29 września 2013

2. Kolacja

Poprzednio
Gryfońska banda wraca do szkoły po wakacjach na swój szósty rok. Pierwszy dzień szkoły okazuje się równocześnie pełnią księżyca, co ma szczególne znaczenie dla pewnych chłopców, producentów-problemów, zwanych Huncwotami. Jednocześnie między dziewczętami – Lily, Dorcas, Marleną i Emmeliną – dochodzi do rozłamu, czego konsekwencją są spacerki w tym niefortunnym czasie. Lily zostaje uratowana przez Jamesa oraz poznaje sekret Remusa Lupina, natomiast wybawcy Marleny, szesnastoletni Ślizgoni, przy okazji fundują jej niezapomnianą noc w towarzystwie rozwścieczonego, skrępowanego czarnomagicznymi zaklęcimi wilkołaka.


„Miłość jest wtedy… kiedy kogoś lubimy… za bardzo.”
-A. A. Milne

Szósty zmysł Marleny podpowiadał jej już, że zbliża się pora stosowna do wstania i obudzenia dziewczyn, bo same na pewno tego nie zrobią. W związku z tym, że w ich dormitorium nie istniało coś takiego jak budzik, dziewczyna zawsze czuła się odpowiedzialna za wyrwanie przyjaciółek z objęć Morfeusza, chociaż nie należało to do łatwych zadań. Dorcas na przykład nieświadomie rozpychała się łokciami, gdy ktoś ją budził, przez co przypadkiem nabiła przyjaciółce kilka sińców. W takich warunkach naprawdę ciężko być tą, która budzi się najwcześniej.
Wiadomo jednak, że McKinnon, jak każdy inny człowiek, również lubiła od czasu do czasu dłużej sobie pospać, a żeby się zmotywować do gwałtownej pobudki, pewnie grubo przed czasem, liczyła zawsze do dziesięciu, a potem unosiła zmęczone powieki i jęczała głośno. Obróciła się na drugi bok.
Raz, dwa, trzy… Czemu tu jest tak jasno?
Cztery, pięć sześć… Czy to słońce tak ją praży w twarz?
Siedem, osiem… Czy ona w ogóle leży na łóżku?
Dziewięć… Gdzie zapach mazideł Emmeliny, który zawsze roznosi się w dormitorium numer cztery?
Dziewięć i pół… Czemu Dor nie gada przez sen? Czemu nie słychać cichej muzyki spod łóżka Lily?
Dziesięć.

 
Mara zamrugała i otworzyła powieki. Całą siłą woli zmusiła się, żeby nie krzyknąć. Nie była w swoim dormitorium… Leżała na jakieś podmokłej ziemi, która pobrudziła jej polówkę i czerwono-złoty krawacik. Jej włosy nie były schludnie przeczesane i podtrzymane opaską albo wsuwkami, tylko poczochrane, naelektryzowane, brudne i klejące od jakieś śmierdzącej breji… chyba od krwi. Ale, na Boga, skąd tu się wzięła krew?
Dopiero po kilku głębokich wdechach, zorientowała się, że plamy krwi zaschły też na jej kołnierzyku bluzki, a w buzi coś strasznie ją szczypie. Przyłożyła rękę do ust, lekko też się przy tym unosząc, i rozejrzała się po okolicy. Bez wątpienia obudziła się w jakimś lesie, sądząc po kilkudziesięciu drzewach, które zobaczyła w linii prostej. Przypominał jej trochę ten lasek, w którym zgubiła się z siostrą, gdy miała pięć lat, a potem Ann wpadła do jakiegoś dołka i złamała nogę. Ale nie mogła być tu znowu… Przecież dopiero co zaczął się Hogwart… Czy ona nie powinna…
O, Merlinie. Nagle wszystko jej się przypomniało.
Pokłóciła się z Emmeliną.
Rozmawiała z Remusem.
Zaatakował ją wilkołak.
Wybawili ją Ślizgoni, a potem zostawili jak robaka, całą we krwi. Ci Ślizgoni… Użyli wczoraj czarnej magii. Na jej oczach. Jednak nie mogła sobie przypomnieć, do dokładnie zrobili.
Po krótkim rekonesansie własnych strat, oszacowała, że złamała wczoraj lewą rękę i skręciła kostkę, jest cała poobijana, chyba przegryzła sobie język do tego stopnia, że czubek jej odpadł i możliwe, że wybiła sobie jakiegoś zęba, a może nawet kilka zębów, bo tak boli ją w ustach. Słowem – nawet gdyby się uparła i zawzięła, na co nie miała ochoty, nie było mowy, żeby własnymi siłami doczołgała się do Skrzydła Szpitalnego. Ale… Nie powinna być tu sama.
Ciężko dysząc uniosła głowę do góry i zobaczyła leżącą pod drzewami postać, mocno splecioną linami. Wiedziała o niej jedno – to on był wczorajszym napastnikiem, którego Avery potraktował tak, jak ją, ten… wilkołak. Wcześniej podejrzewała, że to jakiś starszy człowiek, którego z pewnością nie miała przyjemności poznać, a teraz wszystko wskazywało na to, że to uczeń Hogwartu, gdzieś w jej wieku. Nie mieściło jej się w głowie, że ktoś… taki mógł się z nimi uczyć. Mimo wszystko musiała go obudzić i poprosić o dolewitowanie do pielęgniarki. Sama przecież nie mogła tego zrobić.
Zaklęła pod nosem, wyciągnęła zdrową rękę ku leżącej obok różdżce i wyszeptała zaklęcie rozweselające w śpiącego.
Natychmiast zareagował.
I zobaczyła jego twarz.

♣ ♣ ♣

─ Emma, hej Emma!- usłyszała w swoim uchu głos Dorcas. Blondynka przeciągnęła się leniwie i z soczystym przekleństwem schowała głowę w poduszkę. Nienawidziła, kiedy ktoś ją budził, tym bardziej, że wczoraj miała poważne problemy z zaśnięciem. Poza tym dziewczyna wolała, żeby budziły ją subtelnie promienie słońca, które padają jej na twarz, ale Lily-Nieświadoma-Sadystka musiała zasłonić wczoraj okno.
Super, nie ma to jak wsłuchiwanie się w zrzędzenie Meadowes z samego rana, pomyślała i w myślach przewróciła oczami. Nigdy się z Dor nie lubiła, a raczej to ona nigdy nie lubiła szatynki. Miała do niej specyficzne uczucia. Gdy przebywała z nią w jednym pomieszczeniu, czuła jakąś obsesyjną chęć rywalizowania, a raczej – chciała być od niej lepsza w każdej dziedzinie. Sama nie wiedziała, kiedy się to zaczęło… chyba wtedy, kiedy Meadowes po raz pierwszy odrzuciła Syriusza, jej Syriusza. Uważała się za pępek świata, dziewczynę dużo poza progi Blacka, a przecież była jedynie zwykłą wywłoką, kimś, na kogo Syri nie powinien nigdy spojrzeć. To nią, Emmeliną, powinien się zainteresować.
Titanic kazała współlokatorce się od siebie odwalić, jednak Dor z niezmordowaną miną szturchnęła przyjaciółkę jeszcze raz w ramię.
─ Proszę cię, wstawaj. Jeśli nie wstaniesz, będę musiała obudzić Lily, a ona zabije mnie wzrokiem. No weź, mamy misję. Musimy iść poszukać Marley.
Titanic znieruchomiała.
Musimy iść poszukać Marley.
To ona nie wróciła?
Cóż, w takich okolicznościach nie mogła dłużej siedzieć bezczynnie. Marley należała do kręgu najbliższych jej osób, mimo że Emmelina nie zawsze odpowiednio to okazywała. Na przykład – całowała się z jej chłopakiem w poprzednim semestrze, a tego na jej miejscu, chyba by nie wybaczyła.
Blondynka w życiu przeczytała multum książek, w których bohaterki miały właśnie taką rozterkę, jak teraz ona, w tym tylko sęk, że w nich zazwyczaj całowany chłopak przyjaciółki przy okazji był również ich obiektem zauroczenia, a nie – jak u Emmeliny – najlepszym przyjacielem z dzieciństwa.
Emmelinę zalały wyrzuty sumienia. Wczoraj Marley wybiegła z rytuału ze świecą, dlatego, że zeszła ona na temat Syriusza, a raczej, jak się wszystkim wydawało -  Remusa, mówiąc, że „chyba się zakochała”. To była jej wina, że Marlena wybiegła. To była jej wina, że nie wróciła. To była jej wina, że prawdopodobnie coś jej się stało.
Natychmiast wyskoczyła z łóżka, naciągnęła swoją koronkową halkę i siląc się na sztuczny uśmiech w stronę Dorcas, spytała:
─ Nie wróciła? Wczoraj?  
─ Nie. Wolę ją znaleźć, zanim McGonagall zacznie się czepiać. Znasz Marley- nieważne, jak bardzo byłaby zdesperowana, ona nie przeżyłaby ominięcia zielarstwa, a NA PEWNO je dzisiaj mamy, bo wszyscy wiedzą, że szóstaki ZAWSZE mają zielarstwo we wtorki.
─ Wszyscy? – powtórzyła blondynka, niedbale rozczesując włosy palcami. ─ Ja nie…
Dorcas machnęła lekceważącą ręką.
─ Posłuchaj mnie ─ zarządziła. ─ Musimy udać się na mały rekonesans po Hogwarcie. Moim zdaniem siedzi gdzieś z Lupinem, bo NA PEWNO się pogodzili ─ nawijała, a mówiła to z taką mocą, że gdzieś w Emmelinie, mimo że wiedziała, iż podobna alternatywa jest nieprawdopodobna, zrodziły się podobne nadzieje.
─ Okej ─ przystała na to Titanic i z ciężkim westchnieniem założyła swój różowy szlafrok. ─ Już idę.
I tak ramię w ramię opuściły dormitorium numer cztery, jakby w gruncie rzeczy były naprawdę dobrymi przyjaciółkami.

♣ ♣ ♣

─ Jesteś wilkołakiem. Jesteś wilkołakiem i nic mi nie powiedziałeś.
To właśnie powiedziała Marlena, kiedy tylko paraliż, który wstrząsnął nią, gdy zobaczyła Remusa, opuścił ją na tyle, że mogła otworzyć usta. 
Teraz taki sam paraliż dla odmiany zaatakował Lupina. Nie wiedział, co zrobić. Nie ma na świecie słów, które mogłyby jakoś to wszystko dziewczynie wytłumaczyć, sprawić, że on sam nie czułby się tak podle. Stracił resztki nadziei na odzyskanie Marleny. Teraz zależało mu tylko na tym, żeby mogli pozostać przynajmniej przyjaciółmi. Nie mógł nic powiedzieć. Nie chciał nic mówić. Nie chciał zrobić czegoś, co potem znowu obróci się przeciw niemu.
Jesteś wilkołakiem krążyło po jego głowie i wybuchało, gdy próbował wszystko gorączkowo uporządkować. Nie stać go było na nic.
W końcu, po jakimś czasie, jakaś część jego umysłu otrząsnęła się z rozpaczy po niewątpliwym końcu jego związku i zaczęła alarmować, dlaczego on, wilkołak, obudził się obok czołgającej się po ziemi własnej byłej, (warto wspomnieć, że wyglądała jak z ilustracji przedstawiających ofiarę najgorszych potworów, od których roiło się w jego podręczniku do OPCM' u) skrępowany więzami. Zrobił jej coś? Zaatakował? Mógł ją zabić. Mógł… cholera, nie wiedział, co.
Co z chłopakami? Kto wczoraj wieczorem skrępował wilkołaka więzami i zostawił Marlenę w kałuży własnej krwi? Gdzie podziali się Pete, James i Syriusz? Wiedział, że bez poważnego powodu, nie zostawiliby go nigdy.
A więc czym był ten poważny problem? Zaatakował kogoś jeszcze?
─ Co… co ci się stało? – wyjąkał jedynie. Marley obdarzyła go tak nieprzychylnym spojrzeniem, że przez chwilę miał wrażenie, że opętał ją duch Lily Evans, a go Jamesa Pottera.
─ Czy to ważne? Dlaczego nie możesz mi odpowiedzieć? Dlaczego nie możesz skończyć raz na zawsze z tymi twoimi sekrecikami?
Dlaczego? Dlaczego nie przyznał się Marlenie do swojej nocnej osobowości? A dlaczego nie zrobił tego nikomu innemu? Był wilkołakiem. Potworem. To nie było wyznanie rodem „tak, to ja wybiłem okno w piwnicy”- to było coś, czego nigdy nie miał zamiaru nikomu mówić, a zwłaszcza swojej dziewczynie. Likantropia w pewnym stopniu degradowała go z pozycji człowieka. Będąc wilkiem tracił wiele ludzkich przywilejów, dlatego ciężko było mu dostać się do jakieś szkoły i zapewne będzie miał problem w zdobyciu pracy po owutemach. A skoro Ministerstwo wydawało kolejne reformy przeciw mieszańcom, to inni, zwykli obywatele powinni tym bardziej spoglądać na niego z pogardą.
On sam... on sam, gdyby był zwykłym obserwatorem z boku, po odkryciu, że jest wilkołakiem, nie patrzałby na siebie tak samo.
Tak, zdawał sobie sprawę, że zachowywał się egoistycznie, okłamując Marę czy nawet ogólnie trzymając ją tak blisko – jego dziewczyna przecież nigdy nie mogłaby żyć normalnie, bez ciągłego zagrożenia. W każdej chwili coś mogło jej się stać. W każdej chwili on... on mógł zrobić jej krzywdę.
Problem w tym, że gdy już zaczął się w niej podkochiwać, nie mogło mu się odwidzieć. Nie mógł, nie chciał przestać. Nie znosił myśli, że likantropia odebrałaby mu jeszcze i ją, dlatego właśnie ciągnął tę farsę tak długo. Przez swoją chorobę stracił tak wiele, że... że w pewnym sensie myśl, że ma Marlenę robiło wszystko lepszym.
─ To nie ma już znaczenia… ─ szepnął i wlepił wzrok w ziemię. ─ Marlena, wszystko ci wyjaśnię, jak tylko upewnię się, że nic ci nie jest.
Prychnęła wściekle.
─ Nic. Gdybyś powiedział mi prawdę, wiedziałabym, żeby trzymać się z daleka.
Słuszna uwaga. Ale gdyby zebrałby się na powiedzenie jej prawdy, zapewne byłoby to ich ostatnie spotkanie.
─ Masz złamaną rękę ─ zauważył. –Widać, że nie możesz nią ruszać.
─ I nogę – dodała. – Chyba. W każdym razie nie mogę chodzić. Ale to nie jest teraz…
─ To jest teraz ważne ─ przerwał jej. – Zaraz zaniosę cię do pani Pomfrey…
─ NIE! ─ zaparła się dziewczyna, chowając głowę w obronnym geście. ─ Po moim trupie, żebyś mnie niósł na rękach do szkolnej pielęgniarki.
Westchnął i zerwał się na równe nogi, zapominając o linach. Kiedy tylko podniósł się do pionowej pozycji, natychmiast się zachwiał i spadł prosto na twarz, tuż obok ręki Marley.  Przekrzywiając się, spojrzał dziewczynie prosto w oczy.
─ Pomyślmy racjonalnie, dobrze? Nie możesz się ruszać. Ja nie pójdę po nikogo innego, kto miałby cię zabrać do Hogwartu zamiast mnie, bo nie mam zamiaru zostawić cię po raz kolejny.
─ Nie życzę sobie, żebyś mnie dotykał.
Marlena wcale nie chciała, żeby brzmiało to tak, jakby brzydziła się Remusa przez jego... alter ego. Dziwnie się z tym czuła, ale wcale nie ogarnęło ją uprzedzenie. Oczywiście wciąż się wściekała, ale to dlatego, że została zdradzona z Emmeliną i – jak się teraz okazało – cały ich związek opierał się na kłamstwie.
─ W takim razie będziemy tu leżeć, niezdolni do ruchu, tak długo, aż Hagrid wpadnie tu poganiać się z centaurami albo odwiedzić wielką, zmutowaną muchę ─ zadecydował Lupin, jakby przed chwilą wcale na niego nie naskoczyła.
Nie zachichotała.
─ No dobra, niech ci będzie! Ale wyjdziesz od Pomfrey natychmiast, jak mnie tam doniesiesz i nie będziesz się do mnie odzywać po drodze.
Nie były to warunki nie do spełnienia, więc przystał na to, a Marlena zaklęciem spaliła krępujące go sznury, lekko parząc mu ramię. Syknął z bólu.
─ Wybacz ─ warknęła.
Kiedy chłopak nareszcie się uwolnił i prędko rozmasował przetarte nadgarstki, wziął szatynkę  na ręce i – co rusz się potykając, bo sam Remus, jak po każdej pełni, czuł się wycieńczony – udał się powoli w kierunku zamku.
Dopiero kiedy zaczął ją opuszczać, zorientował się, że obudził się na polance, na której – ponoć – kiedyś Syriusz widział jednorożce, i gdzie zabierał Marlenę na pikniki. Zaliczała się ona praktycznie jeszcze do błoni, bo była dosyć wysunięta i naturalnie odizolowana od niebezpiecznej części lasu, ale i tak teraz Lupin zaczął karcić się, że na randki obrał tak niefortunne miejsce. Teraz los z niego zakpił.
Marley przez całą drogę intensywnie się na niego patrzała, jakby z oczu próbowała wyczytać całą historię jego życia. Jej oczy czarowały go tak bardzo, że Remus – nim się zorientował – już złamał jeden z jej warunków, otwierając buzię:
─ Jestem ci winny wyjaśnienia ─ przyznał.
─ Miało być bez pogaduszek ─ przypomniała bezbarwnie.
─ Wiem. Tylko stwierdzam  fakt.
Zapanowało kilkuminutowe milczenie, podczas którego Remus był pewny, że Marlena powiedziała już swoje ostatnie słowo do niego. Bardzo się więc zdumiał, gdy ta sama dziewczyna odezwała się nagle, kiedy zbliżyli się już do zamku, jakby wybudziła się z jakiegoś transu:
─ Owszem, przydałoby się kilka słów wytłumaczenia.
Chłopak wziął głęboki oddech.
─ To dłuższa historia ─ palnął. Dziewczyna wywróciła oczami:
─ Mówisz tak zawsze. Jak zwykle odpychasz od siebie ludzi.
Postępował tak? Po raz kolejny zalała go fala beznadziei, tym razem dlatego, ponieważ uświadomił sobie, że za rozpadem jego związku nie stała tylko Emmelina. On też miał w tym sporo winy.
─ Mara, ja naprawdę chcę wszystko wyjaśnić. Chociażby dzisiaj. Albo jak wyjdziesz ze szpitala.
─ To tylko kości. Jesteśmy czarodziejami. To zajmie najwyżej dwie godziny.
─ Jesteś zmęczona…
─ Chcę poznać prawdę ─ ucięła krótko, a ten tylko przytaknął jak posłuszny szczeniak. Jak na osobę tak spokojną i zrównoważoną, jaką była zwykle, nie brakowało jej bezwzględności.
Problem w tym, że tym razem Remus wcale nie wykręcał się przed otworzeniem się na innych. Jego historia raczej nie należała do takich, które zmieszczą się w jakiś pięciu minutach drogi do Skrzydła Szpitalnego. Z drugiej strony... przecież ciekawość dziewczyny w tym przypadku wcale nie była pierwszym stopniem do piekła, przynajmniej nie dla niego. Mógł ją wykorzystać i przy okazji wytłumaczyć się z incydentu z Emmeliną, oczywiście, o ile znowu nie zapomni języka w gębie, jak wtedy, u niej w ogrodzie.
Ale Remus nie chciał o tym myśleć.
─ Wytargowałem kolację? ─ zapytał z nadzieją w głosie.
─ Kolację? ─ powtórzyła, krzywiąc się teatralnie.
─ To nie musi być od razu randka – przekonywał. – Po prostu…
McKinnon przegryzła wargę, zastanawiając się, co zrobić. Remus znał ją wystarczająco, żeby wiedzieć, że już wygrał tę walkę. Nie było na tym świecie siły, która powstrzymałaby Marlenę, gdyby w drogę wchodziła jej rzadko odzywająca się ciekawość.
─ W porządku ─ skapitulowała. ─ Tylko ubierz się normalnie, nie chcę widzieć cię w krawacie. I masz załatwić lazanię. Inaczej zapomnij.

♣ ♣ ♣

Syriusz prawie nie mrugał, kiedy obserwował płomyk powoli trawiący lont ostatniej bomby nużącej, własnego wynalazku. Kiedy płomień ognia dojdzie do spłonki, prymitywny dynamit skutecznie zdezorientuje Filcha, a – jeśli mu się poszczęści – może nawet go uśpić. Black mógł naturalnie włamać się do gabinetu woźnego, kiedy ten zbyt zajęty będzie terroryzowaniem uczniów i mógł się założyć, że wtedy nie zostałby złapany – w końcu ma przecież Mapę Huncwotów, kolejny swój wynalazek, który jest nieomylny – ale byłoby z tym o wiele za mało zabawy. Zresztą, w ten sposób mógł jeszcze raz rozpływać się nad swoimi genialnymi Bombami Nużącymi.  
Obok niego James uważnie studiował wszystkie kropeczki na narysowanej przez niego mapie zamku, w razie gdyby McGonagall postanowiła pokrzyżować chłopcom szyki, a może po prostu gapił się bezmyślnie na punkt z imieniem i nazwiskiem Lily Evans, tego Łapa nie mógł do końca stwierdzić.
Z kolei Hestia, która kucała po jego drugiej stronie, wykreślała coś w jakimś idiotycznym, babskim czasopiśmie i piszczała, że według horoskopu wiedźmy Salomei, dzisiaj ma zły dzień.
Syriusz niecierpliwie trącił ją w ramię.
─ Wybucha ─ poinformował towarzystwo, ale obydwoje po całych wakacjach spędzonych na obserwowaniu, jak marnują się wszystkie sztuki genialnego dzieła Blacka, przestali już ekscytować się nimi czy nawet robieniem z przypadkowych osób roślinek.
─ Wiecie co? ─ odezwała się nagle głośno Hestia, machając dziwacznie głową, jakby próbując się do czegoś przekonać. Jej włosy falowały przy każdym ruchu. ─ Salomea ostrzega mnie, że tłumię w sobie cały swój potencjał, przez co nie mogę osiągnąć samorealizacji… mówiłam już wam o tym przedwczoraj na imprezie, kiedy Seth i Belle byli u Nassów, ale…
─ Chcesz, żebyśmy cię wkręcili w towarzystwo? ─ domyślił się James, wyrywając jej gazetę. ─ Wyobraź sobie, Jones, że w ciągu dwóch dni do tego stopnia nie zdurnieliśmy.
─ Wcale nie chcę, żebyście wkręcili mnie w towarzystwo! ─ obruszyła się. ─ Ja… no cóż, chcę tylko żebyście zachowali się jak prawdziwi gentelmani i przedstawili mnie waszym znajomym.
─ Padł jak trup! ─ parsknął zachwycony „gentelman”, wskazując na Filcha.
Jeśli łudził się, że ktokolwiek z nich – nieważne czy Hestia, czy James – przestanie robić to, co robiło wcześniej, z racji tego, że znienawidzony dozorca o mało nie roztrzaskał sobie głowy, spadając na podłogę; to musiał doznać wielkiego rozczarowania. Wywrócił oczami.
Otaczają go sami nudziarze.
─ Przynosisz nam już wystarczającą ilość wstydu ─ zgasił ją James, uśmiechając się złośliwie. ─ Jeśli mamy zacząć się jeszcze z tobą pokazywać i okłamywać innych, jaka to ty nie jesteś wspaniała, to ja wolę iść skoczyć z Wieży Astronomicznej.
─ Wiesz co? ─ prychnęła Hestia, najwyraźniej bardzo dotknięta tym komentarzem. ─ Zawsze wydawało mi się, że jesteś bardziej szarmancki i taktowny niż nasz domniemany arystokrata, którego podniecają pierdzące poduszki i wysadzanie woźnego w powietrze.
─ Rogaś? Taktowny? ─ zarechotał Black. ─ Hestia, skoro masz takie teksty w zanadrzu, to prawdziwa z ciebie dusza towarzystwa.
─ Och, zamknij się ─ prychnęła.
Spojrzała błagalnie na Jamesa. Brunet lustrował kuzynkę swoimi orzechowymi oczami, chyba chcąc chwilę potrzymać ją w niepewności, ale w końcu tylko wyszczerzył zęby i odparł beztrosko:
─ Bardzo mi schlebiasz, ale jeśli nie chcesz zginąć, w nasze grono znajomych powinnaś wkręcić się sama.
─ Wkręcę się sama, ale byłoby milej gdybyście mnie przedstawili jako waszą kuzynkę. Tyle osób teraz gada o tym "pierwszym wrażeniu" i w ogóle... No i moglibyście opowiedzieć mi coś o kilku typach, żebym nie padła ofiarą jakiś fałszywych dziewuszysk albo nie spotykała się z jakimś nudziarzem.
─ Z nami nie zginiesz ─ potwierdził Syriusz i jeszcze raz wskazał głową na nieprzytomnego woźnego. ─ Widzisz go? Filch to facet w sam raz dla ciebie.
                Hestia w przypływie rozdrażnienia uderzyła kuzyna w sam środek głowy swoją gazetą, a z drugim, który zdążył się już nieźle pośmiać z tego komentarza, zrobiła to samo, tyle że z o wiele większą siłą. Black, niezwykle wyczulony na wszelkie niepotrzebnie zadane uszkodzenia swojego ciała, prychnął i by rozładować swoje negatywne emocje, ruszył do kanciapy Filcha, żeby „pożyczyć” kilka skonfiskowanych zabawek. 
Dziewczyna odsapnęła, kiedy zobaczyła, że Syriusz sobie poszedł, po czym nachyliła się do Jamesa i robiąc słodkie oczka, zawiesiła mu się na ramieniu. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jest ulubioną kuzynką Pottera i wiedziała, że jak tylko odpowiednio do tego podejdzie, to Rogacz się zgodzi.
─ No weź, James ─ nawijała, uśmiechając się coraz szerzej. ─ Przecież obiecałeś Belle, że nie pozwolisz mi zginąć w tak wielkiej, obcej dla mnie instytucji.
─ Gdybyś wiedziała, kochana, ile ja rzeczy obiecuję mojej matce, i o ilu obydwoje natychmiast zapominamy, to raczej byś o tym nie wspomniała ─ droczył się, wciąż uparcie gapiąc się na Mapę Huncwotów. ─ A zresztą, Syriusz aż wyrywa się, żeby ci pomóc.
Pomoc Syriusza... Z pewnych powodów w myślach Hestii zabrzmiało to niebywale złowrogo.
─ Pomoc Syriusza Blacka jest jak publiczna egzekucja ─ wyznała bezwstydnie. ─ A ja wierzę w to, że w głębi serca jesteś odpowiedzialnym, młodym mężczyzną, jedynie konstelacja...
─ Czy moje piękne oczy dobrze widzą? ─ przerwał jej rozbawiony krzyk „kata”, który dokonuje egzekucji pod pretekstem bezinteresownej chęci niesienia pomocy.
James i Hestia odwrócili równocześnie głowy w jego kierunku, a ich spojrzenia skrzyżowały się ze spojrzeniami dwóch Gryfonek, których widok o tak bezbożnej godzinie rano na nogach był niemal tak rzadki jak zobaczenie Severusa Snape' a z umytymi włosami.
Policzki Emmeliny Titanic nabrały soczystego koloru dorodnej śliwki, z kolei Dorcas Meadowes pomachała ochoczo dwoma rękami w ich kierunku, ciągnąc blondynkę za sobą.
─ Hej, Black, Potter, czy Mara dzisiaj u was spała?! ─ krzyknęła Dor z uśmiechem tak szerokim, że na pewno rozbolały ją kości policzkowe.
Syriusz opuścił kanciapę Filcha, chowając do plecaka kilka przedmiotów i wyszedł naprzeciw Dorcas, szepcząc jej coś na ucho, przez co jej policzki przybrały identyczną barwę, jak te Emmeliny. James wziął więc obowiązek odpowiedzenia na tę dziwaczne pytanie, na własne barki:
─ Tyle dziewczyn u nas już spało, że dawno przestało być to coś niezwykłego, ale wydaje mi się, że zauważyłbym obecność McKinnon, zwłaszcza, że wszyscy jej wczoraj szukali ─ odparł ze swoim firmowym huncowckim uśmiechem, na widok którego Emmelina poróżowiała jeszcze bardziej.
Dorcas, której teoria o hucznym zejściu zakochanych lgnęła w gruzach po deklaracji Jamesa, bynajmniej się nie zraziła i wciąż naciskała, że Marlena na pewno tam była i jeśli Huncwoci złożyli Remusowi jakąś męską przysięgę, że nie puszczą pary z ust o ich namiętnej nocy, to mogą już sobie darować, bo wszyscy go przejrzeli. Ponieważ w takich kwestiach jak swoje miłosne teorie, Meadowes była uparta jak osioł, zaprzeczanie Pottera, Blacka, Hestii, a nawet Emmeliny, na za wiele się nie zdało.
─ A co mnie obchodzi, że jej nie wiedzieliście – prychnęła – może leżała za baldachimem.
─ Baldachim przy łóżku Luniaczka spłonął po tym jak Peter próbował rozmnożyć swoją czekoladę na trzecim roku – zaoponował James.
─ To może Remus chciał zatrzymać widok Marley w stroju Ewy tylko dla siebie, dlatego użył Zaklęcia Kameleona i…
─ Wiesz co, Meadowes? To najgłupsza teoria, jaką kiedykolwiek słyszałem, a biorąc pod uwagę to, że nasłuchałem się teorii mojej matki o tym, że w głębi duszy naprawdę rozpaczam, bo Tiara nie przydzieliła mnie do Chlewu (─ Do czego? ─ skrzywiła się Hestia), czy raczej Prosektorium, bo podobne warunki panują w Pokoju Wspólnych naszych kochanych Ślizgonów; należą ci się gratulacje i uroczyste uściśnięcie dłoni przez Smarka.
─ Przez kogo? ─ znowu zdumiała się Hestia. 
─ Czyli Marleny wczoraj u was nie spała? ─ upewniła się Emmelina, chcąc zabrać Dorcas z tego miejsca.
─ A dlaczego miałabym to robić? ─ spytała z wyczuwalną konsternacją w głosie dziewczyna, o której mowa.
Cała piątka szóstoklasistów zawiesiła swoją jałową dyskusję i równocześnie odwróciło się o sto osiemdziesiąt stopni w kierunku drzwi. Drzwi, przez które wchodził właśnie wyglądający jak śmierć na chorągwi Remus Lupin, dzielnie trzymający w ramionach brudną, zadrapaną zaginioną Marlenę McKinnon. Owa sceneria przypomniała Emmelinie od razu scenę z tego filmu, który oglądała u Lily w zeszłe wakacje, który tamta nazwała „bajką dla dzieci”, kiedy Książę na swoim białym, wiernym rumaku uratował życie umierającej Księżniczki i na rękach zaniósł ją do królestwa swojego ojca, gdzie dzień później zorganizowano dla nich wesele.
─ Ha! ─ klasnęła w ręce Meadowes. – Mówiłam, że są razem.
Remus i Marley mieli w tej chwili podobne miny – usta uformowane na kształt dużej litery „O” i zmarszczone czoło.
─ Nie mówiłaś tego ─ wytknęła jej Emmelina, która nigdy nie odpuszczała, kiedy mogła wypomnieć coś Dorcas.
─ To chyba niepodważalny dowód, Emmelino, że tak właśnie mówiłam – upierała się Dorcas, dając jej kuksańca w bok.
– Nie – protestowała ta druga. – Według ciebie poszli razem na sekskapadę.
Marlena drgnęła, oburzona podobnym stwierdzeniem.
─ Razem? W sensie ja i ON? – zapytała sarkastycznie wskazując zdrową ręką na Lupina. – To absurdalne. Przez pewne OKOLICZNOŚCI – Tu spojrzała gniewnie na blondynkę, nawet się nie kryjąc.
Titanicówna spłoszyła się i schowała za Dor i Hestię, która kopała Jamesa mocno w łydkę, zapewne chcąc, żeby ten ją przedstawił.
─ Ale co wam się…
─ Wybaczcie, ale muszę ją odnieść do pani Pomfrey – przerwał Dorcas, Lupin. –Zobaczymy się na śniadaniu.
─ Podprowadzę cię ─ zadeklarował się James, patrząc w kierunku Remusa porozumiewawczo. Chciał streścić mu wydarzenia z poprzedniej nocy.
Kiedy Remus, James i Marlena zniknęli za rogiem, Emma i Dorcas oraz Hestia i Syriusz również się rozproszyli, a dokładniej dwie pierwsze poszły z powrotem do dormitorium, by „nałożyć sobie odżywkę Wiedźmy Muriel” i „opowiedzieć o wszystkim Lily”; z kolei kuzynostwo zostało pod kanciapą Filcha, który powoli zaczął budzić się ze swojego letargu. Jonesówna przyglądała się swoim współlokatorkom z dystansem, kiedy te zniknęły za zakrętem, a widząc to Syriusz postanowił potraktować Hestię jak miłosierny człowiek, którym był, i przystać na jej propozycję dla „gentelmanów”.
 ─ Okej: to dwie dziewczyny z którymi jesteś w pokoju. Kilka wskazówek ode mnie, jak z nimi mieszkać i nie zwariować? Nie ma sprawy.
Jones uniosła jedną brew do góry i z wahaniem pokiwała głową na znak, że przyjmie jego bezcenne wskazówki:
─ Ta ładniejsza to Dorcas Meadowes ─ zaczął.
─ Czyli ta blondyna? ─ chciała upewnić się Hestia.
─ Nie.
─ Nie?
─ Nie. Blondyna to Emmelina Titanic – zadumał się przez chwilę. – Fakt, jest ładna, może nawet nieznacznie ładniejsza od Meadowes, ale o niej się raczej zapomina. Nie to, że jest jakaś cicha i nieznana… Jest po prostu… męcząca – podsumował ją, wzruszając ramionami. ─ Ująłbym ją w dwóch słowach: KRÓLOWA DRAMATÓW. Tak więc z pewnością się polubicie.
Hestia wywróciła oczami.
─ A ta twoja Dorcas? Ta wariatka, która wszędzie doszukuje się romansów?
─ No… to w sumie ona w pigułce. Wiesz… emocjonalna jak mrówka z okresem. Dużo mówi. Zazwyczaj bezmyślnych rzeczy. Ale jest słodka. Ma ładny uśmiech – wzruszył ramionami. – I nie jest wariatką.
Szatynka przyglądała się swojemu kuzynowi przez chwilę, kiedy ten myślał nad czymś, marszcząc brwi i doszła do wniosku, że chyba należy szybko skierować rozmowę na inne – niż Dorcas – tory, bo w tym przypadku Syriusz nie będzie już tak ironiczno subiektywny.
─ A Marlena?
─ Nie panująca nad swoimi emocjami, niezbyt rozwinięta dziewczyna, która ma skłonność do ciągłego komplikowania sobie życia i udawania spokojną, zrównoważoną osobę, którą nie jest. To była dziewczyna Remusa.
─ Tego co ją niósł.
Syriusz pokiwał głową, wciąż zamyślony.
─ To zostaje ta ruda… ─ szepnęła Hestia. ─         Wczoraj na mnie naskoczyła, wiesz?
Wzmianka o rudowłosej natychmiast sprawiła, że Black przestał śnić na jawie i zachichotał z uciechą. W jego oczach malowała się złośliwość.
─ To do niej podobne.
─ No? ─ nalegała Hestia.
─ Lily Evans to najdziwniejsza dziewczyna na świecie – odparł Black. – W kółko się z kimś wykłóca, nie nosi w ogóle sukienek, a za to koszulki z satanistycznymi nadrukami, chyba do tej pory się nie całowała, nie pije, nie je mięsa, klnie jak szewc, jest pruderyjna, zawsze musi mieć rację, jest zarozumiała i wredna,  i… słucha dobrej muzyki. To nie jest normalne u dziewczyn.
─ Słucha Louisa Armstronga? – spytała z nadzieją Hestia. – Albo Barbry Streisand?
─ Nie – jęknął zażenowany Black. –AC/DC, Stonesów i Queen. Najgorsze jest jednak to, że… Boże, jej nie da się opisać! Jest po prostu kompletnie inna. Niektórym się ta inność podoba, innym nie. Ma straszny charakterek. To feministka. Suszy głowę z byle powodu. Histeryczka. W przyszłości zapewne trafi na oddział zamknięty w Mungu, bo wyraźnie tego potrzebuje.

***


            W sumie na świecie jest bardzo mało ludzi, którzy mimo napadu wilkołaka, fałszywego wyznania miłosnego (cóż, o ile „domyśl się” miało zostać tak przez Lily zinterpretowane) i zbliżającej się katastrofy, stawialiby zbliżające się zajęcia z Transmutacji na pierwszym miejscu.
Coraz mniej osób przejmuje się edukacją. Coraz mniej osób przejmuje się ekologią. Coraz mniej osób przejmuje się tym, że słuchają koszmarnej muzyki. Coraz mniej osób przejmuje się tym, że zjadają na obiad kurczaka, który miał prawo żyć w takim samym stopniu, jak ty. Tym przejmowała się natomiast Lily, i to z taką gorliwością, jakby robiła to za wszystkich nieprzejmujących się tego zbywającego wszystko świata.
Musiała jak najszybciej znaleźć profesor McGonagall i jakoś się przymilić, bo istniało prawdopodobieństwo, że nie znajdzie się w tym roku w jej klasie. Kobieta przyjmowała do grupy owutemiakowej tylko tych, którzy dostali Powyżej Oczekiwań na sumach w tamtym semestrze. A Gryfonka dostała Zadawalający. Z minusem.
Transmutacja od zawsze była jej utrapieniem. Z nieznanych powodów przypominała jej mugolską fizykę, przedmiot, który traktowała jak swoją piętę achillesową, mimo że nie miała tylu jej lekcji, żeby wyrobić sobie opinię. Z Transmutacją (i profesor McGonagall!) wiązało się praktycznie wszystko, co wspominała z ubolewaniem. Rok temu na przykład, kiedy powoli rozpoczęło się transmutowanie małych bezkręgowców, przemieniła swoją dżdżownicę w piranię (w pierwotnym założeniu miał wyjść motyl), a raczej w prymityw, który z braku jakiegokolwiek innego określenia musiała nazwać piranią. Owe wynaturzenie mało nie odgryzło jej palca, ponadto wywołało masową panikę w klasie i zrobiło profesorce wielką dziurę w szmaragdowej szacie.
Innym razem ona i Dorcas wymieniały się na lekcji liścikami, które, nie ukrywajmy, były znakomitym przykładem niewyżycia młodzieży hogwarckiej, bo fantazje na temat kilku znajdujących się w tej samej klasie chłopców, nie zasługiwały na fanfary. McGonagall je na tym przyłapała i odczytała WSZYSTKO, co do sylaby, NA GŁOS przy CAŁEJ klasie.
Światełkiem w tunelu był co prawda fakt, że nie zajmowała miejsca najgorszej w największym zaawansowaniu w tym przedmiociebo Dorcas również nie rozumiała nic a nic z Transmutacji. Co prawda do Meadowes nie docierało dziewięćdziesiąt dziewięć koma dziewięć jakichkolwiek nauk, ale mimo to zdała sumy jakimś cudem lepiej, bo gdy Lily zapytała ją o wyniki podczas wakacji, kiedy obie pojechały do jej kuzynów do Vegas, odpowiedziała:
─ Możesz nazywać mnie Mistrzem Transmutacji, mendo. DOSTAŁAM POWYŻEJ OCZEKIWAŃ Z MINUSEM! TO OFICJALNIE NAJWYŻSZA OCENA JAKĄ KIEDYKOLWIEK DOSTAŁAM I DOSTANĘ!
Evans nie mogła wyjść z szoku, jak to w ogóle możliwe. W końcu to ona naprawdę się uczyła, praktycznie nie odchodziła od książek, a Dorcas… cóż, to Dorcas. Wolała nałożyć swoje „szczęśliwe skarpetki” zamiast transmutować książki w zeszyty  i z powrotem.
A jednak dostała wyższą notę. O STOPIEŃ. O cały STOPIEŃ.
─ Mój egzaminator chyba był wzięty – wytłumaczyła jej wtedy, widząc ogłupiałą minę swojej przyjaciółki i ściągnęła atłasowe baletki, mówiąc sklepikarce, że je weźmie.
No tak, ale Dor ze swoim Powyżej Oczekiwań z minusem jakoś dostanie się do klasy, a ona nie ma na co liczyć. McGonagall nigdy nie robi żadnych wyjątków i nie przyjęłaby jej nawet, gdyby dostała ten swój Zadawalający z czterdziestoma czteroma plusami. A co dopiero z minusem. Jednym minusem. Lily miała ochotę usiąść i się rozpłakać, chociaż nigdy tak nie robiła.
Wszystkie zawody, które rozważała (było ich naprawdę mnóstwo, ale póki co skłaniała się ku uzdrowicielstwie albo aurorstwie) wymagały owutema z Transmutacji. Wszystkie. Bez niego może najwyżej spróbować zostać barmanką w Dziurawym Kotle, choć niewykluczone, że jej nie przyjmą, bo nie będzie w stanie przetransmutować kufla piwa w większy kufel piwa. Dlatego właśnie opracowała swój konsekwentny plan wkupienia się w łaski McGonagall (co było niemożliwe, ale warto pogratulować jej wytrwałości w dążeniu do celu), którego realizację miała zamiar rozpocząć od pozytywnego pierwszego wrażenia. Musi wyglądać schludnie i kompletnie pruderyjnie, bo to jest właśnie gust profesorki w pigułce.   
Rano, po dokładnych oględzinach w łazience, umyła zęby i przyjrzała się dokładnie swojemu odbiciu w zwierciadle, zwanym lustrem. Dawno już skończyły się czasy, w których ludzie traktowali rudowłosych jak osoby zupełnie innej kategorii. Teraz wszystkie rude kobiety, które Lily znała, były supermodelkami, aktorkami albo businesswoman, nie potrzebowały facetów i były wyzwolone. Jak jej matka.
Dobra, może to, że rzuciła ojca, łamiąc mu serce i wybrała Broadway, a potem ktoś w Stanach ją zabił, nie zasługiwało na poklask, ale Evansówna przez długi okres naprawdę ją podziwiała. I jak rozpaczała po jej śmierci, o matko, jak ona rozpaczała! Dopiero niedawno zaczęła rozumieć, że jej matką faceci zawładnęli, bo prawda jest taka, że po dwóch tygodniach rzuciła swoją broadwayowską karierę i zamieszkała z jakimś Michaelem. Mary Evans zakończyła swoje stereotypowe życie tragicznie, ale nie bezowocnie. Dała przecież swojej córce jakiś wzorzec (którego, niestety, nie podtrzymała) i pokazała, że marzenia są najważniejsze. Nie żadna rodzina. Nie żadna miłość, która do niczego nie prowadzi. Marzenia.    
Wracając do pozostałych wyzwolonych, rudych kobiet, marzeń i Lily- żadna businesswoman z niej nie będzie, chociaż niewątpliwie posiadała ona odpowiednie predyspozycje- charyzmę, bezwzględność, profesjonalizm… Modelką też raczej nie zostanie. Bądźmy tu szczerzy- kto zatrudniłby w agencji modelek kościstą, niską, piegowatą dziewczynę, której włosy ni to miały kasztanowaty kolor, który był teraz modny, ni to ciemnobrązowy. Zwykły,  pomarańczowy kolor, który fatalnie kontrastował z mnóstwem piegów, pryszczy, wągrów i innych zmor dojrzewania, no i oczy- pospolite, szpetne, zielone oczy w pospolitym, szpetnym kształcie.  Poza tym modelki były uosobieniem chorego podkreślania własnej urody i robienia z siebie infantylnej idiotki poprzez tak żałosne zachowania jak nadmierne odchudzenie się w celu zachowania roboty albo spodobaniu się jakiemuś facetowi. Bezsens, prawda? W takim razie w jakim kierunku zmierzała Ruda?
Zawsze chciała śpiewać. Miała iść do szkoły muzycznej, rodzinnej, bo chodziła tam i jej matka, i jej ojciec, i jej chrzestny, i jej chrzestna, i jej siostra… Nie, żeby narzekała na Hogwart- kochała tę szkołę i w ogóle, ale czasem wyobrażała sobie, co by było, gdyby faktycznie trafiła do liceum muzycznego Audrey’ s, a potem udała się na Królewską Akademię Muzyczną, o której marzyła. Kiedy zmieniła zdanie? W sumie to stosunkowo niedawno.
Skoro jest czarownicą, powinna znaleźć czarodziejskie marzenie. Takie jak występowanie w jakieś tam drużynie Qudditcha albo bycie uzdrowicielem, o czym marzyła Mara. Co pasowałoby Lily? Chyba aurorstwo. W jakimś stopniu mogłaby mieć wpływ na wojnę, a ostatnie czego Evansówna by chciała to bierność podczas walk w Voldemortem.
Każdy z nas do czegoś dąży, chociaż często o tym nie wie. Jedni chcą być bogaci, inni sławni, trzeci dobrze wyjść za mąż, ale Lily nie podążała za żadną z tych rzeczy. Jedyne, czego pragnęła to wpływ na ludzi. Chciała, żeby jej życie nie było takie samo jak setki innych, chciała coś po sobie zostawić, coś zmienić… Choćby miało to być tylko zachęcenie kilku osób do wegetarianizmu.
Uśmiechnęła się do swojego żałosnego odbicia, założyła torbę przez ramię i przyczepiła do czerwono-złotego krawatu małą plakietkę z napisem „rebeliantka”. Taki był jej zwyczaj- nie wychodziła bez zawieszek, naklejek czy symboli, które coś by o niej mówiły. Nieważne, czy to tylko znak prefekta, czy też jedna z tych wielkich plakietek: „CZEŚĆ, NAZYWAM SIĘ…”, coś takiego musiało być gdzieś doczepione. Ostatni czasy Lily polubiła buntowniczy tryb życia. Nie żeby chodziła z paczką papierosów przy sobie i wszystkich obdarzała znudzonymi spojrzeniami -jak na przykład Syriusz Black- tylko zwyczajnie dbała o jakiś czarny dodatek, zakładała ręce na piersi i powtarzała uparcie tekst: „nie będziesz mi rozkazywać!”.
Przyczyną jej zachowania była naturalnie sytuacja w domu. Wszystko zrobiło się tak cholernie popieprzone- najpierw śmierć matki, potem ta kolejna kłótnia z Petunią, poważniejsza niż wszelkie inne (ale jak można zrezygnować ze stypendium do Królewskiej Akademii Muzycznej dla jakiegoś chłopaka?), potem straciła dwójkę najlepszych przyjaciół- Seva i Mary, no i została sama z ojcem, który nigdy jej nie rozumiał i nie zrozumie. Jego beztroskość i kompletna ignorancja w stosunku do córek była przynajmniej oburzająca! Próbował być wyluzowany. Pfi! Ona nie potrzebowała jakiegoś starszego, wyluzowanego kumpla, wystarczał jej chrzestny, tylko ojca! Takiego, który da ci szlaban albo będzie wrogo spoglądał na każdego przedstawiciela płci męskiej, którego przyprowadzi do domu (generalnie nie miała zamiaru nikogo takiego przyprowadzać, ale Ethan Evans na pewno nie zachowywałby się w takiej sytuacji jak na rodzica przystało)! Z grubsza rzecz biorąc- ostatni czasy pokłóciła się ze wszystkimi, na kim jej zależało, łącznie z kochanym Dorianem, dzięki któremu przez krótki epizod swojego życia przestała nienawidzić płci męskiej (i może trwałoby to dłużej, gdyby wszystkiego nie zrujnował Potter).
Do dziś pamiętała jego silne ramiona, którymi tak często ją obejmował, pamiętała jego szare oczy, w których malowała się troska, pamiętała jego gęste, brązowe włosy, które miałaby ochotę teraz zmierzwić… gdyby nie Potter. Gdyby nie to, co zrobił, żeby zniszczyć jej związek. Zabawne, ta sama osoba, która przez lata dbała o to, żeby jej życie przypominało piekło, wczoraj jej je uratowała. Chyba powinna mu podziękować czy coś… W Surrey chodzi się zawsze z koszykiem z owocami i ciastem, jeśli się za coś dziękuje, no i od tej pory na pożegnanie zazwyczaj całuje się wybawcę w oba policzki, ale nie jest to obowiązkowe. I tego Ruda oczywiście nie będzie praktykować. Koszyka raczej też nie. 
─ SZLAMA! – Z zamyśleń wyrwał ją szyderczy okrzyk barczystego gościa i plusk śmierdzącej, kleistej breji, którą owa osoba z premedytacją wylała na jej twarz.
Lily instynktownie zacisnęła powieki i paskudztwo nie piekło jej już w oczy, jak za pierwszym razem, gdy dostała z soku. Jak zwykle usłyszała głośny śmiech i docinki Ślizgonów, ktoś popchnął ją na ścianę i jeszcze raz oblał sokiem z rozkruszonym lodem. Jego drobinki nieprzyjemnie szczypały skórę.
Evans zaklęła głośno i na oślep kopnęła jednego ze swoich prześladowców, jak miała nadzieję, w miejsce, które najbardziej boli. Tamten, niestety, zrobił unik przed atakiem dziewczyny, nie jednak przez ciosem zadanym przez nieznane Lily wsparcie. Po kilku sekundach, podczas których Ślizgoni się wykruszyli z miejsca „ataku”, Remus Lupin pomógł Lily wstać.
Dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, a gdy zanotowała znajome rysy twarzy, odetchnęła głośno i podziękowała za pomoc. Lupin nie wydawał się być zachwycony.
─ Mówiłaś, że im się znudziło.
─ Tak było – zgodziła się Ruda. – No… do teraz.
Była to prawda tylko częściowo. Znała Ślizgonów, którzy napadali ją i innych mugolaków, a nawet kilku dzieciaków półkrwi- byli to dobrzy kumple jej byłego przyjaciela, Severusa- Avery, Mulciber, Rosier i Wilkes. Ostatni czasy faktycznie coraz rzadziej wylewali jej na twarz jakieś paskudztwa, ale nie zaprzestali tego całkowicie. Zresztą, umiała przecież ich zatrzymać. Teraz dała im się oblać tylko dlatego, że ją zaskoczyli.
─ Och, przecież potrafię sobie z nimi poradzić, Remusie! ─ wybuchnęła.
─ Właśnie widzę ─ potwierdził chłopak. – Wiesz, że gdyby tu był James, ci Ślizgoni pewnie już by nie żyli, prawda?
Lily zmarszczyła brwi. Dobrze, Remus mógł się przyjaźnić z Potterem, mógł być jego najlepszym przyjacielem, na litość boską, mogli nawet razem biegać po całym Zakazanym Lesie podczas pełni, ale mimo tych wszystkich rzeczy nie powinien jej wciskać nieprawdy. Dobrze wiedział, że James i Syriusz nienawidzą jej tak bardzo jak ci Ślizgoni (no, może nie tak bardzo, ale podobnie) i czerpią radość z każdej jej porażki i poślizgnięcia się! Przecież ten facet próbuje się z nią umówić dlatego, żeby ponabijać i pokazać swoją wyższość! Przecież on atakuje ją ciągle kawałami, tak bardzo próbuje zrujnować jej życie! Przecież to przez niego wszystko się psuje! Czy ktoś taki mógł chcieć zabić kogoś, kto robi jej to samo? Czy nie powinien, pomimo niechęci do Ślizgonów, wspierać jej pozostałych prześladowców? Chciał mieć z niej popychadło na własność, czy co?
─ Nie – odparła szczerze. – Sądzę, że od razu odnaleźliby wspólny język.
Przez moment myślała, że Remus na nią nakrzyczy, taką miał minę, ale w końcu tylko pokręcił głową i szepnął: „jak ty mało wiesz…”. Lily się to nie spodobało.
─ Zgaduję, że nie rozmawiasz ze mną teraz po to, żeby przekonać mnie do twojego kumpla. Uwierz, wielu próbowało, ale ja zwyczajnie tego nie kupię.
Trochę milej, skarciła się i pozwoliła wkraść się zaniepokojonemu wyrazowi na jej twarz. Lupin był taki blady… pewnie wykończony po wczoraj.
Wciąż nie mogła uwierzyć, że Remus, jej wieloletni przyjaciel Remus, jest wilkołakiem. Naturalnie Lily nie miała nic przeciwko temu, chełpiła się swoją wspaniałą tolerancją i starała się akceptować kompletnie wszystko i wszystkich, ale mimo to w jakimś zakamarku jej umysłu czaił się strach. Obawiała się, że po tym nie będzie potrafiła już z nim normalnie rozmawiać, że blondyn zamknie się w sobie albo ona będzie uważała na wszystko, co mówi, a ich relacja będzie robiła się sztuczniejsza i sztuczniejsza. Uważała jednak, że powinna zakomunikować Lupinowi, że pomimo swojej nowej wiedzy nie ma zamiaru się od niego odwrócić. Położyła mu rękę na ramieniu i uśmiechając się lekko, zaczęła:
─ Dobra… Remusie, domyślam się, że nie szukałeś mnie, dlatego że chciałeś uciąć sobie pogawędkę o Potterze. To raczej nigdy nie będzie dobry temat… ─ wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się delikatnie, tak jak potrafiła tylko ona, kiedy chciała poruszyć temat o dość niepewnym gruncie. – On mi powiedział. O tobie.
Chłopak w zamyśleniu pokiwał głową i zrobił dość dziwną minę, taką, jaką robi dziecko, które zostało przyłapane przez rodzica na czymś mało chwalebnym.
─ Co do tego… słuchaj, Lily, ja oczywiście zrozumiem, jeśli nie będziesz chciała już ze mną gadać… no, i tego, nie będę miał do ciebie żadnego żalu…
Chociaż mówił o braku żalu, jego głos był właśnie nim przepełniony po brzegi.
─ Że co proszę?! ─ parsknęła i zaśmiała się wniebogłosy. – Nie będę chciała z tobą gadać?! Ja wręcz muszę z tobą gadać, no wiesz, te kwestie prefektów i te sprawy… A poza tym, kto, powiedz mi, kto, pomagałby mi teraz z Transmutacją?!
Chłopak uśmiechnął się niepewnie, prawdopodobnie nie wiedząc, czy dziewczyna mówi poważnie, czy sobie z niego kpi. Lily westchnęła wymownie.
─ Posłuchaj, Remusie – czuję się trochę obrażona. Za kogo ty mnie masz? Myślisz, że dlatego, że… nie mam pojęcia jak to delikatnie ująć…
─ James nazywa to „futerkowym problemem” ─ podsunął. Evans w zamyśleniu pokiwała głową.
─ Tak! To jest dobre. A więc… Myślisz, że dlatego, że masz futerkowy problem, się od ciebie odsunę? Co za wiarołomstwo!
─ Możesz sobie z tego żartować, Lily, ale wcale bym się nie zdziwił, gdybyś… no wiesz, gdybyś stwierdziła, że to, że jestem… że mam futerkowy problem, przekreśla naszą przyjaźń. 
─ Och, daj spokój! – prychnęła i dała mu sójkę w bok. – Jestem trochę zła, to prawda, ale to dlatego, że nic nie powiedziałeś przez SZEŚĆ lat. Uważasz, że nie zasługuję na szczerość i prawdę? Budujesz kontakty międzyludzkie na kłamstwie, udawaniu i braku zaufania, a to bardzo niedobrze, Remusie. Gdyby dowiedziałby się o tym mój kuzyn, który studiuje psychoanalitykę, stwierdziłby, że masz osobowość paranoiczną.
Remus wywrócił oczami.
─ Nie lubię o tym rozmawiać, Lily i… wiem, że powinienem ci powiedzieć i dlatego przepraszam, ale… TY robisz sobie z tego żarty, ale ktoś inny może już zareagować gwałtowniej… Ja… ja sam zareagowałbym gwałtowniej. Tym bardziej, że o mało ci czegoś wczoraj nie zrobiłem…. Powinnaś się mnie brzydzić, rozumiesz? Powinnaś się mnie bać. Ja… cholera, nie wiem, ale na pewno nie powinnaś żartować!
─ Jeśli ktoś potraktowałby cię tak, jak ty sądzisz, że powinien, to byłby zwykłym tchórzem, gruboskórnym kretynem i przede wszystkim niebywale fałszywym człowiekiem.
─ To coś innego, Lily! Traktujesz to jakbym był gejem albo… no nie wiem kimś, kto jest w gruncie rzeczy nieszkodliwy, a ja jestem szkodliwy. Ty tego nie rozumiesz, bo… jesteś… ─ westchnął ciężko i spojrzał na nią wymownie. Brwi Evansównej powędrowały ku górze.
─ Kim?
─ Jesteś z mugolskiej rodziny! ─ wypalił. – Nikt nigdy ci nie wytłumaczył, jak bardzo jesteśmy… my, wilkołaki, groźni. Nie rozumiesz…
─ Na brodę Merlina, Lupin! ─ jęknęła głośno Ruda. Nazywała go po nazwisku tylko, gdy była bardzo poirytowana, a blondyn, znając jej temperament, dla bezpieczeństwa cofnął się o krok. ─ Teraz mówię już poważnie- osobowość paranoiczna to pikuś, ty masz poważny kompleks niższości. Wnerwia mnie takie gadanie. Albo to pojmiesz i przestaniesz jęczeć, jak bardzo jesteś nieszczęśliwy, albo naprawdę przestanę z tobą gadać, ale nie ze względu  na futerkowy problem, ale zwykłą, irytującą gadkę o trudności życia. Wybacz, ale naprawdę powinieneś przestać się ciągle obwiniać, okej? To nie twoja wina. Wyobraź sobie, że likantropia jest… twoją chorobą sezonową. Czujesz się z nią źle i jej nienawidzisz, bo do tej pory jeszcze jej nie zaakceptowałeś, a… gdybyś spróbował, czułbyś się lepiej i byłby to pierwszy krok do wyzdrowienia. Na twoim miejscu spojrzałabym na twoich kumpli, którzy złamali dla ciebie prawo. Oni cię akceptują, a ty siebie nie. Gdzieś tu jest problem, nie sądzisz?
I westchnęła głośno, wyciągając z torby butelkę wody na uspokojenie. Lupin przez chwilę patrzał na nią bez przekonania, ale w końcu uśmiechnął się nieśmiało, zabrał jej z ręki torbę i sam przerzucił ją sobie przez ramię. W sumie bardzo dobrze czasem wsłuchać się w tyrady Lily- na ogół nikt nie zawraca sobie nią głowy, a wręcz ignoruje „dla zdrowia mentalnego”, jak to określiła Dorcas, ponieważ owa dziewczyna miała prawdziwą zdolność do dobijania albo podnoszenia na duchu (chociaż częściej dobijała). Chyba nigdy nie spotkał nikogo obdarzonego tak wielką charyzmą i był do tego stopnia elokwentny. Niby ostro go zbeształa, ale i poczuł się lepiej na tyle, żeby jej tym razem odpuścić.
─ Zrozumiano, Złośnico ─  potwierdził i dał jej sójkę w bok. – Gdzie idziesz?
─ Do McGonagall – odpowiedziała mu rudowłosa, głośno przełykając łyk wody. – Muszę wepchać się do jej klasy.
Chłopak już otwierał usta, żeby spytać, co się stało, ale zielonooka zgasiła go ruchem dłoni.
─ Nie mówmy o tym. Wybacz pytanie, ale z reguły jestem dość wścibska- ktoś oprócz Huncwotów wie o twoim… futerkowym problemie (cholera, spodobało mi się to określenie)?- spytała. Remus pokręcił głową.
─ A Marley?
─ Nie przed tobą – odparł szybko. – Ale już wie. Miałaś wczoraj rację- spacerowała po Zakazanym Lesie. Spotkałem ją dzisiaj rano… chyba spędziła tam noc. Bo widzisz…
I opowiedział jej o całym dzisiejszym poranku- o pobudce w łańcuchu, o doniesieniu szatynki do Skrzydła Szpitalnego i o przymusowym wyznaniu jej prawdy. Butelka wypadła Lily z ręki, a ona wytrzeszczyła oczy.
─ O, matko- wyrwało jej się. – Ja… Dzisiaj rano jej nie było, ale ona zawsze pierwsza wstaje. Dor powiedziała, że… - urwała w pół zdania, zamyśliła się, po czym obwieściła: ─ Muszę znaleźć Dor i Emmę… Pewnie będą chciały ją odwiedzić…
─ Dobrze ci radzę- nie zabieraj do tak ciasnego pomieszczenia jak Skrzydło, Emmeliny –  mruknął melancholijnie Lupin. – Mara może ją zagryźć. Nie przesadzam.
─ Trzeba było jej nie całować – zaśpiewała mu do ucha Lily i obdarzyła bardzo zniesmaczonym spojrzeniem. – Wiesz, co ty zrobiłeś? Wiesz, ile mi zepsułeś? Miałam być druhną naczelną na waszym ślubie i matką chrzestną pierwszej waszej córeczki. A teraz? Muszę się wypchać ze swoimi życiowymi aspiracjami.
─ Skoro wkurzyłem się na Emmelinę, to mogę ci zagwarantować tą matkę chrzestną na pierwszą córkę z kimkolwiek innym. Będę grzać miejsce. Nie obrazisz się, jeśli twoim współrodzicem  chrzestnym będzie James?
─ Jakoś to przełknę – uśmiechnęła się delikatnie. – Ale moim zdaniem nie powinieneś tak łatwo się poddawać. Marley cię kocha, a Emma… no, to Emma. Na twoim miejscu bym się nią nie przejmowała. Powiedziała, że – ale wiesz, to największy sekret w całej Europie, więc nie ani słówka NIKOMU –  ściszyła głos do szeptu – się zakochała.
Remus prychnął.
─ Mara też mi o tym powiedziała. W wakacje.
─ Co?! – zdziwiła się. – O matko, nie!  Nie wiem w kim, ale wiem w kim nie. Wycisnęłam z niej, że NA PEWNO NIE W TOBIE.
─ Nie? – zdziwił się.
─ Nie. Totalnie. Jest jej głupio. Przeprasza. Będzie cię dzisiaj śledzić. I prześladować. I próbować naprawić swój błąd. Lepiej uciekaj, póki nie zaczęła ─ mówiła z naciskiem. Lupin milczał przez długi czas, otwierając i zamykając buzię. Lily dosłownie nie odrywała od niego wzroku.
─ Muszę iść – mruknął chłopak półprzytomnie. – Powodzenia u McGongall.

─ Przyda się! – odkrzyknęła mu i skierowała się do gabinetu profesorki, jak na ścięcie. 
♣ ♣ ♣

Lily na ogół nie za często zarabiała sobie szlabany, dlatego to nie do niej należał zacny tytuł najczęstszego gościa gabinetu McGonagall, ale nie mogła udawać, że te czerwone ściany i poukładane rządki książek nie wyglądały znajomo. W przeciwieństwie do gabinetów innych nauczycieli, u jej wychowawczyni zawsze panował ład i porządek. Sama McGonagall – surowa i konserwatywna kobieta, której włosy zawsze spięte były w ciasnego koka, należała do osób wybitnie uporządkowanych i zasadowych, więc kiedy wzywano (lub z własnej, nieprzymuszonej woli tam się zaglądało) do jej gabinetu, sprawa wyglądała poważnie.
Profesorka czytała jakąś książkę o animagii, a kiedy zobaczyła, że jej wychowanka stoi w drzwiach, zdjęła swoje okulary do czytania i wskazała jej krzesło przed sobą. Lily posłusznie się tam dosiadła.
─ Lily Evans ─ odparła bezbarwnie kobieta zza swojego biurka, odrywając się na chwilę od czytania. ─ Co cię do mnie sprowadza?
─ Pani profesor McGonagall ─ odchrząknęła Lily, gotowa wydeklamować swoją niewymownie ckliwą i łapiącą za serce mowę, którą pisała na kartce podczas podróży do Hogwartu w połowie mowy Dorcas o cudownej sukience ze sklepu Ascendio, wtedy, kiedy udawała, że pisze w pamiętniku. ─ Wiem, że otrzymała pani karygodny i skrajnie poniżej moich oczekiwań wynik ze sumów, i naturalnie akceptuję pani system przyjmowania do owutemiakowej klasy Transmutacji, ale na pewno wie pani, pani profesor, jak wielką rolę w życiu człowieka odgrywa Transmutacja i jak wiele rzeczy przegapiłabym, gdybym nie uczęszczała w przeciągu dwóch następnych lat na ten niezwykle pożyteczny przedmiot, Królową Nauk. Jestem przekona również o tym, że ze względu na…
─ Sądzę, że się przepracowujesz, Evans – nieoczekiwanie przerwała jej McGonagall, której mowa Lily najwyraźniej jeszcze nie zdołała złapać za serce. –Twoje zajęcia dodatkowe i coroczny wolontariat…
─ Muszę brać udział w „Ogonie Hipogryfa”, pani profesor! – zaprotestowała dziewczyna. – Cały zysk idzie na poprawę życia smoków i innych magicznych stworzeń w rezerwatach w Bułgarii i…
─ Możesz się zaangażować za dwa lata, po Hogwarcie ─ przerwała jej twardo. –Wtedy, kiedy już zakończysz edukację.
Dobrze, co z tego, że Evans brała udział w dodatkowych Eliksirach, Zaklęciach, Zielarstwie, w Klubie Szachowym i w Klubie Ślimaka, siedziała w Klubie Pojedynków od pierwszej klasy, działała aktywnie jako prefekt i w wolnych chwilach chodziła do gabinetu profesora Flitwicka doszlifować grę na fortepianie? Musiała spędzać aktywnie dni, bo nienawidziła nudy i nicnierobienia. Zresztą, przecież są uczniowie, którzy mają jeszcze więcej na głowie! Taki Potter- przewodniczył Klubowi Pojedynków, należał do najlepszych uczniów całej szkole, mimo że w ogóle się nie uczył, GRAŁ W QUDDITCHA, co zabierało mu prawie każde popołudnie i jakoś znajdował jeszcze czas na robienie durnych kawałów, podrywanie durnych dziewczyn i pastwienie się nad nią i jej durnym życiem.
No tak. Ale James Potter nie zawalał Transmutacji. James Potter był animagiem. Jamesowi Potterowi zawsze się wszystko udawało.
Nie miała siły się wykłócać. Spuściła głowę. Profesorka westchnęła ciężko.
─ Posłuchaj mnie, Lily: wiem, że masz ambicję i predyspozycje na zostanie aurorem, ale jak słusznie zauważyłaś – bez względu na to, jak bardzo będzie ci brakować mojego przedmiotu – nie naginam swoich zasad i nie przyjmę do zaawansowanej klasy kogoś, kto nie miał…
─ To tylko nieszczęśliwy przypadek! ─ zaprotestowała Lily. ─ Ja wszystko nadrobię, słowo!  Będę ćwiczyć dzień i w nocy, i wespnę się na wyżyny tego przedmiotu, zobaczy pani! ─ McGonagall westchnęła ciężko.
Po sześciu latach poznała ona bowiem na tyle osobowość panny Evans, że wiedziała, iż ta nigdy nie odpuszcza i stara się aż do absurdu opanować każdą dziedzinę do perfekcji, a więc w twierdzeniu, że „w dzień i w nocy będzie ćwiczyć” wcale nie było w tym wypadku przesadą. Ponadto, z Lily dyskutowało się z nią nadzwyczaj ciężko, gdyż ta niczym najlepszy adwokat na wszelki argument znajdywała jakąś odpowiedź, zazwyczaj nonsensowną, ale jednak ciężką do podważenia.
Profesorka wzięła łyk herbaty i mimowolnie słuchała kolejnych wywodów Evansównej, która nieoczekiwanie zamilkła, żeby finalnie przedstawić swoją ostateczną propozycję:
─ Wiem, jak możemy to rozwiązać, pani profesor – odparła cicho. – Przyjmie mnie pani na próbę, a za jakiś czas zrobi gruntowne przepytywanie z całego zakresu… z całej szkoły- wydusiła. – Nawet do przodu. Nauczę się wszystkiego. Słowo. Znajdę korepetytora. Cały siedmioroczny zakres Transmutacji będę miała w najmniejszym paluszku. Zobaczy pani.
McGonagall spojrzała na nią jak na wariatkę.
─ Przecież i ty, i ja, dobrze wiemy, że nie jesteś w stanie nauczyć się tego wszystkiego.
─ I tu się pani myli, pani profesor! ─ zaprotestowała Lily. ─ Jestem przekona, że gdzieś głęboko we mnie, drzemie wielki potencjał transmutacyjny. Muszę tylko go obudzić.
─ I twierdzisz, że jesteś w stanie do końca tego semestru nadrobić nie dość, że wszystkie twoje zaległości spowodowane takimi bzdurami jak Ogony Hipogryfa, nie opuścić się z Transmutacji w tym roku, i jeszcze opanować wiedzę siódmoklasistów? ─ chciała się upewnić.
─ Tak, jestem tego pewna.
─ Ale jeśli ci się nie uda, to uczciwie przestaniesz rozpaczać nad swoją przyszłością, która legnie z mojego powodu w gruzach, i opuścisz moją klasę?
─ Mam na tyle honoru, pani profesor ─ zaręczała.
McGonagall, która nie miała najlepszej ochoty marnować czasu na Lily Evans, która – nie zważając na nic, zapewne i tak nie dałaby jej spokoju – stwierdziła, że owa propozycja byłaby idealna, bo nie należy do realnych, a więc Lily i tak, i siak opuści jej klasę, może w dodatku nieco trochę mocniejsza w Transmutacji niż dotychczas. A profesorka, która mimo swoich złotych zasad i surowości, wierzyła w młodzież i to, że Lily będzie uczyć się dużo, aczkolwiek nie wystarczająco na poprzeczkę, którą sobie postawiła; a ta nauka de facto wyjdzie jej na dobre. Z tych powodów mogła przystać na całe to „przyjęcie na próbę”, zwłaszcza, że podobał jej się upór naukowy dziewczyny, wręcz niespotykany w dzisiejszych czasach u jej rówieśników.
Notabene, gdy już dziewczyna przegra wyzwanie, które sama przed sobą postawiła, delikatnie uświadomi jej to, że jednak nie wypadła na sumach źle przez stres, tylko dlatego, że faktycznie nie ma tego talentu do transmutowania przedmiotów. 
Propozycja dziewczyny, która w jej opinii miała być ostatnią deską ratunku, z punktu widzenia doświadczonej nauczycielki była doskonałym rozwiązaniem pedagogicznym – ani nie skreśli Evans na starcie, co zabiłoby w dziewczynie ostatnie iskierki chęci nauczenia się Transmutacji, ani też nie zmusi jej, McGonagall, do nagięcia swoich zasad. I przy okazji każda z nich odeszłaby z czystszym sumieniem.
Aż szkoda, że Lily opuści jej klasę – byłaby z niej wręcz idealna uczennica, gdyby, oczywiście, wiodła prym w szlachetniej dziedzinie Królowej Nauk – Transmutacji.  

♣ ♣ ♣

─ Postąpiłyśmy wczoraj okropnie- lamentowała Dorcas do ucha Emmeliny, która z zaciśniętymi zębami usiłowała zjeść swojego gofra. – Przecież powinnyśmy jej szukać do skutku… To logiczne, że jak ktoś wybiega z dormitorium z płaczem, to postępuje pochopnie.
Emmelina zmarkotniała. Obie z Dor siedziały o bardzo wczesnej porze na śniadaniu, czekając na jakieś wieści o Marlenie. Same oczekiwanie było samo w sobie wystarczająco frustrujące, a jeśli dodać do tego kolejną godzinę z Meadowes, to naprawdę szło dostać fioła. Zanim jednak blondynka rzuciła jakąś uszczypliwą uwagę, znowu przypomniała sobie o tym, że w dużym stopniu sama jest winna wczorajszej ucieczce z babskiego wieczorku i, co za tym idzie, jej wizycie u madame Pomfrey na dobry początek roku szkolnego. 
─ To moja wina- szepnęła do siebie. –Nie powinnam wtedy całować się z Remusem…
W założeniu Meadowes nie miała tego usłyszeć, ale najwyraźniej cieszyła się o wiele bystrzejszym słuchem, niż  Emma mogłaby przypuszczać, bo po tych słowach podskoczyła na ławie jak oparzona i wypluła swoją herbatę z powrotem do kubka.
─ Całowałaś się z nim?! ─ krzyknęła tyle, ile miała sił w płucach.
Towarzyszący im dotychczas szmer i rozmowy pozostałych uczniów ucichły. Cały Hogwart nasłuchiwał, bo zapowiadał się materiał na naprawdę mocną plotkę. Blondynka zrobiła się czerwona jak burak, a Dorcas oblizała wargi ze zdenerwowania.
─ Tak. Całowała się z nim – przerwała milczenie Lily, która weszła właśnie do Wielkiej Sali i odchrząknęła, dając znać gapiom, by znaleźli sobie inne zajęcie. Żwawo przeszła przez całe pomieszczenie i dosiadła się na koniec stołu, gdzie siedziały jej przyjaciółki, po czym – jakby nigdy nic – sięgnęła po bułkę, przekroiła ją i zaczęła rozsmarowywać twarożek.
 ─ To ty wiesz? ─ zniecierpliwiła się Dor, bo wychodziło na to, że Lily nie rozpocznie rozmowy. Emma wglądała na wstrząśniętą.
 ─ Domyśliłam się – odparła zdawkowo. – Przez nikogo innego Mara nie zrobiłaby takiej afery.
─ To prawda… ─ przyznała Dorcas, wciąż się wiercąc. ─  Ale to i tak… Emma?
─ Nie chciałam, żeby tak wyszło ─ usprawiedliwiła się szybko Titanicówna. ─ To był eee… przypadek. Marlena nas zobaczyła, a to ja go pocałowałam. On nigdy by nie zaczął…
─ To było wstrętne.
─ Zgadzam się z Dor – mruknęła Lily. – Jeśli chciałaś się rozładować mogłaś to zrobić na każdym chłopaku.
─ Oczywiście oprócz Syriusza! – wtrąciła ostrzegawczo Meadowes, a Ruda przewróciła oczami.
─ Wiem, wiem… ─ westchnęła dramatycznie blondynka. ─ Chciałabym ją przeprosić. Naprawić to jakoś. Jakieś pomysły?
─ Yyy… no nie wiem? Powiedz prawdę? – zaryzykowała Lily, a w odpowiedzi uzyskała dwa zrezygnowane westchnięcia. Nigdy nie była zbytnio obyta w sprawach sercowych, ale akurat ta rada wydawała jej się przyzwoita. Najwyraźniej Emmelina czy Dorcas rozegrałyby to inaczej – żałosną intryżką, jak miały w zwyczaju. 
─ Jest też skutek uboczny, tego "genialnego" planu – prychnęła Dorcas, jeszcze raz zaznaczając, jak bardzo Lily się nie zna. ─ Przyjaciółka cię znienawidzi.
─ ALE – kontynuowała Lily, czując nagły przypływ rozdrażnienia. – Jeśli nie zrobisz nic, oberwie się Remusowi, a on jest w tym wszystkim właściwie najbardziej poszkodowany.
Emma zamyśliła się.
─ Chyba zacznę od przeproszenia Remusa.
─ Och, to z pewnością będzie przyjemniejszym doświadczeniem niż przyznanie się do winy przed Marleną – wtrąciła swoje trzy knuty Dor.
─ Hej! ─ krzyknął nagle jakiś mezzosopran, padając na miejsce obok Lily, a obok Niego dosiedli się Huncwoci wyjątkowo bez głupawki. Ruda przekręciła głowę i odnotowała, że jej nowa współlokatorka jest posiadaczką owego głosu.
─ To oficjalne ─ żachnął się Syriusz, przerywając milczenie ─ świat nie widział równie beznadziejnego rozkładu lekcji. Po pierwsze, dlaczego mamy lekcje praktycznie tylko z marginesem społeczeństwa?
─ Marginesem społeczeństwa?
─ Ze Ślizgonami, Hestia. Eliksiry z nimi to poniekąd tradycja, ale Transmutacja? Przecież oni schrzanią jedyny znośny przedmiot w tej szkole! OPCM? Cóż, to w sumie trochę lepsza wiadomość, nie ma to jak popojedynkować się z paroma śmieciami, co nie, Rogasiu?
─ Jakbyś mi czytał w myślach, Łap…
─ Skąd masz plan lekcji, Black? ─ przerwała mu Lily, wyrywając mu bezceremonialnie zwitek papieru. ─ Masz to samo co ja, nie?
─ Nie.
Rudowłosa spiorunowała go spojrzeniem.
─ Może trochę.
─ Czy ktoś z was może mi powiedzieć, o co w tym chodzi? ─ spytała nagle Hestia, patrząc na swój plan z każdej możliwej strony. ─ Ja tu widzę jedynie nazwiska nauczycieli i sale. A gdzie przedmioty?
─ A co masz? ─ zagadnęła ją Emmelina.
─ Flitwicka.
─ Zaklęcia.
─ McGonagall.
─ Transmutacja.
─ Sprout.
─ Zielarstwo.
─ Powell.
─ Blagierka? To wróżbiarstwo ─ odezwał się Syriusz, parskając śmiechem.
─ Wallace?
─ Magiczne paskudy.
─ Peyne?
─ Runy. Aha, i masz Slughorna od Eliksirów, Schmidta od Astronomii, Binnsa od Historii Magii.
─ Cholernie dużo masz tych przedmiotów ─ stwierdził James.
─ Bo nie jestem po sumach jak wy – wzruszyła ramionami Jonesówna. – U nas, w Beaux zdaje się dopiero w szóstej klasie.
─ Co za bezsens.
Lily zmarszczyła brwi.
─ I… i zdajecie dwa lata pod rząd?
─ Nie – parsknęła Hestia. – U nas jest osiem klas. Ale egzaminy wyglądają trochę inaczej, bo…
─ Idę do Skrzydła! ─ zadecydowała spontanicznie Emmelina, głośno waląc otwartymi dłońmi o stół. Dorcas skinęła głową, mamrocząc, że pójdzie z nią, a Lily, której Potter swoim dziwacznym spojrzeniem dosłownie wywiercał dziurę w głowie, również się do nich dołączyła.
Nie minęły dwie minuty i już nie było żadnej z nich, a jedynym dowodem na to, że w ogóle się tu pojawiły było niedojedzone jedzenie. Hestia westchnęła ciężko.
─ Merlinie, czy to faktycznie grupowy PMS czy duch Eris je opętał?

♣ ♣ ♣

Emmelina stwierdziła, że w tak kryzysowej sytuacji, jaką jest unikanie przez najlepszego przyjaciela, potrzebny jest jakiś podstęp i to natychmiast. Z początku miała zamiar faktycznie skierować się do Skrzydła Szpitalnego, ale nieoczekiwanie padła ofiarą własnego tchórzostwa i zdecydowała, że swoją misję przeprosinową rozpocznie od Remusa.
Z nim przyjaźniła się dłużej, z nim była bliżej, i to jego bardziej rozczarowała. A poza tym – to jego, wracającego ze Skrzydła, widziała Celine Hernandez i teraz prawdopodobnie jest on w drodze do biblioteki, a tam – jeśli Emma go zaatakuje – nie będzie mógł się na nią wydrzeć.
Plan doskonały.
─ Remus! – udała zdziwienie Emmelina, kiedy przypadkowo wpadła na niego pomiędzy regałem z działu eliksinarnego i transmutacyjnego.
Lupin westchnął. Jeszcze nigdy niczyi widok tak go nie zirytował. Zakręcił szybko, mając nadzieję, że ją zgubi, ale się przeliczył. Nigdy nie sądził, że Emmelina potrafi tak szybko biegać. Przecież to grozi potem.
─ Cześć, Emma – mruknął, wciąż idąc żwawo przed siebie i nie odwracając się w jej kierunku.
─ Remusie, wysłuchaj mnie, proszę.
Jęknął w myślach. Tylko niech nie próbuje go tandetnie przepraszać. Emmelina tak właśnie działała – najpierw robiła bzdury, a potem ze zdumieniem odnotowywała, że kolejne osoby się od niej odwracając, żeby w końcu zdecydować się na przeprosiny, jakby miały wszystko magicznie naprawić.
─ Słucham się – odparł najgrzeczniej jak mógł, ale kiepsko mu to wyszło. Dziewczyny bynajmniej nie zraził jego ton, bo przyśpieszyła, udało jej się go wyprzedzić i ponownie nawiązała z nim kontakt wzrokowy:
─ Unikasz mnie. Unikałeś mnie w pociągu.
─ Nie było mnie w pociągu – uciął krótko, kierując się ku wyjściu z azylu pani Pince, która przyglądała się im i ich zabawie w berka spod przymrużonych oczu. Chciał zgubić Emmelinę i udać się w  kierunku pokoju wspólnego Gryfonów. Nie dostał planu lekcji, a spodziewał się, że przyjaciele już mu go wzięli i teraz czekają tam na wyjaśnienia, co z Marley.
─ Nie?! – powtórzyła zaskoczona, ale szybko przypomniał jej się cel wizyty. – Mimo wszystko, chyba nie zaprzeczysz, że nie chcesz ze mną rozmawiać.
Jakie błyskotliwe spostrzeżenie, Emmelino, pomyślał z rodrażnieniem.
─ Wiesz… Po tym jak pocałowałaś mnie i Marlena ze mną zerwała,  jakoś nie mogłem znaleźć wspólnego tematu.
─ Wiem, jak to wygląda – kontynuowała, niezrażona. – To było wstrętne. Tym bardziej, że nic do ciebie nie czuję. Znaczy wiesz, kocham cię, ale jak przyjaciela. Jedynie przyjaciela. Przecież wiem, że Mara to twoja jedyna miłość i te klimaty...
Remus zmarszczył brwi. Czyżby Titanicówna zaprzeczała samej sobie? Marlenie mówiła, że jest w nim zakochana, a mu, że kompletnie nic do niego nie czuje? Cóż, to by potwierdzało to, co usłyszał rano od Lily.
─ Marlenie powiedziałaś co innego – powtórzył na głos.
Emma zamilkła i zaczęła dukać pod nosem wszystkie możliwe samogłoski.
─ Powiedziałaś jej, że coś do mnie czujesz – naciskał.
Dziewczyna z każdą sekundą robiła się bardziej zmieszana. Jej pomruki zaczęły robić się coraz bardziej rytmiczne. Aaaa… eee… iii… ooo… uuu… yyy…
─ Ja? Nie… - jęknęła. – Znaczy, ona chyba tak sobie pomyślała, bo wysłałam do niej takie trochę… dwuznaczne pozdrowienia z wakacji, ale to było nieporozumienie…
─ Ach: nieporozumienie? Nasz pocałunek był nieporozumieniem, twoja rozmowa była nieporozumieniem, w ogóle może zaraz powiesz, że twoje życie to jedno, wielkie nieporozumienie… ach, zaraz – już raz to zrobiłaś, pamiętasz? Zaraz potem dosłownie rzuciłaś mnie na kolana.
Spuściła głowę. Wiedziała, że Remus będzie zły, ale jeszcze nigdy tak bezpośrednio z niej nie kpił. Zawsze traktował ją poważnie, mimo tego że ona nie zawsze na takie traktowanie zasługiwała. To było podstawą ich przyjaźni. Nie przypuszczała, że wszystko może przekreślić jeden, głupi całus. Do jej oczu zaczęły napływać pierwsze łzy, a Emma po kilku sekundach już cała dygotała, a z jej oczu lał się istny potok. 
─ Chcę to naprawić – szepnęła ze łzami w oczach. –Naprawdę, Remusie, chcę ci pomóc. Mogę wszystko wytłumaczyć Marze, zwalę wszystko na siebie…
─ Emma, daj spokój…
─ Naprawdę, powiedz co mogę zrobić… ─ histeryzowała. ─ Zależy mi na naszej przyjaźni, naprawdę. Nie chcę, żeby to stanęło między nami.
Irytacja Lupina wyparowała, a na jej miejscu pojawiły się wyrzuty sumienia, towarzyszące mu dzisiaj od pobudki. Rozumiał, jak czuje się Emma. Wystarczyło, żeby się popłakała, a on już zmiękł. Czuł do siebie obrzydzenie, że tak łatwo można nim manipulować, ale jednak z Emmą łączyła go tak wielka więź, że traktował ją niemalże jak siostrę.
Lekko zagubioną i głupiutką, młodszą siostrzyczkę.
─ Em, myślę, że najlepiej będzie jak dasz sobie spokój – poddał się. ─ Mara jest teraz nieco przewrażliwiona. Mnie też zależy na tym, żebyśmy się dalej przyjaźnili, ale… Potrzebuję trochę czasu, dobrze? Umówiłem się z nią dzisiaj na kolację – przerwał, widząc wdzięczne spojrzenie blondynki – ale to nie jest tak, jak myślisz. Muszę jej wyjaśnić eee… kilka spraw.
─ Ja tam wciąż uważam, że to randka. Pomóc ci wybrać krawat czy Mara znowu rzuciła kłamstwo, że wcale tego od ciebie nie oczekuje i „że masz przyjść normalnie”?

♣ ♣ ♣

Często mówi się o tym, że szkoła powinna być bezpieczna i przyjazna dla nowych uczniów. Nauczyciele przedstawiali ich całej klasie i zmuszali do siadania w jednej ławce z jakimś superciachem albo kompletnym frajerem, tak zawsze pisała Westa Gingerwood w swoich książkach. Hestia przez pewien czas naprawdę łudziła się, że profesorowie wyświadczą jej przysługę i pozwolą usiąść z jakimś fajnym chłopakiem, z którym będzie mogła pisać na zapasowym pergaminie przez całą Transmutację, ale czekało ją bolesne rozczarowanie. McGonagall kazała przysiąść się do Emmeliny Titanic, która w ostatniej ławce poprawiała sobie makijaż, łudząc się, że nikt nie zauważy. Bardzo nie lubiła takich dziewczyn.
Ale z kimś musi się zadawać, a póki co zaprzyjaźnienie się z koleżankami z dormitorium szło jej bardzo kiepsko. Bez gadania usiadła obok Emmy, lekko przekrzywiając jej łokciem lusterko, ale nawet to nie sprawiło, że blondynka zdała sobie sprawę z jej obecności. Szatynka odchrząknęła dość głośno. Titanicówna wciąż delikatnie rozsmarowywała cień pod oczy. Klasnęła w ręce. Emma przeszła do nakładania podkładu.
O, Merlinie.
McGonagall napisała na tablicy jakiś temat, ale uczniowie niespecjalnie notowali go za nią na pergaminie. Hestia przyjrzała się przez chwilę sytuacji w klasie i zauważyła, że choć nikt nie śmie otworzyć buzi i wszyscy udają skupienie, to większa część klasy nie notuje, zaś ta druga, notująca, wcale nie przepisuje zakresu materiału na ten semestr, lecz pisze do siebie liściki.
Hogwart jest chyba jeszcze mniej pilny niż Beauxbatons. Hestia uśmiechnęła się do siebie, otworzyła torbę w poszukiwaniu swoich rolek pergaminu, aż znalazła jeden krótszy, który wczoraj rano przypadkiem oderwała od reszty. Świetnie.
Upewniwszy się, że McGonagall wciąż patrzy na tablicę, zaczęła skrobać piórem po pergaminie, a potem dźgnęła nim koleżankę w łokieć, plamiąc jej atramentem mundurek. To przykuło uwagę blondynki. 
Cześć, Emma.
O... rany. Hej... no, witaj... Hestio?
Masz rzęsę na policzku, wiesz? Powinnaś zmienić tusz do rzęs. Aha, i McGongall cię widzi, uwierzysz?
Emmelina odłożyła kosmetyki.
Wiem. Już.
Tak w ogóle... Może postawimy sprawę jasno – ja nie mam zamiaru słuchać, bo niezbyt mnie ta lekcja interesuje, i zgaduję, że ty też się do tego nie rwiesz.
Blondynka westchnęła dramatycznie. W Hogwarcie najwyraźniej ludzie bardzo nie lubili szczerości, bo reagowali na kilka słów prawdy z niebywałym trudem. Nawet jeśli chodziło o sprawy tak błahe, jak pilność albo jej brak.
Nie, nie rwę, odpisała najpierw, po czym zamyśliła się i z kilkoma identycznymi, dramatycznymi westchnięciami dopisała: Mam dzisiaj dużo do pomyślenia.
Myślenie? Wspaniała rzecz. Lepsza niż makijaż na lekcji. Robisz postępy, Emmelino!
Lubię myśleć.
A więc myślę, że powinnyśmy się sobie przedstawić. Wczoraj wszystko było takie... chaotyczne. Jestem Emmelina. Emmelina Titanic. Chociaż właściwie to Jenkins. Teraz. Chyba.
Hestia tłumaczyła to sobie grupowym Zespołem Napięcia Przedmiesiączkowego, ale chaos brzmi też dobrze.
Hestia Jones. Hmm... właściwie to Black.
Emmelina aż łokciem zepchnęła podręcznik z ławki, jakby zwyczajne nazwisko, które nosiło połowa uczniów tej szkoły, zrobiło na niej olbrzymie wrażenie. Usta otwarte miała tak szeroko, że Hestia mogłaby wepchnąć jej tam swój łokieć.
– Mój Boże… – powiedziała na głos, tak głośno, że profesor McGonagall przerwała głośne zwracanie uwagi szóstorocznym Puchonom i posłała ku niej tak przytłaczające spojrzenie, jakby była Bogiem, którego wzywała Emma, i chciała zapytać z przesadną uprzejmością: „Słucham?”. Emmelina uśmiechnęła się przepraszająco i wróciła do pisania, zasłaniając się ręką.
Podałaś nazwisko Syriusza. Jesteś jego…
Nie, odpisała natychmiast.
Nie?
Nie.
To...
Kuzynostwo. Wiesz, jestem jego kuzynką.
Aaaa. O. Kuzynostwo. Jasne.
– Nie będzie bzdurnego pisania na mojej lekcji, panno Jones – odparł zimny, protekcjonalny głos należący do stojącej przed Emmeliną i Hestią nauczycielki Transmutacji.
─ Tak jest, pani profesor. Tak jest! ─ uśmiechnęła się, a kiedy ostre spojrzenie profesorki ponownie skupiło się na tablicy, Hestia zakryła ręką to, co pisze i przeczytała wiadomość Emmeliny:
Wczoraj pisałaś, że nie jesteś z wymiany.
 To znaczy chodziłam do Beaux…
Beauxbatons?, Emmelina wyrwała jej skrawek pergaminu. Ojej, to wspaniale! Sama jestem w jednej czwartej Francuzką…
…ale ciotka mnie zgarnęła i odesłała do Hogwartu.
Masz świetny angielski.
Hestia zachichotała bezgłośnie.
Bo jestem Angielką. Urodziłam się w Anglii, tylko mieszkałam we Francji. Razem w ciotką.
I Syriusz jest twoim kuzynem? Czyli „zgarnęła cię” jego matka?
Jego matka? Z tego co słyszała o Walburdze Black szczerze wątpiła, żeby tamta kogokolwiek zgarnęła do własnego domu, jeśli nie był skrzatem domowym albo sprzedawcą eliksirów uspakajających. A jeśli doda się do tego fakt, że Hestia ma niepewny status krwi, to już w ogóle postawienie nogi na Grimmauld Place nie wchodziło w rachubę.
Ech… nie. Jestem kuzynką… no bliższą kuzynką Jamesa.
Pottera?
Nie, Chevapravatdumronga, pomyślała z przekąsem.  
Taa… Ciotka Dorea zabrała mnie, bo zmarł mój ojciec, jej brat, i oddała do Belle i Setha, moich kuzynów, a jej dzieci, i rodziców Jamesa.
Och, przykro mi z powodu twojego ojca. Ale polubiłaś się z Syriuszem? Widziałam jak wałęsaliście się razem w pobliżu. Pewnie był u Jamesa na wakacje, nie?
Jones ta rozmowa coraz bardziej zaczynała rozbawiać.
No tak. I raczej na stałe. Syriusz przecież mieszka u Jamesa…
─ Syriusz Black mie…! ─ wrzasnęła Emmelina, zasłaniając w porę usta. Cała klasa spojrzała na nią ze zgorszeniem.
─ Tak, kochana? – zapytał z filuternym uśmiechem chłopak, o którym mowa, odwracając się w jej kierunku, chociaż siedział na samym przodzie klasy.
─ Nieważne – wydukała, czerwieniąc się jak piwonia. Hestia pacnęła się ręką w czoło. Profesor McGonagall popatrzała na nią uważnie jeszcze przez chwilę, ale potem z rezygnacją wróciła do swojego wykładu.
Ależ ty głośna.
Syriusz Black mieszka u Jamesa Pottera? Żartujesz.
Żartować? Nie… Umiem lepiej, Emmelino. Mówię prawdę.
Dziwne, że nic mi o tym nie wiem.
A znasz ich dobrze?
Od pierwszej klasy. A Syriusz jest…
Twoim chłopakiem, czy coś?
Nie… ale bym chciała.
Hestia wtedy zaśmiała się w duszy, myśląc, że chyba tylko Hogwartczycy mogli dostrzegać w jej kuzynie coś więcej niż lekko stukniętego chłopaka o duszy despoty, buntownika i małego chłopca jednocześnie.
I wcale nie zdawała sobie sprawy, że to jej właśnie, zupełnie obcej dziewczynie, Emmelina Titanic zdradziła sekret, który wcześniejszego dnia spowodował tyle szkód. Tylko ona wiedziała, kto jest jej wakacyjną miłością.

♣ ♣ ♣

Severus Snape siedział już w klasie transmutacji, a pod zniszczoną książką wystawał skrawek koperty, którą wczoraj otrzymał od Avery’ ego. Chciał ją podrzucić dzisiaj rano do torby pędzącej przez korytarz Emmeliny Titanic, ale rozmyślił się, bo przecież blondynka dzieliła dormitorium z Lily. Czekał więc aż pojawi się tutaj Potter, bo cokolwiek jest w tym liście, wiedział że do Evansównej nie trafi, gdyż ta ogranicza kontakt z tym chłopakiem do minimum.
Bardzo zależało mu na wypełnieniu powierzonego zadania, ale bezpieczeństwo rudowłosej zawsze stawiał na pierwszym miejscu. Źle czuł się z tym, że ostatnio nie rozmawiają. Ten rok, pierwszy po zakończeniu ich przyjaźni, zdawał się być kompletnie inny, bardziej pusty. Snape zawsze należał do samotników, ale nigdy jeszcze nie brakowało mu tak czyjegoś towarzystwa.
To w pewien sposób zabawne – Snape wstrzymywał się przed wstąpieniem do tej organizacji przyszłych Śmierciożerców ze względu na Lily, a teraz, kiedy wszystko pomiędzy nimi skończone, on wciąż miał skrupuły i prawdopodobnie nie wykona swojej misji rekrutacyjnej, bo nie miał pojęcia, co znajdywało się w kopercie i nigdy nie wybaczyły sobie, gdyby to coś w jakikolwiek sposób ją skrzywdziło. Można więc spokojnie powiedzieć, że Lily jest dla niego światełkiem w ciemnym tunelu, okruchem dobra w jego zgorzkniałym sercu i jedyną osobą mającą na niego jakikolwiek wpływ.
Tym właśnie byli Łowcy Śmierci – nielegalną, uczniowską paczką, którą założył Avery i ta jego dziewczyna, której nie znał, a o której wiedział tyle, że jest Śmierciożerczynią. Na sowich spotkaniach uczyli się czarnomagicznych zaklęć, żeby potem na wojnie lepiej przysłużyć się zwycięskiej stronie, czyli, naturalnie, Voldemortowi. W wakacje Snape napisał do Avery’ ego, że chętnie się do nich dołączy, a wczoraj wieczorem na błoniach otrzymał ten głupi list jako zadanie, które musiał wykonać przed oficjalnym dołączeniem.
Taki rodzaj idiotycznej inicjacji.
Obok niego siedział Nigeal Wilkes, a Avery i Rosier ławkę dalej. Ten drugi co chwila oglądał się za siebie, żeby bezgłośnie spytać, czy Snape zdążył już dostarczyć list do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Severus z powodzeniem go ignorował. Nie chciał przyznać się, że nie potrafi wykonań najbanalniejszej z możliwych misji, bo, jak Avery sam zauwazył, ta dziewczyna poszła mu na rękę.
Gryfoni dzisiaj się spóźniali.
Pierwsza do klasy weszła wyżej wspomniana Emmelina w towarzystwie dziwnie bladego Remusa Lupina. No tak. Wczoraj była pełnia, pomyślał złośliwie. Nigdy co prawda nie zobaczył Lupina w mroczniejszym, nocnym wcieleniu, ale wierzył głęboko, że ono istnieje.
Lupin i Titanic usiedli razem w drugim rzędzie i zajęli się jakąś rozmową, która wyraźnie tego pierwszego załamywała, a tej drugiej dawała dziecinną uciechę. Za nimi wparowała kolejna współlokatorka Lily, Dorcas Meadowes ciągnąca za sobą Syriusza Blacka . Usiedli ławkę przed nim i Wilesem.
─ Jak tam nowy rok, Smarkerusie? – zapytał Syriusz, odwracając się do niego, a dziewczyna zachichotała, słysząc ten pseudonim.
─ Widzę Black, że przypominasz sobie o języku w gębie zawsze w towarzystwie osób wartych, tak mało, jak ty ─ wycedził złośliwie, z czego zaśmiał się z kolei Wilkes.
Black skrzywił się z wściekłością, pochylił się, żeby wysyczeć mu coś do samego ucha, ale nieoczekiwanie w połowie tej drugi, jego wzrok wyłapał niewidoczną dla innych kopertę. Jako że grał on w Qudditcha jak Potter, miał niebywały refleks i nim Severus zdążył choćby zareagować, list już znalazł się na wysokości, w której zobaczyć przechwycić go nie mógł nawet wyjątkowo wysoki Avery.
─ A to co? List miłosny? Sobie poczytamy.
Dorcas najwyraźniej ten pomysł już tak bardzo się nie spodobał, bo warknęła i mruknęła coś w stylu „uwierz mi, nie chcesz tego czytać”.
Durna dziewczyna, mogła się pośpieszyć.
Czuł wzrok Avery’ ego na sobie, wyrwał więc bez słowa kopertę z dłoni Blacka i teatralnie przetarł ją, dezynfekując z dotyku zdrajcy krwi. 
Wtedy do klasy wpadła rudowłosa. Wyglądała dzisiaj wyjątkowo uroczo z tymi lekko pofalowanymi włosami z wpiętą wsuwką po lewej stronie. Severus z ukrycia przyglądał jej się wiele razy w wakacje, ale i tak zdziwił się, że tak bardzo urosła, nabrała kształtów, a włosy jej pojaśniały. Zaniepokoił go jednak fakt, że nie ubrała się dzisiaj z charakterystyczną dla siebie prostotą i przykładnością. Miała na sobie lekki, ale widoczny makijaż, ubrała te ciężkie, mugolskie buty- glany, co nijak pasowało do spódniczki od mundurka. Zamiast kamizelki na polówkę narzuciła kurtkę dżinsową, ale po chwili rozejrzała się po klasie, puknęła w czoło i schowała katanę do torby, szepcząc coś pod nosem. Ich spojrzenia spotkały się przez chwilę, ale po chwili Lily zadarła głowę do góry i usiadła w pierwszej ławce drugiego rzędu, jak najdalej od niego oraz odwróciła się do Emmeliny, mówiąc jej coś na ucho.
Przez zidiociałego Blacka będzie musiał w końcu podsunąć ten list. Na próżno przekonywał siebie, że może on być do każdego. Szósty zmysł podpowiadał mu, że to właśnie Evans będzie jego ofiarą.
Wtedy przypomniał sobie o swoim pierwotnym planie podrzucenia koperty Potterowi, a ku jego uciesze okularnik właśnie wszedł do klasy rozglądając się, naturalnie, za Lily. Zacisnął mocniej zęby.
Chłopak znalazł ją wreszcie i ruszył żwawo w kierunku pierwszej ławki.
─ No, Evans, chyba zostaliśmy sami ─ usłyszał.
Okularnik emanował dzisiaj rano wyjątkową, nawet jak na niego, pewnością siebie. Przechodząc obok, zarzucił Lily ramię na barki i z zaskoczenia pocałował w policzek. Ruda cała poczerwieniała z wściekłości, a Snape poczuł, że złamał w ręce pióro.
Nienawidził Jamesa Pottera od pierwszego dnia w tej zakichanej szkole- irytowała go jego żałosna postawa, dziwny styl bycia, denerwował się, widząc, że wielki hogwarcki łamacz serc dowala się do Lily. Wiedział, że Evansówna jest inteligentna i nigdy nie da się złapać w jego sidła, ale z takim chłopakiem nigdy nic nie wiadomo. Warknął pod nosem i spojrzał z nadzieją na swoją byłą przyjaciółkę, spodziewając się wybuchu. Zamiast tego usłyszał ton, którego używa się, żeby się z kimś podroczyć. O mało nie przetarł oczu z niedowierzania.
─ No nie wiem, Potter. Jest jeszcze Marlena, Peter i twoja kuzynka...
─ Odradzam ci siedzenia z Hestią – wypalił natychmiast Potter. ─ Peter będzie za to zachwycony, mogąc usiąść z nieznaną mu wcześniej dziewczyną.
─ Za to Marlena nie będzie zachwycona mogąc usiąść sama – odparowała, na co James uśmiechnął się do niej uwodzicielsko.
─ Wybaczy ci, jak usłyszy, że wolałaś usiąść ze mną.
Severus zaklął pod nosem. Jeśli ten cholerny Potter znowu pokrzyżuje mu plany wciśnięcia mu tej głupiej koperty, siadając w dodatku z JEGO Lily, to…
─ Wolałam? – prychnęła. – Nie schlebiaj sobie.
─ Ale...?
Severus znów na nią zerknął, a ona chyba również na niego spoglądała, jakby prosiła o zgodę, ale w końcu zacisnęła wargi i z ciężkim westchnięciem, kiwnęła głową do Pottera. Czyżby zrobiła to tylko, żeby zrobić mu na złość? W takim razie, osiągnęła swój cel.
─ Brawo, Rogasiu! – krzyknął Black.
Och tak, brawo, Rogasiu. Brawo, że przez ciebie znowu Lily będzie cierpiała.

♣ ♣ ♣

Marlena zarzuciła na siebie błękitną sukienkę i włożyła ciasne, białe baleriny. Powtarzała sobie, że nie powinna się głupio denerwować, w końcu to nie jest żadna randka. Przebierała się już czwarty raz, lecz  każdym coś jej się nie zgadzało: raz była zbyt wystrojona, raz- niewystarczająco. Raz strój ją pogrubiał, raz wyglądała jak chodzący szkielet. Raz brakowało wygody, a raz denerwował ją nadmiar falbanek albo staromodne, bufiaste rękawy jej bluzki. Dziewczyny pozwoliły jej co prawda pożyczać od nich ubrania, a Dorcas, najlepsza stylistka, jaką mogła znaleźć w całej Wieży Gryffindoru, nie żałowała jej kolejnych rad, ale zdaniem Marley robiła więcej złego niż dobrego:
─ To za bardzo a la Tina Turner.
─ Zupełnie jak Janet z Rocky Horror.
─ Merlinie… wyglądasz w tym jak ciotka Muriel na naszym ostatnim zjeździe rodzinnym.
─ Eee… nie. Puszczalsko.
─ Hmm… zbyt pruderyjnie.
─ Ech, jak na ścięcie.
─ Trochę jak…
─ STARCZY! ─ warknęła Marlena i została w błękitnej sukience Emmy i ciasnych balerinach Dor. ─ Już jestem spóźniona.
Nie kłamała – umówiła się z Remusem, że zjawi się na Wieży Astronomicznej o ósmej wieczorem, a już dobiegało dziesięć po. Wiedząc, że chłopak czeka zazwyczaj przepisowe piętnaście minut, niedbale ułożyła sobie włosy i ruszyła w kierunku miejsca spotkania praktycznie biegiem.
Remus czekał już na nią i wyglądał jak kłębek nerwów. Najwyraźniej zaczynał już myśleć, że ta się nie zjawi. Marlena uśmiechnęła się nieśmiało i wyciągnęła do chłopaka rękę, mając nadzieję, że nie wygląda zbytnio jak Muriel Meadowes. Lupin niepewnie uścisnął jej dłoń.
Klatka schodowa na Wieży Astronomicznej nie kojarzyła jej się zanadto pozytywnie po ostatniej wizycie, gdzie nakryła swojego towarzysza z własną przyjaciółką trwających w pocałunku. Co się wydarzy tym razem? Może to oni będą się całować i wpadnie Emma? To byłoby warte zobaczenia.
Remus najwyraźniej zjawił się na szczycie wieży już wcześniej, bo kiedy razem z Marleną wdrapali się na sam szczyt, klatka schodowa została przerobiona. Wyglądem przypominała teraz jedną z wytwornych, włoskich restauracji z małym stolikiem na samym środku i z cichą melodią w powietrzu, dobiegającą jakby znikąd. Marley zbliżyła się do zastawionego stolika, gdzie, wedle umowy, czekała na nią ciepła, apetyczna lasagne.
Usiadła bez słowa przy swoim krześle, a Remus naprzeciwko, i – co do niego nie podobne – wcale nie odczekał kilku minut, trzymając ją w niepewności, lecz od razu zaczął mówić:
─ Jest kilka rzeczy, które chciałbym ci wytłumaczyć. Ale nie wiem, czy chcesz je usłyszeć.
Zrozumiała, że chodzi o pocałunek. Dobre pierwsze wrażenie natychmiast prysło.
─ Mieliśmy nie poruszać tego tematu – zauważyła chłodno.
─ Masz rację – szepnął podenerwowany i lekko zawiedziony. – Moje wilkołactwo? Ech… Kiedy byłem mały, wilkołak, Fenrir Greyback ugryzł mnie, bo chciał się odegrać na moim ojcu, który pracuje w Ministerstwie w Departamencie Magicznych Stworzeń. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia, czym takim mu podpadł, że Greyback zdecydował się na tak okrutną zemstę, ale… wydaje mi się, że skazywanie ludzi, zwłaszcza dzieci, na ciężkie życie, takie, jakie ma on, w pewnym sensie zalicza się do jego ulubionych sposobów na spędzenie wolnego czasu ─ zażartował. Marlena nie roześmiała się. ─ Miałem problemy z dostaniem się do szkół magii, wiesz, mało kto chciał przyjmować krwiożerczą bestię… ale Dumbledore wszystko zorganizował. Zasadził Bijącą Wierzbę, a stamtąd zbudowano tajny tunel prowadzący aż do Hogsmeade, dokładnie do Wrzeszczącej Chaty.
I zaczął opowiadać o swoich początkach, o odkryciu jego sekretu przez Huncwotów, o nadaniu im przydomków od animagicznych postaci... Marlena słuchała go bardzo uważnie, współczuła mu, gdy dochodził do najtragiczniejszych momentów, uśmiechała się, gdy opisywał weselsze przygody z pełń, opowiadane mu później przez Huncwotów. Mimo że mówił tylko Remus, sama czuła się członkiem tej rozmowy, a była ona wyjątkowo miła, chociaż w gruncie rzeczy nie poruszali miłych kwestii. To chyba był ten niekłamany urok Remusa – zawsze potrafił ją oczarować, nawet jeśli jego intencje były wręcz przeciwne.
Kiedy w swojej opowieści doszedł do wczorajszej pełni, po raz pierwszy pozwolił jej zabrać głos:
─ Czy… Naprawdę wszystko w porządku?
Czy było wszystko w porządku? Na pewno nie. Dzisiaj w Skrzydle Szpitalnym Pomfrey, choć nie powiedziała jej tego wprost, uważała, że od zadrapań i ran po wczorajszej pełni, w jej ciele mogą zajść jakieś przerażające zmiany i mutacje. Co prawda od razu wykluczyła u niej likantropię, ale zagadkowo milczała, opatrując jej rany, a dziewczyna nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś przed nią ukrywa. To wrażenie spotęgował fakt, że zaraz po tym jak kości jej zrosły i Pomfrey wypuściła ją ze Skrzydła, niezwłocznie kazała wezwać Dumbledore’ a.
Jednak czy dzielić się tym wrażeniem z Remusem? Skończyła z nim co prawda wszystkie kontakty, już nie byli parą, ale ona nie chciała dokładać mu tej nowiny, bo wiedziała, że nawet jeśli to wciąż jedynie teorie, to wszelka sugestia, że mógł wyrządzić jej krzywdę, zrani go do szpiku kości. Wiedziała, że skłonny do obarczania siebie Lupin, nie wybaczy sobie wczorajszej nocy do końca życia. A tego Marlena nie chciała. Wiele przez niego wycierpiała, ale czuła, że te cierpienia są niczym w porównaniu do uczucia, które odczułaby, gdyby Remus wpadł w otchłań rozpaczy.
Miała do niego żal, że tyle rzeczy przed nią zataił, ale w głębi serca wciąż go kochała. Miłość nie umiera przecież z samym postanowieniem zabicia jej. Potrzeba do tego kilku, czasem kilkudziesięciu, egzekucji.
A ból Remusa ją zaboli dziesięć razy bardziej.
Nie. Zdecydowanie nie powinna tego teraz mówić. Przecież to wciąż jedynie domysły.
─ W porządku – skłamała.
─ Jeszcze nie- usłyszała nagle za sobą dobrze znany jej melodyjny sopran, który w żadnym wypadku nie można było połączyć z Lupinem. Tak wysoki i słodki głos pasował tylko do jednej osoby w tej szkole. –W porządku będzie dopiero jak wrócicie do siebie.
Marlena upuściła nóż, kiedy zobaczyła lekko uśmiechającą się na schodach Emmelinę.

♣ ♣ ♣

Emmelina po rozmowie z tą nową dziewczyną, Hestią, po raz pierwszy od dawna uporządkowała sobie wszystko w głowie.
Zawsze łatwiej zwierzać się obcym ludziom, bo ich zdanie o naszej osobie nie jest dla nas tak ważne, jak zdanie bliskich. A tej zwierzyła się ze wszystkiego- począwszy od jej zauroczenia się w Syriuszu, bo to o nim mówiła wczoraj podczas przekazania świecy, kończąc na beznadziejnej sytuacji pomiędzy nią, Remusem a Marleną. Wymieniały się liścikami przez całą Transmutację, a potem zjadły razem lunch.
Hestia nie dość, że wysłuchała ją do końca, to dała całkiem pożyteczne rady. Chociaż nie wiedziała, czy o to na pewno chodziło dziewczynie, kiedy ta opowiedziała jej fabułę jakiegoś romansu, miała zamiar wtargnąć na wspomnianą przez Remusa kolację i wszystko wyjaśnić. Póki co przyglądała się z rozbawieniem Lily, która z typową dla niej przesadą komentowała artykuł w „Proroku Codziennym” o jakieś decyzji Ministra Magii, narzekając na to, że ich społeczeństwo jest zmuszone oglądać amatorskie i naiwne posunięcia tych marnych demagogów.
─ Moim zdaniem to oburzające, że Minister wykorzystuje wojnę, by trzymać społeczeństwo w ciągłym strachu, strachu, który jest przyczyną, dla której ci biedni ludzie nie mogą spojrzeć obiektywnie na rządy i rażącą propagandę Ministerstwa – ciągnęła, jakby ktoś w ogóle ją słuchał. – To trochę szkoda, że w Hogwarcie jesteśmy w pewnym sensie odcięci od ludzi, bo my, jako młodzież, patrzymy na to z zupełnie innej perspektywy, a gdyby dopuścili nas do wzięcia udziału w tym proteście McCalla, który został zduszony w zarodku…  
─ Myślicie, że powinnam odwołać tę randkę z Syriuszem? ─ przerwała jej głośno Dorcas, nie odrywając nosa od swojego szkicownika.
Ta uwaga oderwała myśli Emmeliny od „bandy demagogów-amatorów” i sprowadziła ją na ziemie.
Dorcas. Syri. Randka.
Przypomniała sobie, o nowych wiadomościach, które usłyszała od Hestii, tych, które prawie wykrzyczała na Transmutacji. Podejrzewała, że skoro ona nic nie wiedziała o całej przeprowadzce Blacka do Pottera, to dziewczyny również, a ponieważ znała ona Dorcas od pięciu lat, wiedziała, że taki drobny sekret może przesądzić w sprawie znajomości jej i Blacka. Skoro już teraz w głowie Meadowes krążyły wątpliwości, co do tej randki, to wiadomość o tym, że Syriusz nie jest z nią szczery, tylko je spotęguje.
Część umysłu kazała jej trzymać, wbrew naturze, język na kłódkę: Kolejna przyjaciółka się na ciebie obrazi, alarmowała.
Inna szeptała: To twoja szansa. Syriusz póki co nawet nie zwraca na ciebie uwagi. I nie zwróci będąc z Dorcas.
Zresztą… czy ona w ogóle kiedykolwiek lubiła się z Meadowes?
─ Dor, a jak właściwie Syriusz spędził wakacje? – zaczęła. Dorcas zmarszczyła brwi i przerwała szkicowanie, nawet Lily najwyraźniej zaschło w gardle, bo przestała mówić.
─ Dobrze – odparła niepewnie. – No wiesz, był we Francji.
─ A wiesz, że zmienił miejsce zamieszkania?
Lily poderwała się ze swojej ulubionej pozycji – leżenia na wznak na łóżku z głową spuszczoną w dół – do pionu.
─ Co proszę? – zamrugała Meadowes.
─ No tak. Zamieszkał u Jamesa.
Nastała grobowa cisza, no, jeśli nie licząc tego, że Lily zagwizdała cynicznie w sposób dla siebie typowy, i zaczęła mamrotać coś pod nosem, wracając do świdrowania swoimi wielkimi, zielonymi oczami gazety. Tyle tylko, że to był inny rodzaj grobowego milczenia. Rodzaj, należący tyko do Emmy i Dor. Do Emmy, bo milczała, z uśmiechem odnotowując, że jednak nie znaczy dla Syriusza dużo mniej niż Meadowes, bo ona też nic on tym nie wie. A dla Dorcas z podobnego powodu, tyle że bez tej nuty satysfakcji, co u Titanic, lecz raczej żalu.
 Cisza pomiędzy nimi dwoma trwała, a przerwała ją – co dziwne – Dorcas, swoim nerwowym chichotem, który zazwyczaj był zwiastunem szału:
─ Myślisz, że nic by mi nie powiedział?
Yyy… tak, pomyślała Emma.
─ Może to odpowiedź na pytanie, czy chcesz się z nim umówić, czy nie – uśmiechnęła się chytrze Titanic.
Dorcas otworzyła usta z oburzenia, bo najwyraźniej bardzo nie lubiła oczywistych rozwiązań, które ktoś podkładał jej pod nos, chociaż sama zapewne na nie by nie wpadła. Spojrzała wściekle na Lily, jakby chciała wrzasnąć: „MYŚLISZ PODOBNIE?!” z tą swoją groteskową frustracją, ale na Rudej nie zrobiło to żadnego wrażenia.
─ Moim zdaniem ty nie jesteś księdzem, a Black nie jest chyba nawet katolikiem, i raczej nie musi chodzić do ciebie się spowiadać – odparła śmiało. – A przecież nie jesteście jeszcze parą… tak w ogóle.
Dla Lily mogło to zabrzmieć zdawkowo, ale zarówno w oczach Emmeliny, jak i zapewne Dorcas, to zdanie miało zupełnie inny wydźwięk – to było jakby Evans uroczyście stanęła po stronie Titanic, co zdarzało się raczej nieczęsto.
 I zapewne nie przybrałoby takiego obrotu, gdyby Lily miała w sobie jakąś kobiecą wrażliwość i wiedziała, że mówiąc to, tak zostanie odebrana, pomyślała blondynka. Ale nie ma po co jej tego uświadamiać, skoro póki co działa na korzyść Emmeliny.
Potem słychać było jedynie trzask drzwiami, bo najwyraźniej Meadowes ruszyła zmusić niewiernego do spowiedzi, czy mu się to podoba, czy nie.

♣ ♣ ♣

─ Poważnie?! – prychnęła Marlena, patrząc na stojącą w drzwiach przyjaciółkę. Odwróciła się gwałtownie w stronę Lupina, patrząc na niego wilkiem. – Przysłałeś ją? Proszę cię, żebyś nie poruszał TEGO tematu, a ty przysyłasz TU Emmelinę?
Remus nie był zmieszany czy chociaż skruszony. Wyglądał raczej na wściekłego, co jeszcze bardziej wzburzyło Marlenę. Dziewczyna poderwała się, gotowa wyjść w każdej chwili, ale Remus odruchowo złapał ją za rękę i zwrócił się do blondynki:
─ Emmelina, idź – nakazał twardo, ale na Emmelinie nie zrobiło to najmniejszego wrażenia:
─ Remus, ale ja chcę tylko wyjaśnić…
─ NIE CHCĘ SŁYSZEĆ TWOICH WYJAŚNIEŃ! – wrzasnęła histerycznie Marlena, zaczynając wyrywać się z uścisku Remusa, który złapał ją kurczowo, bojąc się najwyraźniej, że Marley zaraz rzuci się na blondynkę z pięściami. Problem w tym, że Emma wręcz ją do tego prowokowała, podchodząc coraz bliżej.
─ Marlena, to co nazywasz naszym „pocałunkiem” to był przypadek ─ roześmiała się. Mówiła to wszystko tak swobodnym tonem, jakby wyjaśniała, u kogo robi sobie pasemka. ─ Przysięgam, nic nie czuję do Remusa. On mnie tylko pocieszał, czułam się bardzo źle i…
─ NIE OBCHODZI MNIE, CO CZUJESZ – wrzeszczała, kopiąc i szarpiąc, byle tylko Remus ją puścił. ─ MAM JUŻ DOSYĆ TWOJEGO WIECZNEGO NIEZDECYDOWANIA.
─ Ale ja naprawdę…
─ DLACZEGO KRZYWDZISZ NAS WSZYSTKICH DOOKOŁA? ROBISZ Z WŁASNEGO ŻYCIA JEDEN, WIELKI BURDEL, A MY WSZYSCY MAMY POMAGAĆ CI SPRZĄTAĆ.
─ Marlena – skarcił ją Lunatyk, czując, że dziewczyna zaczyna mówić rzeczy, które będzie później żałować.
─ CZY NIE MAM RACJI?! – prychnęła. Emma wpatrywała się w nią jak zaczarowana, ale nonszalancja i beztroskość już zniknęła z jej twarzy, a ustąpiła lekkiemu żalowi. ─ WSZYSCY TO WIDZIMY, DZIEWCZYNO! NIE ZNASZ ŻADNYCH WARTOŚCI- NIE ROZUMIESZ PRZYJAŹNI, NIE ROZUMIESZ MIŁOŚCI, NIE WIESZ CO WYPADA, A NIE WYPADA I W JEDNYM, I W DRUGIM. MAM JUŻ DOSYĆ UDAWANIA, ŻE MI TO NIE PRZESZKADZA!
W jednej chwili uwolniła się z jego uścisku i ruszyła w kierunku przejścia na schody, na pożegnanie tratując tylko blondynkę w drzwiach.
─ Oboje jesteście siebie warci! ─ krzyknęła jeszcze.

♣ ♣ ♣

─ Wciąż się wściekasz? – spytał miękko.
Dorcas uniosła brwi i pokręciła głową, siadając na wolne łóżko w dormitorium Huncwotów.
─ Nie – odparła, uśmiechając się lekko. Nie mogła być długo zła na Syriusza. ─ Wiesz… Sama też nie byłam z tobą szczera.
Black zmarszczył czoło i pokręcił głową, na znak, że nie rozumie.
─ Nasza sytuacja jest podobna – kontynuowała, nagle bardzo zainteresowana wyglądem swoich paznokci. – Jesteśmy rodzinnymi wyrzutkami. Czarnymi owcami, do których najchętniej ktoś by przyczepił kartkę: OFERUJĘ WYMIANĘ – zaśmiała się nerwowo. – Tylko, że ty w końcu powiedziałeś nie, a ja nie odważyłam się na taki krok.
─ Odważyłem? – zaśmiał się szyderczo chłopak. – Uciekłem jak tchórz. Dałem się sprowokować. To nie jest powiedzenie nie – upierał się. – To nie jest bunt. To jest ucieczka. A ucieczka zawsze jest tchórzostwem.
Meadowes słysząc to odwróciła ku niemu głowę, a on aż podskoczył, gdy zobaczył jej zwilgotniałe oczy i rozmazany makijaż spływający po policzkach.
─ Sprzeciwiłeś się, Syriuszu. Przecież… sam mówiłeś, że kiedy wychodziłeś z domu, to matka zatrzymała się w drzwiach, a ty… ─ urwała, lekko się uśmiechając.
─ Zapytała: „co ci odbiło, ty plugawy zdrajco krwi?!” ─ dokończył za nią Syriusz, a potem uśmiechnął się nonszalancko. ─ A ja życzyłem jej miłego dnia, bo mój już się dobrze rozpoczyna.  
─ No właśnie ─ kiwnęła głową Meadowes. ─ To… to raczej nie wygląda mi jak ucieczka tchórza, Syriuszu.
─ Uciekłem mieszkać u swojego kumpla.
─ Zrobiłeś więcej niż ja.
Przełknął głośno ślinę.
Z Dorcas wiele go łączyło- razem pochodzili od najdawniejszych rodów czystej krwi, razem nie popierali rodzinnej idei nienawiści względem mugoli, razem nie obawiali się wydziedziczenia. A może tylko on nie obawiał się tego ostatniego?
Cóż, Syriusz zawsze był typem, który nie pozwalał sobie w kaszę dmuchać. Potrafił się postawić, nawet to lubił – robienie innym na złość, podkreślając odmienność jego poglądów od rodzinnych. Dlatego kupił sobie motor. I przerobił okładki mugolskich pism pornograficznych na tapetę swojego pokoju. Ach, i wprowadził do domu w wigilię londyńskich opozycjonistów, którzy nieopodal Grimmuald Place głośno protestowali przed kimś, kto nazywa się Harold Wilson, twierdząc, że jego ojciec chętnie dołączy się do protestu. To ostatnie było najzabawniejsze. W końcu, kiedy zdecydował się opuścić znienawidzone miejsce, które ktoś niedoinformowany nazywał jego domem, nie miał za wielu oporów i – by być perfekcyjnie szczerym – niespecjalnie płakał po porzuceniu ojca, matki i brata. Nawet potem to opił.
Ale Dorcas była inna. Dorcas… na pewno nie była tak zuchwała jak on i wciąż łudziła się, że robiąc słodkie oczka i urocze uśmiechy skłoni rodzinę do zaakceptowania jej poglądów. Nie potrafiła się postawić. Nie własnej matce.
Ludzie wiele wybaczają rodzinie. Był pewien, że gdyby ktoś nazwał go „plugawym zdrajcą krwi” i nie był jego matką, następnego dnia chodziłby ze złamanym nosem. Bunt przeciwko całemu temu reżimowi niewątpliwie sprawiał mu przyjemność, ale swojej ucieczki nigdy nie nazwałby odwagą. Odbierał to jako osobistą porażkę. Zawsze robił dobrą minę do złej gry, ale w głębi serca był jak Meadowes, łudził się, że z czasem przyjdzie akceptacja, że wszystko się jakoś ułoży. Że może kiedyś to go przytuli matka i powie, że jest z niego dumna, tak jak z Regulusa.
─ Dori – zaczął cicho i przetarł łzy z jej policzków. – Wiem, jak się czujesz. Wiem, że jest ci ciężko. Ale nikt nie ma prawa cię zmieniać, nie ważne czy to twoja przyjaciółka, wróg, czy też matka. Czasem… Czasem trzeba działać na własną rękę, jeśli jesteśmy czegoś pewni. Czasem trzeba po prostu uciec. Czasem to jest jedynym rozwiązaniem. Chociaż razem nie jest to coś, z czego mógłbyś być dumny.
─ Mam nie wracać na święta do domu? – wyjąkała.
─ Nie. Masz zdecydować czy chcesz tam wracać. Rób, co ci się podoba, jeśli chodzi o następstwa, to już kwestia jutra.
Dorcas oddychała powoli, chłonąc każde jego słowo w skupieniu. Kiedy skończył milczała przez kilka minut, a potem wstała i bez wahania cmoknęła go w usta. Po zrozpaczonej, niekochanej i samotnej Meadowes nie było już śladu – nieoczekiwanie znowu stała się lekko zbyt emocjonalną, rozgadaną, ale wciąż skrytą dziewczyną. Ta nagła zmiana trochę go zdumiała.
─ Muszę wracać – odparła tylko. ─ W dormitorium mam dwie nieodzywające się do siebie dziewczyny ze złamanym sercem, które leczą się zapychaniem jakimiś mugolskimi słodyczami.
Wiedział, że nie o to chodzi. Syriusz nie był idiotą i wiedział, że Dorcas po prostu chce teraz pobyć sama i trochę popłakać. Nie winił jej za to, aczkolwiek wolałby, żeby nie ukrywała przed nim swoich uczuć. Z drugiej strony nigdy nie był za dobrym pocieszycielem i nic tak bardzo go nie drażniło, jak widok rozhisteryzowanej dziewczyny. Nawet jeśli była przy tym tak śliczna i słodka jak Meadowes. Gwizdnął ze współczuciem, a gdy zbliżyła się do wyjścia, zapytał:
─ Hogsmeade dalej aktualne?
Odwróciła się i posłała ku niemu subtelny uśmiech.
 ─ Aktualne.

***

Biała koperta leżąca na dnie torby Severusa Snape’ a  zaczęła znikać, a jeszcze przed sama się adresować. Niewidzialna ręka wąskim maczkiem napisała tylko: Lily Evans. A teraz znikała. Znikała, bo już niedługo połączy się z adresatką.

____________________


EDIT. Rozdział poddany totalnej, gruntownej przemianie. Wiem, że bardzo długi, ale musiałam trzymać się wykresu fabuły sprzed aktualizacji, a była ona dosyć obszerna.

16 komentarzy:

  1. Ufffff... Przyznam szczerze, że ja osobiście nie jestem fanką aż takkk długich rozdziałów, gdyż przy dłuższym czytaniu oczy mnie bolą, ale dobrze, że potrafisz tak pisać, bo ja nie potrafię, no nie wiem xD. Początek świetnie opisałaś, ta zlepiona zaschnieta krew...brrrr...
    Uratował ją i potem zostawił .... ; (
    Ostra kłótnia widzę... Mam nadzieję że z czasem wszystko się ułoży :)
    Zyczę weny i przyjemnej wycieczki ! <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ohhh wiem, że to musiało się okropnie czytać, ale tak już jest jak się coś robi na szybko... Ogólnie wszystko co moje okropnie się rozrasta, pisałam nawet ogłoszenie, że coś mi zniknęło na trzy strony xD.
      Dziękuję, również życzę weny i zabieram się za twój rozdział :*

      Usuń
  2. Ahh,nareszcie nowy rozdział!
    Zaraz się chyba ze szczęścia popłaczę,uwielbiam długie rozdziały.Tym bardziej,skoro to twoje opowiadanie ^^
    Świetny,świetny,naprawdę świetny rozdział.Nie wiem czemu,ale nie lubię Emmeliny.Wydaje się być taka...egoistyczna.Niby chciała wszystko wytłumaczyć Marlenie,ale po prostu jakoś jej nie wierzę.Nie lubię jej i już.
    Nie ma co,Dorcas i Syriusz idą na randkę! <3 To mój ulubiony paring zaraz po Jily ^^
    I jeszcze James ma siostrę...Ale się porobiło :)
    Naprawdę,ja chyba ci coś zrobię...Jak?Jak mogłaś przerwać w takim momencie?! Swoją drogą ciekawa jestem,co napisał Severus do Lily...
    No nic,z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział i życzę dużo weny.
    Przepraszam,że napisałam taki chaotyczny komentarz.Chyba za bardzo wciągnęłam się w twoje opowiadanie :)
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję ci bardzo za długi i motywujący komentarz, aż otworzyłam Worda i zaczęłam skrobać nowy rozdział, bo tak nie mogłam się za to wziąć :D.
      Masz w sumie dużo racji co do Emmeliny, kreowałam ją pod taką egoistyczną (moja inspiracja Elena Gilbert z TVD, nie wiem czy oglądasz, ale jak tak to zauważysz podobieństwo).
      Też ubóstwiam Doriusza, dlatego czekam na tą nowopokoleniową wersję na twoim blogu :*.
      Co do tego listu, to dużo się wyjaśni w następnym rozdziale, to chyba póki co najważniejszy wątek do dalszej fabuły.
      Jeszcze raz dziękuję za komentarz, idę obczaić notkę u cb :*

      Usuń
  3. ku swojemu zdziwieniu dotrwałam do końca rozdziału i było nawet ciekawie! :) Zdziwiłam się jak się gdy okazało, że James ma rodzeństwo!
    http://evanslily.blogspot.com/2013/10/rozdzia-3.html zapraszam bo nowy rozdział :)

    pozdrawiam! :) czekam na dalsze rozdziały

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz :*
      I mam prośbę- mogłabyś na przyszłość pisać powiadomienia o nn w zakładce SPAM? Z góry dziękuję :*

      Usuń
  4. "-Ha!- klasnęła w ręce Meadowes. –Mówiłam, że są razem.
    Marlena drgnęła oburzona podobnym stwierdzeniem.
    -Razem? W sensie ja i ON?"
    Padłam.
    Kolejny raz w ciągu 20 minut.
    Bo tak sobie czytam to w kółko, rechocząc.
    A w ogóle to mam prośbę.
    Czy mogłabyś pisać mi na moim blogu krótką informację, gdy dodasz nowy rozdział? Mam drobne problemy techniczne i nie mogę zapisać sobie adresu twojego bloga. Spróbuję ponownie jutro, nie mniej jednak, wolę się upewnić, że mi nei zaginie.
    NIE WYBACZYŁABYM SOBIE TEGO.
    Lumossy

    OdpowiedzUsuń
  5. Po tak ciężkim i męczącym dniu wspaniale było przeczytać rozdział Twojego opowiadania.
    Od razu mi lepiej :) Fajny był ten moment na początku kiedy Dorcas zwaliła Lily z łóżka. Albo Syriusz który należy do Dorcas :*
    Ogólnie wszyystko jest super, cudowne,świetne i oczywiście magiczne <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :* Nie zasłodź mnie tylko dziewczyno :*

      Usuń
  6. FANTASTYCZNY!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha dziękuję <333 Cieszę się, że mogłam wywołać u ciebie jakiś pozytywne emocje :D

      Usuń
  7. Eh zakochuje się! Rzecz jasna w twoim blogu! Rozdział długaśny , ja takie lubię :D Niestety moje mi tak nie wychodzą:( A teraz wracajac do twojego bloga :D Wciaga mnei ta historia coraz bardziej! Mmmmm Dorcas i Syriusz wielbię ich <3
    Dobra lecę czytać dalej! Pozdrawiam!
    Paulla K

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spodziewałam się nigdy, że ktoś zakocha się we mnie, a tym bardziej w moich wypocinach :*. Nawet tak nie pisz- twoje rozdziały są odpowiedniej długości, kończą się fajnym zawieszeniem akcji, a u mnie zaczyna się nudno i kończy się identycznie. Serio, podziwiam was wszystkich, że udało się wam przeczytać :D.
      Pozdrawiam :***

      Usuń
  8. Hejka,
    chociaż moja autokorekta w telefonie twierdzi, że jajka.
    Agrr... Jak mogli tak zostawić Marę? Emma strasznie namieszala, a w początkowych rozdziałach jest irytująca -,- McGonagall nie przewidziała Jo i tej więzi jej i Lily... A się zdziwi ^^ Te rozkminy Severusa :/ To tyle.
    Tak przy okazji co sądzisz o Przekletym Dziecku? Bo ja się zaczęłam wahać po wyzbieraniu spoilerow z hp wiki.
    Weny, weny czekam na 28
    ~ P.
    PS. Kiedy Lily się rozpływa nad Dorianem to mam ochotę coś zwrócić...

    Perełki:
    ,, ─ Pomoc Syriusza Blacka jest jak publiczna egzekucja ─ wyznała bezwstydnie."

    ,,W przyszłości zapewne trafi na oddział zamknięty w Mungu, bo wyraźnie tego potrzebuje."

    ,,Wiesz, co ty zrobiłeś? Wiesz, ile mi zepsułeś? Miałam być druhną naczelną na waszym ślubie i matką chrzestną pierwszej waszej córeczki. A teraz? Muszę się wypchać ze swoimi życiowymi aspiracjami."

    ,,─ Nie. Totalnie. Jest jej głupio. Przeprasza. Będzie cię dzisiaj śledzić. I prześladować. I próbować naprawić swój błąd."
    ,,─ Ja tam wciąż uważam, że to randka. Pomóc ci wybrać krawat czy Mara znowu rzuciła kłamstwo, że wcale tego od ciebie nie oczekuje i „że masz przyjść normalnie”?"

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym odpowiadała na bieżąco (agrrrr, ale ja jestem nieznośna) to byśmy sobei pogadały o Przeklętym Dziecku, a tak się to przesunęło pod ostatni rozdział... no nic, przynajmniej trochę mniej mojego marudzenia musiałaś znosić :D. Boję się tego ogólnei straszliwie. Póki co jeszcze nie zapisałam się nawet na przedpremierę, bo rozważam, czy ja to zniosę, czy się zabiję. Otaczające mnie potterheady, które znają rozmiar mojej manii, radzą mi, żebym dała sobie spokój, bo z frustracji mogę zrobić sobie krzywde hahah ;>. No ale myślę, że jednak zobaczymy. W razie co spalę ten "dramat" na wielkim ognisku jak hitlerowcy.

      Usuń

Autorka jest głodomorkiem, a akurat nie ma Danio w pobliżu. Chcesz ją dokarmić? Napisz komentarz! Wystarczy zwykłe: "przeczytałem" z anonima, a ona już ma dzienne zapotrzebowanie Witaminy K(omentarz).

Theme by Lydia Credits: X, X