskał swoje zaklęcie, ale jednak tego dokonał. A kiedy wrócił, chciał się zemścić na swoim przyjacielu, który dopuścił do tego wszystkiego. Spięcie było dość spore, doszło do pojedynku, a wzburzony Monroe w końcu wykorzystał świeżo odzyskane zaklęcie przeciw przyjacielowi. Jednak nie tylko Ignatius stał się zmiennokształtnym, o nie. Zaklęcie odbiło się od niego rykoszetem i trafiło w gromadkę ciekawskich dzieci, które przyglądały się z ukrycia walce rodziców. Nie byli to tylko Jilly, Isaac i Jo, ale również ich pozostali znajomi- Primrose Ellison, Tony, kompan Isaaca z Instytutu i Mary, dalsza kuzynka Monroe' ów. Tej nocy życie sześciorga dzieciaków zmieniło się na zawsze.
            Pierwsza noc tego roku szkolnego, nie była zwyczajną nocą. Pełnia, w dodatku pełnia, w której brał udział Isaac, aktualnie najpotężniejszy zmiennokształtny ich armii, chwilowy zastępca Patrona (Trevor, jej ojciec i wielu starszych członków patronatu gniło w Azkabanie). Tej również nocy Jo kazała Avery' emu przekazać list Snape' owi, jako zadanie, które miało zapewnić mu miejsce w Łowcach Śmierci, w którym znajdował się medalion z (Isaac nareszcie zdradził Jo jego zawartość) zaklęciem zmiennokształtności, zaklęciem językowym, zaklęciem łączącym, zaklęciem niszczącym, zaklęciem pamięci, zaklęciem ujawniającym, notatkami najczarniejszej magii w formie zaklęcia i wielu innym zaklęciom, którego zastosowania Jo chyba znać nie chciała; ale naturalnie wtedy jeszcze nikt nie zdawał sobie sprawy, że to właśnie ten medalion jest tym, czego od wielu lat poszukiwał cały patronat. W dodatku wyciekał. Najwyraźniej biedna Marlena McKinnon musiała znaleźć się z nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie i natknęła się Avery' ego, a akurat wtedy medalion, który szwankował, gdy był daleko od swojego pełnoprawnego właściciela (którym w tej chwili była Lily Evans), „wyciekł”, jak to określił Isaac i zaklęcie zmiennokształtności, te najbardziej feralne, ugodziło niczego nieświadomą dziewczynę. Smutna historia.
            Najwyraźniej Isaac, zastępca patrona ma jakiś instynkt, który podpowiedział mu, że mają w patronacie nowego członka, sprawnie połączył fakty i wyładował swoją wściekłość na Jo, która myślała, że jedynym zaklęciem, które wyciekło, było Zaklęcie Łączące. Szereg nieporozumień- koniec tragiczny.
            Znając Isaaca, próbował on omotać Marlenę i namówić ją do wyciągnięcia od jej przyjaciółki, gdzie jest medalion, a Jo postanowiła zrobić skuteczniej to samo, a potem wykorzystać naszyjnik jako kartę przetargową, dzięki której uwolni się od więzi z Evans. Plan idealny. Gorzej z wykonaniem.
-Twoje sługi węszą- powiedział z przekąsem Isaac w stroju Krukona dosiadając się do Prewett. Dziewczyna podskoczyła słysząc jego głos.
-Hej- przywitała się. -Jakie sługi?
            Isaac wskazał palcem na siedzącą w kącie Reginę Bulstrode, która widząc, że została przyłapana, cała poróżowiała i wróciła do czytania jakieś książki, potem na Avery' ego, który znad zmarszczonych brwi przyglądał się jej i Isaacowi (on również natychmiast wrócił do swojego wcześniejszego zajęcia) i w końcu na Snape' a, który nawet nie odwrócił wzroku, gdy Monroe na niego wskazał. Brunetka zaklęła pod nosem.
-Zapomniałam o nich- przyznała. -Dawno już pozapominali o obietnicy, którą dali mi na początku roku- westchnęła. -Że nie będą mnie tropić.
-Nie wyleczysz ich groźbą ze wścibskości- stwierdził przytomnie chłopak. -Ale możesz uśpić ich czujność, jakimś większym wydarzeniem niż twoja rozmowa z dziwnym chłopakiem.
            Wywróciła oczami. Nienawidziła, gdy ktoś usiłował rozwiązać jej problem. Tym bardziej jeśli był to Isaac. Zdawał się wtedy otwarcie z niej kpić.
-Pamiętasz inną obietnicę, Jo?- zagadnął ją. -Której nie powinnaś lekceważyć, a robisz to od początku roku?
-Nie- przyznała szczerze.
-Czarny Pan kazał ci ich wyszkolić- przypomniał jej. -Pomaga nam tuszując wszystkie skandale, a ty masz pomóc mu w werbowaniu młodocianych Śmierciożerców. I dbać o ich odpowiednie wykształcenie. 
            Isaac wyraził się bardzo ładnie mówiąc, że Voldemort „tuszuje wszystkie ich skandale” jakby biegał za rozwydrzonymi nastolatkami, groził rózgą za złe zachowanie i jak troskliwy tatuś starał się wymazać z ich kartoteki wszystkie sprawy, które lekko naginały prawo. Prawda była jednak zupełnie inna, mniej słodka i mniej łatwa do kupienia, ale Jo nawet nie chciało się o tym myśleć. Ciężko było ją do czegoś nakłonić, jednak, jeśli ktoś posiadał anielską cierpliwość i dużo charyzmy mógł to osiągnąć po wielu próbach. Czarny Pan charyzmę może i miał, ale z pewnością nie należał do osób cierpliwych, dlatego cofnął się do zwykłego szantażu, bo w pewien pokręcony sposób Isaac i Jo byli od niego zależni. A takie sposoby nie przemawiały do Prewett i na pewno nie dodawały jej zapału.
-Niech sami się edukują- prychnęła głośno. –Żadne z nich nie jest przydatne, a wzięłam to głupie zadanie tylko dlatego, że łudziłam się, że któreś nam pomoże. Niedoczekanie- skwitowała.
-Nie znasz ich jeszcze dobrze- pocieszył ją chłopak. –Może są wśród nich bardziej inteligentne jednostki?
-Gdyby ktoś był bardziej inteligentny nie pozwalałby się wyzyskiwać- narzekała. –A ja potrzebuję właśnie kogoś takiego. No, albo kogoś przesiąkniętego złem do szpiku kości i chodzącego na różne ugody, jak ty.
            Zapanowało dłuższe milczenie, podczas którego Monroe przyglądał jej się bardzo uważnie. Jo z ciekawości zajrzała do jego głowy, jednak jak zwykle czekał ją wielki mur, nazywany inaczej oklumencją.  Szkoda, że ktoś ją wymyślił. Bez niej legilimencja byłaby o wiele bardziej ekscytująca.
-Wydaje mi się, że potrzebujesz kogoś zupełnie innego- oświadczył cicho chłopak. -I wydaje mi się, że niedługo go spotkasz.
Jo stuknęła go prowokacyjnie w głowę.
-Wiem, że pochodzisz od elfów i w ogóle, ale wolę nie znać twojej fatalistycznej wizji mojej przyszłości.
-Niedługo, Jo- powtórzył.

***

-Widzisz, Reg? Śnieg pada- odparła, lekko zamyślona Regina Bulstrode wskazując czubkiem brody na pokaźnych rozmiarów, usadowione nieopodal stołu Ślizgonów w Wielkiej Sali okno, którego witraże normalnie układały się w sceny z życia Salazara Slytherina, lecz dziś rozprysły się, jakby chciały podkreślić, co dzieje się na zewnątrz.
Kryształowe płatki nieśmiało spadały z góry, silny wiatr porywał je w locie i spychał na okno, zupełnie jakby ktoś, ukryty za peleryną-niewidką dla zabawy lepił kulki śnieżne i ciskał nimi o okiennice zamku. Mleczna mgła zakrywała niegdyś pięknie widoczną panoramę wokół zamku. Z rynny zwisały długie sople lodu.  
To był pierwszy, dość późny śnieg tego roku i Regulus uśmiechnął się w duchu. Prawdziwy zwiastun jego ulubionej pory roku, która różniła się od szarych, deszczowych poprzedników, właśnie nadszedł. Teraz oczekiwać tylko świąt za dwa i pół tygodnia, i Sylwestra, który urządzą sobie w tym roku u Greengrassów. 
-Myślisz, że Amelia zwolni nas z treningu?- zapytała, a Black jakby odgadł jej myśli. Zimą zapał wszystkich członków drużyny Qudditcha stygł, tym bardziej, że swego rodzaju elita Domu Węża miała dzisiaj ważniejsze spotkanie na głowie. I choć Regulus kochał ten sport całą duszą, nie chciał się zmuszać do gry, bo z takiego wymuszania jeszcze nic dobrego nie wyszło. 
O jakie spotkanie chodziło? Cóż, nie było w tym nic oficjalnego, ale według Reginy, która ponoć usłyszała to od Marthy Greengrass, która podsłuchała rozmowę Indii Parkinson z Lydią Selwyn, którym przekazał Severus Snape rozmawiający z samą Jo Prewett, że pierwsze, tegoroczne spotkanie Łowców Śmierci miało odbyć się po ostatniej lekcji, tam gdzie zawsze. Black naturalnie nie miał pojęcia, gdzie tamci zwykle się spotykają, dlatego postanowił obsadzić się w roli cienia Reginy, która mogła go tam doprowadzić. Mimo gadki tego dziwaka, Mulcibera, nie miał zamiaru przejmować się swoim wiekiem i potulnie czekać do osiągnięcia pełnoletności na takie ekscesy. Potulne czekanie nigdy nie należało do natury Blacków, tym bardziej nadpobudliwego Regulusa. Mimo wszystko, po wszystkim, co inni naopowiadali mu o Jo Prewett, wolał się upewnić, tak profilaktycznie, czy brunetka nie walnie w niego cruciatusem czy czymś, dlatego spytał się jej dzisiaj, dość dyskretnie, czy mógłby się pojawić. Tamta parsknęła śmiechem, zrobiła dość zagadkową minę i na kilka chwil zupełnie odpłynęła wpatrując się jak zahipnotyzowana w jego oczy, i pewnie jeszcze by tam stali bez ruchu, gdyby nie jakiś dziwny chłopak, najwyraźniej nie stąd, o kwadratowej szczęce i pustych oczach odpowiedział za nią, że nie widzi problemu, po czym skarcił Jo za brak dyplomacji. Tak więc oficjalnie został najmłodszym członkiem tej szalonej brygady, której faktycznego celu teoretycznie nie znał, ale w praktyce musiał się do niej dostać, ponieważ otrzymał zakaz, a nic nie mogło go bardziej do czegoś zachęcić, niż właśnie to. 
Mimo różnic wiekowych nie odczuwał żadnego dyskomfortu, czy czegoś takiego, ponieważ na co dzień trzymał się również ze starszakami. Rówieśników uważał, delikatnie mówiąc za bandę imbecyli, którzy nie dość, że nie posiadali własnych pasji i poglądów, to jeszcze byli równie łatwi w manipulacji i podatni na propagandę, jak zwykłe kamienie. Brakowało im naturalnego ludzkiego instynktu, dociekliwości, ślizgońskiego sprytu i nieufności. Lecz, jak to często bywa, zamiast brać przykład z inteligentniejszego kolegi, jego współlokatorzy traktowali Regulusa jak swego rodzaju wynaturzenie i głośno żartowali, że jak jego zdradziecki braciszek, powinien zostać obrońcą szlam i mieszańców. 
Ostatni czas jednak ich relacje trochę się ociepliły. Niebagatelny wpływ miał na to świeżo odkryty przed młodego Blacka talent do przemycania nielegalnych rzeczy. Ponieważ, jak to często bywa wśród ślizgońskich piętnastolatków, najbardziej pożądanymi towarami była Ognista Whisky, kondomy, heroina i czerwone marlbory, a Regulus był skromnym posiadaczem wszystkich tych rzeczy, niedługo trwało nim został okrzyknięty równym gościem, największym idolem i facetem, który może wszystko załatwić, a z życzeniami, galeonami i słodkimi oczkami przychodziło do niego coraz więcej niedawnych prześmiewców. 
Jego reputacja szybko rozeszła się po szkole i doszła również do starszych uczniów, w tym tegorocznych owutemiaków, dlatego coraz więcej z nich chciało utrzymywać kontakt z chłopakiem na stopie przynajmniej koleżeńskiej. Dzięki temu przestał krztusić się w nieciekawym towarzystwie innych sumiaków i mógł spędzać wolny czas z osiemnasto- i siedemnastolatkami, między innymi z Reginą. Uważał ją za przesłodką dziewczynę, w dodatku dobrze grającą w Qudditcha. Od jakiegoś roku Regulusowi zaczęły się podobać dziewczyny, ale nie te z jego rocznika, tylko naturalnie starsze. W głębi duszy cieszył się, że może dzisiaj skoczyć na to całe spotkanko, tam powinien zapoznać się bliżej z dobrze urodzonymi, twardymi i starszymi laskami. Szczerze? To był główny powód jego członkostwa. Nigdy specjalnie nie ciągnęło go do Voldemorta, chociaż tego oczekiwali od niego rodzice. Nie żeby był jakimś zapalonym fanem Starego Dumbledore' a, jak jego braciszek, ale jego stosunek do wojny czarodziejów pozostawał neutralny. Chociaż, uczciwie mówiąc, gdyby już musiał wybierać, raczej nie zwróciłby się w stronę Śmierciożerców. Ci, którzy chcieli nimi zostać nie należeli do błyskotliwych, przecież nie ważne kim jesteś w tych czasach- czy tym złym, czy dobrym, On i tak cię dorwie i załatwi. Smutne, ale prawdziwe. Dlatego Black chciał gdzieś wyjechać po ukończeniu Hogwartu, byle tylko nie tarzać się w tym całym młynie. Może do Stanów? To przyszłościowy kraj. No i stamtąd jest Presley. 
            Nim się obejrzał przerwa obiadowa już się skończyła, a on nie miał już lekcji. Jak większość uczniów został zwolniony, bo siódmiaki pisały próbne owutemy. Regina narzekała, że ma zaraz jeszcze do zdania zielarstwo, a potem transmutację i jest wolna. 
-Zobaczymy się wiesz, gdzie- odparła ze słodkim uśmiechem, którego nie dało się nie odwzajemnić, po czym wyszła krokiem pełnym gracji z sali. Wszyscy z Łowców używali tego tajemniczego "wiesz, gdzie" terminu, by zadbać o nutkę tajemnicy i sprowokować innych do plotek, czego Prewettówna raczej nie pochwalała. Black zdążył się już przekonać, że z ta babka nie daje sobie w kaszę dmuchać. 
Regulus chciał się jeszcze położyć, żeby być w pełni gotowości na spotkanie, a po wieczornej imprezie w Pokoju Wspólnym czuł się wykończony. Po drodze zaczepiło go kilku dziwnych typów, ale nie zwracał na nich uwagi. Zdziwił go jedynie fakt, że na klatce schodowej łączącej siedem dormitoriów ślizgońskich chłopców, natknął się na Jo Prewett, która wyszła z pobliskich drzwi i zamiast przejść z przesadną wyniosłością i z miną, jakby właśnie zjadła dziesięć cytryn, puściła do niego perskie oko. 
Wtedy dopiero pojął, jak bardzo ten dzień będzie dziwny.

***

            James i Syriusz wymienili dwa spojrzenia, które najwyraźniej przekazywały jakąś zaszyfrowaną, telepatyczną wiadomość, a zrozumieć potrafił ją jedynie jeden z nich, zanim odezwali się do dobrze znanych im dziewczyn. Za drzwiami stała rudowłosa istotka z wielkimi, zielonymi oczami i typową dla niej miną, która zdradzała jej wyjątkowy, jak na dziewczynę, hart ducha i odwagę, przebraną w o wiele za duży, biały fartuch uzdrowicielki. Pasowało jej to. 
-Evans?- zdziwił się okularnik bez zastanowienia, nim przypomniał sobie, że nie powinien się w ogóle odzywać. Wiedział, że jego zachowanie nie jest zbyt dojrzałe i że już dawno przestał złościć się na tę zarozumiałą osóbkę, ale wolał nie dawać tego po sobie poznać- poirytowanie w oczach dziewczyny było takie urocze…
–Meadowes? McKinnon?- dokończył za niego rozbawiony Syriusz. –Mamy jakiś bal przebierańców, czy co?
-Eee… hej- pierwsza oprzytomniała Dor. –Ja… nie wiem o kim mówicie. Nie znam… nie znam żadnej Meadowes.
-Ja… ja też- dodała Lily. –Mu… musieliście nas z kimś pomylić.
            Mara wywróciła oczami. W przeciwieństwie do przyjaciółek nie zamierzała kontynuować tej szarady i wiedziała, kiedy sprawa jest przegrana. Znała jednak na tyle Lily i Dorcas, że wiedziała, że będą ściemniać tak długo, aż Huncwoci sami skapitulują. Zapowiadała się wyjątkowo bezsensowna konwersacja.
            Syriusz parsknął, a jego śmiech przypominał trochę szczeknięcie psa, po czym przyjrzał się z udawanym zainteresowaniem plakietkom dziewczyn.
-Faktycznie…- powtórzył ze sztuczną powagą. –Rogasiu, przestraszyliśmy biedną pannę Hummel i… o, Merlinie… Uglyfoot- zaśmiał się głośno, a Lily wyrwała mu bezceremonialnie identyfikator z dłoni, przy okazji ciskając nim w jego głowę. James również się zaśmiał.
-Nie było na pokładzie ciekawszych nazwisk?
-Nie wiem, o czym mówisz. Pochwal się swoim, jak jesteś taki mądry- prychnęła i zrobiła obrażoną minę, jakby naprawdę dotknęła ją uwaga o jej teraźniejszym nazwisku.
-Dobrze, Evans, skoro jesteś taka na nie, idziemy odwiedzić Hestię bez ciebie- podsumował Black przybierając przesadnie smutny wyraz twarzy. –Łudziłem się, że zmienisz zdanie. Możemy iść, prawda, Belle?- zwrócił się do uzdrowicielki.
Rogacz mimowolnie uśmiechnął się na to zdrobnienie- podczas pierwszego dnia, który Łapa spędził w jego domu, matka już kazała nazywać się per Belle, bo nienawidziła oficjalnej formy „pani Potter”. Syriuszowi to odpowiadało, tym bardziej, że czułby się z tym niezręcznie. James uwielbiał swoją matkę za to jak traktowała Łapę- w jej oczach był jej drugim synem, a gdy tylko Rogacz oznajmił, że  młody Black zostaje z nimi już na dobre, bardzo poparła jego decyzję i pomogła chłopakowi się rozpakować. Chociaż, jakby się nad tym dłużej pomyślało, to Belle Potter przyjęłaby pod swój dach pewnie każdego, kogo przedstawiłby jako swojego przyjaciela. Nie było drugiej kobiety, która miałaby aż taki instynkt macierzyński i pragnęła większego tłoku w domu. Pewnie dlatego tak ochoczo zgodziła się na przygarnięcie Hestii, chociaż widziała dziewczynę trzy razy w życiu na krzyż. 
-Tylko jej nie wymęczcie!- rzuciła z uśmiechem. -I wpadnijcie przy okazji do Mayie…
-Jasne, mamo- przerwał jej okularnik. –To co? Hummel, Cohen, Uglyfoot, idziecie z nami?- spytał retorycznie.
            Wyjątkowo drażniła go wszelka gadka o May, chociaż niedawno ogłosili te całe swoje zawieszenie broni. James mógł przez dugi czas zastanawiać się, czy jego siostra trochę się zmieniła i czy od wydarzeń z zeszłych wakacji poszła po rozum do głowy, ale okoliczności, przez które trafiła do Munga kilka dni po Hestii, przeważyły. Większość dziewczyn już zawsze będą miały kompletne masło w głowie, oczywiście gdzieś tam przewiną się specjalne jednostki (jak Lily Evans), ale May z pewnością nigdy nie wesprze tego lepszego orszaku. I naprawdę, gdyby miał zamiar ją teraz odwiedzić, ześwirowałby do reszty. Z rozmyśleń wyrwał go głos Dorcas:
-Nie mówcie do mnie Elizabeth, okej? To imię jest sztywne.
-Na twoje życzenie mówimy do ciebie Ellie- przypomniała jej Marlena. Dor zaśmiała się lekko.
-W sumie to kuszące zmienić imię na jeden dzień- zastanowiła się głośno. -Zawsze chciałam mieć na imię Allison albo coś takiego przyjemnego… Może Priscilla? Albo Melissa?
-Ali, Ellie… Jedno i to samo- podsumował Syriusz.
         Dorcas spiorunowała go wzrokiem i rzuciła jakiś komentarz, że dla niego każde imię brzmi tak samo, na co dowodem jest jego ciągłe przekręcanie imion swoich dziewczyn. On w obronie rzucił, że nigdy jeszcze nie przekręcił „Dorcas”, a ta jakoś to zripostowała, ale nikt już ich dłużej nie słuchał. Od całej sytuacji z mononukleozą ta dwójka kłóciła się, czy lepiej- prowokowała i droczyła nagminnie, najwyraźniej biorąc to za wyborny flirt.
-Proszę pani- zwróciła się Lily do Annabelle Potter. –Mam nadzieję, że eee… nie ma pani nam za złe tego… hmm… ataku na wolontariuszki ze Szkoły Uzdrowicielstwa i…
-Daj spokój, Lily- kobieta aż machnęła lekceważąco ręką. –Chelsea, Elizabeth i Grace, te prawdziwe, były strasznie zarozumiałe… Wytknę im, że szesnastolatki skopały im tyłki i jestem ciekawa, co  mi odpowiedzą.  
-Skąd pani wiedziała, że jestem Lily?- wymsknęło się dziewczynie. –Znaczy… Chyba żadna z nas nie nazwała się po imieniu, prawda? Dorcas coś tam mamrotała, ale…
-Nie, nie…- przerwała jej z uśmiechem i spojrzała na swojego syna. Ten rzucił jej dziwne spojrzenie, którego Lily nie mogła sprecyzować, ale wyglądało to jakby tych dwoje prowadziło telepatyczną rozmowę, taką jak ona i Jo. –Po prostu… To musiałaś być ty- rzuciła zagadkowo.
-Pewnie chłopcy dużo pani o niej opowiadali- zaśmiała się Dorcas na chwilę przerywając kłótnię z Łapą. –Ja jestem Dorcas. Dorcas Meadowes.
-Czyli przyznajesz się, że nie jesteś Ellie Hummel?- zaśmiał się Rogacz.
-Skoro inaczej nie doprowadzicie nas do Hestii… Chyba mogę chwilowo zdradzić wam prawdziwą tożsamość.
-Ja jestem Marlena McKinnon- przedstawiła się, jako ostatnia Grace. Belle Potter krótko ścisnęła jej rękę, po czym zrobiła to samo z Meadowes.
-Słuchajcie, za pół godziny pani Hamilton karze wszystkim gościom się wynosić na czas popołudniowych badań, więc lepiej idźcie tam, póki jeszcze możecie- doradziła uzdrowicielka. James potaknął i z łobuzerskim wyrazem twarzy szepnął coś do ucha Dorcas. –Pamiętaj! Odwiedźcie Mayie!
-Jasne, jasne- mruknął Potter i gdy tylko jego matka zamknęła drzwi, za którymi zniknęła kilkanaście minut wcześniej, wywrócił oczami.
-Nie pójdziemy do „Mayie”, co nie, Rogasiu?- spytał Syriusz.
Tamten w odpowiedzi wymownie przewrócił oczami. Marlena i Dorcas zignorowały to mimo uszu, ale w ich naturze raczej nie leżało kłócenie się z przystojnymi chłopcami. Jednak nie umknęło to Evansównej.  
            Nie żeby May należała do jej najlepszych przyjaciół, szczerze powiedziawszy znała tę dziewczynę tylko z widzenia, ale cała ta sytuacja niezbyt jej się spodobała. Rozumiała, że James jest pokłócony ze swoją siostrą, nikt nie rozumiał go lepiej niż ona biorąc pod uwagę sytuację z Petunią, ale ona nigdy nie zostawiłaby swojej siostry, gdyby ta leżała w szpitalu. Tym bardziej nie mogła wyjść z szoku, gdy zobaczyła, że tamci otwarcie śmieją się z jej położenia.
-Więc… May też jest w Mungu?- spytała, niby z ciekawości. James nie odpowiedział, ale Syriusz spojrzał na nią badawczo i rzucił:
-Nie w ten sposób, w jaki myślisz.
-A… ale…
-Daj spokój, Evans. Choć raz nie wtrącaj się w cudze problemy- warknął Rogacz. Dorcas rzuciła mu spojrzenie pełne wyrzutu.
-Mógłbyś przestać już…
-Nie wtrącam się w cudze problemy- przerwała jej Lil. –Po prostu się pytam.
-Nikt ci nie odpowie.  
-Super- skwitowała i założyła ręce na piersi.
            Meadowes i Black przyglądali się tej wymianie zdań smutno. W głębi serca każde z nich trzymało kciuki za tę dwójkę, chociaż ta pierwsza otwarcie doradzała Lily flirtować z innymi, a ten drugi z początku klepał przyjaciela po plecach, gdy tylko usłyszał o całej tej kłótni. Po czasie dostrzegł, że jego kumpel stał się wyjątkowo przygaszony i po dawnym optymistycznym i wypełnionym pozytywną energią chłopaku nie zostało nic. W dodatku pokłócił się z Peterem, a raczej ten drugi się na pierwszego obraził za cały ten cyrk z Jo Prewett (Syriusz co prawda nie wiedział, że Pettigrew wie o pocałunku od dłuższego czasu, a epidemię mononukleozy użył jako przykrywkę), Remus wiecznie gdzieś znikał i póki co był jedynym nie-wyczepranym-życiem Huncwotem. Szkoda tylko, że większość wolnego czasu spędzał w damskim towarzystwie (naturalnie nie miał nic przeciwko dziewczętom, ale każdy, nawet on, od czasu do czasu potrzebuje jakiegoś męskiego wypadu czy, jak w przypadku Hunwotów, kawału), a raczej towarzystwie dziewczyny, która miała ciągle o coś pretensje (Dorcas) i prawdziwej złośnicy (Lily). Och, jak bardzo chciał, żeby Evans i Potter wrócili do ogólnej zgody, a ich kłótnie stały się błahe i kilkuminutowe, jak dawniej.
-…to nie moja wina, że jesteś kompletnie niewrażliwy!- dobiegł do niego słynny głos Lily, który zwiastował niepohamowany wybuch.
-Niewrażliwy, wścibski, arogancki… powtarzasz się już, Evans. Może dla odmiany pogadamy o twoim charakterze, co ty na to?
-Och, zamknijcie się- warknęła Marlena.
–Pokłócicie się potem, teraz masz nas doprowadzić go Hestii, przewodniku- wtrąciła się Dor i uśmiechnęła się sympatycznie chcąc rozładować atmosferę.
            Syriusz poprał jej pomysł i doprowadził towarzystwo do końca mijając rządki drzwi, które każde wyglądały tak samo i zatrzymując się przy jakiś dwudziestych od początku.
-Panie przodem- odparł otwierając drzwi.
            W środku leżało kilka osób, każdy z jakąś specyficzną przypadłością- jednej dziewczynie wyrosło trzecie oko, jakiś chłopak miał króliczy ogon, a płci kogoś innego nie dało się określić, bo zaklęcie zbyt namieszało w jego fizycznym wyglądzie. Te wszystkie osoby łączyło jedno- były niepełnoletnie. W łóżku najbliżej okna leżała Hestia, z typową dla niej podekscytowaną miną. Jako jedyna nie odpoczywała, tylko przewijała coś, co przypominało nić przez różową, dziecięcą poduszkę. Tak bardzo wciągnęło ją to zajęcie, że kompania musiała kilka razy odchrząknąć, żeby odrzuciła to za siebie i wyskoczyła uściskać ich na przywitanie. Zaśmiała się cichutko i wskazała palcem na stroje uzdrowicielek, a potem na plakietkę z napisem Uglyfoot. 
-Dziewczyny bardzo chciały cię odwiedzić, Jones- wyjaśnił jej Syriusz. –Ale nie przypuszczały, że kręte, szpitalne korytarze okażą się ponad ich siły.
         Szatynka parsknęła śmiechem, po czym otworzyła usta i poruszyła nimi bardzo szybko, niewątpliwie chcąc rzucić jakąś ciętą odezwę, ale żaden dźwięk nie wyszedł z ruchów jej warg. To ją nieco przygasiło.
-Belle mówi, że coś już wymyślili… Że sprawdzili twój medalion i znaleźli sposób na przerwanie zaklęcia- pocieszył ją Black klepiąc delikatnie po plecach. 
-Na pewno odzyskasz głos- dodał z mocą Rogacz.  –Hogwart nie będzie dobrze funkcjonować bez takiej plotkary.
-Desc… up- wycedziła. Wypowiedziała pierwsza sylabę z akcentem francuskim, a drugą z francuskim.
-Miesza języki- wyjaśnił James. –Wczoraj mówiła coś po włosku i niemiecku.
-Magomagikowi prowadzącemu udało się przełożyć z tego hybrydowego kilka przekleństw, ale nic nie pomogło w diagnozie- dodał Syriusz.
-Czy… ona nas rozumie i w ogóle?- spytała Lily. Chłopcy wymienili spojrzenia.
-Chyba tak… Na początku nic nie rozumiała i kręciła głową na każde słowo, ale z czasem zaczęła jako tako ogarniać… Czasem się zaśmieje, czasem prychnie, więc zakładamy, że rozumie większość z tego, co mówimy.
-Najbardziej kojarzy francuski- dodał James. –Wczoraj starcie ona kontra ulotka po angielsku zakończyła się klęską, ale gdy robili jej eksperymentalne badania to przeczytała ze zrozumieniem fragment francuskiej książki… 
-No i nauczyła się wymawiać imiona.
            Z tymi słowami do sali wpadł następny gość. Był to wysoki facet, obładowany jakimiś kartonami tak, że widoczne pozostały jedynie jego poczochrane, kruczoczarne włosy. Z nosa spadały mu okulary, które widocznie bardzo uprzykrzały mu życie. Mężczyzna miał na sobie dżinsowe spodnie i koszulkę z krótkim rękawkiem, taką, jak te, w których gra się do tenisa, mimo że wielkimi krokami zbliżała się zima. Hestia uśmiechnęła się szeroko na jego widok.
-Hej, James, Syriusz, pomożecie mi to przytargać, bo…- przerwał, ponieważ jeden z górnych kartonów stoczył się z niepoukładanej sterty. Dziewczyna złapała go w locie.
-Dzięki, kuzynko- zaśmiał się Seth Potter i położył kolorowe kartony na rozłożone ręce swojego syna i Blacka. –Mam coś dla ciebie.
-Planszówki.
-Mugolskie planszówki, James- uściślił Seth tonem, jakby fakt, że są mugolskie robił diametralną różnicę.
-Skąd… wziąłeś mugolskie planszówki?- spytał Syriusz.
-Ach… Przechodziłem właśnie niezwykle ruchliwą uliczką Londynu i widzę jakiś straganik z przeceną na gry. Tak się składa, że miałem trochę mugolskiej kasy, więc pomyślałem o mojej kochanej niemej kuzynce, dlatego wziąłem trochę zbędnego złomu o…
-All.. bou… op.. tique?- spytała Hestia.
-Jasne- Seth Potter zdawał się świetnie ją rozumieć. –Cały stragan wykupiłem. Ale… och.
            Lily i Marlena przywitały się grzecznie, a Dorcas pomogła w dźwiganiu kartonów. Ojciec Jamesa podrapał się po głowie, trochę zaskoczony, że nie zauważył wcześniej dziewcząt, ale szybko się zreflektował i parsknął śmiechem widząc ich stroje wolontariuszek.
-Porwaliście dziewczyny?- spytał się Huncwotów. –I jeszcze kazaliście im się przebrać? Nie ładnie…
-Nie porwaliśmy ich, Seth- Syriusz udał, że jest oburzony podobnym podejrzeniem. –Wręcz przeciwnie… Próbowaliśmy wybić im ten nikczemny pomysł z głowy, ale…
-Syriusz próbuje powiedzieć, psze pana, że to on śmiał się najgłośniej, kiedy nas przyłapał- przerwała mu Dorcas. –Jednak honor każe mi zwalić wszystko na Lily, bo to jej dzisiaj odbiło.
-To był twój pomysł, Evans?- zapytał Syriusz z niedowierzaniem i zaczął bić brawo. Ruda zamarła.
-Nie… To nie był… no może… trochę. Ale wątpię, że wymyśliłbyś coś lepszego na moim miejscu, Black.
-Na pewno by nie wymyślił- poparł ją Seth Potter, po czym ujął jej rękę i krótko ją pocałował. –Wspaniale nareszcie cię poznać, kochana. Po tym wszystkim, co opowiadał o tobie mój syn…
-Nic nie mówiłem!- oburzył się James. –To Syriusz nadawał o niej dwadzieścia cztery na dobę.     
-On szczególnie- zgodził się Seth. –Ale ty dodawałaś parę celnych komentarzy od siebie- po tym znów zwrócił się do Lily: -Patrząc na ciebie muszę odwołać moje wszystkie opinie co do słabego gustu mojego syna. James, ona faktycznie jest zjawiskowa.
            Ruda oblała się szkarłatnym rumieńcem, chociaż nie łatwo było wprowadzić ją w zakłopotanie. Potter schował twarz w dłoniach nie mogąc znieść bezpośredniości swojego ojca. Evansówna pomyślała, że dzięki niemu przynajmniej zacznie dostrzegać jak irytujące jest jego zachowanie, bo postępował identycznie jak Seth. Reszta z kolei miała świetny ubaw z docinek starszego Pottera, a już najbardziej rozbawiona była Hestia, więc jej „kuzyn” najwyraźniej spełnił swoje zadanie.
-Gran-lous- odparła.
-Nie, Hestia, żadne granlous- warknął James. –Tato, proszę cię, po prostu…
-Och, nie obrażaj się, Jamie- poczochrał mu głowę ojciec. –Przecież nie mam tu na myśli niż złego, po prostu…
-…po prostu mówi prawdę, mój drogi- dokończył Łapa. –No, nie zaprzeczysz chyba, że Lily Evans jest zjawiskowa. Gdybyś to zrobił, to pewnie nazajutrz byś się nie obudził, ale…
            Tym razem nie  przerwał mu ani pan Potter, ani Lily, ani James, ani Dorcas, ani nawet Marlena czy Hestia ze swoją niespójną ripostą, tylko trzaśnięcie drzwiami. Ich krąg się powiększał, a do sali wpadła, ku ogólnej radości, Belle Potter.
-Seth?! Kiedy Melissa powiedziała mi, że widziała cię przy wejściu obładowanego jakimś złomem, myślałam, że żartuje, a ty… O, mój Boże.
-Przyniosłem tylko dla twojej pacjentki trochę gier, Bellie- odparł z uroczym uśmiechem. –Przecież nie przemyciłem czegoś niepożądanego.
            Annabelle puściła jego słowa i zaręczenia płazem i spojrzała na pierwszy z brzegu karton.
-Scrabble- przeczytała. –Kupiłeś chwilowo niemej dziewczynie, grę, która polega na układaniu liter.
-Nie bądź taka sceptyczna- bronił się Seth. –Może jej to pomoże.
-Na pewno- westchnęła kobieta. Przyjrzała się dziewczynie od stóp do głów, dopiero po pewnym czasie dochodząc do jakiegoś wniosku i przybierając surowy wyraz twarzy: –Ejże, Hestia! Wracaj natychmiast do łóżka!
            Dziewczyna spełniła prośbę zabierając, jak na złość, pudełko scrabble’ i położyła je sobie na kolana. Odczekała kilka sekund biorąc głębokie oddechy, następnie uśmiechnęła się słabo, żeby dodać sobie odwagi, po czym z nieodgadnionym wyrazem twarzy uniosła pokrywę i wyjęła mały woreczek, z którego wnętrza wypadło na jej kolana mnóstwo literek. Uniosła jedną brew i ujęła mały element w dwa palce, przyglądając się z każdej strony literce „l”. Kiwnęła głową, jakby sama do siebie i sięgnęła po następne literki. W jej oczach pojawiły się iskierki nadziei. Nowy wyraz powoli kształtował się na planszy, gdy…
Wszystkie małe kwadraciki upadły głośno na podłogę, po tym jak dziewczyna wybrzuszyła dynamicznie kołdrę kręcąc głową z rezygnacją. Nie mogła ułożyć z tego nic sensownego.
Seth Potter jęknął z zawodem, a Belle szepnęła mu na ucho:
-Mówiłam.  
            Od tego czasu Hestia tłumiła wszelką nadzieję na nagły powrót do zdrowia. Nie otwierała już bezgłośnie ust, nie bełkotała już niepowiązanych ze sobą sylab. Po prostu ucichła. Resztki radości życia powoli opuszczały ją jak spuszczone powietrze z balonu z helem. Nie zajrzała też do żadnego z następnych pudełek, dlatego gry zostały rozłożone między jej dzisiejszych gości. Lily pozbierała rozsypane na ziemi literki i pełnymi garściami kładła je na stolik. Zawsze lubiła tę grę, a dzisiaj trafili jej się naprawdę nieźli przeciwnicy.
-Striptiz- przeczytała rudowłosa, a Syriusz Black wyszczerzył do niej rządek równych zębów. –Okej… Niech będzie striptiz.
-Osiem liter- gwizdnął z uznaniem James Potter. –Już nie jesteś ostatni.
Po tych słowach ustawił na planszy kolejne literki. Razem z poprzednimi wyrazami „dziecko” i „zachowanie”, utworzył „foch”.
-To jest chyba trochę wbrew regułom!- prychnęła Lily, która nie mogła dłużej tolerować oszukiwania chłopaków. –Nie sądzisz, że jest to trochę zbyt potoczne słowo?
            Jeśli łudziła się, że okularnik tym razem się do niej odezwie, to musiała doznać bolesnego rozczarowania. James obdarzył ją jedynie swoim popisowym spojrzeniem, w którym dostrzegała rozczarowanie, złość i żal. Pod jego ostrzem nie miała siły dalej się kłócić.
-Dobra, dobra! Możemy to uznać…- jęknęła. -Chociaż nie wiedziałam, że scrabble są aż tak terapeutyczną grą.
-Hę?- zdziwił się chłopak.
-No wiesz… ułożyłeś „foch”, „dziewczyna” i „koniec”. Idąc tym tropem twój psycholog naprawdę mógłby zdiagnozować poziom twojej choroby psychicznej- rzuciła, lekko już poirytowana- albo twój przyjaciel dowiedziałby się, czemu wyglądasz, jak półtora nieszczęścia.
-Nie jesteś ani jednym, ani drugim- warknął. Ruda ze smutkiem odkryła, że to do tej pory najdłuższe zdanie jakie do niej skierował.
-Sama nie jesteś lepsza, Evans- zaśmiał się Black. –Jeśli na podstawie słów Rogasia wykryłaś u niego chorobę psychiczną, tu u ciebie jest tylko gorzej. „Zemsta”, „gniew” i… „całus”- zaśmiał się jeszcze głośniej.
-Twoje wyrazy powinny zostać zdyskwalifikowane- odszczekała się dziewczyna. –Więc lepiej się przymknij, bo to właśnie u ciebie najbardziej razi niezrównoważenie emocjonalne.
-Masz Zespół Kompletnego Zboczeńca, mój drogi- poparł ją Rogacz wskazując na jego dotychczasowe wyrazy (lepiej ich nawet nie przepisać, ale wierzę, że potraficie wyobrazić sobie, co powstało w wyobraźni Blacka), po czym z nudów rzucił w jedną z literek prosto w jego wyszczerzone zęby.
-Ej!- obruszył się szarooki, ale szybko się zreflektował i ułożył następny wyraz. –Czekałem na „f”!   
-Frajer?- podniosła głos Ruda. –Z tego robi się gra na nie-niecenzuralne słowa, a nie scrabble! Poza tym teraz moja kolej.
            I wyciągnęła niemal wszystkie swoje literki, sprytnie łącząc je z tymi, które już leżały na planszy tworząc „rewaloryzację”. Huncwoci zrobili głupie miny, a Lily zaśmiała się, policzyła punkty i zapisała na swojej karcie szóstkę i piątkę obok siebie.
-No tak…- zaczął Syriusz. –Ale skoro się wepchałaś…
-Ty się wepchałeś.
-…to ja pojadę jeszcze raz. Od twojego „r” zacznę pisać rower, przeciągnę przez „y” Jamesa i wykorzystam pustą literkę i strzałkę do końcówki twojego wyrazu i…
-Ale ta strzałka idzie w inną stro…
-…i wykorzystam pole z czterokrotnym podwyższeniem punktów i…
-Nie cwaniakuj, Black.
-…i pożyczę od ciebie „a”.
-Nie pozwalam!
-…i mam „rowerzystę”. Razem mam sto czternaście punktów.
            James parsknął śmiechem przyglądając się całemu oklepanemu słowu, które w dodatku zostało napisane z błędem ortograficznym, bo Syriusz nie miał, co zrobić z „ż”. Lily prychnęła głośno i odmówiła zapisania tego „wraka normalnego wyrazu” do punktacji.
-Och, daj spokój, Evans. Specjalnie ułożyłem dla ciebie mugoskie słowo, a tu jeszcze pretensje!
-Żadne pretensje, Black- warknęła. –Mógłbyś już zostać przy „rowerze”, bo dalsza część tego wyrazu jest stworzona z twoich durnowatych przekrętów! Zasługują one na jakieś trzy punkty, a nie sto czternaście.
-Po prostu nie możesz przeżyć, że skopałem ci tyłek w tę grę. Po takim wyniku, żadne „rewaloryzacje” nie pomogą ci nadgonić.
-Nie gram z tobą.
-O! A więc wygrałem walkowerem? No chyba, że Rogaś wróci do walki i spróbuje nadrobić, ile to…- udał, że nagle zainteresował się tabelą wyników suwerennie przygotowywaną przez Lily w ciągu ostatnich godzin. –Dwieście pięć punktów. To tylko dwieście pięć punktów, stary!
-Ciesz się wygraną, Łapciu.

***

            Pani Potter raptem kilka minut wcześniej obwieściła, że „laski” (Lily z początku nie była zaskoczona tym określeniem, ale nim dłużej zaczęła się zastawiać, tym bardziej utkwiła w przekonaniu, że takie wyrazy brzmią dość niepokojąco w ustach odpowiedzialnych, dorosłych osób) i jej chłopcy powinni już zbierać się go powrotu. Seth Potter dodał, że wolałby nie mieć na pieńku z profesor McGonagall, dlatego polecił Jamesowi kupić jakieś kwiatki, ale jego syn jedynie machnął ręką i stwierdził, że do ugłaskania profesorki wystarczy jego chłopięcy urok. 
        Do tej pory cała piątka gawędziła wokół łóżka Hestii, co chwila się do niej zwracając, jakby przez cały ten czas dziewczyna faktycznie podtrzymywała z nimi rozmowę. Jones czuła za to sporą wdzięczność. Jak większość osób nie lubiła być traktowana nadzwyczajnie podczas wypadku czy choroby. Wciąż jednak, od incydentu ze scrabble’ ami nie odezwała się ani jednym słowem. Kilka minut temu towarzystwo zaczęło się wykruszać. To Marlena powiedziała, że skoczy na drugie piętro, żeby popatrzeć na jakieś tam ugryzienia, to Dorcas rzuciła, że idzie na górę do kawiarni, bo ma dość posmaku w ustach kremowego piwa. Przez pewien czas w sali tkwił jeszcze Syriusz, który pełnił funkcję łącznika pomiędzy Evans a Potterem, to znaczy, zagadywał obie strony i żartował wkręcając ich do wspólnej rozmowy, ale jednocześnie nie dopuszczał do zwrócenia się tej dwójki bezpośrednio do siebie. Hestia cicho śmiała się z tej sytuacji, za co obrywała od kuzynów twardymi, szpitalnymi poduszkami. Najwyraźniej czekał on jednak na odpowiednią chwilę, by zostawić swojego kumpla ze „złośnicą”, bo gdy atmosfera znacznie się rozluźniła, sam poszedł do łazienki, puszczając przy okazji perskie oko do Lily.         
Dzisiejszego dnia Evans spędziła z Łapą i Rogaczem więcej czasu na przyjaznej rozmowie niż kiedykolwiek i mimo dumy musiała przyznać, że przez te lata trochę przesadzała i nie są oni wcale tacy źli jak myślała. Przede wszystkim zazdrościła im tej braterskiej więzi, która według Syriusza przypominała trochę tę jej z Dor, ale Lily szczerze w to wątpiła. Obserwując dwójkę przyjaciół nie można było pozbyć się wrażenia, że rozumieją się niemal bez słów i że oboje są gotowi na wiele poświęceń dla tego drugiego. Wcześniej naturalnie również ceniła przyjaźń, która łączyła Huncwotów, ale traktowała ją podobnie jak tą jej i dziewczyn, podczas gdy dziś naprawdę zobaczyła jak bardzo chłopcy są do siebie przywiązani. Uczciwie mówiąc, nie spodziewała się, że oboje są na tyle dojrzali, żeby zbudować taką przyjaźń.
Odczuwała też swego rodzaju smutek, kiedy kątem oka zauważała, jak James żartował razem z Dor i Marą, a ją stale ignorował. To było dziwne do zdefiniowania uczucie… chyba lekka irytacja zmieszana z rozgoryczaniem. Nawiedzał ją dzisiaj bardzo rzadki gość- wyrzuty sumienia, które usilnie próbowały przekonać ją do przeprosin. I w tej chwili taka mała walka toczyła się w zmęczonym umyśle Gryfonki.
-Syriusz coś długo nie wraca z tej toalety…- zaczęła cicho czując narastające zażenowanie. Kątem oka zobaczyła Hestię, która schowała twarz w dłoniach. Evans mogła się założyć, że gdyby tylko znów mogła mówić, pierwsze co by wypowiedziała to: „to było żałosne, Lil”.
            James skrzyżował ręce na piersi, przytaknął i zrobił wymowną minę kompletnie ignorując jej spojrzenie. Ruda ponownie spojrzała na Jones, która teraz dziwnymi gestami zachęcała ją do podtrzymywania rozmowy. Szósty zmysł podpowiadał jej, że oni wszyscy, Marlena, Dorcas i Syriusz zmówili się, żeby ich dzisiaj pogodzić.
-James…- zaczęła miękko, trochę się do niego przybliżając. Chłopak z zaskoczeniem przeniósł wzrok na jej czerwone policzki. Nieczęsto słyszał z jej ust swoje imię, tym bardziej kiedy zostało wypowiedziane tak łagodnie i słodko.
-Lily?- powtórzył. Z lekkim uśmiechem odnotował, że dziewczyna dmucha w kosmyki włosów, które uroczo opadały jej na czoło. Zawsze tak robiła, kiedy próbowała się uspokoić bądź wziąć w garść.
-Ja… - głos jej zadrżał. –No wiesz… Ja… Chciałam cię… tak jakby…
            Jamesowi nie dane było dowiedzieć się, co Lily „chciała tak jakby zrobić”, bo wtem ktoś otworzył drzwi z impetem, a do sali wpadł następny gość, który niewątpliwie odwiedzał Hestię. Za nim wparowała jakaś uzdrowicielka, bardzo niezadowolona z tego najścia, ale chłopak puszczał jej wyrazy sprzeciwu płazem.
            Był to blondyn ze skórzaną kurtką i ciemnymi, przeciwsłonecznymi okularami, więc nie sprawiał za ciekawego pierwszego wrażenia, tym bardziej, że dopiero co włamał się do szpitala. Dopiero kiedy ściągnął okulary, uśmiechnął się z satysfakcją i zamrugał swoimi szmaragdowozielonymi, migdałkowymi oczami, które do niedawna zdawały się być dla Pottera jedyne w swoim rodzaju, dało się zobaczyć jego swoisty urok. Nie należał do osób bardzo przystojnych, ale urody odmówić mu nie można było, tym bardziej, że nadrabiał to dziwną aurą, która emanowała z niego w ogromnych ilościach. Ciężko to wytłumaczyć, ale z pewnych powodów nie mogło się oderwać od niego wzroku przez kilka pierwszych sekund. Odznaczał się chłopięcą urodą i mimo, że ciemna kurtka i pokazowa mina dodawała mu wieku, jego rysy kształtowały oblicze małego chłopca, który ubrał ubrania ojca i nałożył szczudła.
            Hestia natychmiast wyskoczyła z łóżka, a oczy niemal wypadły jej z orbit. Nie trzeba było znać się dobrze na ruchach warg, nawet jeśli ktoś układa je mieszając wiele sylab i języków, żeby zgadnąć, co dziewczyna w tej chwili powiedziała, bo ktoś inny wymówił to za nią:
-Chasey!?- wykrzyknęła Lily ignorując zaskoczonego Jamesa, jeszcze bardziej zdumioną Hestię i poirytowaną uzdrowicielkę. Zdrobnienie „Chasey” idealnie do niego pasowało, jednak chłopak najwyraźniej go nie lubił, bo przeszły go ciarki i nieco zmęczonym wzrokiem zlustrował rudowłosą, a potem… zrobił podobną minę, jak wcześniej Hestia i wydukał:
-Lils?
            Chwilę później oboje już trwali w niedźwiedzim uścisku śmiejąc się jak do sera. Usta Jones uformowały się na kształt litery „O”, a James mrugał bez sensu co kilka sekund. Żadne z nich nie mogło zabrać się za zapytanie, skąd tych dwoje się zna. Tymczasem teatrzyk wciąż trwał:
-Nie widziałam cię od…
-…imienin ciotki Stacy w wakacje dwa lata temu.
-Dłużej! Nie przyjechałam na imieniny do ciotki Stacy, bo złapałam koszmarną grypę żołądkową… To… chyba ostatni raz widzieliśmy się na pogrzebie…
-Mary czy mojej matki?
-Ma… to znaczy, mojej matki. Co do ciotki Amandy, to tata nie pojechał na stypę i się minęliśmy, pamiętasz?
-Coś było. Matko, nic się nie zmieniłaś, AB, przysięgam… No może trochę zmalałaś… o ile to jeszcze możliwe.
-Ty wciąż wyglądasz jak pięciolatek w przebraniu. Ale… dobrze cię widzieć.
-Taaa…. Tęskniłem, Dziwaku.
            Hestia odchrząknęła kończąc te ciepłe powitanie. Otworzyła buzię z założonymi rękami na piersi, ale i tym razem nie wyszło z nich nic sensownego, dlatego kopnęła oniemiałego Jamesa w kostkę.
-To… wy się znacie?- spytał głupio Potter.
-To mój kuzyn…(ka)-odpowiedzieli równocześnie Chase i Lily. Chłopak zaśmiał się pod nosem i trącił Evansówną w ramię.
            Jones pokręciła głową w niedowierzaniu i wróciła do łóżka potykając się o literki od scrabble’ i (kilka z nich wciąż leżało wokół jej łożka), a James wrócił do przepytywania. Nie podobał mu się ten chłopak.
-Ale… Znasz Hestię, tak?
-Noo…- zgodził się Chase i rzucił mu bezczelny uśmiech. –Chodziliśmy razem do szkoły. Jedno bractwo… przyjechałem tu w sprawie listu…- wyjaśnił i wyciągnął zwitek papieru z kieszeni, jakby było to specjalne zaproszenie, a jednocześnie usprawiedliwienie, dzięki któremu ma prawo wpadać bez zapowiedzi do niemej dziewczyny.
            Hestia cała zbladła, ponownie wyskoczyła z łóżka (plastikowe kwadraciki wżynały jej się w stopy, jak szła, ale zdawała się nie zwracać na to uwagi) i bezceremonialnie wyrwała blondynowi karteczkę. Z każdym przeczytanym słowem jej twarz robiła się coraz bladsza, aż uzyskała barwę mleka i uzdrowicielka (tak, ona wciąż tam stała) przytrzymała ją w razie, gdyby miała paść jak długa.
            Był to dokładnie ten list, który napisała za radą Lily (wiedziała, że takie rzeczy zawsze się źle kończą) i w sumie nie miała pojęcia, czy go skończyła, czy jednak nie. Wszystkie wspomnienia z tamtej nocy, podczas której oberwała zaklęciem jednorazowym były koszmarnie rozmazane i zdawały się ze sobą pokrywać i mieszać. To możliwe, że skończyła list… Możliwe, że go nawet zaadresowała. I możliwe, że nie zdążyła go spalić. Ale jedno jest pewne- na pewno nigdy, przenigdy nie wysłałaby tego, co napisała do domniemanego odbiorcy. Na tym polegało to wszystko! Miała przelać swoje żale na kartkę, żale, o których nikt prócz niej nie powinien widzieć! Na Merlina, kto mógłby być takim idiotą i wysłać tę kopertę?!
            Chase uśmiechnął się leciutko.
-Och, idź już sobie!- warknęła uzdrowicielka. –Osłabiasz mi pacjentów!
-Za pozwoleniem- wtrącił się James- chcesz powiedzieć, że chodziłeś z nią do Beaux?  
-Och, tak- to jest dokładnie to, co chcę powiedzieć- zgodził się Chase. –Coś nie tak?
-Przecież… Wy…
-Jesteś czarodziejem?- zdziwiła się Lily.
Reagan zamrugał szybko. Do tej pory nie zastanowił się nawet, dlaczego jego mugolska (jak wcześniej myślał) kuzynka przebywa w czarodziejskiej instytucji. Teraz chciało mu się śmiać z tej sytuacji. Boże, ile razy przez te wszystkie lata wychodził z siebie, żeby ukryć swoją prawdziwą tożsamość? Ile kitów musiał jej nawciskać? Ile żałosnych historyjek wymyślił tylko do tego celu? I w końcu- czy on również stawał się ofiarą podobnego postępowania? Czy Evans okłamywała go tak samo, jak on ją?
Uczciwie mówiąc, Chase i Lily żyli w największej zgodzie jako dzieciaki, kiedy jeszcze żadne z nich nie dostało listu z magicznej szkoły. Matka chłopaka, Amanda Evans, była bardzo zżyta ze swoim bratem Ethanem, dlatego w niemal każde wakacje i święta ściskała całe wyposażenie małego, paryskiego mieszkanka do obszernych waliz i ruszała samochodem do Surrey. Po rozwodzie rodziców podobne wypady bardzo się ograniczyły, a już po śmierci matki zminimalizowały się do zera. Chase zamieszkał ze swoim ojcem i jego nową babką, po pewnym czasie ci dwoje się chajtnęli, a jego ojciec w tajemniczych okolicznościach zginął podczas miesiąca miodowego zostawiając, w jeszcze dziwniejszych okolicznościach, cały swój dorobek życia (jego budżet od rozwodu osiągnął pokaźne rozmiary, Reagan bowiem wygrał w jakieś mugolskiej loterii i zainwestował w firmę budowlaną). Jego macocha już w dwa tygodnie po pogrzebie pana Reagan ponownie brała ślub, a Chase, chcąc nie chcąc, musiał z nią zostać. Jego nowa rodzina właściwie nigdy nie słyszała o Ethanie Evansie, Lily, Petunii i Surrey, więc wiadomo, że nie miał na co liczyć, żeby ich ponownie odwiedzić. Dlatego też tych kłamstw względem Lil nie było za dużo, bo nie było po prostu wielu okazji, ale jakieś tam były, i to zapewne w dwie strony.
-A ty?- spytał głupio.
-Hogwart- wyjaśniła. –Jestem w jednym domu z Hestią.
-I ze mną- uściślił James.
-A ty…- wskazał na chłopaka Chase- jesteś jej kuzynem… Mieszka u ciebie, nie?
-Od tych wakacji- zgodził się Potter. Blondyn pokiwał z zamyśleniu głową.
-Jestem Chase- wyciągnął ku niemu dłoń. –Ale to już chyba wiesz.
-James- ścisnął ją okularnik. –A teraz… Musicie mi wybaczyć, ale idę do siostry.

***

            -Jesteś... górskim trollem!- wypaliła Meadowes i natychmiast parsknęła śmiechem, po raz kolejny w ciągu dwudziestu ostatnich minut. Syriusz pokręcił głową.
-Ekshibicjonistą?- palnęła Marlena. Black znowu pokręcił głową.
-Hipogryfem?
-Elfem?
-Prostytutką?
-Goblinem?
-Mugolem?
-Och, nie zgadujcie!- zapeszył się Black. -Jeszcze raz: jestem facetem
-Polemizowałabym- rzuciła wrednie Dorcas. Syriusz w ramach zemsty rzucił w jej nową bluzkę czekoladową żabę zakupioną w szpitalnej kawiarence. Marlena zaśmiała się cicho.
-Osz ty...- warknęła dziewczyna. -Już wiem, kim jesteś. Barbarzyńcą.
-Eee... zależy, jak na to spojrzysz, ale chyba nie jesteś blisko celu. 
            Marlena i Dorcas wymieniły spojrzenia.
-Masz brodę…- zaczęła cicho ta pierwsza. –Jesteś facetem… Lubisz smoki… Nie umiesz gotować i znamy cię osobiście… Hmmm…
-JUŻ WIEM! JESTEŚ HAGRIDEM!- wykrzyknęła usatysfakcjonowana Dorcas.  
            Syriusz ze śmiechem klasnął i pokiwał głową. Meadowes wyszczerzyła zęby i zabrała jeden z wielu cukierków usadowionych w kupce na środku stolika. Od kilku minut każde z nich wymyślało koleją postać, którą na pewno znali pozostali, a reszta zadawała pytania, które pomogłyby w zdemaskowaniu jej tożsamości. Po Freddim Mercury, Dumbledore’ rze i Emmelinie (wybrała ją, naturalnie, Dorcas i dość złośliwie odpowiadała na pytania, ale Syriusz bez problemu zgadł, o kogo chodzi), padło na Hagrida. Każde z nich po odgadnięciu postaci brało do siebie cukierka, a póki co prowadził Black z czteroma zdobyczami.
            Całe te dziecinne gry pełniły funkcję jedynie zabicia czasu, który miał pomóc ich przyjaciołom (naturalnie mówię w tej chwili o Jamesie i Lily) w pogodzeniu się. Niestety, żadne z nich nie przepuszczało, bo któż mógłby to przewidzieć,  że wszystkie ich starania są kompletnie bezowocne, bo w tej chwili rudowłosa zamiast próbować porozumieć się z Potterem, ściskała się ze swoim ukochanym kuzynem. Ale liczą się chęci, prawda?
-Dawaj, Dor- zachęciła ją Marlena, która póki co nie miała ani jednego cukierka i chciała jak najszybciej nadrobić straty. –Już masz?
-Czekaj… Już!
-Jesteś facetem?
-Nie.
-Babką?
-Nie, Black. Interseksualistką.
-Stką? Czyli jednak dziewczyna?
-No, tak!
-Znamy ją?
-Tak.
-Długo?
-Sześć lat.
            Marlena i Syriusz wymienili spojrzenia.
-Czyli chodzi z nami do Hogwartu?
-Tak.
-Jest Gryfonką?
-Tak.
-Milutką?
-Eee… nie. Raczej nie.
-Ładną?
-Eee… no, tak, chyba. To zależy od… gustu. Według mnie tak.
-Bystrą?
-Zdecydowanie.
-Byłem z nią?
-Nie, i na pewno nigdy nie będziesz, Syriuszu- zaśmiała się Dorcas. –Trudna z niej dziewczyna.
-Nie mówisz o sobie, nie?
-Nie.
-Lily Evans!- krzyknęli równocześnie Syriusz i Mara. Dor przytaknęła.
-Cholera, a zapowiadałaby się całkiem ciekawa debata… Niepotrzebnie mówiłaś, Meadowes, że znamy ją od sześciu lat- jęknął Łapa.
-Serio? A co byś o niej powiedział?- zainteresowała się McKinnon. Syriusz wzruszył ramionami:
-Pewnie, że to najdziwniejsza dziewczyna, jaka stąpała po tej ziemi. I… Ej, dlaczego powiedziałaś, że nigdy z nią nie będę?
-A chciałbyś?- spytała z dziwną miną Dorcas.
-Nie… Ale… To zabrzmiało jak wyzwanie. To na pewno i w ogóle…
            Meadowes uniosła brwi.
-A może to było wyzwanie?- spytała ironicznie. –Bo, nie czarujmy się, jestem pewna, że nie udałoby ci się z nią umówić.
            I wyciągnęła przed niego dłoń, zupełnie jakby chciała się założyć. Syriusz już wyciągał swoją, żeby przyjąć wyzwanie, ale natychmiast ją cofnął. Znał dziewczyny na tyle, że wiedział, co teraz przemawia przez Dorcas. Na pewno tym zakładem skłóciłby ją z Lily, i na pewno pogorszyłby i tak wystarczająco opłakaną sytuację jej i Jamesa nie wspominając o tej jego i Pottera. Przecież on by się wkurzył. Mógł sobie prychać i udawać, że Ruda nic go nie obchodzi, ale Syriusz znał swojego kumpla nie od dziś i wiedział, że to tylko tandetna przykrywka. Założyłby się, że nagle zapomniałby o całym żalu do niej i skupił całą swoją złość na Blacka i jego wyzwanie.
            To było pierwsze wyzwanie w życiu, jakie odrzucił, ale na pewno po wygraniu nie uzyskałby należnej satysfakcji. Ostatnio w ogóle nie odczuwał satysfakcji ze zdobytej dziewczyny, ostatnio, to znaczy od przerwania jego romansu z Meadowes. Z nieznanych przez Syriusza powodów szatynka sprawiała, że powoli zmieniał swoje nawyki, chociaż niedawno wydawało mu się to nierealne. Łowy na laski i wymyślanie nowych szalonych podrywów przestały go bawić. Coraz częściej przyłapywał się na rozmyślaniu o tej denerwującej i napastliwej istotce, która teraz nieskutecznie ukrywała swoją zazdrość. Pokręcił głową.
-Nie przyjmujesz?- zdziwiła się Dor. –Kim jesteś i co zrobiłeś z Syriuszem Blackiem?
-Nie chcę, żebyś potem rozszarpała Evans- uśmiechnął się wrednie. –Poza tym nie jestem tak beznadziejnym przyjacielem, kochana i nie zrobiłbym tego Jamesowi.
-Przeszło mu- zauważyła Marlena. –Sam tak mówił.
-Naprawdę w to wierzysz?
            Żadna się nie odezwała. Dorcas podebrała sobie nielegalnie jednego cukierka ze środka chowając dłoń za siebie i uśmiechnęła się lekko do chłopaka. Oboje wiedzieli, że był jeszcze jeden powód, dla którego się nie zgodził, chociaż żadne z nich nie wymówiłoby go głośno. Syriusz w tej chwili był pewien, że żadna dziewczyna nie uśmiecha się tak słodko, jak jego Dorcas.


***

James zostawił Chase' a razem z dziewczynami i, pełen złych przeczuć i raczej w złym humorze, skierował swoje kroki na następne piętro- w stronę oddziału zamkniętego. Jego matka mogła być z siebie dumna- po suszeniu mu głowy przez cały dzień w końcu zdecydował się odwiedzić "Mayie". Nie zrobił tego oczywiście dlatego, że chciał uciec od tej niezręcznej sytuacji w sali szpitalnej, on raczej zrozumiał z lekkim opóźnieniem, że jeśli on nie wstrząśnie swoją siostrą, to nikt tego nie zrobi. Nie miała prawdziwych przyjaciół. Załatwiła się tak po wieloletnim unikaniu każdej sympatyczniejszej duszy, a grupka Krukonek, którymi się otaczała, na pewno nie zdawała sobie nawet w najmiejszym ułamku sprawy, co się z nią wyprawia. Matka była zbyt w nią zapatrzona, żeby dostrzec, że ta dziewczyna ma prawdziwy problem i że już dawno przestały być to zwykłe eksperymenty i niewinne zabawy. Z kolei ojciec, gdy tylko James schodził na jej temat, od razu robił się dziwnie posępny i groźny, chociaż zawsze emanował wyjątkową pogodnością.
Doszedł do drzwi i przystanął. Obejrzał się za ramię, jakby chciał się upewnić, że nikt go nie śledzi, spróbował unieść rękę i zacisnąć ja na klamce, ale... nic się nie stało. Spiął się cały, nogi miał jak z ołowiu, a jego umysł przemienił się w szaloną autostradę, na której przewijały się miliardy myśli, każda równie bezproduktywna. Jeszcze nigdy nie natrafił na taki brak śmiałości ze swojej strony. Pewność siebie... to nigdy nie było coś, z czym miałby problem. Wręcz przeciwnie- większość osób twierdziło, że jest zanadto impertynencki, zuchwały i przede wszystkim- brawurowy. Sama myśl, że nie mógł się do czegoś zabrać, tym bardziej jeśli cała operacja ograniczała się do nawrzeszczenia na swoją zidiociałą siostrę, wydawała się komiczna.
Nacisnął klamkę. Za drzwiami zobaczył głowy (bo tylko one wystawały ze szczelnie opatulonych pierzyną ciał) kilku dziwnych typów w nieciekawym stanie. Parę chwil zajęło mu odszukanie w tym tłumie May, aż wreszcie odszukał czarne, wronie włosy dziewczyny o ciemnej, oliwkowej karnacji. Krukonka, jak zwykle po swoich ekscesach, wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy- oczy miała podkrążone, jakby ktoś nabił jej limo albo jakby nie spała od kilku ładnych tygodni, włosy poczochrane, szramy i blizny na twarzy i policzkach, zadrapania na szyi... Przetarł dłonią zmęczone oczy, przybrał srogą minę i trącił brunetkę w ramię, by ją obudzić. Niemal od razu uniosła swoje ciężkie powieki.
-Ja...James? Cześć, braciszku...- wydukała i podniosła ręce, żeby dotknąć jego policzka, jak małe dziecko.
-Co brałaś?- przywitał ją oschle.
Problemy z May zaczęły się dawno temu, ale dopiero niedawno zaczęły przybierać niebezpieczny obrót. Dziewczyna urodziła się z niskimi szansami na przeżycie, a jej biologiczna matka, jego ciotka, Chloe van Weert zmarła kilka tygodni po porodzie. Niespecjalnie cieszyła się z narodzin córki, bo przez to rozstała się z jakimś facetem, ponoć nawet chciała ją oddać po urodzeniu- no, ale zmarła. I wiadomo kto musiał przygarnąć sierotę pod swój dach. Jego matka nigdy nie ukrywała, że chciała mieć córkę, chociaż pewnie zastanowiła się nad swoim życzeniem poważniej, gdy pojawiła się May. Była ona bardzo dziwnym dzieckiem- jakimś przygaszonym, zawsze trzymała się na dystans i reagowała w specyficzny sposób. Belle Potter, jak to uzdrowicielka, stwierdziła, że jej zachowanie musi mieć podłoże zdrowotne i coś tam jej zdiagnozowali- zaburzenia osobowości, czy coś... Od tego czasu z każdej strony wszyscy na nią chuchali i dmuchali, a dziewczynie upiekły się różne występki godne jedynie potępienia. Popadła w złe towarzystwo, łatwo uzależniała się od jakiś świństw i na każdym kroku chciała podkreślać swoją inność, dziwność i odrębność od rodziny.
Miarka przebrała się dwa lata temu, podczas wakacji przed piątą klasą, kiedy May zaczęła umawiać się z jakimś dziwnym chłopakiem, który jawnie wspierał Voldemorta i Śmierciożerców. W dodatku był starszy, o pięć lat. Rodzice nie popierali tego związku, ale nikt nie miał odwagi sprzeczać się z brunetką, ponieważ w przeszłości tego rodzaju konflikty kończyły się na kilkudniowej ucieczce z domu. W lipcu ruszyła z nim na jakąś imprezę, razem z grupką sąsiadek, za którymi nikt (prócz May) nie przepadał. James w ten sam dzień pojechał do Downtown do Remusa, gdzie przebywał Peter i Syriusz, który tamtego lata prowadził bardzo koczowniczy tryb życia, raz nocując u Potterów, raz u Lupinów, a raz u jego kuzynki Andromedy Tonks. Całkiem nieźle się bawili, dopóki nie pojawiła się Potterówna, cała we łzach (chociaż zagadką pozostaje, jak znalazła się nagle w Szkocji). Opowiadała jakieś przerażające rzeczy, wykrzykiwała nazwiska, gestykulowała żywo, ale nie za wiele dało się zrozumieć, ponieważ mówiła, co ślina na język przyniosła, pewnie będąc na jakiś dragach. Następnego dnia nic nie pamiętała, ale Belle Potter, po wysłuchaniu relacji Jamesa wysłała córkę na odwyk.
Gdy wróciła, przez kilka pierwszych tygodni zachowywała się nienagannie, chociaż zamknęła się w sobie i stała się wrakiem dawnej May. Kiedy powrócili do Hogwartu, tak około grudnia, dziewczyna dostała nawrót i rozpętała się wielka afera. Dumbledore osobiście z nią rozmawiał i powiedział, że jeśli sytuacja się ponowi, to zostanie wydalona. Brunetka już tak nie wariowała, ale jednak nie przestawała brać. Nie to, że Rogacz nic nie robił, wręcz przeciwnie- zgodnie z prośbą rodziców informował ich o każdym ekscesie dziewczyny, ale oni mu nie wierzyli, lub lepiej, nie chcieli uwierzyć. Cały dramat z May zbyt wstrząsnął tą rodziną, żeby przeżywać wszystko ponownie. Matka ponownie wróciła do swojego starego przekonania, że Krukonka jest chora psychicznie. W dzieciństwie dostawała nawet leki. Wtedy może miała podobne problemy, ale z pewnością się z nich wyleczyła, teraz, przyczyną jej beznadziejnego stanu było tylko i wyłącznie uzależnienie.  Jednak jego siostra i tak trafiła do sekcji dla osób z zaburzeniami osobowości, a nie dla narkomanów.
            Oczy May zrobiły się ogromne, jak zawsze, gdy ktoś bezpośrednio poruszał jej prawdziwy problem, a nie pytał o samopoczucie i rozmawiał, jak z upośledzoną. Taka sytuacja, w której cały świat myślał, że jest psychiczna, na pewno w pewien sposób jej odpowiadała. Choć nie należała do osób rozsądnych, nie była też skrajnie głupia i wiedziała, co się stanie, gdy inni zaczną nazywać rzeczy po imieniu.
-Zwa...zwariowałeś?- prychnęła. -Ja... ja nic...
-Mama wyśle cię na odwyk, wiesz o tym?- spytał zimno. 
          May zamrugała swoimi wielkimi oczami. Jak zwykle, udawała, że nie ma o niczym pojęcia, po kilku minutach ciśnięcia zacznie się powoli przyznawać, okaże się, że pobiła swój dotychczasowy rekord, zmieszała amfę z jakimś czarodziejskim zielskiem, na haju była przez kilka dni, a kiedy zaczęła się źle czuć, przekręcała całą historię, pisała do matki i zwalała wszystko na swoją domniemaną chorobę. A Belle Potter jej wierzyła, jak zwykle. I skakała nad swoją córeczką, jakby została ona zaatakowana przez bandę Śmierciożerców, a nie zapiła się do nieprzytomności. 
-Nie przesadzaj...- zaśmiała się nerwowo.
-Dumbledore wywali się na zgnity pysk. 
-Nie zrobi tego. 
-Zrobi!- podniósł głos. -Dostałaś ostrzeżenie. Powiedział ci, co będzie, jeśli to się powtórzy. Nikt i tak ci już nie wierzy, że masz zaburzenia osobowości. 
-Wszyscy wierzą- syknęła. -Oprócz ciebie. Ale ty nigdy w nic nie wierzyłeś. Zawsze byłeś o mnie zazdrosny. Musiałeś mieć ubaw, kiedy uzdrowiciele powiedzieli, że jestem psychiczna, co nie?- zaśmiała się. -Musiałeś się ucieszyć.
            James parsknął cicho. Wszyscy dziwili się mu, że nie może wytrzymać z May, ale kto o zdrowych zmysłach potrafiłby zmusić się do cywilizowanej rozmowy z kimś, kto obrzuca na starcie takimi określeniami. Jasne, przecież każdy wie, że jest cholernie zazdrosny o upierdliwą ćpunkę, której wszyscy mają dosyć!
-Ja pierdolę- zaklął. -Próbuję ci pomóc. Próbuję ci, do jasnej cholery, pomóc!
-Pomóc?- teraz to May się zaśmiała. –Jak? Pójdziesz do Dumbledore’ a? Nakablujesz na mnie?  Twoje życie się polepszy, jak się mnie pozbędziesz, co nie? Nie będziesz musiał się wstydzić, że masz psychiczną siostrę! Będziesz mógł udawać, że mnie nie znasz, kiedy mnie wyleją, co nie?
-Cały świat nie obraca się wokół ciebie- odparł chłodno. –Kiedyś twoje kłamstwa wyjdą. Wtedy pożałujesz, że zamiast dać sobie pomóc zaczęłaś mnie wyzywać.
-Taaa, pożałuję- zgodziła się z ironią w głosie. –Zachowaj swoje mądrości dla siebie, okej? To nie ja nie potrafię przelecieć dziewczyny.
            Wiedział, że w tej chwili chciała tylko mu dopiec. Zdawał sobie z tego sprawę. Pewnie gdyby było jak zwykle, gdyby zwyczajnie się przyznała, nic by się nie stało. Ale teraz, kiedy miał ochotę rozwalić całą tę salę, cały szpital, zaczynając od łóżka swojej siostry, nie myślał nad tym, co robi. Pokręcił głową i podniósł z podłogi jej czarną, zamszową torebkę. Zaczął w niej grzebać. Gdzieś muszą być…
-Co ty robisz?- przeraziła się May i wyskoczyła z łóżka. Uniósł torbę na wysokość powyżej jej głowy. Dziewczyna próbowała do niej doskoczyć, ale on skutecznie blokował jej drogę wyciągniętym ramieniem. W ogólnej szarpaninie z zewnątrz wypadł mały woreczek, z białym proszkiem w środku. Oczy May zrobiły się jeszcze większe.
            Czas jakby stanął. Woreczek powoli opadał w kierunku podłogi. Dziewczyna przepchała się i wyciągnęła dłoń, by złapać swoją własność, gdy na woreczku zacisnęła się cudza ręka. Zapomniała, że jej brat jest szukającym. James ma rzeczowy dowód na to, że kłamała. Sprowokowała go i teraz na pewno ją pogrąży. Całe piekło rozpęta się na nowo. Wywalą ją ze szkoły albo gorzej- wróci na zakichany odwyk, nie daj Boże spotka starych znajomych, a oni jej wszystko przypomną… Znowu zacznie jej się wszystko przypominać. Wszystko, co robiła, kiedy nie była do końca sobą. Wszystko, z czego nie jest dumna. Nie mogła do tego dopuścić.
            Tymczasem James z satysfakcją schował woreczek do kieszeni i cmoknął z udawanym współczuciem.  
-Doigrałaś się, Mayie.

***

            Hestia po raz kolejny przewijała w myślach całą rozmowę z Chase’ em, jakby był to wielki film, który co chwilę przewijała na początek i nie mógł jej się znudzić. Serce wciąż było jej jak oszalałe , a myśli o tym chłopaku zaczęły nawiedzać ją z dwojoną siłą. Na świecie nie ma słów, które w dobry sposób opisałyby uczucie, które w tej chwili nią targały, ale to w sumie dobrze się składa, bo w chwili obecnej Hestia była fatalnym rozmówcą. Wszystko zaczęło się tak:
            Chase i Hestia zostali sami. Sami, naturalnie nie licząc bandy nastolatków z dziwnymi przypadłościami, którzy leżeli w jednym pomieszczeniu, razem z nią. Lily wyszła kilka minut temu zapewne chcąc dołączyć do towarzystwa w kawiarence. Dziewczyna długo rozmawiała z Chase’ em, zdaniem Hestii- za długo. Rozumiała, że tych dwoje to kuzynostwo, które nie widziało się bardzo długo, a najwyraźniej w przeszłości świetnie się dogadywało. Rozumiała też, że dopiero co dowiedzieli się,  ze oby dwoje są czarodziejami. To musiał być lekki wstrząs. Jasne, ze to rozumiała. Ale rozumiejąc te wszystkie rzeczy, wciąż nie mogła sobie wytłumaczyć, dlaczego Chase ucieszył się ze spotkania z Lily bardziej niż ze spotkania z nią, Hestią, jego domniemaną miłością życia. Jaki chłopak wolałby przebywać z kuzynką niż z miłością życia? Żaden. Najwyraźniej Chase wcale nie przybył to w romantycznym celu, jak jej się wcześniej wydawało. Gdyby tak było rzuciłby się w jej ramiona, zignorował Lily i Jamesa i pocałował ją namiętnie. To mogłoby nawet ich pogodzić. Ale tego nie zrobił. A to oznacza, że przyszedł tu kierowany wyrzutami sumienia. Zresztą, kto by się chłopakowi dziwił, gdyby przeczytał to, co napisała na tej przeklętej kartce, która miała zostać spalona?
            Jak mogła dopuścić do wysłania tego listu?! W porządku, była nieprzytomna, nie mogła nic mówić i w ogóle, ale przez cały ten czas kompletnie zapomniała o tym, że coś podobnego napisała, a to już bardziej niedopuszczalne. Co Chase sobie  o niej pomyślał? Przecież ona wypisywała tam okropne rzeczy…
-Wiem, że to trochę bez sensu, te moje odwiedziny- zaczął chłopak kucając na podłodze. Najwyraźniej uznał, że pchanie się do jej łóżka byłoby w takiej kolei rzeczy dość niestosowne. –Nie możemy sobie pogadać i w ogóle…- zaśmiał się lekko.
Jego śmiech był jak balsam dla jej duszy- słysząc te czyste, perliste dźwięki Hestia sama miała ochotę zacząć się śmiać przez kilka godzin, kompletnie bez powodu. Śmiech Chase’ a należał do najpiękniejszych głosów pod słońcem- trochę jak jazzowa muzyka, którą Jones tak uwielbiała.
-Ale musiałem przyjechać, H.- odparł, pieszczotliwie nazywając ją pierwszą literą imienia. Nigdy nie przepadała za podobnymi zdrobnieniami, ale teraz jej się spodobało. Dużo rzeczy, które wcześniej wydawały się beznadziejne, wykonywane przez Chase’ a ukazywały swój ukryty urok. –I tu wcale nie chodzi o twój list, chociaż częściowo była to całkiem niezła wymówka- przyznał. –Mademoiselle Nowaire mi pozwoliła cię odwiedzić dzięki niemu. Chociaż, nawet gdyby tak nie było, wiesz, że i tak bym przyjechał, nie?
            Pokiwała głową i ścisnęła jego dłoń, która spoczywała na brzegu jej kołdry. Jak zwykle, jego ręce były zimne jak lód.
-Ja… Nie postąpiłem w porządku względem ciebie.  Miałaś rację- wyszedłem na hipokrytę zostawiając cię tak po prostu. Zachowałem się, jakbym nigdy cię nie kochał, a… kochałem- przyznał. –Ale cieszę się, że kogoś znalazłaś.
            Jonesówna zamrugała parokrotnie. Czy napisała w tym liście coś o Jaydenie? Mogła wspomnieć… trochę podkolorowała fakty pisząc na przykład, że ma uśmiech jak z okładki „Czarownicy”… Tak, chyba coś takiego napisała.
            JAK. MOGŁA. BYĆ. TAK. GŁUPIA?
-Jobidiot- mruknęła.
            Chase uniósł brew. Możliwe, że rozumiał mniej więcej, co mamrotała pod nosem, bo płynnie mówil i po francusku, i po angielsku.   
-W każdym bądź razie- kontynuował. –Przyjechałem tu głównie po to, żeby powiedzieć ci, że mam dość. Macocha wyszła za mąż, znowu, i jest jeszcze gorzej, niż było. O ile to możliwe. Wpisałem się na listę do wymiany międzyszkolnej do Hogwartu, ale to dopiero na przyszły rok i nie wiem, czy mnie wybiorą. Raczej nie wysyłają nigdzie tych, z trzeciego bractwa.
-Oui.
-Ale… Może się spotkamy, H. Jeszcze cię odwiedzę- obiecał cicho. –Niedługo. I… wiem, że to co mówię nie ma sensu, ale… chciałem po prostu cię zobaczyć. Bez gadania, wiesz?
            Wtedy zaczęli się na siebie gapić. I pocałował ją w czoło. Tak, pocałował ją w czoło! Pocałował ją w czoło wykorzystał to, że nie mogła nic powiedzieć i sobie po prostu poszedł? „Jeszcze cię odwiedzę”. Fajnie. Może wpadnie z kolejnymi mugolskimi grami. Albo z następnymi listami, które nie powinny zostać wysłane. Może w ogóle ktoś przypadkiem wyśle mu cały jej pamiętnik? To ułatwiłoby wiele rzeczy.
Pierwsza łza ściekła z jej policzka.
            No tak, pomyślała Hestia, ale co miał sobie jeszcze powiedzieć? Skoro napisała mu, że chodzi z kompletnym Bogiem i obrzuciła go najgorszymi epitetami, jakie przyszły jej do głowy? Och, on właściwie był bardzo miły. Za bardzo. Ona nie byłaby taka miła, gdyby dostała podobny list, w którym napisałby jej, że zakochał się w Joy Flores albo w jakieś innej lolicie. Nawrzeszczałaby na niego. On też powinien na nią nawrzeszczeć, a nie zgrywać dżentelmena! Na Boga, przecież taki z niego dżentelmen, jak z niego primabalerina. Jego uprzejmość była aż zanadto wymowna- po prostu nic do niej nie czuł i te obelgi w ogóle go nie ruszyły. Nigdy nic do niej nie czuł. Zawsze była tylko jedną z wielu dziewczyn wielkiego Chase’ a Reagana.
            Druga łza ściekła z jej policzka.
            Przynajmniej przyjechał, pocieszyła się. Jayden tego nie zrobił. Chociaż była jedną z jego zabawek, przynajmniej się pofatygował i przyjechał. A może jedynie chciał się zabawić i wyrwać się na chwilę ze szkoły? To bardzo w jego stylu. Sam przecież powiedział, że „to miał świetną wymówkę”.
            Trzecia łza ściekła z jej policzka.
            I w dodatku chce się przenieść! Chce wyjechać i zmienić szkołę! Chce, żeby ona, Hestia, musiała patrzeć na niego każdego dnia, żeby musiała patrzeć na jego następne związki, następne ofiary, jakby nigdy nic. Mógł jeszcze zaproponować, żeby zostali przyjaciółmi, wtedy już naprawdę powiedział wszystko, co mógł, żeby ją dobić! Jej serce było i tak wystarczająco złamane.
            Hestia rozpłakała się na dobre.
-Io t’aime, Chase- szepnęła.

***


            James z każdym kolejnym krokiem czuł się bardziej wściekły. W kieszeni wciąż ściskał woreczek dragów jego siostry i w tej chwili, nic nie mogło go zatrzymać. Skoro nie można do niej dotrzeć, trzeba zrobić to w bardziej rozpaczliwy sposób. Minął całe korytarz i zaczął przeskakiwać po kilka schodków chcąc jak najszybciej znaleźć się na trzecim piętrze. Dzięki Bogu uzdrowicielka zatrzymała May, która goniła go po całej sali szpitalnej i kazała się położyć. Nie mógłby znieść jeszcze jej, dyszącej mu nad karkiem.
-James, zaczekaj!- usłyszał za sobą czyjś głos, i bynajmniej nie należał do jego siostry. Był wyższy, bardziej melodyjny i przyjemny dla uszu, no i, co najważniejsze, nie mieszał się z paskudną chrypą.
            Odwrócił głowę. Lily Evans zdążyła go już doścignąć na schodach i złapała mocno przegub jego dłoni. W jej oczach kąpały się smutne iskierki.
-Będziesz tego potem żałował- szepnęła.
-Podsłuchiwałaś.
-Cały oddział was słyszał- wytłumaczyła. –Wiem, że jesteś zły…
-Nie, nie rozumiesz- wyrwał dłoń z jej uścisku. –Wydaję mi się, że nie rozumiesz.
            Dziewczyna westchnęła głośno. Pociągnęła delikatnie rękaw jego kurtki, a go zalała dziwna siła, która kazała iść za nią. Nie walczył z tym. Pozwolił się poprowadzić na ławkę postawioną pod ścianą, przy początku korytarza. Przysiadł. Wściekłość stopniowo go opuszczała i ustępowała bezsilności. Zapanowała długa cisza, podczas której każde z nich zatopiło się we własnych myślach.
-Zgadzam się z tobą w tej sprawie- zaczęła nagle. –Ja na pewno pokazałabym komuś te prochy.
-Więc nie widzę problemu- warknął.
-Serio? Zgodziłbyś się ze mną?- spytała, najwyraźniej szczerze zdziwiona Lily. –Słuchaj… To, że ja bym tak zrobiła nie znaczy, że ty musisz. Tak naprawdę… Sądzę, że byś tak nie postąpił, gdyby May cię nie sprowokowała.
-Sprowokowała?- prychnął. –Na pewno słyszałaś, skoro wiesz o tym wszystkim, jak po mnie zjechała. Na pewno słyszałaś, jak bardzo prosiła się o to.
-Masz rację- przyznała powoli Lily. –Ale mimo wszystko, wciąż uważam, że byś tego nie zrobił.
            James zaśmiał się pod nosem, ale nic nie powiedział. Nie miał już siły udawać na nią obrażonego. Sytuacja z May zanadto go podłamała, a jakaś część jego duszy wręcz domagała się o pozwolenie Lily na dalsze mówienie. Potrzebował w tej chwili jakiegoś oparcia, tym bardziej od tej dziewczyny. Spoglądał w jej zielone tęczówki, w tej chwili zamglone, bo ich właścicielka niewątpliwie pogrążyła się w rozmyśleniach. Nic tak bardzo go nie odstresowywało.  
-Sądzę, że w jakimś stopniu zależy ci na May- odezwała się wreszcie. –Dlatego tak trafiło cię, że po tobie zjechała.
-Każdy byłby wściekły, gdyby jego dobre intencje napotykały po drodze tylko pretensje, Lily. Sądzę, że coś o tym wiesz.
            Policzki dziewczyny oblał rumieniec.
-Taa… Przepraszam za to- wydukała cała się czerwieniąc. James machnął ręką, na znak, że to już nie ma znaczenia. -Ale to nie zmienia faktu, że sądzę, że nie chcesz pokazywać tego woreczka. Że chcesz dać szansę May. Wydaje mi się, że chcesz, żeby przyszła do ciebie z prośbą o pomoc, tak z własnej inicjatywy- ciągnęła. –No i nie sądzę, że masz naturę do kablowania.
-Niszczy sobie życie- przerwał jej. –I nigdy nie zrozumie. Nigdy nie przyjdzie. Tacy, jak ona nigdy nie dostrzegą problemu.
-Tacy jak ona, czyli… narkomani?- spytała z dziwnym wyrazem twarzy. –Mylisz się.
            Prychnął.
-Okej. Dociera do mnie, że wszystko wiesz najlepiej i w ogóle, ale chyba potrafisz sobie wyobrazić, jak czuje się taki narkoman. Na pewno…
-Nie muszę sobie wyobrażać- przerwała mu niegrzecznie. –Bo wiem. Też kiedyś brałam.
            Potter zamrugał kilkokrotnie i spojrzał z niedowierzaniem na dziewczynę. Lily wpatrywała się w swoje paznokcie i niezwykle głośno oddychała. Najwyraźniej nie lubiła rozmawiać na ten temat.
            James nie mógł wyjść z szoku. Od czwartej klasy stawiał tę dziewczynę na swego rodzaju piedestale. To była Lily Evans. A Lily Evans była perfekcyjna. Każdy to wiedział. Inteligentna, odważna, utalentowana, piękna, twarda i zaskakująca. Nikt nie mógł być pewny, jak postąpi, a jej charakter był niezwykle złożony, ona sama zdawała się być pociągającą i trudną zagadką. A James lubił zagadki. Nigdy nie przypuszczał, że ta dziewczyna ma… wady. Że ma wady, jak my wszyscy. Nigdy nie uwierzyłby, gdyby ktoś powiedział mu, że ta sama idealna Lily Evans była ćpunką.
-C…co?- zająknął się.
-Taaa… Miałam czternaście lat- wyjaśniła. –Moja mama zmarła i… to nie trwało długo- zaczęła się tłumaczyć- i naturalnie szybko to rzuciłam, ale… Rozumiem, co czuje twoja siostra, James. I uważam, że nie powinieneś jej tak łatwo osądzać i… dać jej szansę. Choćby ostatnią. Porozmawiaj z nią jeszcze raz. Gdybym miała brata, który we mnie wierzy, tak jak ty wierzysz w May, też chciałabym, żeby dał mi szansę. Ona w końcu to zrozumie- szepnęła, jej głos zaczynał się łamać.
            Wstała. James zrobił to samo. Już miała się odwrócić, gdy chłopak złapał ją za nadgarstek i pokazowo wyrzucił woreczek z prochami do pobliskiego kosza uśmiechając się lekko.
-Dzięki.
-Nie ma sprawy- szepnęła. –Jesteś dobrym człowiekiem, wiesz o tym, prawda?
            Rogacz uniósł głowę i spojrzał na dziewczynę, która teraz walczyła z samą sobą, żeby się przy nim nie rozkleić.
-Tak. Ale nie spodziewałem się usłyszeć tego kiedykolwiek od ciebie- przyznał. Lily roześmiała się przez łzy i położyła swoją delikatną dłoń na jego policzku.
-Dobrze, że o tym wiesz. Trzymaj się, James.
            I nim zdążył ją zatrzymać, już jej nie było. Lily Evans zostawiła go samego z bólem głowy i szalonym biciem serca.

***

-Dobre spotkanie, Jo!- usłyszała na odchodne od Reginy Bulstrode.
-Trzymaj się, Jo!- krzyknęła Amelia Avery.
-Papa, Prewett!- pożegnał się Nigeal Wilkes.
            Pierwsze tegoroczne spotkanie Łowów Śmierci było całkiem owocne. I nie takie złe. Można było się pośmiać z imbecylizmu niektórych jednostek, a nawet trochę sobie pożartować. Dziewczyna musiała przyznać, że całkiem dobrze się bawiła.
            I ułożyła plan.
            Dobry plan.
            Regulus Black ostatni ruszył w kierunku drzwi, ale brunetka machnęła różdżką i te natychmiast się zatrzasnęły. Chłopak zdziwił się i powoli odwrócił w jej stronę.
-Cześć, Reg. Słyszałam, ze możesz załatwić wszystko.

_________________
Wróciłam! Wróciłam z rozdziałem z którego, uwaga szok, jestem zadowolona (!). Chciałam go zadedykować dziewczynom (i chłopakom - bez dyskryminacji), które czekały na nowy rozdział. I wszystkim komentatorom. To wasze komentarze praktycznie stworzyły to coś, z czego jestem zadowolona.
Zapraszam wszystkich do podstrony o bohaterach, bo trochę tam pozmieniałam. Dodam, że to była męka, bo Blogger kilkakrotnie mi cały ten post usunął, więc... 
Nowy rozdział jeszcze w tym miesiącu. 


Ach- wasze rozdziały. W ciągu tego tygodnia wszystko przeczytałam, ale nie miałam czasu na komentowanie. Tak więc, moi dhodzy, czekajcie na moje tasiemce pod waszymi rozdziałami ;>.

26 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Hej hej! :* Dawno cię nie było <3 Wiesz jak tęsknie? Musisz, po prostu musisz wejść na gg! Napisałam nawet (chyba) dwa fragmento-spoilery dla ciebie :D Taaki ciężki tydzień, wczoraj to totalnie, siedziałam przygnębiona użalając się nad sobą słuchając przygnębiających, francuskich piosenek (smutek!) .-. Ale teraz przeczytam twój rozdział :)
      Psychodeliczna Lily. Ten przymiotnik zawsze wywoływał u mnie fazę śmiechu, a teraz nie jest inaczej XD ,,Psycholeliczne''- nie wiem dlaczego ale kojarzy mi się to z teletubisiami...mój musk coś nie pracuje poprawnie :o
      ,,...w którym wielka maszyna, zwana mózgiem, od czasu do czasu wyrzucała kolejny, nienormalny pomysł..'' Widzę, że ja i Lily kupowałyśmy muski na tej samej wyprzedaży :DD (okej, to brzmiało dziwnie XD)
      Dorcas i jej ,,krzywy nos'' *leżę i kwiczę* albo ,,baba z Miodowego Królestwa'' XD
      W sumie to nie wiem czy żal mi Hestii, ale raczej nie *jestem okrutna) Myślę, że Dorcas i Marlena nie przeżyją przyszłego napadu furii Lily, kiedy dowie się, że tak na prawdę NIE BYŁY zwolnione :) Jej! Emocje! Radość! Łiii! (tak, źle się czuje) Ohoho, Emmelina jakieś cyrki odstawia? Myśli, że jest fajna? To się myli, i to grubo! Tak koleżanko (Emmo w sensie), nikt cię nie lubi! A poza tym, brawo Syriusz! *przybijam se piątkę z powietrzem, per Syriuszem* Nie ma to jak wrzucić lizaki do zupy. Zrobię tak kiedyś w szkolnej stołówce :D Jezu, jaki przypał z tą Annabelle Potter XD Ja nie wiem, skąd ty takie pomysły bierzesz! Moje to są takie prostackie jakby je dziecko wymyśliło.
      Jooooo. Nienawidzę jej tak samo jak fraszki, której powinnam się teraz uczyć. Kiedy ona umrze? :c Jak Isaac i Jo zrobią coś co mi się nie spodoba, to ich zaźgam tym ich medalionem. No pewie Prewett. Niech nowi Śmierciożercy sami się edukują. Potem kopną młodo w kalendarz, bo sami w siebie wycelowali Avadę, ale to chyba dobrze. W sumie to jedna rozsądna decyzja w twoim życiu, Jo.
      ,,Większość dziewczyn już zawsze będą miały kompletne masło w głowie..." Tak, jestem tego wspaniałym przykładem.
      O jejciuu, Doriusz taki boski <333 Oni są tacy dla siebie ostrzy, ale tacy cudowni *0*
      James no! Jak zawsze wszystko psujesz! Lily to z tobą gada,a ty o jakimś wtykaniu nosa w cudze sprawy gadasz! Ogarnij się matole! Aż mi ciśnienie skoczyło XD Mogliby być w końcu razem! Już się nie mogę doczekaaać ^^
      ,,Niewrażliwy, wścibski, arogancki… powtarzasz się już, Evans.'' Jestem obrażona na Jamesa, ale tym razem się z nim zgadzam. Jeden jedyny raz.
      Już lubię Setha Pottera XD Ten charakter, te odzywki. Bezcenne po prostu :D ,, James, ona faktycznie jest zjawiskowa'' Bardzo zjawiskowa XD Pod względem charakteru w szczególności XD Nie ma to jak kupić niemej dziewczynie grę do układania słów. Geniusz.
      Rozbroiły mnie te wyrazy które ułożyli :D Lily stwierdza chorobę psychiczną u Jamesa, ale jej słowa też nie są rewelacyjne c:
      Syriusz widzę, że takie trudne słowa jak ,,rowerzysta'' zna :o Bhrawo.
      James i Lily są tacy uroczy *0* Niech się pocałują. Tu i teraz.
      Haha XD Black prostytutką XD Albo Dorcas Emmeliną :D (NIKT NIE LUBI EMMELINY :O JA TEŻ JEJ NIE LUBIĘ)
      May popadła w nawyk, szkoda, bo nawet fajna była :o Chociaż gdybyś ją uśmierciła to bym się nie obraziła w sumie :D Ooo James przeklina się co? Nieładnie! :3 COOOO?! LILY KIEDYŚ BRAŁA?! BOŻE, JAK TO MOŻLIWE?!
      Tyle emocji, a ta piosenka idealnie pasuje do tego fragmenty Jily. Jejku, tu tak bosko piszesz, czemu ja tak nie umiem? T.T Hm...chyba znowu nie udało mi się pobić rekordu w długości komentarza, ale liczą się chęci :D Rozdział był długi, emocjonalny, boski, wciągający i innych pierdylion przymiotników :D
      Pozdrawiam:**
      Aleksja
      Największa-hejterka-Emmeliny

      Usuń
    2. Droga Największa-Hejterko-Emmeliny,
      Chciałabym wpaść na gg, ale w przyszłych tygodniach będzie ciężko... Tym bardziej, że moje blogowe (i serialowe!) zaległości są przerażające, więc lepiej nadgonić póki jeszcze się na mnie nikt nie obraził xD.
      Nie skomentuje twojego komentarza co do prostackich pomysłów, bo zabrakło mi słów. Powiedz mi szczerze, kto by wymyślił to wszystko z Wyznaczonymi, RC i Aleksją? Hę? Kto? No nikt! Więc proszę cię nie pisz mi tu o [i] prostackich [/i] pomysłach, bo dostaje kompleksów.
      Dziewczyno, kiedyś przez ciebie trafię do psychiatryka z napadem irracjonalnego śmiechu i nie przestanę się chcichrać przez kilka dobrych lat. Wystarczy chyba tylko zrobić jakiś maraton Emmeliny, bo kiedy zaczynasz ją hejtować po prostu padam. Padam ze krzesła, na którym nie siedzę i tarzam się po podłodze.
      Na moje oko masz rekord w komentarzu ;>. I tak dodając wszystkie twoje tasiemco-komentarze do siebie stworzy się coś rozmiaru mojego przeciętnego rozdziału i nikt tego nie nadgoni :*.
      3maj się :*
      Największa-Fanka-Prim

      Usuń
    3. Droga Największa-Fanko-Prim!
      Ja chyba też pójdę do tego psychiatryka, bo jak czytam twoje rozdziały, to czasami nawet brzuch mnie boli od śmiechu XD Jak będziesz miała czas to wpadaj na gg, mam kilka fragmentów-jeżeli wgl będziesz chciała czytać :) - i kilka pomysłów które chciałabym z tobą omówić.
      Do usłyszenia:*
      Największa- Hejterka- Emmeliny

      Usuń
  2. Super rozdział :) czekam na kolejny.
    Tymczasem zapraszam do mnie na http://lily-james-i-ja.blogspot.com/ gdzie pojawiła się nowa notka!

    OdpowiedzUsuń
  3. Jestem na telefonie, więc tylko powiem, że to mój ulubiony rozdział (ile razy już Ci to mówiłam...?) i dłuższy komentarz napiszę jutro/pojutrze.
    Kurcze, takie zwroty akcji... taki niedosyt... grr. Ajmgonakiljułandej.
    Spodziewaj się długiej opinii, pozytywnej oczywiście :3
    Lumossy :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekam, czekam,a czekanie umila mi twój cudnej długości rozdział :D. Spodziewaj się dzisiaj mojego bezsensownie chaotycznego komentarza, którego nikt, ze mną na czele, nie zrozumie xD.

      Usuń
  4. Lily i dragi ? Bardzo ciekawy pomysł i myślę, że fajnie by było gdybyś wplątła to w inne rozdziały :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuje bardzo :*. Wiesz, głupio się przyznać, ale na ten eee... psychiczny pomysł wpadłam podczas pisania i dlatego w najbliższych rozdziałach raczej będzie na ten temat cicho, ale mam zamiar to kontynuować trochę później, bo taki temat na pewno wróci. Póki co dragi będą, ale u May :D.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  5. Wybacz za opóznienie, teraz nadrabiam u wszystkich zaległości O.o ;P
    Krzywy nos Dorcas - czy ja dobrze przeczytałam xDDDD hahaha
    Emmelina mnie do szału doprowadza, świeci... taa myśli, że świeci, -,- przykre ;D
    No i ja się pytam co za szpoki tu z tym Jamsem! Czy mogę mu strzelić przez łeb? ;D
    Boże rozdział taki mega długi, że zastanawiałam się kiedy przestanę czytać ;D Ja nie potrafię coś pisać takich długich O.o
    Wenyyyy ;*:*:*:*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie za komentarz :* Co do twojego cudnego bloga jestem w trakcie czytania/komentowania (niepotrzebne skreślić) i niedługo się odezwę :* Jeśli chodzi o długość rozdziałów, to pewnie skutek mojej choroby psychicznej, ja w ogóle NIE UMIEM pisać krótko i na temat, i nawet jak pisałam ogloszenie o tym, że mi zginął telefon wyszły dwie strony xD. Tak więc ja zazdroszcze innym, że piszą krótko :D.
      Okej, weeeeny i pozdrawiam :*

      Usuń
  6. Kochana Abigail!
    Wielbię ciebie, wielbię i kocham miłością blogerską!
    Twoje opowiadanie jest mi jednym z najbliższych! A twoje rozdziały, mimo swej ogromnej długość, zapamiętuje na pamięć!
    Jamesa i Lily ubóstwiam! Emmelinę wielbię! Syriusza kocham! Remusa i Marlenę podziwiam! Dorcas jako tako znoszę! Żart :P Ją bardzo, ale to chyba najbardziej, kocham! Kogoś mi przypomina! Hestię również wielbię! Petera... na cóż mimo, że zapewne zdradzi Jilly, to jednak jakieś uczucie pozytywne jest dla niego! Chociaż nie wiem jakie...
    Może zacznę od początku...
    Cieszę się, że przedstawiłaś małą Lily jako zwyczajną dziewczynkę, a nie, jak nie którzy to robią, wszystko wiedzącą, słodką jak miód Liluś!
    Kocham Jo! Jest wspaniała! Kiedy Lily dowie się, że jest jej siostrą? Czekam na to tak długo... Błagam, nie karz mi czekać dalej!
    Hestia, która myli języki... Zabawna wizja ;P
    Kocham Chase! On jest wspaniały! No tak, po co przejmować się, że jego "mugolska" kuzynka jest w szpitalu dla czarodziei! Mina Hesti na "miśka" Lily i jej ukochanego = BEZCENNA!
    Biedna Hestia! Zaciekawił mnie jeden cytat:
    "-Ja… Nie postąpiłem w porządku względem ciebie. Miałaś rację- wyszedłem na hipokrytę zostawiając cię tak po prostu. Zachowałem się, jakbym nigdy cię nie kochał, a… kochałem- przyznał. –Ale cieszę się, że kogoś znalazłaś."
    Jak ją KOCHAŁ to znaczy, że już jej nie KOCHA? A może użył to tylko dla przykrywki, żeby nie wyjść na durnia, który kocha swoją byłą, która ma CHŁOPAKA!
    Ale mimo wszystko biedna Hestia!
    Gra w skrable pokazuje twoje prawdziwe myśli! Zagramy razem? Syriusz zboczeniec ;P
    May jest na-rko-ma-nką?!?! To się zdziwiłam! Ale pewnie, po co sobie dać pomóc, nie?
    Jeszcze bardziej się zdziwiłam, że Lily BYŁA narkomanką! Ale nikt nie jest bez wad! I chwała za to Bogu! Cieszę się, że twoja Lily ma jednak jakieś wady! Kocham cię za to!
    Rozmowa Lily i Jamesa wzruszyła mnie! Czytam ten kawałek chyba z milion razy *-*
    Regulus... nie wiem co o niem myśleć. Kolejne rozdziały pokażą!
    Zastanawiałaś się kiedyś dlaczego masz tak dużo komentarzy pod nowym rozdziałem? Dlaczego masz tak dużo obserwatorów? Dlaczego masz tak dużo odsłon?
    To dzięki tobie, Abigail! Jesteś wspaniała i twoje rozdziały są... najwspanialszym dziełem literackim od czasów Harry'ego Potter'a!
    Rozdziałam przeczytałam wczoraj i bardzo przepraszam, że wtedy go nie skomentowałam, ale byłam na laptopie brata nie zalogowana, a uważam, że tak dobry rozdział zasługuje no nazwę, czy coś takiego! (W każdym bądź razie zrozumiałaś o co chodzi?) Przepraszam, mam nadzieję, że się nie gniewasz? *-*
    Mam do ciebie dwie prośby:
    1. Kiedy mniej więcej będzie kolejny rozdział?
    2. Jak kiedyś wydasz swoją własną, autorską książkę, to możesz dać nominację dla Wiatrusia *-*
    Nie życzę ci weny, bo wszyscy ci jej życzą. Ale życzę ci tego abyś miała milion odsłon tego cudnego rozdziału!
    Wiatr *-*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Poryczałam się, jak przeczytałam Twój komentarz. Serio. Kochana, nie wiem jak ci za niego dziękować, chyba nawet pisząc dwudziestronicowy poemat nie mogłabym wyrazić tego, jak mnie zmotywowałaś. W ludzkiej mowie nie ma takich epitetów, ale w elfickiej może są, jak to napisał Tolkien czy ktoś xD.
      Bardzo mi miło, że spodobała ci się moja Lily, bo jest dla mnie, co tu ukrywać, najważniejszą postacią i to z jej charakterem najbardziej odleciałam ignorując kanon :D.
      Powiem ci, że na dowiedznie się Lily, co do jej pokrewieństwa Jo, długo nie trzeba będzie czekać, bo planuje to na przyszły rozdział. Dobrze napisałam- planuje, bo jak znam życie to podczas pisania coś mi się odwidzi i może to przełoże, ale... Nie, raczej to będzie w przyszłym rozdziale. Raczej na pewno :D.
      Co do twoich pytań ;>:
      1. Kolejny rozdzial? O matulu. Mam tak koszmarny tydzień teraz, że nie mam pojęcia jak to bedzie. W dodatku dostęp do kumpetra mam tylko w weekendy, ale mogłabym pisać ręcznie, chociaż tego nienawidzę ;P. Postaram się, żeby było przez 31, ale nie na pewno... Wszystko zależy od tego, czy będzie kara za wagary w Dzień Wagarowicza, czy nie będzie ;>.
      2. Jeśli wydam ksiażkę (co na pewno nie bedzie miało miejsca) na bank będzie ona 1000 stronicowa i na pewno będzie dla cb dedyko :*. Za ten komentarz mogę nawet każdą zadedykwoać :D. Ale skoro nigdy jej nie napiszę, a raczej nikt jej nie wyda, to mogę ci zaproponować dedykacje na przyszły rozdział, jako coś bardziej realnego :*.
      Dziękuję ci raz jeszcze za ten komentarz- kocham cię za niego, naprawdę :*.
      Pozdrawiam :*
      Abigail

      Usuń
    2. Cieszę się, że nowy rozdział będzie już nie długo *.*
      Czekam, kochana
      Wiatr *.*
      P S To jak w końcu z tą Hestią i Chasem? On ją jeszcze kocha czy już nie?
      Błagam spojleruj mi tu, bo nie wytrzymam!

      Usuń
    3. Nie napisałam o tym? No, jasne. Musiałam coś pominać, inaczej nie byłabym sobą. Kocha, kochał... Hmm... Ich uczucie jest dość skomplikowane, trochę jak to Lily i Jamesa, ale oboje raczej wciąż coś do siebie czują i to bardzo głębokiego. Chase, jak sama napisałaś użył czasu przeszłego, bo czuł sie głupio, że ona ruszyła dalej, a on jeszcze nie. Oczywiście, nie pójdzie tak łatwo z nimi i nie od razu wyjaśnią sobie to wszystko, no i jakaś dziewczyna, która już się pojawiła w opowiadaniu się koło niego zakręci, tym bardziej, że dość szybko pojawi się w Hogwarcie. Ale raczej planuje Chastię jako endgejma :D.
      PS. Kiedy rozdział u cb? ;>

      Usuń
    4. Serio? Tak czekać na ich związek? Kobieto! Sprowadzasz na mnie śmierć!
      Dziewczyna, która pojawiła się opowiadaniu... Dużo ich, ale co tam będę zgadywać!
      a) Czy to Emmelina, którą wielbię?
      b) Czy to May?
      Na razie mam tyle pomysłów, ale spokojnie! Jeszcze nie skończyłam! Dowiem się kto to jest!
      Kiedy u mnie pojawi się nowa notka, pytasz... Nie wiem, ale sądzę, że po 1.04.2014. Teraz pewnie zapytasz się dlaczego? A otóż głupi nauczyciele nie dają nam żyć przed kompetencjami! Tak, mam dopiero 13 lat. Dlatego moje opowiadanie jest takie i nie inne!

      Usuń
    5. Opowiadanie "takie, a nie inne" masz na myśli świetne? Nie pomyślałabym, że masz 13 lat (chociaż to w sumie nie dużo mniej niż ja), bo piszesz o wiele ponad swój wiek :D. W takim razie będę trzymać za ciebie kciuki na sprawdzianie ;>/

      Usuń
  7. Siemka, dawno Cię nie było! A ja z góry oszczegam fizyka wyssała ze mnie ostatnie tchnienia życią i nie ma siły na długi kom. Sorry za to bardzo :D
    Mmmm kolejny tasiemiec, ale wiesz te twoje lubię, gorzej z tymi nieuzbrojonymi lub też uzbrojonymi z biologi. O czym to ja miałam? A tak , jak ty potrafisz pisać takie tasiemce? Jak bo ja naprawdę tegonie rozumie. Ja tak nie potrafie. CIeszę się, że wróciłaś. Iiiii jak ja się cieszęz tego co się dokonuje w Syriuszu, czyżbyś planowała za niedługo ponowny ich związek? Ja jestem stanowczo na tak!!! Chciałabym przecztać dobrego Doriusza w twoim wykonaniu bo czuję, że byłby niezwykły.
    Hahahahah dzieci grały w kalambury na cukierki ( ta scena jest przeboska i moja ulovciana <3333) , choć w sumie jak mojej klasie się nudzi to graja w dużo bardziej zdziecinniałe gry więc jest okej :D. Naprawdę podziwiam Cię za talent pisarski.
    No cóż pozdrawiam i DUŻO WENY ŻYCZĘ!!
    Paulla K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ps. zapraszam na nowy rozdzial http://szesciorowspanialych.blogspot.com/2014/03/rozdzia-viii.html

      Usuń
    2. Zarumieniłam się czytając twój komentarz, dziękuję ci za niego :* Co do Doriusza, to chyba mogę napisać, że niedługo, niedługo cos tam międyz nimi będzie ;>.
      TALENT pisarski? MÓJ talent pisarski? Kochana, jak ktos tu ma TALENT, to jest to tylko i wyłącznie ty, dlatego nadchodzę czytać rozdizał ;>. Strzeż się,planuje przerażającej długości komentarz :D.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  8. AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! Miałam cztery podejścia do tego rozdziału i wreszcie go przeczytałam! emejzing po prostu! Brak mi słów, nie wiem od czego zacząć! Jak ty to robisz! Taki długi i do tego taki złożony i skomplikowany! Podziwiam cię za to!
    James! JAMES! JAK JA CIĘ KOCHAM! Gdyby nie Lily....... No ale miejsce u twojego boku jest zajęte.
    May, mam nadzieję, że napiszesz jakiś fragment z jej perspektywy. Coś jak pamiętnik narkomanki. To by było ciekawe i lepiej byśmy ją poznali.
    Hestia niemowa! I Chase i Lily kuzynostwo? To jest mało prawdopodobne, ale nie kwestinuje twoich wyborów. Chase polubiłam go, ta troszkeęę, ale ogółnie lubie wątek z Hestią.
    Kiedy będzie coś o Marlenie i Remusie! Ale nie o sprawie z wilkołactwem i zmiennokształtnościa, tylko o uczuciach i może coś o rodzinie itp.
    I wreszcie rozdział, w którym nie musiałam wyrywać sobie włosów prze głupią (delikatnie to ujęłam) Emmelinę! NO COMMENT......
    Lily brała kolorowe tabletki!? Mam nadzieje, że jeszcze jakoś to rozwiniesz.
    Noo to mój komentarz dobiega końca. Pozdrawiam, całuje i życze weny!
    Oliwka :*
    P.S.
    I naturalne, irytujące pytanie: kiedy mogę się spodziewać nowego rozdziału? ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. AAAAAAAAAAAAAAAa jak ja czekałam na Twój komentarz, kochana :*.
      Hahahahha cieszę się, że nie tylko ja spędzam czas na marzeniach z Jamesem jako moim mężem w roli głównej :D. Mimo, że uwielbiam Lily bardzo żałuje, że zaklepała mi/nam najlepszego faceta *_*. Wiesz, mogłybyśmy się z nią podzielić :D. Ja wezmę wszystkie noce i weekandy, ty weź pozostałe dni, a Lily zostawimy poranki, bo mi nie będzie chciało się wstawać xD.
      Pamiętnik narkomanki, powiadasz? Hmm... wydaję mi się, że coś takiego będzie, ale trochę później, bo wyślę ją na odwyk :D. Jakbym miała napisać ją na dragach, to bym raczje nie dała rady. Niby się ogląda programy o tym i w ogóle, ale zdaje mi się, że opis takiego stanu przewyższyłby moje kiepskie zdolności.
      Chase i Lily, Chase i Lily... Kurczę jak to skomentować, żeby nie walnąć spoileru... Okej, ujmę to tak- ich relacja nie jest jeszcze do końca sprecyzowana, w sensie nie do końca są kuzynami, ale to się wyjaśni później :D>
      Nn powinno się pojawić przed 31, ale to zależy od pwenych czynników, jak nastrój moich rodziców i naucyzcieli :D.
      Pozdrawiam :*
      3maj się :*

      Usuń
  9. Tak, tak, tak!!! Byli rodzice Jamesa! I to oboje!!! Oni są świetni. Po prostu tacy... nie wiem jak się wyrazić... no tacy... sama wiesz jacy. Jego mam ajest świetna. Taka żywiołowa, energiczna i po prostu odjazdowa. Założę się, że od razu wiedziała z kim ma doczynienia. A jego tata to po prostu geniusz w czystej postaci. Ale wstydu mu narobił przy Lily. Pękałam ze śmiechu. Biedna Lily, że musiała tego słuchać. Choć pewnie i tak zrobiło jej się miło. A James. Pewnie chciał tylko zapaść się pod podłogę. Ja na jego miejscu na pewno bym chciała. No i jego tata przyniósł gry. Jaki on jest fajny. W ogóle dziękuję, że o nich napisałaś. I szczerze to wyobrażałam sobie ich całkowicie inaczej. Wyobraź sobie jaką musiałam mieć minę, gdy to czytałam. Jak ja kocham czytać takie rzeczy. Nagle wszystko się zmienia i cała postać danej osoby upada, więc mogę go stworzyć od początku. Zawsze po takim czymś łączę kawałek swojej dawnej postaci i kogoś. Tak wiem, czasami się zachowuję jakbym była jakaś chora psychicznie, ale do tego pewnie już się przezwyczaiłaś. Dobra ja tu o jakiś głupotach, a tu całkiem poważny rozdział. Byłam bardzo zdziwiona, że Hestia jest w szpitalu. Zaklęcia wyciekają i akurat ją musiało trafić. Na serio nie spodziewałam się. Przyjście tego chłopaka wytrąciło mnie z równowagi. Sorry, ale jeszcze jego imię nie zapadło mi w pamięć. Musiałabym je zobaczyć, to bym wiedziała, że to on, ale tak z pamięcie to jeszcze nie. Na początku to taki szok, że to kuzyn Lily. I oni naprawdę nic, a nic nie wiedzieli o sobie? Wow. Nieźle. Dwóch czarodziejów w rodzinie i nie mają o sobie pojęcia. A co do Hestii to obiektywnie patrząc to jej myślenie jest naiwne. Przecież to jasne, że chłopak ją kocha. Ale za to subiektywnie to zgadzam się znią stuprocenotwo. Też bym tak pomyślała po takim zachowaniu. Jak ona musi cierpieć. Szkoda mi jej i to nawet nie wiesz jak bardzo. Ale największy szok zrobiła na mnie May. Nie spodziewałam się, że ona ma takie kłopoty. Zawsze wyglądała na taką miłą, poukładaną. A James jest naprawdę wyjątkowy. Chce jej pomóc. Prawda trochę się zdenerwował, ale on ją kocha, jak prawdziwą siostrę, bo zresztą ona jest dla niego siostrą. On w ogóle wie, že to nie jest jego biologiczna siostra? Zresztą to nie ma znaczenia. Mam nadzieję, że da sobie pomóc. I to wyznanie Lily na koniec. Na serio zrobiło na mnie wrażenie, a na Jamesie chyba jeszcze większe. Dobrze, że się pogodzili w taki sposób. Przynajmniej wiedzą kim są naprawdę. Rozdział wybitny. Naprawdę masz być z czego zadowolona.
    Pozdrawiam ;)

    Ps: U mnie nowy rozdział ;)
    http://szkolaastridlilo.blogspot.com/2014/03/rozdzia-iv.html?showComment=1395593575511#c5702647160602450344

    OdpowiedzUsuń
  10. Nominuję Cię do Liebster Award <3
    http://mroczny-znak.blogspot.com/p/blog-page_10.html

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak mogłaś uszkodzić moją ulubioną Hestię! I jeszcze odebrać jej głos, kto jak to ale dziewczyna powinna rozumieć, że brak możliwości gadania, plotkowania czy wydawania z siebie jakiś dźwięków jest okropną karą! Do tego Chase... tak ją olał? spławił? zignorował? tak, to chyba odpowiednie słowa... Jak można kochać takiego samolubnego bałwana! Ale jak to się mówi, miłość jest głucha, ślepa i ma problemy z odpowiednim wyrażaniem się przez przeznaczonych sobie ludzi.
    Dalej, co ja miałam napisać? Ach tak!
    Polubiłam Syriusza, do tej pory uważałam go za pustego, lalusiowatego, pożal się Boże arystokratę, który jest przekonany o swojej nieomylności i cudowności ale okazał się być mniej pusty niż butelka po kremowym piwie i jego "próba" pogodzenia Lily i Jamesa mi zaimponowała oraz to, że pilnował aby się delikatnie mówiąc nie pozabijali:) Tak, Syriusz Black ma u mnie za to dużego plusa no i jego rowerzysta przez "ż":)
    I w końcu Lily i James... Nie przypuszczałam, że tak szybko się "pogodzą", liczyłam że Potter trochą dłużej pozostanie obrażony i będzie chciał ją sobie odpuścić ale beznadziejnie zakochani nie są zbyt trwali w swoich postanowieniach. Zrobiła na mnie wrażenie ich normalna rozmowa, każde pokazało swoje drugie oblicze, James tą swoją mniej huncwocką naturę a Lily mniej jędzowatą.
    Rodzice Jamesa są bardzo sympatyczni jednak Seth mnie urzekł, ta jego bezpośredniość i robienie wstydu Jamesowi:D dobrze, że Pani Potter ma więcej taktu;D
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X