26 grudnia 2013

9.1 Zwykli Znajomi

„Między mężczyzną, a kobietą przyjaźń nie jest możliwa.
Namiętność, wrogość, uwielbienie, miłość – tak, lecz nie przyjaźń”
-Oscar Wilde
            Robota dobiegała końca. Z drugiego końca pomieszczenia Marlena skończyła już polerować puchary i rzuciła szmatą tuż pod nogi Lily, śmiejąc się jak wariatka, że to nareszcie koniec tych całych prac społecznych. Jakim cudem tak szybko jej poszło?, pomyślała z przekąsem Evans. Czy tylko ona miała jeszcze dwie półki różnolitych nagród dla zasłużonych uczniów do odkurzenia? Zerknęła kątem oka na Pottera, ale on jak zwykle siedział w kącie i śmiał się z wysiłków towarzyszek. Robił tak co tydzień. Oczywiście, nie żeby brakowało jej jego towarzystwa, ale na samą myśl, że ktokolwiek przygląda się jej od tyłu, nie mogła skupić się na robocie. Osobiście uważała, że chłopak zaczyna szlaban dopiero jak ona i Marlena sobie pójdą, bo boi się przy nich pobrudzić.


-Potter, nie chce przerywać ci popołudniowej sjesty, ale masz jeszcze trzy regały. Kiedy ty to zrobisz? Ja nie będę za ciebie sprzątać- burknęła, odrzucając szmatę McKinnon w jego kierunku.
            Marlena  westchnęła ciężko. Czułaby się o wiele lepiej, gdyby mogła odrobić szlaban sama w Izbie Pamięci, a dla tej dwójki McGonagall przygotowała izolatkę. Podczas ich, czwartej już z kolei kary, nie było mocy, żeby Ruda nie zażartowała sobie z chłopaka, albo on nie rzucił sugestywnego komentarza. Gorzej niż dzieci. Nigdy nie powiedziała tego na głos, ale podobnie jak Dorcas, uważała, że Ruda i Rogacz pasują do siebie idealnie. Nie teraz, oczywiście. I jedno, i drugie musi odrobinę dorosnąć. Lily musi pozbyć się swoich uprzedzeń, które nabyła w czwartej klasie, kiedy to James w dosyć specyficzny sposób po raz pierwszy zaprosił ją na randkę, a James musi przestać cały czas grać na jej, i tak już nad wyraz przewrażliwionych, nerwach.
            Całe szczęście tamta nigdy nie poprosiła jej o radę! Marlena słynęła bowiem ze swojego obiektywizmu w stosunku do przyjaciół, i gdy tylko ktoś pytał ją o zdanie w jakieś kwestii, mówiła co myślała. Nie było mowy o „kłamstewkach” żeby nie sprawić komuś przykrości. Kłamstwo w dobrej intencji, wciąż pozostało kłamstwem. A gdyby powiedziała rudowłosej, że jest ona lekko nieobiektywna w całej tej relacji, z pewnością obraziłaby się na nią.
-Ależ nie musisz brudzić sobie rączek, skarbie. Zaraz wszystko tu będzie lśnić.
          Po tych słowach wziął głęboki oddech, pogrzebał w głębokich kieszeniach swojej szaty i wyjął krótką, tarninową różdżkę, która, o ile pamięć jej nie myliła, w czwartej klasie należała do Petera. Porzucił on ją dopiero po kolejnym kawale jego przyjaciół, ponieważ nie nadawała się już do użytku. Skąd więc ją miał?
         Tymczasem chłopak zdążył już rzucić zaklęcie, po którym pucharki z półek przydzielonych jemu zabłyszczały z czystości. McKinnon spojrzała nań zazdrośnie- nie dość, że w ogóle się nie przyłożył, to zrobił to najlepiej ze wszystkich. 
          Lily nie miała tak dobrej pamięci, co do różdżek jak Marlena, więc jedyne co zdążyła wywnioskować, to fakt, że nagina on zasady w sposób oburzający i, w przeciwieństwie do przyjaciółki, nie przymrużyła na to oka.
-Oszuści krócej żyją- fuknęła z surową miną, której nie powstydziłaby się sama profesor McGonagall.  
-W takim razie za długo się sobą nie nacieszymy, Evans.
         Przez chwilę poczuła się zbita z pantałyku. Rogacz często mówił do niej jakimiś zagadkami, a jej było głupio, że nie potrafiła ich rozgryźć. Właściwie to zawsze, gdy coś było dla niej niezrozumiałe, czuła się niekomfortowo. Pewnie dlatego właśnie Potter pozwalał sobie na niedomówienia nader często. Uwielbiał ją denerwować.
-Hmm?
-Oszukujesz już od… dobrych kilku lat, że nic do mnie nie czujesz, a skoro oszuści szybko odchodzą i jeśli weźmiemy pod uwagę ilość twoich udawanek to… AUU!- jęknął nagle łapiąc się za nogę, którą rudowłosa przed sekundą kopnęła z największym możliwym impetem. –A to za co?
-Za wybujałą wyobraźnię! Nie każdy potrafiłby oszukiwać się codziennie, co do moich uczuć względem ciebie, których, mówiąc tak między nami, nie ma. I w sumie fantazja to jeszcze nie grzech, jeśli się nad nią panuje i nie WYGŁASZA PRZY WSZYSTKICH- DOPROWADZAJĄC MNIE DO SZAŁU!
         Potter nie spuścił głowy w geście skruchy jak robili wszyscy, którzy mieli styczność z gniewem Evans. Uśmiechnął się tylko rozbrajająco i powiedział coś o jej niezaprzeczalnej urodzie, kiedy się wścieka, ale Marlena nie słuchała już dłużej tej sprzeczki. Z doświadczenia wiedziała, że gdy ta dwójka rozpoczyna droczenie, bez którego pewnie nie mogliby poprawnie funkcjonować, lepiej skapitulować. Mogła się założyć, że gdy tylko wieczorem Lily wróci do dormitorium w podłym nastroju, zapomni całkowicie, o co poszło w tej całej kłótni i Rogacz nie dostanie szlabanu za fałszywe różdżki.  
***
           Ktoś walił pięściami o drzwi dormitorium dziewcząt i robił to od kilkunastu minut. Nie żeby od początku zachowywał się tak mało kulturalnie, co to, to nie. Nawet Emmelina, która uwielbiała koloryzować fakty i nagminnie stosować wszelakie wyolbrzymienia, musiała przyznać, że sprowokowała przybysza do podobnych działań. Najzwyczajniej w świecie, gdy tylko usłyszała pukanie, puściła je mimo uszu, mając nadzieję, że owy osobnik odejdzie i zostawi ją w spokoju. Myliła się. Musiała to być naprawdę napastliwa osoba.
            Westchnęła ciężko i odrzuciła w kąt szczotkę, którą przeczesywała sobie w wolnych chwilach włosy. A takich „wolnych” chwil, szczerze mówiąc, miała więcej niż ktokolwiek w tej szkole, nawet pierwszoroczniacy, którzy ze względu na młody wiek posiadali najluźniejszy plan dnia. Nie żeby w ogóle nie przykładała się do nauki, nie miała życia prywatnego albo zainteresowań- po prostu zawsze wszystko udawało jej się zrealizować przed przyjaciółkami, a potem mogła pozwolić sobie na więcej upragnionego relaksu. Musiała teraz wszystko przekalkulować- wpadła w maciupeńkie kłopoty, o których nie mogła powiedzieć nikomu, a dodatkowi goście z pewnością nie pomogą jej w wyplątaniu się z tego.
 -PROSZĘ!- krzyknęła, czując w głębi serca, że krzykiem tego nie załatwi.
            Klamka ani drgnęła. Boże, czy ten kretyn nie potrafi otworzyć drzwi?! Ujawniła swoją obecność niestety tą odezwą, więc musiała mu otworzyć. Wstała, otrzepując spodnie i poprawiając nieznacznie włosy, jakby tego potrzebowały, i pociągnęła za klamkę. Jeśli gość będzie miał do niej pretensje za to, że musiał tak długo czekać, powie, że brała prysznic. Nie musiała jednak kłamać. 
            Za drzwiami nie było żywej duszy, z wyjątkiem pierwszoklasistki, która właśnie wychodziła z dormitorium kilka drzwi obok, ale Titanic od razu skreśliła ją z listy podejrzanych do głośnego pukania, bo na pewno nie wytworzyłaby swoją chudą rączką tyle hałasu. Nie, to musiał być jakiś chłopak. I kiedy już miała prychnąć, i na nowo wrócić do pielęgnacji włosów i obmyślania swoich intryganckich planów, łącząc tak dobrze przyjemne z pożytecznym, znikąd zmaterializowała się mała, ślicznie zapakowana paczuszka z doczepioną kartką. Wzięła podarek do ręki, rozejrzała się jeszcze raz po korytarzu łączącym dormitoria i zamknęła się w pokoju, chcąc zawartość prezentu zostawić dla siebie.
         Już nie myślała źle o chłopaku, który się do niej dobijał. Teraz był wspaniały- w końcu pomyślał o tym, żeby tak ładnie zapakować paczuszkę. Emma uwielbiała, jak coś ładnie wyglądało.  
          Prezentem okazała się śliczna buteleczka perfum jakieś francuskiej firmy, której Emmelina nie potrafiła odczytać, ale sam fakt, że jest ten flakonik pochodzi z tego wspaniałego kraju, był gwarancją jego jakości. Westchnęła głośno i zaczęła zastanawiać się, kto też mógł się tak dla niej wykosztować. Może Remus dał jej go na przeprosiny? Przecież wie, jak bardzo uwielbia ona takie rzeczy. A może to jej były chłopak z piątej klasy, Nathan O’Connel postanowił ją odzyskać? A może… nie. To na pewno nie od Syriusza. Przez ostatnie tygodnie w ogóle się do niej nie odzywał, zrobił się cyniczny i wyśmiewał wszystko, zupełnie jak dawniej. Niezbyt się to jej podobało, ale w końcu, nie ważne jaki miał humor, wciąż pozostawał tym samym, boskim Syriuszem Blackiem. Może naprawdę podarował jej flakonik, ponieważ… ponieważ zaczął się w niej zakochiwać! Tak! Na pewno o to chodzi. A więc, co teraz powinna zrobić? Podziękować? Nie… To zbyt infantylne. Poudaje, że nie odgadła, że to od niego. Może po prostu się wypsika i…
 -Emma?- usłyszała zniecierpliwiony głos Dorcas, która stała z założonymi rękoma i niezadowoloną miną obok niej. Uniosła brew w prowokującym geście, już chcąc burknąć: CO?!; ale się pohamowała. W tej chwili bardzo potrzebowała przyjaciół, a Dorcas, mimo że obecnie okropnie działała jej na nerwy, wydawała się być idealna do roli nakłonienia Blacka do przyznania, że to on przysłał jej perfum. Oczami wyobraźni już zobaczyła zakłopotane spojrzenie dziewczyny, ponieważ jej Łapa nie kupował drogich rzeczy,  kiedy byli jeszcze razem.
         Od dnia ich zerwania minęło dwadzieścia sześć dni. Dwadzieścia sześć pięknych dni dla których aż chciało się żyć. Meadowes udawała, że jest zadowolona ze swojej decyzji, co wieczór obgadując swojego, byłego już, chłopaka i wyzywając go od najgorszych. I co wieczór Emmelina powtarzała słodkim głosikiem „chyba trochę przesadzasz”. Och, nic nie sprawiało jej więcej satysfakcji!
         Mniej kolorowo było z Blackiem, który sprowokowany tym, że pierwszy raz w życiu ktoś rzucił go, a nie na odwrót, postanowił jakimś cudem wrócić do dziewczyny. Ponieważ Dor, po poprzednim poradzeniu się przyjaciółek, postanowiła przystać na propozycję Titanicówny i zwyczajnie go ignorować, widywali się oni jedynie podczas posiłków. Dla niej to było korzystne- mogła cały dzień biegać za nim i pytać swoim przesłodzonym tonem, jak się czuje, przez to, że ta wstrętna dziewucha tak jawnie go olewa, ale Łapa spoglądał na to z innej perspektywy. Cóż, idealnie być nie może. Niech sobie biega za Meadowes od dwudziestu sześciu dni. Za Emmeliną niebawem będzie biegać dwadzieścia siedem.
         On będzie mój.
-Tak?- spytała uprzejmie, przypominając sobie nagle o obecności dziewczyny. Złośliwy uśmiech z twarzy szatynki powoli znikł i ustąpił lekkiemu zażenowaniu.
-Zamyśliłaś się, ale proszę, nie śmieć obok mojego łóżka nawet wtedy. Wystarczający tu już mamy chlew- I rzuciła w jej kierunku zmiętolony bilecik, na którym zobaczyła kilka słów, wypisanych wielkimi kulfonami:
Od cichego wielbiciela, dla najpiękniejszej.
         To bukiecik od flakonika! Na śmierć o nim zapomniała! Zarumieniła się czytając ten tani komplement, co Meadowes nie mogła przeoczyć.
-Cichy wielbiciel?- szepnęła, ożywiając się nagle. –I jak myślisz, kto to?
-Och, podejrzewam, że to Sy… eee… Nathan. Albo Remus. Albo… Peter.
-Peter?- powtórzyła Dorcas.
          Jaka z niej idiotka! Peter? Nigdy nie potrafiła kłamać, ale chyba każdy wymyśliłby na poczekaniu coś innego. Boże, już nawet Filch byłby bardziej przekonywujący! Dlaczego blefuje? Nie wiedziała właściwie. Coś w jej głowie kazało się nie ujawniać, coś, co chyba zwie się kobiecą intuicją. I jak się teraz zastanawiała to, to wcale nie było takie głupie- jeśli poprosi Meadowes o pomoc w odkryciu kim jest cichy wielbiciel i nakierunkuje ją tak, żeby myślała, że to Syriusz (no bo w gruncie rzeczy nie miała pewności, że to na pewno od niego, a jeśli nie, to przynajmniej uda jej się skłócić go bardziej z Dorcas) i wtedy wścieknie się do tego stopnia, że nawet nie będzie chciała go unikać! Po prostu będzie brzydzić się jego towarzystwem, jak Lily Rogacza. Jeśli Emmelina powiedziałaby jej o sowim podejrzeniu teraz, Dorcas pewnie poszłaby się go o to spytać, a wtedy on by ją wyśmiał, albo by skłamał. Teraz tylko jak wykręcić się od tego Petera?
-No Peter… wiesz, ten Puchon w odstającymi uszami, z którym chodziłam w czwartej klasie.
          Miała ochotę klasnąć w dłonie! Szatynka nigdy nie miała pamięci do imion i na sto procent uwierzy na takiego Petera. W ten sposób nie udałoby jej się oszukać Marleny albo Lily, ale Dorcas zawsze miała do niej bardziej lekceważący stosunek niż pozostałe współlokatorki. Zawsze. Ją też nie będzie nic łączyć z kimś, komu wydaje się, że jest głupia, naiwna i niewinna. Jeszcze się zdziwi…
-Możliwe… Ale dlaczego twoi byli mieliby wysyłać ci perfumy po zerwaniu?
-Bo to chłopcy, Dori- zaśmiała się używając tonu jakby mówiła do kompletnej idiotki. –Wbrew pozorom to oni gorzej znoszą rozstania. Nie mogą znieść tego, że to my właśnie zakończyłyśmy ten związek. Na przykład taki Black… gania za tobą, żebyście tylko się zeszli i żeby to on tym razem mógł cię rzucić! I jest w tym taki wytrwały jak nigdy, prawda?
        Meadowes wbiła wzrok w podłogę. Przez cały ten miesiąc trzymała się kurczowo przekonania, że wbrew pozorom Syriuszowi  na niej zależy, skoro tak nie odpuszcza… Czyżby naprawdę robił to tylko dlatego, że taka jest męska duma? Czy naprawdę była dla niego pierwszą, lepszą laską do zaliczenia?
         Emmelina uśmiechnęła się w duchu. Udało jej się zrodzić niepewność w głowie przyjaciółki, teraz tylko wykonać o niebo łatwiejszy krok- poprosić o pomoc.
-Ale mimo wszystko wolałabym się upewnić, co do tego nadawcy- westchnęła, świetnie udając niezdecydowanie. -Tak to już jest, jeśli ma się za dużo adoratorów- zaczynasz się w nich gubić… Mogę na ciebie liczyć, prawda, kochanie? 
***
          skrzydle szpitalnym panowały egipskie ciemności, a przynajmniej, gdy Marlena do niego weszła. Pielęgniarka spojrzała na nią krytycznie, jakby wątpiła, czy jest odpowiednim towarzystwem dla jej pacjentów, ale odpuściła, najwyraźniej nie chcąc wciągać się w spory z kolejną smarkulą, która jest od niej o wiele mocniejsza w gębie. Szatynka bezszelestnie podeszła do łóżka, na którym smacznie spał blondyn. Zerknęła na stojący na szafce nocnej wazon z kwiatami, które wymarniały i opadły, co dodawało dodatkowo ponurej atmosfery tego miejsca. Na szczęście była na to przygotowana- wyszeptała zaklęcie, a wysuszone roślinki odżyły i przemieniły się w piękne, jaskrawe fiołki.
         Wzrokiem znów wróciła do chłopaka. Ostatnio bardzo często odwiedzał panią Pomfrey. Najpierw cała ta sytuacja z zaklęciem usypiającym, którego nie dało się zdjąć (przyjechał nawet wykwalifikowany uzdrowiciel z najlepszymi eliksirami z Munga, ale było to całkiem zbędne). Obudził się on podczas jego wizyty, kompletnie ogłupiały, a uzdrowiciel stwierdził, że oberwał jakimś tam zaklęciem jednorazowym, czy jak to się nazywało. Dumbledore nawet ogłosił apel w dzień jego przebudzenia, żeby zachować szczególną ostrożność w tak ciężkich czasach. Teraz z kolei zbliżała się kolejna pełnia, a on trafił do skrzydła, bo słabo się czuł.
         Właśnie- pełnia. Lupin nie odezwał się do niej ani słowem od pamiętnego wieczoru po imprezie z okazji zwycięstwa Gryfonów, a robił to tak wytrwale, że Marlena zaczęła się poważnie zastanawiać, czy oby wypadek nie usunął mu trochę z pamięci i wciąż nie odzywał się do niej z powodu Franka. Usiadła na krześle obok łóżka, na którym leżał i złapała go mocno za rękę. Robiła tak często- i podczas jego „śpiączki” i  teraz, kiedy przychodził znacznie osłabiony. Były to jedyne chwile, w których mogła pozwolić sobie na odrobinę sentymentalności- tęskniła za nim, tęskniła tak diabelnie i mocno, że miała wrażenie, że niebawem od tej tęsknoty uschnie. Żaden chłopak tak na nią nie działał. Szkoda tylko, że było to działanie jednostronne… W końcu, gdyby McKinnon była dla niego ważna, z pewnością nie całowałby się on z Emmeliną i nie zatajał przed nią prawdy. No i stanąłby na wysokości zadania, a nie ignorował ją jak ostatni tchórz.
-Mara…?- spytał słabo unosząc nagle głowę.
         Zamarła. Jak to możliwe, że obudził się właśnie teraz? Nigdy się nie budził… Nigdy. I jak ma się z tego wykaraskać? „Och, Remusie to ty! Wybacz że trzymam twoją rękę, ale pomyliłam cię z Frankiem. Bo jesteście tacy podobni! No to… eee… ja już pójdę”? Beznadzieja.
-Co ty tu robisz?
          Nie patrzał w jej oczy. Spoglądał po kątach, wlepiał wzrok w podłogę albo własne paznokcie, ale nie miał wystarczająco odwagi, że spojrzeć w jej oczy! Poczuła narastające rozdrażnienie… Może to nie kwestia dzielności? Może on po prostu traktuje ją pobłażliwie? Zawsze traktował. Od początku… Zdradził ją, a to dowód na brak szacunku. Poczuła jak się czerwieni… Nie miało to jednak nic wspólnego z jej wewnętrznym gniewem.
-Nie cieszysz się na mój widok, prawda?- spuściła wzrok. Chłopak wyglądał na speszonego jej pytaniem, a może po prostu była zbyt napastliwa? W końcu, ile już nie byli razem? Dwa miesiące. Tak oficjalnie. Ona ma nawet nowego chłopaka. Powinna odpuścić, a nie odwiedzać go w skrzydle szpitalnym.
-To nie tak… Na twoim miejscu raczej bym siebie unikał- mruknął, niby to w żartach, ale McKinnon od razu wyczuła, że mówi to poważnie.
          A więc o to chodzi- on ciągle ma wyrzuty sumienia.
          Okej, skłamała z tym brakiem jakiegokolwiek kontaktu. Rozmawiali raz. I nie była to zbytnio przyjemna rozmowa. Powiedziała, że nie ma mu za złe „zarażenia jej” wilkołactwem. Lupin dał jej do zrozumienia, że zachowuje się bynajmniej głupio, że powinna go za to znienawidzić i że nie potrzebuje żadnej łaski. Ale emocje przynajmniej zdążyły opaść. Zapytała się go o dziwną reakcję jej organizmu po pierwszej pełni, ale on utwierdził ją w przekonaniu, że to nic niezwykłego.
-Cieszę się, że przynajmniej odrobinę ci pomogłem- powiedział wtedy. Pomógł jej bardzo.
          Wzięła głęboki oddech.
-Myślałam, że to już skończony temat.
-Nie jest skończony. Powinnaś zachowywać się jak ja. Ja nienawidzę Greybacka za to, co zrobił.
-Ale ja nie nienawidzę ciebie. Dałbyś z tym spokój.
          Westchnął. Marlena słynęła ze swojego oślego uporu- jak coś sobie ubzdura, to nie ma zmiłuj, tak ją posumował Łapa. Dla własnego bezpieczeństwa wolał tym razem ustąpić. Czy wyrzuty sumienia zniknęły? Nie. Nigdy nie znikną. Nie ważne co ona powie.
-Zbliża się pełnia. Jesteś cały blady i… taki słaby. Ale ja nie czuję się słaba. Czy to normalne?- spytała dziewczyna.
          No tak… W końcu okazał się on beznadziejnym przyjacielem- nic jej nie wyjaśnił, nie wytłumaczył, chociaż tylko on mógł w tej sytuacji jej pomóc. Ze swoim drugim obliczem zmagał się odkąd sięgał pamięcią, a dla niej to wszystko jest nowe. Wszystko jej wytłumaczy… To będzie przynajmniej minimalna rekompensata, za to, co zrobił.
-To znaczy, że jesteś silną dziewczyną- uśmiechnął się słabo. –Silniejszą ode mnie. Znacznie. Niektórzy reagują na pełnię gorzej, inni lepiej. Nie powinnaś się tym przejmować.
-Okej…
          Zapanowała niezręczna cisza, a podczas ich znajomości rzadko się zdarzała. Jakoś zawsze znajdowali wspólny temat… No tak. Pewnie cała ta sytuacja ich poróżni.
-Remusie… Wybacz, że o to spytam, ale… Nie powiedziałeś nikomu, prawda? Nie powiedziałeś nikomu o mnie…
-Nie. No co ty.
-To dobrze.
          Znowu milczenie. Marlena wbiła wzrok w czubki swoich butów i niezbyt pewnie powoli zaczęła od niego odchodzić i wypuściła jego rękę. Jak mogła w ogóle tak długo ją ściskać?! Pożegnała się cicho na odchodne i gdy już znikała, usłyszała znajomy, ciepły głos:
-Pomogę ci. Ja cię w to wplątałem i ja cię z tego wyplączę. Naprawdę.
***
        -Jak szlaban, Rogasiu? Evans znowu się na ciebie wydzierała?- zapytał przystojny, czarnowłosy chłopak znad mugolskiego katalogu motocyklów.
          James skoczył na łóżko, aż zaskrzypiało i wychylając się do najlepszego kumpla wyszczerzył zęby. Łóżka w dormitorium Huncwotów już po pierwszej kolacji zostały poprzestawiane- Black i Potter, którzy już wtedy przypadli sobie do gustu ustawili je w ten sposób, żeby dzieliło ich raptem kilka stóp, kiedy w nocy chcieliby porozmawiać. Za ich zachciankę zapłacili Lunatyk i Glizdogon, bo przypadły im najdalsze kąty pokoju, do których nijak można było się dostać, a o wychodzeniu w nocy, bez obudzenia Blacka i Pottera mowy nie było. Jak się nad tym zastanowić, to prawdopodobnie to ostatnie wcale nie było skutkiem ubocznym tylko częścią planu.
-A jak mszczenie się na Titanic? Jeszcze się nie skapnęła?- Syriusz pokręcił głową i parsknął śmiechem.
          Od imprezy na której Clemence powiedziała kilka słów za dużo i po pijaku wydała swoją niedoszłą sojuszniczkę, Syriusz anonimowo mścił się na blondynce, ale były to niewinne żarty w porównaniu z tym, co planował. Przez cały październik zapisywał na wyczarowanej białej tablicy swoje pomysły, które przedstawiał za pomocą prymitywnych rysunków. Wszystkie te rysunki zrealizował- wywalił ją w nocy do dormitorium byłego chłopaka, dolał do herbaty eliksiru, który skleił jej włosy jak żywica i co dzień przyklejał jej na plecach obraźliwe teksty. Dzisiaj na tablicy zaszły zmiany. Wszystkie dotychczasowe pomysły zostały wskazane podłużnymi strzałkami, które prowadziły do czerwonego napisu na samym środku tablicy: CICHY WIELBICIEL. Co takiego chodziło Blackowi po głowie? James chyba nie chciał wiedzieć.
-Radzę ci to zmazać, zanim Pomfrey wypuści Luniaczka. Przecież wiesz, że znowu będzie bronił tej dziewczyny- mruknął wywracając oczami i dając przyjacielowi do zrozumienia, że według niego Lupin zachowuje się głupio stojąc murem za blondynką.
--Racja… Zbliża się pełnia, więc pewnie będzie przewrażliwiony- machnął różdżką i tablica natychmiast zniknęła. –I tak już skończyłem koncept mojego planu. Wiesz, tak w ogóle, wpadłem dzisiaj na jedną z moich fanek…
-Fajnie.
-…ze Slytherinu…
-Mniej fajnie.
-…i twierdzi ona, że Ślimak zorganizuje w Halloween imprezę u siebie. Najwyraźniej bale bożonarodzeniowe już mu się znudziły. Nic dziwnego, do dzisiaj mam traumę po tym puddingu, który sam ukichcił.
         Rogacz wstał natychmiast. Impreza u nauczyciela eliksirów zawsze była dobrą wymówką, żeby zaprosić gdzieś Evans. I było to wyjątkowo łatwe- na każde inne uroczystości panowie musieli zapraszać i tam ciężko było jakoś zapobiec wyjściu Lily z kimś innym, ale na imprezę do Ślimaka, gdzie ona musiała kogoś zaprosić, umówienie się z nią to istna bułka z masłem. Jeśli się nie zgodzi, a, nie czarujmy się, pewnie tego nie zrobi, dopadnie każdego kandydata na jej partnera i przeleży on całe Halloween w skrzydle szpitalnym. Zarechotał.
          Black teatralnie puknął się w czoło. O co mu chodzi?
-Rogaczu, nie warto. Po co ja ci w ogóle o tym mówiłem…? Pewnie będziesz chciał iść tam z nią, nie? To przegrana sprawa! Daj sobie spokój… Będzie pewno wiać nudą, a ja wspomniałem o tym tylko dlatego, żeby zrobić tam jakiś kawał i ożywić atmosferę… EJ! Słuchasz mnie?
        James uciszył go gestem dłoni i, rozbawiony, przywrócił na środek pokoju tablicę Blacka, natychmiastowo zmazując cały jego system przeciwko Emmelinie i sam zaczął notować niewidzialnym markerem:
          JAK PRZEKONAĆ LILIAN EVANS DO PÓJSCIA DO SLUGHORNA Z JAMESEM POTTEREM?
          Zmarszczył brwi, bo zobaczył, że jego przyjaciel podnosi rękę, jak na lekcji. Chociaż nie- on się zgłaszał tylko u McGonagall, bo tam nie można było zdzierać sobie gardła.
-Wiesz jak?
-Ależ oczywiście.
-Dawaj.
-Punkty do powyższego tematu: Punkt pierwszy- NIE. Punkt drugi- DA. Punkt trzeci- SIĘ. Czytane bez przerw- NIE DA SIĘ.
-Zła odpowiedź, Black.
-Proszę cię! Możesz wymyślać te swoje psychiczne plany podrywu kiedy indziej! Skupmy się na rzeczach, naprawdę ISTOTNYCH. Na przykład- Usłyszałem dzisiaj pytanie od jakieś trzecioklasistki, czy Huncowci się rozpadli, a wiesz dlaczego?
-No?
-Bo ucichliśmy. Przestaliśmy się popisywać, dokuczać Filchowi i Smarkowi…
-Przesadzasz.
-Tak? A ile zrobiliśmy kawałów od początku roku?
-Eee… No nie wiem. Ja takich rzeczy nie liczę…
-ZE-RO- przesylabizował Black. –Zero. Ucichliśmy kompletnie. Nie daj Bóg, ktoś jeszcze pomyśli, że, o zgrozo, my zmądrzeliśmy, rozumiesz to?
          Zaśmiał się chicho. Syriusz strasznie dramatyzował- trzeba by czegoś więcej niż chwilowego zawieszenia broni, by pomyśleć, że Huncwoci zmądrzeli. Nie… Nie ma szans. Chociaż… Jego przyjaciel też miał trochę racji. Tyle się wydarzyło od początku roku, że kompletnie nie miał głowy do dowcipów. Jak to dziwnie zabrzmiało… On nie miał głowy do żartów…. Ale to prawda. W tym roku po raz pierwszy zobaczył szansę dla siebie i Lily- przestała ona udawać, że go nie zna, nie wydzierała się na niego bez powodu (niemniej jednak, skoro zaprzestał on chwilowo huncwockiego życia, to chyba naturalne, że przestała się irytować?) i, co najważniejsze, umówiła się z nim do Hogsmeade. I nie dała mu w twarz kiedy próbował ją pocałować przed meczem Qudditcha… Och tak, Lily pochłaniała całą jego uwagę od początku semestru.
-Dobrze- przystanął na to- zaplanujemy kawał, ale najpierw podaj jakiś LEPSZY pomysł na tablicę.
-Ja mam lepszy pomysł- usłyszeli melodyjny, wysoki głos, charakterystyczny dla tylko jednej istoty.  
          Emmelina stała z usatysfakcjonowanym uśmieszkiem w drzwiach, podpierając się łokciem o jego framugę i przeczesując placami włosy. Łapa cały zesztywniał. Nie życzył sobie, że to coś przebywało w jego dormitorium. Udowodniła już, że niezła z niej hipokrytka.
-Wynoś się- warknął, zanim zdążył ugryźć się w język. Przecież ma być dla niej miły! Musi być dla niej miły… Ku zdziwieniu zarówno jego, jak i Jamesa, blondynka zamiast się obrazić, jak miała w zwyczaju, uśmiechnęła się jeszcze szerzej i niezaproszona wtargnęła do dormitorium.
-Nie bądź taki niemiły… Chcę wam pomóc. Przecież wcześniej wam pomagałam, pamiętacie jeszcze?
          Wspomniała oczywiście o czasach, w których, jako przyjaciółka Remusa przebywała u nich nagminnie i poznawała tajemnice Huncwotów, oczywiście z zachowaniem zdrowego rozsądku, bo już wtedy słynęła ze swojego przydługiego języka. Ale zmieniła się od tych czasów, a, ściślej mówiąc, zmieniła się w tym semestrze. Wcześniej znana jako kompletne słoneczko towarzystwa, wiecznie uśmiechnięta i pomocna, przemieniła się w chłodną i stanowczą intrygantkę. Stała się naprawdę przerażająca… To źle, że do nich przyszła. Na pewno czegoś chce.
-No dobrze…- odparł bez charakterystycznego dla siebie tonu, z którego emanowała pewność siebie. –Co masz do zaproponowania?
-Zamiast zgrywać zakochanego idiotę, którego, bez obrazy, robisz z siebie przez cały czas, powinieneś zagrać jej na nosie i… umówić się z kimś innym.
          Dobra, czy ona do reszty ześwirowała? James pamiętał z przeszłości liczne sytuacje, w których starał się sprawić, żeby Lil była zazdrosna- i ani razu mu się nie udało tego osiągnąć. Próbować tuż przed imprezą… Nie. To by było samobójstwo.
-To głupota, Emmelino.
-Ale daj mi skończyć- szepnęła z błyskiem w oku. –Ze mną już wygrałeś.
          I żeby zyskać więcej wiarygodności machnęła własną różdżką w białą tablicę. Natychmiast pojawiły się na niej napisy:
POTTER vs EVANS
1:0
***
          Uroczy to był poranek. Nieubłagalnie zbliżał się zimny listopad, ale te ostatnie dni października były wyjątkowo ciepłe, zupełnie jakby miesiąc chciał się w ten sposób pożegnać. Kolorowe liście opadały na taflę jeziora i tonęły, wciągane na samo dno przez druzgotki i inne wodne istoty. Woźny, pan Filch, na rozkaz dyrektora zmiatał opadłe resztki korony drzew ze ścieżki do cieplarni, gdzie odbywały się lekcje zielarstwa i robił to za pomocą jednej ze szkolnych mioteł do gry w Qudditcha, czym podpadł Huncwotom, szczególnie Potterowi. Następnego dnia nie dość, że ścieżka zasypana była jeszcze bardziej, to przy drzwiach na woźnego czekało stado tych rozeźlonych narzędzi, wcześniej przetransmutowanych. Chłopców wyjątkowo nie czekał za ten występek szlaban, może częściowo dlatego, że każdy z nich miał pozajmowane wszystkie wieczory.
          Lily obudziła się w znakomitym nastroju, który nie mógłby zostać zepsuty przez nikogo- nawet samego Jamesa Pottera. Nigdy dotąd nie zdarzyło jej się obudzić jako pierwszej i budzić przyjaciółek, bo tak właśnie u nich było- żadnych budzików. Resztę budziła ta, która pierwsza się ocknęła. Tak było od pierwszej klasy, kiedy Syriusz wyrzucił im przez okno magiczny zegarek, który o godzinie ósmej zaczął wykrzykiwać jakąś czarodziejską piosenkę i, co ciekawe, tym sposobem jeszcze nigdy się nie spóźniły.
           Uśmiechnęła się w duchu i delikatnie potrząsnęła leżącą po lewej blondynką, a potem po prawej Dorcas.
-Daj spokój, Mara… Jeszcze minutka.
-Twoja „Mara”, Dor, może i by zmiękła, ale ze mną nie ma takich numerów.          
          Wszystkie dziewczyny jak na zawołanie podniosły głowy, i dlatego, że nie mogły ukryć zdziwienia, że Lily wstała pierwsza, i dlatego, że żadna nie była na tyle głupia, żeby jej podskakiwać. Emmelina jako pierwsza wbiegła do łazienki i wyszła równie szybko, wbrew własnej naturze, ale, rzucając porozumiewawcze spojrzenie Dor, powiedziała, że koniecznie musi coś załatwić. Następna była Dorcas i Lily, razem, co było propozycją Marleny, ponieważ sprzeczały się, która ma dzisiaj prawo do bycia drugą w kolejności. Po szybkim makijażu i wzajemnym układaniu fryzur (szybko zapomniały o początkowym oburzeniu koniecznością dzielenia się łazienką) ruszyły do Pokoju Wspólnego, bo śniadanie rozpoczynało się dopiero za pół godziny.
         Jak zwykle rano Prefekt Naczelny Gryfonów, czyli Frank Longbottom, rozwieszał informacje na Tablicy Ogłoszeń. Były to godziny zajęć dodatkowych, zastępstwa i obecne tabele Qudditcha; a w drodze powrotnej do swojego dormitorium, zaczepił dziewczyny pytając o Marlenę.
-Ma dużo teraz na głowie- skłamała pośpiesznie Lily. –I problemy rodzinne. Ale jestem pewna, że niedługo z tobą pogada. Jesteś dla niej ważny.
          Longbottom nie wydawał się o tym taki przekonany, ale odszedł bez słowa każąc im koniecznie sprawdzić nowe ogłoszenia. Marlena faktycznie unikała swojego chłopaka i robiła to jawnie, nawet się nie kryjąc. Evans miała do niej lekkie wyrzuty sumienia, w końcu, znała Franka od dawna ze spotkań prefektów i wiedziała, że komuś takiemu jak on należą się wyjaśnienia, ale z drugiej strony rozumiała jak trudne jest jej położenie.
          Marlena o swojej likantropii nie powiedziała nikomu. Nawet nie napisała o tym rodzicom. McGonagall zaoferowała, że natychmiast ich zawiadomi, jak tylko teoria jej, Pomfrey  i Dumbledore’ a się potwierdziła, ale szatynka uparła się, że woli zrobić to sama. Nie zrobiła. Zdawała się zapomnieć, że to właśnie przez podobny sekret zerwała z Lupinem. Twierdziła, że „po reakcji Remusa ma traumę” albo „że ona sama źle by zareagowała słysząc takie rzeczy o jakieś swojej przyjaciółce”. Pewnie będą jeszcze z tego kłopoty…
-Słyszałaś, Lil?- krzyknęła Dorcas, wyrywając ją z rozmyśleń. -Wszyscy, którzy przyjdą przebrani na zajęcia w piątek będą zwolnieni z pytania na Zaklęciach! Już się bałam, że oberwie mi się za to, że w ogóle nie ćwiczyłam niewerbalnej wersji Protego. W ogóle, zaklęcia niewerbalne to bzdura. Chyba nie po to uczyłam się przez tyle lat dziwnych, niestworzonych nazw tych wszystkich uroków, żeby teraz to sobie darować i powoli je zapominać, no nie?- lamentowała Dorcas, gdy tylko dopadła Tablicę Ogłoszeń, o której wspominał Frank.
         Przytaknęła jej tylko, stwierdzając, że tłumaczenie po raz setny tego samego jest bez sensu.
-…impreza u Slughorna. Wyjątkowo wcześnie w tym roku. Spodziewałam się, że Ślimak urządzi tylko coś przed Bożym Narodzeniem, ale, jak widać, z wiekiem robi się coraz bardziej towarzyski- roześmiała się serdecznie, a po chwili kąciki ust Lily również lekko drgnęły. Jak dawno się z czegoś nie naśmiewały! Odkąd Black zdradził jej przyjaciółkę, zatraciła ona całą swoją radość życia. Przerażające, co jedno, głupie uczucie potrafi zrobić z człowiekiem…
         Odkąd pamiętała Meadowes przejmowała się różnymi bzdurami, takimi jak buty czy imprezy, mówiła za wszystkich, najczęściej o babskich bzdetach i uwielbiała plotkować o szkolnych osobistościach, których Ruda najczęściej nie kojarzyła. A teraz? Dorcas stała się wrakiem samej siebie- siedziała smutna, nie reagowała na nic, nawet nie rzuciła zabawnego komentarza, gdy jakaś Ślizgonka przyszła wczoraj w stroju królika na śniadanie, bo przegrała zakład z jednym z kumpli Severusa. Dlaczego więc dzisiaj ma tak dobry humor? Coś musiało się stać.
           Pociągnęła ją, wciąż pogrążona w zadumie na korytarz, bo Pokój Wspólny zrobił się zbyt zaludniony. Zaraz wszyscy dopadną nowe ogłoszenia i rozpocznie się jedno, wielkie przeciskanie się wte i wewte. Przeszły kilka kroków, a Meadowes wciąż nawijała coś o nowych butach i wymieniała nazwiska kandydatów na jej partnera.
-A ty z kim idziesz?!- wykrzyknęła jej przyjaciółka tonem, jakby od tego zależało całe ich przyszłe życie. Zmarszczyła brwi. Poczuła się głupio, bo nie słuchała szatynki przez dobre kilka minut, pogrążając się w zadumie. O czym to ona… Ach, no tak! Impreza u Slughorna…
-Z nikim, Dor. Nie mam ochoty w ogóle tam przyłazić- wywróciła oczami ostentacyjnie. –Za to, mogę założyć się, że ty już kogoś masz.  
-ŻE CO?! JESTEŚ NIEWDZIĘCZNA! JEDYNĄ ZALETĄ BYCIA W TYM CAŁYM ZDURNIAŁYM KLUBIE ŚLIMAKA JEST TO, ŻE MOŻECIE ŁAZIĆ NA PRYWATKI!- jęknęła, a Ruda, zszokowana jej wybuchem, oddaliła się od niej na kilka kroków. –Ja muszę łazić po Ślizgonach i zniżać się do poziomu ostatniej sieroty boskiej pytając, czy może ze mną wyskoczą na przyjęcie, a ty, chociaż masz multum możliwości nie wykorzystasz niczego. Dlaczego? Bo nie mam ochoty- przedrzeźniła ją. –A może nie masz ochoty iść tam z kimś innym niż ten, kto już jest umówiony?
          Zamrugała kilkakrotnie. Nie masz ochoty iść tam z kimś innym niż ten, kto już jest umówiony?! Dorcas, widząc jej minę wskazała głową w kierunku Pottera, który rozmawiał z jakąś zapatrzoną w niego Krukonką, która śmiała się prawie z każdego jego słowa. Jej usta wykrzywiły się w grymasie. Na co dzień niby tak bardzo jest w niej zakochany, a gdy nie patrzy już podrywa inne?! Nieświadomie prychnęła wściekle, na co Meadowes tylko utrwaliła się w przekonaniu, co do jej chorej teorii.
-ŻE NIBY CHCIAŁABYM IŚĆ Z NIM?!- krzyknęła odrobinę za głośno. –Chyba sobie żartujesz!- zaśmiała się sztucznie. Meadowes chyba naprawdę zaczyna przewracać się w głowie… Ale… Idzie z tą pustą lalą? No chyba trzyma poprzeczkę nieco wyżej… -Idzie z nią?
-Z Phoebe? Och, tak. Na to wygląda. Ale się nią nie przejmuj, nie żeby znalazła się u Ślimaka, bo ma jakieś specjalne uzdolnienia… Nazwisko robi swoje. Jej tatuś ma wysokie stanowisko w Ministerstwie, a więc dostaje zawsze zaproszenia…- uśmiechnęła się pokrzepiająco. –Ale nie o tym teraz! Skoro nie chcesz iść z Potterem, i nie-nie idziesz na imprezę, bo on umówił się z kimś innym, to chyba musimy wybrać ci jakiegoś chłopaka!
          O, nie…
-Obejdzie się bez tego- odparła chłodno.
         Zadziwiające, jak widok Pottera z inną laską zepsuł jej humor. Poczuła jak jej serce zamienia się w wielki sopel lodu, a robiła tak tylko wtedy, kiedy starała się zamaskować swoje uczucia. No ale dlaczego robiła to teraz? Wszystko przez tego dwulicowego gnoma… Trzy tygodnie temu o mało go nie pocałowała, o mało co, a teraz… Czy to normalne, że tak się złościła? Że czuje się tak oszukana?
          Jasne, pomyślała, przecież nienawidzę takiej niestałości w uczuciach. To na pewno przez to.  
-Lily? Nie odzywasz się już dziesięć minut. Dobra, nie będę szukać ci chłopaka. Zaraz mamy transmutację.
-Gdzie dziewczyny?- spytała, na co Meadowes zacisnęła aż pięści ze złości.
-Pytam cię o to, co dwie minuty! Słuchaj, nie wiem, co ci się stało, ale może przestaniesz mnie ignorować? To denerwujące, mówić tak do ściany. Spałaś tu dosłownie przez cały pobyt Huncwotów, zignorowałaś nawet sugestywne komentarze Blacka. Ja musiałam się mu odszczekać.
-Wybacz.
-Czy to ma jakiś związek, z tym, że Phoebe Stevenson idzie z Jamesem na imprezę do…
-NIE! Nie obchodzi mnie co i z kim robi Potter, Dorcas!
         Tą uwagą natychmiast doprowadziła koleżankę do porządku. Szatynka oblizała nerwowo wargi i postanowiła rzucić lżejszy temat:
-Emmelina ma cichego wielbiciela. Uwielbiam takie rzeczy… Gdyby Syr…- urwała nagle, a jej oczach pojawiły się smutne iskierki- eee, to znaczy gdyby jakikolwiek chłopak wysyłałby mi takie rzeczy chyba umarłabym z radości.
-Dobrze wiedzieć, Meadowes- szepnął męski głos za nimi. Black śmiał się z oburzonych min dziewcząt i wziął ze stołu wielką kromkę przypieczonego tosta. –Stwierdziłem, że wezmę coś dla Rogasia. I jak na przyszłość chcesz mnie obgadywać, Doruś, to proszę uprzednio się rozejrzyj - Gryfonka zaniemówiła- och, i Evans- James będzie zachwycony jak usłyszy, że jesteś o niego zazdro…
-KOLEŻANECZKI Z FANKLUBU JUŻ ZA TOBĄ TĘSKNIĄ, BLACK! NIE PSUJ MI I IM, Z ŁASKI SWOJEJ, HUMORU I ZNIKAJ!
***
          W drodze na śniadanie, ktoś do niego podszedł. Jakaś dziewczyna.
            Znał ją. Przecież to Phoebe Stevenson, kompletna jasnowłosa idiotka, która przewodniczy jego fanklubowi, zupełnie jak Clemence przewodniczy fanklubowi Blacka. Podobnie do swoich koleżanek w specyficzny sposób próbowała zwrócić na siebie jego uwagę- najczęściej zgrywała pyskatą, a gdy zgryźliwości zaczęły palić jej język- podrywała połowę męskiej populacji Hogwartu, łudząc się, że będzie o to zazdrosny. Pamiętał jedną chorą sytuację, jakby to było wczoraj- Phoebe przefarbowała włosy na rudo i podwinęła współlokatorce z dormitorium plakietkę prefekta, naśladując Lily. Evansówna dostała szału, Potter czuł się zażenowany, a Black dostał kompletnej głupawki i śmiał się przez całą noc. Faktycznie, teraz, po pewnym czasie, dostrzegł komizm całej tej sytuacji.
         Dziewczyna uśmiechnęła się do niego filuternie i zarzuciła mu rękę na szyję, niby w przyjacielskim geście. Nikt wokół się nie nabrał.
-Wiedziałam, że nareszcie się przełamiesz i zagadasz!- krzyknęła na cały korytarz i obdarzyła go francuskim pocałunkiem. Skrzywił się delikatnie. Z doświadczenia wiedział, że dziewczyny, szczególnie pokroju Stevenson, są zdolne do wszystkiego.
           Ale jak mogła powiedzieć, że się przełamie i zagada? No kto jak kto, ale James Potter nie ma problemów z podrywaniem dziewczyny. Zresztą, gdyby kogoś szukał, to ostatnią osobą o której by pomyślał byłaby jasnowłosa.
          Dopiero po chwili coś do niego dotarło- to dziewczyna Emmeliny. Titanicówna uparła się wczoraj, że to ona kogoś dla niego znajdzie. Przystał na to niechętnie. Ale Phoebe? Będzie mieć zmarnowany cały wieczór!
          Czując, że nie ma wyboru, zdobył się na zawadiacki uśmieszek i podpierając ręką ściany udał zdesperowanego. Nie było nic łatwiejszego niż umówienie się z tą dziewczyną. Kiedyś nawet on i Black organizowali między sobą zawody, który szybciej umówi się z fanką, a dokładniej z nią i Clemence. Przegrał o czternaście sekund, ale tylko dlatego, że zobaczył zielonooką osóbkę, która przechodziła właśnie korytarzem i przyglądała się im z dezaprobatą. Nie mógł wtedy myśleć trzeźwo.
-Widzisz, Phoebe, zgłaszam ofertę na twojego partnera na imprezę u Slughorna- usłyszał jak wciąga ona wielki haust powietrza. Już miał ją w garści. -Przyjmujesz?
-Skoro tak ładnie prosisz...- kiepsko udała niezdecydowanie. -No dobrze. Widzimy się w Halloween.
          Sam się zdziwił, że załatwił to ta szybko. Chyba z wiekiem (i doświadczeniem po Evans) robi się coraz lepszy.
-To było żałosne, James- usłyszał za sobą poirytowany, znajomy głos. -Myślałam, że trzymasz wyżej poprzeczkę. Phoebe Stevenson? Serio?
-Nie twój interes, May.
***
          Że przypomniała sobie o jego istnieniu, po unikaniu się każdego dnia, akurat teraz. Nie miał ochoty słuchać wyrzutów swojej siostry- sam był już wystarczająco zażenowany.
         May Potter słynęła ze swojej upierdliwości, chociaż na ogół siedziała cicho i nie unosiła się bez głębszej przyczyny. Od zawsze dawała mu do zrozumienia, że jego problemy ma w czterech literach, a robiła to i w Hogwarcie, i w domu. Czasem porównywał ją do lodowego posągu, który nie widzi nic poza czubkiem własnego nosa. I po co komu takie rodzeństwo?
-Gniję z nią już szósty rok w dormitorium i nie jest to bynajmniej porządna dziewczyna. To potwór! Jeśli nie przeznaczysz jej odpowiedniej uwagi, a wiem, że nie przeznaczysz, to cię zniszczy! Myślałam, że po licznych incydentach z jej udziałem w przeszłości czegoś się nauczysz!
-Jest mi akurat do czegoś potrzebna. Zajmij się swoimi sprawami.
-Do czegoś potrzebna?- prychnęła głośno. James dał sobie rękę uciąć, że Stevenson, która odeszła zaledwie kilka kroków, świetnie to usłyszała. –Niech zgadnę- pewnie ma to jakiś związek z Evans.
-Nie wtrącaj się- warknął. Zaczęła działać mu już na nerwy.
          May najwidoczniej zaczęła się dopiero rozkręcać:
-Na twoim miejscu skupiłabym się na nauce, a nie na uganianiu się za…
-Emmelina Titanic mnie z nią umówiła, w porządku?
          Na chwilę zaniemówiła. Przynajmniej się zamknęła, pomyślał złośliwie. Doprawdy nikt, łącznie z Hestią, Emmeliną i Phoebe, nie denerwował go tak jak May. Ignoruje go przez cały rok szkolny, często złośliwie sobie z niego żartuje w domu, a teraz podchodzi sobie jakby nigdy nic i zgrywa przykładną siostrę. Chyba sam urządzi jej powolną torturę, taką jaką Syriusz urządza Emmie.
-Nie powinieneś jej słuchać- szepnęła, łapiąc go za rękaw. –Ostatnio jest taka sama jak… sam wiesz jakie dziewczyny.
          Mówiła oczywiście o członkiniach fanklubu jego i Blacka. Emmelina jawnie nigdy do niego nie dołączyła, ale w głębi serca wiedział, że popiera ona ich ideę. Normalnie w życiu nie wchodziłby z nią w jakieś układy, ale Syriusz prosił go o to, bo „lepiej trzymać wroga blisko”, a on musi wykorzystać ten układ w mszczeniu się na niej. Stwierdził, że jeśli dziewczyna zawali, pomoże kumplowi. Jeśli nie- lekko go przystopuje.
-Wiem o tym. Wyjaśnisz mi może, co ci się stało, że się mną zainteresowałaś? Mam ci z czymś pomóc? Lepiej wal od razu, zamiast mnie denerwować.
          Westchnęła ciężko i przygryzła dolną wargę. Boże, jak oni się od siebie różnili! On zawsze wiedział czego chciał i otwarcie o tym mówił, a ona owijała bez sensu w bawełnę i nie mogła się na nic zdecydować. Odchrząknął, żeby ją pogonić.
-Nie możemy zachowywać się normalnie?- wyrzuciła wreszcie z siebie, a on zmarszczył brwi. Zachowywać się normalnie? Normalnie? –No… Jesteśmy rodzeństwem, nie? W tych czasach kontakty rodzinne są bardzo ważne i powinny być mocne, a my… no, nie jesteśmy ze sobą blisko. Na co dzień czuję się, jakbym była jedynaczką i nie miała żadnego brata, ale współlokatorki przypominają mi, jakim to on jest Bogiem…
-A ty nie masz im co opowiedzieć. Nie możesz mnie przed nimi ośmieszyć, bo kompletnie mnie nie znasz- dokończył złośliwie. –Nie wchodzę z tobą w żadne układy. Nie mydl mi oczu.
-To wcale nie o to chodzi! Przykro mi, że tak myślisz…
-Jasne.
-Naprawdę! Poza tym, spójrzmy w przeszłość- czy kiedykolwiek prosiłam cię o ocieplenie naszych kontaktów.
-Nie przypominam sobie.
-Właśnie. A więc, teoretycznie rzecz biorąc, nie wiesz, czy mi na tym naprawdę zależy, czy nie.
-Och, uwierz mi- i bez tego wiem, że nie.
-Ale mi ciebie brakuje!- wyrzuciła z siebie. –Kiedy codziennie przechodzisz na śniadanie albo korytarzem, albo kiedy mamy razem lekcje, mam ochotę się przywitać i spytał jak ci minął dzień… Bo tak zachowuje się rodzeństwo. Tak powinno zachowywać się rodzeństwo. Ale ty nawet na mnie nie spoglądasz. Jedyne, co mamy wspólnego to nazwisko.
          Spojrzał na nią, niewzruszony. W co ona znowu pogrywa? May nigdy nie robi nic bezinteresownie, to wiadomo… I nie jest sentymentalna. Coś musiało ją tknąć. Coś musi chcieć. Rozsądek podpowiadał mu, żeby zwyczajnie parsknął śmiechem i odszedł, w końcu, jest w jakimś toksycznym układzie z Emmeliną, o jedna dziewczynę za dużo. A do tego jeszcze May… Bardziej bystra niż Titanic, a co za tym idzie- bardziej niebezpieczna. Czy naprawdę warto jej zaufać?
          Dawaj, James. Bez ryzyka nie ma zabawy. Jeśli wykryje jakiś spisek w tym całym „pogodzeniu”, to już ją załatwi. Nie ma najmniejszych szans z Huncwotem.
-W porządku. W takim razie, siostrzyczko, co twoim zdaniem powinienem zrobić?
-W związku z Lily?- spytała marszcząc brwi.
-Chociażby. Skoro zaczęłaś mówić, że nie powinienem słuchać Emmeliny.
-No… Dobrze, naprawdę chcesz wiedzieć? Wczoraj w moim dormitorium odbyły się posiedzenia.
          Aż przystanął. Posiedzenia… Na pewno fanklubów, jego i Blacka. Kiedyś rola tych dziewcząt ograniczała się do piszczenia za nimi i wzdychania tęsknie, ale ostatnio zaczęły coraz bardziej mieszać. Czego dowiedziała się May? Czyżby naprawdę miała się właśnie mu na coś przydać?
-I czego się dowiedziałaś?
-Fanklub Blacka się poszerza- odparła zgryźliwie. –Jak myślisz, kto do niego dołączył?
-Emmelina.
-Bingo. Clemence i ona zaczęły się o coś kłócić, że niby Grantównej należy się coś, za to, że tak pięknie udawała. I że Emmelina jest jej coś winna.
-I?
-Wtrąciła się Phoebe. Powiedziała, że Clemence też jest jej coś winna, i że najlepiej będzie, jak Emma zrobi coś  dla niej od razu. Nie wiem dokładnie o co chodziło, bo wpadłam tam i tak tylko na chwilę, żeby zabrać książki, no ale usłyszałam twoje imię.
         Szybko połączył fakty- skoro Titanic była winna Clemence, a właściwie to Phoebe, jakąś przysługę, to bardzo możliwe, że kazała jej ona załatwić jej randkę z nim, albo… wypad na imprezę do Slughorna. No jasne.
-Cholera- zaklął. May kiwnęła głową.
-Dlatego właśnie, nie powinieneś słuchać Emmeliny.
-May?- zapytał nagle. –Ale skąd wiedziałaś, że cały ten układ ma związek z Lily?
          Zaśmiała się krótko.
-A o co mogło chodzić? Podeszła cię sprytnie, ale nie wystarczająco sprytnie, jak na ciebie. Musisz  być strasznie rozkojarzony, skoro jej nie przejrzałeś.
-Taa… Dzięki…
-A chcesz prawdziwej rady co do Evans?
                                                         ***        
          Isaac to kompletny sadysta! Czekała, nie można powiedzieć, że tego nie robiła, ale jeśli nie przyśle jej tego do dzisiaj to pojedzie natychmiast do Bułgarii i własnoręcznie go udusi. Pewnie z tej misji już nie wróci, bo Monroe nigdy nie pozwalał się atakować, ale co ma do stracenia? I tak w końcu się z nią policzy. Straciła medalion, nie może wertować myśli Lily Evans i w dodatku on oświadczył, że zaklęcia jednorazowe się wylewają.
          No właśnie- do takiego doszła wniosku. W krótkiej wiadomości na ramieniu Remusa Lupina- to wycieka, przekazał jej, że medalion zaczął fiskować i niebawem cała jego zawartość go opuści. A potem szukaj igły w stogu siana. Snape musiałby tym swoim zaklęciem wykrywającym przebadać każdy przedmiot i każda osobę w całym Hogwarcie, okolicach, Cokeworth, Londynie i ogólnie Surrey. Teraz poczuła prawdziwą panikę- musi otworzyć ten medalion natychmiast. Pewnie już zaczęły się dziać dziwne rzeczy…
-A co to jest właściwie zaklęcie jednorazowe?- spytał jej Snape rano, kiedy szła na śniadanie. –I dlaczego one wylatują?
-A dlaczego ty czytasz cudze korespondencje?- warknęła, chowając kartkę papieru z powrotem do kieszeni. Powinna być bardziej ostrożna. Snape przyglądał się jej badawczo. –Nie powiem ci, bo znowu wszystko wypaplasz. Jesteś największą plotkarą w Hogwarcie.
-Co to są zaklęcia jednorazowe?
          Westchnęła. W sumie trochę dodatkowej wiedzy nie powinno mu zaszkodzić, a jeśli będzie próbować kiedyś podobne zaklęcie stworzyć, to tym lepiej dla niej.
-To takie zaklęcia, które są nieznane, w sensie, nieprzeznaczone do ogólnego użytku. Nikt ich nie uczy. Zazwyczaj są bardzo potężne, dlatego wykorzystuje się ich wyjątkową cechę- samozachowawczość i „chowa” do jakiegoś magicznego przedmiotu, najczęściej roboty goblinów.
-Ale… po co?
-Bo wtedy nikt ich nie użyje przeciwko tobie, idioto!- jęknęła spoglądając w sufit. Nienawidziła osób niepojętnych, którym trzeba wszystko tłumaczyć. Wzięła głęboki oddech i kontynuowała: -Najczęściej to klątwy czarnomagiczne, a jak się w kogoś takie coś rzuci to nie można już mu pomóc, bo nie ma przeciwzaklęcia. Niektóre z nich, co prawda, można odbić, ale żadnego nie można odwrócić. No, chyba że autor potrudził się i stworzył jednorazowy cofacz, który likwiduje jego działanie. Ale nikt tak nie robi. A przynajmniej bardzo rzadko.
-I… W medalionie Mary Oldisch schowane są jednorazowe zaklęcia?
-TAK!
-I… wylewają się? To… to możliwe?
-Jasne- odparła trochę łagodniej. –Wiele przedmiotów reaguje tak, dlatego, że opuszczają swojego właściciela. Kolejna cecha zaklęć jednorazowych- mają minimalne pojęcie o tym, kto je stworzył… W sensie, pozwalają się użyć tylko temu, kto nosi przedmiot, w którym są schowane. A gdy zaklęcie jednorazowe jest schowane, to nikt na świecie, nawet jeśli zna formułkę, nie może ich użyć. A skoro wyciekają… To taki jakby bunt, dlatego, że ukradłam go Evansom, a to oni byli jego posiadaczami.
-Ale dlaczego on wycieka, skoro znalazł się w rękach Lily?
-Musiał zdążyć wyciec w liście, którego nie dostarczyłeś. I mógł zadziałać przeciwko mnie, tobie i Avery’ emu.
-A co ma do tego Isaac?
          Obdarzyła go wściekłym spojrzeniem. Kolejna osoba wymawia jego imię! Najpierw ta ruda żmija, teraz on… Zero poczucia przyzwoitości. Najpierw chciała kazać mu się wypchać, ale skoro już zaczęła cokolwiek opowiadać… Jak to się mówi? Co dwie głowy to nie jedna? Właśnie. Może wyjaśni jej, co Isaac sobie myśli, nie odpisując.
-Isaac powiadomił mnie, że medalion wycieka, więc musi mieć jakiś przykład zaklęcia, które się wydostało. Coś musiało się stać. Mogło dojść nawet do kilku przypadków. Kazałam mu wysłać mi listę zaklęć jednorazowych, ale nie odpisuje.
-To ty wysyłasz do kogokolwiek listy?- zdziwił się, nie mogąc wyobrazić sobie Jo Prewett w sowiarni. To takie… nie w jej stylu. Biedne ptaszki zdechłyby na jej widok.
-Nie przez sowę. Wysyłam listy samo-dostarczające się. I to jest właśnie przykład zaklęcia jednorazowego- odparła ostrożnie.
-Czekaj… Umiesz rzucić zaklęcie jednorazowe?
          Prychnęła wściekle. Jak mogłaby nie umieć?
-Nie. Biegam jak wariatka za medalionem wypełnionym zaklęciami jednorazowymi, ale pojęcia nie mam jak je rzucić!
-Eee… źle się wyraziłem. Umiesz je… ech, zaprojektować?
           Rozbawiło ją to określenie.
 -Och, tak. To łatwizna. Pierwszoroczniak dałby sobie radę. No, ale jest taki mały szkopuł…
-Jaki?
-To nielegalne.
-Ale… dlaczego?
-I znowu ignorujesz swój własny rozum! Myśl! Jeśli oberwałbyś ode mnie zaklęciem jednorazowym, to nikt nie mógłby ci pomóc! Rozumiesz teraz?
-I Czarny Pan ich nie używa?- spytał pobłażliwie. Miał wrażenie, że Prewett serwuje mu jakąś śmieszną bajeczkę.
-Używał- odparła zdawkowo. –Ale boi się, że coś się stanie zaklęciom, które ukryje. Że ktoś wykradnie jego zaklęcia i użyje je przeciwko niemu. Na przykład Dumbledore.
-Ale mówiłaś, że wyciekną,  jeśli je się…
-Tak- przerwała mu niegrzecznie. –Ale tylko niektóre z nich wyciekają.
-Co?
-Żeby wyciekły, muszą być wyciszone… Bo te zaklęcia potrafią działać samoistnie. Moja matka podarowała medalion Ethanowi Evansowi, bo było tam wiele zaklęć chroniących. A te niebezpieczne, te najbardziej mnie interesujące, wyciszyła.
-Och. Czyli te złe mogą nam wszystkim zaszkodzić, a dobre pozostaną bezpiecznie w medalionie.
-Tak jakby. Jest jednak światełko w tunelu- póki co nic się nie wyleje, bo należy do Lily Evans. Ona musi mi go dać z własnej woli, wtedy zdążę wykombinować jak go otworzyć zanim znowu coś się wyleje- oświadczyła sucho, ale z satysfakcją. Snape zaniemówił.
-Jak zamierzasz to zrobić, skoro zmodyfikowałaś jej pamięć?
          Była to prawda. Trzy tygodnie temu, kiedy wygadała się z ich pokrewieństwa wymazała jej wszystko z pamięci, z wyjątkiem ostrzeżeń Snape’ a, żeby było zabawniej, a Lilian wciąż czuła narastający niepokój. Zwyczajnie nie chciała, żeby ta dziewczyna węszyła, bo jeszcze sama otworzy medalion. Lepiej dmuchać na zimne.
-Coś wymyślę.
-Ale… Nie będziesz wertować jej myśli, prawda?
-Nie mogę wertować jej myśli- odparła z niezadowoleniem.
-Jak to?
-Chcesz dowód na to, że zaklęcia wyciekają? Nie wiem dokładnie co jest w medalionie, znam tylko kilka pozycji, ale wiem, że znajduje się tam zaklęcie łączące. Przekazuje cudze umiejętności komuś innemu. Wiesz, to może być przydatne, ale i zgubne. Bo przekazuje również słabości. Na przykład ty, jesteś chodzącą ofiarą, słabą psychicznie i fizycznie, ktoś wali we mnie zaklęcie łączące i voila- ja też potykam się o własne nogi.
         Zacisnął pięści.
-I… wydaje mi się, że zaklęcie wylało się na mnie i na Evans. I… przekazałam jej moją zdolność legilimencji i oklumencji.
-Żartujesz.
-Nie martw się. Może czytać tylko w moich myślach i bronić się tylko przede mną, ale… nie mogę.
-A po co ci zaklęcia jednorazowe z medalionu? Dlaczego tak bardzo chcesz go otworzyć?
          Jo już otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale natychmiast je zamknęła. Prawie nakłonił ją do zdradzenia całej tajemnicy… Dopiero miałaby kłopoty. Stracenie medalionu to nic w porównaniu z wydaniem komuś jego właściwości… Chciała mu właśnie bardzo niegrzecznie odpowiedzieć, ale Regina Bulstrode, jej koleżanka zaczepiła ją i z chichotem szepnęła do ucha:
-Avery idzie zaprosić cię na imprezę do Slughorna.
          I wtedy stało się coś dziwnego- Jo tak jakby zemdlała, ale wciąż stała na swoich nogach i nie traciła świadomości. Obraz wokół się zamazał, a ona widziała tylko jedno:
          Gabinet. Zieleń. Półki. To… gabinet Slughorna i… półki z książkami. Książkami… Książka. Książka.
-Ej, Jo? W porządku?- usłyszała słodki głos Reginy. Wracała do rzeczywistości… Kiwnęła głową. Musiała zauważyć dziwną zmianę w jej zachowaniu. Musi iść na tę imprezę.
-Snape? Jesteś w Klubie Ślimaka, co nie?
Kiwnął głową.
-Idziesz ze mną na imprezę halloweenową. 
***
          Lily zawsze była wyjątkowa. Przynajmniej dla niego. Wszystkie dziewczyny przy niej wydawały się identyczne, nudne, przejściowe i… brakowało im czegoś. Czegoś, co wręczy tryskało z Evans. Coś takiego, że jak patrzał w jej najpiękniejsze na świecie oczy, czuł kompletne zniewolenie i chciał tylko jednego- żeby ta uparta istotka była jego. Jego, i tylko jego.
          Chciał codziennie budzić się obok niej, całować w czubek głowy na pobudkę, chciał widzieć jej uśmiech, najpiękniejszy uśmiech na świecie, z tego pocałunku na dzień dobry i chciał… chciał, żeby to wszystko przytrafiało się tylko jemu. Żeby tylko do niego się uśmiechała. Żeby w niego się wtulała, żeby tylko jego całowała. I tak zawsze. Dzień w dzień. Rok w rok. Nigdy by mu się to nie znudziło.
          Ale to tylko pobożne życzenia. Ona nigdy na niego nie spojrzy. Dla niej jest tylko nic nie wartym próżnym, rozpieszczonym, zadufanym w sobie Jamesem Potterem i… co ona mu jeszcze zarzucała? Ach, że znęca się nad słabszymi, że jest egoistyczny i niestały w uczuciach. Z tym ostatnim się nie zgadzał- czy chłopak, który od dwóch lat biega za jedną dziewczyną, która nawet przychylniej na niego nie spojrzała, jest niestały i kochliwy?
          Wcale nie podobał mu się pomysł May. Wymagał od niego zbyt dużo poświęcenia, a miał wrażenie, że na nic się to nie zda. Lil i tak znajdzie dziurę w całym, nawet jeśli sprawdzą się jako przyjaciele. Już to widział:
-James, ja nie chcę, żeby wszystko co między nami było się zepsuło. Nie psujmy swojej przyjaźni związkiem!
          Jako przyjaciel musiałby także znosić widok niej z innymi… i nie mógłby zrobić żadnej sceny zazdrości ani kawału tej jej sympatii… Jako przyjaciel powinien przecież ją wspierać, a nie poróżniać ją i innych chłopaków…
          Jako przyjaciel musiałby przestać pytać ją o randkę, podrywać, rzucać dwuznaczne komentarze i zabiegać o nią. A znając życie reszta wysnuje z tego zachowania wniosek, że mu już przeszło całe to zauroczenie w Lily, podczas gdy on z dnia na dzień miałby coraz bardziej po dziurki w nosie tej ich „przyjaźni” .
         Zresztą, przecież wszyscy wiedzą, że nie ma nic gorszego od przyjaźni z dziewczyną, która ci się podoba. W dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach źle to się kończy. A więc, podsumowując, James Potter był sceptycznie nastawiony do pomysłu swojej siostry, według którego, powinien najpierw się z Lilian zaprzyjaźnić.
         Łatwo powiedzieć, a trudniej zrobić. Już widział jej minę na propozycję przyjaźni.
-Jeśli robisz sobie ze mnie jakiś kawał, to mało mnie śmieszy.
          Dobra, Potter, weź się w garść. Dasz radę. Musisz dać radę. Wszystko w twoich rękach. Teraz.
          Pewnym siebie krokiem ruszył ku ślicznej, rudowłosej istotce, która siedziała zaczytana w jakieś mugolskiej książce. Zauważył ukradkiem, że co jakiś czas wywracała ona oczami albo uśmiechała się pod nosem złośliwie, co było znakiem, że z bohaterami powieści bynajmniej się nie utożsamia i traktuje ich raczej pobłażliwie.  Stanął nad nią czekając, aż go zauważy. W końcu, gdyby jej teraz przerwał, na pewno zdenerwowałby ją na starcie, a nie ma nic gorszego niż złe pierwsze wrażenie.
-Nie, Potter. Nie umówię się z tobą- powiedziała nie unosząc spojrzenia znad lektury. Okej, spodziewał się gorszego powitania.
-Ale ja wcale nie chcę się z tobą umówić. Już nie. Stwierdziłem, że to bez sensu i powinienem dać ci spokój- oświadczył szybko, bojąc się, że dziewczyna przyłapie go na kłamstwie. Dorcas wielokrotnie mówiła, że ma ona wbudowany w umyśle istny wykrywacz kłamstw. 
-Yhym. Przegrałeś zakład?
-Nieee…
-Próbujesz go wygrać?
-LILY!
          Niechętnie oderwała się od książki i spojrzała na niego z nieukrywaną niechęcią. Przywykł już do podobnych spojrzeń, a takie chłodne z pewnością było lepsze od rozwścieczonego, zażenowanego albo ostrzegającego. Znał je wszystkie na pamięć- był jedyną osobą, która zobaczyła wszystkie w jej zanadrzu- od piorunującego do pożądliwego. Chociaż to drugie oglądał tylko w snach.
-Czego chcesz?
-Porozmawiać.
-My nie rozmawiamy. My się nie lubimy, pamiętasz?- wywróciła oczami i znów wróciła do książki. Zaraz chyba wrzuci to infantylne, mugolskie romansidło do kominka…
-Ja cię lubię.
-Bez wzajemności.    
-Aha- ugryzł się w język, bo już chciał jej przypomnieć wrześniowy wypad do Hogsmeade i ich nie-randkę albo prawie-pocałunek przed meczem Qudditcha. Na pewno by  ją nieźle tym rozzłościł… -Lily, słuchaj…- zaczął miękko, ale nerwy mu puściły, gdy spotkał się z kolejną ignorancją z jej strony. –Czy mogłabyś poświęcić mi trochę uwagi, czy proszę o zbyt wiele?
          Wyglądała, jakby chciała mu odpowiedzieć, że faktycznie prosi o zbyt wiele, ale się powstrzymała. Westchnęła, zamknęła książkę i odłożyła ją na inkrustowany stolik obok.
-Słucham.
          Wziął głęboki oddech. Od czego by tu zacząć…? Tak, żeby ją na starcie nie zniechęcić, ale jednocześnie zachować odrobinę własnego charakteru… I wtedy go olśniło. A to wszystko, niebywałe dzięki swojej siostrzyczce.
-W tych czasach kontakty między ludźmi są bardzo ważne i powinny być mocne, a my… no, nie jesteśmy ze sobą blisko. Nie zrozum mnie źle- po prostu chcę cię lepiej poznać no i… wolałbym, żebyś po skończeniu Hogwartu nie pamiętała tylko tych najgorszy rzeczy we mnie.
          Lily zlustrowała go swoim przeszywającym spojrzeniem, które przypominało promieniowanie Roentgena. Pamiętała z przeszłości wszystkie te razy, w których dawała się wciągnąć w układy i ugody z Potterem i on zawsze, ale to zawsze, znajdował jakieś maleńkie niedociągnięcie. Dla przykładu- obiecał jej, że się od niej odczepi na cały rok, jeśli wtargnie z nim do Wielkiej Sali trzymając się za ręce. Był to akurat jedyny Sylwester, który spędzała w szkole. Wybiła dwunasta- i już mu się odwidziało.
„-Ale Liluś, zobacz: obiecałem ci, że odczepie się na cały rok, który właśnie minął. Nie przypominam sobie, żebyśmy umawiali się na następny rok.”
          Innym razem obiecał nie skracać pieszczotliwie jej imienia, jakby byli parą, jeśli pocałuje go w policzek- jak z tego wybrnął? Zaczął używać takich form jak: kotku, kochanie, najdroższa, skarbie, bo nie ma to żadnego związku z jej imieniem. Tak więc, lepiej być od razu, z góry na nie.
-Wybacz, ale nie będę grać z tobą w kolejną, głupią gierkę, w którym ja jestem jedynym pionkiem- odparła złośliwie.
          Chłopak kontynuował nieubłagalnie:
-Ale przypomnij sobie, czy kiedykolwiek prosiłam cię o ocieplenie naszych kontaktów?- zacytował May.
-Eee… TAK! „Evans, umów się ze mną”, „Evans, zostań moją dziewczyną”, „Evans, przecież wiem, że mnie kochasz” bla, bla, bla…
-Ale… nie w ten sposób.
          Zaczerpnęła sporo powietrza- opuszczały ją już siły na dalsze licytacje z tym chłopakiem. W sumie, może załatwić go teraz jego własną bronią… Odwdzięczy się za dzisiejsze popsucie humoru zarywaniem do Stevenson. Już układała sobie wszystko w głowie…
-Nie. Nie zrobiłeś tego jeszcze. A co dokładnie masz na myśli mówiąc, że „dasz mi spokój”?
-Skończę z „Evans, umówisz się ze mną”. I… możemy zostać przyjaciółmi.
-Serio?
-Jasne.
         Udała, że się zamyśla. Jak ubrać to wszystko w słowa tak, żeby niczego nie pominąć. Gdyby pominęła, to James na pewno wyłapałby lukę i natychmiast wszystko odwrócił jak najkorzystniej dla niego…
-Dobrze.  Ale jak rozumujesz słowo przyjaciel?
-No… Będziemy znajomymi. Zwykłymi znajomymi.
-Ah… Czyli skończysz z- zaczęła wyliczać na palcach- sugestywnymi komentarzami, zapraszaniem na randkę, bezsensownymi planami podrywu, próbowaniem nakłonić mnie do czegoś, czego nie chce, zazdrości albo czegoś tam jeszcze… i nie będziesz wmawiać mi, że coś do ciebie czuję…
-Nie. Z tym koniec- mruknął, nie mogąc powstrzymać się od lekkiego skrzywienia. Ile zabawy straci tą całą „przyjaźnią”.
-I nie będziesz próbować mnie: pocałować gdzie indziej niż w policzek, a zresztą w policzek też lepiej nie, przytulać w iście nie-zupełnie-przyjacielski sposób, otaczać mnie ramieniem, dotykać, patrzeć w dwuznaczny sposób i…
-Coś jeszcze?
-Tak! Nie będziesz na siłę próbować mi pomóc. Nienawidzę tego.
          Jęknął. Jedynym pozytywem w tym wszystkim była świadomość, że teraz będzie mógł wysłuchiwać jej problemów, czasem służyć radą albo ramieniem i przede wszystkim, że będzie mógł jej pomagać bez tekstów: „to nie twój interes”. Faktycznie, świetnie to sobie wykombinowała. Przygryzł wargę. Nie pominęła niczego… Naprawdę chce wchodzić w ten układ? Po co on właściwie słucha May? Ale wycofać się z tego teraz, kiedy dokonał niemożliwego i nakłonił do czegoś Evans? Nie… To by było bez sensu. Zawahał się.
-Oczywiście. 
***
Nie wiem czemu, ale postanowiłam podzielić mój wielki rozdział na dwie części. Dlaczego? Napisałam dwadzieścia stron wymaganych, a oni wciąż nie poszli na tę przeklętą imprezę... Okej. Drugą część mam zamiar dodać jutro/pojutrze/popojutrze. 
Kupujcie mi rózgi, kochani, bo przeczytam dzisiaj tylko odrobinę waszej twórczości. Nie zdążę, bo muszę iść wcześniej spać, bo mam jutro wyjazd z samego rana... Beznadzieja -,-. No i przez to musiałam właśnie przerwać pisanie w połowie... Ale mam ogromne pokłady weny i skończę ten rozdział przed nowym rokiem, promise. 
Przypominam o głosowaniu tu: http://stowarzyszenie-czasy-huncwotow.blogspot.com/, byłoby mi bardzo miło gdyby ktoś, kto jeszcze nie głosował, oddał na mnie głos. No nic... 
Wesołych świąt i miłego czytania!

19 komentarzy:

  1. Hej ;)
    Fajnie, że dodałaś go jeszcze dziś! ;) To taki miły prezent na koniec Bożego Narodzenia :)
    Nawet nie wiesz jak się cieszę, że wprowadzić siostrę Jamesa!!! Odkąd zaczęłam czytać tego bloga, zawsze mnie ciekawiła. Co prawda inaczej sobie wyobrażałam ją, ale ta wersja chyba jest nawet ciekawsza, tym bardziej, że jeszcze jej nie poznaliśmy lepiej. Błagam powiedz, że będzie w kolejnych rozdziałach.
    Szczerze? To z Lily i Jamesem jako przyjaciółmi jest super! Mam nadzieję, że James wytrwa w swoim postanowieniu "przyjaźń z Lily". Myślałam, że niedługo się pocałują, czy coś w tym stylu, ale wtedy to by było takie naciągane :P chyba, że spontanicznie zrobione... a z tym nie masz problemu.
    Podsumowując przez mój komputer przewija się tysiące opowiadań, historii, które wszystkim obiecuję czytać. Robię to czasami mniej dokładnie albo za odkładnia ;) Ale Twój blog jest najlepszym jakim czytałam!!! Jest tak naprawdę jedynym, w którym na notkę czekam całą moją duszą i sercem. Uważam, że naprawdę idealnie nadaje się na książkę!!! :)
    Pozdrawiam ♥
    Ola Piechota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Matko! Jesteś najmilszą osobą na świecie- serio, zawsze jak piszesz komentarze czerwienie się jak burak :D. May będzie, będzie, ale jeszcze nie teraz. Będzie miała całkiem dużą rolę, przede wszystkim mam zamiar wałkować relację jej i Jamesa, potem dojdą problemy sercowe, wpadnie w małe kłopoty, zacznie się zmieniać i... dobra, koniec spoilerów.
      Już pisałam, ale jilowy pocałunek planuję na rozdział piętnasty, może będzie trochę z zaskoczenia, może nie, ale przedtem oni zdążą się pokłócić i wgl, i wgl...
      Pozdrawiam, dziekuję za komentarz :*

      Usuń
    2. To będzie ciekawe!!! Uwielbiam jak Lily i James się kłócą! To jest świetne, a ich teksty biją wszystko! Szczerze Lily zawsze troszeczkę inaczej sobie wyobrażałam, ale ta wersja jest... wybuchowa!!! :D A piętnastego rozdziału nie mogę się doczekać!
      Niech to! Naprawdę się przywiązałam to tego bloga ♥ ;)
      I się nie czerwień, bo ja mówię tylko prawdę :P :*

      Usuń
    3. A tak w ogóle fajny szablon ;)

      Usuń
  2. Aloha! Jak na razie jestem pierwsza, ale pewnie ktoś mnie wyprzedzi xD
    Jak pisałam w życzeniach na blogu, Wigilia była super, ale dzisiaj to już totalnie nie czuję tych świąt. Śnieg znów na Wielkanoc ma być? ;o
    Kurde, nic tak nie poprawia humoru jak wrzaski Evans ^^ Wybujała wyobraźnia Pottera? HAHHHA XDD RYJĘ TAK BARDZO XD Mówiłam że ich kocham <3 Świruję, świruję, tak bardzo świruję na punkcie Twego bloga ;*
    O BOŻE NO! Głupia, sukowata Emmelina! Taak, na pewno Syriusz się w niej zakochał! A ja jestem chińczykiem TT.TT Te perfumy to pewnie jakieś coś co zmodyfikuje jej twarz, c'nie? ^^ Dorcas przywal jej! O tak, ona na pewno będzie twój! Prędzej Lily krzyknie ,,KOCHAM CIĘ JAMES'' w Wielkiej Sali! O BOZIU, BUKIECIK OD WIELBICIELA! UDŁAW SIĘ NIM EMMA XD
    ,,-Możliwe… Ale dlaczego twoi byli mieliby wysyłać ci perfumy po zerwaniu?
    -Bo to chłopcy, Dori- zaśmiała się używając tonu jakby mówiła do kompletnej idiotki. –Wbrew pozorom to oni gorzej znoszą rozstania. Nie mogą znieść tego, że to my właśnie zakończyłyśmy ten związek. Na przykład taki Black… gania za tobą, żebyście tylko się zeszli i żeby to on tym razem mógł cię rzucić! I jest w tym taki wytrwały jak nigdy, prawda?'' ZARAZ DOJDZIE DO RĘKOCZYNU Z MOJEJ STRONY! Jak ona mnie wkurzaa (ale bez niej nie byłoby tylu emocji:3)
    ,,-Tak to już jest, jeśli ma się za dużo adoratorów- zaczynasz się w nich gubić… Mogę na ciebie liczyć, prawda, kochanie? '' NIE K*ŹWA NIE MOŻESZ! XD
    Marlena strasznie sobie to wszystko komplikuje...no ale to życie. Remus się obudził przy niej O.O Pszypadeq? Nie sondze.
    ,,-A jak mszczenie się na Titanic? Jeszcze się nie skapnęła?- Syriusz pokręcił głową i parsknął śmiechem.'' AHAHAH! Moje złowieszcze ,,ja'' się budzi! *w*
    Syriusz knuje baardzo nieładny plan! TAK TAK TAAK^O^
    ,,--Racja… Zbliża się pełnia, więc pewnie będzie przewrażliwiony- machnął różdżką i tablica natychmiast zniknęła. –I tak już skończyłem koncept mojego planu. Wiesz, tak w ogóle, wpadłem dzisiaj na jedną z moich fanek…
    -Fajnie.
    -…ze Slytherinu…
    -Mniej fajnie.'' Rozwaliło mnie to do reszty xD Jezusiee, znowu ta ,,lovely'' Emmelina. ;CC
    ,,-Zamiast zgrywać zakochanego idiotę, którego, bez obrazy, robisz z siebie przez cały czas, powinieneś zagrać jej na nosie i… umówić się z kimś innym.'' DO TEGO TAKA MĄDRA.
    Dorcas bulwers o przyjęcie Ślimaka zawsze spoko! ;P Lily jest zazdrosna, Lily jest zazdrosna! *w* Tak się cieszę!
    ,,...och, i Evans- James będzie zachwycony jak usłyszy, że jesteś o niego zazdro…
    -KOLEŻANECZKI Z FANKLUBU JUŻ ZA TOBĄ TĘSKNIĄ, BLACK! NIE PSUJ MI I IM, Z ŁASKI SWOJEJ, HUMORU I ZNIKAJ!'' NIE MOGĘ...NIE...NIE MOGĘ ODDYCHAĆ ZE ŚMIECHU! XDDDD
    Upierdliwa siostrunia Pottera ^^ Kocham takie rzeczy. Jo wkręca się na imprezkę do Slughorna ;O Ostro się robi.
    ,,-Yhym. Przegrałeś zakład?
    -Nieee…
    -Próbujesz go wygrać?
    -LILY!'' POCISK PIERWSZA KLASAA <3
    Syperowy rozdział,jak zawsze ;D BARDZO BARDZO BARDZO podobał mi się ostatni fragment z Jily <3 Zagłosowałam na cb już dawno ;*
    Pozdrawiam <3
    Aleksja


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. AAAAA! JAKI DŁUGAŚNY KOMEK! *_*
      Ja słyszałam, że śnieg pierwszy w '14 spadnie na Dzień Dziecka, ale to taka fatalistyczna pogoda xD. Jade na narty, więc byłoby lekko eee.... kiepsko, bo na taką pogodę to lepiej iść na narty, ale wodne :P.
      Zawsze jak piszę fragment Emmy, to tylko czekam, tylko czekam na to, aż zaczniesz ją hejtować :D. Niesamowicie to motywuje... I wiesz, przejrzałaś mnie- najpierw chciałam z tego flakonika zrobić coś, ze dostanie bąbli na całym ciele i wgl i wgl, ale czytając twój komentarz wpadłam na pewnien dosyć dziwny pomysł... hmmm. Chyba jesteś moją inspiracja :D.
      O tak, ona na pewno będzie twój! Prędzej Lily krzyknie ,,KOCHAM CIĘ JAMES'' w Wielkiej Sali!- rozbroiło mnie to porównanie. Rozbroiło. Nie moge oddychać hahahhahahahahah
      Dziękuje za głos, kochana :*
      Pozdrawiam :***

      Usuń
    2. Ja miałam jechać na narty, ALE RODZICE POWIEDZIELI ,,NIE BO NIE'' T.T Ten śnieg to na Wielkanoc będzie chyba dopiero ;CC
      Ja zawsze kogoś hejtuje xD Mam nadzieję, że przygotujesz dla niej jakiś ciężki los xDD
      Czekam na ciebie na gg! ;** Idę napisać chociaż trochę nowego rozdziału ;D
      Pozdrawiam <3
      Aleksja

      Usuń
  3. Świetne! Głupia Evans,przecież ę kochają! Eh.
    Czekam na kolejną notkę ;)
    Wesołych Świąt,
    Lilka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne, że się kochają, ale zbyt kocham ich "frenemy" relacje, żeby od razu walnąć sielane... Niech się jeszcze trochę podroczą :D
      Również życzę wesołych świąt i dziękuję za komentarz :*

      Usuń
  4. Eh wyszedł CI taki tasiemiec ale fajnie :D
    Plan Syriusza <3 <3 lofciam! Emmelina dostanie za swoje!
    Ależ ona jest wredna po raz ęty powtórze niecierpie jej!
    Czy Syriusz i Dorcas będą razem?
    Lily i James eh przyjaciele ale przecież się kochają!!!
    Maya jest ciekawą postacią fajnie, że się pojawiła!
    Eh i ta Phoebe namiesza?
    Kocham ten rozdział i z utęsknieniem czekam na kolejny :*
    Pozdrawiam Paulla K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie zawsze wychodza tasiemce... Jakaś choroba, ja nie umiem napisać czegoś krótko :D.
      Doriusz? Och, będą, będą razem. I to już niedługo ;>. Znaczy, Syriusza trochę poniesie z tą zemstą i Dorcas się obrazi, bo to jej przyjaciółka, ale Emmelina zrobi jeszcze jedno świnstwo i bla bla bla będą małe/duże podchody i bedą razem :D.
      Zbyt dobrymi przyjaciółmi to oni nie będą :D. Albo kochać, albo nienawidzić ;>.
      Phoebe? Nieee, raczej nie bardzo. Taka pusta faneczka, wprowadziłam ją, żeby May się odezwała, a jak juz ktoś ma zaszkodizć Jily to jeszcze nie teraz. Chociaż, troche tam nabroi.
      Czekam u cb na nowe notki! Niech cię wena nie opuszcza :*

      Usuń
  5. Fajny rozdział. Ale Emmelina już mnie wkurza. Ale ciekawi mnie ile James wytrzyma z traktowaniem Lily jak przyjaciółki. A ten flakonik co dostała Emmmelina to przypadkiem nie był eliksir miłosny?
    Normalnie niewiem jak ty to robisz że rozdziały wychodzą ci takie długie. Ja normalnie nie mam takiej weny jak ty.
    Pozdrawiam i życzę szczęśliwego nowego roku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurczę, ja chyba zdradze wszystkie moej plany co do opowiadania w przeciągu jednego wieczoru. Jesteście dobrzy w wyciaganiu spoilerów ;>. Ale dobra- święta, to święta. Za długo to on nie wytrzyma, a właściwie Lily nie wytrzyma... Nagnie jej "zasady" i będzie ;>/
      Eliksir miłosny? Nie ;> ale ciekawa teoria, nie powiem.
      Ja też nie wiem co robię, że wychodzą mi takie tasiemce. Naprawdę nie wiem. Jak się dowiem, to wam zdradzę na to przepis :D.
      Pozdrawiam i wzajemnie :*

      Usuń
  6. Super rozdział ! <3
    Emmelina, Emmelina... Srina ! NO COMENT !
    James coś czuje, że niedługo wyjawi swoje uczucia ;D
    Rozdział bardzo fajny kochana ;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszyscy jadą po Emmie... Cieszę się, że jak zaplanowałam zrobić z niej "tą złą" to jako tako to wyszło :D.
      Dziękuję za komentarz już idę ogarnąć rozdział u cb :*
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  7. Nie wykażę się oryginalnością, jak powiem, że Emmelina mnie wkurza i to ostro? Nie? Trudno. Wkurza mnie. Nienawidzę tego typu dziewczyn. UGH! :///
    Ciekaw czy James sprawdzi się w roli przyjaciela.. coś czuję, że jeszcze tu zamiesza ;D
    Uwielbiam to opowiadanie! <3 Rozdział jak zawsze świetny ;3
    To ja czekam niecierpliwie na kolejny! Pisz szybciutko, WENY! :D
    ~ http://no-rules-in-my-world.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :*. Równiez nie przepadam za dziewuszyskami pokroju Emmeliny, ale najlepsze z nich wychodzą czarne charaktery *śmiech szaleńca*.
      Jasne, że namiesza ;> Potter nie spocznie, póki Lily Evans nie będzie jego :D
      I idę komentować twojego bloga! Zbyt długo sie ociągałam.
      Pozdrawiam :*

      Usuń
  8. na razie nie mogę napisać dłuższego komentarza (ale rozdział mi się podoba) bo zapraszam na bloga http://evanslily.blogspot.com/2014/01/rozdzia-4.html wiem, że czytasz a dzisiaj dodałam nowy rozdział ;)

    OdpowiedzUsuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).